Bies i skarbonka - Maciej Roman Wierzbiński - ebook

Bies i skarbonka ebook

Maciej Roman Wierzbiński

0,0
9,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Alina, piękna aktorka, przyciąga wzrok wielu mężczyzn. Stanisław, utalentowany malarz nie pozostaje obojętny jej wdziękom i zupełnie traci dla niej głowę. Bezgraniczne uczucie artysty nie wystarcza kobiecie, gdyż ta pozostaje w skomplikowanej relacji z innym. Tadeusz, bo o nim mowa, szczyci się tytułem hrabiego, ale w niczym nie przypomina arystokracji. Jego położenie finansowe jest fatalne. Mężczyzna wykorzystuje urok Aliny do zarabiania pieniędzy na wspólne utrzymanie. Ta zdaje się zaślepiona uczuciem i nie dostrzega toksycznego wpływu Tadeusza, pozostając mu wiernie oddaną. Czy jest szansa na zmianę relacji między trójką bohaterów?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 130

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maciej Roman Wierzbiński

Bies i skarbonka

POWIEŚĆ

Saga

Bies i skarbonkaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © , 2020 Maciej Roman Wierzbiński i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711676684

 

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

 

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

I.

— Czyś jeszcze nie ubrana? Jakże z tym obiadem, psia krew?...

Zgryźliwy pomruk barytonowego głosu ozwał się w ciszy obszernego pokoju na czwartaku.

Milczenie. Z przyległej sypialni nie dochodził najmniejszy szelest.

— Czy ty jeszcze śpisz? — warknął po chwili smagły, wygolony brunet przed siebie.

Zaraz skończę fryzurę. Idź do kuchni i powiedz Nastusi, by spieszyła się z obiadem — odpowiedział dźwięczny głos z poza kotary wyblakłej, może z starych rekwizytów teatralnych wywleczonej.

— Kazałaś przynieść wódki?

— Stoi przy piecu.

Kocim ruchem mężczyzna sięgnął do kąta, zalał kieliszkiem śliwowicy krzyk dokuczliwego apetytu i począł znowu wymierzać pokój cichuteńkiemi, długiemi krokami.

Nie chodził, lecz raczej ślizgał się jaszczurczymi ruchami, jakby przejętymi od cyrkowego „człowieka kauczukowego“, pełzał po przez przestrzeń złodziejskiemi nogami wałkonia, co zwykł w nocy czaić się u węgła domu, przypadać cichaczem w zaułki mroczne, szpiegować, czyhać. W chodzie jego było coś złowrogiego, w linjach i arabeskach, jakie zakreślała jego niewielka figura, rysowały się jakieś chimery czy bazyliszki z fantazji zbrodniczej zrodzone.

Fałda prostopadła zaznaczyła się niby brózda na zoranem czole typowo aktorskiej maski, powleczonej siatką, delikatnych zmarszczek, o rysach regularnych, o rozluźnionych, obwisłych mięśniach licowych. Zmięta, zniszczona twarz ta napiętnowana była wprost uderzającym wyrazem nikczemności i kabotynizmu, odzwierciadlała prześwietnie istotę jego, wydzielała z siebie jakiś wstrętny zapaszek trującej zgnilizny.

Przyglądały mu się z podełka tandetne, seledynowe meblątka, ambicjonujące do parodji burżuazyjnego saloniku, odznaczające się dziwacznością rysunku, ogromnym niesmakiem i niemal absolutną bezużytecznością. Harmonizowały wybornie z zwiędłymi wieńcami, ostentacyjnie rozwieszonymi na ścianach w całej okazałości barwnych szarf, oraz liczne fotografje jego maski, bogato oprawione i rozmieszczone nabożnie. Te trofea pseudotriumfów prowincjonalnych starały się przypomnieć komikowi dawne, lepsze czasy, urągały w żywe oczy „artyście“, przez głupią ludzkość zapoznanemu i skazanemu na swój spryt życiowy.

Zwano go „hrabią“ wśród garstki wyplutych na bruk wielkomiejski aktorów, wałęsających się niby psy bez budy, bez pana, wylegujących po kawiarniach i szukających w chronicznem próżniactwie zmiany losów, albo raczej pokątnej tranzakcji na koszt przygodnej ofiary młodzieńczej lekkomyślności.

