Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rozbita na dwa tomy historia szkatułkowa „Alchemia światła” to nowa powieść Tomasza Kaczmarka. Mocno dystopijna, osadzona w świecie, w którym istoty biblijne zarządzają resztkami ludzkości na ostatnim skrawku Ziemi nadającym się do życia.
Zawierająca elementy horroru, science-fiction i new weird opowieść przykuwa uwagę jak żelazne gwoździe. Przerażająca, wciągająca, zaskakująca.
Poznaj różnych bohaterów i ich historie powiązane niewidzialną nicią losu, ukrytych intencji i boskich zamiarów. Zobacz, jak wygląda miejsce wycięte z rzeczywistości, której już nie ma. Dostrzeż światło w Ciemności. Odkryj tajemnicę istnienia. Poczuj chłód, strach i ciężar życia w Świetlistym Jeruzalem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 317
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Alchemia Światła
Autor: Tomasz Kaczmarek
Copyright © Wydawnictwo IX. 2026
Copyright for the cover art ©
by Wydawnictwo IX. Kraków 2026
All rights reserved.
Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX
Redakcja: Marta Sobiecka
Korekta: Anna Dzięgielewska
Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński
Okładka: Tomasz Kaczmarek i Krzysztof Biliński
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.
Wydawnictwo IX
wydawnictwoix.pl
Kraków/Skawina 2026
Wydanie I
ISBN 978-83-68925-10-4
Nazwa „goecja” pochodzi od starożytnego słowa goeteia, które tłumaczono jako „wycie”. I jakkolwiek zbliżone do niego słowo goetes, oznaczające „zawodzącego”, bliskie jest temu znaczeniu, prawdziwy sens słowa goetia wyraża się w „czarach”. Goecja jest zatem sztuką czarnoksięskiego zawodzenia, przywoływania demonów do widzialnej postaci1.
Demonologia (star. daimonu + salomos – nauka o demonach) – dział teologii, którego przedmiotem są demony – byty lub moce i siły, zajmujące pośrednią pozycję między aniołami (Logosem) a ludźmi2.
Msza Święta nakazana (i dostępna) jest jedynie dla wybranych przez Chór Kontemplacji.
Dzień Święty święć pracą cięższą niż w inne dni.
Przynajmniej raz w roku odpocznij, wypełnij dzień namysłem i refleksją.
Zachowuj nakazane minima kaloryczne, aby utrzymać pełnię władz umysłowych i fizycznych.
Troszcz się o potrzeby Wspólnoty Świętego Jeruzalem3.
Wrota windy rozsuwają się ze zgrzytem i wychodzi z niej zgraja przerażających istot. Ich skóra jest czarna i błyszcząca, białka oczu lśnią jak latarnie. Mają na sobie jedynie brudne spodnie i lekkie buty. Kroczą ciężko, prawie powłócząc nogami. Korytarz wita ich cudownym powiewem orzeźwiającego chłodu, który wywołuje wszechogarniające uczucie rozkoszy. A z rozkoszą w obecności aniołów trzeba bardzo uważać.
Dilutia stoi w korytarzu dla ich dobra. Wzrok ma bardziej przenikliwy niż neutrina. Obserwuje ich z uwagą. Sprawdza pracę serca, tętno, oddech. Szuka ran i grzechów. Rany prowadzą do infekcji. Grzechy sprowadzają Ciemność.
Po spędzeniu w półmroku prawie dziesięciu godzin, nie mogą na niego patrzeć. Nie z powodu zrozumiałej niechęci. Po prostu jego blask jest zbyt silny. Każdy anioł ocieka światłem. Dilutia nie stanowi wyjątku. Nagle chwyta jedną z czarnych istot i przyciąga do siebie. Jego ruchy są szybkie, niemal niezauważalne. Przygląda się. Ocenia. W końcu daje tylko ostrzeżenie i wypuszcza. Anieli nie są okrutni. Stosują tortury tylko wtedy, gdy muszą. Poza tym dbają o dobro wszystkich mieszkańców Jeruzalem. Nawet jeśli oni nie bardzo wiedzą, co jest dla nich dobre. A może szczególnie wtedy.
Gom nie ma siły. Siada na podłodze i patrzy, jak brudne smugi spływają przez kratkę prysznicową. Koledzy dostrzegają go dopiero po chwili, są wycieńczeni, poruszają się z niemałym trudem. Biorą go pod pachy i sadzają na ławce. Woda z natrysków przestaje płynąć. Resztki mydła i brudu spływają po lekko pochyłej podłodze. Na gładkiej powierzchni osadza się cienka warstewka szarych drobin, która pozostanie tam, aż kolejna zmiana wejdzie pod prysznic. Gom nie dba o to, że nie zdołał wykorzystać dziennego przydziału wody kąpielowej. I tak nigdy nie mógł domyć brudu, przez co jego skóra dawno poszarzała i zsiniała. Cały czas czuje na ciele zapach tego cholernego pyłu.
Gdy dochodzi do siebie, pomagają mu się ubrać i prowadzą do kierownika zmiany. Ten wzrusza ramionami i niechętnie wydaje pozwolenie. Gom zostanie przebadany. Lekarze nie lubią, jak przysyła się im ludzi chorych z przemęczenia. Bo przemęczeni są wszyscy. I nic nie da się na to poradzić.
