Błękitny kamień Syzyfa - Andrzej Koraszewski - ebook

Błękitny kamień Syzyfa ebook

Andrzej Koraszewski

0,0

Opis

Ile trudów, strat i dziejowych zawirowań jest w stanie udźwignąć jeden człowiek, zanim zada sobie pytanie o sens cierpienia?
 
 
„Błękitny kamień Syzyfa” Andrzeja Koraszewskiego to przejmująca książka – wielka, osobista opowieść człowieka, który z bliska obserwował wydarzenia zmieniające losy świata. Jako długoletni dziennikarz polskiej sekcji BBC i korespondent prasowy, autor splata w swoich wspomnieniach wielką historię przemian politycznych w Polsce z głęboko intymnym portretem życia.
 
 
To historia o miłości i partnerstwie oraz o granicach wytrzymałości człowieka doświadczającego bolesnych strat i trudności rzucanych przez los. W tle kulisy burzliwych przemian politycznych w Europie drugiej połowy XX wieku.
 
 
Zderzając własną biografię z biblijną postacią Hioba, Koraszewski stawia uniwersalne, unikalne pytanie: gdzie leży granica ludzkiej wytrzymałości i co daje nam siłę, by mimo wszystko toczyć swój „kamień” dalej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 452

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Konsultacja: Magdalena Smoczyńska

Redakcja: Danuta Szulczyńska-Miłosz

Korekta: Marta Banaś

Projekt okładki i stron tytułowych: Michał Motłoch

Skład: MEGA DESIGN Maciej Łukasik

Zdjęcie na okładce i stronie 31: Jerry Coyne

Pozostałe zdjęcia: archiwum autora

Projekt okładki książki Błękitny kamień na str 315: Andrzej Płoski

Copyright © by Andrzej Koraszewski

Copyright © by STAPIS, Katowice 2026

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN Epub 978-83-7967-364-3

ISBN Mobi 978-83-7967-365-0

Wydawnictwo STAPIS

ul. Floriana 2a

40-288 Katowice

tel.: +48605963179

www.stapis.com.pl

...gdyby Job sądził, że jego nieszczęścia są dziełem Szatana, starałby się je zwalczyć, zamiast siedzieć bezczynnie, na przykład poszedłby do dermatologa. Dlatego pożytecznie jest wierzyć wbrew prawdzie, że zło, które nas spotyka, jest zawsze dziełem złej siły.

Leszek Kołakowski, Klucz niebieski

Pamiętnik znaleziony w starym łbie

Czy jestem kolejną wersją Hioba, który stracił swoją ukochaną, jedyną biologiczną córkę, który stracił swoją ukochaną żonę, który stracił swoją ukochaną przyjaciółkę, który stracił swoją przybraną córkę, zmienioną przez życie w wystraszoną i odpychającą pomocną dłoń istotę? Przestałem mamrotać „umrzeć – zasnąć” i zmieniłem się w kronikarza próbującego opowiedzieć prawdę o łajdactwie ukrywania przez boga/los któregokolwiek ze szczegółów hiobowej historii i pokazującego nagą prawdę od początku do końca.

Wydawca, nie znając jeszcze bezmiaru skandalu, podpisał umowę i sam dostarczył redaktorkę, która – choć doskonale wie, w co się wdaje – tanecznym krokiem wkracza w opowieść o Hiobie: opowieść bez upiększeń, bez cienia szacunku dla zakłamania. To nasza wspólna książka, gdyż bez pomocy Danuty Szulczyńskiej-Miłosz byłaby nie tylko inna, ale prawdopodobnie nie byłoby jej wcale.

Dawno, dawno temu był sobie w Polsce komunizm. To nie był ruski komunizm, to nie był afrykański komunizm, nie był to też jugosłowiański komunizm. To był nasz, polski komunizm. Komunistów w Polsce nie widziałem. Byli oportuniści, mnóstwo łajdaków, byli marzyciele – tacy jak Jacek Kuroń, urzeczeni utopią i chcący budować utopię, ale byli też durnie tacy jak ja, którzy dali się nabrać na pomysł rewizjonizmu, czyli rozmiękczania tego od środka.

Komunistów nie było, bo prywatnie okazywało się nieodmiennie, że udawali dla chleba i kariery. Był rok 1962. Docent Włodzimierz Wesołowski poprosił mnie do swojego gabinetu i zapytał, czy czytałem Rewolucję manadżerską Burnhama. Giedroyc wydał po polsku Burnhama w 1958 roku, wiedziałem o tej książce i szukałem do niej dostępu. Wesołowski wiedział, że fascynuje mnie Weber, ale zagadnął, czy chciałbym napisać referat o Burnhamie. Roześmiałem się i zapytałem, czy to może być uczciwy referat. Odpowiedział, że przyda się kilka cytatów z Marksa. Wypisał mi zlecenie do prohibitów (czyli pozwolenie na wypożyczenie z uniwersyteckiej biblioteki książki niedozwolonej), potem zamyślił się i zapytał: „Czy zna pan panią Jakubowicz?”. Gdy pokręciłem głową, docent opisał mi ją w dwóch zdaniach:

Małgorzata, 1976 rok

– To bardzo inteligentna studentka. Ona już to czytała. Może więc napiszecie ten referat razem?

Małgorzata Jakubowicz mieszkała na Trębackiej, w domu pracowników Ministerstwa Kultury, gdzie pracowała jej matka. Zadzwoniłem następnego dnia do drzwi jej mieszkania i powiedziałem dziewczynie o propozycji docenta. Zaprosiła mnie do swojego pokoiku. Jasne meble, wąskie łóżko, stół pod oknem, a na nim maszyna do pisania Underwood (ciężki biurowy grat, ale nie do zdarcia), za plecami półka na książki.

– Czytałeś już Burnhama? – zapytała studentka Jakubowicz.

Odpowiedziałem, że nie, dodając, że mam już egzemplarz, a o samej książce sporo czytałem.

– Czytałeś książki o podobnej problematyce? – padło kolejne pytanie. Nie byłem pewien, co mam odpowiedzieć. Poinformowałem, że pisałem o Weberze i jego koncepcji idealnej biurokracji. Małgorzata kiwnęła głową i zaczęła referować książkę Burnhama. Po kilku minutach przesunąłem w moją stronę Underwooda, wkręciłem kartkę i zacząłem pisać.

– Co ty robisz, idioto?

Odpowiedziałem, że piszę, co mówi, bo to najlepsze streszczenie, jakie dotąd czytałem.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem jej uśmiech. Maszynę mi jednak zabrała i dokończyła swoją prezentację idei świata porwanego przez menadżerów-biurokratów, zarządzających kapitałem, polityką i mediami.

A potem ta o trzy lata młodsza smarkula urządziła mi egzamin: „Co czytałeś?”, „Co myślisz?”, „Jak widzisz nasz wspólny referat?”.

Wyszedłem z Trębackiej z listą książek do przeczytania i poleceniem powrotu za trzy dni.

Potem przez jakiś czas widywaliśmy się codziennie. Poznałem jej chłopaka. Marek, starszy od niej historyk, wówczas już asystent na wydziale historii, patrzył na mnie podejrzliwie. Dziś mu się nie dziwię, ale wtedy śmieszył mnie, bo w tej naszej przyjaźni z Małgorzatą nie było cienia seksualnej atrakcji. Ja byłem po uszy zakochany w mojej pierwszej żonie, a dla niej byłem wyłącznie facetem, z którym dobrze się dyskutuje, trochę podejrzanym, bo partyjnym.

Któregoś dnia zapytała groźnie:

– Dlaczego jesteś w Partii?

– Kołakowski też jest w Partii – odpowiedziałem. – Komunizm sam się nie skończy, można to zmienić tylko od środka.

– I ty w to wierzysz?

Wzruszyłem ramionami, domyślając się, że popełniłem błąd. Przypomniałem sobie słowa ojca, który często mawiał: „Uważaj, historia z każdego robi idiotę, to wredna małpa”.

Napisaliśmy ten referat. Zostały przyjaźń i potrzeba częstych spotkań tylko we dwoje, żeby nam nikt nie przeszkadzał w tych naszych rozmowach. Moja pierwsza żona, Krystyna, znacznie starsza ode mnie aktorka, która porzuciła teatr dla pisania, też była zaniepokojona tą przyjaźnią.

To moje pierwsze małżeństwo było z innego świata – bohema, mnóstwo alkoholu, szaleństwo środowiska narcyzów i pozerów. Spotkania z Małgorzatą były odpoczynkiem. Studentka z Trębackiej była najbardziej przyziemną istotą pod słońcem: zero emocji, czysta rzeczowość i piękno logiki urzekały ją bardziej niż wzniosłość sonetów. A jednak od czasu do czasu schodziliśmy w naszych rozmowach na sprawy osobiste. Rodzina Marka, endecka, wściekle antysemicka, Marek nie przyznał się rodzicom, że Małgorzata jest Żydówką. Słuchałem tego i nie rozumiałem. Mój świat też się zaczął sypać, Krystyna wpadła w alkoholizm, potem doszła do tego narkomania. Próbowała mnie w to wciągnąć, na szczęście się nie dałem.

Romans z Krystyną zaczął się, kiedy byłem na pierwszym roku. Kilka egzaminów zawaliłem, straciłem dwa lata studiów. Kiedy poznałem Małgorzatę, pracowałem i kończyłem studia. Krystyna raz za razem lądowała w szpitalu na przymusowym leczeniu, zwykle po złapaniu jej na podrabianiu recept na morfinę. Terapia nie pomagała, a moje życie zmieniło się w piekło. Patrzyłem, jak ukochana kobieta zmienia się w ludzki wrak. Po trzech latach walki postawiłem warunek: albo całkowite odstawienie i alkoholu, i narkotyków, albo odchodzę.

Wychodziłem do pracy i wracałem, wiedząc, że zastanę ją znowu nieprzytomną. Przestała chodzić do pracy (wcześniej pracowała w radiu), przestała pisać. Próbowałem ją namówić do napisania książki o koszmarze uzależnienia. Nie wyszło – moja troskliwość wywoływała w niej agresję i budziła nienawiść. W końcu zapytałem lekarza, co może się stać, gdy ją zostawię. Odpowiedział, że to samo co w sytuacji, gdybym został, z tą różnicą, że wtedy razem pójdziemy na dno. Moja śpiewająca piękność była już na dnie, ja mogłem teraz zrobić tylko jedno: odbić się i zaczerpnąć powietrza.

W styczniu 1967 roku ostatecznie wyprowadziłem się do mojej siostry.

Któregoś dnia odwiedziłem Małgorzatę. Nie widzieliśmy się rok, może nawet dłużej. Ucieszyła się na mój widok, zapytała, co słychać i dlaczego zniknąłem na tyle miesięcy. Powiedziałem, że przegrałem walkę o postawienie Krystyny na nogi.

