Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Szósty tom kultowego cyklu powieściowego J.R. Ward. Dziedzictwo krwi to trzymająca w napięciu powieść grozy z fascynującym wątkiem miłosnym w tle. To barwna opowieść o bezlitosnej walce tajnego bractwa wampirów z ich odwiecznymi prześladowcami, rozgrywającej się w realiach współczesnej Ameryki.
Po latach narzuconego sobie celibatu nieustraszony wojownik Bractwa – Furiath – poświęca się dla dobra rasy, przyjmując funkcję Najsamca. Od tej pory ma być odpowiedzialny za utrzymanie ciągłości rasy i zapewnienie Bractwu nowych wojowników. Jednak Furiath nieustannie odsuwa w czasie podjęcie nowych obowiązków i walcząc z demonami przeszłości, szuka ukojenia w narkotykach. Zakochuje się w Wybrance Cormii, ale nie potrafi się do tego przyznać. A skoro nie wywiązuje się z obowiązku prokreacji z Cormią, musi zaakceptować inną przysłaną mu dziewicę. Zdarzenia przybierają nieoczekiwany obrót…
Tymczasem Bractwo ma coraz większe kłopoty. Ze szpitala w niejasnych okolicznościach zostaje uprowadzony młody wampir Lahser. Dochodzi też do serii brutalnych morderstw w domach wampirzej arystokracji…
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu | Galeria Książki
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 641
Rok wydania: 2013
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
jo Sztyletu
Bractwo Czarnego Sztyletu
dziedzictwo
krwi
W serii Bractwo Czarnego Sztyletu
ukazały się także następujące tytuły:
Mroczny kochanek Ofiara krwi Wieczna miłość Wampirze serce Śmiertelna klątwa Anioł zemsty Dusza wampira Droga przeznaczenia Księżycowa przysięga Sidła namiętności
O autorce:
J.R.Ward - bestsellerowa pisarka amerykańska specjalizująca się w romansach paranormalnych. Mieszka na południu USA wraz z mężem i ukochanym psem rasy golden retriever. Po ukończeniu studiów prawniczych rozpoczęła pracę w służbie zdrowia w Bostonie i przez wiele lat była szefem personelu w jednym z najważniejszych naukowych centrów medycznych w kraju. Pisanie zawsze było jej pasją, a pełnię szczęścia daje jej dzień spędzony przy komputerze, pies u boku i dzbanek kawy. Seria Bractwo Czarnego Sztyletu przyniosła jej kilka ważnych nagród literackich i czołowe miejsca na amerykańskich i europejskich listach bestsellerów. Aktualnie pisarka pracuje nad kolejnymi tomami Bractwa oraz serii - Fallen Engels (Upadłe anioły).
j,R, WARD
3.
4.
5.
6.
9.
12.
16.
18.
22.
26.
26.
30.
33.
34.
35.
36.
37.
38.
39.
40.
42.
44.
49.
54.
56.
j,R, WARD
Bractwo Czarnego Sztyletu
DZIEDZICTWO KRWI
Tłumaczenie Zuzanna Załęska
VIDEOGRAF
Tvtuł oryginału:
Lover Enshrined. A novcI of the Binek Dagger Brotherlwod
Redakcja:
Elżbieta Spadzińska-Zak
Projekt okładki:
Grzegorz Bociek
Ilustracja na okładce:
Dariusz Kocurek
Redakcja techniczna:
Damian Walasek
Skład i łamanie:
Ewa Mierzwa
Korekta:
Urszula Bańeerek
Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2013
Wydawca:
Wydawnictwa Videograf SA 41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C teł.: 32-348-31-33, 32-348-31-35 fax: 32-348-31-25 officefa. videograf.pl mvtv.videograf.pl
Dystrybucja:
DICTUM Sp. z o.o.
01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 2 1 tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12 dysttybucja (adictum.pl www.dictum.pl
i W/92534 I
i
© Jessica Bird, 2008 © Polish edition by Wydawnictwa Yideograf SA, Chorzów 2011
ISBN 978-83-7835-235-8
Dedykuję: Tobie
Byłeś prawdziwym dżentelmenem i wielkim pocieszycielem. Moje szczęście nosi twoje imię.
Naprawdę na to zasługujesz.
Podziękowania
Wyrazy głębokiej wdzięczności dla czytelników serii Bractwa Czarnego Sztyletu i wielkie „hej" dla Cellies, internetowej grupy dyskusyjnej fanów.
Wielkie dzięki dla Karen Solem, Kary Cesare, Claire Zion i Kary Welsh.
S-Byte, Ventrue, Loop i Opal: dzięki za wszystko, co robicie z dobroci waszych serc!
Nieustające podziękowania dla mojego Komitetu Wykonawczego:
Sue Grafton, dr Jessiki Andersen, Betsey Yaughan.
Wyrazy szacunku dla niezrównanej Suzanne Brock-mann.
DLB - Kocham cię i podziwiam. Całusy. Mama.
NTM - przyjmij moją nieustanną miłość i wdzięczność. Jesteś prawdziwym arystokratą ducha.
PS - czy istnieje cokolwiek, czego byś nie potrafi! znaleźć?
LeEllo Scott - daleko jeszcze? daleko jeszcze? daleko jeszcze?
Pamiętaj - jeździmy z tempomatem, a bez LeSunshine nie ma nas.
Uwielbiam cię, potworze.
Kaylie - witaj na świecie, malutka.
Twoja fantastyczna matka jest moją zdecydowaną idolką nie tylko dlatego, że dba o moje włosy.
Bub - dzięki za „ubzdryngolony"!
Ta książka nigdy by nie powstała bez mojego kochającego męża, który jest moim doradcą, aniołem stróżem i wizjonerem, mojej cudownej matki, za której miłość nigdy się w pełni nie odwdzięczę, moich krewnych (rodzonych i przyszywanych) i moich najdroższych przyjaciół.
I, oczywiście, bez piękniejszej połowy WriterDoga.
Glosariusz
Ahstrux nohtrum - osobisty ochroniarz z uprawnieniami zabójcy. Funkcja z królewskiego nadania.
Bractwo Czarnego Sztyletu - tajna organizacja mistrzów sztuk walki, której zadaniem jest obrona rasv wampirów przed Korporacją Reduktorów. Dzięki właściwemu doborowi genetycznemu członkowie Bractwa obdarzeni są potężnym ciałem i umysłem oraz niecodzienną zdolnością regeneracji. Bractwo wyławia kandydatów na swoich członków, którzy zazwyczaj nie są rodzonymi braćmi. Agresyw ni, pewni siebie, a przy tym tajemniczy, trzymają się z dala od cywilów i nie utrzymują kontaktów z członkami pozostałych kast. o ile nie potrzebują się dokrwić. W świecie wampirów bracia cieszą się wielkim poważaniem. O ich wyczynach krążą legendy. Giną tylko od bardzo poważnych urazów, takich jak rany postrzałowe, cios w serce ltp.
Broniec — samiec wampirów, który ma partnerkę. Samce mogą mieć więcej niż jedną partnerkę.
Cerbher - kurator przydzielony z urzędu. Funkcja podlega gradacji; najwięcej uprawnień mają cerbheiz\ eiemit-hek.
Chcączka - okres płodności u samicy wampirów; zwykle trwa dwa dni i towarzyszy jej potężny apetyt seksualny. Pierwsza chcączka występuje około pięciu lat po przemianie, później pojawia się raz na dziesięć lat. Chcączka samicy wyczuwana jest przez wszystkie samce, które mają z nią kontakt. To niebezpieczny okres, w którym dochodzi do waśni i starć między rywalizującymi samcami, zwłaszcza jeśli samica nie ma partnera.
Dhunhd - piekło.
Ehros - wybranka wyszkolona w sztuce miłosnej.
Eremithka - status przyznawany przez króla arystokratycznej samicy w odpowiedzi na suplikę jej rodziny. Eremithka podlega wyłącznie władzy cerbhera, zwykle najstarszego samca w domostwie. Cerbher ma prawo decydowania o jej postępowaniu, zwłaszcza ograniczania bądź całkowitego zakazu kontaktów ze światem zewnętrznym.
Frathyr - zwrot używany pomiędzy mężczyznami na znak wzajemnej miłości i szacunku. W swobodnym tłumaczeniu: drogi przyjaciel.
Glymeria - opiniodawcze kręgi arystokracji. Socjeta.
Gwardh - osoba odpowiedzialna za wychowanie, ojciec chrzestny.
Juchacz - wampir płci męskiej lub żeńskiej, który ma obowiązek karmić swoją krwią właściciela. Choć posiadanie juchaczy należy do ginących obyczajów, jest nadal praktyką legalną.
Korporacja Reduktorów - Organizacja zabójców powołana przez Omegę w celu eksterminacji rasy wampirów.
ICrwiczka - wampirzyca, która ma partnera seksualnego. Samice zwykle poprzestają na jednym partnerze, ponieważ samce mają silny instynkt terytorialny.
Krypta - rytualne miejsce spotkań Bractwa Czarnego Sztyletu, wykorzystywane do ceremonii oraz przechowywania stoi z sercami reduktorów. W Krypcie odbywają się ceremonie przyjęcia do Bractwa i pogrzeby; tu również dyscyplinuje się nieposłusznych członków Bractwa. Wstęp przysługuje jedynie członkom Bractwa, Pani Kronik i inicjowanym adeptom.
Lilan - pieszczotliwie: ukochany, ukochana.
Mamanh - spieszczenie słowa: matka.
Nalla - najdroższa, ukochana. Rodzaj męski: nallum.
Normalsi - symphackie określenie wampirów niebędących symphatami.
Nówka - dziewica.
Omega - złowroga, tajemnicza postać dążąca do zagłady wampirów z powodu niechęci do Pani Kronik. Istota nadprzyrodzona, posiada zdolności magiczne, z wyjątkiem mocy tworzenia.
Pani Kronik - duchowy autorytet, doradczyni królów, strażniczka świętych ksiąg wampirów, dawczyni przywilejów. Istota nadprzyrodzona, posiada wiele nadprzyrodzonych mocy. W jednorazowym akcie kreacji powołała do istnienia rasę wampirów.
Pierwsza Rodzina - królewska para wampirów z ewentualnym potomstwem.
Pre-trans - młody wampir w okresie bezpośrednio poprzedzającym przemianę.
Princeps - bardzo wysoki stopień w hierarchii wampirzej arystokracji; ustępuje rangą jedynie członkom Pierw szej Rodziny i Wybrankom Pani Kronik.
Provodhyr - wpływowy osobnik piastujący wysokie stanowisko.
Przedświtek- trzeci posiłek wampirów, odpow iednik kolacji w świecie ludzkim.
