Bliskie kraje - Julia Fiedorczuk - ebook
Opis

Bliskie kraje jest wyznaniem wiary w piękno i w moc literatury w świecie, który jest prawie stracony. Opowiada o relacjach między istotami ludzkimi a zwierzętami, krajobrazami, ziemią i przedmiotami. Piękna, zmysłowa proza.

 

Julia Fiedorczuk urodziła się w 1975 roku. Jest poetką, tłumaczką, adiunktem w Instytucie Anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutowała w roku 2000 tomem poetyckim Listopad nad Narwią, za który otrzymała nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Autorka kilku zbiorów wierszy: Bio (2004), Planeta rzeczy zagubionych (2006), Tlen (2009) i tuż-tuż (2012), a także zbioru opowiadań Poranek Marii (2010) oraz dwóch powieści Biała Ofelia (2012) i Nieważkość (2015). Laureatka wielu nagród, w tym austriackiej nagrody Huberta Burdy (2005). Jej utwory zostały przełożone na 17 języków, w tym walijski, japoński i islandzki. Mieszka w Warszawie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący: ADAM PLUSZKA
Redakcja: KAROLINA IWASZKIEWICZ
Korekta: MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Aurelie Sarramon / Trevillion Images
Copyright © by Julia Fiedorczuk Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65282-59-0
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. (+48) 22 839 91 27 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Strefa unikania

Właśnie tu wybuduję świątynię

K.N.

Mogła mieć sto, dwieście albo jeszcze więcej lat. Skoro sama nie pamiętała, tym bardziej nie mógł tego wiedzieć nikt inny. Była najstarsza w całej okolicy, właściwie można było uznać, że żyła tam od zawsze. Mieszkała samotnie w małym domku przy drodze na górę Wutai. Może miała kiedyś męża i dzieci, ale nikt ich nie pamiętał. Może była księżniczką albo żebraczką. Kimkolwiek była, to przeminęło, tak jak mijają pory roku, bez śladu. Mieszkała u podnóża góry i zbierała chrust i zioła. Od czasu do czasu ktoś z nieodległej wioski w zamian za zioła przynosił jej miskę ryżu, ale chude, zasuszone ciało starej nie potrzebowało już pożywienia. Za całe towarzystwo miała pająki w kątach i majestatyczną sylwetkę Wutai Shan – każdego dnia inną, zawsze taką samą.

Pewnego razu obok jej domu przechodził młody mnich. Szedł do świątyni na szczycie góry, by pobierać nauki. Kobieta siedziała na słońcu i wiązała zioła w pęczki.

– Którędy do Wutai Shan? – spytał mnich.

– Prosto przed siebie – powiedziała, nie odrywając się od pracy.

Mnich zrobił kilka kroków naprzód, a stara wymamrotała:

– Dobry z niego mnich, ale hajda! i leci. Jak wszyscy!

Innego razu obok jej domu przechodził pewien starszy mnich. Chciał pobierać nauki w świątyni na szczycie góry. Kobieta siedziała w kucki, grzejąc się na słońcu. Zmarszczki na jej twarzy wyglądały jak gęsto tkana pajęczyna.

– Którędy do Wutai Shan? – spytał mnich.

– Prosto przed siebie – powiedziała, nie otwierając oczu. – Dobry z niego mnich, ale hajda! i leci – wymamrotała, gdy zrobił kilka kroków. – Jak wszyscy.

Po kilku podobnych zdarzeniach wieści o starej kobiecie dotarły do Zhaozhou, jednego z najpotężniejszych mistrzów zen w Chinach. Zhaozhou postanowił, że pójdzie z nią porozmawiać.

– Którędy do Wutai Shan? – spytał.

Starucha układała akurat duży stos z chrustu.

– Prosto przed siebie – powiedziała do mistrza, nawet na niego nie patrząc. A kiedy mistrz zrobił kilka kroków naprzód, wymamrotała pod nosem: – Dobry z niego mnich, ale hajda! i leci. Jak wszyscy.

Zhaozhou wrócił do swoich uczniów i oznajmił: „Sprawdziłem ją dla was”.

Stara kobieta żyła dalej u stóp Wutai Shan i dalej zbierała chrust i zioła.

Ośmiookie pająki w kątach ludzkich domostw nie ustawały w wysiłku, codziennie od nowa stwarzały i stwarzały świat. Ponieważ nie robiły hałasu, wiele słyszały. Słyszały radość i cierpienie wszystkich królestw i sfer. Ludzie mówią „wysiłek”, ludzie mówią „wyrok” albo „los”, ale to nie są pajęcze słowa. Dla pająka zajętego stwórczym tańcem sieć jest tylko siecią, świat – światem; on, ona, nić, koncentryczne kręgi wieczystej wędrówki – to jedno.

Pająki miały z początku tylko dwoje oczu, ale Stwórca dał im dodatkowe, gdy powierzał im opiekę nad światem. Dlatego widzą wszystko. Tak mówią. Ale nie ma nikogo, kto by pamiętał, jak było naprawdę.