Lekarz odmawia podania kroplówki. Ma kłopoty z zaopatrzeniem. Stolica pochłania ogromne ilości wytwarzanych leków. „Nie może pan dostać nic poza ziołową mieszanką na wzmocnienie. Potem odleżeć swoje, zjeść kolację i iść spać. A rano do pracy. Proszę to wypić. I nie kaszleć na lewo i prawo, tu się pracuje”.
Gom rozumie swój stan, a także okoliczności, w jakich przyszło mu żyć. Kopalnie są najważniejsze. Pokłady węgla są na szczęście bogate. Inaczej ludzie mieszkający w Jeruzalem dawno pomarliby z głodu i zimna.
Na dworze jest lodowato. Gdy Gom wychodzi z betonowego kompleksu przylegającego do wschodnich obrzeży pasma Gór Anielskich, czuje uderzenie świeżego powietrza, które prawie go przewraca. Musi przystanąć, opiera się o barierkę. A potem rusza w dół zbocza. Obok niego robotnicy spawają pękniętą szynę. To ciężki czas. Mróz trzaska od miesiąca.
Wewnątrz kompleksu znajduje się spora stacja kolejowa. Wagony mają już dwudniowe opóźnienie. Zalegają w nich hałdy węgla potrzebnego w miastach Jeruzalem. Szczególnie w stolicy. Mieszkańcy Utopii podobno palą już meble. To niedopuszczalne z punktu widzenia aniołów. Za palenie mebli można dostać dwadzieścia batów.
Alkoholu zakazano. Ale tylko oficjalnie. Anieli są w tej kwestii pobłażliwi i przymykają oko, dopóki nikt ostentacyjnie się nie zatacza. Lekkie wstawienie pomaga utrzymać porządek. A Ciemność i tak od tego nie przyspieszy.
Gom spotyka po drodze Karolla i Tobiasza. Czekają na niego od pewnego czasu. Kiwają do siebie głowami. Błyskają zębami. Przybijają graby.
— Co jest?
— Dupę sobie odmroziłem.
— Nic takiego. Coś mnie zatrzymało.
— Blady jesteś. Co jest? Serio.
— Chodźcie już, zimno mi.
— Nic, nic. No dalej. Bo nam pozajmują.
Idą, wymieniając krótkie uwagi. Gadają o pierdołach. O swoich kobietach, cudzych kobietach i o sodomii. Był ostatnio jeden przypadek. Niejaki Siemion dał się przyłapać podczas grzesznych zabaw z inżynierem pracującym przy konserwacji Elektrowni im. Mistrza Eckharta. W gazecie nie ujawniono jego imienia ani funkcji. Jest zbyt cenny dla Jeruzalem. Widać to ktoś bardzo ważny, bo anieli rzadko ingerują w tego typu sprawy. Teraz najwyraźniej musieli. Dostał podobno porcję batów, wyspowiadał się cherubowi i przysiągł poprawę. Po spowiedzi u cheruba pewnie przez myśl mu nie przejdzie, żeby znowu nabroić. Przed cherubami nawet szeregowi anieli trzęsą portkami.
Rzeczony Siemion był zwykłym rolnikiem. Względnie młodym, dopiero wszedł w okres produkcyjny. Nic mu to nie dało. Został ukamienowany. Zdjęcia na stronie trzeciej.
— Biedak. Może nie mógł sobie znaleźć baby?
— Dupa to dupa. Znaczy…
— Lepiej uważaj, Tobi. Jeszcze trony usłyszą.
— Masz przecież kobietę.
— Chodziło mi o to, że jemu pewnie było wszystko jedno.
— Brzmisz, jakbyś bardzo dużo o tym myślał.
Gom nabija się z przyjaciela, ale Tobiaszowi nie jest do śmiechu. Gromi wzrokiem obu towarzyszy i mruczy pod nosem:
— Bo myślałem. Ale nie w ten sposób. To grzech.
— Oczywiście, że to grzech.
— Karany śmiercią. Zwykle.
Popatrzyli po sobie i roześmiali się nerwowo. Dotarli do baru.
— Gom, stawiasz pierwszą?
— No dobra.
To trudny dzień dla Hydry.
Tryb pracy w Jeruzalem jest uświęcony. Tak jakby. To znaczy, że podporządkowano go dualistycznej naturze człowieka, w którą wierzą wszyscy anieli. Małżeństwo to jeden z ostatnich sakramentów, który naprawdę ma wpływ na trzymanie w ryzach umęczonego społeczeństwa. Wynika z tego wiele praktycznych następstw. Siła robocza jest na wagę złota, lecz małżeństwo to prawdziwy diament. Trzeba pogodzić jedno z drugim. Cheruby wieki wcześniej ustaliły porządek rzeczy mający pogodzić obie kwestie, bez nadmiernego przeciążania jednostek w wieku produkcyjnym. I tak korzystano ze sprawdzonego systemu zmianowego, który porządkował pory pracy, odpoczynku i snu. Logicznym następstwem było więc wprowadzenie w ten system dualizmu. Mówiąc krótko: zmiany w małżeństwach są powiązane w taki sposób, aby żona mogła spełniać swoje obowiązki wobec męża.
A ponieważ Gom pracuje na pierwszą zmianę, Hydrze przypada trzecia z przesunięciem –1, czyli noc z godzinną zakładką, by zdążyła wrócić do domu i przyrządzić mężowi posiłek, nim ten będzie gotów do wyjścia.
