Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Butcher’s Crossing” to pierwsza znacząca proza Johna Williamsa, pisarza, który zasłynął pośmiertnie jako autor powieści „Stoner”. W 2022 roku ten antywestern doczekał się ekranizacji z Nicolasem Cage’em w roli głównej.
Jest rok 1873. William Andrews, syn pastora, rzuca studia na Harvardzie i jedzie na pogranicze Dzikiego Zachodu. Pragnie doświadczyć prawdziwego życia, wrócić na łono natury, o której jako dobrze wychowany bostoński chłopak słyszał przede wszystkim na wykładach profesora Emersona. Trafia do miasteczka Butcher’s Crossing w stanie Kansas. Osadę zamieszkują głównie niespełnieni mężczyźni szukający zarówno szansy na zarobek, jak i sposobów na jego zmarnotrawienie.
Wkrótce Andrews zaprzyjaźnia się z myśliwym, który opowiada mu o ogromnych stadach bizonów ukrytych w pięknej kotlinie pośród Gór Skalistych. Chłopak dołącza do wyprawy w poszukiwaniu zwierząt. Życie w dziczy i kaprysy losu wystawią jego ciało i umysł na graniczną próbę. Po powrocie zarówno on, jak i świat, w którym żyje, zmienią się nieodwracalnie. Operując charakterystycznym dla siebie kunsztownym, a zarazem powściągliwym stylem, Williams zapuszcza się w tej powieści w otchłań najmroczniejszych ludzkich namiętności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 369
…wszystko, co żywe, tchnie błogim spokojem, a bydło na łące wydaje się pochłonięte głęboką, słodką zadumą. Podobne sielanki widujemy zwykle w pięknej aurze października zwanej babim latem. Dniom nie śpieszy się upływać, drzemią więc na wzgórzach, w polach, w rozgrzanym bezkresie. Kto nasyci się jasnością o tej porze roku, temu wolno twierdzić, że naprawdę zaznał życia. Odtąd niestraszne mu pustka, samotność i cisza na głuchych odludziach. Stanąwszy przed ciemnym lasem, zdumiony światowiec wnet musi porzucić znane sobie miary tego, co wielkie i małe, co mądre i głupie. Wstępując do puszczy, strząsa z siebie uświęcone tradycją zwyczaje, aby doświadczyć świętości, przy której bledną religie, i rzeczywistości ponad miarę bohaterstwa. Zaznaje Natury, potęgi nad potęgami, która niczym bóstwo wystawia na próbę i sądzi każdego, kto wyszedł jej na spotkanie.
Ralph Waldo Emerson, Natura (ze Szkiców drugich)
Wierszopisi wysyłają schorowane dusze na zieloną trawkę, aby wydobrzały jak zdarte kopyta koniom, kiedy puścić je na łąkę bez uprzęży ani podków. Można by powiedzieć, że poeci to zielarze pragnący uzdrawiać serca jak leczy się płuca, to znaczy mocą natury. Tej samej natury, przez którą na prerii zamarzł mi woźnica. Tej samej natury, w której zdziczał dziki Piotruś.
Herman Melville, Oszust
Dyliżans do Butcher’s Crossing woził z Ellsworth pasażerów i lekkie towary. Zaprzęgnięty w cztery muły, jechał po nierównej i fałdzistej drodze, łagodnie opadającej z płaskiej prerii ku miasteczku; kiedy jego małe koła to wpadały w koleiny po większych i cięższych wozach, to się z nich wydobywały, przymocowany pośrodku ładunek chwiał się pod płachtą brezentu, zwinięte boczne kotary biły o ramę z hikory trzymającą listwy i zadaszenie z plandeki, a siedzący z tyłu jedyny pasażer zapierał się całym ciałem o wąziutką belkę ściany; jedną dłoń trzymał na twardej, choć obitej skórą ławce, drugą chwytał gładki i zamocowany w żelaznych uchwytach drąg. Woźnica zawołał ponad ładunkami pnącymi się wręcz po dach, przekrzykując trzask powozu i parskanie mułów:
– Zaraz Butcher’s Crossing.
Pasażer, skinąwszy głową, wychylił się z dyliżansu. Zza mulich spoconych zadów i rozkołysanych uszu dojrzał grupkę prostych chałup i zwykłych namiotów na tle leśnej kępy. Widok grał barwami: bułany przechodził w szary, podkreślając żywą zieleń. Gdy powóz podskoczył, pasażer znów usiadł prosto. Wpatrzony w kopę towarów kolebiącą się na środku, szybko mrugał powiekami. Był dwudziestoparoletnim dość szczupłym mężczyzną o jasnej karnacji, nieco już zaczerwienionej po całym dniu w słońcu. Ściągnął kapelusz, by otrzeć pot z czoła, i nie włożył go z powrotem; jasnawobrązowe niczym wirginijski tytoń, schludnie ścięte włosy zlepiły się w przepocone, różnobarwne pukle koło uszu i nad czołem. Miał brązowożółte nankinowe spodnie prawie jak spod igły z nadal lekko widocznymi zagięciami materiału. Chociaż zdjął był brązowawą krótką marynarkę, kamizelkę oraz krawat, na białej lnianej koszuli, która luźno nań wisiała, wychodziły mokre plamy, bo dyliżans jechał wolno, a powietrze niemal stało. Dwudniowa blond bródka lśniła mu kroplami potu; od czasu do czasu pocierał twarz brudną chustką, jak gdyby zarost podrażniał mu skórę.
W pobliżu miasteczka droga biegła równiej, powóz więc przyśpieszył i lżej huśtał się na boki, a młodzieniec mniej kurczowo trzymał drąg z hikory i spokojnie się wyciągnął na twardawej ławce. Tętent mulich kopyt przycichł i stał się miarowy; dokoła powozu kłębił się żółtawy tuman i zostawał w tyle. Wśród szczęku uprzęży, ciężkiego sapania mułów, stukotu ich kopyt i skrzypienia dyliżansu dało się dosłyszeć dźwięk głosu ludzkiego, bo ktoś pokrzykiwał w dali, oraz rżenie konia. Na trawiastej prerii, płaskiej i rozległej, widywało się przy drodze placki gołej ziemi, czasami też skrzyżowane zwęglone polana pozostałe po ogniskach; kilka uwiązanych koni szczypało spłowiałą, bardzo niską trawę, a gdy przejeżdżał dyliżans, nagle unosiło głowy i strzygło uszami. Ktoś gdzieś podniósł głos; ktoś wybuchnął śmiechem; koń parsknął i zarżał; przy nagłym szarpnięciu zabrzęczała uzda; w rozgrzanym powietrzu czuć było gnojówką.
