39,90 zł
Piekielnie błyskotliwa opowieść o kobiecie, która musi zmierzyć się z demonami przeszłości, próbując wyremontować nawiedzonym dom, w którym dorastała.
Clio Louise Barnes wiedzie idealne życie jako stylistka i influencerka, ale pod lśniącą fasadą kryje się mroczna tajemnica: Clio dorastała w nawiedzonym domu. A właściwie nie tyle nawiedzonym, co opętanym. Po burzliwym rozwodzie rodziców Clio, jej matka, Alex, zamieszkała z córkami w domu zajętym przez demona. Tak przynajmniej twierdziła Alex, choć siostry Clio zapamiętały to inaczej; sąd podzielił ich opinię i odebrał ich matce prawo do opieki nad dziećmi.
Po nagłej śmierci Alex rzekomo opętany dom przechodzi w ręce jej córek. Tam, gdzie jej siostry widzą traumę z dzieciństwa, Clio dostrzega okazję do tworzenia treści na media społecznościowe o remoncie starej budowli. Tyle że kiedy zaczyna się proces odnawiania domu, Clio odkrywa, że w słowach matki może tkwić ziarno prawdy. Kiedy powracają kolejne wspomnienia, a Clio w końcu decyduje się przeczytać książkę napisaną przez matkę, nadnaturalna obecność w domu staje się coraz bardziej realna i złowroga, ujawniając przykrą prawdę, przez którą piękne życie Clio może całkowicie i nieodwracalnie lec w gruzach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 355
Data ważności licencji: 12/22/2030
Tytuł oryginału: Play Nice
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Redakcja: Beata Kostrzewska
Korekta: Kamil Kowalski, Renata Kuk
Zdjęcia na okładce:
Dom: © 2023 Nicholas J Klein/Shutterstock
Wąż: © With Photographer/Adobe Stock
© 2025 by Rachel Harrison
No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
This edition published by arrangement with Berkley, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Ewa Ziembińska
ISBN 978-83-287-4266-6
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2026
– fragment –
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Wszystkim stukniętym dziewczynom.
Ta książka jest dla nas.
Tak.
Tak.
Przyjmuję cię, demonie.
Nie zamknę ci ust.
ANNE SEXTON „DEMON”
Potrzebuje, dopomina się czułości
Szaleje z głodu
Patrz na mnie, patrz na mnie, patrzysz?
DOJA CAT „ATTENTION”
Za każdą kobietą, która zwariowała, siedzi
cichutko jakiś mężczyzna, który mówi: „No co? Przecież nic nie robię”.
JADE SHARMA „PROBLEMS”
Zbliża się północ. W sali jest głośno, wszyscy pijani szampanem, głusi na wszechobecny hałas i wow, powietrze jest ciężkie od gorących oddechów i markowych perfum. Każdy chce dobrze pachnieć, bo to jest ten czas, właśnie o tej porze okazuje się, kto wróci do domu sam, a sądząc po intensywnych wyziewach – mnóstwo osób nie chce dziś wylądować w pustym łóżku. Chcą wabić. Chcą zostać wybrani. Więc wymykają się do łazienki poprawić fryzury, podziwiać swoje rozmazane odbicia, doprowadzać do ładu stroje, pudrować się, perfumować – przesadnie, bez zahamowań. Wciągam powietrze.
To nadzieja, ot co. Urocza, ale trąci desperacją. Nudy.
Zwracam się do siedzącego obok faceta. Celowo ubrał się zwyczajnie, w białą koszulkę i dżinsy. Pije piwo. Myślałam, że ta impreza jest zbyt elegancka na piwo.
– Skąd wziąłeś piwo? – zagajam.
– Z baru – odpowiada tonem, który mi się nie podoba. Pokazuję mu język, a on się uśmiecha.
– Clio Louise Barnes. – Podaję mu rękę.
Patrzy na moją dłoń i dopiero po chwili ją ściska.
– Ethan.
– Czym się zajmujesz, Ethan?
– Serio?
– Co?
– Będziemy klepać banały?
