Wszystkie winy Izraela - Andrzej Koraszewski - ebook + książka

Wszystkie winy Izraela ebook

Andrzej Koraszewski

0,0

Opis

Szczere, kontrowersyjne i „niepoprawne” poglądy Andrzeja Koraszewskiego nie spodobają się wielu, oburzą, wywołają wściekłość. To bardzo dobrze. Może pobudzą do myślenia”.

PIOTR IBRAHIM KALWAS – prozaik, eseista, scenarzysta telewizyjny, autor m.in. książek Salam oraz Egipt: haram, halal

 

Od autora

Od wielu lat nosiłem się z zamiarem napisania książki, nie o Izraelu, a o stosunku świata do Izraela. Dlaczego ten maleńki kraj budzi tyle uwagi i tyle emocji, dlaczego „krytyka” Izraela tak doskonale wypiera krytykę łamania praw człowieka na świecie, dlaczego analiza tej „krytyki” pokazuje, jak często jest ona zwyczajną kontynuacją długiej tradycji antysemityzmu?

O tym stosunku świata do Izraela w ciągu ostatnich dziesięcioleci napisałem kilkaset artykułów, ta książka powstała jednak przypadkiem jako efekt śledzenia blogu Agnieszki Zagner Orient Express. Formuła listów pozwalała przedstawić te problemy w bardziej osobisty i bardziej przystępny sposób.

 

Andrzej Koraszewski

Publicysta, były dziennikarz i wicedyrektor Polskiej Sekcji BBC, publicysta paryskiej „Kultury”, działacz opozycyjny. Laureat nagrody publicystycznej im. Juliusza Mieroszewskiego.

Studiował socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, w 1971 roku wyemigrował do Szwecji, przez krótki czas pracował na wydziale socjologii na uniwersytecie w Uppsali, zajmował się dziennikarstwem, pracował w Instytucie Historii Ekonomii w Lund. Na emigracji publikował w „Aneksie”, w „Kulturze” i w wielu innych czasopismach emigracyjnych, zajmował się pomocą dla opozycji w kraju. W 1986 roku przeniósł się do Londynu, gdzie pracował w BBC. Po przejściu na emeryturę w 1998 roku wrócił do Polski i osiadł w Dobrzyniu nad Wisłą.

Przez wiele lat był zastępcą redaktora naczelnego portalu „Racjonalista”. Obecnie prowadzi z żoną magazyn internetowy „Listy z naszego sadu” poświęcony nauce, problemom religii i sprawom międzynarodowym. Współpracuje z portalem „Studio Opinii”.

W 1992 r. ukazała się w PWN jego książka Wielki poker – o historii reform gospodarczych w rolnictwie.

W 1996 wydawnictwo Naukowe Scholar opublikowało W grzechu poczęci – wiara i seks we współczesnym świecie – książkę o stosunku Kościoła katolickiego do seksu i planowania rodziny.

I z wichru odezwał się Pan – zbiór opowiadań wydany przez Art Factory/Racjonalistę w 2007 r.

Ateusza portret własny – zbiór artykułów wydany przez Racjonalistę w 2010 r.

 

Koraszewski nie jest publicystą wdającym się w dziennikarskie utarczki. Jest moralistą, któremu zdarza się popadać w ponury i pesymistyczny ton. Można się z nim nie zgadzać, można mieć do niego pretensję, że się czepia nadmiernie, że przesadza. Ale to nie wystarcza by odrzucić jego przenikliwe i oparte na żmudnych lekturach tezy. Obawiam się, że ma rację gdy pisze: „Salonowy lekko w antysyjonizm udrapowany antysemityzm udziela coraz więcej przyzwolenia temu antysemityzmowi, który nie owija już niczego w bawełnę. Tysiące drobnych wydarzeń pokazują jak wzbierające strumienie zaczynają się zlewać w potężną rzekę”.

To jest również powód by Wszystkie winy Izraela nie tylko przeczytać, ale i głęboko przemyśleć. Ta książka nie tylko prowokuje bowiem do myślenia, ona zmienia nasze spojrzenie na współczesny świat.

PROF. STANISŁAW OBIREK – teolog, historyk, antropolog kultury, autor m.in. książek O Bogu i człowieku. Rozmowy (z Zygmuntem Baumanem) oraz Polak katolik?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 335

Rok wydania: 2018

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Nienawiść. Nienawiść do Żydów – jeden z największych, najtragiczniejszych i najbrutalniejszych irracjonalizmów w historii ludzkiej. Przybierający różne formy, zakładający różne maski: antyjudaizmu, antysyjonizmu, a przede wszystkim antysemityzmu, obecnie często kryjącego się za tak zwaną „poprawnością polityczną”.

To antysemityzm o wielu obliczach: chrześcijański, polski, europejski, a także gwałtownie narastający antysemityzm muzułmański. O jego źródłach, powodach i skutkach pisze Andrzej Koraszewski w tym fascynującym zbiorze esejów, stanowiącym polemikę z polską dziennikarką i jej czytelnikami, którzy za parawanem internetowej anonimowości, często pod płaszczykiem owej politycznej poprawności i fałszywego poparcia dla Palestyńczyków, sączą odwieczny jad nienawiści do Żydów i Izraela.

Bo jest to także książka o Izraelu. O dynamice, mądrości, niesłychanej innowacyjności jego mieszkańców, którzy w ciągu kilku dekad zmienili kawałek jałowej pustyni w jeden z najnowocześniejszych krajów świata.

To książka także o islamie, o ciemnych stronach archaicznego, zacofanego islamskiego tradycjonalizmu, ale też o liberalnych, tolerancyjnych i otwartych muzułmańskich dysydentach-intelektualistach, wspaniałych ludziach którzy z narażeniem życia walczą o odnowę swej religii, walczą o humanizm, tolerancję, wolność, równość, braterstwo. O to wszystko, czego w muzułmańskim świecie ciągle nie ma.

Szczere, kontrowersyjne i „niepoprawne” poglądy Andrzeja Koraszewskiego nie spodobają się wielu, oburzą, wywołają wściekłość.

To bardzo dobrze. Może pobudzą do myślenia.

Piotr Ibrahim Kalwas – prozaik, eseista, scenarzysta telewizyjny, autor m.in. książek Salam oraz Egipt: haram, halal

ANDRZEJ KORASZEWSKI

Wszystkie

שׂiny

IZRAELA

INNE LISTY DO INNEJ PANI Z.

Wydawnictwo Błękitna Kropka

MMXVI

Copyright © 2016 by Andrzej Koraszewski

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Błękitna Kropka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka w całości lub częściowo nie może być publikowana ani reprodukowana w formie mechanicznej oraz elektronicznej bez uprzedniej zgody wydawnictwa Błękitna Kropka.

Fragmenty tekstów, piosenek itp, przy których nie ma podanego źródła, Autor cytuje z pamięci.

Redakcja i korekta: Dariusz Jamrozowicz

Skład: Studio Darwin i Synowie

Projekt okładki: Dariusz Jamrozowicz

Skład okładki: Jarek Sępek/Mediorama

Wydawnictwo Błękitna Kropka

e-mail: [email protected]

www.blekitna.pl

Nysa 2016

Wydanie I

ISBN 978-83-933851-6-4

Wersja ebooka 1.0.0

Spis treści

Zamiast wstępu

Listy do Pani Z.

Czy Pani lubi Kanadę?

Żyj bez kłamstwa

Antysemityzm falliczny

Pół wieku czerwonej nienawiści

Ludzkość w łapach humanistów

Kto i gdzie walczy w wojnie o umysły

Kochać i być mądrym

Czy można mówić o ewolucji rasizmu?

Zasiej terror w sercach innowierców

Polska w chórze łajdaków

Gabinet krzywych tożsamości

Rozważania o wolnej woli

A piecyk wciąż dymi

Palestyna, moja miłość

Pożar w domu wariatów

Wojna o tytuł chorążego pokoju

Pod sztandarami dżihadu

Obecność mitu

Ich bin ein nichtjüdischer Zionist

Nie będę nienawidził

Zburzyć dom Żydów

Naród, religia, światopogląd

Obóz koncentracyjny Gaza

W poszukiwaniu jądra ciemności

Semantyczna nie-boskość barbarii

Endemiczna tyranofilia i jej kapłani

Der Stürmer i jego drugie przyjście

Jak diabeł czyta Biblię…

Czy wolno krytykować Singapur?

Prawda leży pośrodku

Kogo interesuje Izrael?