Gom po pracy zwykle pije z kolegami. Potrzebuje odreagować. Hydra to rozumie. Kiedy on wraca półprzytomny do domu, ona podaje mu jedzenie, myje go, przygotowuje robocze ubrania, a potem sama idzie do fabryki. Przesunięcie sprawia, że wychodzi godzinę przed jego porą snu, aby wrócić, gdy będzie gotowy podjąć trzeźwe działania.
Na papierze wszystko zazębia się niczym tryby dobrze naoliwionej maszyny. Dla Hydry jednak ten system jest do bani.
Właśnie dlatego każdy dzień jest dla niej trudny.
Po tym co spotkało ją dziś w drodze ze skryptorium, jest przerażona. Zrobiła coś niewybaczalnego. Za żadną cenę nie może pozwolić, by Gom cokolwiek zauważył. To po prostu kolejny dzień. Jest zmęczona, tak. Może nawet trochę bardziej niż zwykle. No i mało dziś spała. Po powrocie do domu długo nie mogła zmrużyć oka. Pewnie wcale by się jej to nie udało, gdyby nie świadomość, że bez tego może dziś w nocy paść na twarz. A wtedy będzie mieć do czynienia z nadzorcą, który zacznie zadawać pytania. I wszystko się wyda, a wtedy ukamienowanie będzie najlżejszą karą, na jaką może liczyć.
Drzwi się otwierają. Gom chwiejnym krokiem wchodzi do izby. Betonowy budynek, w którym mieszkają, ma trzy piętra. Zlokalizowany jest na zboczu niewielkiego wzgórza. Jeden pokój. Wnęka z kuchenką. Wchodzi się bezpośrednio z otwartej klatki schodowej. Zawiewa lodowato, a potem drzwi się zamykają i pokój na powrót zaczyna wypełniać się przyjemnym, parującym ciepłem.
Dziś ziemniaki z cebulą. Gom wita się z żoną dosyć czule. Nie jest człowiekiem, któremu zależy wyłącznie na sobie. Kocha Hydrę. Całuje ją w policzek i przytula. Pyta, jak jej minął dzień.
— Nic szczególnego — kłamie kobieta. — Trochę ciężko, to była wyczerpująca noc.
Mężczyzna wzrusza ramionami.
— Jak zawsze. Chyba poproszę o dzień wolny dla nas obojga.
— Cudowny pomysł. Nie miałam wolnego od… Od… — Kopistka zatrzymuje się w pół kroku i odwraca do męża z krzywym uśmiechem na twarzy. — Naprawdę nie pamiętam. Z sześć miesięcy?
— Gdzieś tak. W Święto Plonów.
— Faktycznie. — Hydra przypomina sobie Przykazania Cheruba, w tym trzecie, czyli „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił ciężką pracą”.
Podnosi garnek z opalanego węglem pieca. W Jeruzalem jest mało drzew, mimo tego że anieli dbają, by sadzić kolejne. Na niewiele jednak się to zdaje. Tylko dzięki złożom czarnego złota ludzie mogą jeść smaczne posiłki, nawet jeśli powstają z prostych i skromnych składników.
Obiadokolacja ląduje w glinianym talerzu. Gom zajada ze smakiem, przegryzając suchym plackiem. Okruchy lecą w dół, tłuszcz ścieka mu po brodzie. Nie jest tak bardzo pijany. Wie, że należy otrzeć usta rękawem. Niestety nie pamięta, że wciąż jest w brudnej odzieży. Zostawia pod nosem czarną kreskę sadzy. Pełno jej w powietrzu. W bezwietrzne dni zalega na oknach, dachach, ludziach. Budynki dawno zabarwiły się na szaro. Podobnie ulice. I śnieg.
Hydra przez cały czas odpływa myślami do wydarzeń z poranka. Z otępienia nie wyciąga jej nawet dłoń Goma ściskająca mocno pośladek. Kocha się z mężem niemal bezwiednie, cały czas wspominając, rozważając, planując, co dalej. Na szczęście górnik nie zauważa jej bierności. Jest pijany, zmęczony, śpiący. Kończy w niej, kładzie się obok i zasypia, rysując na prześcieradle ciemne smugi.
Jutro trzeba będzie zanieść pościel do pralni.
Hydra pracowała wcześniej w fabryce amunicji, ale nie jest już jedną z biedaczek stojących przy taśmie. Obecnie zajmuje się przepisywaniem świętych ksiąg. Przeniesiono ją, gdy urodziła drugą córkę. A właściwie po tym, gdy dziewczynka zmarła zaraz po przyjściu na świat. Dokładnie tak samo jak pierwsza.
Prawo mówi, że lżejsza praca należy się kobietom, które urodziły co najmniej dwójkę dzieci. Taki pomysł prokreacyjny, który wyszedł prosto od legendarnego cheruba Luxa – prawodawcy. Szeregowi anieli nie przepadają za cherubami, które są od nich starsze i mądrzejsze. Szanują je. I boją się tych czworonożnych skrzydlatych bestii.