– Możemy sobie poopowiadać o traumach z dzieciństwa, jeśli wolisz – mówię i upijam łyk jego piwa. Nie protestuje, a ja dochodzę do wniosku, że mi się podoba. Cuchnie wodą kolońską, więc wiem, że mogę z nim dziś wyjść, jeśli zechcę.
– Spotkaliśmy się już wcześniej. Kilka razy. Na branżowych przyjęciach takich jak to – mówi. – Czekałem, aż sobie przypomnisz.
Pamiętam. Ale żeby się dowiedzieć, kim facet naprawdę jest, wystarczy nadepnąć mu na ego i obserwować reakcję.
– Nie mam pamięci do imion. I twarzy – wykręcam się. – I poznaję sporo ludzi. Przepraszam. Nie bierz tego do siebie.
Zastanawia się, pocierając szczękę.
– Serio nie pamiętasz?
– Wybaczysz mi? – Posyłam mu spojrzenie niewinnego szczeniaczka i trzepocę rzęsami.
Ethan wzdycha, zadziera głowę i demonstruje cienką bliznę na podbródku, długości około siedmiu centymetrów.
– Wypadek samochodowy, kiedy miałem pięć lat. Krew była wszędzie. Prowadziła mama. Potem przez tydzień leżała w śpiączce.
– Wyszła z tego?
– Tak. Też ma blizny. Ale nic więcej.
Popijam szampana. Smakuje mi bardziej niż piwo. Wolałabym mieć prostsze gusta, ale nie mam.
– To szczęście żyć z bliznami.
– Lepiej żyć bez nich – stwierdza. – A ty, Clio Louise Barnes? Jakaś trauma z dzieciństwa?
Zastanawiam się, czy czegoś nie zmyślić, ale jestem pod wpływem. Alkoholu, owszem, ale i tego przyjemnego ciepła, imponującej kombinacji zapachów, miasta za oknem, pulsującego cudowną energią sobotniej nocy. Więc mówię mu coś, co jest prawdą.
– Dorastałam w nawiedzonym domu.
– Pieprzysz.
– Sorry, nie nawiedzonym. Opętanym – precyzuję, podnosząc kieliszek do ust. Upijam łyczek i bąbelki skaczą mi na języku. Niedługo będę potrzebowała dolewki.
– Opętanym przez co?
Wzruszam ramionami.
– Nic więcej nie powiem. Jeśli przyniesiesz mi jeszcze jednego drinka, może coś dodam.
– Już tego próbowaliśmy – przypomina. – Flirtujesz ze mną, więc stawiam ci drinka. Potem znikasz o północy jak jakiś Kopciuszek z południowego Manhattanu.
– Flirtowałam, doprawdy? – Uśmiecham się szeroko. – Mój błąd.
Ethan nie reaguje.
– Drinki są tu za darmo.
– I co z tego? – pyta.
– Więc co masz do stracenia?
Dopija piwo.
– No dobra. Jeszcze jeden szampan?
– Tak, poproszę.
Bierze ode mnie prawie pusty kieliszek.
– Lepiej żebyś tu była, kiedy wrócę.
Przysięgam z ręką na sercu.
Wychodzimy na ulicę; echo stukotu moich obcasów splata się z innymi odgłosami miasta – samochodami, gwarem podpitych ludzi, piskiem metra i basami w klubach. Od Ethana bije ciepło, co bardzo mi odpowiada, bo mamy początek kwietnia i nocne powietrze niesie ze sobą przenikliwy chłód: zima zwleka z odejściem.
– Która godzina? – pytam mojego towarzysza. Jest prezesem świetnie prosperującej firmy produkującej zegarki. Spotykał się kiedyś z Laurie, koleżanką mojej przyjaciółki Veroniki, jeszcze przed tą nieszczęsną premierą jej kolekcji szminek. Nadała odcieniom idiotyczne nazwy, takie jak „Odzyskaj go”, „Rozwódka” i niezwykle kontrowersyjna „Lolitka”. Potem klientki znalazły w szminkach włosy oraz jakąś tajemniczą ziarnistą substancję i jej kariera szybko się zakończyła. Laurie przeprowadziła się na Florydę, a teraz robi makijaże na ślubach w Disneylandzie.
