Ani tu, ani nigdzie - Barbara Malawska - ebook

Ani tu, ani nigdzie ebook

Barbara Malawska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czas między wielkimi wojnami XX wieku. W sztetlu, położonym gdzieś między Krakowem a Lublinem, mieszkają wyznawcy trzech religii – katolicyzmu, prawosławia i judaizmu. Zarówno przekonania religijne, jak i mentalność oraz tradycja mają wpływ na życie mieszkańców, nie przeszkadza to jednak im być sąsiadami, znajomymi, przyjaciółmi. 

Niemałą rolę w życiu miasteczka odgrywa przyroda i zwierzęta towarzyszące człowiekowi. Nikt nie ma patentu na mądrość, nikt nie jest bez grzechu, bo wszyscy są tylko ludźmi. Targają nimi namiętności, czasami determinującą rolę odgrywa w ich życiu historia, jeszcze innym razem prawa biologii, zawierające się między narodzinami a śmiercią. 

Wszyscy bohaterowie budzą w czytelniku jakiś rodzaj czułości, którą darzy ich świat cisza, narratorka opowieści, nieodłączna towarzyszka ludzkiej egzystencji. Właśnie ona posiada nieograniczoną wiedzę o mieszkańcach sztetla. Cisza jest dyskretna, tkliwa i mądra. Wielokrotnie właśnie ona zabiera glos, by skomentować wybory, życie i losy bohaterów.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 362

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright by Barbara Malawska 2025

All rights reserved.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydawca:

Wydawnictwo Czarna Dama

www.czarnadama.com

[email protected]

ISBN EPUB 978-83-68593-24-2

ISBN MOBI 978-83-68593-25-9

To jedna z wielu historii ludzi uwikłanych w życie. Będąc z nimi, widziałam ich cierpienie i ukojenie. Pragnął mnie każdy człowiek, kiedy zmęczony dniem, zamykał powieki i udawał się w drogę zwaną snem, kiedy budził się wczesnym rankiem i modlił się do tego, kogo nazywał Bogiem. Pozwalał mi zobaczyć swoją słabość, przede mną jedną się nie wstydził, czasami tylko – by obronić się przed samosądem – ukrywał w zakamarkach swej duszy jakieś kłamstwo, jakiś grzech, jakiś ból zadany bliźniemu. W tajemnicy trzymał też samotność i pragnienie spełnienia, o których nikt inny nie wiedział, tylko ja. Nieustannie mnie unikał, bo spotkanie ze mną było spotkaniem jego samego z jego duszą, ale nie udawała mu się ta sztuczka, ponieważ od czasu do czasu wypełniałam sobą świat bez reszty, więc ostatecznie musiał spojrzeć mi w oczy.

Moim ulubionym zajęciem jest trwanie przy człowieku. Dopełniam go, jak on dopełnia wszystko. Bywa jednak, że życie człowieka zawodzi. Nicuje go wówczas samotność. Ogarnia ciemność. Jeśli mi pozwoli, będę przy nim czuwać. I tak dziać się będzie, aż świat uśnie na zawsze. Jestem cisza. Mieszkam w sztetlu.

Sztetl, jakich było wiele

Każdy ma swój skrawek nieba. W nim jak w zwierciadle odbija się wszystko, co człowiek kocha, z czym się mierzy. Po każdym wschodzie i zachodzie słońca obraz ten zmienia się i, niczym w kalejdoskopie, zadziwia nowymi, jeszcze niepoznanymi konstelacjami. Powstała w ten sposób mozaika nasyca się światłem, zabarwia, prześwietla, gaśnie, by za chwilę na powrót rozbłysnąć milionami refleksów. Nieograniczone wydają się możliwości tych zmian, choć znane są i kształt, i kolor, i smak, i zapach… W błękicie człowiek zobaczyć może bowiem aż po horyzont własne jestestwo, ludzi, ich domy, ich świątynie. Tak właśnie jest w sztetlu, którego mieszkańcy żyją daleko i blisko od drugiego, kochają się i nienawidzą, grzeszą i są pełni łaski. Istnieją teraz i w przeszłości, mają siebie i siebie nie mają, nic im nie zagraża i grozi im wiele. Walczą ze złem, by dowieść prawdy, ale równie często poddają się, by jej uniknąć. Patrzą w swój skrawek nieba i czekają na świt, dzień, zmierzch, noc. Takich skrawków nieba, takich sztetli jest nieskończenie wiele, takich domów, świątyń, ulic również. Powstają z mgły zapomnienia, mdłych wspomnień, pożółkłych stron zapisków, pamiętników, kart historii.

Na imię będzie miał Bogdar

Chałupa Aniołów była skromna. Stała niedaleko koś­cioła, na wierzchołku trójkąta, na którego planie zbudowano sztetl. Z jej okna można było zobaczyć ledwie tlące się świece w domu Iwanki na Bukowym Wzgórzu. Pradziad Bogdara, Iwo, postawił chatę, kiedy razem z rodziną przywędrował z południa. W zamian za złoto przywiezione z daleka dostał kawałek ziemi w miasteczku i prawo jej dziedziczenia. Jako głowa rodziny, decydował o wszystkim, również o tym, by zbudować dom. Dźwigał wielkie bele drewna, robił w ogniu kotwy, kładł dach z trzciny, którą wcześniej przynosił znad leżącego nieopodal jeziora. Jego jedyny syn, Nadar, nie miał zamiłowania ani do rodziny, ani do pracy. Nie pomagał, a jedyne, co umiał robić naprawdę dobrze, to pożyczać pieniądze. Ludzie w miasteczku bardzo szybko się na nim poznali. Przychodzili do Iwo po długi, ale ten rzekł tylko raz, że żadnych pieniędzy za darmozjada oddawać nie będzie. Ostatecznie Nadar odszedł z domu ojca, pozostawiając w nim żonę i dwóch synów. Kobieta umarła ze zgryzoty niedługo po porzuceniu przez męża, a dzieci wychowali dziadkowie. Pod skrzydła babki Heleny trafił Damazy, a dziadek Iwo umiłował sobie starszego chłopca, Miłosława, którego traktował jak własne potomstwo. Gdziekolwiek dziadek się ruszył, tuż za nim kroczył Miło. Zadawał mnóstwo pytań, przy tym wciąż powątpiewał w odpowiedzi staruszka.

– Ile gwiazd jest na niebie, dziadku? – pytał.

– Miliard – odpowiadał Iwo, jak każdy dziadek, chcąc wydać się mądrym.

– A skąd wiesz?

– Wiem.