Małgorzata kazała sobie opowiedzieć dokładnie o całej historii uzależnienia, o próbach wyciągania jej z tego bagna; ciekawa była również opinii lekarzy. Na koniec zapytała, jak Krystyna sobie teraz poradzi. Powiedziałem, że dostaje zasiłek chorobowy, że pomaga jej Związek Literatów i pierwszy mąż, który jest dość zamożny.

– Czasem trzeba życie zacząć od początku... Ja też rozstałam się z Markiem. Związek Żydówki z endecką rodziną nie rokował dobrze.

Powiedziałem, że muszę lecieć, bo mam nową pracę i muszę się nauczyć moich nowych obowiązków.

– Co to za praca?

– Zostałem kierownikiem jednoosobowego zespołu o szumnej nazwie Ośrodek Badania Opinii Społecznej przy Agencji Robotniczej, w skrócie BOS-AR.

Małgorzata parsknęła śmiechem i powiedziała „jednoosobowy ośrodek”. Kiwnąłem głową, informując, że nazwy nie dadzą mi zmienić, ale mogę z tego zrobić referat analiz badań innych osób uprawiających pseudonaukę nazywaną „socjologią”.

– Przychodź... – szepnęła przy drzwiach.

Przychodziłem. Gdzieś w połowie lutego poszliśmy do Rycerskiej na kolację. Historia stara jak świat. Pocałowałem ją przed bramą na Trębackiej. Roześmiała się. Odwracając się, rzuciła:

– Pogadamy o tym później.

Kiedy przyszedłem znowu, sięgnęła po kożuszek i dodała:

– Idziemy na spacer.

Usiedliśmy w parku w milczeniu, patrząc przed siebie, tylko nasze dłonie do siebie pobiegły, krzycząc, że oboje chcemy czegoś więcej.

W końcu Małgorzata powiedziała:

– Jutro niedziela.

Zapytałem, czy mogę wpaść.

– Możesz. Mam klucz mieszkania ciotki, która wyjechała, tam pójdziemy.

Kilka dni później Anna, matka Małgorzaty, cudowna kobieta, zatrzymała mnie, gdy wychodziłem.

– Przestańcie się wygłupiać – powiedziała. – Zostań na noc, przecież nie umiecie się od siebie oderwać.

Zapewnialiśmy się dzielnie, że jesteśmy nadal tylko przyjaciółmi, że to taki związek na chwilę, póki nie znajdziemy kogoś innego, żadnych zobowiązań, po prostu lubimy ze sobą rozmawiać, a teraz trochę więcej, bo nie przeszkadza nam brak ubrań. Maski zdjęliśmy już dawno, więc to była tylko reszta garderoby.

Małgorzata, która pisała swoją pracę magisterską pod kierunkiem docenta Wesołowskiego, teraz robiła u niego doktorat. Miała asystenturę w Zakładzie Socjologii PAN i coraz częściej rozmawialiśmy o tym, jak pusta jest ta cała socjologia, jak niewielu socjologów mówi coś, co warte jest wysłuchania do końca.

– Powinnam była pójść na biologię.

– Głupia jesteś – odpowiedziałem. – Masz wspaniały prawniczy umysł, powinnaś studiować prawo, ale wtedy ja bym cię nie spotkał, a to byłoby bardzo niewłaściwe.

– Chcesz powiedzieć, że się zakochałeś?

– Zaczynam podejrzewać, że zakochałem się w tobie przy pierwszym spotkaniu, tylko o tym nie wiedziałem.

– Hm, daj się zastanowić. Kto wie, czy to nie było z wzajemnością, z całą wzajemną nieświadomością.

Minął marzec i kwiecień, Małgorzata polubiła moją siostrę, ciągle niepewna, czy gdzieś nie wylezie odrzucenie, jakiś ślad tak głęboko siedzącego w polskiej kulturze antysemityzmu. Zdziwiło ją, że mąż mojej siostry też jest Żydem. Ojciec Rosjanin, matka Żydówka (przyjaciółka mojej matki), a on stuprocentowy Polak, tyle że Żyd.

Chodziliśmy często na spacery, a jak tylko pojawiły się fiołki, to kupiłem jej podczas spaceru bukiecik w kwiaciarni, a ona szybko schowała go do kieszeni kurtki, bo potrzebowała rąk do gestykulacji.

Kończył się maj 1967 roku. Izrael był otoczony ze wszystkich stron potężnymi armiami. Egipt i Syria uzbrojone przez Związek Radziecki i Jordania z jej armią doskonale uzbrojoną i dowodzoną przez oficerów brytyjskich. Polskie gazety bredziły jak „Prawda”, siedzieliśmy więc przylepieni do radia i słuchaliśmy Wolnej Europy. Małgorzata była kłębkiem nerwów. Wiedziałem, że ma rację. Izrael był bez szans i jego dni były policzone. Próbowałem ją pocieszać, wymyślałem absurdalne scenariusze, że może Ameryka się ruszy, choć w rzeczywistości sprawa była jasna. Nie ma żadnej nadziei. Piątego czerwca spałem na Trębackiej. Dowiedzieliśmy się przy śniadaniu, że Izrael napadł na trzy kraje arabskie. Długo patrzyliśmy na siebie w niemym ogłupieniu.

Pierwszy szok to jeszcze nic. Po trzech dniach było jasne, że radziecka broń za miliardy dolarów na naszych oczach zmienia się w stertę złomu.

Nie byliśmy sami w tej naszej oszalałej radości, słuchaliśmy teraz Wolnej Europy zbiorowo i z alkoholem. Chyba czwartego dnia tej krótkiej wojny poszliśmy z – nieżyjącym już dziś przyjacielem z wydziału – Jackiem Tarkowskim1 do mojej siostry. Popiliśmy solidnie i koło północy, wychodząc, odtańczyliśmy pod oknem Barbary horę. Jacek improwizował:

Hej, tam na wzgórzu, tam na wielbłądzie

Nasser spierdala, aż się kłębi kurz.

O mój Dajanie, o mój Dajanie,

O mój Dajanie, jednooki mój.

Za drugim razem darliśmy się już wszyscy troje. Po trzecim odtańczeniu uznaliśmy, że wystarczy, i poszliśmy w kierunku najbliższego postoju taksówek.

Barbara mieszkała w bloku dla rodzin oficerów Wojska Polskiego (jej mąż, Bolek, był oficerem lotnictwa). Kilka dni później usłyszałem, jak Gomułka pluje w mikrofon: „Izrael napadł na kraje arabskie, a w Warszawie Żydzi tańczyli z radości na ulicach”.

Gdyby nie fakt, że on mówił o Żydach, a pod blokiem oficerskim tańczyło dwóch polskich Polaków i jedna polska Żydówka, to mógłbym pomyśleć, że mówił o nas...

A warszawska ulica rzeczywiście była wtedy zachwycona. Co chwilę człowiek słyszał: „Nasi Żydzi dali w dupę ruskim Arabom!”.

Moja dziewczyna znów była cudownie przyziemna, wściekle logiczna i emocjonalnie oszczędna.

Wojna sześciodniowa na Bliskim Wschodzie spowodowała długotrwałe turbulencje w Europie Wschodniej. Zamieszkaliśmy w mieszkaniu cioci Mani na Pięknej. Pokój, kuchnia, łazienka i my we dwoje. Ciocia Mania to osobny rozdział. Małgorzata nie darzyła jej sympatią – żydokomuna w całej krasie. Powojenne życie spędziła w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Komunistką była przed drugą wojną światową, a podczas wojny była w ZSRR, gdzie towarzysz Stalin uleczył ją z komunizmu. Małgorzata nie chciała się nawet interesować, dlaczego polazła do bezpieki, a Anna, matka Małgorzaty, tylko się krzywiła. Tak czy inaczej, ciocia Mania przeszła na przedwczesną emeryturę i pojechała turystycznie do Izraela. Małgorzata miała opiekować się mieszkaniem, więc przynajmniej chwilowo objęliśmy „pobezpieczniackie mienie”.

Ciocia Mania szczęśliwie zniknęła z horyzontu, a my w jej mieszkaniu nadrabialiśmy stracone bezsensownie pięć lat obcowania. Tymczasem wokół nas szalała burza. Przełożony Mani, generał Mieczysław Moczar, parł do przejęcia sterów w Partii. Moczar był ministrem MSW i filarem „frakcji partyzantów”, czyli partyjnego betonu. Wykorzystując narzucony przez Moskwę antysyjonizm, nasilił wojnę z partyjnymi „liberałami”. Nas bezpośrednio ta wojna na górze w żaden sposób nie dotykała. Do rodziców mieszkających w Poznaniu nie jeździłem – nazbyt zajęty Małgorzatą i wciąż nową pracą.

Dopiero później dowiedziałem się, że moczarowcy prowadzili akcję pozyskiwania byłych oficerów Armii Krajowej i ojciec dostał niezwykle uprzejme zaproszenie do ZBoWiD-u. Miły pan roztoczył uroki bycia członkiem organizacji, państwowego uznawania odznaczeń z czasów wojny i okupacji oraz wynikających z tego tytułu profitów materialnych. Ojciec wysłuchał w milczeniu tych zalotów, pokiwał głową i powiedział:

– Ciekawe...

Znałem to jego „ciekawe”. Nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Jak potem relacjonowała moja matka, która obawiała się konsekwencji jego spokojnego wybuchu, zapytał, czy proponują mu stowarzyszenie się z ludźmi, którzy mordowali jego kolegów, którzy nękali go przez lata przesłuchaniami, którzy skazali akowców na poniewierkę.

– Pięknie panu dziękuję za tak urocze zaproszenie i proszę panu ministrowi przekazać, że może mnie pocałować w dupę.

Nie wątpiłem, że relacja była wierna, bo on właśnie taki był, i to nie był pierwszy raz. Za każdym razem obiecywał matce, że się poprawi, ale to był beznadziejny przypadek.

Atmosfera w kraju była duszna, ale jeszcze nie straszna. Pierwsze ucieczki Żydów z kraju były ledwie zauważalne. Środowisko Małgorzaty patrzyło na mnie trochę podejrzliwie, bo partyjny, ale powoli zaczynali mnie akceptować. Wcześniej nie było mnie widać, bo praca i piekło w domu nie pozostawiały wiele miejsca na udział w spotkaniach ani w towarzyskich, ani w publicznych. Teraz przez nasze mieszkanie na Pięknej przewalał się tłum ludzi.