Nie jestem pewna, czy Ethan zerwał z nią przed tą klapą czy już po. Nie jestem pewna, czy to ma jakieś znaczenie.
– Clio?
– Sorry – bąkam. – Która godzina?
– Dwanaście po pierwszej – cedzi, zirytowany, że musi powtarzać.
– Cudownie. – Obracam się dookoła. – Nie zmieniłam się w dynię.
– Chcesz zamówić Ubera? – pyta. – Nie będziemy szli pieszo na Brooklyn.
Myśli, że zabiorę go do domu. W sumie to uzasadnione założenie, skoro wyszliśmy z imprezy razem, ale jeszcze nie zdecydowałam.
Podoba mi się, że jest taki rozgrzany. I że jest przystojny.
Nie podoba mi się, że tak się zlał wodą kolońską. No i wydaje mu się, że dress code go nie obowiązuje, bo odniósł tyle sukcesów. I nie podoba mi się, że zawsze będzie mi się kojarzył z biedną Laurie od szminek. Może to nie wodę kolońską teraz czuję, tylko uporczywy smród cudzej porażki.
– Dzwoni ci telefon – mówi Ethan. – Od dłuższej chwili.
– Mhm. – Słyszę, że dzwoni. Po prostu wolę go zignorować. Patrzę na gromadkę dziewcząt w krótkich sukienkach. Właśnie wysypują się ze Scorpio, koszmarnego klubu, do którego nikt rozumny nie chodzi.
– Odbierzesz? – drąży.
– Niee. – Wymachuję torebką z upominkami, które rozdawali na imprezie. – Ktoś, kto dzwoni tak późno, na pewno nie ma nic dobrego do powiedzenia.
– A jeśli to ważne? – Ethan się nie poddaje.
– Wyluzuj, tatku.
– Nie rozumiem cię. – Kręci głową. Nie jest zły, tylko rozczarowany.
– Dobra, dobra. – Rozpinam torebkę, żeby wyjąć telefon. Na mojej dłoni połyskuje brokat z imprezy, czego należało się spodziewać, bo tematem przewodnim było „Wszystko, co się świeci”. Kampania nowej kolekcji biżuterii, stworzonej przez Veronikę we współpracy z Shine. Inc. Złote zawieszki. Urocze, ale nic szczególnego. Wyciągam aparat i widzę, że mam siedemnaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od moich sióstr.
– Oho.
– Co się stało? – niepokoi się Ethan. – Wszystko w porządku?
– Zaraz się dowiem – odpowiadam i telefon znów zaczyna dzwonić. To Leda. Odrzucam połączenie i wybieram numer Daphne.
Odbiera od razu.
– Cześć, mała Cli.
Złe wieści, poznaję po głosie. Daphne jest niczym zmiennokształtna istota – taki efekt uboczny bycia środkowym dzieckiem. Dostosowuje się do okoliczności, wpasowuje w każdą przestrzeń, którą się jej wyznacza; jest mistrzynią zadowalania innych.
– Co tam, Daffy? – pytam, oddalając się od Ethana. Skręcam za róg, opieram się o witrynę sklepu zabitą pomazanymi sprayem deskami.
– Rozmawiałaś z Ledą? – pyta Daphne.
– Nie. Czemu?
Moja siostra bierze głęboki oddech.
– Gdzie teraz jesteś?
– Wyszłam – mówię. – Jestem na mieście.
– Z kimś?
– Rozważam to – odpowiadam. – Co się dzieje? Chodzi o tatę?
– Nie – uspokaja mnie. – Nie. Tacie nic nie jest. Amy nic nie jest. Ledzie nic nie jest.
– Nie mów, że chodzi o Tommy’ego. – Skubię żelowy lakier na paznokciach, którego nie wolno skubać.
– Nie chodzi o Tommy’ego – uspokaja mnie. – Dzięki Bogu.