Woda wyżej

Pochwała cudów

Ameryka, Izrael i problem tolerancji

Gość w rzeczywistości

Posłowie

Od wielu lat nosiłem się z zamiarem napisania książki o antysemityzmie, Izraelu i Bliskim Wschodzie.

Dziękuję Pani Agnieszce Zagner, autorce blogu „Orient Express”, bez której ta książka nigdy by nie powstała.

Zamiast wstępu

W 1971 roku „Czytelnik” wydał Próby świadectwa, niewielką książkę Jana Strzeleckiego. Autor pisał we wstępie, że jest to zarys moralno-intelektualnych doświadczeń czasów wojny. Ta książka jest dla mnie szczególnie ważna. Starszy ode mnie o pokolenie Jan Strzelecki był zaledwie o kilka lat młodszy od mojego ojca. My byliśmy pokoleniem dzieci rodziców, którzy budzili się z krzykiem po nocach i którzy mieli zrozumiałe trudności z przekazaniem swoich doświadczeń. Uciekali często w milczenie, by oszczędzić nam opisów zdarzeń wykraczających poza nie tylko dziecięcą wyobraźnię.

Przez lata zbierałem okruchy wiedzy o zdarzeniach, które składały się na ich wielką traumę. Próbowałem je zebrać w auto­biograficznym opowiadaniu Ojhyzna. To opowiadaniemógłbym przepisywać, uzupełniać i szlifować bez końca, ponieważcoraz to nowe doświadczenia własne odsłaniają i przydają wagi zdarzeniom, w których uczestniczyło poprzednie pokolenie. Strzelecki pisze:

Myśmy wiedzieli, czym jest braterstwo. Braterstwo oznacza utożsamianie się z kimś drugim, nieoddzielanie jego losu od swojego; więcej nawet – widzenie jego niebezpieczeństwa wyraźniej niż swojego, doznanie, że jego śmierć jest trudniejsza do przeżycia niż własna. Braterstwo jest łatwością przekraczania tych granic, które filozofowie głoszący samotność człowieka uznają za nieprzekraczalną linię, za którą jest już tylko milczenie lub powrót własnego głosu.

Z biegiem lat rozumiałem słowa Strzeleckiego coraz lepiej, i nie dlatego, że byłem starszy i mądrzejszy, ale dlatego, że powracały realia pozwalające lepiej zrozumieć czas pogardy.

W marcu 1960 roku Tadeusz Mazowiecki wygłosił w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej odczyt [1] kończący się słowami:

Dlatego walka z antysemityzmem nie jest żadną zasługą ani żadnym humanitarnym gestem litości; nie jest ona też tylko walką o godność Żydów, ale w równej mierze walką o naszą własną godność. Jest walką o godność wszystkich. Uogólnienie właściwe samej istocie antysemityzmu prowadzi bowiem poza pewien próg pojęć moralnych, którego człowiekowi przekroczyć nie wolno, jeśli nie ma się wszystko zawalić.

Podczas tego samego odczytu Tadeusz Mazowiecki cytował Leszka Kołakowskiego:

[…] antysemityzm jest środkiem wytwarzania symbolu społecznego. Walka z Żydami rzadko bywa celem dla siebie. […] Najczęściej hasła walki z Żydami łączone są też z innymi, stanowiącymi właściwą, polityczną treść walki. Historia dostarcza pod dostatkiem takich połączeń, w których zwalczano na przykład Żydów i chrześcijan, Żydów i komunistów, Żydów i demokratów. […] W naczelnej misji społecznego oddziaływania antysemityzm ma stworzyć uniwersalny symbol zła, który następnie chce się związać w umysłach z tymi zjawiskami w polityce, kulturze, nauce – które trzeba zwalczać. Trzeba z żydostwa uczynić obelgę, którą będzie się piętnować wszystko, co ma być unicestwione, nosiciela nie określonego zła, ale zła w ogóle, abstrakcyjny symbol ujemny, dający się dołączyć do dowolnej sytuacji, jeśli pragnie się ją jako ujemną przedstawić przed światem.

W tym odczycie ponad pół wieku temu Mazowiecki zaobserwował zjawisko, które tak często spotykamy również dzisiaj:

Antysemitów wśród nas nie ma. Nikt, poza jednym czy drugim fanatykiem, do takiej nazwy dziś się nie przyzna. Zawsze zresztą ludzie łagodni i dobrzy mówili: „Antysemitą to ja nie jestem, potępiam tego rodzaju postawę… ale ci Żydzi”.

Ilekroć piszę o odradzaniu się atmosfery lat trzydziestych, spotykam się z niedowierzaniem i kpiną, jeszcze częściej z otwartą wrogością, w szczególności tych, którzy pytają: „Czy wolno krytykować Izrael?”, i tych, którzy bronią praw człowieka, ale tylko tego człowieka, któremu utrudnia się zabijanie Żydów.

Pokazywanie muzułmańskiego obsesyjnego antyjudaizmu budzi obłąkany gniew postępowych liberałów na Zachodzie, wściekłość narodowców i groźby ze strony neonazistów. Ten dziwaczny sojusz nie jest ani nowy, ani tak dziwny, jak mogłoby się zdawać. Tę osobliwą koalicję łączy nienawiść do demokracji, do wolnego rynku, do systemu parlamentarnego. Ci z lewa i ci z prawa potrzebują symbolu zła. Na salonach nie wypada mówić, że jest nim Żyd, więc dziś jest nim syjonista albo Izrael.

Salonowy, lekko w antysyjonizm udrapowany antysemityzm udziela coraz więcej przyzwolenia temu antysemityzmowi, który nie owija już niczego w bawełnę. Tysiące drobnych wydarzeń pokazują, jak wzbierające strumienie zaczynają się zlewać w potężną rzekę.

Na blogu Eylona Aslana-Levy’ego, pod artykułem wyjaśniającym, dlaczego tak zwany antysyjonizm jest zaledwie kiepsko zamaskowaną formą antysemityzmu, jeden z internautów napisał:

Moje stanowisko jest takie, jeśli chcesz mnie nazywać antysemitą, to niech ci będzie. Wyłącznie wzmocnisz moją odrazę do was, wy haczykowate nosy, narcystyczne dzieci kainowe.

Czasami widać jak nieantysemitci strasznie męczą się w swoich maskach.

Czym są próby świadectwa? Jan Strzelecki pisał:

Świat, który oni zamierzali stworzyć, był światem głoszącym kres wartościom, które przyświecały w ciągu ostatnich dwóch wieków usiłowaniom uczynienia z polityki sztuki mniej krwiożerczej. Ich negacja – której skutków doznawaliśmy w najbardziej bezpośredni sposób – wpłynęła rozstrzygająco na naszą perspektywę świata.

W jednym z ostatnich akapitów tej małej książeczki mówił:

Nasz opór był oporem przeciwko światu, który oni chcieli ludziom zgotować. Ale nasz opór nie był bez reszty wyznaczony przez obiektywny układ rzeczy, tylko przez sąd o tym układzie, przez orzeczenie, że to, co oni czynią, jest zbrodnią, której istnienie jest dla nas wyzwaniem.

Wracają lata trzydzieste i powraca klarowna dychotomia: albo jesteśmy po stronie łajdactwa, albo mówimy głośno NIE dla planów ludobójstwa, NIE dla obłędu antysemityzmu. Dla uczciwego człowieka nie ma tu niczego pośredniego. Nie wystarczy tu troskliwa pamięć o tych, których już nie ma, nie wystarczy walka z antysemityzmem kibiców czy internautów, nie ma też miejsca dla formułek o rozłożonej winie. Podobnie jak w latach trzydziestych albo należymy do tych, którzy postanowili nie wiedzieć i nie słyszeć, albo stajemy razem z tymi, którym obiecuje się zagładę. Nie ma trzeciej drogi i nic tu nie zmienią okazjonalne bąknięcia, że ta czy tamta wypowiedź zapowiadających ludobójstwo jest być może nazbyt drastyczna lub że jakaś karykatura nazbyt przypomina karykatury z nazistowskiego tygodnika „Der Stürmer”.

Stwierdzenie, że powróciły lata trzydzieste z ich antysemickim obłędem, wielu uznaje za mocno przesadzone. Kiedy napisałem, że powraca na świecie brunatna fala – że na ulicach Berlina znów usłyszeliśmy okrzyki: „Żydzi do gazu”, w Paryżu tysięczne tłumy wrzeszczały: „Śmierć Żydom”, a w Londynie na podobnej demonstracji zobaczyliśmy plakaty z napisami: „Hitler miał rację” – redaktor jednej z największych polskich gazet zaproponował mi usunięcie tego akapitu, bo „nie można tak przesadzać”.