Matka, której musiałem się telefonicznie meldować raz w tygodniu, ogromnie się cieszyła z tej zmiany w moim życiu i kazała sobie opowiadać o Małgorzacie. Opowiadałem niemal wszystko, włącznie z jej dramatyczną krótkowzrocznością od dzieciństwa. Mój ojciec był wicedyrektorem poznańskiej Fotooptyki. Zadzwonił dzień później i powiedział, że mamy przyjechać na dwa dni do Poznania. Odpowiedziałem, że nie mam szans na żaden urlop.

– Mój optyk musi zbadać jej wzrok.

– Po co? Małgorzata ma dobre okulary, nie ma problemów z czytaniem, w ogóle nie ma ze wzrokiem problemów, poza tym, że jak jesteśmy w łóżku i jest bez okularów, to podobno mam trochę zamazaną twarz, ale mówi, że jej to nie przeszkadza.

Kątem oka zauważyłem, że Małgorzata przygląda mi się z dziwnym wyrazem twarzy.

To były czasy, gdy szkła kontaktowe były nowością. Na Zachodzie to był już solidny przemysł, w demoludach produkcję uruchomili tylko Czesi, więc ojciec ruszył ze sprzedażą szkieł także w poznańskiej Fotooptyce. Pojechał do Pragi, potem wysłał tam dwóch optyków na szkolenie i wkrótce do Polski dotarł pierwszy transport szkieł kontaktowych.

Teraz ojciec nalegał, żeby Małgorzata stawiła się w Poznaniu, bo on koniecznie musi sprawdzić, czy szkła nie ułatwią jej życia. Powiedziałem, że porozmawiam z nią i zadzwonię później.

Kiedy streściłem Małgorzacie całą rozmowę, stwierdziła, że za żadne skarby nie pojedzie na spotkanie z moimi rodzicami beze mnie.

– Z nim nie wygrasz, on jest gorszy ode mnie.

– Mówiłeś im, że jestem Żydówką?

– A co to ma za znaczenie? Ja bym ich takim oznajmieniem albo przeraził, albo wystraszył. Przeraziliby się na myśl, że mogę ich podejrzewać o jakieś zastrzeżenia, a wystraszyliby się, że ja mogę nie być do końca pewien, że to jest bez znaczenia.

Rozmawialiśmy jeszcze przez dłuższą chwilę. Małgorzata była przerażona, jakby się znowu szykowała jakaś wojna sześciodniowa, ale w końcu dała się przekonać. Dwa dni później spakowała torbę i wsiadła do pociągu do Poznania.

Kiedy wróciła, jeszcze na dworcu powiedziała, że najgorsze było zapukanie do drzwi i czekanie, aż ktoś otworzy.

– Otworzyła twoja matka, złapała mnie, przytuliła, a potem odsunęła, żeby zobaczyć, co przytula.

– No ale masz okulary, a nie szkła kontaktowe.

– Bo nie było właściwych. Zbyszek powiedział, że sprowadzą odpowiednie i że mamy wtedy przyjechać oboje.

– Zbyszek?

– No tak! Od razu kazali mi do siebie mówić po imieniu.

– I nie boisz się kolejnej wizyty?

Pokazała mi język i poszliśmy w kierunku przystanku tramwajowego.

Między marcem, będącym początkiem naszej miłości, a Marcem ’68 wydarzyło się bardzo wiele: wybuchła moja serdeczna przyjaźń z Natkiem Tenenbaumem, którego Małgorzata znała od dzieciństwa; Małgorzata zaszła w ciążę i zdecydowała się na aborcję, informując mnie, że nie zamierza mieć nigdy dzieci, bo ten świat nie nadaje się do sprowadzania nowego życia (po raz pierwszy zostawiłem swoje myśli dla siebie); byliśmy dwa razy w Poznaniu; atmosfera w kraju gęstniała z dnia na dzień.

Wreszcie Dejmek wystawił Dziady i zaczęła się draka. Nie byliśmy na tym ostatnim przedstawieniu, ale Natek był – kiedy ich rozpędzali po przedstawieniu, milicjant złapał go za rękę i... został z protezą w łapie. Zwrócił protezę, nawet przeprosił.

1Jacek Tarkowski – był socjologiem, zajmował się socjologią polityki, a w szczególności strukturami elit władzy. Urodził się w 1938 roku, zmarł w 1991.

Dziady i Żydy

Publiczność na Dziadach była demonstracyjnie antyradziecka, a złość naszej zjednoczonej awangardy proletariatu obróciła się przeciwko Żydom. Nie da się ukryć – warszawska opozycja była strasznie zażydzona. Moskwa była rozsierdzona po zezłomowaniu jej samolotów i czołgów przez Izraelczyków, a tu jakieś Michniki, Szlajfery i Dajczgewandy wzbudzają w aryjskich studentach niechętny stosunek do ojczyzny proletariatu. Jacek Kuroń już wcześniej jakieś listy pisał z Karolem Modzelewskim, krytykując naszą socjalistyczną ojczyznę, a osobliwie partyjne naczalstwo obsmarował za odejście od szczytnych ideałów. (W 1965 dostałem drugą naganę partyjną za propozycję publikacji ich listu. Argumentowałem, że list jest tak kretyński, że ludzie muszą to zobaczyć).

W skupionej wokół Kuronia grupie było kilku naszych znajomych, więc w świątek i piątek Janek Lityński referował nam ich dyskusje. Oboje byliśmy już poza uniwersytetem, więc 8 marca 1968 o tym, co się dzieje, dowiedzieliśmy się z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Przyszły dni pełne napięcia i niepewności. Któregoś dnia idziemy z Natkiem Nowym Światem, mój przyjaciel dziwny jakiś, coś stęka, nie bardzo rozumiem. Wreszcie do mnie dociera, że on mi mówi, że mnie zrozumie, jeśli teraz się od niego odsunę. Wbiło mnie w chodnik i czuję, jak się we mnie wszystko gotuje. Wycedziłem przez zęby:

– Czy ty chcesz dostać w mordę?

Natek zrobił minę niewiniątka i powiedział z rozbrajającym uśmiechem, że nie.

Ubawiła nas scenka spod politechniki – nie pamiętam już, kto opowiadał – jak z rynku na Polnej wyszła przekupka, a tuż koło niej milicjant okłada pałką studentkę. Pani przekupka rzuciła trzymane w rękach siatki na ziemię, podbiegła, zaczęła na milicjanta pluć i wrzeszczeć: „Ty bandyto, ty gestapowcu, ty Żydzie!”.

Znacznie później o podobnych zbitkach opowiadał Janek Lityński, którego zwinięto do więzienia, gdzie znalazł się w celi z mordercą. Morderca był ogólnie sympatyczny, ale trochę nerwowy, więc jak mu coś nie pasowało, to strażnikom od Żydów wymyślał. Janek wyjaśniał mu cierpliwie, że to on jest Żydem, a strażnik to prawdziwy Polak. Morderca nie dał się przekonać i poinformował Janka, że nic nie rozumie. Nie wiem, czy dokładnie powtarzam, ale wywód mordercy brzmiał mniej więcej tak: „Bo widzisz, może ty jesteś Żyd, ale ty jesteś porządny człowiek, a ten sukinsyn może nie jest Żyd, ale to taki Żyd jak...” – i cała reszta wywodu była po łacinie.

W końcu marca, a może już w kwietniu, złożyłem podanie o łaskawe skreślenie mnie z listy członków Partii, motywując moją uprzejmą prośbę niechętnym stosunkiem do prześladowania moich profesorów (z Kołakowskim na czele) przez awangardę proletariatu. Prezes Agencji Robotniczej wezwał mnie do siebie i, apelując do sumienia i rozsądku, poprosił, żebym wycofał moje podanie. Przekonywał, że czasem trzeba położyć uszy po sobie i przeczekać. Powiedziałem, że to ciekawa koncepcja, ale raczej na wycofanie tego podania się nie zdecyduję. Dni mijały, były jeszcze dwa podejścia ze strony osób zbliżonych do kierownictwa agencji, wreszcie, chyba po miesiącu, zaproszono mnie na zebranie partyjne, na którym zostałem oficjalnie wyrzucony z PZPR i zwolniony z pracy. Poczułem ulgę i zacząłem się poważnie martwić, bo oszczędności mieliśmy na jakieś dwa tygodnie, a Małgorzaty pensja była połową mojej. Wydawnictwo, w którym leżała moja gotowa książka, zerwało umowę, a ponieważ było to omówienie badań, które robiłem z kolegą, i książka miała mieć dwóch autorów, w końcu zgodzili się na usunięcie tylko mojego nazwiska, a kolega uczciwie podzielił się skromnym honorarium.

Przez kilka miesięcy było goło, ale wesoło. Jedliśmy skromnie, trochę dokarmiała nas Anna. Nikt się nie skarżył. Życie tętniło spotkaniami, dyskusjami i pieśniami. Nasi sąsiedzi na Pięknej to byli na ogół podwładni Moczara, a u nas po winie nikt głosu nie ściszał. Natek czasami testował swoje nowe teksty u nas. Pamiętam, jak kiedyś wieczorową porą zaintonował nową pieśń:

Kłócą się w Kłaju, kłócą w Warszawie,

Kłócą od Bugu do Nysy –

Kto dziś największy w Polsce szubrawiec?

Kto dziś największy skurwysyn?

...hej, skurwysyn...

Wszak pretendentów liczne jest grono,

A zasłużyli się wszyscy,

By rzecz rozstrzygnąć, postanowiono

Zorganizować plebiscyt.

...hej, plebiscyt...

Idą kanalie, walą kołtuny –

w równy stawiają się szereg.

Kwiat najprzedniejszy „endokomuny”:

Kępa, Strzelecki i Gierek.

...hej, i Gierek...

Cóż to za mendy, bodaj ich grypa,

Czemu pod flek biorą słabych?

To żurnalistów liczna ekipa;

Rej wiodą Gontarz i Hrabyk

...stary Hrabyk...

Każdy dziś gieroj, każdy się przyda,

Wstępniak na jutro wysmażą,

Ten pisze donos; ów kopie Żyda,

Tamten wymyśla pisarzom.

...bo tak każą...

A skąd się tutaj wziął ten „literat”?

Niech was to nadto nie zdziwi,

To pan minister-pisarz-generał,

wczoraj partyzant, dziś – cywil.

...dzisiaj – cywil...

Twarz ma „aryjską”, cały napletek –

Można nie patrzeć do spodni;

Ten ci jest Moczar, ten ci jest Mietek,

Ten jest skurwysyn przewodni.

...hej, przewodni...

Z nim Witaszewski, rycerz „gazrury”,

Raz jeszcze pragnie pójść w tango;

Obok pan poseł Jeleniej Góry –

Bolo Piasecki z Falangą.

...hej, z Falangą...

Cóż to za postać, jakaż sapiencja,

Cóż to za skurwiel, czy wie kto?