– Dzięki Bogu – powtarzam i robię znak krzyża. Tommy to potulny mąż Ledy, który nosi dzianinowe kamizelki w sposób nieironiczny. Jest zbyt czysty i niewinny jak na ten świat i go uwielbiamy.
– Chodzi o Alexandrę – mówi Daphne.
Nie nazywa naszej matki „mamą”, bo od dzieciństwa nią dla nas nie była. Mnie się wydaje, że to okrutne, ale Daphne ma do tego prawo. Leda też.
– Coś się jej stało?
– Ona… miała rozległy zawał. Wezwała karetkę, ale… odeszła, zanim zjawili się ratownicy.
– Och. – Podnoszę obsypaną brokatem dłoń do twarzy, przykładam ją do policzka. – Odeszła, czyli…
– Przykro mi, Cli – odpowiada moja siostra. – Czekaj, Leda do mnie pisze i pyta, czy może z tobą porozmawiać. Mogłabyś do niej zadzwonić?
– Jest zdenerwowana? – pytam.
– Wydaje mi się, że się o ciebie martwi.
– Dlaczego?
– No daj spokój… – wzdycha Daphne.
– A ty jesteś zdenerwowana?
– Jeszcze to do mnie nie dotarło – przyznaje. – W tej chwili jadę samochodem. Do taty. Myślę, że powinnaś jutro się zjawić.
– W porządku – zgadzam się. Mój telefon pika. Leda do mnie dzwoni, jakżeby inaczej. – To do zobaczenia jutro?
– Tak – potwierdza Daphne. – Kocham cię, Cli.
– A ja ciebie. – Przechodzę do połączenia z Ledą. – Hej. Daphne właśnie mi powiedziała.
– Każda z nas miała swoje przemyślenia i odczucia związane z Alexandrą. Ale sam fakt, że nie brała aktywnie udziału w naszym życiu, niekoniecznie oznacza, że łatwiej nam się pogodzić z tym, że już jej nie ma – wygłasza Leda. Pewnie ćwiczyła tę kwestię od momentu, gdy się dowiedziała. A może nawet już wcześniej.
– Dzięki, Leeds.
– Chciałam sama ci powiedzieć – stwierdza oczywistość. – Chciałam, żebyś usłyszała to ode mnie.
– Daphne poradziła sobie całkiem nieźle – ucinam. Kątem oka dostrzegam sunący w moją stronę cień. To Ethan. Przystaje z zakłopotaniem w pewnej odległości i patrzy na mnie ze zmartwioną miną.
– Była naszą biologiczną matką – cedzi Leda, chyba przez zaciśnięte zęby. Pewnego dnia odkryje Xanax i jakość jej życia dramatycznie wzrośnie. Ale zanim to nastąpi, moja siostra musi spać w szynie ortodontycznej, żeby nie zetrzeć sobie zębów na proszek.
– Jedziesz do taty? – pytam.
– Tak, właśnie się pakuję.
– Okej. Rano złapię jakiś pociąg.
– Jeśli zadzwoni ciotka Helen, zignoruj ją. Ja to załatwię – obiecuje Leda.
– Dobra – zgadzam się i widzę, że Ethan przysuwa się coraz bliżej. – Zaraz zamówię samochód i wrócę do siebie. Zadzwonię później, dobrze?
– Napisz do mnie, kiedy będziesz w domu – prosi Leda.
– Napiszę. Kocham cię po same uszy.
– Ja ciebie też – odpowiada.
Rozłączam się i od razu otwieram apkę Ubera.
– Ależ obsługa! Mitt będzie tu już za dwie minuty – oznajmiam Ethanowi. – Srebrna Toyota Corolla. Rejestracja kończy się na X trzy.
– Eee, wszystko okej? – pyta on.
Wrzucam telefon do torebki, zatrzaskuję ją.
– Zmarła moja mama.
Mijają sekundy. W oddali wyje syrena. Cudze nieszczęście chwilowo zagłusza moje własne.
– Czekaj, naprawdę? – upewnia się Ethan.