Przemiana - przełomowy okres w życiu wampirów obojga płci, w którym osiągają dojrzałość. Odtąd muszą regularnie pić krew osobnika płci przeciwnej i nie mogą przebywać w świetle słonecznym. Przemiana zwykle występuje w wieku około dwudziestu pięciu lat. Niektóre wampiry, zwłaszcza samce, giną w trakcie przemiany. Wampiry przed przemianą są słabowite, nierozbudzone płciowo i niezdolne do dematerializacji.
Psaniec - wampir należący do kasty sług. Psańce są posłuszne wielowiekowej tradycji, która dyktuje ich strój i maniery. Mogą przebywać w świetle dziennym, za to starzeją się dość szybko. Średnia długość życia psańca wynosi około pięciuset lat. Samica psańca: psanka.
Pyknąć- unicestwić Nieumarłego przez przebicie mu piersi; anihilacji towarzyszy charakterystyczne pyknięcie połączone z rozbłyskiem.
Pyrokant - pięta achillesowa, słaby punkt lub niszcząca słabość danego osobnika. Natury wewnętrznej (np. nałóg) lub zewnętrznej (np. kochanek).
Pomstha - odwet. Akt wymierzenia sprawiedliwości, zwykle przez samca związanego z poszkodowanym.
Qhrih (St. Jęz.) - runa honorowej śmierci.
Reduktor - członek Korporacji Reduktorów. Bezduszny humanoid, pogromca wampirów. Reduktorów można pozbawić życia wyłącznie przez przebicie piersi; w pozostałych wypadkach żyją wiecznie. Nie jedzą, nie piją, nie rozmnażają się. Z czasem tracą pigment we włosach, skórze i tęczówkach - są bezkrwiści, białowłosi, oczy mają bezbarwne. Pachną zasypką dla niemowląt. Do Korporacji wprowadzani przez Omegę, po rytualnej inicjacji wypatroszone serce przechowują w kamiennym słoju.
Rundha - rytualna rywalizacja samców o samicę, z którą chcą się parzyć.
Ryth - rytuał zwTacania honoru proponowany przez stronę znieważającą. Znieważony wybiera dowolną broń i atakuje nieuzbrojonego adwersarza (samca lub samicę).
Sadhomin - tytuł grzecznościowy używany w relacjach sado-maso przez osobnika podległego wobec osobnika dominującego.
Sroghi - określenie odnoszące się do sprawności męskiego członka. W tłumaczeniu dosłownym: podziwu godny, zasługujący na szlachetną samicę.
Symphaci - odmiana rasy wampirów charakteryzująca się, między innymi, skłonnością i talentem do manipulowania uczuciami bliźnich; w ten sposób doładowują się energetycznie. Symphaci od stuleci są gatunkiem pogardzanym, w niektórych epokach przeznaczonym na odstrzał. Odmiana bliska wymarcia.
Tolly - czuły zwrot. W wolnym przekładzie: moja miła; mój miły.
Wampir - przedstawiciel gatunku odmiennego od Homo sapiens. Aby żyć, wampir musi pić krew osobnika płci przeciwnej. Ludzka krew utrzymuje wampiry przy życiu, jednak jej działanie jest krótkotrwałe. Po przemianie, która występuje około dwudziestego piątego roku życia, wampiry nie mogą przebrać na słońcu i regularnie muszą się dokrwić. Istota ludzka nie może zostać wampirem przez ukąszenie ani transfuzję krwi, spotyka się jednak rzadkie przypadki krzyżówki ras. Wampiry potrafią się dematerializować, ale wymaga to spokoju i koncentracji oraz braku większych obciążeń. Potrafią też wymazywać wspomnienia z pamięci krótkoterminowej człow ieka. Niektóre wampiry umieją czytać w myślach. Średnia życia wampira wynosi ponad tysiąc lat; znaczna izęść osobników żyje o wiele dłużej.
Wieczerza— pierwszy posiłek wampirów, odpowiednik śniadania w świecie ludzkim.
Wybranki — samice wampirów chowane na służebnice Pani Kronik. Uchodzą za arystokrację, choć bardziej w hierarchii duchowej niż świeckiej. Z samcami nie mają prawe styczności, czasem jednak parzą się z wybranymi dla nich przez Panią Kronik braćmi, aby zapewnić liczebność kasty. Posiadają dar jasnowidzenia. W dawnych czasach karmiły swoją krwią członków Bractwa, którzy nie mieli własnych krwiczek, praktyka ta została jednak zarzucona.
Zanikh - duchowa kraina, w której zmarłe wampiry pędzą życie wieczne w otoczeniu swoich bliskich.
Zghubny brah - młodszy bliźniak, nosiciel klątwy.
Zvidh - pole buforujące, maskujące realistyczną iluzją wybrany fragment terenu; fatamorgana.
Zwyrth - martwy osobnik powracający z Zanikhu do świata żywych. Zwyrthy darzone są głębokim szacunkiem i podziwiane za bolesne doświadczenia.
Prolog
Dwadzieścia pięć lat, trzy miesiące, cztery dni, jedenaście godzin, osiem minut i trzydzieści cztery sekundy temu...
Czas, o dziwo, wcale nie był nieskończonym korowodem roztapiających się w wieczności sekund. Czas, wyjąwszy chwilę obecną, był płynny, plastyczny Można go było urabiać jak glinę.
Omegę zalała wdzięczność. Gdyby nie elastyczność czasu, nie trzymałby nowo narodzonego syna w ramionach.
Jakie to dziwne. Nigdy nie marzył o dzieciach, a przecież był w siódmym niebie.
- Matka nie żyje? - spytał, kiedy nadreduktor pojawił się na schodach. Zabawna rzecz: gdyby spytał nadrcduk-tora, który to rok, tamten odparłby, że 1983. I, w pewnym sensie, miałby rację.
- Zmarła w połogu - potwierdził nadreduktor.
- U wampirów to normalka. To jedna z ich nielicznych zalet. - Która, akurat w tym przypadku, była mu bardzo na rękę. Byłby skończonym niewdzięcznikiem, zabijając samicę po tym, jak mu oddała nieocenioną przysługę.
- Co mam zrobić z jej ciałemP
Omega patrzył z rozczuleniem, jak synek chwyta go za kciuk. Maty byt bardzo silny
- Niesamowite.
-Co?
Nie potrafit ubrać swoich uczuć w stówa. Właściwie nigdy siebie nie podejrzewał o jakiekolwiek uczucia.
Jego syn miał być tarczą ochronną w wojnie z wampirami, strategią zapewniającą przeżycie Omegi. W jego zamyśle chłopak miał być ognistym mieczem, który wytępi barbarzyńską rasę wrampirów, nim Destruktor unicestwi Omegę, wchłaniając go kawałek po kawałku.
Na razie sprawy toczyły się zgodnie z planem, począwszy od uprowadzenia samicy wampirów i zapłodnienia jej przez Omegę, aż po narodziny chłopca.
Poczuł nagle, że wcale nie ma ochoty rozstawać się z dzieckiem. To młode na jego rękach jawiło mu się jako jakiś cud, wyłom w zaklętym kręgu. Choć Omega, w odróżnieniu od jego siostry, nie posiadał daru tworzenia, jednak miał zdolność rozmnażania się. Nie był w stanie powołać do życia całej rasy, niemniej mógł reprodukować swoje geny.
Właśnie skorzystał ze swego daru.
- Mistrzu? - Nadreduktor przywołał go do rzeczywistości.
Cholernie nie miał ochoty rozstawać się z małym, ale plan wymagał, żeby jego syn żył pośród nieprzyjaciół, wychował się jako jeden z nich. Dlatego musiał poznać ich język, kulturę i obyczaje.
A także ich siedziby aby pewnego dnia mógł ich wyrżnąć w pień.
Niechętnie oddat dziecko nadreduktorowi.
- Zostaw go przed tamtym domem zgromadzeń, którego nigdy nie pozwalałem ci tknąć. Owiń go w coś i podrzuć, a potem wracaj do mnie, żebym cię mógł zabrać do siebie.
„I wykończyć" - dodał w myślach.
Nic zamierzał tyzykowac żadnycH błędów ani przecieków.
Nadreduktor wyraźnie starał się podlizać Omedze, co w innych okolicznościach mogłoby go ująć, teraz jednak akurat słońce wzeszło nad polami kukurydzy wokół Caldwell. Na pięterku zasyczały pierwsze płomienie, po chwili pożar rozszalał się na dobre. Zapach spalenizny wskazywał, że ciało samicy trawi ogień, pochłaniając również zakrwawione wyrko.
I bardzo dobrze. Należy walczyć z brudem, zwłaszcza w nowiutkim wiejskim domku, zbudowanym specjalnie na okoliczność narodzin syna.
- Idź i spraw się, jak trzeba - rozkazał.
Nadreduktor wyszedł z noworodkiem. Patrząc na zamykające się drzwi, Omega poczuł bolesną tęsknotę za swoim synem.
Na szczęście znał remedium na tę chandrę. Uniósł się w powietrze i katapultował w materialnej postaci do tej samej izby w wiejskim domku dwadzieścia parę lat później.
Podróżując w czasie, obserwował gwałtowne starzenie się pokoju. Tapeta zblakła, a potem odpadła niechlujnymi płatami, meble koślawiły się i dziadziały w miarę długoletniego zużycia. Śnieżnobiały sufit zżółkł i zszarzał, jakby w pomieszczeniu kopciły pokolenia palaczy Spaczone deski podłogi w sieni odstawały od ścian.
Z głębi domu dobiegały dwa gniewne ludzkie głosy.
Omega skierował lot w stronę odrapanej kuchni, która raptem parę sekund wcześniej lśniła nowością i czystością.
Jego nagłe pojawienie się w kuchni przerwało kłótnię mężczyzny z kobietą. Zamarli w osłupieniu. Przystąpi! do rutynowego oczyszczenia domku z niepożądanych świadków.
Jego syn miał powrócić do rodzinnej chaty. Marzył o tym, żeby go ujrzeć. A potem użyć.
Z otępiałym znużeniem obserwował, jak zlo podnosi głowę w jego wnętrzu. Myślał o swojej siostrze, któia według własnego widzimisię z dostępnych surowców powołała do istnienia nowy gatunek na Ziemi. Była z siebie taka dumna...
Ich ojciec też był z niej dumny.
Omega zaczął zabijać wampiry, żeby obojgu zrobić na złość, ale wkrótce zorientował się, że zło go syci. Ojciec mógł mu naskoczyć. Omega szybko się zorientował, że jego niecne postępki - ba, samo jego istnienie - stanowiło taoistyczne dopełnienie szlachetnej natury jego siostry.