Przecież to Jego Magnificencja –

Zygmunt Rybicki, prorektor.

...hej, prorektor...

Wtem dziad się jakiś podnosi z krzesła,

Ramol i prawie łysy.

Wszyscy powstali, skandują:

WIESŁAW! WIESŁAW! WIESŁAW!!!

Ten jest największy skurwysyn.

...hej, skurwysyn!

Następnego dnia sąsiad, dobry znajomy cioci Mani, zapukał do drzwi i zapytał, czy może wejść. Małgorzata zaprosiła go do kuchni, a pan Felek, nieco skrępowany, mówi, że ściany cienkie, że jak my sobie tu śpiewamy, to nie tylko on wszystko słyszy, ale i inni mogą coś usłyszeć, i może nie być dobrze, i lepiej o tym pamiętać.

Małgorzata zapewniła, że będziemy śpiewać ciszej. On chyba chciał, żebyśmy w ogóle nie śpiewali, co nie wchodziło w rachubę. Mój ojciec nazywał to „opozycją biesiadną” i po latach mam wrażenie, że była to dość precyzyjna definicja.

Kuroń i wielu innych wylądowało w więzieniu. Wanda, nasza koleżanka ze studiów, bliska przyjaciółka Małgorzaty, a później również moja, mieszkała po sąsiedzku z Kuroniami. Kiedyś poszliśmy tam na małe przyjęcie, siedzimy, gadamy. Po mieście krążyły plotki, że Kuroń w więzieniu namawia współwięźniów na komunizm, więc mówię, że idiota – i natychmiast dostaję kopniaka pod stołem. Siedząca naprzeciwko mnie dziewczyna z fascynującą twarzą zapytała z łagodnym uśmiechem, dlaczego tak sądzę. Mówię, że przez kilka lat pracowałem w Zarządzie Głównym Związku Zawodowego Metalowców, że robiłem badania w dziesiątkach fabryk. Wśród tych robotników, których zaufanie udało mi się pozyskać, nie spotkałem ani jednego, który miałby cień szacunku dla komunizmu – czy to tego praktycznego, którego doświadczaliśmy, czy teoretycznego – więc wątpię, żeby Kuroń w więzieniu spotkał wdzięcznych słuchaczy. Przypuszczam nawet, że znalazło się paru niewdzięcznych. Kolejny kopniak informował, że coś jest bardzo niedobrze. Nie pamiętam szczegółów, ale Wanda jakimś desperackim wyczynem zmieniła temat. Po wyjściu Małgorzata zapytała z pewnym wyrzutem: „Czy wiesz, kogo przekonywałeś, że Kuroń jest idiotą? To była jego żona, Grażyna Kuroń”.

Grażyna wybaczyła mi, a ja ją uwielbiałem, ale zdania o komunizmie nie zmieniłem i z samym Jackiem ścięliśmy się kilka razy.

Te wszystkie aresztowania wystraszyły Małgorzatę i pewnego dnia oznajmiła stanowczo: „Bierzemy ślub”. Pierścionek kupiłem jej już dawno, rozwód z Krystyną też miałem załatwiony, ale o ślubie nie mówiliśmy, bo jakoś ten papierek nie był dla nas ważny. Ucieszony i rozbawiony pytam dlaczego. Okazało się, że moja praktyczna dziewczyna przeraziła się perspektywą, że ja siedzę w więzieniu, a ona nie może mi nawet paczek przynosić. Logiczne. Poszliśmy do urzędu cywilnego zamówić zabieg formalizacji związku.

Któregoś dnia rozmawiam z moją matką przez telefon i słyszę, że ponoć Małgorzata chciałaby mieć ślub kościelny. Trochę zirytowany pytam, czy to ona Małgorzatę do tego namówiła. Moja matka, która po awanturze z księdzem z powodu aborcji od 1942 roku do kościoła nie chodziła, chociaż nadal była po swojemu wierząca, nigdy jednak ani mnie, ani mojej siostry do kościoła nie zachęcała. Słyszę w słuchawce, że matka cicho się śmieje. Wreszcie mówi:

– Słuchaj, ty nie rozumiesz kobiet. Jej się biała sukienka podoba. Ja jej mówiłam, że z tobą nie wygra, ale prosiła, żebym spróbowała.

No to tłumaczę:

– Pamiętasz, co mi od dziecka powtarzałaś? Kłamstwo to wielka sztuka, to trzeba umieć, a ty jesteś patałach, po tobie natychmiast widać, że próbujesz kłamać. I co, chcecie, żebym poszedł do kościoła i kłamał? Przecież ksiądz natychmiast zobaczy, że kłamię, i podniesie na mnie głos, a ty wiesz, co się dzieje, kiedy ktoś próbuje do mnie mówić podniesionym głosem.

– Wiem, jesteś taki sam jak twój ojciec, z tej samej litewskiej gliny. Spróbuję to Małgorzacie jakoś wytłumaczyć.

Nie powiedziałem Małgorzacie o tej rozmowie, ale dwa dni później przy kolacji powiedziała:

– Miałeś rację.

Spojrzałem na nią pytająco.

– No z tym ślubem kościelnym. Głupi pomysł, nie pomyślałam o tym, że wiąże się to z kłamstwem.

Chyba przy tej samej kolacji rozmowa znowu zeszła na Żydów, a dokładniej, rozmawialiśmy o tym, dlaczego komunizm, góra pięknych słów i obietnica braterstwa, był tak dla nich atrakcyjny. Piliśmy herbatę, zamyśliłem się i powiedziałem, że Żyd jest człowiekiem dwugarbnym. Małgorzata zażądała wyjaśnienia, więc powiedziałem, że każdy człowiek chodzi z garbem kultury, w której wyrósł. Żyd ma dwa garby i często ma ochotę pozbyć się tego drugiego garbu, a to kończy się okaleczeniem, nierzadko powiązanym z łajdactwem.

Małgorzata często podczas dyskusji przy stole podpierała głowę ręką z widelcem w garści. (Do końca jej życia zawsze mnie to bawiło i rozczulało). Siedziała z widelcem sterczącym od policzka w kierunku okna i skwitowała:

– To chyba trafna definicja, ale bądź tak dobry i niech ona zostanie tylko między nami.

Czasem odwiedzaliśmy Tenenbaumów. Natan często do nas wpadał, natomiast Kama, z powodu dziecka, była uwięziona w domu. Drobna, z twarzą natychmiast budzącą bezgraniczne zaufanie i – podobnie jak Małgorzata – emocjonalnie oszczędna. Miała piękny, dziewczęcy głos i kiedy śpiewała w duecie z Natkiem, to było to coś niesamowitego. Kiedyś, gdy byliśmy tylko we czwórkę w ich mieszkaniu, zaśpiewali wyłącznie dla nas:

Zaśpiewajmy pieśń ponurą,

umbara, umbara, umbara.

Zaśpiewajmy pieśń ponurą,

umbara, umbara, umbara.

W dupie mamy politbiuro,

oj Karmela, oj Karmela.

Różne gierki, różne kruczki,

umbara, umbara, umbara.

Różne gierki, różne kruczki,

umbara, umbara, umbara.

I aparat wojewódzki,

oj Karmela, oj Karmela.

W dupie mamy Partię całą,

umbara, umbara, umbara.

W dupie mamy Partię całą,

umbara, umbara, umbara.

Wraz z przewodniczącym – Mao,

oj Karmela, oj Karmela!

Cytuję z pamięci, bo nie widzę tego w sieci. Słyszę ich głosy, widzę twarz Kamy.

W sierpniu 1968 Związek Radziecki z pomocą armii polskiej i armii NRD napadł na Czechosłowację, a my wzięliśmy ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego na Nowym Świecie. Nadal bezskutecznie szukałem jakiejś pracy.

Coraz częściej żegnaliśmy przyjaciół na Dworcu Gdańskim – pewnego dnia pożegnaliśmy też Tenenbaumów. Wyjechali do Szwecji. Czasem rozmawialiśmy o możliwości wyjazdu, ale żadne z nas nie miało na to ochoty. Małgorzata robiła doktorat, ja zgłosiłem się na egzamin na studia doktoranckie. Wesołowski objął katedrę po Baumanie, a Maria Hirszowicz, u której pisałem magisterkę, już wyjechała. Zgłosiłem temat: „Ewolucja związków zawodowych i rad robotniczych w krajach socjalistycznych od Lenina do Tito”. Wesołowski zadał mi kilka pytań, po kilku dniach otrzymałem informację, że egzamin zdałem, ale uniwersytet nie dysponuje specjalistą, który mógłby poprowadzić mój doktorat. Młodzi ludzie mogą nie wiedzieć, że koncepcja samodzielności gospodarczej przedsiębiorstw i silnych rad robotniczych była ideą stopniowej ucieczki od centralnego planowania, maskowaną leninowską ideą Kraju Rad. Dla rewizjonistów myślących o ekonomii był to pomysł na ostrożne przechodzenie od komunizmu do socjalizmu. Pomysł był zacny, ale bez szans.

Któregoś dnia dostałem zaproszenie do Pałacu Mostowskich. W pokoju, do którego miałem się zgłosić, przywitał mnie mężczyzna w średnim wieku, który przedstawił się jako kapitan Jakiśtam. Był niezmiernie uprzejmy. Zapytał mnie, jakie mamy plany. Odpowiedziałem, że różne, wiele z nich zależy od wiatrów. Pan kapitan poczęstował mnie papierosem – skłamałem, że nie palę. Wyjął z paczki papierosa, ale go nie zapalił.

– Państwo jesteście małżeństwem mieszanym – powiedział głosem, który mógłby wskazywać, że to pytanie.

– Tak, damsko-męskim. A dlaczego pan pyta?

Kapitan wyjaśnił, że nie to miał na myśli, a ja żałowałem, że nie mam widelca, bo fajnie by się go obserwowało, opierając głowę na pięści z widelcem sterczącym w sufit.

– Czy rozważaliście państwo wyjazd? – zapytał po chwili.

Powiedziałem, że byliśmy niedawno na Mazurach.

– Czyli nie planujecie państwo wyjazdu z kraju?

– Chwilowo nie.

Więcej pytań nie miał, co mnie ucieszyło, bo bardzo mi się chciało palić.