Natan Szaranski, kiedy jeszcze był radzieckim dysydentem, stwierdził, że zachodni dziennikarze nie rozumieją czerwonej linii oddzielającej społeczeństwa wolne od społeczeństw terroru, że tworzą świat postawiony na głowie, w którym dyktatora uznaje się za wiarygodnego partnera rozmów pokojowych. Kiedy radzieccy dysydenci próbowali przebić się z informacjami o gnębiącej ich świat dyktaturze, zachodni miłośnicy pokoju organizowali wiece pod batutą agentów KGB. „Głębokie pragnienie pokoju – pisał Szaranski – zmienia je w broń tyranii”.

Okazuje się, że jest jeszcze gorzej, wielu nie chce również wiedzieć, co dzieje się w ich własnych krajach.

Organizacja Narodów Zjednoczonych w latach 2002–2012 wydała czterysta trzydzieści pięć rezolucji potępiających Izrael, pięć – Koreę Północną, cztery – Sudan. Kiedy i jak antysemityzm zaczął się ponownie wkradać do światowej polityki? Kiedy – jako „antysyjonizm” – stał się ponownie szacownym poglądem? Kiedy – pod płaszczykiem udawanego współczucia dla Palestyńczyków – stał się akceptowaną w towarzystwie formą poparcia dla ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej?

Antysemityzm nie zniknął wraz z upadkiem Trzeciej Rzeszy. Stał się zaledwie niemodny. Holocaust nie przeszkadzał Brytyjczykom w ostrzeliwaniu statków wiozących uciekinierów z Europy. Nie przeszkodził im również w przygotowaniu armii arabskich do zagłady palestyńskich Żydów w 1948 roku. Mordy dokonane na ocalałych Żydach polskich w Kielcach, Częstochowie i wielu innych miejscach były przy tym niemal niewinnym epizodem.

Żyjemy dziś w świecie, w którym można przez wiele godzin demonstrować z plakatem: „Zamknąć Guantanamo, otworzyć ponownie Auschwitz” (Londyn) i zostać aresztowanym za wywieszenie z okna mieszkania izraelskiej flagi (Amsterdam).

Doszukiwanie się w Izraelu jądra ciemności stało się w globalnej wiosce ulubionym sportem. Nie jest to z pewnością zjawisko marginalne, z którym się spotykamy tylko na niszowych stronach internetu; zdeformowany obraz świata rzutuje na sposób funkcjonowania najważniejszych instytucji międzynarodowych.

Pogarszanie się wzroku i słuchu dramatycznie zmniejsza naszą zdolność obserwowania otaczającego nas świata. Pogarszanie się wzroku u ludzi starszych często związane jest z tak zwanym zwyrodnieniem plamki żółtej, które powoduje początkowo wykrzywianie się linii prostych, potem utratę widzenia centralnego, a w efekcie może prowadzić do całkowitej ślepoty. Podobne zjawisko obserwujemy coraz częściej w zaburzeniach widzenia u instytucji międzynarodowych, rządów i szacownych niegdyś organizacji coraz częściej zaledwie udających, że bronią praw człowieka.

Rada Bezpieczeństwa ONZ mogłaby się wydawać najwspanialszym osiągnięciem ludzkości, która zgodnie postanowiła utworzyć ciało, mające bacznie obserwować świat i zapobiegać przemocy. Organizacja Narodów Zjednoczonych liczy sobie siedemdziesiąt lat, u człowieka jest to wiek, w którym niesłychanie wzrasta prawdopodobieństwo pojawienia się zwyrodnienia plamki żółtej.

Stwierdzenie, że Rada Bezpieczeństwa ONZ jest ciałem w stanie pompatycznej wegetacji, wydaje się banałem. Na jednym polu jest ona jednak niebywale skuteczna – intensywnie wspiera narastanie brunatnej fali poprzez świadome i zorganizowane odwracanie uwagi od popełnianych przez większość państw aktów przemocy, ceremonialnie i nieustannie przyszywając żółtą łatę żydowskiemu państwu jako pariasowi świata, na którego należy skierować nienawiść całej ludzkości.

Zatrzymajmy się przy jednym drobnym i z pozoru błahym wydarzeniu z codziennej pracy Rady Bezpieczeństwa. Nie rzadziej niż raz w miesiącu Rada informowana jest o sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Częstotliwość omawiania przez Radę Bezpieczeństwa sytuacji na Bliskim Wschodzie wydaje się ze wszech miar zrozumiała. Ostatecznie jest to region w ogniu. Liczba zabitych w Syrii w połowie 2015 roku przekroczyła ćwierć miliona, kilkakrotnie więcej jest rannych, wiele milionów ludzi zostało uchodźcami. Wojna trwa również w sąsiednim Iraku, gdzie Państwo Islamskie, jedna z najbardziej barbarzyńskich organizacji współczesnego świata, morduje ludzi tysiącami, gwałci, torturuje, oficjalnie wprowadziła niewolnictwo, pali kościoły i meczety, niszczy światowej klasy zabytki. Finansowane i zbrojone przez Iran religijne milicje utrzymują stan ciągłej wojny domowej w Libanie, walczą w Syrii i Jemenie, dokonują aktów terrorystycznych w innych krajach arabskich i prowadzą działania przeciwko Izraelowi. Iran od lat podgrzewa konflikt szyicko-sunnicki, co wzmacnia – i bez tego silny – sunnicki terroryzm. W samym Iranie w więzieniach torturuje się i morduje przedstawicieli opozycji, na ulicach publicznie wiesza się gejów, a mniejszości religijne poddawane są bezlitosnej dyskryminacji. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Bliski Wschód zasługuje na ciągłą uwagę Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Jedno z tych licznych spotkań informacyjnych [2] miało miejsce 19 sierpnia 2015 roku. Raport, który wówczas przedstawił podsekretarz generalny do spraw politycznych Jeffrey Feltman, zaczynał się tak:

Pani Prezydent, członkowie Rady Bezpieczeństwa,

zwracam się do was w czasie, gdy w sposób widoczny wzrasta ryzyko konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W ubiegłym miesiącu byliśmy świadkami pozbawionych wszelkich skrupułów zbrodni nienawiści ekstremistycznych elementów, nagannej odwetowej przemocy, prowokacji w świętych miejscach Jerozolimy i niepokojącego wzrostu liczby rakiet wystrzeliwanych z Gazy w kierunku Izraela.

W najbliższych dniach będziemy mieli rocznicę zakończenia ostatniego wyniszczającego konfliktu w Gazie – konfliktu, z którego Palestyńczycy z Gazy jeszcze się nie podnieśli […].

Podsekretarz generalny nie powiedział, ilu ludzi zostało przez ten rok zabitych w Syrii, prawdopodobnie tylko dlatego, że ONZ od początku 2014 roku zaprzestała podawania informacji o ofiarach w tym kraju ze względu na trudności ze zbieraniem danych. Nie podał informacji o ofiarach ISIS [3], o zabitych i rannych w Jemenie, nie wspomniał o tragedii jazydów i Kurdów. Podsekretarz generalny przeszedł do tragedii podpalenia w palestyńskiej wsi Duma na Zachodnim Brzegu, gdzie w pożarze zginęło półtoraroczne dziecko, którego ojciec zmarł kilka dni później, zaś matka i drugie, czteroletnie, dziecko w sierpniu 2015 roku nadal walczyli o życie.

W swoim wystąpieniu podsekretarz generalny nie mówił, że sprawców nadal nie złapano, a jedynym „dowodem” na to, że dokonali tego żydowscy ekstremiści, było napisane na murze jedno hebrajskie słowo. Podsekretarz generalny mimo braku dowodów nie miał żadnych wątpliwości, co zgrabnie podparł stanowczą reakcją izraelskiego premiera, który – w odróżnieniu od polityków palestyńskich traktujących swoich terrorystów jak bohaterów – domagał się ścigania sprawców zbrodni niezależnie od tego, czy byli nimi Żydzi, czy ktokolwiek inny.

Informacja dla Rady Bezpieczeństwa ONZ o sytuacji na Bliskim Wschodzie liczyła tysiąc siedemset sześćdziesiąt dziewięć słów, z tego sto siedemdziesiąt cztery poświęcone były sytuacji w Libanie i Syrii. Nie pojawia się nazwa ISIS, nie ma Jemenu. Oto co podsekretarz generalny miał do powiedzenia o całej reszcie Bliskiego Wschodu poza Izraelem i Gazą:

Kilka słów na temat sytuacji w Libanie i Syrii.

