Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mark Twain napisał kiedyś: „Dwa najważniejsze dni Twojego życia to ten, w którym się urodziłeś, oraz ten, w którym dowiedziałeś się, po co”. Antoni Piechniczek urodził się 3 maja 1942 roku w Chorzowie i już w wieku sześciu lat wiedział, co chce robić w życiu. Duża w tym zasługa jego śp. babci Jadwigi, która zabrała wnuka na pierwszy mecz – Ruchu z Polonią Warszawa. Od tamtego momentu „Antek” nie potrafił przestać myśleć o futbolu i związał się z nim niemal na całe życie.
Jako młokos śledził losy Alfredo Di Stéfano, José Andrade oraz Gerarda Cieślika, a następnie sam z powodzeniem zaczął zawodowo grać w piłkę, zdobywając tytuł mistrzowski z Niebieskimi i Puchar Polski z legionistami. Po zawieszeniu butów na kołku błyskawicznie zajął się trenerką. Wyrobił sobie markę jako szkoleniowiec Odry Opole, a później odniósł spektakularny sukces z reprezentacją Polski. Niespodziewanie wywalczył z Orłami brązowy medal na mundialu w Hiszpanii, powtarzając osiągnięcie legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego z 1974 roku, dzięki czemu na trwałe zapisał się w historii polskiego futbolu.
Który mecz był jego najważniejszym w roli selekcjonera reprezentacji Polski? Jaką propozycję złożył mu prezydent RP Aleksander Kwaśniewski po meczu z Anglią na Wembley w 1996 roku? Co usłyszał od jednego z wpływowych działaczy podczas pracy w Zatoce Perskiej? Jaki samochód kupił sobie za pieniądze zarobione w trakcie gry w barwach Châteauroux i czego do dziś nie może zapomnieć Pawłowi Wojtali?
Syn ziemi śląskiej, patriota i erudyta, który wszedł do panteonu wielkich polskich trenerów, zyskując u rodzimych i zagranicznych kibiców dozgonny szacunek. W tej znakomitej reporterskiej książce – dzięki jego wspomnieniom, a także wypowiedziom dziesiątek rozmówców – poznajemy prawdziwy obraz człowieka, którego popularność w Polsce sięgnęła zenitu latem 1982 roku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 555
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
11 grudnia 1985 roku. Adana, prowincjonalne tureckie miasto blisko granicy z Syrią.
Reprezentacja Polski rozgrywa z gospodarzami oficjalny towarzyski mecz międzypaństwowy. Goście atakują. Jeden z tureckich obrońców uderza łokciem w twarz napastnika Andrzeja Zgutczyńskiego. Polski piłkarz upada na murawę, turecki sędzia Talat Tokat nie reaguje. Gra toczy się dalej, ale tylko przez chwilę. Polski trener gwałtownie zrywa się z ławki rezerwowych, wbiega na boisko i wślizgiem wchodzi w przeciwnika. Zabiera mu piłkę i przerywa akcję. Tumult, ale wściekły szkoleniowiec na nic nie zważa.
– A co tam wcześniej było?! – krzyczy.
Polscy piłkarze w szoku. – Nasz szkoleniowiec zawsze gwałtownie reagował na niesprawiedliwość. Ale to, co zdarzyło się w Turcji, było niezwykłe – mówi Waldemar Matysik, który grał w tamtym meczu i wciąż opowiada o tym drżącym głosem.
Tym trenerem był Antoni Piechniczek. Człowiek, który zapisał się w historii polskiego futbolu. Jako jedyny szkoleniowiec zdobył z Biało-Czerwonymi awans do dwóch mundiali, a w jednym z nich poważnie namieszał.
O nim jest ta opowieść.
ROZDZIAŁ I
(1982)
Nie można inaczej zacząć tej książki. Antoni Piechniczek osiągnął wiele sukcesów na różnych polach, ale do powszechnej społecznej świadomości przeszedł dzięki wydarzeniom z tamtego pamiętnego lata…
Kolarz na dziecięcym rowerze
„W 1982 roku Polska była bliżej zdobycia mistrzostwa świata niż w 1974”.
Rzesze kibiców uważają, że jedenastka Kazimierza Górskiego powinna być odesłana do Sèvres jako wzorzec piłkarskiego ideału. Dla nich powyższe zdanie brzmi więc jak herezja.
Muszą jednak wziąć pod uwagę to, że w 2015 roku zgodnie wypowiadają je Grzegorz Lato i Władysław Żmuda, a byli przecież na obu tych mundialach i zagrali we wszystkich turniejowych meczach. Opinia świetnych polskich piłkarzy brzmi o tyle nieprawdopodobnie, że żadna inna drużyna nie musiała pokonać aż tylu przeszkód, żadna inna drużyna nie przeżywała tylu kuriozalnych problemów co ekipa Antoniego Piechniczka. Jego piłkarze zmagali się przed mundialem w Hiszpanii i w jego trakcie z przeciwnościami, które żywcem mogliby przejąć scenarzyści serialu Alternatywy 4, nagranego zresztą rok później.
Atmosfera w Polsce jest fatalna. Od grudnia obowiązuje stan wojenny. Władza nie patyczkuje się z obywatelami, coraz więcej internowanych. Każde połączenie telefoniczne rozpoczyna uprzejmy głos, że rozmowa będzie kontrolowana. 1 lutego 1982 roku ceny artykułów żywnościowych rosną o 241 procent. Ludzie i tak wykupują wszystko. Sklepowe półki są puste, a najłatwiej dostać ocet.
Sklepikarze nie przejmują się wyglądem towarów, wcale nie musi być zachęcający. Artykuły spożywcze i przemysłowe sprzedawane są w przypadkowych opakowaniach, wystarczy pieczątka z napisem „etykieta zastępcza”. Dlatego gra naszych piłkarzy na hiszpańskim mundialu ma być miodem na serce umęczonego narodu.
Ale piłkarze też łatwo nie mają. Po ponad trzydziestu latach naprawdę trudno uwierzyć w to, w jaki sposób reprezentacja Polski przedzierała się do sukcesu w 1982 roku. Przygody piłkarzy na turnieju w Hiszpanii nie są jednak satyrą na rzeczywistość PRL-u. Oddają ducha tamtych czasów, kiedy prowizorka goniła prowizorkę. Sukces drużyny Antoniego Piechniczka można porównać do wyścigu, w którym świetny kolarz siada na dziecięcy rower, żeby się ścigać z rywalami dysponującymi najnowszym sprzętem. A jednak daje radę. To zdumiewające, ale wpada na metę w pierwszej trójce...
– Szkoda, że Antoni Piechniczek tak szybko zostawił polski futbol. Gdyby został na stanowisku selekcjonera, na pewno grałbym w piłkę co najmniej trzy lata dłużej – deklaruje po latach Zbigniew Boniek.
„Gdybyśmy mieli taką obronę ze Żmudą i Janasem i takiego bramkarza jak Młynarczyk, bylibyśmy mistrzami świata” – pisze smętnie po hiszpańskich mistrzostwach brazylijski dziennik „O Globo”.
Niedoróbki? O Matko Boska!
W pierwszej rundzie mundialu Polacy trafiają na Włochy, Peru i Kamerun. W powszechnej opinii Polska ma powalczyć o awans i drugie miejsce w grupie przede wszystkim z reprezentacją Peru. Włosi wydawali się poza konkurencją. Nastroje są jednak stonowane, hurraoptymizmu nie ma. – Przed mistrzostwami świata nie odczuwałem wielkiej społecznej presji. Ludzie mówili: „Najpierw niech wyjdą z grupy, a potem zobaczymy”. Na pewno nie byliśmy w gronie faworytów – wspomina Andrzej Buncol.
10 czerwca Polacy zostają zakwaterowani w hotelu Porto Cobo w galisyjskiej miejscowości Santa Cruz. Do pierwszego meczu cztery dni. Z początku sielanka: właściciele hotelu, bracia Francisco i Eduardo Caridadowie, zapraszają ekipę na występ folklorystycznego zespołu Los Gaiteirinos. Wydaje się, że o reprezentację zadbano jak należy. Pobudka wyznaczona na godz. 8–30. O godz. 8–45 zawodnicy stają na wadze, a pomiary notują masażyści – Zbigniew Lorek i Zbigniew Korolkiewicz.
O godzinie 9 śniadanie, potem piłkarze wychodzą na trening. Szok! Boisko obok hotelu to żałosne klepisko, murawa jest w skandalicznym stanie. Trawy właściwie nie ma, nierówne piaszczysto-gliniaste podłoże jest tylko gdzieniegdzie upstrzone nieregularnymi kępkami zieleni.
– Jak zobaczyłem to boisko, byłem przerażony i zdegustowany. Jak dobrze przygotować zespół do meczu na takiej murawie? – wspomina Antoni Piechniczek.
Trudno uwierzyć, że w takim miejscu mógłby trenować uczestnik mistrzostw świata. Nikt z działaczy tego nie przewidział?! A jednak... Okazuje się, że brak trenera Piechniczka podczas styczniowego rekonesansu w Hiszpanii to poważny błąd piłkarskich działaczy. Pojechali sami, trenera nie zabrali.
Piechniczka rozbawia pierwszy list, który przychodzi do niego na adres w Porto Cobo. To oferta z jakiegoś sklepu numizmatycznego oferującego… kupno złotych monet. Trener nie ma złota. Oszczędza na dietach, żeby wysłać widokówki wszystkim, którym obiecał.
– Niedoróbki organizacyjne podczas hiszpańskiego mundialu? O Matko Boska! – łapie się za głowę Grzegorz Lato. – Boisko treningowe było do niczego. W 1974 roku w RFN pod tym względem było perfekcyjnie. Rodzina Bofingerów w Murrhardt dbała o nas jak o własne dzieci, nigdy tego nie zapomnę – mówi Lato [Albert Bofinger był właścicielem hotelu Sonne Post, w którym byli zakwaterowani Polacy, a boiska treningowe były w idealnym stanie – przyp. aut.].
Zbigniew Boniek: – W Hiszpanii na widok boiska rzeczywiście można się było załamać. Ale my nie płakaliśmy. Urodziliśmy się przecież w komunistycznej Polsce i byliśmy zahartowani. Człowiek był szczęśliwy, że może grać i trenować... Kiedy byłem dzieckiem, rano dostawałem kromkę chleba, a wracałem do domu wieczorem, po pięciu meczach zagranych przed lekcjami, pięciu po lekcjach i po pięciu bójkach na ulicy. Nie byliśmy chowani pod kloszem, nie byliśmy płaczkami.
Działacze w pośpiechu szukają innych miejsc do treningów. Udaje się znaleźć lepsze murawy w niedalekim Courel, a później jeszcze w Vilaboa. Piłkarze trenują tam dwa razy dziennie. Działacze ustalają, że w zamian za udostępnienie obiektu Polacy rozegrają tam mecz kontrolny. Trener nie ma wyjścia, musi na to przystać.
Piłkarze nie marudzą, chcą spełniać marzenia. Niespełna 21-letni Waldemar Matysik jest podekscytowany. – Muszę się przyznać, że na mundial do Hiszpanii jechałem po... mistrzostwo świata. Naprawdę! Mundial był wyzwaniem, a ja bardzo wierzyłem w siebie i w tę drużynę. Dotąd o tym nie mówiłem, bo niektórzy mogliby to źle zrozumieć, ale ja w Hiszpanii chciałem realizować dziecięce marzenia. Właśnie po to ostro trenowałem, biegałem jak szalony. Zawsze byłem bardzo ambitny – wspomina.
Mecz numer 1. Mur z tyłu
Na przywitanie mundialu mecz w Vigo z najtrudniejszym rywalem w grupie. Włosi są faworytem każdego turnieju, w którym startują. Z poprzedniego mundialu w 1978 roku wracają z czwartym miejscem. Jedyni pokonują Argentynę – gospodarza i późniejszego mistrza świata.
