Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czytane osobno, każde z tego elektryzującego zbioru opowiadań Lauren Groff to wielkie zwycięstwo: utwór odważny, sprawnie napisany i tętniący życiem. Czytane razem, historie te tworzą porywającą, niezwykłą całość. Opowiadania Groff obejmują okres od lat pięćdziesiątych XX wieku po czasy współczesne i przekraczają granice wieku bohaterów, ich pochodzenia społecznego, a także granice geograficzne (akcja rozgrywa się w Nowej Anglii, później przenosi się na Florydę i do Kalifornii), ale łączy je wspólny motyw: nieustanna walka pomiędzy ciemnymi a jasnymi stronami natury ludzkiej.
„W każdym człowieku są zwierzę i bóg, walczące na śmierć i życie” – jedna z bohaterek cytuje Nietzschego. Wśród tych, którzy zostają w tę walkę uwikłani, są młoda kobieta nagle odpowiedzialna za niepełnosprawnego brata, porywcza, bardzo potrzebująca wsparcia kogoś dorosłego nastoletnia pływaczka, matka, która utraciła swoją rodzinę, oraz dziedzic bankowego imperium obdarzony nietypowym spadkiem. Kierowani miłością, a jednocześnie spętani dobrymi intencjami innych ludzi, próbują postępować „jak należy” tak długo, jak tylko potrafią.
Precyzyjny, zaskakujący i prowokujący zbiór, zakotwiczony w głębokim zrozumieniu istoty człowieczeństwa. „Awanturnica” ukazuje powracające, czasem bolesne punkty zwrotne między miłością a lękiem, współczuciem a przemocą, rozumem a instynktem, altruizmem a walką o przetrwanie.
„Wspaniały zbiór opowiadań o rodzinach odmienionych przez rozpacz. Groff kreśli swoje postacie z niebywałą precyzją: można odnieść wrażenie, że bohaterowie tych opowieści nie zostali naszkicowani, lecz wycięci skalpelem – ostro, bez sentymentów… Każda z tych poruszających historii na długo pozostanie w pamięci czytelników.”
„Publishers Weekly”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 224
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału Brawler
Przekład Dobromiła Jankowska
Redakcja Ewa Pawłowska
Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek
Projekt okładki Jaya Miceli
Ilustracja na okładce Vladimir Dunjić
Opracowanie okładki i projekt stron tytułowych Tomasz Majewski
BRAWLER © 2026 by Lauren Groff
First published by Riverhead Books, an imprint of Penguin Random House LLC
Translation rights arranged by Andrew Nurnberg Associates Kyiv Sp. z o.o. and The Clegg Agency, Inc., USA.
All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Megan Brown
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-976870-9-7
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Wiatr
Między duszą a cieniem
Sunland
Awanturnica
Birdie
Raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy
Pod falą
Takie małe wyspy
Zwiastowanie
Podziękowania
Od autorki
O Wydawnictwie
Dla Billa Clegga
Udawaj – powiedziała matka, kiedy nocą zakradła się do pokoju córki – że jutro to po prostu kolejny zwykły dzień.
Dlatego córka wstała tak jak zawsze, umyła się, przygotowała tosty i ciepłe mleko dla braci, a kiedy jedli, opróżniła ich tornistry do skrzyni z zabawkami i spakowała do środka ubrania, szczoteczki do zębów oraz jedną książkę dla otuchy. Dzieci bezgłośnie poruszały się w ten czarny poranek, potem wyszły i na ganku włożyły buty. Na zimnym podwórzu pies uderzał ogonem o budę, ale z powodu starości nawet się nie podniósł. Kiedy szli na przystanek autobusowy, ich białe oddechy zawisały nisko nad ziemią, a za nimi podążało drogą coś dziwnego.
Gdy zatrzymali się przy skrzynce pocztowej, młodszy brat bardzo cicho zapytał:
– Czy ona umarła?
– Cicho bądź, bo go obudzisz – syknął starszy chłopiec i wszyscy troje spojrzeli na dom przycupnięty na wzgórzu w chłodnym mroku, zielony siding zamontowany poprzedniego lata tylko do połowy, zakryte kartonem frontowe okno z wybitą szybą.