Tego ranka kobieta nie rozmawiała z nikim, po prostu zapakowała papiery do schowka i wyszła nieziemsko wściekła. Secunda podkradła jej dwie kartki przepisanego tekstu. Co gorsza, nadzorca w ogóle nie patrzył na charakter pisma. Mechanicznie zaakceptował fragment księgi, jak gdyby nigdy nic. A Hydra zaliczyła „niedobór efektów pracy”. Wiedziała, że jeśli do końca tygodnia nie nadrobi opóźnienia, czeka ją kara. Może nic szczególnie dotkliwego, ale anioł, który pilnuje wyników pracy nad Słowem, jest typowym skrzydlatym służbistą, który nie pozwoli na to, by jakaś ludzka samiczka obijała się w biurze. Dodatkową okolicznością obciążającą w tym przypadku jest fakt, że mimo uświęcenia i wagi przepisywanie ksiąg jest wyjątkowo lekkim zadaniem.
Była więc niesamowicie zła. Mogłaby wyrwać Secundzie kudły, gdyby tylko ją spotkała. Oczywiście, mogła zgłosić kradzież. Anioł by ją pochwalił, tamtą skarcił i to niezwykle ostro. Przy takim grzechu stracić można dużo więcej niż stanowisko. A że złodziejka była przeraźliwie durna, nie pomyślała o konsekwencjach. Zachciało się jej dodatkowych racji w nagrodę za nadplanowe strony. Więc Hydra była wściekła podwójnie. Na Secundę i na siebie. Bo nie chciała głupiej dziewczynie robić aż takiej krzywdy.
Ze złości przeszła w zamyślenie. Zastanawiała się, jak nadrobi zaległe strony przy takim tempie pracy. Wyszła ze skryptorium, zatopiona po uszy w meandrach rozważań. Narzuciła na głowę szary kaptur i ruszyła przed siebie wąską ulicą. Chodziła tamtędy codziennie i za każdym razem czuła się jak w kanionie. Po obu stronach miała bardzo długie ceglane budynki, wysokie na dwa piętra. Między nimi znajdowała się brukowana droga, szeroka jedynie na tyle, by mogły się na niej wyminąć dwa małe auta. Często zawiewał tu cuchnący wiatr, przynosząc smród spalenizny i pył.
Dzień wcześniej spadł śnieg, pokrywając wszystko białą warstewką. Z czasem śnieg szarzał, by ostatecznie sczernieć, nasiąknąwszy sadzą, pyłami i innymi zanieczyszczeniami unoszącymi się w powietrzu. Kominy w mieście dymiły na całego.
Hydra doszła wreszcie do końca kanionu i skręciła w lewo. Szła wzdłuż wysokiego muru zakończonego drutem kolczastym. Za nim znajdowała się wytwórnia anielskiego oręża. Każdego dnia zjeżdżały do niej wagony węgla, piece rozpalały się do białości, a płynne metale formowano w niezwykle twarde stopy wzbogacone sproszkowanym pazurem cheruba. To najtwardszy z materiałów, bardzo trudny do pozyskania. Cheruby same sobie wyrywają pazury, ponieważ w żaden sposób nie da się ich obcinać. Są zbyt twarde. Dopiero potem, poddawane bardzo intensywnej obróbce ciśnieniem i gorącem, a następnie ścierane szczotkami, ulegają i przyjmują postać połyskującego pyłu. Zmieszane w odpowiednich proporcjach z różnymi stopami metali, a następnie użyte do produkcji zbroi i broni dają jedyne skuteczne narzędzie walki z demonami.
Wysokie na setki metrów kominy wytwórni pluły w niebo toksyczną czernią. Kiedy zmienia się wiatr i znosi chmurę w stronę gór, spada kwaśny deszcz. Tutaj pojawia się główne zadanie Jehudiela, jednego z siedmiu archaniołów, władcy burz. Dawniej ludzie uważali go za boga, nazywali Dzeusem, Thorem i wieloma innymi przydomkami. On jednak jedynie trwał na posterunku, tak jak i teraz. Jego praca to sprawianie, by wiatr wiał zawsze od gór w stronę dolin. By zanieczyszczenia odchodziły znad Świetlistego Jeruzalem, a kwaśny deszcz spadał poza obszarem światła – w Ciemność. To ogromna odpowiedzialność, wymagająca użycia niezwykle dużo siły. Jehudiel podobno ledwo zipie. Kto wie, czy w końcu nie będzie zmuszony odpuścić. A wtedy po jednej stronie pasma Gór Anielskich spadnie deszcz, który wypali glebę i zniszczy uprawy. Ludzie będą głodować. Jak dotąd miało to miejsce tylko raz, wiele lat przed narodzinami Hydry. Stracili wtedy pola, które do tej pory nie nadają się do obsiewania. Zmarło wielu dobrych ludzi, głównie starców. Anieli zrobili to, co jest ich zadaniem. Dopilnowali, by ludzkość przetrwała. I zminimalizowali straty poprzez zagłodzenie tych, którzy nie byli już do niczego potrzebni.
Minął ją rozklekotany, terkoczący automobil. Pojazd składał się z części wytworzonych w Utopii. W stolicy bowiem przemysł stał na wyższym poziomie niż w Świetliku. W praktyce oznaczało to dziesięciokrotnie więcej fabryk, stokrotnie więcej kominów oraz tysiąc razy więcej zanieczyszczeń. Utopia leżała na w miarę płaskim terenie, również na zachód od Gór Anielskich. Gdyby wiatr ucichł choćby na pół dnia, smog okryłby miasto całunem tak gęstym, że ciężko by było oddychać.