– Eee, chyba więcej. Kiedyś to sprawdzę – w zgodzie ze swą niewinną naturą obiecywał Miło.

Właśnie za tę szczerość Iwo kochał go najbardziej. Dociekliwość chłopca była niczym księga tajemnic, którą czytał wraz z wnukiem. Wspólna lektura sprawiała mężczyźnie radość, a ta leczyła rany niegdyś zadane przez syna. Niestety, kiedy Miłosław dorósł, powiedział dziadkom, że musi wyruszyć w świat. W granicach sztet­la, jak twierdził, odkrył wiele, ale sądząc po tym, jak wielki jest świat, równie dużo zostało mu do poznania. I poprosił, by staruszkowie, którzy zastąpili mu rodziców, nie mieli do niego żalu. I nie mieli, ale zabliźniona rana zaczęła jątrzyć się na nowo, jakby ponownie ugodzono w to samo miejsce.

Kiedy starsze małżeństwo straciło jedynego syna, którego odejście zdawało się bezpowrotną stratą, skupili się na gospodarstwie, domu i miłości do Boga, przede wszystkim wychowywali wnuki. Nie chcieli, aby synowie Nadara, doznawszy już jednej krzywdy, kiedykolwiek cierpieli ponownie, więc dbali o chłopców jak o własne dzieci. Żyło im się dobrze. Za płotem ich siedliska mieścił się las. Korzystali z jego dobrodziejstw. Kochali drzewa, zwierzęta i magię miejsca bez ludzi. Las był dla Aniołów źródłem utrzymania. Podczas najtrudniejszych prac zatrudniali Jakuba, płacąc mu tuszą i zbożem. Parobek był uczciwym człowiekiem, więc między nim a pracodawcami nigdy nie dochodziło do waśni. Z czasem zaczęli go traktować jak członka rodziny. Kilka lat później jego córka, Jaromira, wyszła za mąż za Damazego. Pokochali się prawdziwie i szczerze i, choć nigdy nie było im dane posiadać więcej niż to, co potrzebne było do życia, zaznali w życiu prostego szczęścia. Inaczej rzecz się miała z Miłosławem, którego po świecie gnała jakaś dziwna siła tworząca iluzję poznania.

Miłosław, obudziwszy się któregoś dnia kolejnej wios­ny, wstał, poszedł do dziadka i rzekł:

– Idę policzyć gwiazdy, dziadku. Pamiętasz? Kiedyś obiecałem ci, że to zrobię.

– Po co liczyć gwiazdy? – zapytał spokojnie Iwo, domyślając się, że wnuk podjął już decyzję i nic nie zawróci go z drogi.

– Po co? By poznać prawdę, tę, bo wiele innych nie zostanie odkrytych.

– A jeśli okaże się, że ta, która w życiu człowiekowi jest najbardziej potrzebna, znajduje się najbliżej niego? Nie w konstelacjach, nie w dalekich galaktykach, ale tu na ziemi?

– Jest wiele prawd. Mam nadzieję odkryć choć jedną.

– A jeśli nie odkryjesz żadnej?

Odpowiedzi na to pytanie Miłosław nie udzielił i mimo ostrzeżeń dziadka wyruszył w świat. Nie obiecał, że wróci. Kiedy żegnał się z opiekunami, popatrzył na dom, w którym spędził dzieciństwo, i on, nigdy nieroniący łez, zapłakał.

Teraz, pomyślał, kiedy uczyniłem się wolnym, nie poczułem żadnej ulgi.

Następnego dnia rankiem opuścił sztetl. Nie zabrał niczego, choć Iwo chciał dać mu trochę pieniędzy, a babka przygotowała jedzenie. Poprosił tylko o chleb i wodę. Nikt o nim nie wspominał przez długie lata, aż pewnego popołudnia, a było to wczesną wiosną, kiedy wiatr suszył roztopy, do domu Aniołów zapukał obcy. Obcy pukają inaczej. Helena od razu domyśliła się, że za drzwiami stoi nieznajomy. Popatrzyła w oczy Iwo i z intuicją właściwą tylko kobiecie, powiedziała:

– To ktoś z daleka. Otwórz, mężu.

Iwo rzadko słuchał żony, ale tym razem nie mógł się z nią nie zgodzić. Wstał ze stołka przy piecu, podszedł do drewnianych drzwi. Przesunął skobel, wpuścił do sieni wiatr i wędrowca.

– Niech będzie pochwalony.

– Na wieki… – odpowiedział.

– Nie znacie mnie, gospodarzu, wiem, i dziwna wydaje się wam zapewne moja wizyta. Nazywam się Kowalski, jestem kupcem. Przemierzyłem wiele dróg. W czasie podróży poznałem też sporo ludzi.

Iwo stał przed nieznajomym. Na jego twarzy malowało się zdziwienie. Zachodził w głowę, co tu robi ten człowiek. Dostrzegł też pod jego peleryną jakieś zawiniątko. Popatrzył na żonę, która również przyglądała się nowo przybyłemu. Kowalski zaś mówił dalej:

– Daleko na wschodzie spotkałem pewnego człowieka. Mawiał, że najbardziej na świecie tęskni za swoim miejscem, że kiedy będzie już wiedział, czego pragnie naprawdę, zbuduje dom i zamieszka w nim z rodziną. Wierzyłem mu, bo był dobrym człowiekiem. Nigdy nikogo nie oszukał. Jeśli już kogoś, to samego siebie, bo karmił się nadzieją, że w końcu odnajdzie szczęście. Zamiast niego znalazł miłość, zakazaną, obcą. Zakochał się…

W tym miejscu nieco poirytowany Iwo przerwał nieznajomemu:

– Po co nam pan to opowiadasz? Co to za historia?

Helena, rozumiejąc więcej, uspokoiła męża i poprosiła, by Kowalski dokończył.

– Zakochał się. – Gość powtórzył ostatnie zdanie i kontynuował: – Zakochał się w córce zamożnego człowieka. Nie dla cudzoziemca była jednak przeznaczona, więc na cóż mógł liczyć jak nie na wrogość jej rodziny? Zakochani nie umieli bez siebie żyć. Ukrywali się, szukając drogi ucieczki. Pomogłem im. Chciałem, by mój przyjaciel był szczęśliwy, ale nie przewidziałem, że szczęście można łatwo odebrać, a miłość zabić. Rozzłoszczony ojciec dopadł w końcu młodych i zamordował tego, który śmiał mu się sprzeciwić. Córkę skazał na tułaczkę i biedę. Kobieta wkrótce urodziła syna i zmarła w połogu.