Siostra dotknęła głowy młodszego brata i szeptem odparła:
– Nie, nie, nie martw się, ona żyje. Słyszałam, jak wychodzi, żeby nakarmić owce, a później pojechała do pracy.
Malec niczym kot nachylił się ku jej dłoni.
Miał sześć lat, drugi brat – dziewięć, dziewczynka – dwanaście. Moi wujowie i moja matka.
Dużo później matka opowiadała mi o przebiegu tamtego dnia, zwykle w chwilach, kiedy nie miała siły chodzić i spędzała długie minuty na wpatrywaniu się w otwartą lodówkę, by zdecydować, co przygotuje na kolację. Albo kiedy słońce wpadało jednym oknem i wypadało drugim, a ona siedziała na łóżku, mogąc już tylko oddychać, ja w milczeniu siadałam obok i znów opowiadała mi tę historię, za każdym razem tak samo, jakby wyrywała coś, co głęboko w jej środku zapuściło korzenie.
Tamtego dnia było przenikliwie zimno i powinien wiać wiatr, ale na razie wszystko jeszcze czekało, pozbawione powietrza. Po jakimś czasie starszy z braci powiedział:
– Dzieciaki będą się nabijać, że masz obitą buzię.
Moja matka dotknęła swojego oka, skrzywiła się, kiedy zabolało, ale wzruszyła ramionami.
Byli tak daleko od miasta, że autobus zabierał ich jako pierwszych, podróż miała być długa. W końcu pokazał się na końcu drogi, żółty jak słońce. Podjeżdżał tak boleśnie wolno, że nie mogli już ustać w miejscu. Moja matka czuła, jak szybko bije jej serce. Kazała braciom wsiąść najpierw i usiąść z przodu. Kierująca autobusem pani Palmer była przysadzistą kobietą, która grała na kościelnych organach i której głos, kiedy krzyczała na siedzących z tyłu niegrzecznych chłopców, przypominał przenikliwy śpiew sopranistki. Gdy zamykała drzwi, spojrzała na moją matkę i tym melodyjnym głosem zauważyła:
– Ale masz limo, Michelle.
Autobus syknął, podnosząc się z przysiadu, i ociężale ruszył.
– Wiem – odparła moja matka. – Pani Palmer, potrzebujemy pomocy.
Kobieta przyjrzała się jej, skinęła głową, a moja matka szybko poprosiła, by mogli we troje wysiąść w miejscu, gdzie miały wsiadać dzieci Yoderów.
– Tam powinna czekać nasza mama. Proszę – dodała cicho.
Na twarzach chłopców pojawiło się zdziwienie – dotąd o niczym nie wiedzieli – a potem zastąpiła je ponura akceptacja.
Zapadła cisza, ale w końcu pani Palmer odpowiedziała:
– Oczywiście, kochana. – I spojrzała z powrotem na drogę. – No i nie zaznaczę w papierach, że was brakowało. Wtedy się nie zorientują, pewnie mniej więcej do drugiej lekcji, więc zyskacie trochę czasu. – Spojrzała w lusterku na chłopców i radośnie oznajmiła: – Mam tu jagodową muffinkę. Ktoś chce jagodową muffinkę?
– Dziękujemy bardzo – odparła moja matka i usiadła obok młodszego brata, który oparł głowę na jej ramieniu.
Za oknem autobusu przemykały pola, jaśniejące do szarości, bo lekkie złoto dopiero zaczynało muskać czubki drzew. Tuż przed tym, jak autobus zwolnił, by zgarnąć grupkę małych Yoderów, ziewających i przestępujących z nogi na nogę, moja matka dostrzegła ukrytego w płytkim rowie starego Dodge’a z wyłączonymi światłami.
– Dziękujemy – zwróciła się do pani Palmer, kiedy wysiadali, a ta odpowiedziała:
– Nie ma za co, trzeba się zachowywać przyzwoicie. Będę się za ciebie modlić, kochana. Będę się modlić za nas wszystkich. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, którzy pragną zbawienia.