W Syrii według doniesień naloty lotnictwa syryjskiego na plac targowy w mieście Douma 15 i 16 sierpnia 2015 zabiły lub raniły trzystu cywilów i były jednymi z najkrwawszych od początku konfliktu, który zaczął się w marcu 2011 roku. To jeszcze jedna ze zbrodni, z której ci, którzy są za nią odpowiedzialni, powinni być rozliczeni. Akty wrogości muszą się skończyć i strony muszą okazać autentyczną wolę rozwiązania konfliktu przez nieodwracalne polityczne przesunięcia i zaangażowanie się w wysiłki Specjalnego Wysłannika Sekretarza Generalnego, jak do tego wezwano w Oświadczeniu Prezydium Rady Bezpieczeństwa.

W Libanie spory polityczne w dalszym ciągu utrudniają prawidłowe funkcjonowanie libańskich instytucji państwowych mimo chwalebnych wysiłków premiera Salema, żeby kierować pracami rządu. W dalszym ciągu wzywamy przywódców libańskich, aby bez dalszej zwłoki i odpowiedzialnie wypełnili prezydencką pustkę. Sytuacja na Błękitnej Linii i obszarach działania UNIFIL-u pozostaje spokojna, mimo niemal codziennych naruszeń libańskiej przestrzeni powietrznej przez izraelskie lotnictwo.

Podsekretarz generalny nie słyszał nic o żadnym Hezbollahu w Libanie ani o miastach i wsiach atakowanych przez ISIS, ani o terroryzowaniu przez Hezbollah chrześcijańskich i sunnickich mieszkańców tego kraju.

Miesiąc wcześniej podobny raport o sytuacji na Bliskim Wschodzie przedstawił Specjalny Koordynator Rady Bezpieczeństwa na Bliski Wschód, Nikolai Mladenow, który rozpoczął swoje wystąpienie słowami:

Pozwólcie, że zacznę od przekazania najgorętszych życzeń dla moich muzułmańskich kolegów i ich rodzin z okazji Eid al-Fitr i zakończenia miesiąca ramadanu.

Następnie poinformował, że konflikt izraelsko-palestyński jest coraz silniej splątany z „tektonicznymi” wstrząsami na Bliskim Wschodzie:

Patrząc na rozległą transformację regionu, konieczne jest, być może w stopniu większym niż wcześniej, znalezienie permanentnego rozwiązania, opartego na idei dwóch państw – Izraela i niepodległej, pokojowej i gospodarczo silnej Palestyny – żyjących obok siebie w pokoju, bezpieczeństwie i wzajemnym poszanowaniu.

Dyplomaci Rady Bezpieczeństwa na oko sprawiają wrażenie zdrowych na umyśle, może im jednak dokuczać daleko posunięta degeneracja żółtej plamki połączona z chroniczną potrzebą przyszywania żółtej łaty Żydom, co pozwala im na peryferyjne dostrzeganie zdeformowanego Izraela mimo całkowitej utraty widzenia centralnego.

Kilka tygodni wcześniej Rada Bezpieczeństwa zatwierdziła i rozszerzyła osławioną umowę Zachodu z Iranem, którą bodaj najdrastyczniejszym komentarzem opatrzył szwajcarski ambasador w Iranie, Giulio Haas, na zorganizowanej 27 sierpnia 2015 roku wielkiej konferencji biznesmenów irańskich i szwajcarskich w Zurychu (Szwajcaria była prawdopodobnie największym beneficjentem Holocaustu). Haas zachęcał wtedy do jak najlepszego wykorzystania możliwości, jakie daje umowa z Iranem, a dla poprawienia ducha tego spotkania pokazał na wielkim ekranie obrazek niezmiernie pokojowych gołąbków z flagami USA i Iranu załatwiających się na głowie izraelskiego premiera.

Rząd szwajcarski wyraził nadzieję, że ten żart nikogo nie uraził.

Degeneracja żółtej plamki w kołach dyplomatycznych Europy i Ameryki wydaje się przyjmować zastraszające rozmiary. Jednak twierdzenie, że atmosfera przypomina coraz bardziej lata trzydzieste ubiegłego wieku, wywołuje głośne oburzenie.

Jesienią 2014 roku Adam Szostkiewicz polecił mi blog swojej koleżanki z „Polityki”, Agnieszki Zagner. Blog nosi tytuł Orient Express i – jak można się domyślać – traktuje o Bliskim Wschodzie. Z tezamiAutorki można się zgadzać lub nie, ale są inspiracją do dyskusji. Zdumiała mnie popularność tego blogu wśród antysemitów. Uczciwie mówiąc, dziwiła mnie nie tyle ich obecność i ich wyraziste opinie, co nieobecność moderatorów i samej Autorki.

Któregoś dnia jeden z felietonów Agnieszki Zagner skłonił mnie do odpowiedzi w formie listu – w konwencji, jaką pół wieku temu wypracował Kazimierz Brandys. Ten pierwszy list pociągnął za sobą następne. Mam wrażenie, że zwracając się do konkretnego adresata, możemy nasze argumenty przedstawić przystępniej.

[1] Całość tego odczytu, „Antysemityzm ludzi łagodnych i dobrych”, jest dostępna on-line: www.wiez.pl/czasopismo/;s,czasopismo_szczegoly,id,318,art,7054

[2] Patrz: www.un.org/undpa/speeches-statements/19082015/middleeast

[3] Islamskie Państwo Iraku i Syrii, znane również jako ISIL (Islamskie Państwo Iraku i Lewantu, lub IS – Islamskie Państwo, arabska nazwa Daesh. Wahabicka organizacja utworzona w wyniku rozłamu w al-Kaidzie w czerwcu 2014 roku i określająca się jako światowy kalifat.

Listy do Pani Z.

Mam dla Pani pewną propozycję: Zagrożenie. Niech go Pani nie traktuje w odniesieniu do siebie osobiście. Wiem, że jest Pani bezpieczna, lubi Pani swój adres i nie zamierza go zmieniać. Proponuję Pani zagrożenie jako pewne pojęcie, jako część świadomości zagrożonych i grożących. Namawiam Panią na przyjrzenie się pojęciu „zagrożenie”.

Tak, jeśli lubi Pani Kazimierza Brandysa, to odkryła Pani, że ten pierwszy akapit jest plagiatem, to trawestacja jednego z Listów do Pani Z. z 1958 roku. Czytałem te listy pasjami, pozwalały odpocząć od gazetowych komentarzy na temat bieżących wydarzeń krajowych i zagranicznych. Nie wiem, czy była jakaś prawdziwa „Pani Z.”, ale ta, którą my – czytelnicy – znaliśmy, była doskonałym odbiorcą refleksji autora, albo raczej dzięki temu zabiegowi byliśmy lepszymi czytelnikami, mając poczucie, że każdy z nas jest indywidualnym adresatem tych listów.

Przeczytałem z uwagą Pani najnowszy tekst zatytułowany Państwo Islamskie i inne strachy [4]. Pisze Pani o zbliżających się wyborach w dalekim Izraelu, państwie wielkości województwa podlaskiego, którego wybory wydają się dla świata równie ważne, jak wybory w USA lub w Rosji.

Być może nie mam racji, ale wyczuwam jakąś Pani niechęć do premiera Netanjahu. Jak przystało na felietonistkę, wychodzi Pani od konkretu, od klipu wyborczego przygotowanego przez jego sztab. Uczciwie mówiąc, jeśli idzie o krytykę polityków, wychodzę raczej od tego, co oni sami mówią i robią. Jednak krótki felieton na blogu to nie analiza, więc można równie dobrze zacząć od wyborczego klipu. Po wstępnym opisie dociera Pani w jedenastym wierszu do konkluzji: „Wiadomo już: albo Likud, albo Państwo Islamskie. Albo okupacja, albo terroryści spod znaku Hamasu i Państwa Islamskiego u bram Tel-Awiwu”.

Czytelnik odnosi wrażenie, że czuje się Pani zagrożona – co najmniej tak jak Barack Obama – możliwością ponownego zwycięstwa premiera Netanjahu w tym kraiku wielkości województwa podlaskiego. Nie wiem, czy Pani wie, że prezydent Obama wysłał nawet swojego najlepszego specjalistę od kampanii wyborczych, żeby pomógł izraelskiej opozycji zmniejszyć zagrożenie ponownym zwycięstwem Netanjahu. Pani nie ma takich możliwości, więc ogranicza się Pani do felietonu na swoim blogu.