W tej chwili mężczyzna przerzucił pelerynę przez ramię, a oczom Heleny i Iwo ukazała się mała dziecina.

– To wasz prawnuk. Nie ma imienia. Matka nie zdążyła mu go nadać. Jeśli nie przyjmiecie go pod swój dach, oddam niebożę do klasztoru. Nie mam rodziny, nie mam domu, ale choć przywiązałem się do chłopca, nie mogę go zatrzymać.

Zapadał już zmierzch. Z ciemnego miejsca pod ścianą ruszyła w stronę Kowalskiego Helena. Wzięła dziecko na ręce i przytuliła.

– Bogdar, na imię będziesz miał Bogdar – powiedziała.

Iwo zbliżył się do żony i popatrzył na słodko śpiące niemowlę. W tej chwili maleństwo skradło jego serce i pradziad przyjął je do domu.

Byłam tam i na własne oczy widziałam szczęście staruszków, którzy wiedli samotne życie na skraju sztetla, gdzie oprócz mnie, ciszy, od czasu do czasu zaglądał tylko wiatr.

Mądrość Józefa

Dziecko rosło zdrowo. Kobiety w miasteczku rozpoznawały w nim małego Anioła. Mawiały, że po dziadku ma oczy i brodę, i nos, a czarne kręcone włosy po babce. Nikt nie wspominał o ojcu chłopca, nikt nie wymawiał jego imienia. Naturalnym stało się, że Bogdar pojawił się w rodzinie i wrósł w nią korzeniami jak drzewo wrasta w ziemię i by je wyrwać, potrzebne są moce nadludzkie. Chłopiec był swój, jak się jest swoim w rodzinie. Było w nim jednak coś innego. Ludzie rozumieli tę odmienność na wiele sposobów. Wyróżniała go ciemna karnacja i smukła sylwetka niespotykana u Aniołów. Jego usposobienie też różniło go od rodziny. Był cichy, milczący i uwielbiał ptaki. Ale był jednym z rodu, tym samym i równym w prawach. Tak zadecydował Iwo, najbardziej rosły chłop w okolicy. Nie brakowało jednak takich, którzy chcieli Iwo dokuczyć, więc od czasu do czasu wypominali mu prawnuka bękarta. Wówczas nawet ja, cisza, nie umiałam uspokoić gniewu kochającego dziadka, który rozprawiał się z każdym nierozważnym pyskaczem. Rachował im kości i przestrzegał w ten sposób kolejnych przed zbytnią brawurą.

Im bardziej widziano w Bogdarze obcego, innego, tym bardziej dziadkowie go kochali. Pragnęli dla niego przyszłości lepszej, niż doświadczył jego ojciec, dlatego zadbali o to, by poszedł do szkoły. Na starość nie były im potrzebne pieniądze, więc wszystkie oszczędności przeznaczyli na edukację wnuka. Gdy chłopiec ukończył siedem lat, dziadkowie udali się do proboszcza, by ten pomógł im wybrać odpowiednią szkołę. Decyzją plebana Bogdar miał trafić do klasztoru. Nie byłaby to łatwa droga dla dziecka o niewiadomym pochodzeniu, o nieznanej tożsamości, dlatego dziadkowie postanowili inaczej, narażając się swoją decyzją proboszczowi. Czujność dziadków zapobiegła wielu wypadkom, niemniej nie obroniła Bogdara przed wścibstwem i plotkami. Ludzie wiedzieli, kim był ojciec chłopca, ale wciąż pytali o matkę, skąd była, gdzie jest, dlaczego opuściła syna. Aniołowie na te pytania nie umieli udzielić odpowiedzi, inne lekceważyli, a na jeszcze inne nie chcieli odpowiadać. Ponadto nie czuli obowiązku tłumaczyć się gromadzie. Zachowali tajemnicę dla siebie. Jednego natomiast byli pewni – wychowają prawnuka, chłopca o przejmujących oczach, którego los skrzywdził, odbierając mu rodziców.

Zamiast w szkole zakonników Bogdar zaczął pobierać nauki u Żyda mieszkającego w sztetlu. Stary Józef prowadził aptekę. Podobno studiował w Europie i osiadł w polsko­­--żydowskim miasteczku, by leczyć zranione serce. Przybył tutaj dawno temu. Jego droga była długa i trudna. Urodził się w Gdańsku, w bogatej rodzinie żydowskiej. Ojciec, Izaak Dazinger, pragnąc dla syna pewnej przyszłości, wysłał go na studia. Józef uczył się farmacji w Wiedniu. Kiedy zakończył naukę, nie miał dokąd wracać. Jego rodzina zginęła w pożarze. Spłonął dom i apteka ojca. Chełmno zostawił za sobą, a na swoje miejsce do życia wybrał sztetl. Ludzie tu żyjący, poznawszy przeszłość Józefa, w sytuacji rodziny upatrywali powodów jego samotności i smutku, a że smutek i samotność trzeba leczyć bliskością, postanowili pomóc młodzieńcowi zacząć żyć na nowo.

Ja wiem więcej niż ludzie, dlatego rozumiałam smutek Józefa. Na wiedeńskiej uczelni młody Dazinger poznał chrześcijankę, inteligentną i zdecydowaną Annę. Należała do ruchu emancypantek pragnących zdobyć prawa równe mężczyznom. Chodziła na wiece, manifestowała swoje zdanie. Była wolna, a jej rodzicom zupełnie nie przeszkadzały poglądy córki, dopóki nie przedstawiła im narzeczonego. Mąż Żyd dla ortodoksyjnych chrześcijan był jednak zbyt nowoczesny i nie mógł stać się elementem misternego planu, jaki dla swej córki układali od wczesnego jej dzieciństwa bardzo zamożni rodzice. Anna miała zdobyć wykształcenie, mogła mieć swoje zdanie i nosić spodnie, ale ostatecznie słuchać miała matki i ojca, którzy zawsze wiedzieli lepiej. Lepiej znali się też na koligacjach i układach społecznych, dlatego na męża wybrali jej zamożnego lekarza, któremu żona pomagać miała w rodzinnym interesie. Praktyka lekarska i prowadzenie apteki w nowoczesnym społeczeństwie gwarantować miały pieniądze i wpływy. Anna, choć umiała głośno krzyczeć na feministycznych marszach, decyzję rodziców przyjęła z milczącą zgodą. Wiedziała, że upór niczego nie zmieni, a ostatecznie skaże ją na poniżenie i biedę. Złamała serce Józefowi, który, nie czekając na nic, zaraz po ukończeniu studiów wyruszył w drogę powrotną do Polski. Nie miał wielu bliskich, a tym, którzy mogliby go przygarnąć, nie chciał się tłumaczyć. Zatrzymał się w małym, galicyjskim sztetlu, który nie różnił się niczym od innych polsko-żydowskich miasteczek, ale jak mu się wówczas wydawało, w przeciwieństwie do innych był cichy, przyjazny, kolorowy.