Po raz pierwszy, odkąd rankiem się obudziła, moja matka się ucieszyła, bo przecież osoba tak pełna muzyki, jak pani Palmer, na pewno miała posłuch u boga.
Troje dzieci przebiegło przez chmurę spalin za autobusem, a ten odjechał.
Wślizgnęli się do ciepłego samochodu, w którym matka dzieciaków ściskała kierownicę. Była bardzo blada, ale włosy miała jak zawsze lekko natapirowane. Moja matka pomyślała, jak wiele musiało kosztować jej rodzicielkę układanie fryzury w lusterku tak wczesnym rankiem, i poczuła mdłości.
– Dobrze się spisaliście, kochani – powiedziała moja babka tak wyraźnie, jak się dało, mimo poranionych ust.
Zawróciła samochód. Za ogrodzeniem przy drodze przez kilka kroków biegł za nimi cielak, a mój młodszy wujek zaśmiał się i przycisnął dłoń do szyby.
– To nie czas na śmiechy – z powagą skarcił go wujek Joseph.
Stał się później bardzo pryncypialnym mężczyzną, mieszkał w obsesyjnie czystych, niemal pustych wnętrzach, i uczył matematyki w college’u.
– Zostaw go, Joey – zareagowała moja matka. I ciszej odezwała się do swojej matki: – Biedny Ralphie myślał, że umarłaś.
– Nie umarłam – odparła moja babka. – Ale niewiele brakowało. – Próbowała w lusterku uśmiechnąć się do chłopców.
– Dokąd jedziemy? – zapytał Ralphie. – Nie wiedziałem, że gdzieś będziemy jechać.
– Jedziemy odwiedzić moją koleżankę w mieście – odparła moja babka. – Zadzwonimy do niej, jak tylko stąd wyjedziemy i znajdziemy jakiś aparat.
Włożyła do ust papierosa, ale drżące palce nie mogły nacisnąć zapalniczki, musiała to w końcu zrobić moja matka.
Jechali okrężną drogą, żeby ominąć dom, a moja matka patrzyła na minutową wskazówkę zegara na desce rozdzielczej i czuła, jak z każdą sekundą coraz bardziej ściska ją w żołądku.
– Szybciej, mamo – poprosiła cicho Michelle, a matka odparła, nie patrząc na nią:
– Ostatnie, czego nam trzeba, to żeby zatrzymał nas któryś z jego kumpli. Muszę najpierw odebrać wypłatę.
Na wzgórzu przy rzece pojawił się już szpital, jego elegancka kamienna fasada, i babka zaparkowała z tyłu budynku, przy śmietniku.
– Nie mogę ryzykować i was zostawiać – powiedziała. – Chodźcie, weźcie swoje rzeczy. Kiedy jednak ruszyła, okazało się, że idzie bardzo powoli, więc moja matka przysunęła się, by ją wesprzeć, i razem poszły szybciej.
Tylnymi drzwiami weszły po schodkach do kuchni. Jakiś przypominający zielonego grzyba mężczyzna w śmiesznej siatce na włosy niósł właśnie miskę obranych ziemniaków zanurzonych w wodzie. Nie podnosząc wzroku, warknął:
– Spóźniłaś się, Ruby.
Potem zauważył dzieci i to, w jakim są stanie, odstawił ziemniaki, wyciągnął rękę i delikatnie dotknął twarzy mojej matki szorstką, gorącą dłonią.
– Jezu. Ona również dostała? – zapytał. – To przecież tylko dziecko.
Moja matka powtarzała sobie, by nie płakać. Zawsze się jednak rozklejała, gdy obcy ludzie okazywali jej czułość.
– Stanęła między nami. To dobre dziecko – odparła moja babka.
– Zabiję tego drania – wycedził mężczyzna. – Uduszę go, jeśli chcesz. Powiedz tylko słowo.
– Nie ma potrzeby. Wyjeżdżamy. Ale muszę odebrać swój czek, Dougie. Mamy tylko cztery dolary i pół baku paliwa. Nie wiem, co zrobię, jeśli przyjdzie nam z tego żyć.
– Nie mogę – powiedział Dougie. – Czeki są wysyłane do domu, wiesz o tym. Wypełniłaś formularz. Zaznaczyłaś okienko.