Hrabią był pięćdziesięcioletni pan Tadeusz — nie z ojca, który był urzędnikiem kolejowym w Jaśle, ale z babki węgierskiego rodu. Miał to nawet na piśmie.

Siadłszy przy stole nakrytym do objadu, oparł się o ścianę i bębnił wychudzonemi palcami po talerzu, kombinując coś w głowie, gdy wpłynęła do pokoju dystyngowanym krokiem wysoka, wiotka kobieta o złoconych włosach, wzbogaconych ufryzowanym starannie postich’em.

Bez słowa zajęła miejsce przy stole przedziwnie Wielkiem, ślicznym ruchem i poczęła krajać chleb. cukierke wyczerpanie leżało na całem tem ładnem, cukierkowem a bladem i lymfatycznem zjawisku — teatralnem, a jakby słodką naiwnością dziecka wyidealizowanem. Z miłej twarzy wyzierały senliwie ciemne oczy ocienione łukami gęstych brwi.

Gdy barszcz zadymił się na stole, „hrabia“ ozwał się niedbale:

— Niezłą kolacyjkę stawił wczoraj pan Seweryn. Pija, bestja, tylko „wdowę“ Cliquot jak król Edward. Ma podniebienie. Rasowy! Trzeba mu to oddać. Ale ty na winie się nie znasz.

— Głowa mnie strasznie boli. Wmusili we mnie kawę i likier. Ten nieznośny dym... hałas. Tak późno wróciliśmy do domu.

Jadła niby pod przymusem, zacichła, zagasła.

Ubiegły wieczór pozostał w umyśle jej upostaciowany w nadzwyczajnym kapeluszu szczęśliwej u złotej młodzieży aktorki Gawlikowskiej. Nie zazdrościła teatralnej i gabinetowej koleżance pochodzenia ani zgoła niczego, już dlatego, że w apatji duchowej rzadko tylko i przelotnie wznosiła się do uczuć silniejszych, lecz ów czarny kapelusz z królewskiemi ponsowemi pleureuse’ami, pachnący Paryżem, budził w jej porcelanowej piersi dreszcze dojmującej pożądliwości.

— Jaka ta Gawlikowska krzykliwa! — mruknęła.

Dużym zasobem intuicji wyposażony „hrabia“ odgadł co dzieje się w duszyczce Aliny i w myśl jej rzekł:

— Lafilistyczny 1 , ordynarny tłuk!... A zuchwałe to jak trzyrublówka.

W gruncie rzeczy podziwiał Gawlikowską za jej sztukę „brania“ mężczyzn z miejsca i gniewały go jej sukcesy, jako należące się jego Linie.

— Gdyby nie ja, nigdy w życiu nie była byś w tak dystyngowanem towarzystwie. Nie licząc mnie: jeden hrabia, jeden dobry szlachcic, no i ten meches, ale bogaty. Uważałaś jak hrabia Józef był ze mną za pan-brat? Poprostu dlatego, że uznaje we mnie familjanta... Łyk, dobkiewicz, brząkający złotem wynosiłby się nademnie, ubogiego człowieka, tymczasem prawdziwa arystokracja... Ot widzisz tu całą różnicę. Słuchaj Lino! — rzekł nagle ostrym tonem, topiac tępy wzrok piwnych, głęboko zapadłych oczu w bladej twarzyczce. — Przynieś zaraz swój medaljon z perłami!

Przerażenie i gniew zamigotały w jej źrenicach, ale stopniały w momencie i podniosła nań błagalne wejrzenie psa nogą do ziemi przyciśniętego. Gdy spotkała promień jego oka zadygotał w niej lęk mistyczny. Spuściła powieki i wyszła bezzwłocznie do sypialni.

Dopiero za kotarą ośmieliła się.

— A nie zawieruszyłeś jeszcze mych brylantowych butonów?

— Muszę właśnie opłacić procent, by nie przepadły — kłamał hrabia, zajadając sztukę mięsa, i dorzucił: Gdyby nie ja, nie oglądałabyś w życiu takich rzeczy, nie wiedziała co to butony.

Gdy pojawiła się w pokoju powitał ją:

— Słowo honoru, prześlicznie ci w tej sukience. Umiesz ją nosić. Voilá tout!