Spodobały mu się drewniana cerkiew z zielonym dachem na granicy miasta i dom batiuszki, w samym jego sercu ceglany kościół pamiętający Piastów z plebanią proboszcza, a także murowana synagoga z trzema wieżami, a obok niej cheder, łaźnia i dom rabina. Wydawało mu się, że znalazł swoje miejsce, przez moment miał także nadzieję, że zapomni o Annie i ułoży sobie życie. Okazało się jednak inaczej. Miejscowi tolerowali go, ale na swoich warunkach. Kiedy przedstawił radzie miasta plan otwarcia apteki, spotkał się z aprobatą wszystkich środowisk. Żadne z nich jednak nie przyjęło go jak swojego. Dla Żydów był za mało żydowski, dla chrześcijan zbyt nowoczesny, dla reszty nijaki. Miał jednak aptekę i wiedzę, których w mieście brakowało. Chętnie uczył dzieci, zwłaszcza te, które, podobnie jak on, wymykały się prostym schematom podziałów i wykluczeń. Zaprzyjaźnił się z Bogdarem, bo chłopiec był bystry i łagodny. Kiedy przychodził do Józefa, siadał przy stoliku i wykonywał wszystkie polecenia swego nauczyciela. Zadania robił precyzyjnie, pisał starannie, szukał rozwiązań logicznych, zdumiewał trafnością odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Gdy skończył dwanaście lat, trzeba było zdecydować o dalszej drodze chłopca. Dziadkowie udali się do przeora klasztoru, by poprosić go o możliwość edukacji dla niego. Niestety, z powodu odmienności Bogdara duchowny nie przyjął go do szkoły. Na koniec rozmowy zmienił zdanie i zaproponował:

– Jeśli oddacie wnuka Kościołowi, dalszą jego edukację sfinansuje zakon.

– Nie rozumiem… – Iwo przerwał, skonfundowany.

– Ojcze, chcemy tylko, by Bogdar się uczył, by mógł mieć lepsze życie niż my… To zdolny chłopak… dobry… – mówiła babcia.

– Kościół czeka na powołania, a tych, którzy powierzają mu siebie, swoje dzieci, wynagradza. Da Bóg, a i was spotka nagroda.

Iwo i Helena nie wiedzieli, co zrobić. Bali się Boga, ale nie znaleźli uzasadnienia dla takiej propozycji. Bogdar był jeszcze dzieckiem, a oni mieli mu dać szczęście. W tej prostej logice nie było miejsca na kalkulacje. Dziadkowie nie byli uczonymi, nie ukończyli szkół, ale rozumieli, że to wolność daje człowiekowi szczęście. Dali ją Miłosławowi i choć przypłacił ten dar życiem, uspokajała ich myśl, że na swój sposób był szczęśliwy. Nie przyjęli oferty duchownego. Odeszli z klasztoru z niczym, ale bogatsi o pewność, że nie sprzedali wnuka.

W miasteczku nikt nie cieszył się takim uznaniem jak Józef, a dziadkowie Bogdara ufali mu tak jak inni, czyli prawie bezgranicznie. Poprosili go więc, by nadal uczył ich wnuka, opiekował się nim w zamian za pomoc w aptece oraz ich dozgonną wdzięczność. A że chłopiec chętnie pracował, sprawa była łatwa i oczywista. Interesowały go medykamenty, eliksiry, syropy, zioła, wszystko, co miało choćby cień wspólnego z leczeniem. Aptekarz uczył go nie tylko arytmetyki, języka łacińskiego i przyrody, odkrył przed nim również tajniki sztuki felczerskiej i żydowskiej tradycji pomagania ludziom w chorobie. Bogdar niczemu się nie dziwił – to znaczy nie deprecjonował niczego, wręcz przeciwnie, wszystko budziło jego zachwyt, bo wydawało mu się tajemnicze i odkrywcze jednocześnie. Czuł magię doświadczenia i tworzenia czegoś niezwykłego. Głód wiedzy chłopca podziwiał jego mentor. Im bardziej skomplikowane rzeczy objaśniał, tym większe zainteresowanie budził w podopiecznym i tym bardziej nienasyconym zostawiał go po lekcji. Wówczas Bogdar, sam na sam ze swoim niedosytem, dociekał, sięgał po księgi, czasopisma, dawne zielniki. We wszystkim szukał zaspokojenia głodu wiedzy, a Józef miał do niego anielską wręcz cierpliwość.

Widziałam ich nieraz pochylonych nad księgami, szukających rozwiązań zagadek naukowych, formułujących odpowiedzi na filozoficzne pytania. Siwe włosy starego, jego długa broda, pejsy, jarmułka i zielone oczy przywoływały na myśl postaci z obrazów polskich Żydów tamtego czasu, zawsze spokojnych, zawsze smutnych, jakby przeczuwających zdarzenia, które za jakiś czas dotkną ich naród.

Codzienność w aptece była rutyną, zarówno dla właś­ciciela, jak i jego pomocnika. Przychodzili tutaj ludzie bardziej i mniej potrzebujący pomocy, bogaci i biedni, mądrzy i tacy, którym Bóg dał inny talent niż intelekt. Stałymi bywalcami byli Polacy, Żydzi, chrześcijanie, cerkiewni. Wszystkich łączyły choroby. Choć na co dzień różni, w cierpieniu byli sobie podobni. O bólu i śmierci rozmawiali tym samym językiem, prosząc każdy swojego Boga o ulgę, zdrowie lub życie wieczne. Kiedy Bóg jednak zawodził, ostatecznie mógł pomóc im aptekarz albo szeptucha. Bogdar dziwił się wierze miejscowych w ich moc, przecież oboje umieli zaledwie sprawdzić i uzasadnić działanie ziół czy składników leku, po jakimś czasie jednak pojął, że nie chodzi o prawdę naukową – ci ludzie potrzebowali cudu. Niezależnie od tego, czy się zdarzył, czy nie, miejscowi przychodzili, by Józefowi podziękować, w ich słowach była wdzięczność albo za ocalenie w chorobie, albo nadzieję nowej egzystencji, jakiegoś pozagrobowego istnienia. Z tym drugim aptekarz nie miał nic wspólnego, ale inaczej wyobrażali sobie to prości ludzie. Tak więc za Józefa często się modlili, we wszystkich świątyniach sztetla kierowano modlitwy do Najwyższego, zwłaszcza o to, by nigdy nie zabrakło mu mądrości, cierpliwości i zdolności.