Przytakuję.
– Naprawdę.
– Jasna cholera. Strasznie mi przykro.
Mitt podjeżdża swoją Toyotą. Otwieram drzwi, oglądam się na Ethana, który stoi sztywno na chodniku z wytrzeszczonymi, załzawionymi oczami, jakby to on właśnie otrzymał te ponure wieści.
– Chcesz pojechać ze mną do domu czy nie? – pytam i wsiadam na tył.
Zajmuje miejsce obok mnie, niezrażony moją tragedią. A może właśnie ona go motywuje. Jeśli chce zostać moim rycerzem w lśniącej zbroi, niech tak będzie. Przytulam się do niego, grzeję się w jego cieple.
Tylko tym dla mnie jest – źródłem ciepła.
Jeśli istnieje życie pozagrobowe, jeśli choćby jedna z tych absurdalnych rzeczy, w które wierzyła moja matka, jest prawdą, to w tej chwili Alexandra obserwuje mnie z dumą.
„Wolałabym, żebyście najpierw rozkładały nogi, a dopiero potem otwierały serce, dziewczynki” – powiedziała kiedyś w połowie butelki. Wtedy byłam za mała, żeby zrozumieć. Tyle rzeczy.
– Właściwie to… – zwracam się do Ethana – zmieniłam zdanie. Wysiadaj.
Deszcz stuka w moje okno jak uprzejmy budzik. Niechętnie unoszę powieki, wczorajszy tusz skleja mi rzęsy. Wróciłam do mieszkania i padłam do łóżka w ubraniu, z nieumytymi zębami, zlekceważywszy liczne etapy mojej wieczornej pielęgnacji.
– Zaniedbałam moje sera – skarżę się w przestrzeń.
Poduszka jest umazana makijażem, a w pościeli mam pełno brokatu. Przewracam się na plecy i słyszę cichy chrzęst; sięgam pod siebie i trafiam na torbę z prezentami z wczorajszej imprezy. Dotykam palcami karnetu w kształcie serca z moim imieniem, a potem wysypuję zawartość. Metaliczna bibułka, grudki brokatu, które pozostaną ze mną na wieczność, i w końcu małe złote pudełko na biżuterię z ozdobnym napisem „Veronica X Shine Inc.” na wieczku. W pudełku jest różowa aksamitna saszetka, a w niej zawieszka. Wąż z białego złota z malutkimi brylantowymi oczkami.
Zahaczam paznokciem o kółeczko i podnoszę zawieszkę. Mogę zinterpretować ten podarunek na kilka sposobów. Veronica wybrała dla mnie węża, bo jest najodważniejszą i najdroższą zawieszką w jej kolekcji, a do tego pasuje do mnie bardziej niż serce, klucz, kwiatek czy cokolwiek innego. Ewentualnie mogę się poczuć urażona, że podarowała mi gada, i doszukiwać się w tym podtekstów. Po głębszym namyśle nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek zrobiła jej coś, za co mogłaby mnie nazwać żmiją, ale kto ją tam wie.
Opuszczam stopy na podłogę i powoli podchodzę do komody, do stojaka na biżuterię. Wybieram odpowiedni łańcuszek, wsuwam go w zawieszkę i zapinam całość na szyi. Podnoszę wzrok na lustro, na swoje odbicie, żeby sprawdzić, jak się prezentuje na tle mojej skóry, ale widzę moją matkę, ślady jej rysów w moich własnych, i przypominam sobie, że już jej nie ma. Nie żyje, a ja mam dzisiaj jechać do taty. Co oznacza, że muszę skorzystać z New Jersey Transit. Jakby nie dość było jednej tragedii.
Szukam telefonu, który wciąż tkwi w torebce. Zostało dziesięć procent baterii. Podłączam go do ładowarki i dzwonię do taty na głośniku.
Odbiera od razu.
– Hej, kochanie. Jak się trzymasz?
– Och w porządku, w porządku… – Ziewam. – Daffy i Leda już zjechały?
– Są. Amy smaży im naleśniki.