Równoważenie przeciwieństw było naczelną dewizą jego siostry, uzasadnieniem istnienia Omegi, misją ich rodu z dziada pradziada. Fundamentalnym prawem, na którym zasadzała się cała rzeczywistość.
Tak więc kiedy Omega kwitł, Pani Kronik cierpiała. Opłakiwała śmierć każdego egzemplarza stworzonego przez nią gatunku, o czym Omega doskonale wiedział. Jak to brat -zawsze umiał wyczuć, co się dzieje w serduszku siostry
Teraz jednak zaczynał ją rozumieć.
Kiedy myślał o swoim synu, który porabiał Bóg wie co, martwił się o chłopaka. Miał nadzieję, że przez dwadzieścia parę lat nie brakło mu niczego. Cokolwiek by mówić, był rodzicem, a rodzice zawsze martwią się o swoje potomstwo. Czy jesteś sługą dobra, czy zła, zawsze chcesz jak najlepiej dla istnienia, które powołałeś do życia.
Omega z zaskoczeniem odkrył, że mimo różnic mają z siostrą coś wspólnego... Oboje trzęsą się o swoje dziatki.
Zerknął na zwłoki pary, którą przed chwilą wykasował.
Niestety, fakt, że ich dążenia z siostrą były podobne, wróżył poważny konflikt interesów.
1.
Nazgul powrócił.
Furiath zamknął oczy i oparł głowę z powrotem o zagłówek łóżka. Diabła tam - powrócił. Nigdy nie odszedł.
Rani mnie twoja małoduszność, kolego, skarcił go mroczny głos w jego głowie. Po tym wszystkim, co przeszliśmy razem?
To prawda... wiele przeszli razem.
To nazgul stał za jego wilczym apetytem na czerwony dymek, on i ten jego głos, mędzący wiecznie o tym, czego Furiath nie zrobił, co powinien był zrobić, co powinien był zrobić lepiej.
Ciągle nie tak, ciągle za mało.
I tak w kółko, do urzygu. Prawda się miała zaś tak, że nazgul, jakby rodem z Władcy Pierścieni, pchnął Furiatha w objęcia czerwonego dymka, czy raczej dowiózł na tylnym siedzeniu spętanego jak wieprzka.
Raczej na przednim zderzaku, kolego.
Co prawda, to prawda.
W wyobraźni Furiatha nazgul jawił się nieodmiennie na tle pobojowiska z kości i czaszek.
Sukinsyn dbał o to, by Furiath ani na chwilę nie zapominał o swoich niedociągnięciach i porażkach, a jego monotonna tyrada wygłaszana nienagannym brytyjskim akcentem popychała go do odpalania blanta od blanta, żeby sobie nie wpakować do ust lufy własnej czterdziestki.
Nie uratowałeś go. Nie uratowałeś ich. To twoja wina... twoja wina.
Złotą zapalniczką przypalił kolejnego skręta.
Na takich jak on mówiono w Starym Języku zghubny brah.
Drugi bliźniak, ten zły.
Jego przyjście na świat, trzy minuty po narodzinach Zbihra, było przekleństwem, które zakłóciło równowagę rodziny. Dwóch szlachetnie urodzonych, żywych synów to było zbyt wiele dobrego naraz, zatem nieuchronnie musiało dojść do wyrównania status quo: nie minęło wiele miesięcy, a starszy bliźniak został uprowadzony i sprzedany w niewolę, gdzie przez sto lat był poddawany najwymyślniejszym torturom.
Zezwierzęceniu swojej Posiadaczki zawdzięczał blizny na twarzy, plecach, nadgarstkach i szyi i jeszcze straszliwsze obrażenia psychiki.
Furiath wstrząsnął się. Ratując życie Zbihra, niewiele zdziałał, trzeba było dopiero magii Belli, żeby wskrzesić duszę bliźniaka. A teraz Bella sama jest w niebezpieczeństwie. Gdyby umarła...
Wszystko wróciłoby do normy. W następnym pokoleniu równowaga zostałaby przywrócona, wciął się nazgul. Naprawdę jesteś pewien, że to właśnie twój błiźniak zasługuje na błogosławieństwo żywych narodzin? A może ty mógłbyś płodzić młode za młodym? A gdybyś tak jeszcze, przy okazji, zakosił mu jego krwiczkę?
Furiath złapał pilot i pogłośnił Che gelida manina.
Nic z tego. Nazgul też lubił Pucciniego. Wymachując jak wiatrak długimi ramionami, ruszył tanecznym krokiem po pobojowisku, depcząc z chrzęstem kości zmarłych. Jego czarna wystrzępiona szata rozwiewała się jak grzywa znaro-wionego ogiera. Na zlewającym się z horyzontem szarym rumowisku nazgul wirował, zanosząc się śmiechem.
Jeszcze. Chwila. A. Oszaleje.
Furiath, nie odwracając głowy, sięgnął po leżącą na nocnym stoliku torbę czerwonego dymka i bibułki. Trafiał na pamięć, jak królik do swojej jamy.
Kiedy nazgul zaczął podrygiwać w rytm arii z Carmen, Furiath, pykając blanta, rolował już na zapas dwa tłuste gi-bony- dwóch sprzymierzeńców, którzy mieli zapewnić jego nałogowi ciągłość. Dym, który wypuszczał z ust, pachniał kawą i czekoladą, jednak byłby gotów wyjarać oponę, bvle zagłuszyć nazgula.
Doszedł już do takiego stanu ducha, że bez wahania kurzyłby zgniłe obierki z dna kubła na śmieci, gdvbv gwarantowało mu to parę chwil spokoju.
Czyżby nasz zińązek zaczął się rozpadać?, zadrwił nazgul.
Furiath skupił wzrok na rysunku, który szkicował od pół godziny. Rzucił okiem na całość, potem zanurzył piórko w srebrnym, rozchybotanym kałamarzu, który trzymał na materacu, przy nodze. Oleisty połysk tuszu przypominał krew wTOgów jego rasy, reduktorów.
Jednak na papierze tusz nabierał odcienia ciemnej rdzy, dalekiej od złowieszczej czerni.
Co więcej, rudy odcień tuszu dokładnie odpowiadał barwie jaśniejszych pasemek w mahoniowych włosach Belli. którą właśnie szkicował z pamięci.
Starannie wycieniował perfekcyjny kontur jej nosa, nakładając siateczkę delikatnych linii.
Rysowanie piórkiem przypominało życie: Jeden nieostrożny ruch i po wszystkim.
Psiakość, oko Belli nie za bardzo mu wyszło.
Uważając, żeby nie zamazać nadgarstkiem świeżego tuszu, próbował pogłębić łuk dolnej powieki. Mimo kolejnych zgrabnych kresek na papierze czerpanym, oko wuąż nie chciało przypominać oka Belli.
Porażka, zważywszy na to, ile czasu w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy strawił na szkicowaniu Belli.
Nazgul nie przepuścił okazji, by palnąć mówkę, że to, co Furiath robi, jest niestosowne. Kto to widział zabawiać się lyso-waniem ciężarnej krwiczki brata bliźniaka. Oj, nieładnie, kolego.
tylko skończony świntuch podkręca się samicą rodzonego brata. Na pewno świetnie się z tym czujesz...
Czy nazgul zawsze musi gadać z tym brytyjskim akcentem?
Furiath wykonał kolejne pociągnięcie piórkiem i przekrzywił głowę, sprawdzając, czy nie pomoże zmiana kąta widzenia. Niestety. Wciąż do dupy, podobnie zresztą, jak włosy. Na rysunku ciemne, długie włosy Belli były upięte w kok, a jej policzki okalały pejsy. W rzeczywistości Bella zawsze nosiła włosy rozpuszczone.
Mimo wszystko była jednak czarująca, a reszta jej twarzy była taka sama jak na wszystkich portretach. Pełne miłości spojrzenie kierowała w prawo, rzęsy miała podwinięte, w jej oczach czuło się ciepło i oddanie.
Zbihr siadał w jadalni zawsze po jej prawej stronie, by w razie czego swobodnie móc wydobyć broń.
Furiath pilnował, żeby na rysunkach Bella nie patrzyła na niego, zresztą w prawdziwym życiu nigdy nie przyciągał jej spojrzenia. Kochała się w jego bliźniaku, co go cieszyło, choć pragnął jej całym sercem.
Portret ukazywał Bellę od czubka koka aż do ramion. Nigdy nie rysował jej powiększającego się brzucha. Ciężarnych samic nie rysowało się od piersi w dół, żeby nie wywołać wilka z lasu. Samice często umierały w połogu, co spędzało Furiathowi sen z powiek.
Leciutko pogładził portret Belli, starając się nie dotknąć nosa, na którym tusz jeszcze nie zasechł. Była śliczna, chociaż jej oku wciąż było daleko do ideału, fryzurę miała zmyśloną, a usta nie tak pełne, jak w rzeczywistości.
Portret skończony. Pora wziąć się za następny.
Jeszcze tylko pęd bluszczu na ramieniu Belli. Pierwszy liść, giętka łodyga, następne liście, coraz więcej liści... pnącze powoli zakrywało szyję i podbródek Belli, wspinając się na usta, anektując policzki...
Raz po raz zanurzał piórko w kałamarzu. Bluszcz stopniowo pochłaniał Bellę, kamuflując jej podobiznę, którą nakreślił w swym samczym, grzesznym zapamiętaniu.
Najtrudniej było zamalować nos. Odkładał to zawsze na sam koniec, bo czuł, że się dusi.
Po pokryciu całego rysunku bluszczem, zmiął kartkę i cisnął przez pokój do mosiężnego kosza na śmieci.
Jaki to miesiąc? Sierpień? Tak, sierpień, co bv znaczyło, że... miała przed sobą jeszcze cały rok ciąży, o ile uda jej się donosić. Jak wiele samic przed nią, polegiwała już z obawy przed przedwczesnym porodem.
Skiepował blanta i sięgnął po następnego, ale okazało się, że tamte dwa, które przygotował przed chwilą, nie wiedzieć kiedy poszły z dymem.
Wyprostował swoją zdrową nogę i odłożył na bok deskę do rysowania. Sięgnął po pakiet pierwszej pomocy: przezroczystą torebkę z czerwonym dymkiem, paczuszkę bibułek i masywną złotą zapalniczkę. Błyskawicznie zrolował świeżutkiego skręta. Zaciągając się, zerknął na poziom zioła.
Cienko. Cieniutko.
Na szczęście stalowe żaluzje zaczęły już podjeżdżać w górę. Zapadła noc, której największym urokiem był brak słońca. Rezydencja Bractwa mogła się wreszcie rozherniety-zować, a on.:, udać się do Mordha. Do dilera.