Moja babka spojrzała mu prosto w twarz, być może po raz pierwszy, bo była nieśmiałą kobietą, która zwykle mówiła cicho i chodziła po świecie jak cień. Dougie westchnął i dodał:
– Sprawdzę, co da się zrobić. – I zniknął w biurze.
Przez drzwi stołówki szybkim krokiem weszły wtedy dwie kobiety. Kasjerka – pulchna, ładna nastolatka żująca gumę, i Doris – przyjaciółka mojej babki, piegowata, krępa i bezpośrednia. Dorabiała sobie, piekąc eleganckie torty z kwiatami z lukru przypominającymi irysy i ostróżki. Trudno było uwierzyć, że ta twarda kobieta ma w sobie tak wielką delikatność.
– Och, Ruby – odezwała się Doris. – Jest jeszcze gorzej, jak widzę. Jezu, jak ty wyglądasz.
– Tym razem wsadził mi pistolet do ust – powiedziała moja babka. Nie musiała szeptać, bo dzieci były poprzedniego dnia w domu, wszystko widziały. – Myślałam, że mnie zastrzeli. Ale wybił mi tylko kilka zębów.
Ostrożnie podniosła palcem górną wargę, odsłaniając spuchnięte, zakrwawione dziąsła. Kiedy Doris podeszła, by ją uściskać, babka wzdrygnęła się przed dotykiem, a Doris uniosła rąbek jej bluzki i rzuciła tylko: „O szlag!” na widok siniaków rozlanych po brzuchu i żebrach.
– Lepiej idź na górę, niech cię obejrzy jakiś lekarz – odezwała się kasjerka, zamykając otwarte z wrażenia wilgotne różowe usta. – To paskudnie wygląda.
– Nie ma czasu. Sam przyjazd tutaj jest już zbyt niebezpieczny.
Doris bez słowa zdjęła z haczyka zmęczoną skórzaną torebkę i całą gotówkę z portfela wcisnęła w dłoń mojej matki. Kasjerka zrobiła balon z gumy do żucia, przez chwilę się zastanawiała, po czym westchnęła, wzięła swoją torebkę i zrobiła to samo.
– Niech wam bóg błogosławi, dziewczyny – powiedziała moja babka. Potem wzdrygnęła się i dodała: – To w pewnym sensie moja wina. Chciałam zostać, dopóki nie skończymy strzyżenia. Wiecie, jak brutalnie traktuje owce. Chciałam im oszczędzić ran.
– Mamo? – odezwał się mój młodszy wujek stojący przy drzwiach.
– Nie, nie gadaj takich bzdur, wiesz, że to nieprawda – zdecydowanie zaprotestowała Doris. – To tylko jego wina. Nikogo innego, tylko jego.
– Mamo? – powtórzył Ralphie, głośniej. – On tu jest. – Wskazał na okno, przez które dostrzegli maskę radiowozu zatrzymującego się za Dodge’em mojej babki.
– Na podłogę – syknęła Doris i wszyscy przykucnęli na wykafelkowanej podłodze.
Usłyszeli trzaśnięcie drzwi. Doris, zadziwiająco szybko jak na swoją posturę, podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku. Sekundę później klamka się poruszyła, następnie rozległo się walenie do drzwi, a potem moja matka już nic nie słyszała przez szum pulsującej w głowie krwi.
Doris podniosła garnek z ziemniakami i ze wściekłą miną podeszła do okna.
– Czego chcesz, do diabła?! – krzyknęła. – Pokaż się, jakżeś taki odważny!
Dotarły do nas jakieś pomruki, potem Doris odkrzyknęła przez szybę:
– Nie tutaj, poszła na górę, żeby ją ktoś opatrzył! Nieźle ją urządziłeś. Ledwie chodzi – dodała ze złością.
Potem odwróciła się plecami do okna i podeszła do stołu z nierdzewnej stali na środku pomieszczenia, skąd kasjerka przez ramię Doris wyglądała na zewnątrz.