Dało się już objąć wzrokiem niemal całe Butcher’s Crossing. Pomiędzy sześcioma skleconymi z desek, najprostszymi budynkami biegła uliczka gruntowa: wąski pas ubitej ziemi dzielił to miasteczko wpół; wokół zabudowy porozstawiano namioty. Dyliżans wpierw minął z lewej niedbale rozpiętą burą wojskową plandekę z podwiniętymi bokami: na zasłonie w wejściu wisiała tabliczka z czerwonym zgrzebnym napisem JOE LONG, GOLYBRODA. Naprzeciwko stała niska budowla bez okien, prawie na planie kwadratu, z płachtą płótna zamiast drzwi; na niebejcowanym froncie wypisano czarnym, staranniejszym pismem: SKŁAD Z KONFEKCJĄ U BRADLEYA. Powóz przystanął o budynek dalej. Ze środka dobiegał nieprzerwany pomruk głosów; raz po raz rozbrzmiewał stukot kielicha o kielich. W cieniu ciężkiego okapu wyraźnie się odznaczały czerwone litery w ozdobnej czarnej obwódce: SALOON U JACKSONA. Na długiej ławce przy wejściu zasiadało paru mężczyzn; ospale się przyglądali, gdy zajechał zaprzęg. Młody podróżny pozbierał ubrania, z których rozdział się w upale. Założył marynarkę, a potem kapelusz; do podróżnej torby, którą trzymał pod nogami, schował kamizelkę, a następnie fular. Torbę wystawił na zewnątrz i położył na ulicy, jednocześnie przestępując wysoki próg dyliżansu i stawiając nogę na żelaznej stopce, po której zszedł na dół. Stanąwszy na ziemi, wzbił dokoła tuman kurzu, który spowił jego stopę; pył osiadł na czarnej skórze nowiutkiego buta i na końcówce nogawki, aż ich kolory nieomal się zlały. Młodzieniec, podniósłszy torbę, ruszył pod okap, do cienia; za jego plecami mieszały się szczęk żelaza z brzękiem łańcucha uprzęży i pomstowaniem woźnicy, gdy z trudem odczepiał tylny orczyk od powozu. Zawołał błagalnie:
– Pomóżcie wyładowywać.
Młody mężczyzna, który wysiadł z dyliżansu, wszedł na chodnik z gołych desek i wpatrywał się, jak furman próbuje rozplątać lejce i postronek. Dwaj siedzący wstali z ławki, minęli młodzieńca, z wolna przeszli na ulicę; przyjrzawszy się linie mocującej załadunek, zaczęli nieśpiesznie rozwiązywać supły. Woźnica szarpnął za cugle i nareszcie zdołał odmotać je od powrozu; przeprowadził muły na drugą stronę ulicy ukosem do stajni, niskiej i przewiewnej, o pokrytym gontem dachu trzymającym się na kłodach.
Kiedy zwierzęta spoczęły, na uliczkę wrócił bezruch. Panowie spokojnie odsznurowywali brezent przykrywający towary; odgłosy z saloonu zdawały się niknąć w pyle i upale. Młodzieniec ostrożnie stąpał po nierównych deskach leżących na gołej ziemi. Przed sobą miał półziemiankę ze spadzistym zadaszeniem i klapą nad sporym otworem wejściowym wspartą na dwóch ustawionych pod kątem palikach; w środku na ławkach i półkach zalegało parę siodeł i kilka par butów; na darniowej ścianie zwisały z haka przy wejściu długie pasy niewyprawionej skóry. Niska ziemianka sąsiadowała od lewej ze świeżo bielonym piętrowym budynkiem o czerwonych wykończeniach, niemal tak długim jak saloon, ale nieco wyższym. Nad szerokimi drzwiami pośrodku fasady wisiał schludnie oprawiony szyld: ZAJAZD BUTCHERS. Właśnie w tamtą stronę młodzieniec kierował kroki, przyglądając się swym butom z wolna wzbijającym pył, który wnet opadał.
Wszedłszy do zajazdu, zatrzymał się tuż za progiem, aby przywyknąć do mroku. Z prawej majaczył kontuar; za nim tkwił bez ruchu mężczyzna w białej koszuli. W przedpokoju tu i ówdzie stało parę krzeseł z obiciem skórzanym i prostym oparciem. Światło wpadało poprzez kwadratowe, równo wytyczone otwory w trzech ścianach z półprzezroczystą tkaniną służącą za szybę, lekko wydętą do wewnątrz, jakby chłód i ciemność zasysały ją jak próżnia. Młody człowiek podszedł po surowych deskach w kierunku portiera.
– Proszę pokój.
Jego głos uderzył w ciszę.
Recepcjonista podsunął gościowi księgę meldunkową i wręczył mu gęsie pióro o stalowym szpicu. Przyjezdny powoli stawiał cienkie blade kreski niebieskiego atramentu na szarym papierze, z których ułożył się podpis: „William Andrews”.
– Dwa dolary – rzucił portier, zabierając księgę, żeby odczytać nazwisko. – I jeszcze dwójka za wrzątek, jeśli gość chce do numeru. – Nagle spojrzał na Andrewsa. – Na długo przyjechał?
– Sam nie wiem – powiedział Andrews. – J. D. McDonald: czy zna pan kogoś takiego?
– Handlarza skórami? – Portier wolno skinął głową. – A kto go tu nie zna? Jesteście koledzy?
– Nie do końca – odparł. – Wie pan, gdzie mogę go zastać?
Recepcjonista potaknął.
– Urzęduje przy solankach. Dziesięć minut stąd piechotą.
– W takim razie jutro pójdę – powiedział przyjezdny. – Jestem prosto z drogi, przyjechałem z Ellsworth i już nie mam siły.
Portier zamknął księgę, wyłuskał klucz z pęku przytroczonego do paska i podał go Andrewsowi.
– Torbę sam weźmie na górę. Życzy sobie wrzątek?
– Za jakąś godzinkę – odpowiedział Andrews.
– Piętnastka. Zaraz przy schodach – oznajmił recepcjonista.
Andrews kiwnął głową. Dostał się na piętro po stromych stopniach strychowych, czyli pochyłą drabinką, która wiodła w stronę małego prostokątnego otworu w suficie. Stanął u wlotu wąskiego i długiego korytarza pomiędzy rzędem pokojów. Odnalazł swój numer, drzwi były otwarte, wszedł. Wewnątrz wystarczyło miejsca jedynie na ciasne łóżko z cienkim materacem wiszącym na linach, najzwyklejszy stolik z lampą, blaszaną miednicę, lustro oraz proste krzesło niczym tamte w holu. Było jedno okno, wychodziło na uliczkę; w jego ramie z drewna, którą dało się odczepić, rozpięto wiotką jak gaza tkaninę. Andrews uświadomił sobie, że jeszcze nie widział tutaj ani jednej szklanej szyby. Położył torbę na niepościelonym leżu.
Rozpakowawszy, wepchnął ją pod niską ramę, po czym się wyciągnął na nierównym materacu, który zaszeleścił i lekko się zapadł pod naporem ciała; naprężone liny łóżka piły przyjezdnego w plecy. Łupało go w krzyżu, pośladkach i udach; i wreszcie zdał sobie sprawę, jak jest wykończony po długiej, ciężkiej podróży.