Wyprostował drugą nogę - tę bez łydki i stop}' - i sięgnął po protezę. Przypiął ją pod pranym kolanem i wstał. Był ostro nastukany i poruszał się jak mucha w smole. Do okna miał chyba z kilometr, co mu nie przeszkadzało, bo świat widział przez miłą mgłę. Wydawało mu się, że unosi się w powietrzu. W rzeczywistości szedł na golasa pi zez pokój.
Ogród w dole był skąpany w poświacie z werandowych okien biblioteki.
To był wzorowy ogród na tyłach. Kwiaty tryskające zdrowiem, w sadzie jabłonie i grusze, wygrabione ścieżki, równo przystrzyżony żywopłot.
W niczym nie przypominał ogrodu w domu jego dzieciństwa.
Tuż pod oknem kwitły bujnie róże herbaciane, dumnie wznosząc mieniące się wszelkimi odcieniami pąki na ciernistych łodygach. Jego myśli poszybowały ku innej samicy
Wziął kolejnego bucha i pomyślał o tej, którą miał święte prawo rysować... Z którą prawo i obyczaj nakazywały nie poprzestawać na szkicowaniu.
Z Wybranką Cormią. Jego pierwszą partnerką.
Pierwszą z czterdziestu.
Jasny gwint. Jak doszło do tego, że został Najsamcem Wybranek?
A nie mówiłem?, wstrzelił się zgrabnie nazgul. Będziesz miał dzieci na pęczki, a każde z nich będzie miało przyjemność pochodzić od ojca, którego jedynym osiągnięciem jest dawanie dupy na każdym odcinku.
Słuchał tego niechętnie, ale nie mógł odmówić nazgulo-wi racji. Nie odbył z Cormią godów, jak nakazuje obyczaj. Nie złożył przełożonej Wybranek wizyty po Tamtej Stronie. Nie poznał trzydziestu dziewięciu samic, które powinien przelecieć gwoli zapłodnienia.
Zaciągnął się mocniej, a wyrzuty sumienia bombardowały go jak grad rozpalonych kamieni odpalanych celną dłonią nazgula. Ten to miał wprawę.
Rzecz w tym, kolego, że jesteś łatwym cełem i tyle.
Cormia przynajmniej protestowała przeciwko swojemu przydziałowi obowiązków. Nie miała najmniejszej ochoty zostawać jego pierwszą partnerką, zmuszono ją do tego na silę. W dniu rytuału miała zostać przywiązana za ręce i nogi do loża obrzędowego jak jakieś zwierzę, a on miał sobie pofolgować. Brr.
Na jej widok natychmiast przerzucił się na tryb awaryjny - miłosiernego samarytanina. Przywiózł ją do rezydencji Bractwa Czarnego Sztyletu i zainstalował w pokoju przylegającym do jego sypialni. Tradycja tradycją, ale nie zamierzał brać jej na siłę. Liczył na to, że jeśli będą mieli trochę czasu i przestrzeni, żeby się poznać, pójdzie im lepiej.
Nic z tego. Cormia zadowalała się własnym towarzystwem, a on po staremu toczył codzienną walkę, żeby nie zapaść się w sobie. Przez pięć miesięcy nie przybliżyli się nawet o milimetr ani do siebie nawzajem, ani do łóżka. Cormia rzadko się odzywała i schodziła na dół tylko na posiłki. Wychodziła z pokoju tylko po książki z biblioteki.
W długiej białej sukni bardziej przypominała pachnący delikatnie jaśminem cień niźli istotę z krwi i kości.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że ten stan rzeczy zupełnie mu odpowiadał. Sądził, że jest przy zdrowych zmysłach, kiedy podjął się zostać Najsamcem i zastąpić Vrhednego w obowiązkach rozpłodowca, ale rzeczywistość przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Czterdzieści samic. Czter-dzieś-ci.
Cztery, zero.
Tak, musiał być w jakiejś zaćmie, kiedy się ofiarował na miejsce V Bogiem a prawdą, podczas jedynej próby utraty dziewictwa nie spisał się, chociaż oddał się w ręce profesjonalistki. Niewykluczone jednak, że źródłem jego blokad)' był właśnie fakt, że to była kurwa.
No ale do kogo miał się, u diabła, zwrócić? Byl dwustuletnim prawiczkiem, który nie miał o seksie pojęcia, liud-no mu było sobie jakoś wyobrazić, że dosiada wdzięczną, delikatną Cormię, kopulacja, ejakulacja, do widzenia i juz gna do sanktuarium Wybranek, użyć sobie jak Bill Pa\ton w Trzy na jednego.
Chyba mu odjebało, kiedy się na to zgodził.
Z blantem w ustach otworzył okno. Upojny aromat letniej nocy wsączył się do pokoju. Róże. Któregoś dnia zastał
Cormię z różą w ręku. Musiała ją wyjąć z bukietu, który Fritz postawił w saloniku na piętrze. Siedziała, wytwornie kłoniąc głowę nad wazonem, z lawendowym kwiatem w smukłych palcach. Wąchała nabrzmiały pąk. Z jej jasnych włosów, jak zawsze upiętych z tyłu głowy, wysunęło się kilka delikatnych kosmyków pofalowanych z naturalnością płatków róży.
Gdy zorientowała się, że na nią patrzy, podskoczyła, odłożyła różę i wybiegła bezszelestnie, zamykając drzwi za sobą.
Zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł jej trzymać bez końca z dala od jej świata i bliskich. Najpierw jednak musieli odbyć rytualny stosunek, tak jak się zobowiązał, a Cormia, jakkolwiek początkowo zlękniona, tego właśnie oczekiwała po nim.
Spojrzał na swoje biurko, na którym leżał masywny złoty wisior grawerowany antycznymi runami Starego Języka. Wyglądał jak wielgachne wieczne pióro. Symboliczny naszyjnik Najsamca był nie tylko kluczem do wszystkich budowli po Tamtej Stronie, ale również obligował do opieki nad Wybrankami.
Najsamce - im rasa wampirów zawdzięczała swoją siłę.
Wisior znowu się rozdzwonił. Przełożona Wybranek go wzywa. Teoretycznie powinien śmignąć do swojego aktualnego domu, ergo - sanktuarium. Postanowił olać jej monit, podobnie jak dwa poprzednie.
Nie miał ochoty słuchać w kółko tej samej gadki, jak bardzo przegiął, migając się przez pięć miesięcy od dopełnienia rytuału Najsamca.
Biedna Cormia, zapuszkowana w gościnnym pokoju za ścianą, z dala od swoich siostrzyc, nie ma nawet do kogo ust otworzyć. Próbował zagaić do niej, ale wpadła w panikę. "Wcale jej się nie dziwił.
Cud, że nie oszalała, godzinami siedząc w samotności. Przydałby jej się jakiś przyjaciel. Jak każdemu zresztą.
Nic każdy zasłużył sobie na przyjaciół, przyciął mu nazgul.
Odsunął się od okna i ruszył do łazienki wziąć prysznic. Przystanął przy koszu na śmieci. Zgnieciony w kulę rysunek tymczasem trochę się rozwinął, odsłaniając gmatwaninę bluszczu. W pamięci mignął mu zabazgrany portret Belli z włosami upiętymi w kok i niesfornymi kosmykami na policzkach. Kosmykami pofalowanymi z naturalnością płatków róży.
Zadumany wszedł do łazienki. Cormia była czarowna, ale...
Wszyscy przyjęliby z wdzięcznością, gdybyś' jej pragnął, skończył za niego nazgul. Wobec tego musisz unikać jak ognia tej opcji, kolego, żeby nie zepsuć swojego mzerunku skończonego nieudacznika.
Furiath podkręcił Pucciniego i puścił prysznic.
2.
Żaluzje podjechały w górę na noc. Cormia nie próżnowała w sypialni.
Siedząc po turecku na orientalnym dywanie, wyławiała ziarna grochu z wypełnionej wodą kryształowej misy. Kied\ Fritz przyniósł jej misę, ziarna były twarde jak kamyczki, ale po namoczeniu okazał}' się zdatne do użytku.
Wyłowiła jeden groszek, po czym sięgnęła po wykałaczkę z białego pudełeczka podpisanego alfabetem człowiekowi WYKAŁACZKI SIMMONSA, 500 SZTUK.
Wbiła wykałaczkę w ziarno grochu, następnie powtórzyła tę czynność z kolejną wykałaczką i ziarnem, formując kąt prosty. Z dwóch takich kątów zbudowała kwadiat, a na stępnie trójwymiarowy sześcian. Zadowolona dodała go do bliźniaczych sześcianów, domykając czwoiokątną podstawę konstrukcji o bokach długości półtora metra. Od tej chwili budowa miała posuwać się w górę przez dodawanie kolejnych ażurowych warstw.
Wszystkie wykałaczki wyglądały tak samo, wszystkie groszki były identycznie zielone i okrągłe. Przypominały jej, skąd pochodzi. W znajdującym się poza czasem sanktuarium Wybranek jednakowość była cnotą, sprawą najwyższej wagi.
Po tej stronie świat był niemożliwie zróżnicowany.
Oko Cormii padło na wykałaczki w jadalni: odchodząc od stołu, brat Rankohr z bratem Butchem wyjmowali je z wysokiego, srebrnego pudełka. Nie wiedziała, co jej kazało pewnego wieczoru wziąć do pokoju kilka wykałaczek. Wsunęła jedną do ust i skrzywiła się: smak suchego drewna nie przypadł jej do gustu. Nie miała pomysłu, co z nimi dalej robić. Odłożyła je na nocny stolik i zaczęła układać rozmaite figury.
Przyszedłszy posprzątać, Fritz, kamerdyner, zauważył jej zabawę i pojawił się wkrótce z wazą pęczniejącego w ciepłej wodzie groszku. Pokazał jej, jak się to robi: trzeba wbity między dwie wykałaczki groszek połączyć z bliźniaczym elementem i tak dalej, i tak dalej... a po chwili pojawi się coś ciekawego.
Kiedy zorientowała się, że jej konstrukcje są coraz większe i ambitniejsze, zaczęła planować je z góry, żeby uniknąć błędów. Z braku miejsca na biurku, przeniosła się z budową na podłogę.
Zerknęła w projekt. Następne piętro budowli miało być mniejsze od poprzedniego, kolejne jeszcze mniejsze, a na nim miała stanąć wieża.
„Przydałoby się trochę koloru - pomyślała. - Skąd go wziąć?".
Kolory - co za uczta dla oczu.
Zycie po tej stronie miało swoje minusy, za to jeden potężny plus: kolory. W sanktuarium Wybranek wszystko było białe: trawa, drzewa, świątynie, jadło i napoje, święte księgi...