Zaglądałem czasem na uniwersytet. Któregoś dnia kolega powiedział mi, że rozmawiał na mój temat z Janem Strzeleckim. Strzelecki był legendą – socjolog, partyjny rewizjonista, z bohaterską kartą z czasów wojny, socjaldemokrata, jakich wtedy było niewielu, a dziś chyba nie ma już wcale. Jego Próby świadectwa objechały ze mną pół świata i zawsze mam je blisko pod ręką. Znałem go tylko z widzenia, ale pewnego dnia kolega przedstawił mnie mu po jakimś wykładzie. Strzelecki przywitał się, powiedział, że zna mój problem ze znalezieniem pracy i że być może jego przyjaciel, który jest dyrektorem Fabryki Wyrobów Gumowych w Piastowie, może mi pomóc, że już z nim rozmawiał. Dał mi kartkę z numerem telefonu i na tym mój kontakt z człowiekiem, którego bezgranicznie podziwiałem, się skończył.

Następnego dnia zadzwoniłem do tej fabryki. Powiedziałem sekretarce, że dyrektor Szawłowski czeka na mój telefon. Przełączyła. Kiedy powiedziałem, że dzwonię z polecenia doktora Strzeleckiego, Szawłowski powiedział, że wie, o co chodzi, i kazał przyjechać następnego dnia o trzynastej dwadzieścia.

Nasze pierwsze spotkanie było krótkie, po dwudziestu minutach zostałem przyjęty do pracy w charakterze socjologa, z wynagrodzeniem skromnym, ale w naszej sytuacji zbawiennym. Kiedy zapytałem o obowiązki, dyrektor Szawłowski odpowiedział drwiąco:

– Kiedy zapytają mnie, jak tam u was, towarzyszu, ze stosunkami międzyludzkimi w zakładzie, odpowiem, że mam socjologa. Resztę proszę sobie wymyślić.

– A komu mam zdawać sprawozdanie z tego, co robię?

– W zasadzie mnie, ale nie za często, bo mam dużo roboty. W sprawach praktycznych proszę się kontaktować z kadrowym.

Dyrektor chwycił słuchawkę i wydał polecenie:

– Przyjdzie do was nowo zatrudniony socjolog, załatwcie wszystkie formalności, trzeba wydać kartę zegarową, zorganizować stanowisko pracy.

Stanowisko pracy dostałem przy zakładowej straży pożarnej. Wygospodarowali pokoik dwa metry na dwa. Miałem stół, krzesło i mały regał. Niewielkie okno było zakratowane, więc sprawiało to wrażenie celi. Pierwszego dnia usiadłem przy stole i zadałem sobie pytanie: „Kto może wiedzieć, co ma robić fabryczny socjolog?”. Nie znałem żadnego fabrycznego socjologa, nie znałem literatury o fabrycznej socjologii. Pomyślałem: „Pal diabli socjologię, trzeba obejrzeć fabrykę, bo takiej jeszcze nie widziałem”.

Zajrzałem do sąsiedniego pokoju, gdzie siedział komendant zakładowej straży pożarnej i palił. Powiedziałem, że jestem świeżo zatrudnionym socjologiem i chciałbym obejrzeć fabrykę – czy wie, kto mógłby mnie oprowadzić? Komendant zgasił papierosa, zajrzał do sąsiedniego pokoju i krzyknął, że wychodzi na godzinę.

Łaziliśmy powoli po fabryce, pytałem, co oni tu produkują, próbowałem zapamiętać rozkład poszczególnych wydziałów, ale najważniejsza była rozmowa z pierwszym prawdziwym człowiekiem, którego zapytałem, od jak dawna tu pracuje, czy lubi swoją pracę, jak często zdarzają się pożary, jaki mają charakter i jakie są ich przyczyny, czy mieszka w Piastowie, co robi żona i czy mają dzieci. Stara sztuczka socjologa, który próbuje przełamać lody.

O pracy straży pożarnej powiedział, że to głównie prewencja.

– O iskrę łatwo, byle zwarcie i już. Iskra zgaśnie i po krzyku, ale jak padnie na łatwopalne, to może spalić halę albo i więcej. A wie pan jak jest... Ludzie są bezmyślni. Położy taki coś koło maszyny, rozleje jakiś płyn i nieszczęście gotowe. Więc strażak to tu głównie potrzebny, żeby ludzi opierdalać.

Gadaliśmy sobie o tym i o tamtym, a na końcu on zapytał mnie:

– A wcześniej gdzie pan pracował?

Powiedziałem, że w prasie, ale wyrzucili mnie za pyskowanie.

Kiwnął głową i powiedział, że tu też trzeba uważać, z kim się rozmawia. Powiedziałem, że będę miał dużo kontaktów z kadrowym.

– A, pan Zbyszek. Niby miły człowiek...

Zauważyłem to „niby”, chociaż on się specjalnie nie starał, żeby było wyraźne.

Pierwszy ogląd fabryki miałem za sobą. Wróciliśmy do naszych stanowisk pracy. Podziękowałem, komendant uścisnął mi rękę i powiedział:

– Zaglądaj pan czasem, miło pogadać.

Rozmawialiśmy teraz z Małgorzatą o tym, co może sensownego robić socjolog w komunistycznej fabryce, która ma wykonać plan. W kapitalistycznej wiadomo – fabryka ma zarabiać, a wydajność rośnie, kiedy ludzie lubią przychodzić do pracy, kiedy dobrze się czują w swoim zespole, kiedy wiedzą, że są szanowani. Departament kadr kombinuje, jak wydobyć i wykorzystać ludzkie talenty. Jedni potrafią to robić, inni nie, ale socjolog faktycznie może się przydać.

Pracę magisterską pisałem, badając funkcjonowanie małych zespołów. Pracowałem w związkach zawodowych – i to w centrali – więc miałem i środki na badania, i dostęp do wszystkich fabryk przemysłu metalowego w Polsce. Tamtą pracę też dostałem po znajomości (w komunizmie wszystko było po znajomości albo wcale). Moim szefem był Janusz Helman, ekonomista, były stalinowiec, były attaché handlowy w konsulacie w Nowym Jorku, były agent wywiadu z zakazem wjazdu do USA, odpowiedzialny za zorganizowanie ucieczki namierzonego przez amerykański wywiad sowieckiego agenta Bolesława Geberta. Gebert znalazł się na pokładzie MS „Batory” i odpłynął do Polski, Janusz został wydalony z USA, a po tej historii „Batory” miał zakaz zawijania do amerykańskich portów przez dziesięciolecia.

Janusz, kiedy go poznałem przez znajomą, był nawrócony. Były żydowski komunista, jakby kto pytał, teraz partyjny rewizjonista, który w Zarządzie Głównym Związku Zawodowego Metalowców założył Zakład Humanizacji Pracy.

Kiedy dołączyłem do tego zespołu, Janusz miał jednego pomocnika – starszego pana, który przywitał się ze mną oficjalnie i wrócił do swoich papierków. O jego historii dowiadywałem się powoli, w miarę jak topniało jego zamknięcie w sobie i nieufność oraz w miarę jak wzrastała moja ciekawość jego spojrzenia na świat.

Roman Zuchowicz zaczynał swoje życie zawodowe jako metalowiec w Zakładach Południowych, które po wojnie zmieniły nazwę na Hutę Stalowa Wola. Był w PPS. Podczas wojny organizowali nie tyle związek zawodowy, co tajny system robotniczej samopomocy, a po wkroczeniu Armii Czerwonej – już w listopadzie 1944 roku – natychmiast zaczęli organizować związek zawodowy. Mówił, że próbowali zorganizować związek jeszcze przed wojną, ale nie było chętnych, bo ludzie bali się utraty pracy.

Roman przez krótki czas był przewodniczącym Związku Metalowców w Hucie Stalowa Wola. Utracił dość szybko swoją pozycję, bo PPR starała się eliminować ludzi z PPS-u, przez kolejne dziesięć lat pracował więc tylko jako robotnik. Dopiero 1956 rok skłonił go do ponownej aktywności. Nie był ani tak sławny jak Lechosław Goździk z FSO, ani tak groźny, więc w tych burzliwych czasach został wybrany na przewodniczącego Zarządu Głównego Związku Zawodowego Metalowców. I znów nie był nim długo – chyba przez rok – żeby resztę zawodowego życia spędzić przy biurku, na podrzędnych stanowiskach, z żalem do siebie, że nie był na tyle zdecydowany, by wrócić do huty.

Zuchowicz nie mówił, że związki zawodowe w socjalizmie są oszustwem. Mówił jednak, że w fabryce do pracy związkowej idą ludzie, którzy mają dwie lewe ręce, że dobry fachowiec nie daje się do tej roboty wybrać, że tego, co ludzie o tych związkowcach myślą, robotnicy socjologowi nie powiedzą, ale nawet teraz można czasami zrobić coś dobrego, chociaż tak naprawdę to już nie są związki zawodowe.

Uczył mnie cierpliwie, gdzie patrzeć, żeby dostrzec to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Opowiadał, jak inne są związki, kiedy się je buduje, i wtedy, kiedy stają się częścią systemu władzy – jak również o tym, jak wiele wniosły do historii, chociaż nikt już nie chce o tym pamiętać.

Chyba jednak dominowała w nim gorycz, bo kiedyś, podczas podróży pociągiem gdzieś w okolicach Radomia, Roman pokazał mi widoczną za oknem linię elektroenergetyczną, mówiąc, że zakładali tę linię zaraz po wojnie – i to jest to, co zostało. Cała reszta jest bez sensu.

A jednak Roman był związkowcem do szpiku kości i mógł o historii związków zawodowych mówić godzinami, chociaż robił to trochę językiem partyjnych broszur, na który miałem alergię. Był przekonany, że świetność związków zawodowych jest już przeszłością. Jednak słuchał z zainteresowaniem, kiedy ja – dla odmiany – opowiadałem mu o Skandynawii, o której wtedy znałem jakieś historie z dziesiątej ręki, utrzymane w duchu wiary w socjalizm, który jest dobry, ale tylko gdzieś daleko. Skandynawska trzecia droga jaśniała jak jakaś drabina Jakubowa w tęczy po deszczu.

Moja praca magisterska traktowała o roli mistrza w zakładzie pracy. Zainteresowanie się rolą mistrza podrzucił mi ojciec, mówiąc, że dla dowódcy oddziału w armii najważniejsze są dobór i jakość sierżantów. Dowódca nie ma stałego, bezpośredniego kontaktu z żołnierzami, więc jak masz marnych sierżantów, to nie masz dobrych żołnierzy. W fabryce jest dokładnie to samo – obejrzyj majstrów.

Tak więc metodologię moich badań omawiałem z ojcem i z Romanem funkcjonującym teraz jako asystent studenta trzeciego roku socjologii, który wcześniej zawalił dwa lata studiów. Porad socjologów słuchałem uprzejmie, ale bez zainteresowania. Mój szef, Janusz Helman, lubił mnie i cenił; zmieniał w szkicach publikacji kilka słów, dopisywał parę – zazwyczaj zbędnych – zdań oraz swoje nazwisko. Mnie to nie przeszkadzało i w żaden sposób nie rzutowało na nasze relacje.