Pojazd się oddalił, Hydra nie widziała go już, ale przez parę chwil nadal słyszała. W powietrzu roznosił się zapach spalonego oleju. Skręciła w boczną odnogę – wąską uliczkę, w której nie zmieściłoby się żadne auto. Szła po krzywym bruku, stromo opadającą drogą, wyciętą w skrajach budynków odwróconych do niej plecami. Nie tędy się do nich wchodziło. Tę drogę traktowano jedynie jako przymusowy skrót. Gdyby nie obecność aniołów, prawdopodobnie można by ją uznać za idealne miejsce na gwałt lub morderstwo. Szczególnie przy tej poszarzałej, pełnej chmur pogodzie, kiedy nie do końca wiadomo, czy trwa właśnie pierwsza, czy trzecia zmiana.
— Hej!
Wzdrygnęła się i stanęła sztywno.
— Kto tam?
— Chodź… Proszę, pomóż mi.
Hydra podążyła za głosem. Kobietę zobaczyła dopiero, gdy do niej podeszła. Siedziała w załomie odrapanego muru.
— Pomóż, błagam.
— Co, co się dzieje?
Obca kobieta objęła się za napęczniały brzuch.
— Pomóż mi dojść… Do domu.
— Wszystko w porządku?
— Rodzę, ty głupia… Nie, nie. Proszę…
— Dobrze już. Dobrze. Zaprowadzę cię do kliniki.
— Nie! — Wyrwała się Hydrze i z impetem uderzyła plecami o ścianę. Nogi się pod nią ugięły.
— No co ty robisz… — Hydra nie mogła pojąć takiego zachowania. Pomyślała, że nieznajoma jest w szoku. — Anieli ci pomogą, odbierali też moje porody i…
— Nie rozumiesz! — krzyknęła tamta i poczęła schodzić w dół drogi, czyli w kierunku odwrotnym do tego, w którym anieli prowadzili specjalną placówkę porodową.
Szła koślawo, jak kaczka, trzymając się za brzuch. Hydra podążyła za nią. Zobaczyła na śniegu czerwone kropki.
— Pomogę ci. Pomogę, tylko nie uciekaj.
Brzemienna odwróciła się.
— Anieli nie mogą wiedzieć. Błagam…
Hydra skinęła odruchowo głową.
— Dobrze, dobrze. Zaprowadź mnie do domu, pomogę ci.
— Nie! Tam też nie mogę…
— Na rany zbawiciela, dziewczyno, ogarnij się! — huknęła Hydra. — Chcesz zabić to dziecko? O to ci chodzi, tak? Niedoczekanie!
Nieznajoma rozpłakała się, ale już nie uciekała. Chwyciła mocno za szary materiał i poczęła podciągać sukienkę.
— Co ty robisz…
Zrugana odsłoniła brzuch. Był czarny. Nie brudny. Czarny. Ciemność przenikała przez skórę. Potężne żyły na jej powierzchni miały barwę rtęci. I połyskiwały. Wtem coś od wewnątrz nacisnęło mocno, a kobieta jęknęła z bólu. Na skórze odcisnął się ślad małej piąstki.
Hydra prawie się przewróciła.
— Co to jest? Czy to…
— Nie, nie. On nie jest zły. Po prostu…
— Spółkowałaś z demonem.
— To był inkub. Nie wiedziałam. Wyglądał jak człowiek. Wykorzystał mnie.
— Urodzisz kambiona.
Istnieje niezliczona ilość rodzajów demonów. Kambion to hybryda człowieka z inkubem. Jedyną rolą tych ostatnich jest udawanie ludzi i uwodzenie kobiet. Potrafią doskonale imitować wygląd młodego, przystojnego i jurnego mężczyzny. Pragnienia i potrzeby wyciągają za pomocą niezwykle czułego zmysłu empatii, prosto z umysłu uwodzonego. Są chodzącym ideałem. Ich kobiece wersje to sukkuby. Są zdolne do urodzenia dziecka z nasienia pochodzącego od człowieka. To istoty piękne, bezwzględne i niesamowicie groźne.
A kambiony? Demony pochodzące od inkubów, zabijają matki podczas porodu. Rosną za szybko. Są za duże, aby mogły się urodzić w sposób naturalny. Zwykle szarpią się tak długo, aż rozerwą brzuch. Czy dlatego są złe? A czemu miałyby? To nieświadome niczego dzieci.
Hydra leży obok chrapiącego Goma. Górnik padł tak, jak skończył. Jest cały umorusany. W jego skórę wsiąkł na zawsze pył węglowy. Palce ma wiecznie czarne. Kiedy ją pieści, Hydra czuje, jakby ocierała się o nieotynkowaną ścianę. Jego skóra jest sucha jak wiór i pachnie kopalnią. Ona zresztą też. Cały dom jest przesiąknięty tą wonią.
Kobieta wstaje, gdy tylko zyskuje pewność, że Gom zapadł w głęboki sen. Jest wyczerpany. Najpierw praca, potem zakrapiana impreza, a na koniec szybki, mechaniczny seks. Na dziś jej mąż całkowicie wyczerpał zapas energii. I nie odzyska go w ciągu tych kilku godzin snu. Wstanie zmęczony, będzie pracował zmęczony, a potem zmęczony znów będzie pił. Zmęczony wróci do domu, zje obiad i zrobi to, do czego powołała go biologia. Tak jak dziś. Cykl życia. Cykl ludzkości. Cykl nieszczęścia.