Lecz w końcu dojechał; rozluźnił mięśnie, rozprostował nogi i odpłynął gdzieś myślami; wspominał swoją przeprawę. Prawie dwa tygodnie niosło go koleją i konno przez kraj. Boston–Albany, Albany–Nowy Jork, Nowy Jork–… Kolejne podpisy z mapy kołatały w jego głowie bez ładu i składu niczym puste dźwięki. Filadelfia, Cincinnati, Baltimore, Saint Louis. Przypomniał sobie mordęgę sztywnych, twardych siedzeń w powozach, pociągach, godziny wyczekiwania na zbitych ze sztachet ławkach obskurnych postojów i zaplutych dworców. Nagle poczuł w ciele cały trud przebytej drogi: znój sączył się z kości i płynął do mózgu, który przeszedł już na „spocznij”.
Przyjezdny przeczuwał, że prawdziwie boleć to będzie dopiero jutro. Uśmiechnięty, zamknął oczy; twarz miał zwróconą do światła, ku przesłoniętemu materiałem oknu. Zasnął.
Po jakimś czasie portier wniósł drewnianą balię i kubeł gorącej wody. Andrews się obudził, po czym napełnił miednicę. Namydliwszy twarz, wziął się do golenia; portier przyszedł znowu, teraz z wodą zimną; przelał dwa wiadra do balii. Kiedy Andrews został sam, wolno się rozebrał i wytrzepał piasek z ubrań, które następnie odłożył na oparcie krzesła. Zanurzył się w dużym cebrze, podwijając nogi. Nacierał się mydłem, coraz bardziej senny w ciszy przedwieczoru i cieple kąpieli. Siedział tak bez ruchu, aż głowa zaczęła opadać mu na kolana, a wtedy się podniósł i postawił stopę na suchej podłodze. Kapało z jego ciała wprost na gołe klepki; rozejrzał się wkoło. Nigdzie nie dostrzegł ręcznika, sięgnął zatem po koszulę i wytarł się cały.
W pokoju ciemniało; okno lśniło blado wśród gęstniejącego mroku, a lekka przesłona wybrzuszała się i drgała w chłodnym wieczornym powiewie, rozdymając się i kurcząc – jakby dając znaki życia. Z ulicy dochodził rozgwar coraz donośniejszych rozmów i tupot butów o deski. Damski głos uderzył w śmiech i, jak nożem uciął, zamilkł.
Kąpiel odprężyła zdrożonego gościa, łagodząc ból pleców. Zwinął koc ze zgrzebnej wełny na lnianej osnowie i zbił w kształt poduszki; położył się nagi wprost na materacu. Czuł na gołej skórze szorstkość. Jeszcze zmrok nie zdążył zapaść, a Andrews już spał.
Przez sen słyszał jakieś niejasne odgłosy i parę razy się budził. Czuwając wśród nocy, rozglądał się dookoła, lecz nie widział ścian w ciemności, jakby pokój nie miał granic. Odnosił wrażenie, że utknął w otchłani, ociemniały i zastygły, a śmiechy, rozmowy, głuche huki i skrzypnięcia, brzęki łańcuchów uprzęży i dzwonków janczarskich płyną prosto z jego głowy i wirują jak wiatr w pustce. Raz wydało mu się, że w którymś pokoju obok jakaś kobieta coś mówi, a potem się śmieje. Zaczął nasłuchiwać; głos więcej się nie odezwał.
Śniadał w zajeździe. Ciasna sala na parterze przedstawiała sobą zwykły w tym budynku widok: parę krzeseł tu i tam wokół podłużnego stołu. W jednym jego końcu trzech schylonych panów oddawało się rozmowie; po przeciwnej stronie siadł samotnie Andrews. Do sali wszedł portier, który dzień wcześniej przyniósł Andrewsowi wodę; spytał, czy podać śniadanie, a gdy gość potaknął głową, ruszył w stronę małej kuchni i minął trzech mężczyzn. Lekko utykał, co było widać jedynie od tyłu. Wrócił z talerzem fasoli i kaszy kukurydzianej, który wniósł na tacy wraz z kubkiem gorącej kawy. Postawił strawę przed gościem i sięgnął na środek stołu po miseczkę z solą.
– Gdzie zastanę o tej porze pana McDonalda? – zapytał go Andrews.
– Jest u siebie w biurze – oznajmił recepcjonista. – Całe dnie tam siedzi. Prosto jak do rzeki i przed topolami w lewo. Chatka przy solankach.
– Solanki?
– Sadzawki do garbowania. Widać je z daleka.
Gość pokiwał głową. Portier się odwrócił i opuścił salę. Andrews jadł bez apetytu; nawet sól nie pomagała letniej, mdłej fasoli, a rozgotowana kasza wystygła na lepką breję. Kawa była za to gorąca i mocna; od goryczy drętwiał język; napinając wargi na równych i białych zębach, Andrews wypił szybko, ale na tyle ostrożnie, by się nie poparzyć.
Skończywszy śniadanie, wyszedł na ulicę; słońce stało już wysoko ponad nielicznymi dachami miasteczka i żar lał się z nieba nieomal jak wrzątek. Było ludniej niż wczoraj, gdy przyjechał po południu; parę ciemnych garniturów oraz meloników mieszało się z mrowiem spłowiałego dżinsu, surowego sukna i poplamionego płótna. Przechodnie zmierzali w konkretnych kierunkach, ale bez pośpiechu; szli chodnikiem lub ulicą; od szarzyzny strojów męskich odcinały się niekiedy kobiece bluzki i suknie – czerwienie, fiolety albo śnieżne biele. Andrews naciągnął na czoło miękkie rondo kapelusza, by osłonić się od słońca, i skierował się za miasto w stronę zagajnika.
Minął zakład kaletniczy, stajnię i szopę kowala. Tu, u końca zabudowań, zszedł z chodnika na gościniec. Dwieście jardów dalej odchodziła boczna ścieżka, o której wspominał portier – zwykłe koleiny w polu. Szło się mniej więcej sto jardów do chałupy z płaskim dachem, za którą się ciągnął szereg płotów z żerdzi, z daleka istny labirynt. Przy ogrodzeniach stały puste wozy – pod kątem, dyszlem do drogi. Im bardziej zbliżał się Andrews, tym mocniej wyczuwał osobliwie przykry zapach.
Chałupa była otwarta. Andrews już chciał pukać, ale od razu zastygnął z zaciśniętą pięścią; w jedynej izbie walały się książki, kartki, księgi rachunkowe, zaściełając gołą drewnianą podłogę, piętrząc się krzywo po kątach i wysypując ze skrzyń porozstawianych wzdłuż ścian. Pośrodku tego chaosu, schylony nad prostym, nieoheblowanym stołem, siedział jak w okopie mężczyzna bez marynarki, gorączkowo przewracając ciężkie karty księgi; ciągle klął pod nosem.
– Pan McDonald? – zaczął Andrews.
Tamten uniósł wzrok, rozchylając wąskie usta i unosząc brwi ponad niebieskimi wyłupiastymi oczami o białkach szarawych jak jego koszula.