W Fabryce Wyrobów Gumowych moje wcześniejsze doświadczenie było przydatne, ale niewystarczające. Zastanawiałem się, co mam robić, żeby nie brać pieniędzy za udawanie pracy.

Poszedłem do pana Zbyszka, naszego kadrowego, i zapytałem, czy można zrobić tak, żeby pracownicy rezygnujący z pracy i pracownicy nowo zatrudniani mieli obowiązek kontaktu z socjologiem. Liczyłem na to, że od odchodzących uda mi się czasem wyciągnąć informację o wrednych majstrach i głupich kierownikach, a od przychodzących – o ich nadziejach innych niż tylko wypłata.

Najzabawniejsza była historia czterech inżynierów prosto po politechnice. Poszliśmy do stołówki, bo w moim gabinecie musielibyśmy rozmawiać na stojąco. Kiedy usiedliśmy przy stole, zapytałem, czy obejrzeli już całą fabrykę. Powiedzieli, że tak, ale trasy transportowe powinno się natychmiast przerobić.

Przeszliśmy na ty, oni – pełni zapału – tłumaczą mi, że to, co jest, to rozplanowanie z czasów, kiedy robotnicy przewozili wszystko ręcznymi wózkami, że modernizacja hal nie powinna być kosztowna, że te trasy muszą być lepiej dostosowane do etapów produkcji.

Powiedziałem, że rozmawiają z kimś, kto się na tym zupełnie nie zna.

– Zróbcie szkic, a ja z tym pójdę do dyrektora.

Po dwóch dniach dostałem teczkę z planami. Idę do Szawłowskiego, pokazuję mu te plany, a Szawłowski na to:

– Fajne chłopaki, szkoda ich, woda im się do uszu naleje i przestaną myśleć.

– To co, nie chce pan z nimi nawet porozmawiać?

Dyrektor zajrzał do kalendarza.

– Powiedz im, żeby przyszli jutro o dziewiątej. Spróbuję im przynajmniej powiedzieć coś miłego.

Zdjęcie paszportowe Małgorzaty Koraszewskiej z Joanną z 1970 roku

Rewolucja

Na początku stycznia 1969 roku, a może to było jeszcze w grudniu, Małgorzata nagle i niespodziewanie oznajmiła, że chce mieć nasze dziecko. Rozanielony wrzasnąłem, że się zrobi.

– Spokojnie – odpowiedziała moja emocjonalnie skąpa żona – najpierw muszę odstawić pigułki antykoncepcyjne, potem konsultacja z dobrym lekarzem, żeby się dowiedzieć, ile czasu trzeba odczekać, żeby się uspokoiła huśtawka hormonalna, a dopiero potem można zacząć próbować.

Biologia wygrała z filozofią, a mnie roznosiła radość. Małgorzata, kiedy raz zmieniła zdanie, porzuciła wszelkie zastrzeżenia i oboje nie mogliśmy się doczekać chwili, w której będzie można się kochać z nadzieją, że kolejnego okresu nie będzie.

Jej ciąża i narodziny Joanny odsunęły na bok zainteresowanie światem i polityką. Może nie całkiem – wiosną związki zawodowe w mojej fabryce zorganizowały dwutygodniową wycieczkę do ZSRR i poproszono mnie, żebym pojechał jako opiekun grupy w podróży na trasie Warszawa–Moskwa–Baku–Kijów–Warszawa. Trochę się wahałem, ale Małgorzata powiedziała: „Jedź”. Pojechałem.

Moja grupa nie była specjalnie interesująca, a obowiązki opiekuna niezbyt uciążliwe, ponieważ właściwym opiekunem był przydzielony z zewnątrz przewodnik, który miał wszystkie organizacyjne problemy w małym palcu (włącznie z poradami, co z Polski zabrać i jak upłynnić towar w Moskwie oraz co warto w ojczyźnie proletariatu kupić, żeby po powrocie dobrze sprzedać). Mnie to nie interesowało, ale trochę zaniepokoiła mnie informacja o tym, czego nie wolno zabierać, „bo na granicy strasznie trzepią”. Przyjaciel prosił mnie, żebym wziął coś dla jego przyjaciół w Moskwie, i to „coś” nie było tak całkiem niewinne.

Z tych dwóch tygodni w ZSRR pięć dni spędziliśmy w pociągach. Moja grupa skracała czas alkoholem, ja – rozmowami na korytarzu. Mieliśmy wtedy w Polsce kręćka na rosyjskie „zakazane piosenki”. Znałem ich sporo na pamięć i błyskawicznie okazało się, że wystarczyło wpleść w rozmowę kilka słów i działało to jak hasło, na które natychmiast następował odzew: „Ty to znasz?”. Ciąg dalszy rozmowy radykalnie się zmieniał. Kiedyś długo i serdecznie rozmawiałem na korytarzu z przesympatyczną dziewczyną, a kiedy wróciła do swojego przedziału, jej koleżanka ostrzegawczo szepnęła mi do ucha: „Ona Jewrejka”.

W Moskwie urwałem się na całą noc do przyjaciół moich przyjaciół. Tłum młodych, cudownych ludzi, przegadaliśmy do świtu i płakać się chciało, że nie można dłużej.

Azerbejdżan, Baku – zupełnie nowa dla mnie architektura, ale czas spędzaliśmy głównie na plaży, gdzie miały miejsce dwa epizody. Leżymy sobie na piasku, obok na kocach kilka dziewcząt. W pewnym momencie nadchodzi grupa żuli i któryś z nich pyta: „A wy, dziewuszki, otkuda?”. Pada odpowiedź: „Kołyma”. Chłopak zagrał na gitarze melodię, do której znałem słowa: „Bud’ prokljata ty, Kołyma” – dziewczyny wybuchnęły śmiechem.

Następnego dnia zagadałem do dwóch dziewczyn i chłopaka. Chwila rozmowy o niczym, potem chłopak pochwalił się blizną na udzie. Powiedział, że w Czechosłowacji walczył z faszystami. Zapytałem, czy w to wierzył. Zapewnił, że to z pewnością byli faszyści. Zacząłem opowiadać, czego chciał Dubček – dziewczyny poszły się wykąpać. Rozmawialiśmy przez godzinę. Zakończył rozmowę pytaniem, na które nie miałem odpowiedzi: „A co miałem zrobić? Zastrzelić się?”.

Joanna urodziła się w listopadzie. Nasz świat skurczył się gwałtownie do mieszkania na Pięknej i spacerów do pobliskiego parku w Łazienkach. Przez nasze mieszkanie nadal przewalał się tłum ludzi, ale nasz nowy świat miał tylko jedną jasną gwiazdę.

Kłopoty dalszego trwania

To zdjęcie zrobił kilkanaście lat temu Jerry Coyne2. Byliśmy w dobrzyńskim porcie, Jerry coś oglądał czy robił jakieś zdjęcia, a my poszliśmy do przodu, gadając o swoich sprawach. Jerry zrobił nam zdjęcie, obiecał, że nikomu nie pokaże, a ja je zamieściłem w informacji o autorach – założonych w tym okresie – „Listów z naszego sadu”.

Po dwudziestu dniach od śmierci Małgorzaty zacząłem rozumieć, że moja próba kontynuacji w pojedynkę tego, co wcześniej robiliśmy we dwoje, przekracza moje możliwości. Ta śmierć wywróciła mój świat do góry nogami. Musiałem naradzić się z czytelnikami strony, którą prowadziliśmy z Małgorzatą od grudnia 2013 roku, i w „Listach z naszego sadu” napisałem:

Muszę się z Wami naradzić, drodzy Czytelnicy. Tak, wiem, ta formuła „drodzy czytelnicy” jest okropnie staroświecka, ale ja mam 85 lat i jestem staroświecki. Jest gorzej – mam teraz obsesję nagości, potrzebuję bliskości. Ludziom, których lubię, zakazuję mówić do mnie „pan” (potrzebuję również dystansu od tych, którzy mnie drażnią). Moja obsesja nagości psychicznej przechodzi chwilami w potrzebę fizyczną – dotyku nagiej skóry, przenikania ludzkiego ciepła, nagości psychicznej i fizycznej, totalnej bliskości. Jestem ekshibicjonistą – opowiadam o sprawach najbardziej intymnych, bez cienia wstydu. Wczoraj niespodziewanie opowiedziałem młodej kobiecie o mojej inicjacji seksualnej. Opowieść była barwna, słuchaczka słuchała z zainteresowaniem historii o mnie, siedemnastoletnim.

Ad rem. Małgorzata umarła. Dom nie jest już mój, sad nie jest już nasz. „Listy z naszego sadu” mają nieadekwatny tytuł. Co robić? Wnuczka mówi: „Zostawić, jak jest, niczego nie zmieniać”. Mam cudowną wnuczkę, która nie jest biologiczną wnuczką, ale jest prawdziwą wnuczką – i tyle. Właśnie przekazałem jej ten dom i sad, czyli nadal będę tu mieszkał – ja na dole, Paulina z mężem Mariuszem i moją prawnuczką Julką na górze. (Julka właśnie zaczyna wyczyniać najdziksze swawole).

Paulinka prosi, żebym dożywał długo. Ma prawny obowiązek opiekowania się mną i próbuje go wypełniać, a ja ją czasem wypędzam.

To fakt, że ten dom, w którym spędziliśmy z Małgorzatą 27 lat, który kochaliśmy i który nadal kocham, nie jest już mój, jest dla mnie ogromną ulgą. Paulina jest obrotna i mądra, załatwiła sprawę szybko i sprawnie. Akt notarialny leży na skrzyni i nie chowam go do dokumentów, bo nadal upewniam się, że jest, że to prawda. Znaleźliśmy tu z Małgorzatą ostatnią przystań. Z mojej strony to jest podstęp. Prędzej czy później umrę. Nie spieszę się z tym umieraniem, ale mam 85 lat i – jak mówiła głęboko i pięknie wierząca przyjaciółka naszego przyjaciela – „Pan Bóg zbiera z naszej półki”. (A powiedziała to na londyńskim cmentarzu po kolejnym pogrzebie, zerkając zalotnie na Antka i pytając: „Myślisz, że warto wracać do domu?”).

Paulina ma 25 lat – tyle, ile miała Małgorzata, kiedy zaczęliśmy nasze łóżkowe figle. Mieszkają tu od trzech albo czterech lat, a ją samą znam od jej czwartego roku życia. Mam mały problem z jej mężem. Ja jestem, delikatnie mówiąc, przygłuchy, choć mam dobre aparaty. Małgorzatę słyszałem zawsze, nawet jak nic nie mówiła. Paulinę słyszę i rozumiem doskonale, a głos Mariusza to dla mnie warkot lecącego nisko nad głową helikoptera. Radzimy sobie, ale z trudnościami.