Przed meczem do kadry docierają plotki z Casa de Baron w Pontevedra, gdzie stacjonują Włosi, że w ekipie Enzo Bearzota są konflikty, panuje kiepska atmosfera. Piechniczek nie daje im wiary.
Mecz kończy się remisem 0:0. Nasi uznają to za dobrą pozycję startową w walce o wyjście z grupy. Obrona spisuje się bezbłędnie. Głównego rozgrywającego rywali Giancarlo Antognoniego neutralizuje Waldemar Matysik (początkowo Piechniczek zastanawia się, czy na jego miejscu w podstawowym składzie nie powinien zagrać Roman Wójcicki). Paweł Janas dobrze pilnuje Marco Tardellego, a Stefan Majewski – Paolo Rossiego.
Antoni Piechniczek: – Po uważnej obserwacji gry Włochów byłem zadowolony z remisu, ale trzeba powiedzieć, że był to remis ze wskazaniem na naszych rywali. Ich przewaga brała się stąd, że wystawiłem jednego defensywnego pomocnika i aż trzech ofensywnych. Teraz uważam, że o jednego za dużo. Zbyszek Boniek powinien był wtedy zagrać w ataku, a zamiast niego w środku pomocy powinien wyjść inny, bardziej defensywny piłkarz, na przykład Stefan Majewski [który wystąpił wtedy na prawej obronie – przyp. aut.]. Skąd się więc wzięło to ofensywne ustawienie? Po pierwsze, bardzo chciałem wygrać na inaugurację, po drugie, pamiętałem nasz bardzo dobry mecz w Argentynie z końcówki 1981 roku (Polska pokonała wtedy gospodarzy 2:1). Po tym spotkaniu pomyślałem, że nawet dwadzieścia meczów z różnymi drużynami klubowymi to nie to samo co kilka meczów reprezentacji. Brakowało tego rodzaju spotkań.
Grzegorz Lato: – Remis z Włochami na początek mundialu to był dobry wynik. Mecz kosztował nas dużo zdrowia, graliśmy w słońcu. Po meczu nikt na wynik nie narzekał.
Zbigniew Boniek: – Byliśmy w dobrej formie, z Włochami zremisowaliśmy spokojnie, choć graliśmy zachowawczo.
W tym meczu debiutuje na mundialu Marek Kusto, napastnik Wisły Kraków. Na poprzednie mistrzostwa zabrali go zarówno Kazimierz Górski w 1974 roku, jak i Jacek Gmoch w 1978 roku, ale oba turnieje przesiedział na ławce rezerwowych. – Wprowadzenie Marka w drugiej połowie świadczyło o tym, że zależało nam na zwycięstwie. Nie baliśmy się Włochów, w ostatnich minutach nie zamierzałem bronić wyniku – mówi Piechniczek.
Polacy bezbłędnie spisują się w obronie. Włoscy napastnicy nie potrafią sobie poradzić z duetem stoperów. Władysław Żmuda: – Graliśmy tak, że ja byłem ostatni, a Paweł Janas przede mną. Miał pilnować najgroźniejszego napastnika rywali, a ja miałem go asekurować. Dobrze się rozumieliśmy, ale postanowiliśmy wymyślić własny system i poczyniliśmy wewnętrzne ustalenia. Kiedy napastnik przeciwników biegał jak szalony wzdłuż pola karnego, mówiłem Pawłowi: „Po co masz za nim tak gonić? Podzielmy się tym zadaniem. Niech on się męczy, a my będziemy mieli więcej sił”. W efekcie, kiedy jakiś napastnik schodził w lewo, to ja go przejmowałem, a Paweł mnie asekurował, a kiedy w prawo – było odwrotnie.
– A co na to trener Piechniczek? – pytamy.
– Początkowo mu to nie pasowało. Denerwował się: „Paweł, co wy robicie, ty masz go kryć!” – uśmiecha się Żmuda.
Piechniczek: – Podobało mi się, jak w reprezentacji RFN współpracowali w ten sposób Schwarzenbeck z Beckenbauerem. To zdawało egzamin. Chciałem, żeby podobnie funkcjonowało to u nas. Janas i Żmuda byli świetną parą stoperów. Paweł nigdy nie odpuszczał, a Władek to był prawdziwy lis, który zawsze wiedział, jak się ustawić.
Niemcy dotrzymują słowa: jest koperta
Pierwszego dnia pobytu w Hiszpanii kierownictwo ekipy spotyka się z przedstawicielami Adidasa zaopatrującymi reprezentację w sprzęt. Słychać narzekania, bo jest słabej jakości. Grzegorz Lato i Andrzej Szarmach nie wytrzymują, odpruwają paski z butów.
Lato: – Ludzie z firmy już po pierwszym meczu z Włochami zrobili mi piękne zdjęcie, a właściwie nie mnie, tylko mojej nodze z numerem 16 na spodenkach. Odprułem te paski, bo uważałem, że zachowanie Adidasa jest skandaliczne. Nic z tego nie mieliśmy.
Byłem już dwa lata na Zachodzie i widziałem, jak to działa. Piłkarze za reklamę powinni mieć korzyść. Działacze wyjaśniali, że Adidas zaopatruje w sprzęt polskich zawodników innych dyscyplin. Odpowiedziałem, że mnie nie interesują inne dyscypliny. Niech inni załatwiają sobie na własny rachunek. Ja tę firmę za długo za darmo reklamowałem.
Zbigniew Kaliński, sekretarz PZPN, naciska na obu piłkarzy, żeby nie wszczynali awantury.
– To głupia sytuacja – mówi.
Lato: – Nie pasuje wam? Nie wstawiajcie mnie do składu, ale ja zdania nie zmienię. Nie będę grał.
Konsternacja. Do Laty podchodzi Edward Kucowicz, kierownik drużyny: – Przedstawiciel Adidasa chce z tobą rozmawiać.
Lato się zgadza. – Chodźmy do mojego pokoju – zaprasza.
Zabiera Kucowicza, który ma tłumaczyć, i Władka Żmudę.
W pokoju Laty na podłodze stoi osiem nowiutkich par butów Diadory. Przedstawiciele tej firmy obiecują 3 tysięcy dolarów za każdy mecz rozegrany w tych butach.
– Co to jest? – pyta przedstawiciel Adidasa.
– Nie widać? Buty. Ja was już tyle lat reklamuję. Olimpiada, mistrzostwa świata, druga olimpiada, drugie mistrzostwa. Teraz już trzeci mundial, a wy nic!
Człowiek Adidasa z pokorą przyjmuje krytykę. Ustala stawki z piłkarzami za grę w grupie i za wyjście z grupy.
– Osobiście na tym straciłem, ale wywalczyłem, żeby premię od Adidasa dostali wszyscy zawodnicy – mówi Lato.
– Tylko żebym was nie szukał, jak wyjdziemy z grupy – mówi na odchodne przedstawicielom Adidasa.
Niemcy dotrzymują słowa. Po zwycięstwie z Peru wysłannik firmy przynosi Lacie szarą kopertę.
– Komplet?
– Tak jest.
Lato: – Przeliczyliśmy pieniądze z Władkiem Żmudą. Uznaliśmy, że podzielimy je między piłkarzy i pierwszego trenera, a na lekarza i masażystów się zrzucimy. Dostali po 550 dolarów, byli bardzo zadowoleni.
Nikt nie chce powiedzieć, ile pieniędzy wypłacił piłkarzom Adidas.
Mecz numer 2. Potężni, muskularni rywale z Afryki
Pięć dni później mecz z Kamerunem w La Corunii. W Polsce olbrzymi optymizm, zlejemy „kelnerów” jak nic! O Kameruńczykach w kraju nikt nic nie wie, mówi się o nich z pobłażliwością. Ale Piechniczek nie jest pewny zwycięstwa. – Wiedziałem, na co stać Kamerun. Trzy miesiące przed mundialem pojechałem do Libii na Puchar Narodów Afryki. Kameruńczycy trzy razy tam zremisowali [kolejno 1:1 z Tunezją, 0:0 z Ghaną i 0:0 z Libią. Ghana i Libia doszły aż do finału, który po karnych wygrali Ghańczycy 7:6 – przyp. aut.] i pechowo odpadli, zajmując trzecie miejsce w grupie. Może ich wyniki nie robiły wrażenia, ale widziałem dwa mecze tej reprezentacji. Wiedziałem, że na mundialu będzie ciężko. To była twarda drużyna, grająca bardzo szczelnie w obronie.
Zaimponował mi ich bramkarz Thomas N’Kono. Miał fantastyczne warunki fizyczne i był niezwykle skoczny. Dodajmy do tego potężnych, muskularnych, bezkompromisowych obrońców, z którymi każde fizyczne starcie jest kłopotliwe...
Mimo to Piechniczek ustawia zespół ofensywnie. Panuje opinia, że z takim rywalem nie wypada inaczej. Błąd!
– Wiedzieliśmy, jakie oczekiwania są w Polsce. Miało to być łatwiutkie, wysokie zwycięstwo. Wysokie, bo przecież bramki mogą się liczyć przy awansie. Cud, że tego meczu... nie przegraliśmy. Kiedy teraz, po latach, czytam nasz skład, muszę przyznać, że ustawiłem drużynę zbyt ofensywnie, wycofałem nawet Matysika. Kto miał przechwytywać piłki? Za bardzo chciałem wygrać. W efekcie Kameruńczycy często mieli przewagę na boisku i stworzyli wiele sytuacji, z których mogła paść bramka – przyznaje Piechniczek.
Polacy dostają zadanie skracania pola gry. Odległość między najbardziej wysuniętym do przodu Andrzejem Iwanem a stoperem Władysławem Żmudą ma być jak najmniejsza. Chodzi o to, żeby Kameruńczycy nie „rozbujali się” w środku pola. Paweł Janas ma kryć najgroźniejszego z rywali, słynnego potem Rogera Millę.
Paweł Janas: – Wiedzieliśmy, że z Kamerunem nie będzie łatwo. Trener opowiedział nam, co widział na mistrzostwach Afryki. Dobrze pamiętam Millę, potem rywalizowaliśmy w lidze francuskiej – ja w Auxerre, on w Bastii i St. Etienne. Był dobry technicznie i szybki, z niezłym dryblingiem. Z Władkiem Żmudą ustawialiśmy się tak, żeby być jak najbliżej niego. Gdyby miał czas, żeby się rozpędzić, mógłby minąć nawet pół drużyny. Sprawiał nam trochę kłopotów, ale najważniejsze, że nic nie strzelił. Zero do zera.
– Byliśmy krajem zacofanym informacyjnie – mówi Zbigniew Boniek. – Kamerun dla większości naszych kibiców to było tylko jedenaście „małp”, które nie potrafią grać. A przecież wtedy rodziła się w Kamerunie reprezentacja, która była strasznie mocna, tylko nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Mogliśmy ten mecz wygrać 4:0. Dwa razy wybili mi piłkę z pustej bramki. Gdyby ktoś tamten mecz obejrzał dzisiaj, musiałby przyznać, że z Kamerunem grałem nie „dobrze”, ale „bardzo dobrze”. Na pewno niewiele gorzej niż w meczu z Belgią. Ale cóż, skoro z Kamerunem nie wygraliśmy, trzeba było zrobić rozpierduchę.
Jeśli piłkarz się rozkraczył, to co trener winien?
Jedną z gwiazd tej drużyny ma być Andrzej Iwan. Cztery lata wcześniej napastnika Wisły Kraków zabiera na mundial Jacek Gmoch. Iwan w wieku 18 lat debiutuje w reprezentacji Polski w meczu z Tunezją.
W Hiszpanii Piechniczek umieszcza go w podstawowym składzie. Iwan rozgrywa cały mecz z Włochami. W 25. minucie drugiego meczu z Kamerunem pada na murawę. Zerwanie mięśnia. Nie ma szans na dalszy udział w mistrzostwach. Piłkarz jest rozżalony. Uważa, że po kontuzji został bez pomocy. Wini za to selekcjonera.