Ocknęłam się nagle przed świecącym prostokątnym otworem. Oknem. To znaczy ekranem. To znaczy komputerem. Nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na ten kształt, na to łagodne lśnienie, do którego natychmiast lgną oczy, jakby to był cały świat, jakby to było wszystko – ten jasny prostokąt. Przez chwilę miałam wrażenie, że coś dziwnego stało się z rzeczywistością – jakby ubyło jej wymiarów. Zrobiło się strasznie cicho. Znalazłam się w dźwiękoszczelnej trójwymiarowej klatce, ale kawałek mnie pozostał na zewnątrz, jak koniec szalika albo rąbek sukienki przytrzaśnięty niewidzialnymi drzwiami. Towarzyszyła temu silna nadwrażliwość na zapachy: chemiczny zapach płynu do czyszczenia laptopów, wydobywający się spomiędzy klawiszy zapach elektryczności, zapach kremu na moich dłoniach, lakieru na paznokciach. Moja bluza wydzielała nieznośny odór płynu do płukania tkanin. Nie trwało to długo, ale pozostawiło ślad, albo raczej lukę, prześwit w łupince orzecha, w której tkwiłam, nie zdając sobie z tego sprawy.

Dopiero po chwili przypomniałam sobie, kim jestem. Nawet moje imię wydało mi się dziwne. Shoshana. To znaczy Zuzanna. Miałam na imię Zuzanna. I byłam aktorką, całkiem znaną. Najpierw przypomniałam sobie sukces. Sławę. Podziw, jakim darzono mój talent i moją urodę. Wielbicieli i kochanków. Ucieszyłam się tym wszystkim tak bardzo, że prawie zapomniałam o łupince orzecha i prześwicie. Ale zaraz potem dotarło do mnie, że to już przeszłość – byłam podziwiana i sławna, ale to przeminęło, tak jak mija pogoda, prawie bez śladu. Nadal grałam – akurat trwały próby do spektaklu z moim udziałem – ale nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. Najbardziej wstrząsnęło mną jednak odkrycie, że mam już czterdzieści dziewięć lat. Jak to możliwe?

Leżałam na materacu w dużej sypialni w swoim mieszkaniu przy Canal Street w Nowym Jorku zawinięta w kołdrę w kolorze gorzkiej czekolady. Mieszkanie jest piękne, przestronne, z widokiem na rzekę. Ściany, meble, dywany, tkaniny – wszystko w kolorach ziemi. Marzyłam o takim mieszkaniu przez całe życie, już jako licealistka, która nigdy nie widziała Ameryki. W myślach meblowałam salon, urządzałam otwartą kuchnię, wieszałam na ścianach czarno-białe zdjęcia miejskich krajobrazów. Wiedziałam, że to osiągnę. Niełatwo było dostać paszport i wizę, ale byłam ładna i utalentowana. Pewien uprzejmy człowiek ożenił się ze mną, żebym mogła wyrwać się na świat i spełnić swój sen. Ciężko pracowałam. Nie zmarnotrawiłam ani jednej chwili. Przetrwałam trzy małżeństwa. Trzy rozwody. Godziny, dni, tygodnie nauki, pracy, treningów, diet. Dostałam to, czego chciałam. A kiedy to dostałam, poczułam dojmujący ból – ból straty. Straciłam to, co przez te wszystkie lata dawało mi siłę – marzenie. A w życiu prędzej czy później przychodzi moment, kiedy nowe marzenia nie krystalizują się już tak łatwo. Może dlatego, że brakuje przyszłości, w której mogłyby się pomieścić. Dlaczego nikt nam o tym na starcie nie mówi?

Najwyraźniej zasnęłam z laptopem na kolanach. Było wpół do piątej. Za wcześnie, żeby wstawać. Dziwne, że laptop się nie wyłączył. Odruchowo weszłam na Facebooka – to jest coś, co się robi, kiedy nie wiadomo, co zrobić. To można zawsze i wszędzie. Tylko dlaczego wszyscy mówią to samo? Echo chamber, efekt komory echa: zamknięte pomieszczenie, dźwięki obijające się o siebie i stwarzające pogłos, pogłos, pogłos. Ciasna trójwymiarowa przestrzeń, w której powoli zaczynałam się czuć zadomowiona, uległa spłaszczeniu: lubisz, nie lubisz. „Jaka jest twoja ulubiona wojna?”. „Dzięki tej aplikacji dokonasz podstawowych wyborów moralnych bez wychodzenia z domu”. Free download. Polubiłam, co się tylko dało, w nadziei, że w zamian ktoś i mnie polubi. Napiszę kiedyś sztukę o Facebooku. Tak, tak, czas, żebym sama coś napisała. Muszę się jeszcze upomnieć o siebie. Muszę jeszcze być. Dam swoim bohaterom smartfony i cała komunikacja między nimi będzie się odbywała w tych okienkach, dramat od początku do końca rozegra się w dwóch wymiarach, na ekranie. Wszystko inne – gesty, zapachy, ton głosu, ciało, to wszystko zostanie stracone. Tylko jak pokazać stratę?