Czas - kolejna rzecz, do której musiała się przyzwyczaić. Po Tamtej Stronie nie było czasu. Istniał pewien rvtm rytuałów, posiłków i ablucji, ale nie było dni i nocy ani odpowiedników godzin. Czas i istnienie miały charakter statyczny, podobnie jak powietrze, światło, widoki.
Po tej stronie musiała nauczyć się minut, godzin, dni, tygodni, miesięcy i lat. Zegary i kalendarze odliczały upływ czasu, więc musiała nauczyć się je odczytywać, podobnie jak musiała przyswoić wiedzę o cyklach nieznanej rzeczywistości i jej mieszkańców.
Na tarasie pojawił się psaniec z sekatorem. Szedł wzdłuż żywopłotu, przycinając gałązki do wielkiego czerwonego kubła.
Przypomniała sobie białe trawniki sanktuarium. Białe drzewa, na których nie drgnął ani listek. Białe kwiaty w wiecznym rozkwicie. Świat Drugiej Strony jakby zastygł w pewnej fazie, która jednak nie wykluczała ruchu. Wybranki żyły w wiecznym teraz, choć, niestety, starzały się i umierał}'.
Obejrzała się przez ramię, patrząc na swoje biurko o nie-zapełnionych szufladach. Na politurowanym blacie leżał okolicznościowy pergamin, który Wybranka Amalya, jej przełożona, doręczyła jej osobiście na tę stronę. Obowiązkiem przełożonej było przekazywanie Wybrankom zwoju w dniu ich urodzin.
Gdyby Cormia była po Tamtej Stronie, uczestniczyłaby również w ceremonii, rzecz jasna — zbiorowej. Obchodząca urodziny Wybranka nie była w żaden sposób wyróżniana, ponieważ po Tamtej Stronie nie uznawano jednostki, a t\l-
ko zbiorowość.
Rozmyślanie o sobie czy o własnych sprawach uchodziło
za herezję.
Odkąd sięgała pamięcią, zawsze grzeszyła w skrytości ducha. Stale miała dziwne pomysły, oddawała się niedozwolonym rozrywkom, czuła nieprawomyślne - i niespełnione - pragnienia.
Wsparła się dłonią o parapet. Szyba była cieńsza od jej małego palca, przejrzysta jak powietrze, jakby jej wcale nie było. Już od dłuższego czasu miała ochotę obejrzeć z bliska kwiaty w ogrodzie, ale powstrzymywało ją... właściwie nie wiadomo co.
Przybywszy tutaj, w pierwszej chwili doznała przeciążenia bodźcami zmysłowymi. Po tej stronie istniało wiele nieznanych rzeczy, w rodzaju kaganków zapalanych naciśnięciem palca, machin do mycia naczyń, chłodzenia jadła i pudeł z ruchomymi, świecącymi obrazkami. Były też skrzynki, które dzwoniły co godzinę, żelazne wehikuły podróżne i miotły nie-miotły, które sprzątały z głośnym warkotem.
Barw było więcej niż klejnotów w królewskim skarbcu. Również woni, i przyjemnych, i przykrych.
Wszystko było inne, wampiry też. Tam, skąd przybyła, nie było samców, a wszystkie Wybranki wyglądały jak z jednej sztancy: nosiły identyczne białe suknie i tak samo zwijały warkocz z tyłu głowy, a swoje szyje ozdabiały perłą na łańcuszku. Wszystkie chodziły i mówiły z jednakowym spokojem, wszystkie robiły to samo naraz. Po tej stronie panował wielki chaos. Każdy ubierał się jak chciał, rozmawiał i śmiał się w swój specyficzny sposób. Każdy jadł co chciał, spał kiedy chciał - jedni do północy, inni wcale. Niektórzy byli dowcipni, inni odważni, a jeszcze inni... piękni.
Jak Bella.
Przynajmniej w oczach Najsamca.
Zegar zaczął wybijać godzinę. Cormia przygasła. Posiłki były torturą i stanowiły przedsmak tego, jak to będzie, kiedy zamieszka w sanktuarium z Najsamcem.
A Najsamiec będzie z zachwytem wpatrywał się w twarze jej siostrzyc.
Cóż, zmieniła się. Początkowo Najsamiec ją odpychał. Teraz, po pięciu miesiącach, nie miała ochoty z nikim się nim dzielić.
Ze swoją grzywą wielobarwnych włosów, żółtymi oczyma i niskim, miłym głosem był niezwykle atrakcyjnym samcem akurat w stosownym wieku, by się sparzyć. Ale najbardziej pociągało ją w nim to, że był uosobieniem wszelkich cnót, którym hołdowała: zawsze myślał o innych, nigdy o sobie. Przy stole wypytywał wszystkich o ich kontuzje, bóle żołądka, dolegliwości małe i duże. Nigdy nie żądał uwagi dla siebie. Nigdy nie próbował skierować rozmowy na swoje sprawy, za to chętnie wspierał na duchu bliźnich.
Ilekroć była jakaś ciężka robota, zgłaszał się na ochotnika. Zawsze był gotów jechać na zakupy. Kiedy Fritz wchodził, uginając się pod ciężarem półmisków, Najsamiec pierwszy zrywał się, żeby mu pomóc. Z tego, co zasłyszała przy stole, był bojownikiem ich rasy, trenerem adeptów i serdecznym druhem każdego.
Był uosobieniem jakże cenionej przez Wybranki cnoty bezinteresowności, ideałem Najsamca. I przez to właśnie Cormia którejś z sekund i godzin, w którymś z dni i miesięcy pobytu po tej stronie zeszła ze ścieżki obowiązku na bezdroża wolnej woli. Chciała być z nim, nie - musiała czy choćby powinna.
Tym samym popełniała herezję.
Za ścianą piękna muzyka, którą Najsamiec puszczał na okrągło, umilkła, co znaczyło, że schodzi na wieczerzę.
Rozległo się stukanie do drzwi. Cormia odskoczyła od biurka, poprawiając suknię. Do pokoju wsączył się zapach czerwonego dymka.
Czyżby przyszedł po nią Najsamiec?
Pomacała swój kok i zatknęła niesforne kosmyki za uszy. Uchyliła drzwi i zanim skłoniła się pokornie, zerknęła na twarz Najsamca.
O, boska Pani Kronik... był tak piękny że nie mogła oderwać odeń wzroku. Jego oczy miały żółć cytrynu, skóra ciepły złocisty odcień, długie włosy stanowiły zabójczy melanż barw od platyny przez płomienną czerwień, aż po skrzydło kruka.
Odkłonił jej się sztywno - wiedziała, że nie znosił tych ceregieli, ale robił to dla niej. Nie potrafiła zrezygnować z etykiety, choć ją do tego namawiał.
- Przemyślałem pewne sprawy - zaczął.
Urwał, a ona zaczęła podejrzewać, że doszło do odwiedzin przełożonej. Wybranki w sanktuarium nie mogły się już doczekać ich ceremonii godowej, do której ewidentnie nadal nie doszło. Szarpnął nią niepokój, tym razem nie-związany z zazdrością o Najsamca. Z każdym dniem coraz bardziej przytłaczało ją poczucie winy, że nie uczyniła tradycji zadość.
- Mieszkamy razem już od jakiegoś czasu i wiem, że masz kłopoty z aklimatyzacją. Pomyślałem sobie, że czujesz się pewnie trochę samotna i dobrze by ci zrobiło towarzystwo.
Z ważenia zabrakło jej tchu. Najwyższy czas, żeby się poznali. Na początku nie była na to gotowa, ale teraz zdążyła już dojrzeć do bliższej znajomości z Najsamcem.
- Poważnie. Uważam, że potrzebujesz towarzystwa - powiedział swoim melodyjnym głosem.
- Dziękuję, wasza łaskawość. - Skłoniła się pokornie. - Będzie mi bardzo miło.
- To świetnie. Mam kandydata na towarzysza dla ciebie.
Cormia podniosła twarz niepewnie.
Kandydata? Na towarzysza?
John Matthew zawsze sypiał nago, a dokładnie - zawsze od przemiany. Żeby zaoszczędzić na praniu.
Jęknął i sięgnął między nogi, natrafiając na wzwód twardy jak kamień. Jego fiut, ten niezawodny budzik, zbudził go jak zawsze, stercząc niebotycznie jak jakiś cholerny Big Ben.
Fiut, tak jak budzik, miał też funkcję drzemki. Jeśli John zaopiekował się nim odpowiednio, miał szansę pospać jeszcze z dwadzieścia minut, dopóki nie pojawi się następna erekcja. Z reguły całość powtarzała się w łóżku trzykrotnie i na dobitkę raz pod prysznicem.
Pomyśleć, że jeszcze niedawno o czyś takim mógł tylko marzyć.
Rozmyślanie o nieprzyjemnych rzeczach nie pomagało i choć obawiał się, że walenie konia rozbudza jeszcze większy apetyt, odmowa nie przynosiła pożądanych skutków: Gdy przed paroma miesiącami w ramach prób i błędów odmówił sobie ekspresowego zaspokojenia, po dwunastu godzinach był tak napalony że gotów był zerżnąć wszystko, co napotka po drodze.
Czy ktoś gdzieś wynalazł jakąś antyyiagrę? Przeciwcia-lis? IContrlevitrę?
Przewrócił się na plecy, rozsunął nogi, zrzucił kołdrę i zaczął się masturbować w swojej ulubionej pozycji, choć przy bardzo silnym orgazmie zwykł kulić się i wywracać na bok.
Jako pre-trans marzył o tym, żeby mu stanął, sądząc, że erekcja jest oznaką męskości. Rzeczywistość nie dorosła do jego marzeń. Fakt, że ze swoją imponującą sylwetką i temperamentem urodzonego wojownika z pozoru wyglądał na supermena.
W głębi duszy nadal był jednak małym chłopcem.
Wygiął się w łuk, pompując miednicą. Trudno ukryć -czuł się bosko. Za każdym razem czuł się bosko, pod warunkiem, że narzędziem rozkoszy była jego własna ręka. Ten jeden jedyny raz, kiedy dotknęła go samica, najpierw skurczył się jego fiut, a potem jego ego.
W pewnym sensie więc miał swoją antyyiagrę: była nią partnerka.
To jednak nie był czas na wspominki. Jego fiut był gotów do wystrzału; poznawał to po specyficznym odrętwieniu. Tuż przed orgazmem tracił czucie, tak jak teraz, gdy jego dłoń jeździła szybko po wilgotnym trzonie.
Uwaga, uwaga, nadchodzi... W jądrach skręcało go pod wpływem ciśnienia, biodra rytmicznie uderzały w mateiac, dyszał ciężko przez rozchylone usta... i jakby mu tego b\ło mało, do akcji wkroczyła głowa.