W swojej autobiografii jednocześnie rozbrajająco przyznaje, że był do Antoniego Piechniczka... uprzedzony. „Cóż to była za udręka – Piechniczek. Nie lubiłem go, jeszcze zanim się poznaliśmy.
Macie tak czasami, prawda? Oceniacie kogoś z dystansu, nawet nie musicie podchodzić (...). Antoni Piechniczek nie spełniał ani jednego warunku, byśmy mogli znaleźć wspólny język. Wszystkie sygnały, które wysyłał, były sprzeczne z moimi. Kiedy został selekcjonerem, powiedziałem tylko: – O kurwa!” – napisał Iwan.
W trakcie kariery nigdy jednak selekcjonerowi nie mówi wprost, że go nie lubi, nie szanuje i że nie chce grać dla reprezentacji, którą on prowadzi. Ba, nie protestuje, kiedy Piechniczek powołuje go na mundial, i nie odmawia wejścia na pokład samolotu lecącego do Hiszpanii. Uzmysławia sobie jedynie, że „ma awersję do apodyktycznych trenerów”.
Antoni Piechniczek: – Mam żal do Iwana, bo dopiero po latach, długo po mundialu, dowiedziałem się, że miał do mnie jakieś pretensje. Do dziś właściwie nie wiem o co.
Wtedy w oczy nic mi nie powiedział. A ja zawsze w niego wierzyłem. Do mundialu był u mnie jednym z najczęściej grających piłkarzy w reprezentacji. Zawsze występował na środku ataku, a że zdołał strzelić tylko jednego gola – w towarzyskim meczu z Irlandią – to inna sprawa. Po drugie, Iwanowi nie podobało się, jak został potraktowany, kiedy odniósł kontuzję, a przecież powiedzieliśmy mu od razu: „Andrzej, leczenie takiego urazu trwa około sześciu tygodni. Na mundialu już nie zagrasz. Albo od razu lecisz do kraju, żeby się leczyć, albo zostajesz z nami”.
Iwan kalkuluje: jeśli zostanie z drużyną, może liczyć na takie pieniądze jak wszyscy. Jeśli wyjedzie, nie wiadomo, jak będzie z premią.
Zostaje z kolegami w Hiszpanii.
Lekarz nie może się nim zajmować przez cały czas, ma na głowie pozostałych piłkarzy.
Zbigniew Boniek: – Andrzeja szanuję. Wiem, że miał różne problemy w życiu [alkohol – przyp. aut.] i radził sobie z nimi lepiej lub gorzej. Zawsze byliśmy dobrymi kolegami i na kadrze nigdyśmy sobie w paradę nie wchodzili. Ale uczciwie mówiąc, w sporze Piechniczek – Iwan biorę stronę trenera. Andrzej wyszedł na mundialu w pierwszym składzie, selekcjoner miał do niego zaufanie i liczył na niego. A jeśli w trakcie turnieju się rozkraczył, to co trener winien? To normalne, że selekcjoner liczy żołnierzy gotowych do bitwy i nie ma czasu zajmować się tymi, którzy walczyć nie mogą.
Pretensje Iwana są niesłuszne.
– Nieładnie zachował się „Ajwen” – mówi Grzegorz Lato. – Po latach obraził prawie wszystkich w swoich wspomnieniach, przykro było słuchać. Ja tego gówna, które napisał, nie czytałem. Powiedziałem mu tylko, co o tym myślę. Mógł go przecież Piechniczek w Hiszpanii od razu wsadzić w samolot i do Polski wysłać. A pozwolił mu zostać.
Józef Młynarczyk: – Iwan to był taki fajny chłopak. Mógł powiedzieć, że brakuje mu pieniędzy, a nie pisać głupoty, poratowalibyśmy go. Nie utrzymuję z nim kontaktu.
Piechniczek: – Niedawno zauważyłem Iwana na Stadionie Narodowym w Warszawie podczas meczu reprezentacji. Rozmawiał ze Zdzisławem Kręciną. Podszedłem i powiedziałem: „Andrzej, na głowę upadłeś, że piszesz takie bzdury?”. A on mi na to:
„Panie trenerze, trzeba, żeby coś się działo, żeby się sprzedawało”. Czasem piłkarze zachowują się jak prostytutki. Chodzi o to, że mówią coś, co dziennikarze chcą usłyszeć. Dokładają do pieca, bo wiedzą, że to się sprzeda – mówi Piechniczek.
Ryszard Komornicki: – Na miejscu trenera nie przejmowałbym się słowami Iwana. To był wprawdzie najlepszy piłkarz, z jakim grałem, ale często nie myślał trzeźwo.
Weź pan chłopaka
Nad piłkarzami Wisły Kraków podczas tego mundialu wisi fatum. Drugi wiślak, Jan Jałocha, jest podstawowym lewym obrońcą. W trzecim meczu z Peru już w 26. minucie musi zejść z boiska, bo od uderzenia piłką pęka mu jądro.
Trzeci wiślak, Piotr Skrobowski, utalentowany defensywny pomocnik, nie gra w Hiszpanii nawet minuty. Kontuzjowany jeszcze przed turniejem.
Antoni Piechniczek: – Skrobowski złamał kość piszczelową tydzień przed wyjazdem na mundial. Był załamany. Podeszli do mnie starsi piłkarze i powiedzieli: „Trenerze, weź pan tego Skrobowskiego na mundial. Facet, który miałby go zastąpić, siedzi teraz na plaży i piwsko żłopie. A Skrobowski jest lubiany, nie będzie panu wrzucał świń do ogródka. Zasłużył sobie na ten wyjazd”.
Piechniczek się zgadza. Dziennikarze wyciągają mu, że zabiera na mundial kontuzjowanego zawodnika. – To była moja decyzja i ja brałem za nią odpowiedzialność. Szczerze? Miałem gdzieś, co o mnie mówili – wspomina trener.
– Po latach też zdaję sobie sprawę, że zabranie Skrobowskiego na mundial do dziś może być dla wielu kontrowersyjne. Ciągle uważam jednak, że postąpiłem słusznie. Ten chłopak, nawet kontuzjowany, był ważnym elementem drużyny – podkreśla Piechniczek.
Wkrótce okazuje się, że ze Skrobowskim jest jednak drobny problem.
Lato: – Kiedy dzieliliśmy pieniądze z Adidasa, uznałem, że Skrobowskiemu nic się nie należy. Całe mistrzostwa spędził na basenie. Opalony był jak Murzyn! Powiedziałem do Iwana i Jałochy: „Dostaliście pełną kwotę, mimo że jesteście kontuzjowani. Jak jesteście tacy charakterni, że się o niego upominacie, to zrzućcie się na niego. Ja się nie podzielę”.
Przez resztę mundialu Piechniczek nie słyszy słowa pretensji od trójki kontuzjowanych wiślaków.
Antek, ja na razie o tobie źle nie mówię
Atmosfera po meczu z Kamerunem fatalna. O sytuacji gorączkowo dyskutują działacze i trenerzy obserwatorzy. PZPN wysyła bowiem do Hiszpanii również kilku innych szkoleniowców: Edmunda Zientarę, Huberta Kostkę, Władysława Żmudę (nie mylić z piłkarzem o tym samym imieniu i nazwisku, młodszym o 15 lat) i Waldemara Obrębskiego. Oglądają mecze w innych grupach.
Piechniczek: – Po dwóch bezbramkowych remisach prasa chciała nas pożreć. Uznano, że to najsłabsza grupa, bo w jej meczach nie padały gole [w czterech pierwszych padły tylko dwa – przyp. aut.]. Jakby średnia goli decydowała o poziomie gry. Niektórzy przestali pamiętać, że w stawce były aż trzy drużyny, które znalazły się w najlepszej ósemce poprzednich mistrzostw świata. Czy to nie ironia losu, że to właśnie z tej grupy wyszli późniejsi mistrzowie świata i zdobywcy trzeciego miejsca?
Ale dziennikarze skupiają się na tym, że w dwóch meczach Polska nie zdobyła nawet jednej bramki. Dostaje się Bońkowi, który miał być asem atutowym, a na razie nie potrafi tego pokazać.
Po latach Piechniczek przyzna, że czas między meczami z Kamerunem i Peru był najtrudniejszy w jego trenerskiej karierze: – Przed meczem z Peru podchodzili do mnie różni ludzie i mówili: „Pokaż, że masz jaja, i posadź Bońka na ławce rezerwowych”. Inni chcieli więcej: „Posadź go na trybunach”. Komentator Janek Ciszewski przyszedł pierwszy do mnie do pokoju. Odpiął protezę i zapytał, czy poczęstuję go jakimś dobrym trunkiem. Nalałem mu szklaneczkę whisky, a on do mnie tak: „Wiesz co, Antek? Ja na razie o tobie źle w telewizji nie mówię, ale muszę dbać o własny tyłek. Na twoim miejscu zrezygnowałbym z Bońka”.
Odpowiedziałem mu: „Jasiu, na szczęście to ja decyduję. Zbyszka zawsze można posadzić na ławce, ale wtedy na pewno stracimy go na zawsze. A to nie jest przecież facet, z którego można łatwo zrezygnować. Jeśli wygramy z Peru, zobaczysz, że wszystko się zmieni”.
Boniek: – Ja nie z tych, którzy się łatwo obrażają. Na Jacka Gmocha też się nie obraziłem, gdy mundial w 1978 roku zaczynałem na ławce rezerwowych. A przecież właśnie tam mieliśmy najsilniejszą drużynę w historii, byłem w strasznym gazie.
Katowicki „Sport” uznał mnie za najlepszego piłkarza wiosny, a i tak usiadłem na ławce. Dopiero przed meczem z Meksykiem Gmoch mi powiedział: „Wystawiam cię, bo cała Polska tego chce. Pokaż mi się z dobrej strony”. No to strzeliłem dwa gole. Czy po takiej szkole mógłbym się obrazić na Antoniego Piechniczka? Bez sensu...
– Uważam, że mecz z Kamerunem miał największy wpływ na to, co się dalej działo – wspomina Bogusław Hajdas, asystent Piechniczka. – Po tym spotkaniu spadła na nas totalna krytyka. Boniek był łasy na komplementy, nie przyjmował krytyki. Był charakterny, zawadiacki, zdarzało mu się wyładowywać złość na innych. Ale to świetny zawodnik.
Ta drużyna musi się odblokować
Grzegorz Lato: – Po nieszczęsnym meczu z Kamerunem Zbyszek zamknął się w pokoju, przeżywał. Rozmawialiśmy z trenerem, prosiliśmy, żeby nie robił rewolucji, że nie ma co mieszać w składzie, wiemy, o co gramy.
Boniek: – Byłem postrzegany jako lider tej drużyny, więc „po polsku” uznano, że lidera trzeba zmienić, a wtedy na pewno wszystko dobrze pójdzie. No bo jak to: Polska nie wygrywa z jakimś Kamerunem? „Panowie, trzeba kogoś odstrzelić”. Trener Piechniczek nie dał sobie jednak wejść na głowę. Wiem, że różni ludzie dawali mu rady, ale na szczęście „różni ludzie” nie decydowali o reprezentacji. Trener Piechniczek był zbyt doświadczony, żeby ulec takim podszeptom. Był fachowcem i wiedział, że ta drużyna musi się odblokować. Na szczęście nie oszalał. Zrobił zmiany, które okazały się trafione. Wrzucił do środka Kupcewicza, mnie przesunął do ataku. Miał nosa.
Po meczu z Kamerunem piłkarze próbują ratować atmosferę na własny sposób.
Boniek: – Byliśmy zaszczuci tym remisem. Podszedłem do Piechniczka i powiedziałem: „Panie trenerze, chcemy dziś wieczorem wyjść na dwie–trzy godziny i pogadać we własnym gronie. Musimy odreagować”. Trener się zgodził. Śmiać mi się chciało, bo przed wejściem do hotelu stał Włodzimierz Reczek, prezes PZPN, i kategorycznie zapowiadał: „Kto przejdzie przez te drzwi, już nigdy więcej nie zagra w reprezentacji!”. Dobre! Powiedzieliśmy mu, że w takim razie sam będzie w niej grał, i... wyszliśmy. Jedynym, który bał się opuścić hotel głównym wyjściem, był Romek Wójcicki. Poszukał schodów przeciwpożarowych, spadł z nich i się pokaleczył.