Poprzedniego dnia pierwszy raz od wielu lat postanowiłam pójść na spacer. Szłam Canal Street w kierunku rzeki, było szaro i mokro; miasto, spowite gęstą mgłą, sprawiało wrażenie miękkiego, ulepionego z szarej plasteliny. Przeszłam przez West Highway i skręciłam w lewo, w kierunku Battery Park. Tuż nad rzeką mgła była jeszcze gęstsza, widziałam tylko zarysy budynków po drugiej stronie. Wpatrywałam się w szarą wodę, w niemożliwą do przyszpilenia linię horyzontu. Postanowiłam, że nic mi nie umknie, że zarejestruję każdy obraz, każdy dźwięk. Jakiś gołąb wydziobywał coś spomiędzy płytek chodnika zamknięty w swoim gołębim świecie. Czy coś dla ciebie znaczę? chciałam zapytać. Ten apetyt na czas, na wszystko, co się w nim pojawia, czyż nie jest tylko subtelniejszą formą zachłanności? Każdą sekundę pragnęłam zachować na zawsze: płytki chodnika ułożone w widocznym, ale niezrozumiałym na pierwszy rzut oka porządku, bezlistne drzewa, wrony na gałęziach. Zanim jednak zdążyłam pomyśleć „Pragnę”, jedno znikało i wyłaniało się drugie.

W drodze powrotnej zajrzałam do małej księgarni niedaleko domu. W skrzynce z przecenionymi książkami znalazłam broszurę o hodowli karaluchów. Kiedy zaczęłam ją przeglądać, tuż obok mnie zmaterializowała się nagle stara kobieta. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już ją gdzieś widziałam. Może w jakimś filmie? Wyglądała naprawdę zabytkowo. Twarz miała pomarszczoną jak wyschnięte jabłko. Odruchowo podniosłam rękę do policzka, na szczęście był gładki.

– Kupujesz dla syna? – zagadnęła z trzpiotowskim uśmiechem.

– Nie – odparłam. – Nie mam syna. Może kupię dla siebie.

– Hodujesz karaluchy?

– Jeszcze nie – podjęłam grę. – Ale może niedługo kupię sobie jednego.

– Koniecznie kup dwa – doradziła ze śmiertelną powagą. – To dobre na taniec. Kiedy będziesz przechodziła przez ulicę, o stamtąd – wskazała ręką kawiarnię po przeciwnej stronie – tutaj – wskazała dłonią na swoje serce – będziesz tańczyła. Od lat nic innego nie robię – dodała szeptem.

W mgnieniu oka minęło dwanaście lat. Nie zdążyłam nawet mrugnąć!

Nie walczę już o młodość. Jestem stara. Kręcę teraz film, do którego celowo jeszcze bardziej mnie postarzono. Gram staruszkę na wózku. W filmie jest rok 2060, Nowy Jork został niemal z dnia na dzień zalany przez ocean na skutek coraz gwałtowniej postępującego ocieplenia klimatu, o którym wszyscy wiedzieli (wiedzą) i w które nikt tak naprawdę nie wierzył (nie wierzy). Garstka ludzi, w tym ja, przeżyła na ostatnich piętrach najwyższego drapacza chmur. To nowy budynek, z lat czterdziestych. Nazywa się Wutai Shan. Gdy zaczął się potop, od razu padła łączność. Nie dało się ustalić, co dzieje się w innych miejscach, dokąd i w jaki sposób uciekać, czy w ogóle ktokolwiek prowadzi jakąś akcję ratunkową. Większość ludzi zginęła. My też czekaliśmy na śmierć, ale woda zatrzymała się na wysokości setnego piętra, więc ci, którzy akurat mieli szczęście być wyżej – mieszkańcy kilku luksusowych penthouse’ów, ich służba, pracownicy i goście restauracji z najlepszym widokiem w mieście oraz grupa uciekinierów z niższych pięter – przeżyli. Przeżyliśmy. Po wstępnym okresie chaosu i rozpaczy wyłonili się przywódcy i uformował się porządek społeczny. Najniżej w hierarchii stali uchodźcy z dołu, bo w zasadzie nie mieli prawa do naszej przestrzeni. Przywódcy rozporządzali zapasami żywności i wody pitnej. Stanowili prawo. Organizowali czas, którego nagle mieliśmy bardzo dużo. Układali plany ewakuacji.

Wypatrywaliśmy ratunku, ale ten nie nadchodził. Widzieliśmy tylko szary błękit, od horyzontu po horyzont, błękit nieba, błękit bezkresnego oceanu, i od czasu do czasu pływające szczątki naszego dawnego świata: fragment mebla, ludzkie albo zwierzęce zwłoki i śmieci, śmieci, śmieci.

Moja rola jest następująca: w pewnej chwili, kiedy już zacznie brakować wody i żywności, przywódcy będą musieli zacząć poświęcać jednych w imię przetrwania pozostałych. Ja będę pierwsza. Jako starucha i kaleka i tak mam marne szanse na ocalenie, gdyby nadeszła pomoc. Będą debatowali, w jaki sposób się mnie pozbyć, i stanie na tym, że po prostu wrzucą mnie razem z wózkiem do morza. Rzecz jasna nie ma w tym żadnej logiki, jestem tak stara, że prawie nie potrzebuję pożywienia. Ale będą musieli coś zrobić, będą musieli przekroczyć tę granicę, zza której już się nie wraca – granicę mordu.