Usłyszeli odgłos uruchamianego silnika i wtedy kasjerka odezwała się ochryple:
– Dobra, wsiadł i jedzie naokoło. Ale kiedy ogarnie, że nie ma was na izbie przyjęć, to wejdzie tu do kuchni przez stołówkę. Na tamtych drzwiach nie ma zamka, nie damy rady go powstrzymać.
Doris głośno zawołała Dougiego, który wybiegł z biura z kopertą w dłoni, zaczerwieniony i trochę zawstydzony. Moja matka zrozumiała, że się tam ukrywał.
– Nie zapomnę waszej dobroci – powiedziała moja babka, ale ręce trzęsły się jej tak bardzo, że czek musiała wziąć moja matka.
– Wyślij nam pocztówkę, kiedy dotrzecie – odparła Doris. – Jedźcie już.
Moja babka znów oparła się o moją matkę i tak szybko, jak się dało, wyszły do samochodu. Ruszył, cofnął się i pojechał zielonym mostem przez rzekę. Kiedy szpital zniknął z pola widzenia, moja babka zatrzymała wóz, otworzyła drzwi i zwymiotowała na drogę.
– No dobra – powiedziała. Zamknęła drzwi, delikatnie otarła palcem usta i znów uruchomiła silnik.
Moja matka zobaczyła na zegarze na desce rozdzielczej, że minęła dopiero ósma. Nauczyciele właśnie zaczęli sprawdzać obecność. Niedługo ktoś zbierze listy i zaniesie je do biura, w którym ktoś inny – sądząc, że postępuje właściwie – zauważy, że rodzeństwo nie pojawiło się w szkole, zgłosi nieobecność, najpierw zadzwoni do domu, w którym telefon będzie dzwonił i dzwonił. Potem jednak, kiedy nikt nie odbierze, zgłoszą to na posterunek i ktoś natychmiast przekaże mu wiadomość przez radio. I wtedy dowie się, że zniknęła nie tylko żona, ale także dzieci. Mieli godzinę, może nieco więcej. W godzinę powinno im się udać wyjechać poza obszar jego jurysdykcji. Powiedziała o tym mojej babce, w myślach każąc jej mocniej naciskać pedał gazu. Babka jechała teraz szybciej, bocznymi drogami. Na wóz napierały podmuchy gwałtownego wiatru.
Przez jakiś czas siedzieli pogrążeni we własnych myślach. Moja matka liczyła gotówkę.
– Sto dwadzieścia trzy dolary – oznajmiła zdziwiona.
– To pieniądze Doris na zakupy – powiedziała moja babka. – Niech ją bóg błogosławi.
– Szkoda, że nie wzięliśmy Butcha – odparł smutno Ralphie.
– Jeszcze tego nam trzeba, twojego śmierdzącego starego psa – rzucił Joey.
– Wrócimy po niego kiedyś? – zapytał Ralphie, ale moja babka milczała.
Moja matka odwróciła się, spojrzała na braci i z goryczą oznajmiła:
– Nigdy już tu nie wrócimy. Mam nadzieję, że wszystko tam spłonie razem z nim w środku.
– Hej – słabo zareagował młodszy chłopiec. – To nie było miłe. On jest moim tatą.
– Moim też, ale mam nadzieję, że zeżre trutkę na szczury – powiedział wujek Joseph. Potem nachylił się do przodu, spojrzał na podłogę, następnie na siedzenie obok i zapytał:
– O rany. O nie. Gdzie twój tornister, Ralphie?
Wujek Ralphie rozglądał się szeroko otwartymi oczami.
– Wziąłem go do kuchni i chyba tam zostawiłem.
Przez długą chwilę milczeli, po czym do wszystkich jednocześnie dotarło, co to znaczy.
– Rany, niedobrze – powiedziała moja matka.
– Przepraszam. – Ralphie się rozpłakał. – Mamo, muszę siku.
– Doris na pewno go schowa – pocieszała go moja babka.
– Wytrzymaj, Ralphie. A jeśli nie znajdzie go w porę? – zapytała moja matka. – A jeśli on zauważy go pierwszy? Zorientuje się, że nas zabrałaś. Każe przez radio nas wypatrywać. Może już szukają.