Kiedy Bogdar to zrozumiał, ci, którzy wydawali się do tej pory obcy, stali mu się braćmi. Pojął ich rozumowanie, prostą myśl rządzącą światem gromady, która polegała na przekonaniu, że nie we wszystkim trzeba szukać sensu, a jeśli już chce się go znaleźć, upatrywać go należy w naturze, w kolei rzeczy, w pokorze wobec dziejów, a nie w czystym pojęciu przyczyny i skutku, przesłanek i wniosków. Ta prawda kłóciła się z naturą chłopca, co więcej, stała w sprzeczności z nauką, ale ludziom, których poznawał coraz lepiej, potrzebna była, by żyć, by co dzień znajdować sens egzystencji. Józef dawno zrozumiał naturę swoich sąsiadów, ale nie wyjaśniał niczego Bogdarowi. Cierpliwość nauczyciela okazała się skuteczna.

Wspomnienie

Apteka mieściła się w centrum miasteczka. Najpierw należała do Józefa, dobrego człowieka, a potem do jego ucznia Bogdara, myślącego o niej jako o domu. Budynek miał już swoje lata. Józef Dazinger kupił go od samotnego człowieka, który, bliski śmierci, cały zysk ze sprzedaży postanowił oddać na rzecz Kościoła. Jego dzieci opuściły go i pozostawiły bez opieki, więc nie czuł obowiązku wobec nich. Czynem tym zapewnił sobie pamięć społeczności religijnej i miejsce w rzeszach świętych, jak stwierdził na ceremonii pogrzebowej proboszcz.

Budynek apteki wzniesiono z rdzawej cegły, która z czasem płowiała, ale wciąż wydawała się solidna niczym mur zamku. W oknie widniał wypiaskowany na szybie napis „Apteka Józefa”. Wchodziło się do niej po trzech schodkach, a następnie przez oszklone drzwi do środka. Każde ich otwarcie i zamknięcie sygnalizowane było dźwiękiem miedzianego dzwonka umieszczonego na framudze. Klient, by zakupić leki, musiał podejść do wielkiej lady z litego drewna, której szyba oddzielała część główną od zaplecza. Stały tam regały z małymi i większymi szufladkami, z witrynami, w których rzędem czyjaś wprawna ręka ułożyła flakoniki, butelki, metalowe puzderka. Wewnątrz pachniało ziołami i miksturami na spirytusie przyrządzanymi przez Bogdara długimi wieczorami. Po prawej stronie od wejścia mieścił się mały stolik, przy nim na krzesełku z sosny siadały osoby oczekujące na przygotowanie leku lub słabe, chore, co w aptece nie było rzadkością. Czasami bywalcami apteki byli ludzie szukający obecności drugiego człowieka. W świątyni znajdowali Boga, w sklepach, w parku czy u Bogdara siebie nawzajem. Przychodzili tu wszyscy, niezależnie od wyznania, przekonań i tradycji.

Pewnego zwyczajnego dnia, gdy Bogdar zajęty był swoimi aptekarskimi sprawami, ktoś wszedł do środka. Aptekarz właśnie układał zioła w szufladach, oznaczonych kolejnymi literami alfabetu, co gwarantowało porządek, gdy stary dzwonek oznajmił przybycie gościa. Zwykle zwiastował wizytę kolejnego klienta, któremu trzeba będzie pomóc, wytłumaczyć, coś polecić, tym razem jednak stało się inaczej. Wydarzyło się coś dziwnego, niecodziennego, na co nikt nie był przygotowany. Kiedy Józef wyszedł z zaplecza i stanął za ladą, zobaczył młodą kobietę, która kogoś mu przypominała. Nie wiedział tylko, w jakich okolicznościach mogli się spotkać ani czy w ogóle znali się osobiście. Zapytał więc jak zawsze:

– W czym mogę panience pomóc?

– Dzień dobry. Szukam Józefa Dazingera. W powiatowym rejestrze podano mi ten adres – wyjaśniła dziewczyna.

– Ja jestem Dazinger…

Mężczyzna, przeczuwając intensywne przeżycia, zaczął głośno oddychać. Ręce zaczęły mu drżeć, a w oczach pojawił się niepokój.

– No cóż – rzekła młoda kobieta, spostrzegłszy zdenerwowanie aptekarza – wiedziałam, że nie będzie to łat­wa rozmowa, ale obiecałam, że pana znajdę i wyjaśnię coś bardzo ważnego.

– Nie mogę się sam domyślić, o co chodzi, więc proszę mówić.

Byłam cicha jak nigdy. Zapanowałam w każdym kąciku apteki. Pomogłam Józefowi skupić całą uwagę na słowach młodej, ślicznej kobiety. Ona również mnie słyszała. Czasami mówi się, że cisza dźwięczy. W tej chwili doświadczyć tego można było jak nigdy.

– Mam na imię Anna. Moje nazwisko nic panu nie powie. Znaczenie natomiast ma nazwisko mojej babci, którą pan znał. Noszę po niej imię. Zmarła kilka miesięcy temu. – Tu przerwała i popatrzyła przed siebie.

Stary aptekarz oniemiał ze zdziwienia. Zrozumiał, dlaczego dziewczyna wydała mu się znajoma. W jednej chwili pobladł, przygarbił się jeszcze bardziej niż zwykle i wzrok utkwił w podłodze. Nie mógł udźwignąć swojego ciała. Po chwili Anna zaczęła mówić dalej:

– Jak się pan pewnie domyśla, moja babka miała zostać pańską żoną. Poznaliście się w Wiedniu.

– Tak, tak, ale po co do tego wracać. Nie widziałem pani babci całe wieki. Zapomniałem. Po cóż…? – skonfundowany Józef mówił raczej sam do siebie.

– Rozumiem. Sama również tak twierdzę, ale obiecałam, że pana odnajdę. Babcia chciała zrobić to sama, ale choroba ją zmogła i odeszła nagle, nie dokończywszy sprawy, którą zaczęła.