Zanim jednak do tego dojdzie, spędzam większość czasu na dachu, w ogrodzie, który na przekór wszystkiemu rozrasta się – całkiem dosłownie – kwitnąco. Patrzę na zielsko plewiące się między roślinami zasadzonymi przez jakiegoś ogrodnika, który już pewnie nie żyje. Obserwuję pająka rozpinającego sieć między gałęziami ozdobnych krzewów. Siedzę i patrzę. Praca pająka przypomina taniec. Nie mam nic do stracenia. Nie mam nic do zyskania. Czasem przychodzi tu dziecko, dziewczynka. Rozmawiamy i bawimy się. Chciałabym dać jej przyszłość, ale to niemożliwe, możemy tylko dzielić się tym, co mamy: ogromnym niebem, naszą miniaturową dżunglą i plastikowymi skarbami wyrzucanymi przez morze. Czasem, gdy zapomnimy się w zabawie, stajemy się nieskończone. W tych chwilach, kiedy pęka skorupa orzecha i do środka wlewa się światło, wiem, że w krytycznym momencie ona będzie wiedziała, jak przejść przez niewidzialne drzwi.

Bóg z plastiku

„Dokładnie wiem, jak się czujesz”, mówi jedna kobieta do drugiej. Ta, która mówi, jest blondynką. Młoda, ładna, zgrabna. Ubrana elegancko, pastelowo. Delikatny makijaż. Druga jest starsza i grubsza. W jej ciemnych włosach widać wąskie pasemka siwizny. Obserwujemy wszystko z góry. Starsza ma na sobie szare spodnie od dresu i za duży tiszert z napisem SORRY FOR BEING PERFECT. Wydaje się zmęczona. Pewnie ma podkrążone oczy, ale z góry tego nie widać.

Siedzą przy niedużym okrągłym stole. Na stole książki, czasopisma, ulotki reklamowe, rachunki, ołówki i długopisy, zapalniczka, bransoletka z kolorowych plastikowych koralików, wazon z podwiędłymi żółtymi tulipanami, jakieś filiżanki, kieliszek z resztką czerwonego wina na dnie. „Niepokój, bezsenność, utrata motywacji”, mówi blondynka. „Stres, zagubienie, obniżone libido”. Ciemnowłosa zakrywa twarz rękami. „Kołatanie serca, poczucie izolacji”. Ciemnowłosa pochyla głowę i wzdycha. Blondynka gładzi ją po ramieniu.

Pokój jest duży, z aneksem kuchennym, ładny, ale zagracony. Na oparciach krzeseł wiszą ubrania, ubrania pomieszane ze sprzętem elektronicznym i kosmetykami leżą też na podłodze. Na półkach stoją jakieś bibeloty i zdjęcia, w ramkach i bez ramek, z klamki zwieszają się trzy torebki, każda w innym kolorze. Zbliżenie na jedną z nich: wielkomiejski pejzaż, może Nowy Jork, i napis MIEJ ODWAGĘ MARZYĆ.

„Poczucie izolacji”, powtarza blondynka. Nie wygląda już tak łagodnie jak na początku. „Czujesz się – popraw mnie, jeśli się mylę – jakby twoje życie rozgrywało się gdzieś indziej. Jakbyś stale się na nie spóźniała”. Starsza kobieta znowu wzdycha. Potakuje. Blondynka bierze ją za rękę. „Nie ma się czego wstydzić”, mówi. „Nie ty jedna”. Milknie na chwilę, daje tej drugiej czas. Głowy kobiet pochylają się ku sobie.

Potem blondynka przerywa milczenie: „Dzisiaj jest wielki dzień. Dzień, w którym rozpocznie się Wielka Przemiana. Tak to dla ciebie nazwałam. Wielka Przemiana. Właśnie tego potrzebujesz, prawda?”. Starsza kobieta unosi głowę i z nadzieją wpatruje się w twarz młodszej. „Musisz tylko zaufać i postępować według moich instrukcji. Czy jesteś gotowa na Wielką Przemianę?”. „Tak”, odpowiada bez wahania ciemnowłosa. „Czy jesteś gotowa sięgnąć po szczęście, które czeka za rogiem?”. „Tak, jestem gotowa”. „Czy jesteś gotowa wspiąć się na Mount Everest satysfakcji?”. „Tak!”. „Więc teraz pozwól płynąć emocjom”, zachęca pierwsza. „Pozwól płynąć łzom”.

„Weź głęboki oddech”, mówi blondynka po kolejnej dłuższej pauzie. Klientka wykonuje polecenie. „Jeszcze raz. Wdeeeeech i wydeeeech. We dwie”. Oddychają razem przez kilkanaście sekund, a potem ta pierwsza pyta: „Co czujesz?”. „Czuję, że dzieje się coś ważnego”. Trenerka jest zadowolona. „Wspaniale”, mówi. „Zaczynamy. Ale najpierw opowiem ci moją historię”. Ich głowy odsuwają się od siebie. Cięcie.

„Osiemdziesiąt pięć procent życia poświęciłam sprzątaniu”, mówi blondynka. „Więc chyba można założyć, że się na tym znam?”, dodaje pytająco i czeka na reakcję. Klientka reaguje prawidłowo, energicznie potakuje. „Kiedy miałam pięć lat, wpadł mi w ręce magazyn dla gospodyń domowych, numer o przechowywaniu. Przeglądałam go wielokrotnie, z wypiekami na twarzy. Nie umiałam jeszcze czytać, ale fascynowały mnie ilustracje: równe rzędy identycznych słoików na kuchennej półce, wypastowane na błysk buty w przezroczystych pudełkach, stosy idealnie poskładanych ubrań, skoordynowane kolory”. Klientka nie rozumie. „Skoordynowane. Dopasowane. Z angielskiego”, w głosie trenerki słychać lekką irytację. „Już wtedy wiedziałam”, wraca do tematu, „że sprzątanie będzie dla mnie ważne. Oczywiście nie sądziłam, że aż tak. Że to mój święty graal”.