– Wejdzie, wejdzie – rzucił i prędko przyczesał dłonią przerzedzoną grzywkę. Odsunął krzesło od stołu, już zamierzał wstawać, lecz opadł i znów się zgarbił. – No, niech wejdzie. Co tak stoi? – Will przestąpił próg. Pan McDonald machnął ręką w stronę kąta za nim. – Weź sobie i siadaj. – Andrews, wyciągnąwszy krzesło zza stosu papierzysk, postawił je na wprost biurka. – No i co? W czym rzecz? – zapytał McDonald.
– Jestem Will Andrews. Pan mnie chyba nie pamięta.
– Andrews? – Pan McDonald zmarszczył czoło i zmierzył młodzieńca wzrokiem. – Andrews… – Zacisnął usta i wygiął kąciki wzdłuż bruzd na policzkach. – No, mówże, człowieku. Gdybym cię kojarzył, od razu bym się odezwał. Więc…
– Mam list – stwierdził Andrews, sięgając do kieszonki na piersi. – Od ojca. Benjamin Andrews. Znacie się z Bostonu.
Pan McDonald wziął przesyłkę.
– Andrews? Z Bostonu? – głośno myślał w roztargnieniu, lecz gdy zrywał pieczęć, ciągle patrzył na Andrewsa. – No, przecież! Ten pastor. Trzeba było mówić… – Wczytał się w tekst listu i nie tyle wodził oczami po kartce, ile kartką przed oczami, jakby to coś przyśpieszało. Skończywszy, złożył ją znowu i wypuścił z ręki na kupkę na stole. Bębnił palcami o blat. – Boże święty! Boston. Ile to już będzie? Dwanaście, czternaście lat. No, jeszcze przed wojną. Czasem zachodziłem do was na herbatkę. – Pokiwał głową w zadumie. – Pewnie cię choć raz widziałem, ale sam już nie pamiętam.
– Ojciec o panu często opowiadał – odpowiedział Andrews.
– O mnie? – McDonaldowi znów opadła szczęka; wolno kręcąc głową, wbijał wzrok w rozmówcę; nieruchomo patrzył krągłymi oczami. – A to niby czemu? Rozmawialiśmy ze sobą tak tylko z doskoku. – Zapatrzył się w dal, wybiegając wzrokiem daleko poza Andrewsa, i powiedział beznamiętnie: – On mnie zapamiętał? Byłem zwykły subiekt i robiłem w ciuchach. Nie pomnę już nazwy firmy.
– Moim zdaniem ojciec naprawdę pana podziwiał – odezwał się Andrews.
– Mnie? – Pan McDonald parsknął śmiechem i łypnął spode łba. – Posłuchaj, to było tak. Chodziłem na nabożeństwa do twojego ojca, żeby zdobyć znajomości i ciut lepszą pracę. Nie inaczej główkowałem z siedzeniem na pogadankach, z których rozumiałem piąte przez dziesiąte. – Po chwili dodał z goryczą: – Oni coś gadali, ja potakiwałem. A zresztą nic to nie dało.
– Ojciec czuł podziw dla pana, bo z jego znajomych pan jeden wyjechał, osiadł na zachodzie i zaczął wszystko od nowa.
McDonald pokręcił głową.
– Boston. Boże święty! – powiedział półszeptem. Znowu spojrzał gdzieś daleko. Uniósł ramiona i westchnął. – Skąd ojciec wiedział, gdzie jestem?
– Dostawca od Batesa przywiózł skóry do Bostonu i wspomniał o panu: że znacie się z pracy i mieszka pan w Kansas City. A w Kansas mi powiedzieli, że już pan tam nie pracuje, bo przeniósł się tutaj.
McDonald wyszczerzył zęby.
– I teraz jestem na swoim. Piąty rok już będzie, od kiedy wypowiedziałem firmie Bates i Durfee. – Nagle stracił humor i położył dłoń na księdze, którą pośpiesznie kartkował, gdy zjawił się Andrews. – I wszystko na mojej głowie… No i tak to. – Niebawem się rozpogodził. – Ojciec prosi w liście, żebym pomógł ci, jak umiem. A co cię tutaj przywiało?
Andrews, wstawszy z krzesła, zaczął chodzić w tę i we w tę, patrząc na kopy papierzysk.
Na ustach McDonalda pojawił się uśmiech. Odezwał się ciszej:
– Coś narozrabiałeś? Masz jakieś kłopoty?
– Nie, nie. Nic z tych rzeczy – odparł prędko Andrews.
– Różnie bywa w życiu – stwierdził pan McDonald. – Chłopak nawywija i potem jedzie na zachód. Nawet syn pastora.
– Tata nie ma święceń. Posługuje jako świecki w Kościele unitariańskim – sprecyzował Andrews.
– Na jedno wychodzi. – McDonald machnął niecierpliwie ręką. – Więc za chlebem? Szukasz pracy? Przydałby mi się pomocnik, bo sam nie wyrabiam. Boże drogi, mam tu piekło. – Wskazał na stosy papierów; palec mu się trząsł. – Dwa miesiące w plecy i tylko przyrasta. Nie ma komu robić, nikt nie wysiedzi na tyłku…
– Wie pan – wtrącił Andrews. – Ja się na tym wszystkim nie znam.
– Na czym się tu znać? W skórach robię, tyle. Skupuję skóry bizonów i sprzedaję z zyskiem. Wysyłam myśliwych, a oni przywożą towar, którym handluję w Saint Louis. Sam wyprawiam i garbuję. W zeszłym roku obrobiłem prawie sto tysięcy sztuk. Tym razem będzie ze trzy razy więcej. Porządny interes. Pomożesz mi się odgrzebać?
– Ale proszę pana…
– Bo tonę w papierach.
Zaczesał rzadkie, czarniawe włosy za uszy.
– Dziękuję za propozycję – odpowiedział Andrews. – Ja muszę się zastanowić…
– Nad czym się tu zastanawiać? Każdy od czegoś zaczyna. Chodź. – Chudą jak szpon dłonią chwycił młodzieńca za ramię i zaciągnął w stronę progu. – Zobacz. – Stanęli w spiekocie; światło raziło Andrewsa, zmrużył więc powieki. Pan McDonald wciąż go ściskał ciut powyżej łokcia; wskazał ku miasteczku. – Przed rokiem, gdy przyjechałem, stały trzy namioty, a obok ziemianka: saloon, burdel, stroje, kuźnia. Patrz, jak się pobudowali. – Przybliżył twarz do rozmówcy i wychrypiał cicho, zionąc słodko-gorzkim zapachem tytoniu: – Tak między nami: za dwa, trzy lata wszystko tutaj pójdzie w górę. Klepnąłem już parę działek, a zaklepię dużo więcej, gdy wpadnę do Kansas City. Ziemia jest; nic, tylko brać! – Swobodnie potrząsnął ramieniem Andrewsa niby cienkim kijkiem; mówił dobitniej, lecz ciszej: – Słuchaj. Tory kładą. Nie rozgadaj, proszę, ale gdy dociągną kolej, tu się miasto zrobi. A ile to trzeba, żeby kupić ziemię? Chcesz, to razem załatwimy. Idziesz do urzędu, podpisujesz świstek i spokojnie czekasz. Cała filozofia.
– Ciekawe. Rozważę – odpowiedział Andrews.