Przy piwie Boniek tłumaczy kolegom z drużyny: – Chłopaki, za dwa, trzy dni gramy mecz o wszystko, ale nie ma co panikować. Jeśli wygramy, wszystko będzie w porządku. Po trzech godzinach zawodnicy zgodnie z obietnicą wracają do hotelu.
Boniek: – Prezes PZPN nie był szczęśliwy, że wyszliśmy z hotelu, ale miał przynajmniej piłkarzy z jajami.
Paweł Janas: – Przed meczem z Peru wszyscy działacze byli już spakowani. Nakupili nawet egzotycznych owoców na prezenty do Polski. Potem musieli się rozpakować, a my te owoce jedliśmy.
Boniek: – Graliśmy o nie w karty.
W drużynie buzuje, piłkarze wściekli na dziennikarzy
Mecz z Peru ma zadecydować o wszystkim. Przegrana oznacza pożegnanie z mundialem. Trenerzy i działacze mobilizują piłkarzy. Na poranną odprawę przychodzą pod krawatami. Apel ma uroczysty charakter, prezes Włodzimierz Reczek podkreśla powagę chwili. Waldemar Matysik: – Hasło, że liczą na nas ludzie w całej Polsce, rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie. Byłem tak zmobilizowany, że bardziej chyba się nie da.
Ale piłkarze są coraz bardziej wściekli na dziennikarzy. Dociera do nich ostra krytyka w polskich mediach.
Antoni Piechniczek: – Radio miało zapewnioną łączność z krajem przez całą dobę. Dariusz Szpakowski, który wtedy pracował jeszcze w radiu, zaproponował, żebyśmy w małych grupach przyjeżdżali do studia w centrum miasta. Mogliśmy pogadać z rodzinami i znajomymi za darmo. Trudno było nie skorzystać z takiej okazji. Po treningach kolejne trójki piłkarzy brały służbowy samochód i w towarzystwie uzbrojonego ochroniarza jechały do radia. Rozmawiali i od razu wiedzieli, jaka jest atmosfera w Polsce. „Słuchaj, a ten dziennikarz napisał na ciebie to, a tamten co innego”.
Zawodnicy są wściekli, mają żal. W ekipie aż buzuje.
– Partia uznała, że dziennikarze polecą na mistrzostwa czarterowym samolotem razem z ekipą, i zaznaczyła, że będą tam tak długo jak my. Jeśli po trzech meczach Polska odpadnie, oni też wracają. Dłuższy pobyt wiązał się z większym kieszonkowym – mówi Piechniczek.
Przed meczem z Peru żona przekazuje Piechniczkowi prośbę swojego brata, który pracował w Hucie Batory: „Antek! Ludzie w hucie mówią, żebyś zdjął wreszcie ten garnitur, który zakładasz na mecze, i przebrał się w dres. Garnitur przynosi pecha. Jak założysz dres, na pewno będzie lepiej”.
Piechniczek: – Posłuchałem i pomogło!
Mecz numer 3. Z piekła do nieba
Selekcjoner decyduje się na kilka poważnych zmian w składzie. Wciąż stawia na Bońka, ale przesuwa go do ataku. Jego miejsce w drugiej linii zajmuje dotychczasowy rezerwowy Janusz Kupcewicz. Jako defensywny pomocnik wraca też Waldemar Matysik.
Piechniczek: – Każdy trener powinien mieć w składzie kilku piłkarzy, którzy są na tyle uniwersalni, że potrafią grać na kilku pozycjach. Boniek, który czyta grę doskonale, jest klasycznym tego przykładem. W Hiszpanii nie szło mu w środku pola. Zdecydowałem, że z Peru zagra w ataku. Ucieszył się faktem, że wystąpi w tym meczu.
Boniek: – Kiedy człowiek jest w formie, może grać na każdej pozycji. W Juventusie cały czas grałem jako wysunięty pomocnik, ale kiedy trzeba było, to i w obronie mogłem zagrać. Zdarzało mi się to i w Romie, i wcześniej, w Widzewie. To kwestia chęci, woli, zaangażowania, poświęcenia. Kiedy słyszę, jak zawodnik mówi: „Trener wystawił mnie na lewej pomocy, a na prawej byłbym lepszy”, to jest zwykła ściema.
Piotr Czaja, trener bramkarzy: – Mecz z Peru był najtrudniejszym momentem mundialu w Hiszpanii. Wtedy wszystko się ważyło. Tim, trener Peru, opowiadał, że nawet jeśli ktoś ich obudzi w środku nocy, to z Polską i tak wygrają. To spotkanie odblokowało nas psychicznie, ten mecz zaczął budować naszą pewność. Po starciu z Peru w drużynie zaczęła się rodzić dobra atmosfera.
Jego podopieczny Józef Młynarczyk spisuje się podczas mundialu świetnie. W trakcie meczów właściwie nie popełnia błędów. Piechniczek: – Józiu był bardzo lubiany w drużynie, także dlatego, że był kontaktowy, bezpośredni i bardzo sumiennie traktował każdy trening, był zawsze przygotowany. Dbał o sprzęt, miał zawsze czyste spodnie bramkarskie do rzucania się, przygotowane rękawiczki. Zawsze ładnie pachniał, bez względu na okoliczności. „Józiu, co ty grasz dziś jakiś mecz międzypaństwowy, czy co?”, żartowaliśmy podczas treningów.
Z Peruwiańczykami już w pierwszej połowie Boniek strzela gola. Nasza ławka rezerwowych zrywa się z miejsc, ale meksykański sędzia Lamberto Rubio Vázquez nie uznaje bramki. W przerwie atmosfera napięta, bo Polacy rozegrali już pięć połówek, a jeszcze nie zdobyli bramki. 225 minut bez gola!
W przerwie Piechniczek mówi piłkarzom: – Panowie! Rozpoczniemy drugą połowę wysokim pressingiem. Grajcie, jak graliście dotychczas. Przede wszystkim konsekwentnie, bo stwarzaliście sytuacje i bramki wreszcie muszą paść. Musicie sobie jednak uzmysłowić jedno – jeśli nie wygramy tego meczu, dla mnie będzie to koniec przygody z reprezentacją, ale dla większości z was również. Nowy selekcjoner może was nie powołać. Przemyślcie to i weźcie pod uwagę. Wykrzeszcie z siebie to, co w was siedzi.
W szatni nie ma biadolenia, wszyscy skupieni i zawzięci. Piłkarze namawiają się na Peruwiańczyków: „Po każdej stracie od razu siadamy na nich i odzyskujemy piłkę”.
Druga połowa jest jak ze snów. Pierwszego gola strzela Smolarek po przechwycie piłki na połowie przeciwnika przez Kupcewicza. Piechniczek: – Włodek był typem walczaka z wielkimi przebłyskami inteligencji.
Zaraz potem Lato posyła piłkę z daleka, tuż obok samotnego bramkarza. Lato: – Dobrze pamiętam tamtego gola. Marek Dziuba zagrał daleko, Boniek odegrał głową. Peruwiański bramkarz wyszedł daleko od bramki, a obrońcy nie mieli żadnych szans mnie dogonić. Ja mu więc ci-ci-ci w sam środek brameczki. Jeszcze się tylko zakurzyło na linii bramkowej, he, he, he!
Marek Dziuba: – Początkowo na mundialu nie łapałem się do składu, ale w tym sporcie często jest tak, że nieszczęście jednych jest szczęściem drugich. Gdy w pierwszej połowie meczu z Peru Jasiu Jałocha został kontuzjowany, wskoczyłem do składu i już nie oddałem miejsca. Przed wejściem na boisko byłem zdenerwowany. Rozegrałem wcześniej 44 mecze w reprezentacji, nie byłem nowicjuszem, ale czułem ogromną odpowiedzialność. „A co będzie, jeśli zawalę bramkę, przeze mnie przegramy mecz i odpadniemy? Co jeśli stanę się antybohaterem?” – myślałem. Na szczęście zaraz po wejściu na boisko przestałem o tym myśleć.
Bardzo dobrze układała mi się współpraca z Grześkiem Latą. Ja grałem na prawej obronie, on na prawej pomocy. Mówiłem mu, żeby nie wracał, że od biegania będę ja, a on niech goni do przodu, bo robi niepotrzebne zamieszanie. Mam satysfakcję, że po moim wybiciu Grzesiek pognał z piłką i strzelił gola na 2:0.
Trzeci gol Bońka po rzucie rożnym, a czwarty to bomba Buncola.
Buncol: – To była rzeczywiście piękna akcja. Poszliśmy z kontrą. Grzesiek Lato podał z prawej strony, Boniek przepuścił piłkę, trafiła do mnie. Kiedy Zbyszek wbiegł w pole karne, podałem mu, a on piętką, myląc Peruwiańczyków, odegrał mi piłkę. Trafiłem idealnie lewą nogą pod poprzeczkę. Taki gol na mistrzostwach świata! Czego chcieć więcej? Tak spełnia się marzenia. Widziałem to potem w telewizji z tysiąc razy!
Boniek: – Buncol oglądał to tysiące razy? Nie rozumiem Andrzeja, bo ja oglądałem to... miliony razy! Lubię oglądać ten mecz. Fajne bramki wtedy strzelaliśmy. Gdy mnie pytają o najładniejszą bramkę, odpowiadam, że to nie ja ją strzeliłem, tylko Buncol.
Czasem człowiek ma większą satysfakcję, kiedy koledze dobrze poda, niż kiedy sam strzeli. Andrzej to był mój człowiek. Świetnie grał w piłkę i był dobrym kumplem. Mało mówił, ale zawsze trzymał się „na kole”. To znaczy, że zawsze był z tyłu. Jak gdzieś szliśmy, to nikt się o niego nie musiał martwić, bo wiadomo było, że jest zaraz za nami. A kiedy szliśmy na piwko, „Buncolek” zawsze był.
Piątą bramkę zdobywa Włodzimierz Ciołek płaskim strzałem minutę po wejściu na boisko. Stracony w końcówce gol nie ma już żadnego znaczenia.
Piechniczek: – W Polsce kochali nas wszyscy.
Wał dla redaktorów
Lato: – Kiedy Boniek strzelił bramkę Peruwiańczykom, od razu poleciał do trybuny głównej, na której siedzieli polscy dziennikarze, i krzyknął: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę”. I pokazał im wała.
– Odreagowałem – wspomina Boniek. – Media były w rękach propagandy. Wyżywały się na mnie, bo byłem symbolem tej drużyny. Bardzo mnie bolało, gdy mówili, że Bońkowi nie zależy już na kadrze, bo podpisał kontrakt z Juventusem Turyn. Jak się obronić przed takim stwierdzeniem? Ale właściwie dobrze się stało. Dzięki temu narastała we mnie sportowa złość. Było nerwowo, ale w piłce musi być taka atmosfera, bo jak jej nie ma, to się z nikim nie wygra.
Mimo wszystko piłkarze wcale nie żyli z dziennikarzami źle. Paweł Janas: – Rozumieliśmy, że w tamtych czasach oni też mieli ciężko. Podczas mundialu często u nas spali, wynosiliśmy im jedzenie z kuchni. Diety były głodowe, a wiadomo, że każdy chciał kupić jakiś prezent swojemu dzieciakowi. Jedzenie i spanie mieliśmy za darmo, więc pomagaliśmy. Niektórzy dziennikarze spali u nas na podłodze w przedpokoju.
Jednym z polskich fotoreporterów na tym mundialu jest Marek Wielgus. Zaprzyjaźnia się z piłkarzami i choć nie ma akredytacji na turniej, udaje mu się wejść na wszystkie mecze! Grzegorz Lato oddaje mu własną akredytację. Wielgus odwraca ją na drugą stronę, żeby nie było widać zdjęcia, i zakłada dres z napisem „Polska”. Nikt go nigdy nie sprawdza, wszędzie się wkręca.