„Sztukę wyrzucania odkryłam w wieku piętnastu lat. Mieszkaliśmy w niedużym domku jednorodzinnym, ja, moi rodzice i dwie starsze siostry. Bez ustanku sprzątałam. Nabrałam przekonania, wtedy jeszcze nieco na wyrost, że umiałabym posprzątać każdy dom, każde pomieszczenie. Ciągle szukałam nowych przestrzeni do praktyki. Pod nieobecność sióstr zakradałam się do ich pokoi i robiłam tam porządki. Usiłowałam doprowadzić do ładu sale w szkole. Mój cel był prosty: pozbyć się jak największej liczby przedmiotów! Ten okres trwał przez trzy lata. W jednym miesiącu, pamiętam to dokładnie, wyrzuciłam trzydzieści dużych toreb niepotrzebnych rzeczy. Ale nasz dom nadal wydawał się zagracony. Potrafisz w to uwierzyć? Zdarzało mi się w tamtym czasie wyrzucić coś, co należało do rodziców albo sióstr. Taki test. Jeśli nikt nie zauważył braku, to znaczyło, że miałam rację. Jeśli zostałam przyłapana, odpowiadałam, że ja tylko robię to, na co inni nie potrafią się zdobyć. To, co trzeba”.

„A jednak wcale nie czułam się szczęśliwa. Byłam strasznie spięta. Tak jak ty teraz”. Kiedy patrzy klientce w oczy, jest prawie groźna. „Budziłam się rano albo przed świtem i od razu myślałam o bałaganie, o otaczającym mnie chaosie. Co zrobić, żeby wreszcie zapanował porządek, co zrobić? Czułam, że umyka mi to, co najważniejsze”. Kładzie rękę na sercu. Zbliżenie na paznokcie w kształcie migdałów pociągnięte bladoróżowym lakierem. „Kłóciłam się z siostrami. Rodzice nie akceptowali mojego stylu, moich pragnień. Moje życie było pasmem konfliktów i rozczarowań. Znasz to?”. Starsza kobieta kiwa głową. „Z nerwów chodziłam na zakupy i wydawałam całe oszczędności na nowe ciuchy i ozdoby, które następnie wyrzucałam. Gdzie popełniałam błąd? Dlaczego, chociaż starałam się z całych sił, spełnienie nie nadchodziło?”.

„W wieku dwudziestu lat wreszcie zrozumiałam. Wybieranie rzeczy do wyrzucenia nie działa. Nie może działać! To złe podejście. Negatywne. Takie podejście uruchamia trudną energię”. Podnosi dłonie na wysokość twarzy i obejmuje nimi fragment pustki, jakby chciała zilustrować słowo „energia”. „Trzeba robić odwrotnie. Uważaj: trzeba wybrać to, co chcemy zatrzymać. Powiem to inaczej: zaczynamy od decyzji, żeby wyrzucić wszystko. Wszystko! Wyobraź sobie: puste mieszkanie. Tabula rasa. Nic. Zamknij oczy”. Klientka wykonuje polecenie, trenerka bierze ją za ręce. Klientce chyba trochę to przeszkadza, ale trenerka nie ustępuje. „Wyobraź sobie: wolna głowa. Zaczynasz życie jeszcze raz, od początku. Nic nie jest niemożliwe”, mówi i puszcza dłonie ciemnowłosej. „A więc wyrzucamy wszystko, wszystko. W myślach. Następnie każdy z wyrzuconych przedmiotów bierzemy do ręki i zadajemy sobie pytanie: Czy kocham tę rzecz dość mocno, aby trzymać ją w domu?”. Blondynka robi pauzę, czeka, daje tej drugiej czas. Po starszej kobiecie widać, że jest zdenerwowana – rozbiegane oczy, zacięte usta. „Spróbujmy. Czy chcesz, aby ten wazon”, trenerka wskazuje na tulipany, „mieszkał z tobą?”. Klientka omiata stół nieobecnym wzrokiem. „Weź go do rąk”, namawia blondynka. „Czy czujesz radość? Nie musisz odpowiadać, widzę, że nic nie czujesz. W takim razie wyrzucamy”, zarządza i wyjmuje z torby duży czarny plastikowy worek. „Proszę”. Klientka wstaje, wyjmuje tulipany z wazonu i wyrzuca je do kubła na śmieci, wylewa wodę, wrzuca wazon do worka. „Jak się czujesz?”, pyta trenerka. „Jak się teraz czujesz? Właśnie się zaczęło. Ruszył proces Wielkiej Przemiany. Uruchomiłaś to. Nie ma już odwrotu”.

„W końcu rodzice powiedzieli, że mogę sprzątać tylko u siebie”, podejmuje blondynka. „Ze zdziwieniem odkryłam, że w moim pokoju wciąż jest mnóstwo rzeczy do wyrzucenia. Bluzka, której nigdy nie nosiłam, niemodna spódnica, całe rzędy książek, których nie chciałam czytać, jakieś breloczki, zabawki, pluszaki. Usiadłam na podłodze z moimi torbami, zawsze miałam przy sobie plastikowe torby, nigdy się z nimi nie rozstawałam, i zabrałam się do dzieła. Po dwóch tygodniach nadeszła zmiana – nie używałam jeszcze wtedy nazwy Wielka Przemiana, ale to była jej zapowiedź. Przeczucie. Po paru tygodniach jedna z moich sióstr też zaczęła sprzątać. Któregoś dnia wyrzuciła aż dwieście książek! Rodzice też się przyłączyli. To było zaraźliwe!”.