I sięgnął zgrabnie po medaljon.

— Czekaj! Muszę wpierw... — poczęła Lina i wyjęła z pod szkiełka w medaljonie minjaturową podobiznę męskiej głowy.

Zerknąwszy na fotografję, hrabia wyeskamotował jej w mgnieniu oka z pod rąk medaljon.

— Cóż robi ów sławny pendzlarz? — bąknął, rozciągając ironicznie wyraz „sławny“, niby skrzypiącą harmonikę i, nie ciekawy odpowiedzi, zabrał się raźnie do mięsa.

— Jak to on... maluje — odparła Lina sennym tonem, pytania takie zbywając zawsze nic nie mówiącemi lakonizmami, bo życie wyrobiło w niej kamienną skrytość.

Nawet przed mistrzem swego życia, taiła się literalnie z wszystkiem, zamykała przed nim wszystkie sprawy, gdzie nie wchodził w grę. Ale hrabia sam wiedział wszystko, co było mu potrzeba.

Lina nie wzięła już nic w usta, zmartwiona rozstaniem się z złotym medaljonem. Przykrość wszakże roztapiała się powoli w rezygnacji.

Zapytanie o malarza było li tylko wstępem do rozkazu, podanego w formie niedbałej:

— Pewnie pójdziesz do niego dzisiaj?...

Podkreślił to szybkiem, imperatywnem spojrzeniem, które przeszyło ją na wylot i serduszko ptasie przyprowadziło o drżenie.

Ponieważ pan Seweryn i jego przyjaciele nie „reagowali“ na piękną acz zgasłą Linę, trzeba było wysłać ją do niezawodnego malarza, który tymczasem, faute de mieux, nie zawadzał hrabiemu, a niejednokrotnie już leczył go za pośrednictwem Liny z okropnych suchot kieszeniowych.

Lina rozumiała doskonale, że musi pójść do malarza po pieniądze i odrazu powzięła to postanowienie, które przed chwilą było jeszcze od niej dalekiem. Cierpiała na chroniczną, do ostateczności posuniętą niemoc woli tak, iż była literalnie automatyczną lalką poruszaną przez przyzwyczajenie, nałóg a nakręcaną ręką hrabiego.

W pierwszych czasach znajomości z malarzem coś jakby miłość, z zadowolenia miłości własnej i próżności zrodzona, zapaliła się w jej łonie, rozświetliła ją, upiększyła i ożywiła w posadach. Niebawem jednak przygasła w przyrodzonej anemji i niemocy uczuciowej; podnosił się w niej tylko raz blask sympatji, mglistego oczekiwania i nadziei, że z jego strony spotka ją coś bardzo dobrego, raz lekceważenie i po garda dla człowieka, który ją kochał. Kochał prawdziwie, głęboko. Ją!!

Ta prawdziwa miłość malarza dokuczała jej nieraz, bo wkładała mu w usta tyrady poważnych słów, przestrogi, upomnienia. Uprzykrzywszy sobie te „kazania“, ozwała się w nadziei, że kochanek zwolni ją dnia tego od wizyty w pracowni:

— Nieznośny ten malarz!

— Ba! Głupiec malowany!... Cała jego sława sztucznie sfabrykowana przez baby i tę trochę pieniędzy co ma. Taki szlachetka zagrodowy! Świszczypałka!

Począł operować wykałaczką spróchniałe zęby.

— Migrena mi dokucza... Nie wyjdę dziś z domu — ośmieliła się Lina.

— Idź do niego!

Po długiem milczeniu Lina absolutnie dnia tego wyczerpana i bezsilna, szepnęła raz jeszcze błagalnym tonem:

— Ach, głowa mnie tak boli…

Nie słysząc tego niemal, pan Tadeusz zapalił papierosa i zamyślił się nad swemi spekulacjami kawiarnianemi, a zwłaszcza nad młodą, niby-aktorką, skończoną histeryczką, która poczynała podlegać jego wpływom „ślicznie“. Nie rozczulał się on byle czem.