Powodem Pani niechęci jest, jak można sądzić z Pani felietonu, przekonanie, że izraelski premier celowo wyolbrzymia zagrożenia, żeby strach skłonił mieszkańców Izraela do ponownego oddania na niego swoich głosów. Czytając Pani tekst, można podejrzewać, że premier Netanjahu trzyma się tego fotela premiera jak prezydent Abbas albo prezydent Putin, o Erdoğanie nie wspominając.

Zagrożenia są tylko pretekstem, żeby wygrać wybory, i przekonuje nas Pani, że są przesadzone. Oczywiście, zapewnia nas Pani natychmiast, że nie lekceważy prawdziwego zagrożenia. Jako dowód przywołuje Pani brutalną egzekucję dwudziestu jeden egipskich chrześcijan w Libii. Niedużo. O innych zagrożeniach premier Netanjahu ma mówić do amerykańskich senatorów i kongresmenów. Jestem pewien, że on o tych zagrożeniach wie więcej niż ja, i amerykański Kongres właśnie dlatego zaprasza jego, a nie Panią czy mnie.

Ja o tych zagrożeniach nie dowiaduję się jednak z izraelskich klipów wyborczych. Nie muszę. Najlepiej chyba prezentuje je strona grożąca. W irańskiej prasie możemy przeczytać o planach likwidacji Izraela, możemy obejrzeć mapy pokazujące, jak jedna bomba atomowa zabija trzy miliony mieszkańców Izraela i możemy zobaczyć billboardy na ulicach Teheranu przekazujące słowa Najwyższego Przywódcy: „Uzbroimy Zachodni Brzeg tak, jak uzbroiliśmy Hamas”. Możemy przeczytać słowa irańskich generałów stwierdzających, że już dziś Izrael jest otoczony i że rakiety, w które Iran uzbroił Hezbollah i Hamas, z terenu Libanu, Syrii i Gazy pokrywają ogniem cały Izrael. Można obejrzeć dokładne plany zniszczenia ośrodków izraelskiego przemysłu i izraelskich miast, można przeczytać o obecności wojsk irańskich, a niedawno można było dowiedzieć się o nieprzypadkowej śmierci wysokich irańskich oficerów na granicy syryjsko-izraelskiej.

W sąsiednim Egipcie prezydent Sisi mówi otwarcie, że egipskie Bractwo Muzułmańskie jest organizacją matką wszystkich organizacji terrorystycznych – al-Kaidy, Państwa Islamskiego, Boko Haram, Hamasu. Mająca drugą co do wielkości armię w NATO Turcja jest rządzona przez partię polityczną wywodzącą się z Bractwa Muzułmańskiego. Jak twierdzą niezależni dziennikarze tureccy, Turcja współpracuje z ISIS i konkuruje z Iranem o względy Hamasu. Na Zachodnim Brzegu wybory oznaczałyby (jak można wnioskować z sondaży) zwycięstwo Hamasu, więc Fatah – partia prezydenta Abbasa (której logo pokazuje mapę Palestyny bez Izraela) – nie odważa się na ogłoszenie wyborów, bo lepiej twierdzić (tylko po angielsku), że się chce pokoju, niż sprawdzać, czy ma się do tego jakąkolwiek legitymację swojego społeczeństwa. W Gazie zagrożeniem dla Hamasu też nie jest Fatah. Jeśli Hamas się czegoś boi, to czarnych flag Państwa Islamskiego, które ma już swoje komórki tak na Zachodnim Brzegu, jak i w Gazie.

Czy wiemy o tym z klipów wyborczych premiera Netanjahu? Nie, wiemy o tym z arabskiej prasy i ta wiedza nie jest trudna do zdobycia.

Cieszy fakt, że nie lekceważy Pani prawdziwych zagrożeń w kraju wielkości województwa podlaskiego, ale czy my, Pani czytelnicy, możemy być pewni, że mamy na myśli te same zagrożenia?

No tak, to nie my będziemy uczestnikami głosowania w Izraelu, Pani felieton ma nas tylko umocnić (tu, nad Wisłą) w przekonaniu, że Izrael nie ma powodów do obaw, a jeśli tylko pozbędzie się tego wstrętnego Netanjahu, to droga do pokoju sama się otworzy.

O zagrożeniach warto rozmawiać poważnie. Pani jednak ze swoimi czytelnikami nie rozmawia. Wywiesza Pani swój felieton na tablicy ogłoszeniowej i dyskretnie znika, zostawiając swoje forum komentatorom. Nie ma tu żadnej moderacji, nie wiemy, z którymi komentarzami się Pani zgadza, a które poglądy przedstawione pod felietonem wywołują Pani oburzenie. Możemy sądzić, że jest Pani raczej oburzona na premiera Netanjahu, że mówi o tym, o czym premier każdego państwa ma obowiązek mówić; że mówi otwarcie, iż żadne gwarancje Ameryki, ani zapewnienia felietonistów z dalekich, miłujących pokój państw nie uratują życia mieszkańców kraju, w którego miasta wycelowane są wyrzutnie rakiet na wszystkich jego granicach; że mówi, iż Izrael może polegać tylko na sobie i na swoich zdolnościach obronnych.

Po raz kolejny wyraża Pani również oburzenie, że premier kraju ocalonych z europejskich pieców krematoryjnych i azjatyckich masakr odważa się mówić, że jeśli Żydzi czują się zagrożeni, to mają dziś dokąd uciec, że mają swój kraj. Oburza to Panią, rozumiem. Moją drugą ojczyzną jest Szwecja, jestem polskim i szwedzkim obywatelem, nie jestem Żydem, nie znajduję powodu, by być tak bardzo oburzonym jak Pani; oburza mnie to, że w Malmö, mieście, w którym mieszkałem, człowiek idący ulicą w jarmułce ma zagwarantowane fizyczne ataki ze strony mieszkańców, i to nie tylko muzułmanów i prawicowych osiłków.

Długoletnia praca szwedzkich felietonistów przyniosła obfite plony, zmieniając moją drugą ojczyznę nie do poznania, a jej żydowscy mieszkańcy coraz częściej korzystają z zaproszenia premiera Netanjahu.

Wybaczy Pani, że nie odnoszę się do konkretnych komentarzy pod Pani felietonem. Niezależnie od swoich intencji stworzyła Pani forum dla wielu tych, którzy z rozkoszą witają ponownie obudzone upiory. W mojej naturalnej ojczyźnie nie są one jeszcze tak silne, jak w mojej przybranej, ale wielu ludzi robi, co może, by je ponownie wybudzić z niezbyt mocnej drzemki.

PSList do Pani Z. Kazimierza Brandysa z 1958 roku zaczyna się tak:

Mam dla Pani pewną propozycję: Żoliborz. Niech Pani jej nie traktuje w sensie mieszkaniowym; wiem, że Pani lubi swój obecny adres i nie zamierza go zmieniać. Proponuję Pani Żoliborz nie jako dzielnicę, lecz jako światopogląd i obyczajowość. Jest to część Warszawy od dawna zamieszkała przez pracującą inteligencję – dzielnica o tradycjach świeckich, spółdzielczych i demokratycznych. Namawiam Panią na ten model.

Również Izrael jest pewnym modelem, który warto rozważyć. Kraj o tradycjach świeckich, spółdzielczych i demokratycznych. Dziwny kraj, w którym w latach 2003–2014 dochód narodowy na głowę wzrósł z piętnastu tysięcy do czterdziestu tysięcy dolarów. Na ten wzrost nie wpłynęło odkrycie złóż gazu, to raczej efekt przyspieszonej aktywacji ludzkiego potencjału intelektualnego. W tym cudzie gospodarczym mają również udział arabscy mieszkańcy Izraela, wśród których jest więcej lekarzy, inżynierów, wynalazców niż w jakimkolwiek kraju arabskim. Benjamin Netanjahu powiedział kiedyś, że: „W dniu, w którym Arabowie odłożą broń, nastanie pokój, w dniu, w którym Izraelczycy odłożą broń, przestaną istnieć”. Kiedy wypowiedział te słowa, termin wyborów był bardzo odległy, ale w Izraelu wyprawa do sklepu po bułki zawsze się może zakończyć atakiem głęboko wierzącego nożownika, uderzeniem samochodu skierowanego na nas przez kierowcę szukającego śmierci męczeńskiej, wybuchem bomby czy atakiem rakietowym. Te zagrożenia są bardzo realne, a nie wymyślone na użytek zbliżających się wyborów.