Lato prosi czasem Wielgusa: „Marek, daj nam swoją beemkę, chcemy pojechać do radia”.
– Zaparkowaliśmy kiedyś w mieście na chodniku. Wracamy, a auto już na lawecie. Zbyszek Boniek kłóci się z policją, zbiera się tłum gapiów. Ludzie stanęli w naszej obronie. „Zostawcie ich, to nasi goście”. Rozdaliśmy wtedy mnóstwo autografów – wspomina Lato.
ZAPIERNICZAMY, ile się da
Podczas mundialu w Hiszpanii Janusz Kupcewicz po raz pierwszy wchodzi na boisko w meczu z Peru. Dobrze spisuje się w pomocy.
Kupcewicz: – Pierwsze dwa mecze przesiedziałem na trybunach. Gdybyśmy wygrali z Kamerunem, być może z tych trybun już bym się nie podniósł do końca turnieju. Trener uznał jednak, że musi coś zmienić, i w przeddzień meczu z Peru poinformował mnie, że zagram. Byłem w dobrej dyspozycji i gotowy do gry. Nie denerwowałem się.
Kupcewicz i Boniek debiutują w reprezentacji jeszcze u Kazimierza Górskiego, w tym samym towarzyskim meczu z Argentyną na Stadionie Śląskim w 1976 roku. Kupcewicz zmienia Bońka 25 minut przed końcem.
W Polsce plotki, że Boniek ma z Kupcewiczem na pieńku. – Były jakieś drobne nieporozumienia, ale między nami nie było niechęci – zapewnia po latach Kupcewicz.
Boniek: – Janusz pięknie grał, dobrze się poruszał. Ładnie to wyglądało, więc niektórzy kreowali go na lidera. Ale faktycznym liderem byłem jednak ja i to wystarczyło, żeby gdzieś ktoś wydumał jakiś konflikt. Kiedy trener Piechniczek wystawił go przeciw Peru, powiedziałem mu: „Janusz, zapierniczamy, ile się da”, a on bardzo dobrze odegrał swoją rolę. W Polsce lubimy mity, puszczamy bąki, a małą wagę przywiązujemy do faktów.
Według Bońka Kupcewicz bardziej na pieńku miał z trenerem Piechniczkiem niż z nim: – Janusz był bardzo dobrym piłkarzem, ale trener wiedział, że Kupcewicz nie wykorzystuje swojego potencjału. Pamiętam, że na jednym z treningów po pierwszym meczu z Włochami wkurzył się na niego i wygarnął: „Janusz, ty wszystko robisz na 75 procent”. Janusz czuł się odstawiony i tak się zachowywał, jakby wtedy łaskę robił. Ale potem trafił do jedenastki i dobrze się stało.
Antoni Piechniczek: – Wiedziałem, jaki potencjał ma Kupcewicz, choć nie zawsze miał udane momenty. Podczas przygotowań do mundialu w jednym z mniej ważnych sparingów w fatalny sposób zmarnował sytuację sam na sam. Zamiast strzelać od razu, chciał ośmieszyć bramkarza i nie wyszło. Bramkarz się rzucił i zabrał mu piłkę. Dużo Polaków było wtedy na meczu. Po tej sytuacji zaczęli na nas gwizdać i wyzywać od „pachołków Jaruzelskiego”. Zdenerwowałem się, ściągnąłem Janusza, ostatecznie wygraliśmy. Po powrocie do hotelu słyszę z różnych stron: „Antek, daj już sobie spokój z tym Kupcewiczem. Widzisz, co zrobił…”. Zacząłem się zastanawiać. „Przecież to ja podejmuję decyzje. Jak zrezygnuję z Kupcewicza to ograniczę sobie pole manewru… Dobrze zrobiłem, że z niego nie zrezygnowałem!
Janusz Kupcewicz: – Moja przygoda z reprezentacją nie była łatwa. W debiucie u Kazimierza Górskiego na rozgrzewce wszystko było dobrze, ale potem spaliłem się psychicznie. Za Jacka Gmocha chciałem nawet zrezygnować, bo nie czułem się dobrze traktowany. Owszem, jeździłem na zgrupowania, było fajnie, ale powiedziałem sobie, że nie chcę być traktowany jak słup, nie chcę wozić za innymi toreb. Mój tata przekonał mnie jednak, żebym się nie poddawał, żebym wytrzymał. „Synu, twój czas jeszcze nadejdzie” – mówił i cieszę się, że go posłuchałem.
Lato: – Zbyszek i Janusz kłócili się podczas ostatniego meczu z Francuzami o trzecie miejsce. Kupcewicz chyba stracił piłkę, Boniek do niego skoczył. Zbyszek zawsze był impulsywny. Musiałem zareagować. „Uspokójcie się! Ty trzymaj mordę na kłódkę, ruda małpo, a ty, talencie pieprzony [to do Kupcewicza – przyp. aut.], jak ci się nie podoba, to wypierdalaj z boiska. Po pyskach dajcie sobie, ale w szatni. Nie na boisku!”
No Polacco, Argentino
Po wygraniu grupy Polacy kolejne mecze rozgrywają w Barcelonie. Dochodzi do największej wpadki działaczy na tych mistrzostwach. Kadra ma zamieszkać w wygodnym hotelu Valles, położonym 35 km od Barcelony. Niestety, działacze nie wierzyli, że Polska wyjdzie z grupy, nie wpłacili odpowiednio wcześnie zaliczki. A chodzi o kilka tysięcy dolarów.
Właściciele nie czekają i wynajmują hotel reprezentacji Argentyny. Kiedy Polacy wychodzą z grupy, działacze zaczynają gorączkowo szukać innego hotelu. Oddalony o 50 km od centrum miasta hotel nazywa się Residencia Gispert i wydaje się w porządku.
Tyle że nie ma klimatyzacji.
Boniek: – Wszedłem do pokoju, słońce wali, 40 stopni, nie ma nawet żaluzji. Mieszkałem z Władkiem Żmudą. Mówię mu: „Władziu, tu będzie ciężko zasnąć. Jak się wieczorem piwka nie napijemy, nic z tego nie będzie”.
Władysław Żmuda: – Działacze w ogóle się nie sprawdzili. Pod względem organizacyjnym to było amatorstwo.
Hubert Kostka: – Kiedy nasza drużyna awansowała do drugiej rundy, wszyscy trenerzy obserwatorzy mieli się spotkać z kadrą w Barcelonie. Dzwonię do hotelu Valles, w którym miała być zakwaterowana polska reprezentacja, a tam mi mówią: „No Polacco, Argentino”. Poszedłem do biura mistrzostw, dopiero tam podali mi nowy adres.
Poważne przykrości spotykają trenera Władysława Żmudę. Prosto z Sewilli, gdzie obserwuje m.in. Brazylię, jedzie pod adres, który wcześniej przekazują mu działacze PZPN. Zapominają poinformować go o zmianie planów i w hotelu Valles zaskoczony Żmuda spotyka Argentyńczyków. Po kilku godzinach, w środku nocy, pojawia się pod właściwym hotelem, który ze względów bezpieczeństwa jest obstawiony przez wojsko.
Ochrona nie chce wpuścić trenera do środka. Żąda przeliterowania imienia i nazwiska.
– Wła-dys-ław Żmu-da – mówi.
Ochrona sprawdza na liście gości. Jest! Ale to... piłkarz. Ten facet podaje się za piłkarza?! Brać go!
Szef ochrony przypuszcza, że jakiś przybłęda chce się dostać do hotelu i udaje piłkarza polskiej reprezentacji. Szybka decyzja – kajdanki i do aresztu.
Hubert Kostka: – Schodzimy na śniadanie, dowódca ochrony melduje, że w nocy jakiś facet chciał się włamać do hotelu i podawał się za Władysława Żmudę, więc go zatrzymali.
Na szczęście nieporozumienie zostaje wyjaśnione.
Mecz numer 4. Popis Zbigniewa Bońka
Niezwykły mecz z Belgią jeszcze przed mundialem przewiduje pianista Stefan Rembowski, były żołnierz Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. To uznany artysta, jego utwory wykonują m.in.: Maria Koterbska, Irena Kwiatkowska, Maryla Rodowicz, Irena Santor i Jerzy Połomski. Dla Bohdana Łazuki („pieszczocha socjalizmu” – jak mówi o nim Rembowski) pisze piosenkę, która przechodzi do historii polskiego futbolu. Także dlatego, że... przepowiada w niej przyszłość. W trakcie mundialu Łazuka wykonuje piosenkę setki razy:
Entliczek – pentliczek
Co zrobi Piechniczek
Tego nie wie nikt.
Kto się zmartwi, kto rozerwie
Czy przed przerwą, czy po przerwie
Tego jeszcze nie wie nikt.
Uśmiechów, radości,
Kłopotów czy żalu
Czego będzie więcej?
To tajemnica mundialu
Mundialu to tajemnica.
Ja jednak wierzę, że nie będzie źle
E viva Espania, ole!
Uliczkę znam w Barcelonie
W uliczkę wyskoczy Boniek
Będzie słychać na stadionie
„Brawo Polonia,
Brawo ten pan”.
A my przy telewizorach
Na pewno w różnych humorach
Czy szampana, czy nerwosan
Pić będziemy – okaże się!
W Barcelonie Polska wygrywa z Belgią 3:0, a Zbigniew Boniek strzela trzy bramki (przy trzeciej wyskakuje właśnie w... uliczkę na wolne pole).
Boniek: – W trakcie tego meczu Belgowie łapali się za głowy. Rzeczywiście wtedy nie byli mi w stanie przeszkodzić. Z piłką wszystko mi wychodziło, robiłem, co chciałem.
Zdarzają się takie dni. Czuliśmy się wtedy mocni, wiedzieliśmy, że potrafimy grać w piłkę. To zwycięstwo należało nam się jak psu kość, z taką formą musieliśmy iść do przodu.
Kiedy strzeliłem trzecią bramkę, trener Piechniczek wyszedł z boksu i bijąc brawo, powiedział: „Dziś ma takie natchnienie, że wszystko mu wychodzi”.
Antoni Piechniczek grę Bońka w tym meczu uznaje za najlepszy indywidualny występ piłkarza za jego kadencji selekcjonera: – Był fantastyczny. Ciśnienie z drużyny trochę zeszło, bo miała już świadomość, że osiągnęła plan minimum i w kraju nikt nie będzie sobie na piłkarzach używał. Mecz ułożył się nam idealnie, trudno uważać, że mógłby lepiej. Pierwszy gol był wspaniały. Lato z prawej strony wycofał do Bońka, a ten przywalił pod poprzeczkę. Potem żartowaliśmy: „Zbysiu, masz szczęście, że piłka wpadła do bramki. Tak mocno uderzyłeś, że gdybyś przestrzelił, już by tej piłki nie znaleźli”.
Lato: – Doskonale pamiętam tego gola. Asysta w meczu z Belgią. Po prawej stronie przy linii końcowej ograłem dwóch obrońców, zaparłem się na nogach. Akurat Zbyszek nadbiegał, wycofałem mu piłkę. Taka laga mu weszła, że bramkarz nawet nie jęknął.
Piechniczek: – Druga bramka była jeszcze piękniejsza. Daleki przerzut Kupcewicza, główka Buncola i kolejna główka Bońka, piłka lobuje wychodzącego bramkarza. Trzeci gol jeszcze inny.
Przy trzecim golu Boniek wychodzi na czystą pozycję, mija bramkarza Theo Custersa i trafia do pustej bramki. – Klepaliśmy sobie piłkę ze Smolarkiem, nagle zagrałem między dwóch Belgów, klyk-klyk, a potem Zbyszek załatwia sprawę – wspomina Lato.