„Zacznij tu, gdzie jesteś. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku, ale po pierwszym trzeba zrobić kolejny. I kolejny. I kolejny. Co to za kieliszek?”. „Zwykły kieliszek do wina”, odpowiada klientka. „Czerwonego”. „Weź go do rąk”. Kobieta bierze kieliszek. „A teraz zapytaj: Czy wzbudza we mnie radość? Zapytaj na głos”. „Czy wzbudza radość?”, powtarza starsza drżącym głosem. „Nie wzbudza, twoje ciało mówi mi to bardzo wyraźnie”, stwierdza trenerka i nadstawia torbę. „Ale ja go potrzebuję”, protestuje klientka. „To nie ma nic do rzeczy”, ucina blondynka. „Można zmarnować całe życie wśród potrzebnych przedmiotów. A my szukamy radości. Pełni. Oświecenia”. Kieliszek ląduje w worku.

Po półgodzinie pierwszy worek leży przy drzwiach jak spuchnięte zwłoki. Spośród rzeczy, które były na stole, udało się ocalić dwie książki.

„Teraz uważaj: jedna z moich klientek wyrzuciła dwieście czterdziestolitrowych toreb śmieci za jednym zamachem. Tak. Wyobraź sobie jej ulgę. I moją wdzięczność, że mogłam przy tym być. Gdyby zsumować wszystkie przedmioty wyrzucone przez moich klientów, ich liczba przekroczyłaby milion”. Oczy dziewczyny płoną. „To nie jest żadna przesada, to są fakty: ciuchy, bielizna, zdjęcia, długopisy, wycinki z gazet, próbki kosmetyków, maskotki, niepraktyczne sprzęty kuchenne, ozdoby choinkowe, nigdy nieużywane zabawki erotyczne”, pauzuje. „Zdjęcia i pamiątki zostawimy na później”, mówi, zerkając na półkę. „Najpierw rozprawimy się z kuchnią. Potem przejdziemy do sypialni. Następnie zajmiemy się garderobą. To wielka przygoda. Ubrania odłożone do szafy pozostają w stanie uśpienia. Skąd możesz wiedzieć, czy poruszają jasną strunę w twoim sercu czy nie? Każdą rzecz obejrzymy. Każdej dotkniesz. A potem pożegnasz się z nią. Albo przywitasz. To jak czary. Wszystko się zmienia. Klientki piszą do mnie listy. Ostatnio pewna kobieta napisała tak: «Dzięki tobie zrozumiałam, czego naprawdę potrzebuję, a czego nie. Rozwiodłam się»”.

Czarnych worków na progu przybywa. Wieczorem jest ich jedenaście, tworzą pokaźnych rozmiarów stos. „Wyniesiemy to wszystko na śmietnik, ale dopiero na końcu”, wyjaśnia trenerka. „Musisz zobaczyć, czego się pozbywasz. Uświadomić sobie ogrom swojej wolności”. Obejmują się. „Jestem z ciebie dumna”, mówi trenerka i wychodzi.

Kobieta stoi bezradnie na środku pomieszczenia, z którego znikła większość rzeczy. Czuje nieprzyjemne kołatanie serca. Boi się. Boi się, że sprawiła zawód. Że wcale nie jest tak szczęśliwa, jak powinna. Czuje wyrzuty sumienia. Chce jej się płakać. Ale przypomina sobie słowa tamtej: „Być sobą to wątpić, a mimo to iść dalej. Na koniec będziesz bardzo wdzięczna. Żadna inna metoda nie gwarantuje Wielkiej Przemiany w zaledwie trzy dni”.

Rozbiera się, zdejmuje tiszert, który dostała od trenerki, jutro będzie musiała włożyć go ponownie. Bierze długą kąpiel. Myśli o tym, czego dokona, kiedy ta trzydniowa rewolucja się skończy. Wprowadzi zdrową dietę. Zacznie ćwiczyć. Nauczy się hiszpańskiego. Znowu się zakocha. Może jeszcze nie jest za późno. Może jeszcze uda jej się żyć.

W nocy dręczą ją koszmary. Śni jej się, że każda rzecz, którą bierze do rąk, natychmiast się powiela, przy czym kopie, a jest ich bez liku, są plastikowe, kolorowe, giętkie, nieśmiertelne. W mieszkaniu wkrótce zaczyna brakować miejsca, coraz trudniej poruszać się między plastikowymi meblami, naczyniami i sprzętami kuchennymi, ubraniami, wśród plastikowych owoców, które – o dziwo – całkiem dobrze smakują, sztucznych papierosów (w tym śnie znowu pali) i zapalniczek płonących gumowym ogniem. Musi uciekać. Zdejmuje z klamki torebkę, tę z Nowym Jorkiem, ale po chwili ma w dłoni dziesięć celuloidowych torebek. Rzuca je, niczego nie bierze, wybiega. Ulgę czuje tylko przez chwilę, potem ten dziwny proces przyspiesza. Nie musi już niczego dotykać, wystarczy, że spojrzy, a rzeczy od razu ulegają plastikowej multiplikacji. Na ulicy tworzy się straszliwy korek z foliowych samochodów. Kobieta biegnie dalej, dociera do parku, z trudem przeciska się między winylowymi drzewami, boi się spojrzeć w niebo. Postanawia biec tak długo, aż dotrze do pustki, w jakieś miejsce, gdzie nie będzie niczego, co mogłoby się rozmnożyć. Ta myśl daje jej nadzieję. Przez chwilę kobieta znowu czuje ulgę, zaraz jednak bieg staje się prawie niemożliwy, coś jej ciąży – to jej cień, cień z poliestru. To koniec, sama przed sobą nie ucieknie. Budzi się zlana potem.