Dawniej, nim Alina dzięki przejściowym faworom dyrektora Kellera uzyskała skromne stanowisko na scenie drugorzędnej, jeździła z nieślubnym swym mężem i wędrowną trupą po prowincji jako „pani dyrektorowa“ i wtedy zdarzało się, że gdy afery drużyny szły źle, „hrabia“ kulakiem walił ją po twarzy, bryzgał pomyjami najplugawszych epitetów, jeśli nie chciała „wyjść“ do oficerów lub paniczów, czekających w gabinecie na „artystki“. Bił ją, targał za włosy tak, iż w jego szkole przyswoiła sobie stereotypowy, słodkawy uśmiech na powitanie przygodnych kochanków i pokrywała nim istotny, wrodzony wstręt do takich amorów.

Ale z drugiej strony „hrabia“ miewał gest arystokratycznej grandezzy; gdy pewnego razu Lina otrzymała od bogatego obywatela ziemskiego dwa tysiące rubli (które jako pani dyrektorowa musiała natychmiast w całości złożyć w ręce dyrektora), hrabia zapłacił jej kostjum i ofiarował bransoletkę, za którą pozostała mu wdzięczną jeszcze wtenczas, gdy bransoletka koleją wszystkich jej klejnotów, utonęła w czeluściach „góry litości“.

Zajęty ważniejszemi sprawami, niż jej zdrowie, pan Tadeusz wybiegł myślami poza obręb ich domo wego ogniska. Po chwili jednak, wybierając się na miasto, zerknął w jej twarz i uderzony jej widoczną słabością, zakomenderował:

— Siadaj w fotelu!... Z tym babskim bólem głowy! — mruknął przez zęby.

Gdy Lina automatycznie zajęła miejsce w fotelu, począł rozcierać dłonie.

Przymknęła powieki, skłoniła głowę w tył i z lekko rozchylonemi wargami, z po za których wyzierały alabastrowe zęby, spoczywała nacichła na krańcach bierności, jakby u wrót snu ostatniego — śliczna jak umierający kwiat, jak Alina zabita ręką siostry, martwa na paprociach.

Spokój wielki schylił się nad nią i gasił słabo tlejącą się iskierkę jej żywotności.

A on podłożył jej pod głowę kolorową poduszkę z sofy i, stanąwszy przed nią, rzekł szeptem:

— Zamknij oczy!

Poczem złożył miękko ciepłą dłoń na jej czole, trzymał ją tak chwilę, aż wreszcie oderwał nieznacznie i począł przesuwać ją powoli, nie zmieniając pozycji ręki, ponad jej zagasłą twarzą, szyją, piersią, prowadził ją tak nad jej ciałem a, doszedłszy do stóp, uniósł raptownie i znowu lekko do czoła jej przycisnął, by powtórzyć eksperyment magnetyzerski raz jeszcze i drugi.

Między brwiami jego uwydatniała się pionowa zmarszczka, skupienie znamionująca, piwne jego źrenice, podkute czarną obwódka, przywarły się do jej lic, towarzyszyły posuwającej się ręce, a ona spoczywała bez najmniejszego ruchu, nikłym tętnem życia poddając się władzy swego mistrza.

Gdy hrabia odstąpił w bok i zapalił papierosa, obojętny na wynik leczniczego procesu, Lina rozwarła oczy nieśmiało, z pewnem zdziwieniem rozejrzała się wokoło, szukając go wzrokiem, i chwilę siedziała, zbudzona z eterycznego półsnu, skończenie cicha jak mara.

Odetchnęła głęboko.

— Lepiej mi... Ból głowy ustąpił... zupełnie.

Wyszła do sypialni, by przejrzeć się w zwierciadle.

Hrabia opowiadał nowinki z kawiarni, pokręcił się trochę i sięgnął po kapelusz.

Żegnając się z nim, Lina jak zwykle pocałowała go w rękę i wróciła do lustra.

II.