Moja babka cicho przeklęła i spojrzała we wsteczne lusterko. Jechali już bardzo szybko po wiejskich zakrętach. Siedzący z tyłu chłopcy mocno trzymali się klamek.
Mój wujek Joey, w pokazie opanowania, przez który wydawał się starym-maleńkim człowieczkiem, powiedział:
– W porządku, Ralphie, przecież nie zrobiłeś tego specjalnie.
Mój młodszy wujek wyciągnął swoją małą dłoń, a Joseph, choć nie znosił okazywania uczuć, ją uścisnął. Kiedy byłam nastolatką, Ralphie miał wypadek na rybach i tamten zimny, surowy wujek Joseph podczas pogrzebu zupełnie się rozsypał, zaczął szlochać, a smarki płynęły mu po twarzy, groteskowo wykrzywionej w cierpieniu.
– Trzeba wyjechać za granicę stanu – powiedziała moja matka. – Tam będziemy bezpieczniejsi.
– Już cicho, muszę pomyśleć – odparła moja babka.
Dłonie ściskające kierownicę zbielały.
– Nie, powinniśmy porzucić gdzieś samochód – odezwał się wujek Joseph. – Będą go szukali. Pewnie już szukają. Musimy znaleźć parking pełen innych samochodów, pod sklepem spożywczym albo gdzieś.
– I co wtedy zrobimy? – zapytała moja babka pełnym napięcia głosem. – Pójdziemy piechotą do Vermontu? – Zaśmiała się nieprzyjemnie.
– Nie, wsiądziemy w autobus – wyjaśnił Joseph zdecydowanym, rozsądnym głosem. – Wsiądziemy w autobus i nas nie znajdą.
– Dobrze – przyznała mu rację moja matka. – Dobrze, tak, Joey ma rację, to dobry plan. Rozsądnie myśli. Został jakiś kwadrans do Albany, mają tam dworzec autobusowy, wiem, gdzie się znajduje.
Ojciec kiedyś zawiózł ją tam radiowozem, bo szkolny chór jechał autobusem na konkurs do Nowego Jorku. Po drodze zatrzymali się na koktajl truskawkowy. To było dobre wspomnienie z nim związane.
– Okej – powiedziała moja babka. – Tak. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Chyba musimy zmienić plany. – Ale po raz pierwszy od poprzedniego wieczoru w jej oczach zalśniły łzy, które zaczęły skapywać po posiniaczonych policzkach, aż musiała zwolnić, by lepiej widzieć drogę.
Później zaczęła nerwowo oddychać i pochyliła się do przodu, opierając się czołem o kierownicę, a samochód nagle zatrzymał się na środku jezdni. Wiatr zawodził wokół niego.
– Musimy jechać – ponaglała moja matka. – Musimy ruszać. Szybko.
– Naprawdę, naprawdę chce mi się siku – jęczał Ralphie.
– Już dobrze, już dobrze, już dobrze – szeptała moja babka. – Tylko moje ciało nie słucha. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę ruszyć nogami. O boże.
– Spokojnie – cicho mówiła moja matka. – Nie martw się. Nic ci nie jest. Uspokój się, masz czas, powoli.
I to była chwila, w której do mojej matki wyraźnie i boleśnie dotarło, że wszystko zależy od niej. Czuła ciężar tej odpowiedzialności na ramionach, jak dłoń przyciskającą ją do ziemi. Przypomniała się jej ścieżka z okruszków z bajki opowiadanej przez matkę w ciemności dawno, dawno temu, kiedy były w pokoju tylko we dwie, w tym życiu jeszcze bez braci, a miękki, dobry księżyc świecił przez okno, ojciec zaś był na dole, w zupełnie innym świecie. Dlatego moja matka uspokajającym głosem oznajmiła:
– Powiem wam teraz, co zrobimy. Mama weźmie głęboki oddech i pojedziemy dalej, do Albany, przez tory kolejowe, następnie skręcimy w prawo przy sklepie z paszą, potem w kierunku dużego ceglanego kościoła i za nim zaparkujemy. To tylko przecznica czy dwie od dworca. Wysiądziemy i pójdziemy tam bardzo szybko. Ja wejdę na stację, kupię bilety na pierwszy kurs dokądkolwiek, a jeśli zostanie trochę czasu, kupię nam jeszcze coś do zjedzenia w autobusie. Wsiądziemy i on pędem nas stąd zabierze. Pojedzie tam, gdzie ma jechać, ale w końcu dotrzemy do miasta. A miasto jest tak ogromne, że się w nim ukryjemy. W mieście są muzea i parki, kina i metro, i w ogóle wszystko. Mama znajdzie pracę, my pójdziemy do szkoły, znajdziemy mieszkanie, nie będziemy musieli już zajmować się głupimi owcami i będziemy bezpieczni. Nie będziemy musieli uciekać i spać w stodole. W mieście nikt nas nie skrzywdzi, rozumiecie, chłopcy? Będziemy żyć bardzo nudnym życiem, każdego dnia takim samym, i będzie wspaniale. Dobrze?