Boniek: – Moja żona z nerwów nie oglądała meczów. Jak graliśmy z Belgią, wyłączyła telewizor i czytała książkę. Słyszała z zewnątrz krzyki, więc włączyła telewizor i dowiedziała się, że strzeliłem wszystkie trzy bramki.
Tego meczu nie ogląda też najstarsza córka trenera, Joanna. Modli się w tym czasie w kościele.
Joanna Piechniczek-Buczek: – Już drugi raz podczas tego mundialu prosiłam o powodzenie drużyny. Po raz pierwszy poszłam do kościoła w czasie meczu z Peru. Wiedziałam, że to najważniejsze spotkanie. Od niego zależało, czy Polacy przejdą dalej. W kościele byłam sama. Kiedy wyszłam na wyludnione ulice, z otwartych okien usłyszałam okrzyki radości. Domyśliłam się, że wynik musi być korzystny dla naszych. Skoro udało się z Peru, postanowiłam modlić się także w czasie spotkania z Belgią.
Żona Piechniczka w domu ogląda tylko dwa mecze. – Dosyć miałam telefonów, pytań dziennikarzy, sesji fotograficznych. My to naprawdę przeżywaliśmy. Nerwy były podwójne: grała nasza reprezentacja, a prowadził ją mój mąż. Ciężko było czytać i słuchać ataków na męża, wiedziałam, że nie jest mu łatwo. Przenieśliśmy się do koleżanki, a w domu telefon pewnie nie przestawał dzwonić.
Belgowie uznają klasę Polaków
Drużynie pomagają wskazówki Huberta Kostki, który ogląda Belgię we wcześniejszych meczach. – Byłem obserwatorem, m.in. grupy trzeciej, w której grali Belgowie. Jako obserwatorzy mieliśmy nie tylko zdać sprawozdanie z turnieju, ale – co oczywiste – pracowaliśmy również dla reprezentacji – mówi Kostka. – Przyglądając się Belgom, zwróciłem uwagę na kilka spraw. Kochali pułapki ofsajdowe, stosowali je namiętnie.
Uznałem, że warto spróbować to wykorzystać. Spotkałem się z Antkiem, mówiłem też o tym Zbyszkowi Bońkowi. Radziłem, by zwrócili uwagę na centry Vercauterena i uważali na duet napastników Alex Czerniatynski – Erwin van der Bergh. Ale Belgia, choć ówczesny wicemistrz Europy, była wtedy w naszym zasięgu – mówi Kostka. Jego praktyczne porady piłkarze wykorzystują doskonale.
Piechniczek: – Dali się złapać na spalone zaledwie dwa lub trzy razy. Moim zdaniem świadczyło to o dużych możliwościach drużyny. Różnorodność rozwiązań taktycznych, umiejętność improwizacji... Bardzo mnie to cieszyło. Drużyna zagrała świetnie. Szybko strzelona bramka ustawiła spotkanie. Belgijski szkoleniowiec Guy Thys po meczu podał mi rękę i powiedział, że wygraliśmy zasłużenie.
Marek Dziuba: – Świetnie wykorzystaliśmy fakt, że z tyłu zabrakło im kontuzjowanych bramkarza Pfaffa i obrońcy Geretsa.
Grzegorz Lato: – Zbyszek to był kozak. Po meczu dziennikarze przyszli zrobić z nim wywiad. Wszedł, popatrzył i spytał: „A gdzie krzesło dla pana Bońka?”. Taka mała zemsta piłkarza, bo po dwóch pierwszych meczach niektórzy reporterzy w złośliwych artykułach radzili mu, żeby wyszedł na boisko z taboretem.
Paweł Janas: – Z Belgami, wbrew pozorom, musieliśmy się sprężyć. Czerniatynski był „w gazie”, potrafił z łokcia sprzedać, ale my z Władkiem też to potrafiliśmy, więc daliśmy sobie radę.
Grzegorz Lato: – Świętowaliśmy mój setny mecz w reprezentacji [po latach, po dokładnym wyliczeniu i odjęciu meczów nieoficjalnych, okazało się to spotkanie numer 96 – przyp. aut.], dostałem także sympatyczny prezent od Belgów. Pamiętali, dali mi kwiaty i ładny zegarek. A sam mecz? Zaświtało, że może być co najmniej powtórka z 1974 roku!
Może się pan z nami zabrać
Kibice, coraz bardziej interesujący się grą piłkarzy, nie mają pojęcia, z jakimi problemami boryka się sztab reprezentacji. Najgorzej mają trenerzy obserwatorzy.
– Według przepisów ustalonych w kraju mieliśmy się wyżywić za 5 dolarów, a nocleg zdobyć za 30 dolarów – wspomina Hubert Kostka.
W czasie mundialu nie ma szans, by znaleźć nocleg w tej cenie. Kiedy Kostka przyjeżdża do Alicante, sama taksówka z lotniska do hotelu kosztuje 50 dolarów. Cena za noc – 160 dolarów. Kostka musi sobie radzić, na PZPN nie może w tej sprawie liczyć. – Niedaleko była plaża, a na niej kosze. Złączyłem dwa, położyłem torbę pod głowę i tak przespałem kilka nocy. Budziły mnie służby porządkowe – wspomina Kostka.
Potem w biurze turystycznym udało mu się załatwić nocleg za 20 dolarów za noc w nadmorskim mieście Benidorm, 45 km od Alicante. – Nie miałem już pieniędzy na transport, ale zabrałem ze sobą zdjęcia, breloczki, proporczyki polskiej reprezentacji. To mi pomogło. Z hotelu codziennie rano wyjeżdżała argentyńska wycieczka. „Może się pan z nami zabrać”, proponowali.
Ale Kostka nie narzeka. Do dziś uważa wyjazd do Hiszpanii w 1982 roku za jeden z najpiękniejszych w życiu.
Mecz numer 5. Przynieść ludziom satysfakcję
Mecz ze Związkiem Radzieckim decydował, która drużyna awansuje do czołowej czwórki. ZSRR też wygrał z Belgią, ale tylko 1:0.
Antoni Piechniczek:– Wiedzieliśmy, że wystarczy remis. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to spotkanie ma wielkie znaczenie. Wszyscy chcieliśmy zmian w kraju, dobrze życzyliśmy „Solidarności”. Wiedzieliśmy, że zwycięstwem w tym spotkaniu możemy ludziom w Polsce przynieść mnóstwo radości i satysfakcji. Ale koncentracja przed tym meczem i świadomość stawki sprawiały, że polityka zeszła na dalszy plan. ZSRR miał wtedy bardzo dobrą drużynę.
Pamiętałem ich znakomity, choć przegrany mecz z Brazylią na początku mistrzostw w Hiszpanii. Zaprezentowali się fantastycznie, a trzeba zaznaczyć, że spróbowali wariantu bez aklimatyzacji. Po prostu: przylecieli, przespali się i następnego dnia rozegrali świetny mecz z Brazylijczykami. Biegali bez opamiętania.
Grzegorz Lato: – Ruscy mieli rewelacyjny, bardzo silny zespół. Mecz był wyjątkowo ciężki, bardzo wyrównany.
Paweł Janas: – ZSRR? Wojna z obu stron była straszna, czasami, przyznaję, złośliwa. Łapało się przeciwników za koszulki, czasem przywaliło z łokcia. Grałem na Błochina. Ustaliliśmy, że trzeba odcinać go od piłek. Jeśli jednemu się nie udało, drugi miał być zaraz obok.
Zbigniew Boniek: – Sformułowanie „dobra drużyna” jest za słabe. Oni byli przemocni... Ale daliśmy radę! Owszem, lekko nas przydusili, ale to wynikało ze scenariusza. Broniliśmy bezbramkowego remisu, zostawiliśmy im trochę przestrzeni, ale mogliśmy wygrać. Nieoczekiwanie świetną okazję miał Matysik.
Waldemar Matysik: – Nigdy nie miałem nadzwyczajnego strzału [w 55 występach w reprezentacji Matysik nie strzelił ani jednej bramki – przyp. aut.], ale doskonale pamiętam, że mogłem zdobyć gola na mistrzostwach świata. W meczu z ZSRR niespodziewanie – także trochę dla samego siebie – przeprowadziłem rajd przez pół boiska i wyszedłem sam na sam z Rinatem Dasajewem. Nie miałem już sił, uderzyłem trochę rozpaczliwie z kapy, więc bramkarz złapał. Zbyszek Boniek mówił potem, że gdybym to strzelił, zniósłby mnie na rękach z boiska.
Zwycięski remis ze Związkiem Radzieckim był opiewany i upamiętniany na różne sposoby. Piechniczek: – Po latach miałem okazję rozmawiać z Walerym Łobanowskim, który wtedy był asystentem Konstantina Bieskowa, trenera Rosjan. Powiedział mi: „Wiesz, my naprawdę chcieliśmy wygrać tamten mecz. Ale mając do wyboru: zaryzykować przegraną, iść otwarcie do przodu albo zagrać asekuracyjnie i nie przegrać, wybraliśmy ostatecznie to drugie rozwiązanie. Przegrana z wami byłaby dla nas ujmą na honorze, a remis był do przyjęcia”.
Łobanowski rozumie język polski, więc przed meczem krąży wokół polskiej ekipy, przychodzi na konferencje prasowe. Chce się jak najwięcej dowiedzieć o Polakach.
Marek Dziuba: – Uważałem na Olega Błochina, a dobrze pamiętałem, że to właśnie przez niego wyleciałem z reprezentacji Jacka Gmocha w 1977 roku. W Wołgogradzie przegraliśmy wtedy z ZSRR 1:4 i to był mój ostatni mecz u tamtego selekcjonera. Nie zabrał mnie na mundial do Argentyny [lewoskrzydłowy Błochin między 73. a 77. minutą strzelił dwa gole, a zaraz potem Gmoch ściągnął Dziubę z boiska – przyp. aut.]. W Hiszpanii udało mi się zrewanżować. Pilnowałem go. Tym razem Błochin nic nie strzelił i to my awansowaliśmy dalej. Świetnie się wtedy czułem fizycznie.
Mecz do dziś wszyscy pamiętają dzięki wyczynom Włodzimierza Smolarka, który pod koniec, biegnąc z piłką, nie kieruje się na bramkę, tylko w stronę... narożnej chorągiewki. „Kiedy było coraz bliżej końca, pomyślałem sobie: czy teraz nie pograć trochę na czas, na utrzymanie wyniku, a przy okazji tak, aby trochę wkurzyć rywala? Umiałem się zastawić, mocno trzymałem się na nogach i rzeczywiście wybiłem przeciwnika z rytmu” – wspominał po latach nieżyjący już piłkarz.
Grzegorz Lato: – Włodek w tym meczu przeszedł sam siebie. Jechał do rogu i uprawiał tańce.
Antoni Piechniczek: – Wielu ludzi pamięta z tego meczu przede wszystkim ucieczki Włodzimierza Smolarka z piłką do narożnika. To była inteligentna gra na czas. Przepisy tego nie zabraniały. Pomyślałem: „Co ja mu będę bronił?”. Ja tego nie wymyśliłem, musiał podpatrzyć to gdzie indziej, to był jego nawyk wyniesiony z klubu. Rosjanie byli tym oburzeni. Uznali, że taka gra była nie fair.
Wtedy to było coś nowego. Dziś korzystają z takich zagrań wszystkie drużyny. Mało tego, zostało to udoskonalone: czasem aż dwóch piłkarzy do rogu idzie! Jeden trzyma piłkę, a drugi go asekuruje.
Po remisie z ZSRR Polacy stają się światową sensacją. „Zastanawiamy się, jak to się dzieje, że Polska już na trzech kolejnych mundialach jest w czołówce. Dobrze, żeby nasi piłkarze brali przykład z Polaków, którzy pokazali, co znaczy wiara we własne siły. Co pewien czas w polskim zespole pokazują się nowi ciekawi zawodnicy. Tym razem są to Janas, Buncol i Matysik” – donosi węgierska gazeta „Népszabadság”.
A ja się z nimi koszulką wymienię!