– Rozważę! – prychnął McDonald, wypuścił Willa z uścisku i zrobił krok w tył, zdębiały. Wyrzuciwszy ręce w górę, zaczął nimi machać, a że nie mógł ustać w miejscu, przeszedł małe kółko. – Co tu jest do rozważania? Takiej okazji nie wolno przepuścić. Słuchaj. Coś ty robił, zanim wybyłeś z Bostonu?
– Studiowałem na Harvardzie. Przedostatni rok.
– O, i proszę bardzo! – rzucił dziarsko pan McDonald. – No i co po studiach? Robiłbyś u kogoś albo uczyłbyś jak ojciec, albo… To jest tak. Tu trzeba takich jak my. Ludzi z wizją. Z pomyślunkiem. – Zwrócił drżącą rękę w kierunku miasteczka. – Tyś widział tych tam? Rozmawiałeś z nimi?
– Jeszcze nie zdążyłem – odpowiedział Andrews. – Przyjechałem z Ellsworth wczoraj po południu.
– Myśliwi – stwierdził McDonald. Rozchylił spierzchnięte usta jak gdyby z niesmakiem. – Myśliwi i tłuki. Żyją z tego, co da ziemia, i tyle umieją. Cały kraj by tak wyglądał, gdyby nas zabrakło.
– Miasteczko myśliwych?
– Myśliwych, idiotów, paru nierobów ze wschodu. Tu się obraca skórami. Ale to się zmieni. Puszczą pociąg i zobaczysz.
– Chętnie bym z kimś porozmawiał.
– Niby z kim?! – krzyknął McDonald. – Chcesz zadawać się z hołotą? O Boże, kolejny! Ty też musisz się wyszumieć? I na co ci były trzy lata Harvardu? Czułem to, cholera. Czułem.
– Ja chcę tylko się rozmówić – odezwał się Andrews.
– Jasne – powiedział cierpko pan McDonald. – I za chwilę się okaże, że jedziesz polować. – Przybrał ton pełnej powagi. – Posłuchaj mnie, chłopcze. Wspomnisz moje słowa. Zadasz się z tym towarzystwem i jest już po tobie. Nie ty pierwszy, nie ostatni. Ani się obejrzysz, a złapiesz bakcyla jak bizon wszawicę. I tyleśmy cię widzieli. To są… – Napiął palce niczym szpony, jakby zabrakło mu słowa.
– Panie McDonald – odparł cicho Andrews. – Naprawdę doceniam pańską chęć pomocy. Ale proszę mnie posłuchać. Przyjechałem tutaj…
Zawiesił głos i powiódł wzrokiem daleko; już nie patrzył na rozmówcę ani na miasteczko, ani na wał ziemi, który, jak przypuszczał, tworzył skarpę rzeczną, tylko na pożółkłą trawiastą równinę biegnącą ku zachodowi aż po sam widnokrąg. Starał się ułożyć w głowie, co właściwie chce powiedzieć. Czuł wewnętrzny przymus, przemożną wolę mówienia. Rozumiał zarazem, że jakkolwiek się wyrazi, jakichkolwiek słów użyje, i tak nie odda dzikości, dla której tu przybył. Sądził, że u podstaw znanego mu świata leży wszystko to, czego na pozór w nim brak: swoboda i dobroć, nadzieja i moc. Chciał dostać się do krynicy, opoki istnienia, nie odwracać wzroku od praźródła życia, spojrzeć pierwotności w oczy, zanurzyć się w sokach ziemi jak trawa na prerii, która przez korzenie pije żyzną, mroczną wilgoć, co roku się odradzając siłami natury: Dziczy. Nagle pośród bezkresnego, pełnego tajemnic, a pozbawionego ludzi i płaskiego jak stół stepu zobaczył jak żywą bostońską ulicę, rojną od powozów, tłumną od przechodniów, którzy brnęli przez codzienność pod sklepieniem z wiązów, równo posadzonych jakby wprost w płytach chodnika i bruku ulicy; wyobraźnią widział stłoczone jeden przy drugim wysokie budynki o zdobnych fasadach, lepkich od sadzy wyziewów i osadu brudów miasta; ujrzał w myślach rzekę Charles, która wijąc się wśród pól, wiosek i miasteczek, niosła tony ścieków z domów i kanałów ku wielkiej zatoce.
Uświadomił sobie, jak mocno zaciska pięści; opuszki palców ślizgały mu się po wnętrzach zapoconych dłoni. Rozluźnił ręce i wytarł o spodnie.
– Przyjechałem krajoznawczo – stwierdził przyciszonym głosem. – Chcę zwiedzić ojczyznę. Tak jakoś mnie naszło.
– Młodzi – powiedział McDonald łagodniejszym tonem. Wystąpiły mu na czoło lśniące krople potu cieknące strużkami ku krzaczastym brwiom, spod których spoglądał na Willa Andrewsa. – Sami nie wiedzą, co chcą. Zabrałbyś się do roboty… Boże! Gdybyś pomyślał przez moment i już przysiadł fałdów, przed czterdziestką byłbyś… – Wzruszył ramionami. – Dobra. Chodźmy stąd, bo gorąc.
Weszli znowu w półmrok chatki. Andrews zauważył, jak ciężko oddycha; mokra od potu koszula lepiła mu się do ciała, a przy każdym ruchu nieprzyjemnie się ślizgała. Ściągnął marynarkę i opadł na krzesło naprzeciwko stołu; czuł, jak dziwna senność, niejasne zmęczenie płynie mu z klatki piersiowej przez ramiona aż po palce. W izbie zalegała cisza. McDonald opierał dłoń o księgę buchalteryjną i kiwał palcem nad stroną, lecz jej nie dotykał. W końcu westchnął i powiedział:
– W takim razie dobrze. Idź i się wypytaj. Tylko żebyś się nie zdziwił, bo większość myśliwych poluje tu dla mnie. Nie będzie ci łatwo zaciągnąć się na wyprawę. Ja ci nie pomogę. Z moimi ludźmi nie próbuj i nawet do nich nie podchodź. Nie wezmę na siebie odpowiedzialności. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
– Sam nie wiem, czy chcę polować – odrzekł sennie Andrews. – Chcę tylko poznać myśliwych.
– Bydło – burknął pan McDonald. – Wlokłeś się pół kraju z Bostonu na zachód, żeby zadawać się z bydłem.
– Z kim mógłbym pogadać? – postawił pytanie Andrews.
– Co?
– Niech mi pan doradzi, z kim mam porozmawiać. Poszukuję kogoś, kto by znał się na myślistwie, a nie pracował dla pana.
McDonald pokręcił głową.
– Mówi się do ciebie, a ty znowu swoje. Wbiłeś se do łba i koniec.
– To nie tak – powiedział Andrews. – Ja nic z góry nie zakładam. Po prostu jestem ciekawy. Chcę poznać nasz kraj.