Hydra sięga po jego kurtkę wiszącą na oparciu krzesła. Przeszukuje kieszenie. Nic. Żadnego papierosa. A ma wielką ochotę, by zapalić. To jedna z tych nielicznych przyjemności, na które może sobie pozwolić, jeśli tylko nikt nie widzi. O ile archanioł Rafał jest nadal na tyle wyrozumiały, by nie zwracać uwagi na takie drobne grzeszki wobec świątyni ciała. Nikt nie chce ryzykować zwrócenia na siebie uwagi, a ona nie jest wyjątkiem. Szczególnie teraz, kiedy absolutnie nie może sobie na to pozwolić. A jednak przez tę krótką chwilę widzi go oczyma wyobraźni. Siedzi na potężnym tronie, w jednej ze smukłych wież twierdzy archaniołów, na wschodnich stokach Gór Anielskich. Ze Świetlika widać fortyfikacje i cienkie igły wież.
Siedzi sztywno, nie może się poruszyć. Do jego głowy podpięte są kable prowadzące do rozgrzanych komputerów. Przy połyskujących ekranach siedzą zastępy aniołów, analizujące myśli, które Rafał cały czas przechwytuje. Jest nieodzowny, niezbędny. Wykrywa każdy grzech, wie wszystko o wszystkich. Zna każdą myśl na terenie Świetlistego Jeruzalem. Nie ukryjesz się przed nim w żadnym z miast, nawet w odległym Przedcieniu, ani granicznym Niemroku. Nie znikniesz w ludzkim ulu stolicy, choć to właśnie Utopia sprawia mu najwięcej kłopotów. Nie schowasz się też w Tunelu Błyskacza, jednej z dwóch dróg prowadzących przez wysokie szczyty Gór Anielskich, które dzielą Jeruzalem na dwie niemal równe części. Rafał niektórym przypomina samego boga.
Ale nim nie jest. Wszystkie pozyskiwane mocą myśli informacje są dla niego przytłaczające. Nie jest w stanie dopuścić wszystkich do świadomości. Dlatego większość po prostu stanowi chaotyczny szum spychany w najciemniejsze odmęty jaźni, gdzie przydatne informacje są wysysane z pomocą nowoczesnej technologii i trafiają do nieogarnionej bazy danych Centralnego Rejestru Grzechów. Tam programy analityczne odseparowują myśli bezpieczne od niebezpiecznych, czyny dobre od złych. Tworzone są zestawienia, schematy i statystyki. Anieli monitorują je na bieżąco, analizują, a następnie wydają dyspozycje. Tu trzeba zadziałać. To można odpuścić. A tego na szczęście nie zauważyli. Prawdziwy cud.
Zdarzają się też dni, gdy anieli pominą coś bardzo istotnego. Jak wtedy, gdy na zawsze stracili Brzask, który zapadł się w Ciemność tak szybko, że zabrał ze sobą tysiące ludzi i prawie dwa tuziny aniołów. Miasto było mocno ufortyfikowane i zabezpieczone trzema pazurami. Do dziś jedynie szepcze się o tym, co doprowadziło do jego upadku.
Hydra jest pewna, że prędzej czy później po nią przyjdą. Ma tylko nadzieję, że zanim to nastąpi, zdoła postąpić dobrze.
Stresuje się koszmarnie. Przez moment nawet ma wrażenie, że za papierosa mogłaby się oddać komuś zupełnie obcemu, nie czując cienia wyrzutów sumienia.
— Jak ci na imię? — spytała.
— Kalio.
— Posłuchaj, Kalio, to dziecko demona. Nie urodzi się normalnie, tylko cię zabije.
— To nie jego wina.
Kalio chwyciła dłoń Hydry i osunęła się na ziemię. Cudem uniknęły ciekawskiego wzroku ludzi idących na pierwszą zmianę. Wysokie mury i wąskie uliczki ściśniętej zabudowy mają ten plus, że czasem można między nimi po prostu zniknąć. W zachodniej części Świetlika stoi wiele pustych domów. Niektóre skruszały i częściowo się zawaliły, inne osiadały lub niebezpiecznie przechylały się lub stanowiły jedynie wspomnienie ukryte pod stertą gruzu. To efekt szkód górniczych. Kopalnie lata temu ryły bardzo głęboko pod miastem, a grunt okazał się niestabilny. Jednej nocy runęło kilkanaście domów – praktycznie cała przecznica. Wszędzie dostrzegało się szramy od dawna rysowane smukłymi palcami wstrząsów. Szyby pękały. Cegły kruszyły się na piasek. Dlatego od pewnego czasu stosowano głównie beton. Był elastyczny i lepiej znosił drgania.
Wpadły do niewysokiego budynku, w którym brakowało większości drzwi i okien. Przedsionek powitał je pustką i chłodem. Hydra zostawiła cierpiącą, opartą o ścianę, i poczęła rozglądać się gorączkowo po wnętrzu. Na piętro kobieta nie dałaby rady wejść, więc nawet nie brała tego pod uwagę. Za to na tyłach znalazła dla nich zaciszne miejsce, by mogły odpocząć i ukryć się na chwilę lub dwie. Wróciła po brzemienną, chwyciła pod ramię i powoli poprowadziła przez wąski korytarz. Weszły do pokoju, którego okna wciąż posiadały szkło, a pęknięte drzwi siedziały mocno w ramie. Były lekko uchylone, więc hydra docisnęła je do framugi. Nie miały zamka tylko mały otwór, smutną pozostałość po nim. Pokój był ogołocony z mebli.
Hydra otarła spocone czoło.
— Nie wiem, co robić — rzuciła cicho.