Meczowi ze Związkiem Radzieckim towarzyszy niezwykła otoczka. Na trybunach są polscy kibice rozwijają transparenty „Solidarności”. Transmisja do kraju odbywa się z kilkuminutowym opóźnieniem. Kiedy hiszpańska telewizja pokazuje trybuny z transparentami, w Polsce na wizji pokazywany jest neutralny fragment trybun.
Grzegorz Lato: – Siedział facet w reżyserce i kiedy pojawiał się transparent z „Solidarnością”, naciskał guzik z przebitką i pokazywał kibiców. W polskiej telewizji niczego nie można było dostrzec. Słyszałem, że kiedy kibice na trybunach wywiesili transparent „Solidarności”, interweniowali Rosjanie i policja hiszpańska podeszła do kibiców, żeby napis zdjąć. Ale kibice nie pozwolili: „Nie wolno go tykać”.
Antoni Piechniczek: – O tym, że w Polsce transmisja odbywała się z kilkuminutowym opóźnieniem, żeby rodacy nie mogli zobaczyć transparentów „Solidarności” na trybunach, dowiedzieliśmy się dopiero później.
Grzegorz Lato: – W drodze na mecz polscy piłkarze naradzali się, czy wymienić się z Ruskimi koszulkami. Większość zadeklarowała, że się nie wymienią. A Boniek na to: „Ja się wymienię”.
Boniek: – Traktowałem to jako skalp. Zawsze byłem apolityczny. Szczerze mówiąc, lubiłem rosyjskich piłkarzy. Spotykaliśmy się na różnych meczach i mieliśmy dobre stosunki. Czasem widujemy się z Siergiejem Bałtaczą, który mnie krył i kilka razy ciężko pokopał na boisku. Wyrzucam mu wtedy w żartach: „Zobacz, jeszcze mam na nogach siniaki, które mi nabiłeś”.
Grzegorz Lato: – Pułkownik Henryk Celak, odpowiedzialny za bezpieczeństwo Warszawy podczas stanu wojennego, przed meczem zrobił nam polityczny wykład. Przestrzegał, żeby głupot nie robić. A Zbyszek mówi mu: „Co pan nam tu pieprzy głupoty. Jeśli będziemy przegrywać, w ostatniej minucie z pięści napieprzam i tyle”. Bo to jaja były. Gramy superważny mecz, a tu facet z polityką nam wyjeżdża. Nas polityka nie interesowała.
Piłkarze mają to gdzieś, ale komunistyczna władza niczego nie chce zostawić przypadkowi. Jeszcze w maju ustala, że ekipa na mundial będzie liczyć aż 44 osoby (w tym 22 zawodników).
Paweł Janas: – Działaczy było zaskakująco dużo. Wielu nie znaliśmy. „Pewnie ich wysłano, żeby nas pilnowali. Szpicle” – mówiliśmy między sobą.
Nominację na komisarza wojskowego w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu otrzymuje płk Wacław Feryniec, zastępca szefa Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego. Odpowiada za dozór nad tym, co się dzieje w Hiszpanii.
W czasie II wojny światowej Feryniec jest dowódcą czołgu T-34 o numerze 102 wchodzącego w skład I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte (pierwowzoru „Rudego” z książki Janusza Przymanowskiego Czterej pancerni i pies). Teraz się wścieka, że na mundial wysłano aż 22 dziennikarzy. Jego zdaniem to przesada i „jawne nieliczenie się z możliwościami kraju i jego aktualną sytuacją gospodarczą”.
Kurde, Zbyszek, z Włochami nie zagrasz?
Antoni Piechniczek: – Byliśmy szczęśliwi, ale w trakcie tego meczu sędzia pokazał żółtą kartkę Bońkowi. Drugą w tych mistrzostwach, więc nie mógł zagrać w półfinale z Włochami.
Pierwszą żółtą kartkę daje Bońkowi francuski arbiter Michel Vautrot już w pierwszym meczu mundialu. Polacy długo ustawiają mur, zniecierpliwiony arbiter pokazuje kartonik pierwszemu z brzegu piłkarzowi – akurat jest nim Zibi. Drugą kartkę pokazuje szkocki sędzia Robert Valentine w meczu z ZSRR.
Boniek: – Naprawdę pilnowałem się, żeby nie dostać drugiej żółtej kartki, ale sędzia Valentine bardzo chciał mi pokazać kartonik. Z jego strony to było działanie intencjonalne, jestem o tym na sto procent przekonany! Uważam, że sędzia miał w tym jakiś interes. Ukarał mnie tylko za to, że się zderzyłem z zawodnikiem ZSRR!
Boniek do dziś jest przekonany, że to włoski spisek. – Ta kartka oznaczała, że nie zagram w meczu półfinałowym. Takie były czasy. Wiceprzewodniczącym FIFA i szefem UEFA był Włoch Artemio Franchi. Decydował o wszystkim.
Boniek chce wyjaśnić sprawę z sędzią Valentine. Wkrótce ma okazję. – Po mistrzostwach świata Juventus występował w Pucharze Mistrzów [awansował wtedy do finału, po drodze w półfinale eliminując Widzew – przyp. aut.]. W drugiej rundzie graliśmy ze Standardem Liege, sędziował właśnie Valentine. Zrobiłem test. Z rozmysłem wpadłem na Simona Tahamatę, żeby sprawdzić, jak zachowa się Valentine.
A on mi nawet kartki nie dał! Po meczu podszedłem więc z pretensjami: „To jest niemożliwe, panie sędzio! Nie dał mi pan dziś żółtej kartki, a kilka miesięcy wcześniej na mundialu dostałem ją za nic!”.
Valentine musiał się poskarżyć Juventusowi, bo otrzymałem pouczenie z klubu: „Zibi, reprezentujesz Juventus, prosimy cię, nie zachowuj się tak” – wspomina Boniek.
Decyzja Valentine’a psuje morale polskiej drużyny przed półfinałem. Boniek: – Z perspektywy czasu wiem, że kartka, którą dał mi Valentine, ustawiła półfinał. Spowodowała, że z chłopaków lekko zeszło powietrze. „Kurde, Zbyszek, z Włochami nie zagrasz?” – upewniali się po meczu z ZSRR. Uważam, że gdybym wtedy zagrał, nie przegralibyśmy tego półfinału. Niektórzy Włosi do dziś mnie pytają, co by to zmieniło.
Odpowiadam: „Dobrze, to odstawmy w tym meczu Rossiego, a ja będę grał”. I co by się stało?
Rozluźnienie
W styczniu piłkarze reprezentacji trenują ze sobą 14 dni, w lutym – 16, w marcu – 5, w kwietniu – 5, w maju – 28. Od 9 czerwca do 12 lipca są razem w Hiszpanii. Można zwariować, widząc ciągle te same twarze. – Trener Piechniczek postępował mądrze, przymykając czasem oko na różne wyskoki – uważa Boniek.
Piłkarze czasami wariują, każdy ma swoje dziwactwa. Włodzimierz Smolarek ma zwyczaj siadania w autokarze tuż przy kierowcy. Nieustannie zachęca go do szybkiej jazdy. Chwali hiszpańskiego kierowcę, który przed pierwszym meczem z Włochami dwustukilometrowy odcinek trasy pokonuje w dwie godziny. Niedościgłym wzorem dla Smolarka jest klubowy kierowca Widzewa, który drogę z Łodzi do Warszawy pokonuje w półtorej godziny.
Piechniczek stara się urozmaicić zawodnikom monotonny pobyt w Hiszpanii. Organizuje m.in. wycieczkę do klasztoru w Montserrat niedaleko Barcelony. Nazajutrz hiszpańskie gazety są pełne zdjęć Smolarka zapalającego świecę.
Zawodnicy z nudów robią sobie nawzajem i działaczom dowcipy. Grzegorz Lato: – Jeszcze w hotelu w Vigo działacze podczas posiłków odgrodzili się od nas parawanem i winko pili. Na naszym stole były małe bułeczki, więc my tymi bułeczkami bum, bum, bum, bum... za parawan.
Działacze wybiegają wzburzeni. – Co jest? Co się dzieje?!
Piłkarze: – Nic się nie dzieje.
Odczekują chwilę i powtarzają bombardowanie do czasu, aż kelnerzy zwijają parawan.
Obiektem żartów był także Włodzimierz Reczek, prezes PZPN. Lato: – Był bardzo niski. Na hotelowym korytarzu stały duże lodówki z napojami. Każdy brał, co chciał. Zauważyliśmy, że Reczek były strasznie łasy na coca-colę. Wyciągnęliśmy więc wszystkie butelki i zostawiliśmy tylko jedną, na samym dole, żeby musiał się po nią schylić. Z jego wzrostem to było trudne. Dyskretnie patrzyliśmy, czy wpadnie do środka. Od razu byśmy go tam zamknęli. Niestety, nie wpadł...
Piłkarze gnębią prezesa w inny sposób. Grzegorz Lato: – Reczek mieszkał w pokoju 216. Po każdym meczu siadaliśmy w barze. „Załatw u Antoniego, żebyśmy po piwku mogli się napić” – mówi jeden do drugiego. „Panie trenerze, można po piwku? Można”.
Sączyliśmy więc te piwka. A kiedy podchodził kelner, to mu się mówiło: „Na rachunek pokoju 216”. Wszystko szło na koszt Reczka. Afera była, jak do płacenia przyszło.
Prezes rzucał się strasznie, ale inni działacze mu wytłumaczyli: „Daj spokój, nie rzucaj się. Chłopaki piwko na twój koszt pili, ale co to jest 5 tysięcy dolarów do zapłacenia, skoro mamy taki sukces?”.
Do dziś krążą plotki, że przed półfinałem z Włochami niektórzy piłkarze za bardzo się „rozluźnili”.
Trener Bogusław Hajdas: – Żałuję, że nie udało się osiągnąć na tym mundialu więcej, choć sukces i tak był wielki. Zabrakło nam cierpliwości. Może przeszkodziło zbyt ostre świętowanie po meczu ze Związkiem Radzieckim? Zawodnicy nie mieli alkoholu w pokojach, ale był w lodówkach na korytarzu... W tym samym czasie trener Włochów Enzo Bearzot pozwolił swoim piłkarzom na sześć godzin spotkania z rodzinami i to było wszystko. Potem ostro zabrali się do roboty.
Władysław Żmuda: – Przed Włochami niektórzy piłkarze za bardzo się rozluźnili, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Taka jest prawda. Gdybyśmy mieli lepsze warunki hotelowe, gdyby było mniej imprez, kto wie, co by się stało, dokąd byśmy zaszli.
Grzegorz Lato: – Zapewniam, że przed meczem z ZSRR nie było żadnego szaleństwa. Piwko, owszem, było, ale o balandze mowy nie ma.
Mokre prześcieradła nie pomogły
Tego lata nad Morzem Śródziemnym panują rekordowe upały. Zawodnicy nie mogą wytrzymać, bo w hotelu Gispert nie ma klimatyzacji. Najgorsze są noce.
Paweł Janas: – Woda w basenie była cieplejsza niż w łazience. Całą noc przewracaliśmy się w łóżkach.
Zbigniew Boniek: – Mieliśmy problemy ze snem.
Grzegorz Lato: – Najgorsza była ostatnia noc przed meczem z Włochami. Siedziałem na balkonie z ręcznikiem na głowie.
Marek Dziuba: – Załatwiła nas pogoda. Było tak gorąco, że musieliśmy spać na golasa. Moczyliśmy prześcieradła i przykrywaliśmy się nimi, co wystarczało zaledwie na kilka minut. Zamiast wypocząć, byliśmy rano jeszcze bardziej zmęczeni. Czuliśmy się rozbici jak po największym pijaństwie.
Władysław Żmuda: – Większość z nas przed meczem z Włochami nie spała. Albo próbowaliśmy zasnąć pod tymi mokrymi prześcieradłami, albo nalewaliśmy zimnej wody do wanny, wskakiwaliśmy, by się schłodzić.