O, kuma, tylko nie to...
Za późno. Był już prawie gotów, gdy jego myśli poszybowały w stronę jedynego obiektu, który nieodmiennie zwiększał jego nabuzowanie: ostrzyżonej na chłopaka, ubranej w skóry samicy, barczystej jak zawodowy bokser.
W stronę Xhex.
Wydał bezgłośny okrzyk i odwrócił się na bok, szczytując. Orgazm ciągnął się w nieskończoność podsycany fantazjami o seksie z Xhex w jednej z łazienek klubu, w którym była szefową ochrony. Dopóki fantazjował, jego wytrysk nie kończył się. Zdarzało mu się ejakulować dosłownie przez dziesięć minut, aż cały lepił się od spermy, a pościel można było wyżymać.
Próbował okiełznać swoje myśli, pohamować się jakoś... daremnie. Szczytował nieprzerwanie. Gwałtownie poruszał ręką, serce mu biło, płuca podchodziły do gardła, gdy wyobrażał sobie siebie z Xhex. Chwała Bogu, że urodził się bez strun głosowych, inaczej cała rezydencja Bractwa wiedziałaby, co robi na okrągło.
Wszystko się uciszyło dopiero kiedy się zmusił, żebv odjąć ręce od fiuta. Jego organizm zaczął przechodzić na niższy bieg. Leżał teraz bezwładnie, dysząc w poduszkę, a pot i tamto drugie zasychały na jego skórze.
Miła pobudka. Przyjemna gimnastyka poranna. Niezły patent na zabicie czasu. Tyle tylko, że potem czuł się dziwnie czczy.
Jego wzrok bezwiednie powędrował w stronę nocnego stolika. Po otwarciu szuflady, czego zresztą nigdy nie robił, znalazłby dwie rzeczy: krwistoczerwone pudełko rozmiarów pięści i stary, oprawny w skórę pamiętnik. W pudełku znajdował się złoty sygnet opatrzony jego rodowym herbem jako syna wojownika Bractwa Czarnego Sztyletu Hardhego, syna Mrokha. Zabytkowy pamiętnik zawierał zapiski jego
ojca z okresu dwu lat jego życia. Dostał te rzeczy na własność.
Nigdy nie wsunął sygnetu na palec ani nie czytał pamiętnika. Z wielu powodów.
Jednak główną przyczyną, dla której odrzucał obie pamiątki, był fakt, że za swego ojca nie uważał Hardhego, lecz innego wojownika. Wojownika, który osiem miesięcy temu zaginął w akcji.
Gdyby John miał nosić sygnet, nosiłby sygnet z herbem Tohrtura, syna Alarmha, w dowód czci dla samca, który w tak krótkim czasie zrobił dla niego tak wiele.
Ale nie miał na to szans. Tohr prawdopodobnie nie żvł, bez względu na to, co mówił Ghrom, do tego, tak czy owak, nie był ojcem Johna.
Zeby nie ulec minorowym nastrojom, zwlókł się z łóżka i poszedł pod prysznic. Kąpiel otrzeźwiła go, zaczął się więc ubierać.
Tej nocv adepci nie mieli zajęć, więc zamierzał przysiąść na parę godzin w biurze, a następnie spotkać się z Khillerem i Blasthem. Miał nadzieję, że będzie miał sporo papierów do przerzucenia, bo dziwnie się nie rwał do wieczornego wypadu na miasto w towarzystwie swoich serdecznych druhów.
Mieli się udać we trzech do... centrum handlowego.
Pomysł, jak zwykle, wyszedł od Khillera, który stwierdził, że garderobie Johna brak stylu.
John spojrzał na swoje levisy i biały podkoszulek od Ha-nesa. Jedynym odjazdowym elementem jego odzież}' były jego czarne nike'i air max, które też zresztą nie były jakieś super duper.
Może Khill miał rację, twierdząc, że John w kwestiach mody hołduje tandetnym gustom, prawdę powiedziawszy jednak, dla kogo miał się wysilać?
W jego głowie rozbłysła odpowiedź. Zaklął i wygładził koszulkę. Dla Xhex.
Rozległo się stukanie do drzwi.
- John? Jesteś tam?
Wsuwając koszulkę w spodnie, John zastanawiał się, czemu zawdzięcza odwiedziny Furiatha. Uczył się pilnie i byt dobry w walce wręcz, więc pewnie wojownikowi chodziło
0 jakieś biurowe sprawy.
John otwarł drzwi i pozdrowił Furiatha w języku migowym.
- Siemasz - pozdrowił go wojownik, po czym przerzucił się na język migowy. Chciałem cię prosić o przysługę.
John skinął głową i ściągnął brwi pytająco.
Tak?
Cormia... nie bardzo sobie radzi po tej stronie. Przyszło mi na mysi, że przydałoby się jej jakieś' towarzystwo, ktoś... bystiy i wy-łuzowany. Zwyczajny. Czy zgodziłbyś się podjąć tego zadania? Po prostu porozmawiać z nią, oprowadzić po domu... cokolwiek. Sam bym to zrobił, ale...
„Istnieją pewne przeciwwskazania" - dokończył w myślach John.
Istnieją pewne przecmwskazania - zamigał Furiath.
W głowie Johna pojawił się obraz cichej, jasnowłosej Wybranki. W ciągu ostatnich paru miesięcy wielokrotnie miał okazję zauważyć, że Cormia i Furiath starannie unikają swojego wzroku. Zachodził w głowę - podobnie jak wszyscy - czy zawarli pomiędzy sobą jakiś tajny pakt.
E, chyba nie. Wciąż wyglądali na straszliwie onieśmielonych.
Czy mógłbym cię prosić? - zamigał Furiath. - Mam wrażenie, że ona ma różne pytania... chciałaby porozmawiać o tym
1 owym.
Szczerze mówiąc, Wybranka nie wyglądała na szczególnie spragnioną towarzystwa. Przy posiłkach zawsze siedziała ze spuszczoną głową, jedząc wyłącznie białe potrawy. Ale nie mógł odmówić Furiathowi, który cierpliwie trenował z nim chwyty bojowe i udzielał mu instrukcji po godzinach. Nie sposób odmówić komuś, kto jest niezmiennie uczynny dla wszystkich.
Jasne - odparł John. - Z przyjemnością.
Dzięki. - Uradowany i uspokojony Furiath klepnął go po ramieniu. - Powiem jej, że się z nią spotkasz iv bibliotece po wieczerzy.
John spojrzał po sobie. Nie był pewien, czy dżinsy są odpowiednim strojem na tę okazję, ale w szafie miał tylko kilka podobnych egzemplarzy.
W sumie to chyba niezły pomysł, że idą z chłopakami na zakupy. Szkoda, że nie wpadli na to wcześniej.
3.
Członkowie Korporacji Reduktorów tradycyjnie znali się nawzajem tylko z pierwszej litery nazwiska.
Pan D powinien więc uchodzić za pana R - od nazwiska Roberts, jednak gdy go zrekrutowano, ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem Delancy, został więc panem D i był nim przez następne trzydzieści lat.
Co zresztą nie miało najmniejszego znaczenia. Nikt w Korporacji nie przywiązywał wagi do nazwisk.
Skręcając w drogę 22, zredukował bieg, wrzucając trójkę, ale i tak z trudem wziął zakręt. Jego ford focus miał zmv-ność dziewięćdziesięciolatka, do tego capił naftaliną i miał zrytą tapicerkę.
Ostatnie sto kilometrów do Caldwell prowadził gruchota przez pastwiska i pola kukurydzy Wsiowy pejzaż naturalnie kojarzył się z widłami, a właśnie widłami pan D zadźgał swoją pierwszą ofiarę. Rzecz miała miejsce w Teksasie; był wtedy czternastolatkiem. Ofiarą był jego kuzyn o ksywce Duży Tommy.
Pana D rozpierała słuszna duma — morderstwo uszło mvi płazem. Wykręcił się mikrą posturą i buzią niewiniątka. Po-czchw Duży Tommy byt agresywnym osiłkiem o łapach jak bochny, więc kiedy posiniaczony na twarzy pan D przybiegł z wrzaskiem do mamy, uznano, że ofiarę spotkała zasłużona kara za napad morderczego amoku. Ha, ha. Pan D zwabił Dużego Tommy'ego do stodoły, gdzie sprowokował go do rozkwaszenia mu wargi i podbicia lima, czym zapewnił sobie alibi, że działał w obronie własnej. Wtedy pan D chwycił za widły, które zawczasu oparł o ścianę, i wziął się do dzieła.
Był po prostu ciekaw, jak to jest zabić człowieka. Stawianie pułapek i torturowanie kotów, oposów i szopów było przyjemne, ale miał ochotę na coś więcej.
Sprawa okazała się trudniejsza niż przypuszczał. Na filmach widły wchodziły w ofiarę jak nóż w masło, niestety, rzeczywistość była zupełnie inna. Zęby wideł zaklinowały się fatalnie między żebrami Dużego Tommy'ego i pan D musiał solidnie przydepnąć kuzyna, żeby je wyszarpnąć. Drugie dziabnięcie trafiło w brzuch. Widły znowu utknęły, prawdopodobnie zahaczając o kręgosłup. Znów musiał docisnąć butem Tommy'ego. Kiedy Duży Tommy przestał wreszcie kwiczeć jak zarzynane prosię, pan D był już nieźle zmachany. Słodkie, pachnące kurzem i sianem powietrze stodoły nagle zaczęło go dusić.
Po raz pierwszy w życiu posmakował władzy i miał ochotę na powtórkę, ale nadjechały gliny, w miasteczku różnie gadano, więc musiał wziąć na wstrzymanie. Minęło parę lat, zanim odważył się znów na podobny numer. Praca w rzeźni nauczyła go obchodzić się zręcznie nożem, więc gdy uznał chwilę za stosowną, namotał podobną sytuację jak poprzednio: bójkę w barze z chłopem jak dąb. Najpierw wkurwił sukinsyna, potem zwabił w ciemny kąt, gdzie załatwił go śrubokrętem.
Tamten raz okazał się bardziej skomplikowany niż z Dużym Tommym. Pan D tak się rozkręcił, że nie mógł przestać, a trudno zasłaniać się obroną konieczną, gdy nieboszczyk zarobił siedem ciosów, po czym zaciągnięto go za samochód i pocięto nożem na części pierwsze.
Po zapakowaniu denata w worki na śmieci pan D zafundował mu podróż w kierunku północnym. Użył w tym celu forda pinto nieboszczyka, a kiedy ciało zaczęło śmierdzieć, znalazł coś, co mogło od biedy ujść za wzniesienie w płaskim jak stół Mississippi, ustawił samochód tyłem w dół i popchnął przedni zderzak. Bagażnik z padliną i ładunkiem wybuchowym walnął w drzewo, wywołując niezły fajerwerk.