Jest środek nocy. Kobieta wychodzi z łóżka i idzie do kuchni, żeby napić się wody. Nie pamięta, czy ma jeszcze jakieś szklanki, więc pije z kranu. Obmywa sobie twarz. Potem przystaje przy workach. W ciemnościach czarna bryła wygląda jak ogromny cień. Kobieta podchodzi do okna i otwiera je na oścież, choć jest środek zimy.

Strefa unikania

Budzi się o czwartej czterdzieści cztery, minutę przed budzikiem, trzy godziny i minutę przed wschodem słońca. Leży w ciemnościach, aż rozlegnie się sygnał, jakiś fortepian i ćwierkanie ptaków. Irytuje go, ale ciągle zapomina zmienić dzwonek na inny, więc co rano rozbrzmiewa ta sama głupawa muzyczka. Wyłącza budzik, wstaje. Matka śpi w sąsiednim pokoju albo udaje, że śpi. Dawniej, kiedy usłyszała, że wstał, od razu przychodziła. Denerwowało go to. Matka bez przerwy mówi o chorobach, o tym, jak i gdzie ją boli. Dzieli się tym, co ma, jak każdy, tylko czasem ciężko to znieść.

Idzie do kuchni. Nastawia wodę i robi sobie kanapki do pracy, powoli, bo ręce ma zgrabiałe. Wszyscy myśleli, że już nie będzie zimy, ale przyszła nagle zaraz po Nowym Roku i trzyma od tygodnia. Trudno ogrzać dom. Okna są trochę nieszczelne, na szybach powstają wzory z kryształków lodu. Przez dwie, może trzy minuty patrzy na te obrazy, wyglądają jak efekt żmudnej jubilerskiej roboty. Więcej czasu nie ma. Pakuje śniadanie, ubiera się, wychodzi.

Na zewnątrz mróz dopada go z całą mocą. Para z oddechu osiada na rzęsach i od razu zamarza. Niespodziewanie czuje radość, jak dziecko. Jest bardzo ciemno i cicho, nie słychać nic oprócz skrzypienia kroków na śniegu. Nie ma tego śniegu dużo, ale dobre i to. W nocy trochę dopadało, w sam raz tyle, żeby zasypać ślady ludzi i zwierząt. Idąc po gładkiej puszystej powierzchni, czuje się, jakby był pierwszym człowiekiem, który kiedykolwiek stąpał po świecie, jakby świat został stworzony dopiero przed chwilą. Gwiazdy na czystym niebie są na wyciągnięcie ręki; trudno uwierzyć, że część z nich już nie istnieje, że zostało tylko światło, komunikat wysłany miliony lat temu, ale nadal aktualny, coś jak bardzo silna wola życia. Coraz lepiej rozumie mapę nieba, ludzkie historie wpisane przez wieki w przypadkowy układ pulsujących świateł. Kiedy zaoszczędzi trochę grosza, kupi sobie porządną lunetę.

Żeby dotrzeć na stację, musi przejść przez las. W lesie mrok jest gęsty jak atrament. Czasem zapala latarkę w telefonie, ale dzisiaj nie. Zna tę drogę na pamięć, mógłby iść z zamkniętymi oczami – tak mu się wydaje. Zamyka oczy, wyobraża sobie, że jest niewidomy, i prawie natychmiast potyka się i traci równowagę. Kiedy wychodzi z lasu, czuje się, jakby właśnie odzyskał wzrok.

Na stacji czekają dwie osoby, zakutane postacie wydychające obłoczki pary.

Pociąg przyjeżdża o piątej czterdzieści pięć, wsiadają. W środku jest gorąco, nieliczni pasażerowie drzemią. Siada przy oknie, w ciemności na zewnątrz migają światła semaforów, mógłby czytać, ale jakoś nie może się do tego zabrać, więc przez całą podróż, dwadzieścia siedem minut, gapi się na krajobraz przesuwający się w niejednostajnym tempie za szybą: drzewa, domy, pola, supermarkety; przedmieścia. Wreszcie pociąg się zatrzymuje, stacja końcowa. Wysiada, znowu zderza się z mrozem.