Dobrzyń nad Wisłą, 2 lutego 2015 r.

[4] Patrz: http://zagner.blog.polityka.pl/2015/02/16/panstwo-islamskie-w-izraelu-i-inne-strachy/#comments

Czy Pani lubi Kanadę?

Upłynęło już sporo czasu od mojego pierwszego listu. Nadal frapują nas podobne tematy. We wprowadzeniu do swojego blogu pisze Pani, że zostawiła Pani serce na Bliskim Wschodzie. Ja moje trzymam przy sobie. (Po dwóch zawałach nie jest w najlepszym stanie, więc lepiej nie ryzykować).

Zaglądam do Pani blogu, śledząc nie tylko Pani refleksje, ale również refleksje Pani czytelników, a raczej tych, którzy korzystają z budowanego przez Panią forum i którzy – podobnie jak Pani – serca (a może tylko nadzieję) zostawili na Bliskim Wschodzie. Domyśla się Pani, że moją uwagę przykuwają wpisy stałych towarzyszy Pani podróży. Tak, chodzi mi przede wszystkim o te postacie w burkach, zakryte od stóp do głów, nawet oczu nie widać, do czytelnika docierają tylko słowa. Te słowa mędrców podpisujących się Herstoryk, Leonid czy jeszcze inaczej w kiepsko zamazanej formie informują, że nie tylko zgadzają się z Pani krytyczną postawą wobec obecnego rządu Izraela, ale z ich strony jest to, żeby tak powiedzieć, krytyka rozszerzona.

Mam wrażenie, że Panią Izrael interesuje bardziej niż mnie. Z przyjemnością czytam doniesienia o izraelskich nowinkach naukowych, zastanawiam się również, czy moglibyśmy wzorować się na ich metodach ułatwiania życia start-upom. Moje poważniejsze zainteresowania są nieco odmienne, zastanawia mnie samobójcza nienawiść świata do Żydów. Nazistowska obsesja była zdumiewająca. Popychała do skrajnego irracjonalizmu. W obliczu totalnej klęski naziści kontynuowali swój program unicestwiania Żydów, poświęcając potencjał obronny, a nawet ryzykując własne życie. Umiem zrozumieć gotowość ryzykowania życia dla ratowania istnień ludzkich, mam jednak problem ze zrozumieniem, jak działa uduchowiona nienawiść. Wie Pani, sporo na ten temat czytałem, ale nadal nie rozumiem. Współcześnie obserwujemy tę samobójczą niemożność porzucenia obsesyjnej nienawiści w kulturze islamu.

Nie, nie pomyliłem się – w kulturze islamu, a nie tylko islamistów. Ta samobójcza, obsesyjna nienawiść do Żydów istniała również w kulturze chrześcijańskiej. Istnieje nadal, ale jest wstydliwa, jest opakowana w nowe słowa. Papież Franciszek nie ma większych wątpliwości [5], że powszechny dziś antysyjonizm to nadal stary, dobrze znany paranoiczny antysemityzm. (Ciekawe, że mówi to na stronie, z dala od mikrofonów i reflektorów).

Wróćmy jednak do kultury islamu, która podobnie jak chrześcijaństwo była od pierwszego dnia istnienia tej religii sprzężona z nienawiścią do Żydów. Jest to o tyle zrozumiałe, że obydwie te religie bazują na religii żydowskiej, obydwie chcą być zarówno jej kontynuacją, jak i zaprzeczeniem. To nie były zwykłe zapożyczenia, jakie widzieliśmy we wcześniejszych wędrówkach mitów religijnych, gdzie plagiat był starannie ukrywany.

Religia żydowska była ciągle jeszcze religią plemienną z gotową strukturą religii aspirującej do uniwersalizmu. Równoczesna kontynuacja i zaprzeczenie prowadziły do antyjudaizmu jako filaru nowej religijnej tożsamości. (W chrześcijaństwie przyjęło to groteskową formę teologii zastąpienia – jesteśmy nowym Izraelem, ale nie jesteśmy Żydami). W obydwu tych religiach demonizacja Żydów stała się nieodłączną częścią religijnego nauczania.

Czy zastanawiała się Pani, dlaczego Żydzi nie roztopili się w społecznościach, w których mieszkali? Ciekawe pytanie, ale nie mamy na nie dobrej odpowiedzi. Jak znaczące było tu odrzucenie? Musiało być ważne, jeśli żydowskim konwertytom nieustannie wywlekano ich pochodzenie. Z drugiej strony uporczywe trwanie religii i kultury żydowskiej musiało mieć inne wsporniki niż tylko odrzucenie. Zniknęli starożytni Egipcjanie, a Grecy, Rzymianie i Persowie utracili ciągłość swoich kultur, tymczasem rozrzucone społeczności żydowskie pielęgnowały tę ciągłość w Azji, Afryce i Europie.

Ciekawe, że w Europie wyłanianiu się nowoczesnych państw narodowych towarzyszył renesans antyjudaizmu. Oświecenie przyniosło wolteriański antysemityzm, już nie religijny, zgoła filozoficzny i na wskroś rasistowski. Na ten nowy, już świecki antyjudaizm wielu świeckich Żydów zareagowało zainteresowaniem socjalistycznym i komunistycznym internacjonalizmem. Trudno się dziwić. Atrakcyjnej humanistycznej retoryce towarzyszyła obietnica zaprzestania zaglądania w rozporki. Wolteriański oświecony antysemityzm był po lewej stronie totalitaryzmu tak pięknie zamaskowany, że niektórzy zauważyli rzeczywistość, kiedy sami mieli już łapy po łokcie zanurzone we krwi. Jedni zapłacili za ten romans śmiercią, inni tylko łajdactwem, a jeszcze inni wycofaniem i zdumieniem, że poświęcili młodość nadziei pokładanej w oszustwie.

Wie Pani, historia żydowskiego flirtu z komunizmem jest ciekawa, ale jestem zwolennikiem patrzenia na każdego człowieka z osobna. Niektórym czytelnikom korzystającym ze stworzonego przez Panią forum wydaje się to bluźnierstwem wobec ich kulturowych nawyków. Teoretycznie ich kultura i moja jest wspólna. W naszej polskiej kulturze chrześcijańskie dziedzictwo jest zdecydowanie silniejsze niż dziedzictwo greckie czy rzymskie. W czasach Renesansu katoliccy heretycy wprowadzali elementy dziedzictwa greckiego i rzymskiego tylnymi drzwiami i miało to rewolucyjny wpływ na rozwój nauki, ale minimalny na zmianę mentalności społeczeństwa jako całości. Chrześcijański antyjudaizm pozostał kamieniem węgielnym tożsamości, pozwalał odróżnić bliźniego od antybliźniego, dopiero dalej była niechęć do szwabów, kacapów, pepiczków i innych.

Historię chrześcijańskiego antyjudaizmu z natury rzeczy znamy lepiej niż historię antyjudaizmu muzułmańskiego, o której tak wiele opowiadają muzułmańscy dysydenci, korygując nasz cukierkowy obraz sielankowego współżycia muzułmanów z Żydami. Podobnie jak u nas, były tam okresy względnego spokoju i mordercze napady nienawiści. Podobnie jak u nas, byli nieliczni humaniści z ludzkimi uczuciami, którzy ryzykowali życie dla ratowania innych, a teraz są przywoływani dla usprawiedliwienia znacznie liczniejszych barbarzyńskich zachowań i powtarzania opowieści o muzułmańskiej tolerancji. Żydzi w krajach islamu nigdy nie mieli pełnych praw, a od czasu do czasu ich życie przestawało być chronione. Muzułmanie też mają dziesiątki tysięcy swoich Herstoryków i Leonidów. Współcześnie antyjudaizm wydaje się być jedyną rzeczą łączącą setki odmian islamu. Czasem wręcz mordują się wzajemnie o to, kto uczciwiej nienawidzi Żydów i kto może poprowadzić ummah do ponownego zdobycia Jerozolimy i spełnienia obietnic zapisanych w Koranie (i wzmocnionych przez niemieckich nazistów – Eichmann jeszcze w 1956 roku pisał z nadzieją, że muzułmanie dokończą jego dzieło).