– Niech ci będzie – rzucił na odczepne pan McDonald. Zamknął księgę rachunkową, o którą bębnił palcami, i cisnął ją na bok do innych papierzysk. – Pogadaj z Millerem. Myśliwy, lecz jeszcze ujdzie. Kawał życia tutaj siedzi, ale są gorsi od niego: różne ciemne typy z rebeliantów i jankesów. Porozmawia z tobą lub nie porozmawia. No, sam się przekonasz.
– Miller? – spytał Andrews.
– Miller – potwierdził McDonald. – Mieszka w ziemiance przy rzece, chociaż dużo prędzej znajdziesz go w saloonie. Wszyscy tam przesiadują od rana do nocy. Spytaj o Millera, to każdy ci powie.
– Dziękuję panu. Bardzo mi pan pomógł.
– Nie dziękuj, bo nie masz za co. Ja ci tylko mówię, jak się chłop nazywa.
Gdy Andrews wstał z miejsca, zmęczenie poczuł też w nogach. To z upału, uznał, i z tego wszystkiego. Chwilę się nie ruszał, aby zebrać siły.
– Jeszcze jedno – rzekł McDonald. – Mam do ciebie prośbę.
Andrewsowi się wydało, że jego rozmówca zapada się w półmrok.
– Oczywiście. Słucham.
– Jeżeli się zdecydujesz, daj mi znać, zanim wyjedziesz. Przyjdź i mi to powiedz.
– Tak zrobię – odparł mu Andrews. – Będzie jeszcze, mam nadzieję, niejedna okazja do porozmawiania. Potrzebuję trochę czasu, by namyślić się, co dalej.
– Jasne – skomentował tonem goryczy McDonald. – Nie śpiesz się. Nie musisz.
– Do widzenia panu.
Pan McDonald, rozzłoszczony, tylko machnął ręką i zaraz skupił uwagę na papierkowej robocie. Andrews wolno wyszedł z chatki, przemierzył podwórze i skręcił w polną ścieżynę wiodącą ku głównej drodze. Przy rozdrożu się zatrzymał. Naprzeciwko i po lewej rosła kępa topól; za nimi, zakładał, pewnie biegła rzeka i przecinała gościniec; wody, co prawda, nie widział, dostrzegał jednakże porosłe krzakami i chwastami skarpy, które ciągnęły się w dal. Wszedł na główną drogę i ruszył w stronę miasteczka.
Zbliżało się już południe, kiedy wrócił do zajazdu; wciąż czuł się znużony jak w chałupie przy solankach. W jadalni na dole dzióbnął twardawego smażonego mięsa i gotowanej fasoli; popił paroma łykami gorącej gorzkawej kawy. Kiedy przykuśtykał portier, zapytał Andrewsa, czy udało mu się znaleźć pana McDonalda; ten odrzekł, że owszem; portier kiwnął głową i nie podjął wątku. Andrews wkrótce wstał od stołu, poszedł na górę do siebie i położył się na łóżku. Patrzył, jak przesłona w oknie lekko się wybrzusza; zasnął.
Obudził się w mroku; poprzez tkaninę okienną sączyła się migotliwa poświata z ulicy. Z rozgwaru na dworze, końskiego parskania i stukotu kopyt wyłowił dalekie krzyki. Przez chwilę nie miał pojęcia, gdzie akurat się znajduje.
Podniósł się raptownie i usiadł na brzegu łóżka wśród szelestu materaca; gdy się uspokoił, przeczesał palcami włosy, musnął potylicę, przesunął dłonią po karku i wygiął głowę do tyłu, rad, że drętwotę między łopatkami wreszcie koi dopływ krwi. Krocząc w ciemności, dotarł do stolika, którego kształt się rysował na tle blasku z okna. Na blacie znalazł zapałkę i zapalił lampę stojącą koło miednicy. W lustrze zobaczył grę światła na swojej twarzy: żółcień ostro się odcinał od ciemnoszarego cienia. Nabrał letniej wody w dłonie i obmył oblicze. Wytarł się koszulą, którą miał na sobie wczoraj. W chybotliwym oświetleniu założył krawat kowbojski czarnego koloru i brązową marynarkę, która wionęła już potem; przyglądał się sobie w odbiciu lustrzanym jak komuś obcemu. Zdmuchnął płomyk lampy i wyszedł z pokoju.
Długie żółte smugi światła z otwartych okien i drzwi kilku zaledwie budynków miasta Butcher’s Crossing kładły się na drodze. W składzie konfekcyjnym naprzeciw zajazdu jaśniał pojedynczy ognik; wokoło krążyły zwaliste postaci, które ogromniały w oczach, bo rzucały wielkie cienie. Promienniejsza jasność biła obok, od saloonu, do wtóru śmiechów i tupnięć. Jakieś dziesięć stóp przed wejściem uwiązano parę koni do niegładzonego drewnianego pala; stały nieruchomo, jednak roziskrzone błyski odbijały się w ich oczach i lśniły na gładkiej sierści. Dalej, za ziemianką, trasę oświetlały dwie małe latarnie na słupach przed stajnią; następnie od kuźni rozchodziła się ognista, ale przygaszona łuna; dało się dosłyszeć ciężki łomot młota w metal i wściekłe syczenie wody, gdy hartowano rozgrzane do czerwoności żelazo. Andrews wolno przeszedł skosem ku gospodzie U Jacksona.
Wkroczył do podłużnej izby, ciągnącej się prostopadle od głównej ulicy, a na tyle wąskiej, że gdyby w poprzek stanęło czterech postawniejszych chłopów, stykaliby się barkami. Z niepomalowanych, okopconych krokwi zwisały lampki oliwne; ich odbite światło żółciło powierzchnie w dole, mgliście ocieniając wszystko, co było pod spodem. Nowy gość ruszył w głąb sali. Szynkwas z prawej strony rozciągał się niemal na całą długość gospody; blat miał sklecony z dwóch grubo ciosanych desek wspartych o toporne, masywne polana postawione na nierównych klepkach podłogowych. Andrews wziął głęboki oddech; jego płuca wypełniła duszna woń płonącej nafty, trawionego alkoholu i schnącego potu; po chwili odkaszlnął. Podszedł do szynkwasu, który piął się na wysokość ciut powyżej jego talii; niski, łysy oberżysta o sumiastych wąsach i pożółkłej cerze wgapiał się w niego bez słowa.
– Piwo – rzucił Andrews.
Karczmarz sięgnął pod kontuar, wyjął ciężki kufel, zbliżył się do jednej z beczek stojących na skrzyniach z drewna i odkręcił kranik. Pienisty strumień popłynął po ściance. Gospodarz saloonu postawił piwo przed gościem i oznajmił:
– Dwójka.
Andrews od razu skosztował; nieschłodzony trunek wydał mu się rozwodniony. Położył monetę na ladzie przed oberżystą.
– Szukam człowieka o nazwisku Miller – stwierdził. – Ponoć u was przesiaduje.
– Miller? – Karczmarz się odwrócił z obojętną miną i zerknął ku dwóm stolikom w ciemnym końcu izby, gdzie paru mężczyzn popijało w ciszy. – Nie ma go, nie widzę. A co, znacie się?
– Jeszcze nie – powiedział Andrews. – Mam… sprawę do niego. Pan McDonald mówi, że pewnie tu go zastanę.