– Szlag. Uwielbiam jej naleśniki. – Jedyny sukces kulinarny mojej macochy.
– Jak myślisz, o której tu będziesz?
– Jeszcze nie wiem. – Patrzę na swoje rozgrzebane łóżko, na stertę brudnych ciuchów w przedpokoju. Wpadam na kuszący pomysł. – Muszę zrobić pranie. Muszę się spakować. Na jak długo jadę? Będzie pogrzeb? – Udaję, że załamuje mi się głos. – Przepraszam, tato. Ja… nie byłam na to gotowa.
– Wiem, Cli – pociesza mnie. – Może po ciebie przyjadę?
Ależ to było łatwe.
– Naprawdę? Jesteś pewien?
– Nie chcę, żebyś jechała pociągiem, jeśli aż tak się zdenerwowałaś. Tylko uprzedzę Amy i zaraz wyjeżdżam.
Mój ojciec. Zrównoważony, niezawodny, kapitan naszego statku, dobrotliwy władca naszego życia, otaczający nas miłością tak stałą i potężną jak grawitacja.
– Dziękuję, tato. Kocham cię.
– Ja ciebie też.
Byłoby mi głupio, ale to w sumie niedaleko. Półtorej godziny, dwie, jeśli będą korki. I tak, może jestem dwudziestopięcioletnią kobietą, która dzwoni do tatusia, żeby po nią przyjechał, ale pociąg jest naprawdę koszmarny. Uciekłabym się do gorszych rzeczy, byle tylko go uniknąć.
Zostawiam telefon podłączony do ładowarki, wpycham naręcze ubrań do pralki i biorę szybki zimny prysznic. Wycieram się, myję zęby. Zaczynam poranne rytuały pielęgnacyjne. Zastanawiam się, co na siebie włożyć.
Tata nie odpowiedział na moje pytanie o pogrzeb, ale zakładam, że odbędzie się jakieś nabożeństwo. Mam sporo czarnych sukienek, tylko żadna nie wydaje się odpowiednia na opłakiwanie matki. Być może to dobrze się składa, bo nie mam pojęcia, jak ją opłakiwać.
Czy ona w ogóle chciałaby być opłakiwana? Nie wierzyła w śmierć.
Umalowana wracam do łóżka, odłączam telefon od ładowarki, przypinam lampkę do selfie i robię sobie zdjęcie w staniku i naszyjniku, demonstrując lśniący nowością wisiorek. Jest wystarczająco dobre, żeby je wrzucić na profil. Oznaczam Veronicę i Shine Inc. Podpisuję je emoji węża, diamentu i kilkoma gwiazdkami.
Patrzę na fotkę. Dla mnie jest oczywiste, że uśmiecham się na siłę. Ale nikt inny tego nie zauważy.
Kolejna lekcja mojej mamy, którą wpoiła nam na własnym nieszczęsnym przykładzie. Pokazując, czego nie robić. Pokazując, jak ważne jest, by w pełni panować nad swoimi emocjami. Bo inaczej robi się zbyt niebezpiecznie.
Kilka godzin później tata opróżnia moją lodówkę, a ja wciąż się pakuję.
– Cli, tu jest tylko jedzenie na wynos – oznajmia karcącym tonem.
– Cóż mogę powiedzieć, gotowanie nie jest dla mnie priorytetem. I zanim zaczniesz mnie pouczać, przypomnij sobie o feminizmie.
– Wiem, wiem – wycofuje się. – Mówisz jak Daphne.
Daphne uważa się za najbardziej postępową z całej rodziny, ale strasznie się oburzyła, kiedy powiedziałam, że zastanawiam się nad zarabianiem na OnlyFans.
– No dobrze. Wyniosę te śmieci, a potem powinniśmy ruszać – pogania mnie tata. – Twoje siostry na pewno nie mogą się ciebie doczekać.
– Na pewno – powtarzam. Kochamy się, ale Daphne i Leda nie zawsze się dogadują. Ja pełnię funkcję towarzyskiego smaru w naszej rodzinie, jej specjalnej przyprawy.