Mieszkający w Waszyngtonie arabski intelektualista z Libanu doktor Sobhi Ghandour rozpacza, że świat muzułmański utracił busolę i przestał rozumieć, kto jest jego wrogiem. Pisze między innymi:

Wydaje się więc, że sytuacja arabska w poprzednim stuleciu była znacznie klarowniejsza niż obecnie. Wrogiem Arabów w pierwszej połowie XX wieku był imperializm europejski, który okupował kilka krajów w regionie i rozciągał swoją władzę na inne. Nie było wówczas żadnego problemu ze zdefiniowaniem wroga. Trzecie ćwierćwiecze XX wieku także charakteryzowało się jasnością w sprawie tożsamości arabskiego „wspólnego wroga” – „wroga syjonistycznego i jego zwolenników”.

Doktor Ghandour chyba nie ma racji. Z wyjątkiem garstki dysydentów wszyscy zapewniają, że najważniejszym celem jest wymazanie Izraela z mapy świata. Morderczy spór toczy się tylko o to, pod czyim przewodem. Czy można powiedzieć, że brunatna fala wraca? Tak i nie, zaledwie trzy lata po Zagładzie planowano ciąg dalszy –wymordowanie tych, którzy schronili się w Palestynie. Po arabskiej stronie aktywnie pomagali w tym nazistowscy oficerowie, którzy znaleźli schronienie w Kairze i Damaszku, jednak nie tylko oni – demokratyczna Wielka Brytania dostarczyła broń i oficerów Jordanii, a demokratyczna Francja znalazła się wśród krajów, które odmówiły Izraelowi broni. Europa nigdy nie miała nic przeciwko dokończeniu Zagłady. W 1967 roku posłusznie wycofano siły pokojowe z Synaju, żeby umożliwić morderczy atak na Izrael, a sześć lat później Europa Zachodnia odmówiła międzylądowania amerykańskich samolotów z dostawami broni dla wycieńczonej armii izraelskiej. Brunatna fala nie tyle wraca, ile się nasila. Tak, wiem, uważa Pani, że dostrzeganie faktów jest panikarstwem, w szczególności, jeśli na światło dzienne wyciąga je izraelski premier. Pani stali czytelnicy idą troszkę dalej – uważają oni, że pokazywanie niezaprzeczalnych faktów jest syjonistyczną zbrodnią przeciw ludzkości.

Pamięta Pani, jak niemiecki noblista z późno odkrytą nazistowską przeszłością pytał, czy wolno krytykować Izrael? To pytanie powtarzane jest tysiące razy, słyszymy je każdego dnia i na każdym rogu. Nie tylko na ulicach, słyszymy je w parlamentach i na międzynarodowych spotkaniach, znajdujemy je w poważnej publicystyce i w komentarzach internautów.

Mam do Pani pytanie: czy spotkała się Pani kiedyś z zarzutem krytykowania Izraela? Robi to Pani dość często, więc gdyby krytyka Izraela napotykała przeszkody, czy to państwowe, czy redakcyjne, to kto jak kto, ale Pani powinna o tym wiedzieć.

Wie Pani, ja mieszkam na prowincji, więc może czegoś nie wiem. Czasem mam dziwne wrażenie, że nieraz krytyka Izraela jest mało rzetelna. Zwyczajna przyzwoitość nakazuje taką krytykę krytykować. Dawno nie byłem w Izraelu i znam fakty z drugiej ręki. To nie musi być wielką wadą. Kazimierz Brandys stwierdził kiedyś, że nie umie pisać reportaży. Nawet dobrze przygotowany reporter może łatwo wpaść w pułapkę chodzenia utartymi ścieżkami i zbierania dokumentacji potwierdzającej wcześniejsze opinie. Szczególnie niebezpieczne są relacje świadków, można je starannie dobierać tak, żebyśmy zawsze słyszeli to, co chcemy usłyszeć.

Oczywiście ogląd materiałów z drugiej ręki niesie te same niebezpieczeństwa. Nasz umysł jest więźniem rodzinnej historii, wpływu nauczycieli i wychowawców, lektur z czasów młodości, związków i przyjaźni.

Zdumiewa mnie, jak ta nasilająca się brunatna fala jest wzmacniana przez osobliwy sojusz części (dużej części) lewicy i współczesnych dziedziców tak chrześcijańskiego, jak i nacjonalistycznego antyjudaizmu. Niesłychanie ciekawą analizę tego sojuszu przedstawił amerykański historyk Richard Landes [6]. Bardzo polecam – w ostatniej części obszernego eseju Landes pokazuje jak wielkie znaczenie dla tych wszystkich Herstoryków i Leonidów mają żydowscy krytycy Izraela. Domyśla się Pani, że słowa krytycy używam tu w cudzysłowie, chodzi mi raczej o ludzi, których książki i artykuły o Izraelu cechuje niefrasobliwy stosunek do faktów, ale którzy serca zostawili w rowie przy słusznej drodze.

Co do mnie, nie zajmuję się krytyką Izraela z tego samego powodu, z jakiego nie zajmuję się krytyką Polski. Tak, piszę czasem o problemach oświaty w Polsce, ponieważ interesując się różnymi systemami edukacji, doszedłem do wniosku, że jak długo nauczyciel akademicki ma wyższy prestiż niż przedszkolanka, tak długo szkoły podstawowe, gimnazja i uniwersytety będą otrzymywały wybrakowany towar i nadal będziemy marnowali ten najważniejszy zasób, jakim jest potencjał intelektualny społeczeństwa. Nie jest to jednak krytyka Polski, a próba dyskusji o konkretnym problemie. Takich problemów jest więcej. Proszę mi jednak wierzyć, że nie praktykuję krytyki Polski. Na temat Izraela słyszę i czytam czasem różne żale, ale wolę się nie wypowiadać, nie czuję się wystarczająco kompetentny. Reaguję natomiast na ewidentne kłamstwa w owych „krytycznych ocenach” Izraela – uważam, że są one groźne dla świata, dla mnie, dla moich wartości. Są one uzupełnieniem wystrzeliwanych na Izrael rakiet i nie mogę wykluczyć, że wyrządzają więcej szkód niż rakiety Hamasu.

Chciałbym Pani opowiedzieć o pewnej, z pozoru mało znaczącej historii. Napisałem niedawno List otwarty do Grzegorza Schetyny [7]. Listy otwarte do ważnych osób to zazwyczaj listy na Berdyczów, są jednak pewną formą komunikacji, z której w nadzwyczajnych sytuacjach warto skorzystać. W demokratycznym świecie powinniśmy czasem przypominać, że jako obywatele mamy swoje opinie i chcielibyśmy, aby nasi politycy o nich wiedzieli. Nawet jeśli ów list do pana ministra nigdy nie dotrze, to i tak odczuwałem potrzebę jego napisania.

Jak się zapewne Pani domyśla, sprawa dotyczy „krytyki” Izraela. Światowa Organizacja Zdrowia porzuciła na chwilę troskę o walkę z polio, malarią, rakiem i temu podobne, żeby potępić niedostateczną troskę Izraela o zdrowie ludności arabskiej. Jak Pani zapewne wie, nie potępiano wykorzystywania ambulansów do przewożenia broni przez Hamas czy mordowania wolontariuszy rozdających szczepionki polio w Pakistanie, skrytykowano Izrael. Przedstawiciel mojego kraju głosował za przyjęciem tej rezolucji wraz z Arabią Saudyjską, Rosją, Kubą, Wenezuelą, w sumie stu czterema państwami. Przeciwne były tylko Stany Zjednoczone, Kanada i Australia (Izraela nie licząc). Takich absurdalnych rezolucji krytykujących Izrael agendy ONZ podejmują setki (a w słowie setki nie ma żadnej przesady). Chciałem się dowiedzieć od mojego ministra spraw zagranicznych, dlaczego mój kraj uczestniczy w tej szopce i dlaczego w moim imieniu podejmuje się rezolucje proponowane przez kraje systematycznie popełniające zbrodnie ludobójstwa. Rezolucje, których celem jest odwrócenie uwagi od ich zbrodni i demonizacja jedynego kraju na Bliskim Wschodzie, który dokonuje cudów, żeby w warunkach nieustającej wojny zachowywać najwyższe standardy poszanowania praw człowieka, jakich kraje takie jak Polska mogą wyłącznie pozazdrościć.