Karczmarz skinął głową.
– Raczej w dużej sali. – Wskazał ruchem oczu za plecy Andrewsa, który się obrócił i ujrzał przymknięte wejście do innego pomieszczenia. – Duży chłop bez brody. Pewnie siedzi z Charliem Hoge’em, małym takim, siwym.
Andrews podziękował, dopił, po czym drzwiami w tylnej ścianie wszedł do drugiej izby. Była przestronniejsza, ale słabiej oświetlona. Choć z osmalonej powały zwisało na hakach wiele lampek na oliwę, ledwie kilka się paliło; pokój wypełniały wąskie wyspy światła i spore obszary cienia. Niekształtne stoliki porozstawiano po kątach; pośrodku sali widniała okrągława pusta przestrzeń; w tyle można było dojrzeć wiodące na piętro schody. Andrews wykonał krok w przód; szeroko otworzył oczy, by lepiej widzieć w półmroku.
Przy pierwszym stoliku pięciu panów grało w karty; gdy w izbie zjawił się nowy, nie podnieśli wzroku ani nie przerwali ciszy. Dało się słyszeć tasowanie talii, rozkładanie kart na blacie i przesuwanie żetonów. Dalej siedziały dwie panny szepczące sobie na uszko; następny stolik zajmowała para; tu i ówdzie w cieniu majaczyły różne grupki. Andrews stanął naprzeciwko głuchego bezwładu, dziwacznego zawieszenia, a gdy mu się poddał, nie wiedział przez moment, po co tu w ogóle przyszedł. W szarym końcu izby dostrzegł pośród dymu stolik, przy którym bawili dwaj mężczyźni i kobieta. Trzymali się nieco z boku; postawniejszy z panów wpatrywał się wprost w Andrewsa. Ten ruszył w ich stronę przez pustkę na środku sali.
Gdy stanął przed towarzystwem, wznieśli ku niemu spojrzenia. Wspólnie zastygli przez chwilę w milczącym bezruchu; Andrews czujnie się przyglądał roślejszemu z mężczyzn, chociaż zauważał zarazem bladawą twarzyczkę pani i jej płowe włosy, które zdawały się spływać z obnażonych ramion, oraz długi nochal i zsiwiały zarost drobniejszego jegomościa.
– Pan Miller? – zagadnął.
Osiłek potaknął głową.
– To ja – odpowiedział.
Tęczówki miał czarne, wyraźnie zarysowane na tle białek oczu osłoniętych krzaczastymi, ściągniętymi brwiami, które marszczyły mu skórę u tęgiej nasady szerokiego nosa. Jego zżółkła, gładka cera była niczym wyprawiona; od kącików wielkich ust odchodziły w górę wyraźne, głębokie bruzdy. Czarna i gęsta czupryna z przedziałkiem na boku opadała mu puklami do połowy uszu.
– To ja – stwierdził znowu.
– Nazywam się Will Andrews i jestem znajomym… Pan J. D. McDonald zna od lat moją rodzinę. Opowiedział mi o panu.
– McDonald? – Miller wolno mrugnął prawie bezrzęsymi, ciężkawymi powiekami. – To siadaj, kolego.
Andrews przysiadł się do stołu między panną a Millerem.
– Na pewno nie przeszkadzam?
– A McDonald czego chce? – od razu zapytał Miller.
– Przepraszam?
– Przysłał cię, więc chyba po coś?
– To nie tak. Ja sam – odpowiedział Andrews. – Chciałem poznać kogoś, kto dobrze zna okolicę, a pan McDonald był na tyle miły, że o panu wspomniał.
Miller przez moment przyglądał się młodzieńcowi, po czym kiwnął głową.
– On od dwóch lat mnie namawia, żebym polował dla niego. Myślałem, że o to chodzi. Że znowu chce mnie urobić.
– Nie – powiedział Andrews.
– Pracujesz u niego?
– Nie. Proponował mi, co prawda, ale odmówiłem.
– Czemu? – spytał Miller.
Andrews się zawahał.
– Nie chcę zobowiązań. Nie po to tu przyjechałem.
Miller skinął głową i zmienił pozycję zwalistego cielska, a Andrews zdał sobie sprawę, że jego rozmówca siedział jak dotąd bez ruchu.
– To jest Charley Hoge – rzekł Miller, zwracając się nieco w stronę siwego mężczyzny zasiadającego naprzeciw Andrewsa.
– Miło pana poznać – oznajmił Hoge’owi Andrews i podał mu dłoń nad blatem.
Hoge krzywo wyszczerzał zęby; jego twarz o ostrych rysach troszeczkę się zapadała pośród wąskich ramion. Z wolna uniósł prawą rękę i wtem cisnął przedramieniem, które upadło na stolik. Jego ramię wieńczył białawy kikut w przegubie, schludnie zabliźniony. Andrews cofnął dłoń w bezwiednym odruchu. Hoge wybuchnął śmiechem – niemalże bezgłośnym świstem, który się dobywał z cherlawej klatki piersiowej.
– Charliem się nie przejmuj – uspokajał Miller. – On zawsze tak. Bardzo go to bawi.
– Straciłem zimą w sześćdziesiątym drugim – wytłumaczył Charley, nadal dusząc się ze śmiechu. – Przemarzła do kości. Sama by odpadła, ale…
Nagle dreszcz go przeszedł, cała seria dreszczy, jakby znowu trząsł się z zimna.
– Szanowny kolega postawi Charliemu whisky – zachęcił uprzejmie Miller. – Tę zabawę także lubi.
– Oczywiście – odparł Andrews. Już się zbierał, żeby wstać. – To ja w takim razie…
– Spokojnie – powiedział Miller. – Francine nam przyniesie. – Skinął na blondynkę. – Poznajcie się.
– Miło mi – powiedział Andrews w niewygodnym półprzysiadzie, po czym zgrabnie się ukłonił.
Panienka się uśmiechnęła, rozchylając blade usta; zęby miała śnieżnobiałe, lecz trochę nierówne.
– Dobrze – rzuciła Francine. – Whisky i coś jeszcze?
Mówiła powoli, wymawiając słowa cokolwiek z niemiecka.
Miller potrząsnął głową.
– Dla mnie piwo, proszę – odezwał się Andrews. – A pani co sobie życzy?
– Ja nic. Dziś mam wolne.
Wstała od stolika, poszła, a Andrews przez chwilę wodził za nią wzrokiem. Była kobietą przy kości, lecz poruszała się z wdziękiem; nosiła sukienkę ze lśniącego materiału w białe i niebieskie, dość szerokie pasy. Jej obcisły gorset uwydatniał krągłe piersi. Andrews, usiadłszy, spojrzał pytająco w kierunku Millera.
– Ona tu… pracuje?
– Francine? – Miller popatrzył na Andrewsa obojętnie. – Ona się tu kurwi. Mamy z dziesięć dziwek w mieście. Sześć robi w saloonie, a w ziemiankach koło rzeki przyjmują Indianki.
– Nierządnica – stwierdził Charley, wciąż rozdygotany. – Kobieta upadła.