Klękam przed otwartą walizką, przyglądając się zawartości. Praca w branży modowej odebrała mi spontaniczność, elastyczność nawet w takich okolicznościach. To ważne, w co się ubieram i jak jestem postrzegana. Czasami wydaje mi się, że nic innego się nie liczy. Wiem, że czasami tak właśnie jest.
Tata wraca i niecierpliwie czeka, aż skończę się pakować, a ja kilka razy sprawdzam, czy mam wszystko, czego mogłabym ewentualnie potrzebować lub zapragnąć. Wynosi moją walizkę do samochodu, narzekając, że jest strasznie ciężka, a ja tymczasem zamykam mieszkanie. Potem wrzucam torbę do bagażnika, wsiadam na miejsce pasażera, kładę torebkę między nogami i odsuwam fotel do tyłu. W uchwycie na kubek stoi nieotwarta butelka wody, więc sięgam po nią, zakładając, że jest dla mnie.
– Pewnie się nagrzała – mówi tata. – Kiedy tu przyjechałem, była jeszcze zimna.
Plastik jest mokry od skroplonej pary, etykieta zwilgotniała.
– Nie ma sprawy. Dziękuję, że ją przywiozłeś. I że mnie zawozisz. I że czekałeś. I że pomogłeś mi nieść walizkę.
Przed uruchomieniem silnika tata masuje sobie ramię – niewykluczone, że próbuje wzbudzić we mnie poczucie winy. Ma posturę wikinga, ponad metr dziewięćdziesiąt, a jego włosy są szpakowate, odkąd pamiętam, łatwo więc zapomnieć, że przekroczył sześćdziesiątkę i że nie jest niezniszczalny.
– Co ty robisz, kiedy wyjeżdżasz w te wszystkie swoje podróże? Skoro aż tyle zabierasz na kilka dni?
– Może na kilka dni. Mam za mało informacji – prostuję i poprawiam nawiew, żeby nie dmuchał mi prosto w twarz gorącym powietrzem. Wciąż mam brokat na rękach. Już zawsze będę miała brokat na rękach. Brokat jest wieczny.
– To tak jak ja – bąka tata. – Helen nie zadzwoniła do mnie. Zadzwoniła do Ledy.
Nic zaskakującego. Ciotka Helen, starsza i jedyna siostra mamy, nienawidzi mojego ojca. Nienawidzi. Tuż za nim na czarnej liście plasuje się Amy. Powiedzieć, że moi rodzice nie rozstali się polubownie, to jak powiedzieć, że Challenger nie miał przyjemnego lotu1.
– Czasem umawiają się na lunch – mówi tata, skręcając w Flatbush Avenue. – Helen i Leda.
– Pytasz mnie czy informujesz?
On nie odpowiada, więc ja też nie odpowiadam. Wiem, że Leda spotkała się z ciotką Helen – obie mieszkają w Bostonie, a Helen od lat próbuje odnowić z nami kontakt. Wprawdzie Leda – kobieta o żelaznej woli i z przerostem ambicji – prawdopodobnie byłaby w stanie zatrzymać obrót Ziemi, gdyby jej bardzo zależało, lecz Tommy to łagodny kotek, który dorastał w normalnej rodzinie. Jest jej zrównoważoną piętą achillesową i nigdy nie pochwalał faktu, że uparcie wypierała się naszej matki. I choć nie udało mu się jej skłonić do zmiany stanowiska w sprawie Alexandry, to mógł ją namówić na lunch z Helen, z którego zrobiło się kilka lunchów, bowiem Leda i Helen są ulepione z tej samej, imponująco twardej gliny z piekła rodem.
Ja to wszystko wiem, ale nie wiem, czy ojciec wie. To może być pułapka, więc nie potwierdzam ani nie zaprzeczam.
– Mogę włączyć jakąś muzykę? – pytam, sięgając po jego telefon.
– Jasne, Cli. Byle nie za głośno.