Mecz numer 6. Nie udało się
Półfinał z Włochami. Trzeci z rzędu mecz na słynnym Camp Nou. Tym razem nie o godz. 21 (jak z Belgią i ZSRR), tylko o 17–15. Skwar piekielny.
Władysław Żmuda: – Na boisku umieraliśmy.
Antoni Piechniczek: – Założyliśmy, że mecz z Włochami trzeba „wybiegać”, podobnie jak Włosi „wybiegali” mecze z Brazylią i Argentyną. Do tego doszły wnioski taktyczne z pierwszego meczu z nimi. Oni w trakcie turnieju rośli w siłę. Widziałem ich mecze z Argentyną i Brazylią, które rozgrywali w Barcelonie na Estadio de Sarrià. Byłem pod ogromnym wrażeniem ich dyspozycji. Paolo Rossi się rozstrzelał. Wychodziłem z założenia, że kluczem będzie gra linii środkowej. Zamiast pauzującego za kartki Bońka zdecydowałem się wystawić w ataku Latę, który na tej pozycji zagrał pierwszy raz na mundialu. We wcześniejszych meczach Grzesiek bardzo się nabiegał, uznałem więc, że trochę odsapnie, bo będzie grał zrywami i nie będzie musiał tyle zapieprzać. Duet Smolarek – Lato na kontrataku wydawał się zestawieniem idealnym. Na linii środkowej Ciołek za Latę, bo sprawdził się w meczu z Peru. Wszedł, strzelił bramkę, dobrze się spisywał. Poza tym był młodszy od Laty, więc w drugiej linii mógł pobiegać. Podobnie jak Buncol i Matysik. Kupcewicz był do biegania i reżyserki. Tak to sobie poukładałem.
Nie udaje się, Polska przegrywa 0:2. Oba gole strzela Paolo Rossi. Włosi wybijają Biało-Czerwonych z uderzenia już przed meczem. Przyjeżdżają na stadion przed Polakami i... zajmują szatnię, którą nasi mieli w meczach z Belgią i Związkiem Radzieckim. Niby drobiazg, ale potrafi zirytować.
Nie jest istotne, że sędzia zbyt pochopnie odgwizduje faul Stefana Majewskiego, po którym Włosi strzelają pierwszego gola.
Waldemar Matysik: – W półfinale z Włochami miałem zwracać szczególną uwagę na Giancarlo Antognoniego. To był rozgrywający światowej klasy, moim zadaniem było ograniczyć mu ruchy. No i po jednym ze starć nie dał rady grać dalej. Nie chciałem zrobić mu krzywdy, było mi przykro, to nie było złośliwe zagranie. Antognoni dobrze o tym wiedział. Podał mi rękę, uznał, że to wszystko odbyło się w ferworze walki [w 28. minucie Antognoniego musiał zastąpić Giampiero Marini. As Fiorentiny już na tym mundialu nie zagrał – przyp. aut.].
Grzegorz Lato: – Nie mieliśmy szczęścia. Do dziś pamiętam, jak Janusz Kupcewicz po rzucie wolnym przywalił w słupek.
Stefan Majewski: – Gdybyśmy zdobyli bramkę po strzale Kupcewicza, kto wie, jak by się dalej potoczyło.
Antoni Piechniczek po latach wspomina tamten mecz spokojnie. – Prawda jest taka, że Włosi byli od nas wtedy trochę lepsi. To nie była już taka drużyna jak choćby w 1974 roku. Po mundialu przyszło mi spotkać się z innymi selekcjonerami, którzy osiągnęli sukces na tamtym turnieju, na kursokonferencji w Splicie. Dyskutowaliśmy, przedstawialiśmy własne punkty widzenia. Uznałem wtedy, że jako reprezentacja Polski osiągnęliśmy wówczas maksimum. Niedosytu nie było. Cieszyliśmy się niesamowicie.
Tele Santana piłby kawę
Antoni Piechniczek: – Pytałem po latach niektórych piłkarzy, czy w tym meczu powinienem inaczej ustawić drużynę. Chodziło o brak Andrzeja Szarmacha.
Usłyszałem: „Wszystkie decyzje, które pan podejmował, były trafione. Uznaliśmy we własnym gronie, że trzeba zostawić Antka, niech po swojemu wszystko poukłada, bo tak będzie najlepiej”.
Miałem jedną przewagę nad selekcjonerami, którzy byli przede mną i po mnie. Rozmawiałem z piłkarzami z nieco innej pozycji. Byłem bardzo młodym selekcjonerem, niewiele wcześniej byłem piłkarzem, nie uważałem, że pozjadałem wszystkie rozumy i kamień filozoficzny na dokładkę. Mogłem pytać bez obawy o autorytet, z kim im się dobrze gra, z kim najlepiej się rozumieją. Młynarczyka pytałem przed mistrzostwami: „Józiu, z kim ci się najlepiej gra?”. A on na to: „Trenerze, wiadomo, że z Władkiem Żmudą i Pawłem Janasem”. Pytałem Żmudy: „Władziu, z kim ci się najlepiej gra?”. Odpowiedział: „Z Pawłem”. Brałem to wszystko pod uwagę.
Paweł Janas: – W półfinale z Włochami pierwszą bramkę zawaliliśmy, głównie ja. Poszliśmy z Józkiem na krótki słupek, a Rossi został sam. Ja za niego odpowiadałem. Uważam jednak, że ta przegrana to nie wstyd. Włosi mieli superzespół. Potrafili grać w piłkę, ale nie tylko. Na przykład taki Claudio Gentile potrafił opluć rywala. Albo klepał po plecach i jednocześnie ciągnął za ucho... Niby krzywdy nie robił, ale prowokował. Ktoś niedoświadczony mógłby się wkurzyć.
Grzegorz Lato: – Tele Santana, trener Brazylijczyków, mówił po ich meczu z Włochami, że gdyby miał taką obronę jak Polacy ze Żmudą i Janasem oraz Młynarczykiem, toby sobie tylko siedział i kawę pił, a o mistrzostwo byłby spokojny. Ale okazało się, że my też przegraliśmy.
Andrzej Buncol: – Tego półfinału najbardziej żałuję. Włosi grali dobrze, ale nam brakowało lidera. Nie mówię, że z Bońkiem byśmy wygrali, ale szansa byłaby większa.
Hubert Kostka: – Ewidentnie zabrakło Bońka.
Antoni Piechniczek: – Przed tym meczem zespół był w dziwnej sytuacji od strony psychicznej. Z jednej strony mieliśmy świadomość, że to życiowa szansa na sukces, ale z drugiej – trochę sprowokowana przez dziennikarzy – że daliśmy radę i jednak nie będą na nas narzekać. Dziś dziennikarze są chyba nieco mądrzejsi. Wyznają zasadę: „Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”. Wiedzą, że zawsze zdążą skrytykować, nie spieszą się z nagonką.
Nie dali pieniędzy za mundial
Po półfinałowym meczu Paweł Janas zamienia się koszulką z Paolo Rossim. Jej dalsza historia jest niezwykła. Janas wyjeżdża po mistrzostwach do Auxerre. W 1983 roku do kadry tego klubu trafia młodziutki, niezwykle utalentowany napastnik. Nazywa się Éric Cantona. Ma 17 lat. – Chłopak się wyróżniał, więc dałem mu w prezencie koszulkę, którą dostałem od Rossiego. Cantona był tak zachwycony, że nawet w niej spał – śmieje się Janas.
Grzegorz Lato: – Swoją drogą ze sprzętem ciągle były jaja. Rozliczali nas z każdej koszulki, więc taka wymiana po meczu wcale nie była oczywistością. Ale mieliśmy to gdzieś. Pytałem działaczy: „Ile za koszulkę? Stówka? Proszę bardzo”. Inni członkowie ekipy też są zdegustowani. Trener bramkarzy Piotr Czaja wścieka się, kiedy po mistrzostwach świata w Hiszpanii dostaje z PZPN informację, że musi zapłacić za oficjalne ubranie, które otrzymał przed mundialem. – Mogę je od razu odesłać, nie jest mi potrzebne! – denerwuje się. Dopiero wtedy w PZPN zdają sobie sprawę, że Czaja nie dostał pieniędzy za pracę na mundialu, premii też nie.
– Nie pytał pan dlaczego?
– Nigdy, mowy nie ma. Nie chodziłem i nie dopominałem się. To nie leży w mojej naturze. Jeśli chcieliby dać, toby dali – odpowiada Czaja.
Mecz numer 7.
Ostatni mecz mundialu odbywa się w Alicante. Rywalem jest Francja, moralny zwycięzca drugiego półfinału z RFN. Po brutalnym ataku Haralda Schumachera Patrick Battiston traci przytomność i trzy zęby, a sędzia nie odgwizduje nawet faulu. W dogrywce Francuzi prowadzą już 3:1, a mimo to odpadają w karnych. Na mecz z Polską trudno im się zmobilizować. Kilku podstawowych piłkarzy, m.in. Michel Platini, rezygnuje z gry.
Antoni Piechniczek: – To był dla mnie najprzyjemniejszy ze wszystkich meczów na mundialu. Przed spotkaniem mobilizowałem piłkarzy. Mieliśmy wielką szansę powtórzyć wyczyn ekipy Kazimierza Górskiego. Przed tym meczem przyleciał z Polski Marian Renke, minister sportu. Wziął mnie na spacerek i mówi: „Panie Antosiu, niech pan ostatni raz zmobilizuje zespół i siebie. Po paru latach nikt nie będzie pamiętał, kto w tym czasie był ministrem sportu, ale wszyscy będą pamiętać, kto był selekcjonerem”.
Polska wygrywa 3:2 i powtarza sukces drużyny Kazimierza Górskiego z 1974 roku. W autokarze szczęśliwi zawodnicy sączą szampana podarowanego przez kibica ze Szwajcarii.
Piechniczek: – Trzy wspaniałe bramki, każda inna. Pięknego gola po rzucie rożnym zdobył głową Stefan Majewski, a z rzutu wolnego Janusz Kupcewicz. Dużo czasu poświęcaliśmy na stałe fragmenty gry. Można je szlifować na dwa sposoby: na przykład raz na tydzień poświęcić trening tylko temu zagadnieniu albo ćwiczyć je po każdym treningu. Zawsze wolałem ten drugi sposób.
Stefan Majewski: – To był dla nas łatwy mecz. Wiedzieliśmy, że Francuzi nas doceniają, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że jak się nam nie uda, to się nic nie stanie. Mój gol? Cóż, wyskoczyłem do piłki w idealnym momencie.
Janusz Kupcewicz: – Przypadku w tej bramce nie było. W Polsce miałem dobrą reputację jako wykonawca rzutów wolnych, ale wtedy koledzy nie dawali mi strzelać. Do tego akurat podszedłem, bo nie był naprzeciw bramki, ale z boku, i wszyscy spodziewali się dośrodkowania. A ja sobie zaplanowałem, że uderzę w krótki róg, i wyszło perfekcyjnie. Fakt, że piłka wpadła do bramki precyzyjnie tuż przy ziemi, to już trochę przypadek, ale właśnie w ten róg chciałem trafić. Bramkę zadedykowałem ojcu, który już wtedy ciężko chorował, właściwie był na łożu śmierci. Tacie zawdzięczam wszystko, to on mnie wychował [Aleksander Kupcewicz w młodości był piłkarzem Lechii Gdańsk, potem trenerem II-ligowej Warmii Olsztyn, dużo czasu poświęcał treningom indywidualnym synów. Starszy brat Janusza, Zbigniew, był młodzieżowym reprezentantem Polski – przyp. aut.].
Antoni Piechniczek: – Janusz użył potem takiego określenia, że jedna bramka strzelona na mistrzostwach świata to jak 40 punktów zdobytych w meczu NBA.
Paweł Janas: – Podczas meczu z Francuzami wiedziałem, że gram przeciw przyszłym pracodawcom, po mundialu wyjeżdżałem do Auxerre. Widać było, że są rozbici po meczu z Niemcami.