Potem pan D udał się stopem do Tennessee, gdzie kręcił się przez jakiś czas za wikt i dach nad głową, chwytając się dorywczych robót. Udało mu się zagorgolić dwóch gości, nim zemknął do Karoliny Północnej, gdzie o mały włos zostałby schwytany na gorącym uczynku.
Jego ofiarami były zawsze zwaliste osiłki, dzięki czemu właśnie zetknął się z Korporacją Reduktorów. Kiedy jego oko padło na potężnego reduktora, którego, mimo rozmiarów, omal nie zaciukał nożem, zabójca zdjęty szacunkiem zaproponował panu D wstąpienie do Korporacji tępicieli wampirów.
Kiedy D ochłonął z wrażenia, dał się skusić.
Po wprowadzeniu do Korporacji pan D stacjonował w Connecticut, jednak około dwóch lat temu został przeniesiony do Caldie, gdy pan X, ówczesny nadreduktor, postanowił trochę przykrócić cugli reduktorom.
Przez trzydzieści lat Omega nigdy nie wzywał do siebie pana D.
Ten stan rzeczy zmienił się dopiero przed paroma godzinami.
Wezwanie odebrał we śnie i choć mama nie wpoiła mu dobrych manier, odpowiedział grzecznie: tak jest. Zastanawiał się jednak, czy świt zastanie go wśród żywych.
Sprawy nie układały się w Korporacji dobrze, przynajmniej odkąd mityczny Destruktoi zgodnie ze staioż\tną przepowiednią wkroczył do akcji.
Z tego, co pan D wiedział, Destruktor okazał się człowiekiem, gliną. Ludzkim gliną z wampirzą krwią, którym Omega zabawił się, by następnie porzucić go w opłakanym stanie. Ale, oczywiście, Bractwo Czarnego Sztyletu przyjęło go na swe łono i wykorzystało do swoich celów. Łebscy goście.
Jak się okazało, Destruktor zabijał nie tylko poszczególnych reduktorów.
Kiedy Destruktor cię dopadł, wysysał z ciebie wszczepioną cząstkę Omegi. Zamiast w wiekuistym raju, który obiecywano ci, przyjmując do Korporacji, kończyłeś żywot we wnętrznościach sukinsyna. W dodatku z każdym zniszczonym zabójcą ubywał fragment Omegi.
Przedtem walka z braćmi w najgorszym wypadku kończyła się przejściem na tamten świat. Teraz najczęściej zostawiano cię półżywym, po czym nadciągał Destruktor i wchłaniał cię, zostawiając kupkę popiołu, tym samym pozbawiając cię zasłużonego żywota wiecznego.
Tak więc nastroje w ostatnim czasie były nerwowe. Omega zrobił się bardziej dokuczliwy niż zwykle, zabójcy nerwowi od ciągłego oglądania się za siebie, rekrutacja spadła do najniższego poziomu w dziejach Korporacji, bo wszyscy trzęśli się o własną skórę i nikt nie miał głowy do szukania nowego narybku.
Do tego ta nieustanna rotacja nadreduktorów. To jednak nie było niczym nowym.
Pan D skręcił w prawo, w lokalną drogę 149, którą przejechał pięć kilometrów do skrzyżowania z kolejną lokalną drogą, której znak został powalony na ziemię, chyba uderzeniem kija bejsbolowego. Kręta droga była zwyczajną polną drogą usianą wybojami; musiał zwolnić, żeby treść żołądka nie ubiła mu się na pianę. Resory samochodu w sam raz nadawały się do dźwigania tostera do grzanek.
Do minusów Korporacji należał fakt, że kazali ci jeździć kupą złomu.
Bass Pond Lane... szukał Bass Pond Lane. O, jest. Bez żadnych ceregieli skręcił kierownicę, przydepnął hamulec i wjechał w uliczkę.
Nie było latarni i w ciemnościach przegapił rozwalone, porośnięte chwastami podwórze, które było celem jego podróży. Musiał na wstecznym cofnąć rzęcha. Domek bvł w gorszym stanie niż jego samochód. Mury i dach tej rudery trzymały się kupy chyba tylko dzięki oplatającym je pędom jadowitego sumaka.
Z braku podjazdu pan D zaparkował na drodze. Wysiadł i poprawił sombrero. Ten dom z dziurawą papą na dachu, stłuczonymi szybami i kępą chwastów - tym klombem nędzarzy, przypominał mu jego dom rodzinny. Nie zdziwiłby się, gdyby w środku zastał tęgą matkę, która nigdy nie odstępowała kuchni, i steranego w polu ojca.
„Pewnie dawno już kopnęli w kalendarz", pomyślał, idąc w kierunku domu. Był najmłodszym z ich siódemki, a staruszkowie nałogowo kopcili szlugi.
W zewnętrznych drzwiach zostały tylko strzępy siatki i przeżarta rdzą rama. Kiedy je pchnął, zapiszczały tak samo jak drzwi w domu jego dzieciństwa: jak prosiak, który się gdzieś zaklinował, jak Duży Tommy. Zastukał w drugie drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział, więc zdjął kapelusz i wyważył drzwi ramieniem i biodrem.
W środku capiło papierosami, stęchlizną i śmiercią. Dwa pierwsze zapachy były zwietrzałe, odór śmierci natomiast bvł soczysty i świeży, aż ślinka ciekła, żeby samemu kropnąć kogoś.
Do tego dochodził jeszcze jeden zapach. Unoszący się w powietrzu słodki zapach zasypki dla niemowląt wskazywał na niedawną bytność Omegi lub któregoś z zabójców.
Z sombrerem w dłoni pan D przeszedł przez tonące w mroku pokoje do kuchni na tyłach, gdzie znalazł ciała. Oba leżały brzuchem do ziemi. Nie umiał określić płci, bo były pozbawione głów i nosiły spodnie. Wypływające spod odciętych głów strugi krwi zlewały się z sobą jak splecione ręce zmarłych.
Nic, tylko łkać ze wzruszenia.
Spojrzał na czarną plamę na przeciwległej ścianie, pomiędzy lodówką o złotych drzwiczkach a rachitycznym stolikiem z laminatowym blatem. Osmalona eksplozją ściana świadczyła o tym, że któryś z reduktorów zginął nagłą śmiercią z rąk Omegi. Czyżby mistrz wylał kolejnego nad-reduktora?
Pan D przeszedł nad zwłokami, by zajrzeć do lodówki. Reduktorzy nie jedzą, ale był ciekaw diety byłych gospodarzy. Trochę pamiątek: napoczęta paczka mortadeli i resztki majonezu na dnie słoika.
Dobrze, że robienie kanapek mieli już raczej z głowy...
Zamknął lodówkę i oparł się o...
Temperatura w domku spadła skokowo o 10 stopni, jakby ktoś przestawił termostat w położenie MJ - Mrożone Jajca. W ciszy spokojnej letniej nocy zerwał się nagle wiatr, z sekundy na sekundę przybierając na sile, aż dom zaczął trzeszczeć.
Omega.
Gdy podmuch otwarł drzwi wejściowe, pan D czekał już na baczność. Snując się przy ziemi, do sieni wpłynęła smo-listoczarna bezkształtna mgiełka, która zbliżywszy się do pana D, zaczęła się podnosić, przybierając męską postać.
- Witaj, mistrzu - powiedział pan D, kłaniając się w pas; czarna krew tętniła mu w żyłach z trwożnej miłości.
Elektroniczny w brzmieniu głos Omegi trzeszczał, jakby dochodził z zaświatów.
- Mianuję cię nadreduktorem.
Pan D wstrzymał oddech. Stanowisko nadreduktora było absolutnym wierzchołkiem w hierarchii Korporacji Reduktorów. Nie śnił nawet o takim zaszczycie. Może choć jemu jednemu uda się umknąć klątwie nadreduktorów.
- Dzięku...
Omega dopłynął do pana D i spowił jego ciało kruczoczarnym całunem. Ból przeniknął każdą komórkę w ciele pana D. Zachwiał się i runął twarzą na blat kuchenny, wypuszczając z rąk sombrero. Omega przejął nad nim władzę, poczynając sobie z nim dość obcesowo.
Ale w Korporacji nikt nigdy nie pytał cię o zdanie. Raz tylko miałeś szansę powiedzieć tak, i to na samym wejściu. Potem już byłeś tylko pionkiem.
W odczuciu pana D minęły wieki, gdy Omega wreszcie wypuścił go z objęć, przyoblekając się od stóp do głów w białą szatę. Z iście kobiecym wdziękiem Zło zasunęło poły szaty dłońmi, z których gdzieś ulotniły się szpony
Ulotniły się albo starły od darcia w strzępy pana D.
Brocząc z wszystkich otworów; pan D zwisał bezwładnie z odrapanego blatu. Chciał się ubrać, ale z jego ciuchów zostało niewiele.
- Chwila dojrzała - oznajmił Omega. - Ziarno wykiełko-wało. Pora na kolejną odsłonę.
- Tak, panie. - To była jedyna rozsądna odpowiedź. - Co chcesz, bym teraz czynił?
- Masz odnaleźć i doprowadzić do mnie tego samca. - Omega wyciągnął przed siebie rękę zwróconą dłonią do góry. Nad dłonią wykwit! w powietrzu obraz męskiej twarzy.
Pan D studiował uważnie rysy samca. W głowie kłębiły mu się niespokojne myśli. Z pewnością potrzebował więcej szczegółów, niż mógł wyczytać z listu gończego Omegi.
- Gdzie go znajdę?
- Urodził się w Caldw ell i mieszka pośród lokalnych wampirów. - Oprawny w upiorny pogłos i przestery głos Omegi brzmiał jak z Gwiezdnych mjen. - Parę miesięcy temu przeszedł przemianę. Wampiry biorą go za jednego ze swoich.
Doprawdy, niezwykłe.
- Z innymi cywilami możesz robić co chcesz, ale on musi zostać wzięty żywcem. Jeśli go któryś zabije, ty będziesz za to odpowiadał.
Omega wyciągnął rękę i przytknął dłoń, tuż obok smugi po eksplozji, do zżółkłej tapety w kwiatki, wypalając portret cvwila.
Z przekrzywioną głową przez chwilę studiował swoje dzieło, po czym czułym gestem pogładził twarz na ścianie.
- To jest ktoś wyjątkowy. Znajdź go i tu przyprowadź. Pośpiesz się.
Nie musiał nawet dodawać: bo inaczej...
Zło rozwiało się. Pan D schylił się, by podnieść kapelusz, który cudem nie został zdeptany ani poplamiony.