Włączam Quiet Riot, bo pan James Arthur Barnes nie potrafi się oprzeć glam metalowi – ich cover utworu „Cum on Feel the Noize” zespołu Slade.
– Czadu! – mówi, kiwając głową do rytmu. – Dawaj głośniej.
– Tak jest, proszę pana.
Przez resztę drogi robię za didżeja. Trafiamy na korek, więc dotarcie do New Jersey, do domu ojca, zajmuje nam więcej czasu, niż powinno. Mercedes Ledy stoi zaparkowany na ulicy, idealnie równolegle do krawężnika. Subaru Daphne stoi krzywo na podjeździe – to ten sam poobijany hatchback, którym jeździ od czasów liceum. Stać ją na nowe auto, ale ponieważ Leda i ja jesteśmy materialistkami, Daphne postanowiła, że ona nie będzie. Wjeżdżając do garażu, tata ostrożnie wymija jej samochód. Zupełnie niepotrzebnie. Kolejne wgniecenie nie zrobiłoby różnicy.
Ogarniają mnie jednocześnie ulga i niepokój. Dzieje się tak za każdym razem, gdy przekraczam próg tego garażu, tego domu. Biorąc pod uwagę, że to dom mojego dzieciństwa, który nie był nawiedzony ani przeklęty, ani nic w tym rodzaju, nie powinnam się tutaj czuć aż tak znękana przeszłością. To ulotne wrażenie. Nigdy nie trwa długo, ale pojawia się zawsze. Napływ wspomnień, duch dawnej mnie – przedwcześnie dojrzałego dziecka, które cieszyło się, że uciekło z domu mamy, gdzie atmosfera była gęsta, brakowało przekąsek i wszystko cuchnęło papierosami oraz chardonnay. A z drugiej strony: poczucie winy, zagubienie, tęsknota za nią, niepewność, które z rodziców kochałam bardziej, któremu bardziej ufałam.
Syndrom dziecka po rozwodzie. Strasznie irytujące.
Tata wyciąga moją walizkę z bagażnika, ja zbieram wszystkie swoje torby, a Amy otwiera nam drzwi do przedsionka. Przybiera współczującą minę, choć wiem, że pewnie się cieszy ze śmierci mojej matki. Może niezupełnie cieszy, ale coś w tym rodzaju.
– Och, chodź no tu – woła i zamyka mnie w uścisku. Jej charakterystyczny zapach jest kojący, zbyt słodki i zbyt intensywny, a jednak w jakiś sposób idealny. To jak wdychanie karmelu, jak wciąganie czystego cukru. Gdy była naszą nauczycielką tańca, każdy chciał pachnieć jak ona, wyglądać jak ona, być jak ona. Kiedy przywołuję w myślach jej obraz, widzę dwudziestokilkuletnią farbowaną blondynkę w getrach i trykocie, a nie macochę, która stoi przede mną z ciemnymi odrostami i skórą pokrytą plamami od wychodzenia na słońce zupełnie niepotrzebnie i bez żadnej ochrony, z czarnym eyelinerem osiadającym w kurzych łapkach i nietwarzowym swetrem wpuszczonym w dżinsy z niskim stanem. Jej styl nigdy nie ewoluował poza rok 2010. Uważam, że to równie tragiczne, co czarujące.
– Hej, Amy – mówię.
– Wezmę bagaże – oznajmia. – Twoje siostry są na werandzie.
– To ja też tam pójdę.
Nachyla się do kolejnego przytulasa i dodaje:
– Zrobiłam trochę sangrii. Mogą być wstawione.
– I dobrze. Wtedy robią się fajniejsze – stwierdzam z nadzieją, że zostawiły choć trochę dla mnie.
Koniec darmowego fragmentu książki.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
1.Katastrofa promu kosmicznego Challenger miała miejsce 28 stycznia 1986 roku. Zaledwie 73 sekundy po starcie z przylądka Canaveral statek rozpadł się na wysokości około 14 km nad Oceanem Atlantyckim. W wyniku tragicznego wypadku zginęła cała siedmioosobowa załoga (przyp. red.).[wróć]