Moja matka zdążyła już oderwać dłonie mojej babki od kierownicy i przywracała w nich krążenie.
– Dobrze? Musisz tylko wziąć głęboki wdech.
– Dasz radę, mamo – powiedział Joseph.
Ralphie zakrywał buzię rączkami. Trawy wokół tańczyły na silnym wietrze, padały płasko, mierzwiły się na polnej sierści.
Potem moja matka zaczęła się modlić, z otwartymi oczami, dłońmi rozłożonymi na desce rozdzielczej, prosząc samochód, by ruszył, a moja babka powoli wrzuciła bieg i ciężko wzdychając, zaczęła jechać.
Tak właśnie moja matka opowiadała później tę historię, z najdrobniejszymi szczegółami, jakby słowami przywracała ją do życia: złote pączki forsycji na końcówkach gałęzi, ostatni śnieg topniejący w rowach, fasady domów wciąż przygnębione po zimie, wiszące nisko ciężkie szare chmury. Matka dojechała do miasta, a wiatr wzmógł się wtedy tak bardzo, że kiedy czekali na parzącej pośladki metalowej ławce przed dworcem autobusowym i drżeli nie tylko z zimna, słyszeli metalowe oczka postukujące na flagach wiszących na maszcie. Autobus nagle ożył, wypuścił kłąb spalin i zabrał ich w drogę. Opowiadała tak, jakby chciała urzeczywistnić tę szczęśliwą wersję, ale pod jej słowami słyszałam prawdziwą historię – nagły skowyt, pobladłe policzki lśniące czerwienią i błękitem, kwaśny zapach moczu. To, jak tuż przed odjazdem drzwi się otworzyły i kiedy wywlekał ją za włosy z pojazdu, moja babka odwróciła się do swoich dzieci i próbowała się uśmiechnąć, by taką zobaczyli ją po raz ostatni.
Cała trójka przetrwała. Uratowali się sami, wywalczyli życie i miłość z dala od tamtego miejsca i tamtej chwili, znaleźli jakąś bezpieczną przystań, pracę, ludzi i domy pozbawione przemocy. Jednak w mojej matce już zawsze wiał ten milczący wiatr, który raz cichł, a potem zrywał się ponownie, szalał przez całe jej życie, wpływając na każdą chwilę, która nastąpiła po tamtej. Bardzo się starała, ale nie powstrzymała tego samego wiatru, który wypełnił i mnie. Przez jej krew, przez każdy kęs jedzenia, które dla mnie przygotowywała, wsiąkł także w moje wnętrze, przez każdą noc, kiedy, drżąc ze strachu, czekała, aż wrócę do domu o umówionej porze, przez każdą reprymendę, przez wszystko, czego zabraniała mi mówić, myśleć, robić, kim być, przez te wszystkie lekcje, których mi udzieliła, ucząc, jak ma się poruszać kobieta w tym świecie. Nie była pierwszą, która miała w sobie ten wiatr, a ja oczywiście nie będę ostatnia. Rozglądam się i widzę go w tylu innych kobietach, bo wieje przekazywany z czasu jeszcze przed historią, wiatr ciemny, nieustający i szalejący gdzieś w środku.