Potarł oczy. Był w niezłej dupie. Szukać samca wampirów w Caldwell to tak, jak szukać igły w stogu siana.
Podniósł z blatu nożyk do obierania i wyciął nim portret z tapety. Odrywając ostrożnie płat papieru, bacznie przyjrzał się twarzy.
Wampiry ukrywały się z dwóch powodów: po pierwsze, nie życzyły sobie, żeby ludzie mieszali się w ich sprawy, po drugie, bały się, że zostaną porwane przez reduktorów. Mimo to pojawiały się w miejscach publicznych, zwłaszcza samce świeżo po przemianie. Nabuzowane energią i nieostrożne młode samczyki kręciły się po zakazanych rewirach centrum w poszukiwaniu ludzkich dziwek, zwady i rozwe-selaczy w postaci sproszkowanej, płynnej lub wziewnej.
Centrum. Będzie musiał sformować szwadron i przeczesać śródmiejskie puby. Nawet jeśli nie znajdą samczyka od razu, środowisko wampirów było hermetycznym kręgiem. Któryś z cywili na pewno rozpozna poszukiwanego, tym bardziej że pan D, oprócz wielu uzdolnień, miał dar wydobywania informacji.
Nie potrzebował serum prawdy: wystarczał szewski młotek, kawałek łańcucha i już usta przesłuchiwanego same składały się do zeznań.
Pan D wywindował zbolałe, solidnie porachowane kości na górę i wziął ostrożnie prysznic w obskurnej łazience nieboszczyków. Po wszystkim przebrał się w spodnie od dresu i zapinaną koszulę, która, jak wszystkie, okazała się za duża. Podwinął rękawy i obciął parę centymetrów u dołu nogawek. Przy lizał białe włosy na głowie. Przed wyjściem spryskał się old spice'em z toaletki gospodarza. Woda była mocno zwietrzała, ale pan D cenił tę markę.
Zszedł z powrotem do kuchni. Wziął do ręki portret samca na kawałku tapety. Chłonąc jego rvsv oczami, zorientował się nagle, że ma chrapy rozdęte jak pies gończy, choć boli go każdy centymetr ciała.
Polowanie zaczęło się, musi tylko skrzyknąć swoją drużynę. Miał piątkę swoich ludzi, od lat wypróbowanych w akcji. Naprawdę dobre chłopaki. Fakt, że słowo dobiy nie było najtrafniejszym określeniem. Tak czy owak, szło się z nimi dogadać, a teraz, kiedy został nadreduktorem, musieli go słuchać i już.
Ruszył do drzwi, wkładając sombrero. Przytknął dwa palce do ronda.
- Do zobaczenia - zasalutował trupom.
Khiller, wchodząc do gabinetu ojca, był w złym humorze. Nie liczył też na to, że wychodząc, będzie lał po nogach ze szczęścia.
Kurczę, wiecznie to samo. Na jego widok ojciec wypuścił z jednej ręki „Wall Street Journal" i mamrocząc zabobonnie w Starym Języku, ucałował zgięte palce, przytykając je do szyi, kolejno z prawej i lewej. Gazeta wróciła na miejsce.
- Czy będziesz potrzebować mnie na balu? - spytał
Khill.
- Psańce ci nic nie mówiły?
- Nie.
- Prosiłem, żeby cię poinformowały.
- Mam rozumieć, że nie. - Nalegał na odpowiedź tylko
po to, żeby dopieprzyć staremu.
- Pojęcia nie mam, czemu ci nie powiedzieli. - Ojciec wyciągnął nogi przed siebie, ale zaraz z powiotem założ\ł nogę na nogę. Kant jego spodni był ostry jak krawędź szklaneczki sherry. - Nie znoszę mówić tego samego dwa razy. Chyba nie żądam od nich...
- Więc nie odpowiesz mi, tak?
- ... zbyt wiele. Służący, jak sama nazwa wskazuje, powinien służyć, a ja nie lubię się powtarzać.
Jedna stopa ojca podrygiwała w powietrzu. Jak zawsze miał na sobie ozdobione frędzlami mokasyny od Cole Haan: kosztowne i dystyngowane, jak głos właściciela.
Khill spojrzał na swoje new rocksy z nacinaną pięciocenty-metrową podeszwą i siedmiocentymetrowym obcasem. Czarna cholewka sięgała nad kostki. Do tego sznurowadła i po trzy srebrne klamry z każdej strony. Kiedy jeszcze dostawał tygodniówkę, bo liczono, że przemiana usunie jego defekt, oszczędzał miesiącami na te zarąbiste sapogi. Kupił je sobie zaraz po przemianie, w nagrodę za wszystko, co przeżył. Nie miał się co łudzić, że dostanie od starych cokolwiek.
Ojcu konserwatywne gały mało nie wyskoczyły z orbit, kiedy Khill po raz pierwszy zszedł w nowych butach na wieczerzę.
- Coś jeszcze? - spytał ojciec zza gazety.
- Nie, nic. Będę grzeczny i zmyję się z domu. Nie musisz się martwić.
Zmyje się, jak zawsze podczas oficjalnych przyjęć. Komu jednak próbowali mydlić oczy? Glymeria doskonale wiedziała o jego „drobnym defekcie"; te tępe snoby miały zadziwiająco dobrą pamięć. Nigdy nie zapominały o cudzych słabostkach.
- Nawiasem mówiąc, twój kuzyn Lahser znalazł już sobie pracę - mruknął ojciec. - W klinice Agrhesa. Chciałby zostać lekarzem. Terminuje po lekcjach. - Starszy pan przewrócił stronę gazety, na chwilę odsłaniając twarz. Khill ze zdumieniem dostrzegł smutek w oczach starego. - Jego ojciec jest z niego bardzo dumny. Uważa go za swego godnego następcę.
Khiller zerknął na lewą dłoń ojca. Na palcu wskazującym świecił wielki złoty pierścień z rodowym herbem.
Wszystkie młode samce z arystokratycznych rodzin po przejściu przez przemianę dostawały sygnet, tak jak obaj najlepsi kumple Khilla. Blasth rozstawał się ze swoim pierścieniem tylko na czas treningu i wypadów do śródmieścia, John Matthew też miał sygnet, chociaż go nie nosił. Wśród rekrutów po przemianie sygnety były na początku dziennym. Adepci trenujący w posiadłości Bractwa jeden po drugim pojawiali się na lekcjach, połyskując pierścieniem, który z powodzeniem mógłby służyć za przycisk do papierów.
Herb wygrawerowany na pół kilogramie złota wart był pięć tysięcy dolarów.
Otrzymany od ojca na dowód osiągnięcia wieku męskiego był bezcenny.
Przemiana Khilla miała miejsce mniej więcej przed pięcioma miesiącami. Nadzieję na sygnet stracił cztery miesiące, trzv tygodnie, sześć dni i dwie godziny temu.
Plus minus.
Chociaż miał z ojcem na pieńku, przez myśl mu nie przeszło, że nie dostanie sygnetu. Jednak spotkała go niespodzianka, która do końca uleczyła go z dziecięcych złudzeń.
Gazeta zaszeleściła ponownie, jakby ojciec odganiał natrętną muchę. Jakby, bo w rzeczywistości miał od tego służ-bę.
- Muszę porozmawiać z tym psańcem - oznajmił ojciec.
Khiller, wychodząc, zamknął drzwi za sobą. Skręcając w korytarz, omal nie zderzył się z psanką wychodzącą z sąsiednich drzwi biblioteki. Ubrana w mundurek pokojówka odskoczyła, całując zgięte palce i przytykając je do obu arterii szyjnych, po czym czmychnęła, mamrocząc coś zabobonnie jak jego ojciec.
Khill podszedł do antycznego lustra, które wisiało na obitej adamaszkiem ścianie. Choć szyba lustra była stało-wana i poznaczona ciemnymi plamami, defekt Khilla był widoczny już z daleka.
Matka Khilla miała szare oczy. Ojciec miał szare oczy. Brat i siostra mieli szare oczy
Khiller urodził się z jednym okiem niebieskim, a drugim zielonym.
Oczywiście w jego rodzinie zdarzały się niebieskie i zielone oczy, ale nigdy u jednej osoby, a wszelkie anomalie bvłv zaprzeczeniem perfekcji. Arystokracja nie tolerowała defektów, a rodzice Khilla, pochodząc oboje z sześciu założycielskich rodzin ich rasy, byli nieodrodnymi członkami glymerii. Jego ojciec wręcz piastował urząd provodhyra Rady Princepsów.
Liczono na to, że defekt minie po przemianie i samczyk będzie miał oczy niebieskie bądź zielone, co było do przyjęcia. Niestety, dupa blada. Khiller z przemiany wyszedł z wielkim ciałem, Idami i potężnym apetytem seksualnym i, niestety, jednym okiem zielonym, a drugim niebieskim.
Co to była za noc! Pierwszy raz w życiu widział, jak papie puszczają nerwy. Pierwszy i jedyny raz w życiu uderzył Khilla. Odtąd rodzina i służba starannie unikali wzroku młodego panicza.
I dlatego, wychodząc na miasto, nie zadał sobie nawet trudu, żeby poinformować o tym matkę, starszego brata czy starszą siostrę.
Od urodzenia jego pozycja w rodzinie była podrzędna; trzymano go z dala od rodzeństwa z powodu tego genetycznego defektu. Zgodnie z hierarchią wartości rasy wampirów, jedynym usprawiedliwieniem jego nędznej egzystencji był fakt, że rodzice mieli oprócz niego dwa zdrowe, normalne młode, a jego brat został uznany za pełnowartościowego rozpłodowca.
Khill często myślał, że jego rodzice powinni byli zba-stować przy dwojgu, bo porywanie się na trzecie dziecko było zbyt śmiałym wyzwaniem dla losu. Nie miał wpływu na wynik genetycznej ruletki, choć szczerze ubolewał nad jej wynikiem.
Mimo że do ich domu miała ściągnąć banda nadętych, wyfraczonych jak pingwiny dupków, marzył o tym, by towarzyszyć swojej rodzinie w hucznym balu zamykającym letni sezon. Marzył o tym, by stać ramię w ramię z bratem i choć raz w życiu poczuć się kimś ważnym. Marzył o tym, by w eleganckiej marynarce, ze złotym sygnetem na palcu prosić do tańca młode, niesparzone samiczki z dobrych rodzin.
W wybrednych arystokratycznych kręgach chciał się czuć jak u siebie, a nie jak pogardzany odmieniec.
Płonne nadzieje. W oczach glymerii plasował się niżej od zwierząt, a do seksu miał prawo nie większe niż pies.
Brakowało mu tylko kagańca, zadrwił w duchu, teleportując się do Blastha.