Kalio, nie puszczając napęczniałego brzucha, uśmiechnęła się do niej.
— Dziękuję ci, bardzo ci dziękuję. Pomóż mu wyjść. Proszę. Uratuj go.
Żona Goma przełknęła ślinę.
— Nie mogę… Słuchaj, ja…
— Błagam cię! — Kalio chwyciła i ścisnęła przedramię Hydry, aż pobielały jej kostki. Twarz wykrzywiał grymas bólu i strachu. — To będzie dobre dziecko, dobre! Nie wiedziałaś? Kambiony nie muszą być złe, wcale nie muszą. Dziedziczą moc, ale same w sobie nie noszą zła, nie są grzeszne. Wszyscy przecież powstaliśmy z grzechu. Musisz… Musisz…
Oczy Kalio się rozszerzyły, wstrząsnął nią spazm. Głowa odchyliła się, źrenice uciekły pod powieki, a brzuch pękł na pół. Strugi krwi strzeliły w górę, Hydra zdołała odskoczyć, lecz i tak nie uniknęła fontanny posoki. Dziecko wytoczyło się ciężko z pękniętej matki i przeturlało po podłodze. Jego wygląd nie zdradzał pochodzenia, gdyby jednak było potomkiem wyłącznie ludzkim, to na pierwszy rzut oka musiałoby mieć przynajmniej ze dwa lata. Było duże. Bardzo duże. Hydrę jednocześnie wypełniał podziw i przerażenie. Jak Kalio zdołała je nosić tak długo?
Siedziała rozkraczona na podłodze jak sparaliżowana. Nie umiała nic powiedzieć, nie mogła się poruszyć. Tylko patrzyła. Dziecko rozpłakało się cicho, zacisnęło piąstki i skuliło do pozycji embrionalnej. Kwiliło przez krótką chwilę.
Hydra z trudem podniosła się, ale znów zamarła w stuporze, sparaliżowana przerażeniem. Dotarło do niej jednak, że mały kambion może być dla niej niebezpieczny. W końcu pokonała paraliż i odwróciła się w stronę wyjścia. Stawiając pierwszy krok nadepnęła na stare, skruszałe szkło, które trzasnęło, pękając pod jej ciężarem. Dziecko odchyliło głowę i spojrzało prosto na kobietę. Wzrok miało przenikliwy, a oczy bystre i czujne, choć wyglądały całkiem zwyczajnie.
— Mamo? — spytał cichutko chłopiec, ale Hydra usłyszała jego głos bardzo wyraźnie.
Poczuła, że żołądek zwija się jej w supeł. Zatrzęsło nią, zgięło wpół, zdążyła jeszcze się odwrócić i zrobić dwa kroki w stronę okna, po czym zwymiotowała.
— Mamo? Mamusiu?
Dopiero po chwili odważyła się, by znów na niego spojrzeć. Chłopiec siedział spokojnie i patrzył na nią.
— Mamusiu, zimno mi.
Ociekał krwią i wodami płodowymi. Pępowinę rozerwał, wychodząc. Z brzucha sterczał mu tylko jej strzęp, z którego ściekały pojedyncze krople krwi. Miał skórę białą jak papier, czubek głowy zdobiła delikatna czupryna długich, czarnych włosków.
Hydra otarła wargi rękawem. Pokiwała głową.
— Nic ci nie będzie — rzekła. — Jesteś bezpieczny.
A on się uśmiechnął i wyciągnął do niej rączki. Podeszła do niego bezwiednie, jak w transie. Nie do końca rozumiała, co robi, a jednak podniosła go z podłogi i przytuliła. Wcisnął się pod jej ramię, jakby chciał wydrążyć w niej otwór. Hydra spojrzała na zwłoki Kalio. Poczuła wokół szyi drobne ręce, które maleńkimi paluszkami chwytały jej ubranie.
(Nad)zwyczajne dziecko.
Nie mogła go tak zostawić.
Hydra wie, że prędzej czy później myśli ją zdradzą. Przed mężem, przed koleżanką, przed Rafałem. Nic nie da odwracanie się tyłem do problemu, to nie sprawi, że zniknie. Ukryła ciało Kalio w piwnicy. Czy ktoś zacznie jej szukać? Na pewno. Oddział śledczy znajdzie krew i ślady porodu. A potem martwą kobietę, porzuconą pod skruszałymi schodami, przykrytą znalezioną naprędce płachtą. Śmierdzącą, opuchniętą i spowitą cieniem. Morderstwo. Skażą mnie za morderstwo!
Panika narasta bardzo szybko, a opanować ją trudno. Hydra, świadoma niebezpieczeństwa, bierze głęboki wdech i próbuje się opanować. Właśnie takie myśli są najwyraźniejsze i najszybciej zdradzają winowajców. A ona przecież nikogo nie zabiła. Popełniła zbrodnię po stokroć większą. Ocaliła życie niewinnej istoty, która nie jest człowiekiem ani nie pochodzi od boga. Więc teraz musi wziąć się w garść. Nadchodzi świt i trzeba przygotować mężowi śniadanie. Wyprawkę do pracy. A następnie samej spędzić kolejny dzień na przepisywaniu ksiąg. A niech tylko Secunda znów spróbuje jakiejś sztuczki. Tym razem nie będzie taryfy ulgowej.