Mariusz zapytał mnie, dlaczego dałem im nasz dom. Zapytał w niewłaściwym momencie, kiedy wyszedłem na papierosa, odrywając się na chwilę od ważnej i pilnej roboty. Prosiłem jak kogo dobrego, żeby odłożył tę rozmowę na wolniejszą chwilę. A on powiedział, że go to dręczy i żebym mu to wyjaśnił, chociażby w kilku słowach. Wyjaśniłem. Powiedziałem, że umrę niedługo, że definicja określenia „niedługo” to bliżej nieokreślona bliskość w czasie. Umrę – nie wiem kiedy, ale niedługo. Chciałbym w tym domu po śmierci mieszkać dalej. Chciałbym, żebyśmy oboje z Małgorzatą mogli mieszkać dalej w domu, który kochamy, który był naszą ostatnią przystanią, więc to przekazanie „za dożywocie” ludziom, których kocham, jest podstępem. Nas nie będzie, a jednak będziemy. Patrząc na kwitnący bez, Paulina pomyśli: „Małgorzata kochała kwitnący bez”.

Mariusz, ilekroć miał jakiś interes, wchodził i szukał Małgorzaty, bo ze mną dogadać się trudno. Julka prawdopodobnie nie będzie mnie pamiętać, ale założę się, że będą jej o nas opowiadać – jej i dzieciom, które urodzą się później. Musiałem wracać do komputera, więc zakończyłem tak:

– A teraz wynoś mi się stąd, bo nie mam dla ciebie czasu.

Mariusz, jak się uśmiecha, ma taki zabawny dołek w prawym policzku. Odpowiedział, że teraz wszystko rozumie, bo wcześniej nic mu się nie zgadzało. Ucieszyłem się, że zrozumiał, i powtórzyłem, że ma mi natychmiast zniknąć z oczu, dodając, że Małgorzata to spokojna kobieta, ale ja potrafię straszyć, więc lepiej, żeby uważał i nie kłócił się z moją Paulinką, bo – żywy czy nie – będę mu robił piekło. Roześmiał się i uciekł, udając przerażonego.

„Listy z naszego sadu” będą dalej listami z naszego sadu, chociaż kusi mnie, żeby słowo „naszego” było dużą literą.

Drodzy Czytelnicy, jeden problem mamy rozwiązany. Ten drugi jest trudniejszy. „Listy” i pisanie Pamiętnika znalezionego w starym łbie trochę ze sobą kolidują. Nie wytrzymuję tempa, zaczynam odczuwać zmęczenie, muszę to wszystko lepiej zorganizować. Jeszcze nie wiem jak.

Myślę też nad zmianą tytułu pamiętnika... Nie wiem jeszcze na jaki, ale ten zaczyna mnie irytować.

Kiedy Anjuli Pandavar napisała piękne wspomnienia o spotkaniu z nami, odpowiedziałem jej:

Oh, my dearest, thank you. It all hurts so terribly that I’m glad it’s me who feels the pain, and not her. If I believed in any god, I would pray for such a death. I know there were prayers begging for an easy death. I now feel like a lonely sailor on the ocean, falling into short sleep, waking in alarm, checking whether the wind has picked up or if some obstacle has appeared ahead of the yacht. I sleep little, I hide my face from people, I go out to them with a calm face, resigned to fate. Slowly, I continue writing the story of our life woven into the fabric of history.

Love to You and Belinda

Andrzej3

Korespondencje z przyjaciółmi to osobny rozdział. To Małgorzata kontaktowała się ze światem zewnętrznym, a teraz zwaliła całą robotę na mnie. Korespondencji przybyło stokrotnie – listy krótkie i rzeczowe z konieczności zrobiły się długie i mniej rzeczowe. Tak więc jest problem do rozwiązania i jeszcze nie wiem, co ja z tym wszystkim zrobię.

P.S. A jeśli kogoś zaintrygowała wzmianka o mojej inicjacji seksualnej, to zdradzę wam tajemnicę, że opowieść zaczęła się od Teatru imienia Wilama Horzycy w Toruniu i roku 1946. Ciąg dalszy opowieści później – tu tylko inwokacja.

Inwokacja

Ludwik Stomma urodził się w Krakowie w 1950 roku. Jego rodzice pochodzili z Wilna, więc Ludwik dostawał palpitacji serca, ilekroć słyszał wileński zaśpiew. Toruń po wojnie był „małym Wilnem” – tu przeniósł się Uniwersytet Wileński i nie tylko. Kiedyś Ludwik kupił na rynku torebkę malin od przekupki. Pyszne świeże maliny, ale tylko pierwsza warstwa – reszta zgniłki. Wraca wściekły do przekupki, a jak ona zaczęła odpowiadać na jego wrzask, przestał słyszeć, co ona mówi, bo słyszał tylko śpiew wileńskiej polszczyzny. Przekupka też się rozczuliła na widok prawdziwego rodaka, który zaczął wypytywać, jak jej się w Toruniu mieszka. A ona na to, że tęskni do Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ludwik pocieszał ją, że tu jest Częstochowska, a ona wyjaśniła, że to nie to samo:

– Z Ostrobramską to ja mogła pogadać jak kobita z kobitą, a u Częstochowskiej to ten maluch na ręku siedzi i wszystko podsłuchuje.

Na dworze jasno, nie wieje, drobny deszcz pada. Pora się zdrzemnąć. Śpię nago, nie znoszę piżam ani innych rzeczy tworzących bariery między człowiekiem a człowiekiem.

2 Jerry Allen Coyne (ur. 1949) – amerykański biolog ewolucyjny i genetyk, emerytowany profesor Uniwersytetu Chicagowskiego, zajmujący się m.in. ewolucją, genetyką i sporem między nauką a religią. Autor książek poświęconych ewolucji i krytyce kreacjonizmu [przyp. red.].

3Tłum. z jęz. ang.: Och, moja najdroższa, dziękuję Ci. Wszystko to boli tak straszliwie, że cieszę się, że to ja odczuwam ten ból, a nie ona. Gdybym wierzył w jakiegokolwiek boga, modliłbym się o taką śmierć. Wiem, że istniały modlitwy błagające o lekką śmierć. / Czuję się teraz jak samotny żeglarz na oceanie – zapadam w krótki sen, budzę się z niepokojem, sprawdzam, czy wiatr się nie wzmógł albo czy przed jachtem nie pojawiła się jakaś przeszkoda. Śpię niewiele, ukrywam twarz przed ludźmi, a wychodzę do nich ze spokojną twarzą, pogodzony z losem. Powoli nadal piszę historię naszego życia, wplecioną w tkaninę historii. / Z miłością dla Ciebie i Belindy / Andrzej [przyp. red.]

Chochlik buszujący w starym łbie

Czytaliście może Marchołta grubego a sprośnego? Mnie podsunęła go moja nauczycielka języka polskiego, Maria Baranowska, była studentka Tadeusza Kotarbińskiego, która po wojnie mieszkała z córką Basią w Poznaniu i uczyła polskiego w technikum księgarskim. O swoim mężu nie wspominała nigdy, co – w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów – oznaczało raczej śmierć niż rozwód. O naszej klasie mówiła, że jest „słoneczna”. Pani Maria twierdziła, że szkolne roczniki są jak wina: słoneczne i kwaśne. Kółko polonistyczne sejmikowało w jej maleńkim mieszkaniu, bez wiedzy i zgody władz szkolnych. Po każdym spotkaniu wychodziliśmy z książkami z jej biblioteki, które dobierała starannie, podług naszych duchowych potrzeb. Kiedyś zareagowała gniewnie na moją sprośną recenzję lirycznego wiersza, ale potem opowiedziała mi o literaturze, o której zainteresowani dowiadują się tylko z zaufanych źródeł. Zataiłem przeto przed kolegami późniejszą rozmowę w cztery oczy, kiedy z niemal dziewczyńskim chichotem oprowadzała mnie po sprośnych zakamarkach literackiej kawiarni. A byli tam i Kochanowski, i Fredro, i Gałczyński, i wielu innych, których nazwiska uciekły z pamięci. Opowiedziała anegdotkę, a może plotkę (ostrzegała przed dawaniem wiary takim opowieściom, bo ludzie kochają zmyślać), jak wykładowca akademicki Aleksander Fredro wkroczył do sali wykładowej, a na tablicy jakiś łobuz napisał: „A pan Fredro nawet nie wie, że chór studentów jego żonę jebie”. Fredro spojrzał, uśmiechnął się i dopisał: „Jebcie, jebcie, moje dziatki, jak ja byłem w waszym wieku, to jebałem wasze matki”.

Wspomniałem tu już wcześniej o mojej inicjacji seksualnej, w lutym 1958 roku. A było to tak. Dawno, dawno temu, zaraz po drugiej wojnie światowej, major Zbigniew Koraszewski doszedł do osobliwego wniosku, że będąc zawodowym żołnierzem, powinien wrócić do swojej pracy sprzed wojny, czyli zameldować się w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu. Komendantem szkoły był wówczas generał Artur Hulej, urodzony w Rosji, radziecki oficer polskiego pochodzenia. Generał przyjął majora serdecznie, nie przejmując się jego przedwojenną i akowską przeszłością, i major został jego adiutantem. (Podobno moim pierwszym zauroczeniem istotą płci przeciwnej była jego córka, jako że moi rodzice bywali u nich, a żona generała zaglądała do domu moich rodziców). Moja matka otworzyła sklep z materiałami oraz z wojskową pasmanterią przy ulicy Królowej Jadwigi, ale miałem takie zdjęcie, na którym podczas dożynek podaje chleb Hulejowi, co było pewną sztuką, jako że Hulej stracił rękę podczas wojny i trzeba było myśleć o tym, żeby jego niepełnosprawność nie rzucała się publiczności w oczy.

Dom moich rodziców był swego rodzaju ilustracją do książki Józefa Chałasińskiego Szlachecka genealogia inteligencji polskiej. Mieszała się w tym domu śmietanka kulturalnie wyrobionych oficerów, artystów teatru, poetów i im podobnych. Bywali tam również Salaburscy: Zdzisław – aktor i malarz – i jego żona Krystyna, wówczas dwudziestodwuletnia śpiewająca piękność. (I ja tam byłem, miodu i wina nie piłem, a to, co widziałem, to zabyłem).

Generał Artur Hulej zwolnił majora w trybie nagłym, mówiąc: „Zbyszek, szykują się aresztowania oficerów AK, zwalniam cię z dniem dzisiejszym. Idź do cywila i chowaj się jak umiesz”. Rodzice „ukryli się” w Szczecinie, gdzie bezpieka wytropiła majora po kilku miesiącach. (Wiedzieli o nim bardzo dużo, ale nie wszystko, więc skończyło się na nękaniu aż do roku 1955).