Mówił to z pełną powagą.
– Charley to pobożny człowiek – skomentował Miller. – Oblatany w Biblii.
– A Francine to… kurwa – powiedział Andrews i przełknął ślinę, po czym się uśmiechnął. – Chociaż nie wygląda…
Miller lekko uniósł kąciki szerokich ust.
– A ty, młody, skąd ty jesteś?
– Z Bostonu – powiedział. – W stanie Massachusetts.
– I co, wy kurew nie macie w tym waszym Bostonie?
Andrews zaczął się rumienić.
– Chyba jakieś są, ja nie wiem – wyjaśnił usłużnie. – Nie wiem, szczerze mówiąc. Ale pewnie tak.
Miller kiwnął głową.
– Czyli są dziwki w Bostonie. Ale bostońska kurewka a kurewka z Butcher’s Crossing to jednak nie jest to samo.
– Rozumiem – powiedział Andrews.
– Nie sądzę – powiedział Miller. – To jest tak. W Butcher’s Crossing dziwka to podpora społeczeństwa. Chłop chce mieć coś z życia poza żarciem i gorzałą. Gdy jedzie na polowanie, chciałby mieć do czego wrócić. U nas kurwy wybrzydzają, mają wymagania, a biedne jakoś nie chodzą. Są prawie godne szacunku i mogą nawet wyjść za mąż, gdy znajdzie się chętny. Kurewka to dobra partia.
Andrews nic nie odpowiedział. Miller odchylił się na krześle.
– Teraz martwy sezon i Francine nie ma roboty. W czasie wolnym dziwka to, na moje oko, baba jak i każda inna.
– Ruja i porubstwo – rzucił Charley Hoge. – Tej zmazy z siebie nie zmyje.
Trzymał się brzegu stolika zdrową ręką tak kurczowo, że aż kłykcie mu siniały na brązowej skórze dłoni.
Francine wróciła z trunkami. Stawiając przed Charliem whisky, przechyliła się nad Willem. Poczuł jej ciepło, jej zapach; łagodnie się wzdrygnął. Z szerokim uśmiechem podała mu piwo; miedzianozłociste rzęsy, miękkie niczym meszek, sprawiały wrażenie, że ich posiadaczka nigdy nie zamyka wielkich jasnych oczu, a nawet nimi nie mruga. Andrews sięgnął do kieszeni, wyjął parę monet i położył jej na dłoni.
– Zostawić was samych? – spytała Millera Francine.
– Siadaj – odpowiedział. – Tak sobie tylko gadamy.
Na widok szklaneczki whisky Charley Hoge ochłonął; wychylił trunek do dna, odginając głowę; jabłko Adama pod siwą szczeciną zarośniętej szyi śmigało mu jak zwierzątko. Dopiwszy, znowu siadł prosto, po czym znieruchomiał, wpatrując się w towarzystwo lodowatym wzrokiem drobnych szarych oczu.
– Szanowny kolega chciałby porozmawiać o czym? – zapytał Andrewsa Miller.
Andrews popatrzył zmieszany na Francine i Hoge’a. Pokrył wstyd uśmiechem.
– Pan tak prosto z mostu – odrzekł.
Miller skinął głową.
– Tak już jakoś mam – oświadczył.
Andrews powiedział po chwili milczenia:
– Chciałbym po prostu poznać okolicę. Pierwszy raz tu jestem. Wszystko mnie ciekawi.
– Ale czemu? Po co? – zapytał go Miller, a ten spojrzał z pustką w oczach. – Pan kolega się wyraża, jakby był po szkołach.
– Zgadza się – potwierdził Andrews. – Trzy lata Harvardu.
– Trzy lata to nie tak mało. A dawno rzuciłeś?
– Krótko przed wyjazdem tutaj.
Miller przez moment zatrzymał na nim spojrzenie.
– Harvard – powiedział i pokręcił głową. – Ja jestem samouk. Sam się nauczyłem czytać, gdy utknąłem w Kolorado, bo mnie zasypało zimą w zagrodzie traperskiej. Pisać nie potrafię, tyle co własne nazwisko. I ty akurat ode mnie chcesz się czegoś dowiadywać?
Andrews zmarszczył czoło. Mówiąc, starał się nie zdradzić z lekkim rozdrażnieniem.
– Nie wiem, nie znam pana – wyrwało mu się za głośno. – Tak jak powiedziałem, ciekawi mnie okolica. Pan McDonald mi doradził, że z czymś takim to do pana, bo pan jest najlepiej obyty w terenie. Pomyślałem sobie, że może pogawędzimy godzinkę lub dwie i będzie pan łaskaw opowiedzieć mi co nieco…
Miller znów pokręcił głową i wyszczerzył zęby.
– Ty to masz gadane, chłopie. Trzeba ci to przyznać. Na Harvardzie tego uczą?
Andrewsa zamurowało. W końcu się uśmiechnął.
– Nie bardzo – oznajmił. – Każą słuchać, a nie mówić.
– A, no to rozumiem, czemuś rzucił studia – odpowiedział Miller. – Człowiek czasem musi otworzyć do kogoś gębę i wyrzucić z siebie, co mu leży na wątrobie.
– Tak – powiedział Andrews.
– I dlatego cię przywiało. Aż do Butcher’s Crossing.
– Tak.
– A gdy już dostaniesz, po co przyjechałeś, to co dalej z tobą? Wrócisz do domu, do swoich chwalić się i opowiadać, i robić wrażenie? Albo coś napiszesz i dasz do gazety?
– Nie – zaprzeczył Andrews. – Nie po to tu jestem. Przyjechałem tu dla siebie.
Miller milczał dłuższą chwilę.
– To jeszcze postaw Charliemu. I mnie przy okazji.
Francine wstała z miejsca, pytając Andrewsa:
– A dla pana piwo?
– Whisky – odpowiedział.
Kiedy Francine poszła, Andrews trwał bez słowa i nie patrzył na żadnego ze współtowarzyszy.
Pierwszy odezwał się Miller:
– W papierach nie chciałeś siedzieć.
– Taka praca to nie dla mnie.
Miller kiwnął głową.
– Żeby była jasność: to jest miasteczko myśliwych. Jeśli chodzi o robotę, wielkiego wyboru nie ma. Możesz przerzucać papiery za biurkiem u McDonalda i trochę się odkuć. Lub założyć coś własnego i liczyć, że jednak dociągną tu tory. Lub pojechać na wyprawę i polować na bizony.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Tytuł wydania oryginalnego: Butcher’s Crossing
Język oryginału: angielski
Copyright © 1960, 1988 by John Williams
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2026
Copyright © for the Polish translation by Maciej Stroiński, 2026
Wydanie I w tej edycji, Warszawa 2026
Redakcja: Karolina Górniak-Prasnal / d2d.pl
Korekty: Beata Marzec / d2d.pl, Monika Paduch / d2d.pl
Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl
Projekt typograficzny, skład i redakcja techniczna: Robert Oleś
Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.
ul. Filtrowa 61 m. 13
02-056 Warszawa
www.wydawnictwofiltry.pl
ISBN 978-83-68180-80-0