– Jeśli pani pozwoli, odpocznę – powiedział bardzo cicho Józef i usiadł na wysokim stołku przy kasie. Potem czekał, aż milczenie wypełnią słowa. Ja też czekałam. Pokornie i z pełną świadomością, że inaczej nie można. Bycie cierpliwym to coś jak trwanie na moście. Jest się jakby poza czasem, bo on na jednym brzegu płynie, na drugim idzie do przodu, tylko na moście odpoczywa, spowalnia, aż staje w miejscu i pozwala człowiekowi patrzeć na zastygniętą przestrzeń w taki sposób, by zobaczyć świat wyrazistym, jasnym, namacalnym. Józef próbował wyostrzyć wzrok i słuch, by znalazłszy się między brzegami, dostrzec wszystko w drobiazgach, nie unosić się w emocjach, nie poddawać tęsknocie. Kiedy minęła chwila, aptekarz westchnął i to był znak, że Anna może mówić.

– Przyjechałam nie tylko po to, by opowiedzieć panu o śmierci babki. Ona nie miała w planach umrzeć, nie tak wcześnie przynajmniej, chciała coś, jak by to powiedzieć, dopełnić. Tuż przed śmiercią poprosiła, bym odnalaz­ła… – Wyciągnęła z małej torebki małe, zielone puzderko i dokończyła, patrząc na przedmiot: – Bym odnalazła właściciela tej pamiątki, żeby oddać mu ją osobiście.

Józef poznał szkatułkę. Anna położyła ją na pulpicie i odsunęła się, by zostawić staruszka przez chwilę sam na sam ze wspomnieniem. Nie działo się nic, zupełnie nic. Ja wypełniłam przestrzeń apteki po sam sufit. Ciążyłam nie tylko tym dwojgu, ale także sobie. Było duszno i ciepło.

– Proszę wybaczyć, zostawię pana teraz. Zatrzymałam się w karczmie. Jeśli będzie pan mnie potrzebował, jeśli będzie chciał pan o coś zapytać, do jutra czekać będę u Singera.

Staruszek nie zareagował. Nic nie powiedział. Jestem pewna, że nie słyszał, co mówiła dziewczyna. Ona natomiast opuściła aptekę najciszej jak potrafiła, a Józef trwał w bezruchu, czekał na swoim moście, między brzegami czasu – tego, który minął bezpowrotnie, i tego, którego się bał, bo choć Anna należała do przeszłości, to jednak jej obecność była nadzieją na każdy dzień, a teraz… Teraz już jej nie było. Oprzytomniał dopiero wtedy, gdy do środka w drodze do domu weszła Kowalska. Bliska płaczu mówiła szybko i niezbyt zrozumiale. Prosiła o coś, pokazywała, gestykulowała, uciskała prawy bok i lamentowała. Była zdenerwowana, ale Józef nie reagował, nie usłyszał ani jednego jej słowa. Głośne narzekanie starszej pani usłyszał za to Bogdar i przybył mistrzowi na pomoc. Uwolniony od natrętnej kobiety, aptekarz narzucił niedbale palto, włożył kapelusz i pożegnał kurtuazyjnie klientkę. Zatrzymał się tuż przed drzwiami, zawrócił, zabrał z lady puzderko i schował do kieszeni, po czym wyszedł.

Szedł ulicą Prostą. Mijając magazyn książek Baumana, powinien skręcić w Okrężną, by jak to miał w zwyczaju, dojść do herbaciarni. Szedł jednak dalej, nie bardzo wiedząc, dokąd zaprowadzą go nogi. Nie myślał, pamięć podpowiadała mu obrazy, ułamki zdarzeń, jakieś słowa, sytuacje. Nagle poczuł się zmęczony tak bardzo, że usiadł na parkanie obok małego młyna. Próbował uspokoić oddech i myśli. Wyjął z kieszeni szkatułkę. Otworzył ją najdelikatniej jak potrafił. Odchylone wieczko ujawniło, co kryje środek – na kawałku aksamitu leżał sekretnik ze szmaragdem i diamentami. Pamiątka rodzinna Dazingerów… Matka dała medalion Józefowi, gdy dorósł i miał wybrać sobie żonę. Rodzice, choć wierni tradycji judajskiej, kwestię małżeństwa pozostawili jemu. Kiedy młody student farmacji poznał Annę, wiedział, że znalazł tę jedyną, kobietę o pięknej duszy, jak mu się wówczas wydawało. W dniu zaręczyn podarował jej rodzinny skarb. Teraz, patrząc w szmaragdowe oko kamienia, przypomniał sobie tamten dzień, tamto lato i tamto rozstanie.

Usłyszawszy natrętne stukanie obcasów, Józef zamknął puzderko i schował do kieszeni.

– Szalom, Józefie – usłyszał.

– Szalom – odpowiedział, ale nie zachęcił znajomego do rozmowy, jak czynił to zwykle.

Zignorowany klient ruszył dalej, przyglądając się właścicielowi apteki, a ten, obudziwszy się z zamyślenia, ruszył Północną, by skrótem dojść do parku. Tam miał nadzieję odpocząć. Lubił tę część miasteczka, bo wśród drzew biło jego serce. Mijał kamienice z lśniącej czerwonej cegły. W szybach odbijało się niebieskie światło, które przeszywała pomarańczowa łuna zachodzącego słońca, tworząca magiczny obraz malowany na szkle. Uliczki w najstarszej części sztetla były wąskie, przypominały perskie chodniki, a kamienice były do siebie bliźniaczo podobne, okna i drzwi przypominały twarz człowieka zawsze chętnie zapraszającego przechodnia do środka. Kto nie znał tej dzielnicy, mógł się w niej zagubić, a drogę odnajdywał dzięki wieży kościoła, która sterczała niczym wierzchołek górskiego szczytu.

Kiedy kilkadziesiąt lat temu Józef, gdańszczanin, osiadł w sztetlu, zaczynał wszystko od nowa. Wymazał z pamięci ostatnie lata i był niczym nowa karta starego zeszytu. Wynajął mieszkanie, poznał kilku Żydów, kilku Polaków – katolików i prawosławnych. Wszyscy wydawali mu się jednakowo obcy. Zanim przyzwyczaił się do rytmu miasteczka, upłynęło sporo czasu. Kupno apteki zmieniło jego sytuację. Dzięki wiedzy i pracy młody wówczas mężczyzna wzbudził zaufanie mieszkańców, później zaskarbił sobie ich przyjaźń. Poznawał ich, oni poznawali jego, doświadczali siebie nawzajem, jak doświadcza się fenomenu obecności. Plotkowali jak w każdym mieście, dziwili się jego samotnym spacerom, kawalerskim zwyczajom, ale szybko dodawali: „Któż nie ma swoich dziwactw?”.