Rodzice okazjonalnie mieli pośredni kontakt z Salaburskimi, którzy mieszkali w Warszawie. Ja w październiku 1957 rozpocząłem studia na Wydziale Filozofii i Socjologii UW i zamieszkałem w akademiku na Kickiego. Debiutowałem w poznańskiej prasie jeszcze przed maturą, zaś wybór socjologii związany był z osobliwą koncepcją, iż jest to dziedzina ucząca metodycznego oglądania społeczeństwa, co pisarzowi powinno się przydać. Jeszcze przed studiami, ale już po zdanym egzaminie wstępnym, czytałem z zapałem Wacława Nałkowskiego, gdy ojciec wręczył mi kartkę z numerem telefonu do Salaburskich. Powiedział wtedy, że Krystyna porzuciła teatr i jest teraz modną pisarką. Schowałem karteczkę pod okładkę książki Nałkowskiego (zbiór jego mistrzowskich felietonów), którą – chyba po raz czwarty – zamierzałem czytać w drodze do wielkiego świata.

Zamieszkałem w akademiku, dzieląc pokój z trzema innymi studentami, a moja skromna biblioteka, składająca się z kilku książek, z którymi nie zamierzałem się rozstawać, znajdowała się w walizce pod łóżkiem.

Przez pół roku byłem wzorowym studentem. O świcie pędziłem na Krakowskie Przedmieście, spędzając dzień już to na wykładach, już to w uniwersyteckiej bibliotece. W pokoju w akademiku ja jeden byłem niepalący. Wcześniej uprawiałem różne sporty: bieganie, kajakarstwo, strzelanie, no i królową sportów – szermierkę, w której odnosiłem pewne sukcesy. Nasz pokój na Kickiego zawsze był gęsty od dymu. Jedyną radą było zastosowanie się do parafrazy rzymskiej maksymy – jeśli wlazłeś między wrony, to kracz jak one. Zacząłem palić.

Po mniej więcej pół roku, w styczniu lub na początku lutego, gdy sięgnąłem przed snem po Nałkowskiego, na mój koc wypadła karteczka z numerem telefonu. Następnego dnia po wykładach zadzwoniłem do Salaburskich. W słuchawce usłyszałem kobiecy głos – wyjaśniłem, że numer dostałem od ojca, i zapytałem, czy mógłbym ich odwiedzić.

– To wsiadaj w tramwaj i przyjeżdżaj – odpowiedziała pani Krystyna, podając mi adres i wskazówki, jak mam dojechać, przyjmując za punkt startowy uniwerek.

Krystyna miała wówczas trzydzieści cztery lata, wyglądała na dwadzieścia cztery, była olśniewająco piękna; ja studia zacząłem o rok wcześniej od moich kolegów, do osiemnastki brakowało kilku miesięcy. Otworzyła mi drzwi i na mój widok krzyknęła: „Ależ ty jesteś podobny do Zbyszka!”. Odpowiedziałem, że wszyscy mi to ciągle mówią, bo faktycznie byłem jego kopią, a dziś powiedziałbym nawet, że jestem jego genetycznym klonem.

Jeszcze w korytarzu powiedziała mi, że mam mówić do niej po imieniu, dodając, że bruderszaft wypijemy później.

Przedstawiła mnie swojemu siedmioletniemu synkowi i zapytała, czy jadłem obiad. Mruknąłem, że tak, bo zjadłem w barze mlecznym jakieś naleśniki. Krystyna zignorowała moje zapewnienie i popchnęła mnie do kuchni. Ciepłe domowe jedzenie było smaczne, ale nie pytajcie, co to było, bo mam kiepską pamięć.

Przy kuchennym stole rozpoczął się egzamin z mojego dotychczasowego istnienia. Moje studia interesowały ją najmniej – rozmawialiśmy głównie o książkach. Opowiedziałem jej wtedy o mojej pierwszej i, jak dotąd, jedynej kradzieży. Rok wcześniej byłem na praktyce w księgarni i pewnego razu miałem pomagać przy ładowaniu i rozładowywaniu książek przeznaczonych na makulaturę. Jechałem ciężarówką pełną książek przeznaczonych na przemiał i patrzyłem, co też oni zamierzają zniszczyć. (Mieliśmy kategoryczny zakaz zabierania czegokolwiek z tego transportu). Najpierw skusił mnie Karel Čapek – znałem nazwisko i Meteor zniknął jak meteor, zanim pojawił się u mnie jakikolwiek cień wyrzutów sumienia. Wacław Nałkowski skojarzył mi się z Zofią, przeczytałem kilka linijek wstępu i... buch za pazuchę. Czym mnie skusił Howard Fast? Tajemnicza sprawa, do dziś się zastanawiam. Nie znałem nazwiska pisarza, Bitwa pod Valley Forge też mi się z niczym nie kojarzyła. Jakiś instynkt mówił mi, że należy to ukraść, więc ukradłem.

Zjedliśmy, na herbatę przeszliśmy do pokoju, gdzie zdumiał mnie... drewniany dywan. Na jasnym drewnie namalowany był dywan w niezwykle barwne, nieregularne wzory. Krystyna roześmiała się. Powiedziała: „Mój mąż jest taszystą, miał tu pracownię, podłoga była zachlapana farbą, więc zamiast męczyć się i ścierać, zmienił to w dywan”. (Dziś pospiesznie wyjąłbym z kieszeni telefon i sprawdziłbym słowo „taszyzm”, wtedy wstydziłem się pytać, co ono znaczy). Krystyna przyniosła herbatę, wzięła z półki swoją najnowszą książkę i napisała mi dedykację. Czy to była Twarz Pana Boga, czy może Twarz Pana Boga napisała dopiero później? Nie pamiętam. Jacek, jej syn, bawił się z innymi dziećmi przed domem, więc Krystyna co jakiś czas zerkała przez okno. Nam czas przy rozmowie znikał nie wiadomo gdzie. Gadaliśmy o książkach, a ponieważ ja, księgarz, wszystkie nowości miałem w małym palcu, przynajmniej w nowinkach mogłem być równorzędnym partnerem.

Jacek wrócił, przez chwilę siedział z nami. Rozmawiałem z nim, a mnie przez całe życie łatwiej rozmawia się z dziećmi niż z dorosłymi. Krystyna powiedziała, że Jacek uwielbia Stworzenia świata Effela – jak pierwszy raz oglądał tę książkę, stwierdził, że z tym Panem Bogiem to żart. Potem co jakiś czas wyciągał Effela z półki i oglądał, aż wreszcie zabrał go na stałe do swojego pokoju.

Po kolacji Krystyna poprosiła, żebym jeszcze został, bo dobrze się rozmawia. Zaproponowała, żebym chwilę sobie poczytał, podczas gdy ona ułoży Jacka do snu. Zabrało to sporo czasu – Krystyna aż do rozwinięcia się jej choroby była troskliwą i czułą matką.

Wyciągnąłem z półki paryskie wydanie Pornografii Gombrowicza, o której marzyłem, żeby ją dostać w swoje łapy. Nie mam zielonego pojęcia, jak długo jej nie było. Kiedy wróciła, roześmiała się na widok okładki odkładanej książki.

– Pornografia się młodemu poecie spodobała, no, no. Poczytaj jeszcze pięć minut, zrobię herbatę.

Wróciła z tacą, butelką jakiegoś krajowego winiaku, dwoma kieliszkami, herbatą i zakąską.

– No to teraz ten zaległy bruderszaft.

Wypiliśmy, paląc papierosy i rozmawiając o książkach, potem Krystyna zaśpiewała:

Pachnie kwiat i nie wie,

Jaka jego woń,

Śpiewa ptak na drzewie,

Nie wie, ile pieśni w śpiewie.

Ten jej pierwszy śpiew – dla mnie i tylko dla mnie – mam do dzisiaj w uszach. Krystyna grała często w wodewilach i miała w głowie dosłownie setki piosenek i wierszy.

Kolejności tego przedstawienia dla jednego, kompletnie zauroczonego widza rzecz jasna nie pamiętam. Plączą się po głowie jedynie jakieś strzępy. Oczywiście był Hymn żebraków, który przy różnych okazjach wykonywała przy mnie jeszcze wiele razy.

Do nas, do nas, na żebraczy sejm,

Włóczykije i opryszki, hej!

Rzućcie torby w kącie,

Bracia urwipołcie,

A ty, wiedźmo, wino lej!

Wy, niebieskie ptaszki,

Bracia złodziejaszki,

Cała księżycowa brać.

Pędziwiatry, franty,

Brukowe amanty,

Nuże, nędzna wasza mać!

Po kilku piosenkach przerwała śpiew i przeszła do recytacji wierszy Françoisa Villona, dorzucając dla smaku kąski tego samego w oryginale.

W butelce ubywało alkoholu. Zmieniał się repertuar. Chwilami wracaliśmy do rozmowy o poezji.

Dwie ostatnie piosenki pamiętam jak przez mgłę.

Powstańcie, panowie rycerze,

Kto serce moje zabierze,

Kto w dłoni poniesie je swej,

Więc lutni dobyli ci trzej

Ajajaj

Ten pierwszy chwalił wytchnienie,

Zmęczonych ramion omdlenie,

A drugi pochwalił bój,

Mitręgę żołnierską i znój

Ajajaj...

A trzeci? Trzeci był oczywiście o miłości, ale słów dziś nie pamiętam – kompletna skleroza. Na koniec poleciała piosenka, którą lubiła się popisywać:

Wielka dama droczy się,

Kiedy ją zdobyć chcesz,

Żąda, zanim zgodzi się,

Przysiąg twych, zaklęć, twych łez.

Wielka dama droczy się,

Ze mną dzieje się to prościej,

Lubisz mnie, kupisz mnie,

Kupisz po prostu jak kwiat...

Zapadła cisza, podniosłem się z krzesła. Krystyna powiedziała, żebym został na noc, bo jazda teraz na drugi koniec Warszawy to kompletny bezsens. Nie czekając na odpowiedź, otworzyła okno, żeby wywietrzyć dym papierosów, i wyciągnęła z szafy pościel. Sofa była troszkę za krótka, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jej łóżko było po drugiej stronie pokoju. Po kolei poszliśmy się umyć. Szlafrok zdjęła już przy zgaszonym świetle.

Leżałem w ciemnościach z otwartymi oczyma i rozkoszowałem się tym recitalem. Nie umiem powiedzieć, ile czasu upłynęło, zanim usłyszałem ledwie słyszalny szept.

– Śpisz?

Odpowiedziałem równie cicho, że nie.

– To chodź do mnie.

I to była moja inicjacja seksualna.