Idzie przez miasto. Wszystko jeszcze pozamykane, zwykłe życie zacznie się dopiero za parę godzin, a on jest jak duch, który wyszedł z lasu, żeby nawiedzić te cywilizowane tereny. Bus odjeżdża za dwadzieścia minut; nie musi się spieszyć, więc przystaje przed witrynami i ogląda towary, ubrania, sprzęt elektroniczny, zabawki. Te rzeczy są dziwniejsze od gwiazd, należą do innej rzeczywistości, na razie uśpionej. Tylko w Starbucksie na rogu już pali się światło. Kiedy pierwszy raz zobaczył kawę za piętnaście złotych, nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek ją kupuje. Ale ludzie kupują, to znaczy ci, którym się powiodło, ci, którzy skończyli właściwe studia, znaleźli odpowiednią pracę i wzięli swój los we własne ręce. On jednak należy do tych, którzy nie skończyli, nie znaleźli i nie wzięli. Dlatego przemyka przez miasto przed świtem, dyskretnie, jakby sama jego obecność naruszała jakieś niepisane prawo.

Na małym parkingu kilku mężczyzn czeka na busa. Palą papierosy, przytupują, żeby się rozgrzać.

– Ej, Astronom, poruchałeś sobie chociaż przez weekend?

– Spierdalaj, Naplet.

Łysinę Napleta zakrywa duża wełniana czapka w paski, trochę jakby damska. Jego lekko skośne oczy łzawią, okrągła twarz jest zaróżowiona od mrozu.

– Chyba nie poruchałeś.

– Goń się, pedale.

Przybijają piątkę. Lubi Napleta, jest wesoły, pracuje sumiennie, ale nie zawyża norm, nie podlizuje się brygadzistom i nie podprowadza cudzego sprzętu. I nie narzeka więcej niż trzeba. Dalej stoją Emeryt, Profesor, Eryczek i Zmrol, Astronom wita się ze wszystkimi po kolei. Emeryt, najstarszy z nich, to szczupły pomarszczony mężczyzna o zaciętym spojrzeniu. Nigdy się nie śmieje. Prawie się nie odzywa, za to dużo kaszle. Po kaszlu można poznać, że jest gdzieś w pobliżu. Nikomu nie wadzi, robi swoje, w sumie spoko gość. Profesor jest Ukraińcem z Donbasu. Przed wojną mieszkał w Doniecku i wykładał na uniwersytecie, stąd ksywka. Rozumie po polsku, ale koledzy zagadują do niego po rosyjsku, starsi pamiętają jeszcze co nieco z podstawówki. Jego żona i córka zostały w kraju. Profesor wysyła im diengi, czyli groszi. Kiedyś pokazał Astronomowi zdjęcie, było zniszczone, wyglądało na bardzo stare. Wydawało się fałszywe. „A u ciebie żeny nie ma?”, dopytywał Profesor. „Nie”, odpowiedział krótko Astronom. Następny, Eryczek, to po prostu facet o imieniu Eryk. Jest mały i bardzo szczupły. Trudno powiedzieć, jak daje radę w tej robocie. Ciągle żartuje, zabawia wszystkich jak może, ale Astronom go nie lubi. Nie ufa mu, omija go szerokim łukiem. Ostatni, Zmrol, jest zwykłym ochlapusem. Nie ma żadnej ciekawej historii. Przychodzi do pracy na kacu i nie wyrabia normy. Prawdopodobnie nie przedłużą mu umowy.

Podjeżdża bus, mężczyźni przydeptują papierosy i pakują się do środka. Tylko Astronom nie pali. Próbował się nauczyć, ale jakoś nie mógł. Tak samo z alkoholem. Kilka razy się napił, nie podeszło mu. W samochodzie Eryczek i Zmrol natychmiast zasypiają. Mają cały kwadrans. Mrok zaczyna się przerzedzać, chociaż do wschodu słońca jeszcze ponad godzina, ale tego już nie zobaczą, w magazynie, w którym pracują, nie ma okien. Nie wychodzą na dwór, bo wszystko, co potrzebne, jest w środku: szatnia, palarnia, stołówka i sracz. Jadą, krajobraz szybko się zmienia, nie ma już domów, tylko hurtownie i magazyny, księżycowe miasto z wielkich szarych brył. Już niedaleko. Magazyn Business Park Future to rozłożysty budynek kryty blachą falistą w dwóch odcieniach szarości. Przy bramkach stoją tiry. Busik podjeżdża od drugiej strony i tam ich wyrzuca. Jeden po drugim wchodzą do wielkiej metalowej puszki, z której wyjdą po zmierzchu.

Astronom zakłada robocze ubranie i buty, idzie do pokoju brygadzisty po skaner. To pierwsze nerwy dnia, skanery ciągle giną, jest ich za mało i są rozdzielane w systemie kto pierwszy, ten lepszy, a bez skanera nie da się pracować. Brygadzista pilnuje, żeby wyrabiali normy, w razie gdyby groźba utraty premii nie starczała. Dziś robi to Chujoza. Wbrew swojemu przezwisku jest całkiem ludzki, zwłaszcza w porównaniu z Renatą. Renaty magazynierzy nienawidzą. W odwecie szczegółowo omawiają każdą część jej ciała, włącznie z organami wewnętrznymi. Ma ksywkę Hitler.

– Śnieżku przypiździło – mówi Chujoza znad papierów.

– Ano przypiździło.

– Trzeba będzie z dachu zgarnąć.

Astronom pobiera skaner i etykiety z kodem kreskowym, tak zwane bony, i wbija cztery pierwsze litery nazwiska, żeby zalogować się do skanera. Pobiera wózek. Wpisuje kod na kontrolce. W drogę.