Widywali go dwa razy dziennie: wczesnym rankiem tuż przed otwarciem apteki i wieczorem zaraz po jej zamknięciu, kiedy chodził do parku. Do domu zawsze wracał tą samą drogą, mijając kamienice i podwórka, których każdej cegły, każdego kamienia z czasem nauczył się na pamięć. Mieszkał na poddaszu apteki. Miał tam sypialnię, gabinet i kuchnię. Pod małym oknem w dachu stało stare biurko potrzebne Józefowi do rachunków i pisania. Nikt nie wiedział, że ma pewną pasję. Tylko ja znałam tajemnicę staruszka. Aptekarz co wieczór siadał do grubego pamiętnika zakupionego dawno temu w jednym z wiedeńskich sklepów galanteryjnych. Miał mu służyć do notowania nowych receptur, ale okazało się, że przydał się jednak do zapisków innych niż medyczne. Już jako student niezwyk­le interesował się odkryciami, fascynowały go wynalazki, w zdumienie wprawiały prace naukowe na temat nowych leków, od których, jak się później okaże, zależeć będzie przyszłość ludzkości. Józef wiedział, że przyszłość medycyny zależy od farmacji, od leków, od antybiotyków, od tego wszystkiego, czego ludzkość się obawiała, a bez czego radzić już sobie nie umiała. Ponadto Dazinger widział, znamienną dla nowego wieku, walkę o życie i starcie ze śmiercią, które przybierały na sile i były bezkompromisowe. Człowiek bowiem chciał żyć i nie umiał tak jak niegdyś odejść, pogodzony z decyzją siły wyższej, Boga, natury. Z pasji Józefa powstała słusznych rozmiarów księga. Pisząc ją systematycznie od kilku lat, komentował wszystko, co budziło jego ciekawość lub wprawiło go w zachwyt. Nikomu nigdy nie zdradził swojej tajemnicy.

Teraz stał na ulicy sztetla i ściskał w dłoni pudełko z medalionem. Usiadł na ławce i choć tego nie chciał, znowu szedł alejami Wiednia. Mijał operę, potem park, dostojne kamienice. Wracał ze spotkania z Anną, której właśnie się oświadczył. Najszczęśliwszy na świecie człowiek za chwilkę wejdzie do wynajętej klitki, rzuci się na łóżko, zamknie oczy i poczuje siłę powietrza, która nieść go będzie daleko, a za kilka dni dowie się, że jego narzeczona wyjechała. Przeniosła się na uczelnię w Monachium, by wyjść za mąż za potomka habsburskiej dynastii. Nigdy potem się nie spotkają, nigdy nie będą rozmawiać. Józef kochał Annę przez całe życie. Czuł, że wiąże go z nią jakaś tajemna siła, bardziej znacząca niż miłość.

Jaka była moja Anna? – myślał aptekarz. Przecież nie mogła mnie opuścić bez bólu. Może ta panienka, która zadała sobie tyle trudu, zna prawdę? Może jest coś, czego nie powiedziała, a co sprawi, że tamta dziewczyna w dzisiejszych snach znowu będzie się uśmiechać?

Te i inne domysły towarzyszyły aptekarzowi przez całe życie, kiedy spał, kiedy czuwał, kiedy śnił na jawie. Właśnie z ich powodu postanowił spotkać się z młodą kobietą, która odwiedziła go po południu. Wstał z ławki, a następnie ruszył w stronę rynku. Szedł do karczmy starego Singera, ale najpierw musiał przejść obok niskich zabudowań, w których mieszkali Żydzi, potem minąć kamienice katolików, stary kościół, by za rogiem zobaczyć drewniany budynek kryty kawałkami cienkiej deski modrzewiowej. W tej pięknej chacie Raszyn prowadził restaurację po swoim ojcu, a ten po swoim. Stary Singer miał pamiątki po dziadach sprzed trzystu lat. To właśnie u Singerów zatrzymała się panienka.

Zmierzchało. Józef doskonale znał swój sztetl. Kamienice i wieże świątyń tworzyły bryłę podobną do trójkąta. Aby przejść z miejsca na miejsce, należało poruszać się między kościołem, cerkwią i synagogą, które były jak tętnice organizmu sztetla, a sztetl pamiętał wiele. Jego historia, nadal w nim obecna za sprawą ludzi i ich pamięci, pisała dzieje wciąż od nowa. Kiedy Józef zatrzymał się tutaj przed laty, także i to wzruszyło jego serce.

Młoda dama właśnie zeszła na kolację. Nie trzeba było zbyt dużego wysiłku, by odnaleźć ją w sali jadalnej. Znacząco różniła się od pozostałych gości. Józef dopiero teraz zwrócił uwagę na jej subtelność. Miała coś z babki. Kiedy usiadł naprzeciwko niej przy starej drewnianej ławie, odniósł wrażenie, że nie wie, co się dzieje. Dziewczyna była nieco zaniepokojona i oprócz kurtuazyjnego powitania nie ośmieliła się nic powiedzieć. Czekała. A Józef patrzył jej prosto w oczy, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę, by nie wydać się kobiecie niekulturalnym. Spacer oraz nostalgiczne wspomnienia sprawiły, że nabrał odwagi, by ujawnić tajemnicę skrywaną od tylu lat.

– Panienka mówiła, że jeśli będę chciał o coś zapytać, to… – tu przerwał, licząc na spontaniczną reakcję Anny. Nie pomylił się. Dziewczyna nie wiedziała, czego oczekuje staruszek, więc powiedziała:

– O co chciałby pan zapytać?

– Może, panienka wybaczy ciekawość, ale może mog­łaby mi panienka zdradzić, jaka była Anna, jak wyglądało jej życie?

– Babcia była dystyngowaną i dumną kobietą. Nigdy nikogo o nic nie prosiła, zwłaszcza… – Tu kobieta przerwała, popatrzyła na Józefa, jakby przeczuwała, że słowa, które za chwilę powie, mogą wywołać nieoczekiwaną reakcję aptekarza. Po chwili dokończyła: – Zwłaszcza gdy została z córką sama.

Józef uniósł krzaczaste brwi, otworzył szeroko oczy, a na jego twarzy pojawił się znaczący grymas. Anna czekała na pytanie, na ciekawość. Aptekarz milczał jednak, jakby potrzebował dłuższej chwili, by przyjąć informację do wiadomości. Do tej pory, gdy myślał o swej narzeczonej, widział ją szczęśliwą u boku przystojnego, bogatego lekarza, teraz zobaczył inny obraz.