Na mój list zareagował jakiś pan Jerzy Halbersztadt, pisząc komentarz pod intrygującym tytułem List w sprawie, której nie było. Jak twierdzi, podane przeze mnie informacje nie są zgodne z prawdą. Informuje mnie, że: „Zgromadzenie zapoznało się z dwoma raportami. «Health conditions in the occupied Palestinian territory, including East Jerusalem, and in the occupied Syrian Golan» przygotował sekretariat WHO. Raport zawiera rzeczowy opis tej sytuacji, który ma chyba sporą wartość informacyjną”.

Ciekawe są tu stwierdzenia, jedno – że były dwa raporty, ale raport przygotował sekretariat WHO, a drugie – że zawiera on „chyba” sporą wartość informacyjną. Najwyraźniej pan Halbersztadt nie jest pewien, ale chyba bardzo by chciał. Mechanika tego typu raportów jest rutynowa: jakieś ludobójcze państwo przedstawia raport, sekretariat go troszkę łagodzi, Polska go akceptuje.

Dalej jest jeszcze ciekawiej. Pan Jerzy Halbersztadt pisze: „Zgromadzenie WHO przyjęło rezolucję bez elementów ocennych, wzywającą dyrektora generalnego WHO do kontynuowania prowadzonych dotąd działań i raportowania o dalszym rozwoju sytuacji. Twierdzenie o potępieniu Izraela w tej rezolucji powstało wyłącznie w Pana umyśle”. Zapewnia mnie, że w raporcie (liczba pojedyncza) nie ma „elementów ocennych”. Krótko mówiąc, pan Jerzy Halbersztadt przekonuje, że nic się nie dzieje i wszystko jest wspaniale. Dodaje nawet: „Co do mnie, to bardzo cieszę się, że Polska angażuje się pozytywnie w działania WHO”.

Wie Pani, ja też się cieszę, że nic mnie z panem Halbersztadtem nie łączy. Jest wiele powodów, aby uznać te i wiele innych ocennych i nieocennych rezolucji ONZ za haniebne dlatego właśnie, że stanowią część brunatnej fali.

Zdziwiło mnie, że pan Halbersztadt sądził, że mój list do naszego ministra spraw zagranicznych był obroną Izraela. Odpisałem mu nawet, że raczej chodzi mi o obronę mojego kraju i wydaje mi się, że warto być przyzwoitym, ale to akurat nie przyszło mu do głowy.

Pan Halbersztadt wydaje się zadowolony, że w takich sytuacjach głosujemy zawsze zgodnie z Arabią Saudyjską, nigdy zgodnie z Kanadą. Ja wolałbym sytuację odwrotną. Domyślam się jednak, że czytelnicy, którzy dominują na tworzonym przez Panią forum, zgadzają się raczej z panem Halbersztadtem. Mogę być w błędzie. Nigdy jednak nie reagowała Pani na ich komentarze, więc nie mam tu jasnego obrazu.

Czy lubi Pani Kanadę?

Dobrzyń nad Wisłą, 6 kwietnia 2015 r.

[5] Patrz: www.timesofisrael.com/not-recognizing-israel-as-jewish-is-anti-semitic-pope-says/

[6] Patrz: www.listyznaszegosadu.pl/brunatna-fala/fatalne-zauroczenie-wspolny-antychryst-globalnej-lewicy-postepowej-i-dzihadu

[7] Patrz: www.listyznaszegosadu.pl/brunatna-fala/list-otwarty-do-grzegorza-schetyny

Żyj bez kłamstwa

Piszę do Pani, chociaż nie otrzymałem odpowiedzi na moje poprzednie listy. Codziennie przeglądam wiele stron internetowych i zaglądam również do Pani blogu. Spojrzałem na Pani ostatni wpis. Zatrzymał mnie tytuł Zakazane głosy o wojnie. Oczywiście zastanowiło mnie, przez kogo zakazane? Czytałem z zaciekawieniem, mając nadzieję, że znajdę odpowiedź. Pisze Pani w tym artykule o wojnie sześciodniowej. Muszę przyznać, że przeszkadzały mi w tej lekturze własne wspomnienia. Miałem dwadzieścia siedem lat. Od kilku dni docierające ze świata wiadomości budziły grozę. Wszyscy byli pewni, że dni mieszkańców Izraela są policzone. Kiedy piątego czerwca dowiedzieliśmy się, że lotnictwo izraelskie uderzeniem prewencyjnym zniszczyło na lotniskach samoloty egipskie, syryjskie i jordańskie, nie mogliśmy w to uwierzyć. Kolejne dni przynosiły wiadomości równie zdumiewające.

Wie Pani, nigdy wcześniej ani później nie było tak gorącej sympatii Polaków do Żydów. Warszawski lud był rozradowany: „Nasi Żydzi dali w dupę ruskim Arabom”. Ludzie tańczyli na ulicach. Ten powszechny wybuch radości przeraził Władysława Gomułkę. To była niesamowita demonstracja niechęci i obrzydzenia do Związku Radzieckiego, który nas niewolił, a teraz podjął dzieło kontynuacji planów Hitlera i nagle jakimś cudownym sposobem radzieckie migi i radzieckie czołgi zaczęły zmieniać się w kupę złomu. Izraelski żołnierz uderzył w imperium zła. Izrael nie tylko reprezentował demokrację, wielu żołnierzy w izraelskich mundurach mówiło po polsku, ludzie poczuli się współudziałowcami tego sukcesu.

Czytając Pani tekst, zastanawiałem się, ile lat po tej wojnie przyszła Pani na świat? Zajrzałem nawet do internetu i odszukałem Pani zdjęcie. Domyślam się, że dla Pani ta wojna jest równie odległa, jak dla mnie pierwsza wojna światowa.

Mój ojciec urodził się pięć lat przed pierwszą wojną światową w Stanach, powiat Nisko. Dziadek był nadleśniczym. W dzieciństwie słuchałem o Europie trzech cesarzy. Te opowieści wydawały mi się zupełnie nieprawdopodobne. Pierwsza wojna światowa była dla mnie niezrozumiała, druga była dziwna inaczej, naznaczona zakazem mówienia o niej prawdy. Ojciec był majorem Armii Krajowej, do 1955 roku żyliśmy w wiecznym strachu, bo nigdy nie było wiadomo, czy wróci do domu. Pod żadnym pozorem nie wolno mi było mówić w szkole tego, co słyszałem w domu. A zakazanych głosów o wojnie słyszałem wiele.

Znając tak dobrze rzeczywiste zakazane głosy o wojnie, szukałem w Pani artykule usprawiedliwienia dla tego tytułu. Nie znalazłem albo nie zrozumiałem Pani przekazu. Ach tak, chodzi o film, w którym pada stwierdzenie, że cenzura wojskowa czegoś zakazała. Podobno zna Pani Izrael. Czy na tyle, że wie Pani również, że nie da się tam niczego zakazać, nawet wystąpień w Knesecie, które w innym kraju byłyby podstawą procesu o zdradę stanu? Dalej pisze Pani już słowo zakazane w cudzysłowie. Chyba słusznie, ostatecznie dowiedziała się Pani o tych „zakazanych” głosach z izraelskich publicznie drukowanych źródeł.

Pracowałem w BBC, nie mieliśmy cenzury, mieliśmy instrukcje informujące, co wolno, a czego nie. Najstarsi koledzy pracowali tam jeszcze w czasie wojny. Czy wie Pani, że wtedy w studio podczas audycji siedział cenzor? Miał nawet specjalny przycisk i w każdej sekundzie mógł wyłączyć głos (za moich czasów były one tam nadal, używało się ich, kiedy dziennikarza przed mikrofonem łapał atak kaszlu).

Więc dziś w Izraelu wolno już mówić? Nareszcie, po tylu latach, mój Boże. Powiada Pani, że w lipcu 1967 roku nie było szans na przekazanie społeczeństwu izraelskiemu prawdy o tym, że jakiś żołnierz izraelski współczuł egipskim więźniom? (Cytuję tę rewelację za Pani tekstem: „Było mi ich żal, ale kiedy patrzyłem na tych biednych facetów, zastanawiałem się, jakby oni nas traktowali? To nie są istoty ludzkie.”)

Ten „zakazany” przez dziesięciolecia opis zwyczajnego ludzkiego odruchu izraelskiego żołnierza na widok upokorzonego wroga przypomniał mi inny opis, brata mojej matki Zbigniewa Jasińskiego, jak szedł w kolumnie więźniów po Powstaniu Warszawskim. Konwojujący żołnierz Wehrmachtu, Ślązak, płakał. (To z artykułu w paryskiej „Kulturze” z lat 50. XX wieku, w kraju takie opisy wojny były wówczas rzeczywiście cenzurowane).