— Lino, Lino śliczna moja, błagam, zaklinam cię na wszystko, dźwignij się z tej martwoty, z tego upadku, tej nędzy, tego błota. Wyrwij się jednym szlachetniejszym odruchem z tych niepojętych pętów hańby, z tych szpon, stań na czystym gruncie!... O! gdyby miłość cuda robić mogła, byłbym dawno już tchnął w ciebie iskrę życia takiego, że byłabyś wyrosła ponad siebie samą, uniosła śmiało głowę, spojrzała nareszcie własnemi oczyma na świat, na swe położenie i odrzuciła od siebie przeszłość jak łachman brudny... Ale ja nie mogę nic uczynić dla ciebie; muszę patrzeć jak giniesz, zapadasz się niechybnie w kałużę ostatecznej zagłady, muszę patrzeć bezbronny, kochając cię całą, najwyższą, szaloną potęgą mej duszy i tarzać się w rozpaczy, zabijać się w strasznej piekła udręce... Nic nie mogę już uczynić dla twego ratunku. Próbowałem wszystko i wiem, że ani miłość moja bezbrzeżna, ani pieniądze nie wyrwą cię z jego mocy. Ani pieniądze! Bo dziś opuściwszy ze mną to środowisko ohydne, jutro wróciłabyś w nie na jego skinienie, tęskniąc do jarzma, do poniżenia zgnilizny — póki sama nie wykrzeszesz z siebie tyle światła, by przekonać się nareszcie, że błoto jest błotem, nikczemność nikczemnością, podłość podłością. Póki nie uświadomisz sobie faktu, że on niszczy cię, upadla, zabija, że jesteś poprostu w rękach tego wampira skarbonką... A jeżeli nie możesz wykuć z kruszcu swej istoty tyle światła rozpoznawczego, nie możesz zdobyć się na tę trochę charakteru, to tylko miłość mogłaby wywieść cię z tej niewoli bisurmańskiej — jeden, jeden rzetelny odruch serca... Lino, Lino śliczna moja, gdybyś przez jeden moment była kochała mnie rzetelnie, całem, całem sercem — już dawno nie byłabyś nałożnicą i niewolnicą, lecz kobietą — ukochaną, ubóstwianą moją kobietą. Obudź się z letargu do miłości, do szczęścia...

Klęcząc u nóg jej, malarz rozświetlony zenitową miłością, rozśpiewany na najpotężniejszą nutę erctyczną, modlił się do jej serduszka, rzucał jej kawały swego krwią żywą ociekającego serca i płynęły mu z piersi akordy i biły z twarzy blaski takie, że marmur byłby ożył i Galatea zstąpiła z piedestału rozkochana.

Tymczasem Lina wodziła zwykłym, przygasłym wzrokiem po jego obliczu, zauważyła, że wąs miał dnia tego niefryzowany, potem podpadł jej kilim, na którym klęczał przed nią, jego piękne barwy i deseń Raz i drugi coś jakby uśmiech przeleciało przez jej duszyczkę wobec tak płomiennej miłości, z kaskady słów jego gorących wpadło kilka zwrotów w pamięć aktorską a ostatecznie grymas niezadowolenia i urazy mignął po jej licach. Nazwał ją „nałożnicą“!

A on, pieszcząc jej ręce w dłoniach, paląc ją żarem oczu niebieskich mówił jeszcze, w smętek zapadając smutny:

TEGOŻ AUTORA WYSZŁY:

Nowele

Akwarele angielskie

W przeklętym domu. Szkice więzienne

Zakazana Muzyka

Kniaź i Księżna. Romans z XVIII wieku. 2 tomy

Pod Myszą Wieżą. Powieść współczesna

Oaza miłości

Pieśń Marcina Wilczka

Dolar i Spółka

Honor

Małżeństwo na próbę

Dwie Kobiety. Akt dramatyczny

Ostatnia Caryca

o książce Bies i skarbonka

Alina, piękna aktorka, przyciąga wzrok wielu mężczyzn. Stanisław, utalentowany malarz nie pozostaje obojętny jej wdziękom i zupełnie traci dla niej głowę. Bezgraniczne uczucie artysty nie wystarcza kobiecie, gdyż ta pozostaje w skomplikowanej relacji z innym. Tadeusz, bo o nim mowa, szczyci się tytułem hrabiego, ale w niczym nie przypomina arystokracji. Jego położenie finansowe jest fatalne. Mężczyzna wykorzystuje urok Aliny do zarabiania pieniędzy na wspólne utrzymanie. Ta zdaje się zaślepiona uczuciem i nie dostrzega toksycznego wpływu Tadeusza, pozostając mu wiernie oddaną. Czy jest szansa na zmianę relacji między trójką bohaterów?

1 Bardzo wiotka, w żargonie zakulisowym.