– Jak to sama?

– Dziadek Wilhelm pochodził z wielkiej niemieckiej dynastii i bardzo szybko, jak mówiła babka, znudziło mu się życie z prowincjonalną, ubogą żoną. Znalazł przestrzeń na arystokratycznych dworach w Wiedniu, Monachium, Paryżu. Najpierw wyjeżdżał sporadycznie, w sprawach medycznych, naukowych, z czasem podróże były coraz dłuższe i częstsze. Nie rozwiódł się z żoną, bo nie zdążył. Zginął w wypadku. Marzył o maszynie latającej i spełnił marzenie. Najpierw była to tylko fascynacja, a potem ambicja. Zwiodła go brawura.

– I babcia nigdy nie wyszła ponownie za mąż?

– Nie, miała córkę, którą kochała i której poświęciła swoją młodość, a potem mnie, której poświęciła dojrzałość.

– Szkoda… – powiedział szeptem Józef.

– Słucham?

– Nic, panienko, w zasadzie nic… Chociaż… – staruszek nerwowo szukał słów. Anna zaczęła rozmowę jakby od nowa, chcąc ją podtrzymać. W tej młodej kobiecie było dziwne ciepło, które przekonywało do niej każdego. Może to jakaś szlachetność objawiona w ruchach, gestach, uśmiechu, nawet głosie.

– Babka wspominała swoją młodość, studia w Wiedniu. I miłość do pana.

– To niemożliwe, niech panienka nie lituje się nade mną.

– Nie litość mną kieruje.

– Nie? Więc co? Nie chcę być wścibski, ale sama mnie panienka do pytań sprowokowała.

– Babka miała tajemnicę. Nikt o niej nie wiedział. Kiedy umarła moja matka, babcia Anna, jakby świadoma, że śmierć przychodzi nagle i nikogo nie uprzedza o swej wizycie, powierzyła mi swój sekret. Nie mogła wcześniej powiedzieć o nim nikomu, bo od tego zależało życie jej i mojej matki. Uzależniona finansowo od rodziny swego męża, nie mogła powiedzieć, że Józefina, moja matka, nie jest dzieckiem Wilhelma.

Józef oniemiał. Zaczął szybko wiązać fakty. Bał się tego, co odkrył. Nie śmiał zapytać. Chciał poczekać. Chwila, która miała nastąpić, mogła zmienić jego życie. Wiedział to. W końcu zapytał:

– Dziecko, kim ty jesteś?

Anna zatopiła swoje przezroczyste źrenice w zielonych oczach staruszka. Wzruszeni poczuli, jak niewidoczna do tej pory nić połączyła ich na zawsze. Dziewczyna dotknęła splecionych w modlitewnym geście dłoni Józefa, następnie wyszeptała:

– Jestem pańską wnuczką.

W oczach tego zgarbionego, zmęczonego człowieka, który nie liczył już w życiu na żadne emocje, pojawiło się najpierw zdziwienie, a zaraz po nim łzy. W rysach dziewczyny wyraźnie zobaczył swoją narzeczoną, kiedy najszczęśliwszy na świecie tulił jej drobne ciało i całował powieki. Uwielbiał jej oczy. Miała źrenice przezroczyste jak woda w strumieniu. I choć wydawało mu się, że wymazał z pamięci wszystkie wspomnienia, teraz pojawiły się żywe jak nigdy wcześniej. Był wobec nich bezbronny. Wszystkie narzędzia, którymi posługiwał się w życiu, by budować swoją siłę, teraz zawiodły. Nie lubił siebie takiego, ale nie miał niczego, by obronić się przed przeszłością. Nagle coś sobie przypomniał i nie czekając ani sekundy, spontanicznie zapytał:

– Przypomnij, jak miała na imię twoja matka?

– Józefina, moja arystokratyczna rodzina mówiła do niej z francuska: Josefine.

– Piękne imię.

– Tak, babka uparła się, choć rodzina dziadka wybrała inne. Wyjaśniła mi później, dlaczego nie ustąpiła. Chodziło o to, by jej córka, która nie mogła nosić nazwiska ojca, nosiła choćby jego imię, by w ten sposób symbolicznie dać jej tożsamość.

– Boże, a ja całe życie przeklinałem dzień, w którym poznałem Annę.

Józef spuścił głowę, przeprosił rozmówczynię, następnie wstał i ruszył do wyjścia. Anna, przypomniawszy sobie o czymś, podbiegła do Józefa i wcisnęła mu coś do kieszeni.

– Proszę przeczytać, gdy dotrze pan do domu.

Aptekarz kiwnął głową. Miał już dość emocji. Wydawało mu się, że więcej znieść nie zdoła. Szedł ponownie ulicami miasteczka. Było ciemno, więc nasłuchiwał szmerów, szelestów niesionych przez kamienie ulic, by prawie po omacku trafić do apteki. Kiedy dotarł na miejsce, nie wiedział, czy bardziej wiodło go echo miasteczka, czy intuicja. Tym razem zawiodły bowiem inne zmysły. Józef był jednocześnie przerażony i ucieszony, zniechęcony i zdesperowany. Sam nie wiedział, jakie teraz ma w sercu emocje. Wszedłszy do mieszkania na poddaszu, wyjął z kieszeni błękitną kopertę z wykaligrafowanym na niej swoim imieniem. Usiadł przy biurku i oparł list o kałamarz. Długo przyglądał się kształtnej literze „J”, ozdobionej zawiasami i motywami roślinnymi. W końcu zdecydował się pójść spać. Nie miał siły zmierzyć się z treścią listu.

Mieszkanie mocno się wychłodziło. Dazinger poczuł przejmujące zimno, nie wiadomo, czy bardziej z powodu zdenerwowania, czy niskiej temperatury w domu. Właściciela nie było cały wieczór, a Bogdar nie dołożył drew do ognia. Zamknął aptekę jak zwykle. Nie mógł przypuszczać, że Józefa coś zatrzyma. Przecież ten każdy dzień spędzał w określony, rutynowy sposób. Tym razem Józef się spóźnił, nie było go ani w aptece, ani na poddaszu. Kiedy wrócił do domu, marzył o spokoju, a ja mu go dałam. Czuł kłucie w klatce piersiowej – trochę ze strachu, trochę ze zmęczenia. Kiedy opanował nerwy, ukoił serce i uporządkował przeszłość, położył się i zasnął. Tego wieczoru nie otworzył koperty, nie przeczytał listu. Nie był gotowy na konfrontację z przeszłością, której nie znał, która mu umknęła, która go ominęła.