W głowie słyszy śpiew ptaka. Uświadamia sobie, że dawno nie widziała żadnego dzikiego zwierzęcia. Kiedy była mała, w miastach roiło się od gołębi. Teraz w Świetliku nie ma ich wcale. Może po drugiej stronie gór uchowały się jakieś? Po prostu uciekły z miejsc, gdzie ludzie na nie polują i pieką przy ognisku. Odleciały między wysokie szczyty Gór Anielskich. Tam nikt nie chodzi. Bo nie ma po co.
Jeśli sprawa z kambionem wyjdzie na jaw, i ona będzie musiała uciekać. O ile to w ogóle ma sens. Jeżeli anieli wpadną na jej trop, będzie bez szans. A jeśli uznają jej czyn za zdradę, ruszy za nią nie szeregowy skrzydlak, ale oficer. Oni nie znają litości.
A jednak, gdy patrzy na kambiona, widzi jedynie dziecko. No, nie takie małe. Nim Hydra opuściła ruderę, dzieciak miał już dobry metr wzrostu i dojrzewał również umysłowo. Zupełnie jakby ktoś przewijał jego życie na szpuli. Hydra nie ma pojęcia, jak długo tacy żyją. Ale ma nadzieję, że to mu nie skraca czasu na tym łez padole. Wygląda jak człowiek. Może i ma szansę.
Koniecznie chciał mieć imię, więc dała mu jedno, ze swojej ulubionej Księgi Przestawionego Prawa. Opisano w niej barwne dzieje i żywoty wielu starożytnych proroków i bohaterów. Szczególnie pasowało do niego jedno z nich, pochodzące od świętego, który poświęcił swoje życie walce z demonami najeżdżającymi chrześcijańskie Królestwo Na Wyspie.
Merlin.
W budynku skryptorium jest dziś duszniej niż zwykle. Hydra wchodzi po schodach, ciężko dysząc. Serce wyrywa się jej z piersi. Stara się nie myśleć – najlepiej w ogóle. Ale nie może. Co rusz stają jej przed oczami obrazy pełne krwi, kambiona, śpiącego Goma.
Idzie jak w transie i prawie wpada na anioła Levisa – nadzorcę. Skrzydlaty osobnik jest od niej wyższy i masywniejszy. Bije od niego niezachwiana wiara, świetlista moc i spokój. To jeden z bardziej lubianych przedstawicieli opiekunów ludzi. Jego ciepło i przyjazne nastawienie do chronionego gatunku są powszechnie znane.
— Spóźniłaś się — mówi basowo.
Hydrze zdaje się, że jej serce wpada w rezonans i rozbija się w klatce piersiowej. Kiwa twierdząco głową i próbuje odejść, jednak potężna dłoń okrywa lekko jej ramię. Anioł przypatruje się jej.
— Co się stało? Jesteś chora? Nie chcę, żebyś zaraziła innych pracowników i opóźniła prace.
— Nie, nie… Ja tylko… Źle się czułam rano, ale już mi przechodzi. Nie mogłam spać, to przez to.
Levis kiwa głową.
— Dobrze, możesz wejść. Ale przepisuj z uwagą. Niepotrzebne mi zmarnowane strony i tusz na śmietniku. To słowa Ojca.
Hydra prawie biegnie. Pot spływa jej po karku. Wie? Czy nie wie? To w ogóle możliwe? Zatrzymałby ją. Na pewno. Albo nie? Czekają na zewnątrz. Będą śledzić…
— Złociutka! — Secunda chwyta ją pod ramię i prowadzi do kantorka.
Mijają po drodze stanowiska zajęte przez ich koleżanki ze zmiany. Jest tam blondwłosa Ira, piegowata Miki, wyniosła Diana, nieruszająca się z domu bez gorsetu ortopedycznego, i kilka innych. Pracują nad wielkim dziełem proroka Symula, który wiele wieków wcześniej spisał na nowo przepowiednie wynotowane z mitycznej Apokalipsy Świętego Jana. Niestety oryginał przepadł w zawierusze postępującej Ciemności. Symul jest obecnie wielkim źródłem wiedzy na temat boskiego planu. Jego prace wykładane są w szkołach i na uczelniach. Cytują go nawet anieli.
Małe pomieszczenie spowija półmrok, gdyż zużytej żarówki nie wymieniono od wielu tygodni. Przydział dla Utopii ma nadejść lada chwila, ale wszyscy czekają z pewną dozą rezygnacji. Określenie „lada chwila” bywa bowiem rozmaicie interpretowane. Ludzie zakładają się po cichu nawet o to, ile jeszcze dostawcy będą zwlekać. A przecież hazard to grzech.
— No, złociutka, tutaj masz resztkę detergentu, dokładnie podziel na porcje i używaj oszczędnie. Zanim będzie więcej, zejdzie nam pewnie do nowego roku, ha, ha!
Hydra spogląda na nią i nie rozumie.
— Na co mi to?
— No, Hynia, co ty! Dzisiaj twoja kolej na odkurzanie zbiorów!
— Kłamstwo! — Hydra ma łzy w oczach. Zaciska zęby i czerwienieje na twarzy. Myśli zawiązują się na supeł i stają w miejscu. Ta małpa. Ta mała wredna… — To jest kłamstwo, dziś nie może być! Nie może!
Spogląda w harmonogram. Faktycznie. Dziś jej kolej.
Secunda przełyka ślinę. Wszystkie oczy zwrócone są na Hydrę.
— Przepraszam. Mam ciężkie dni. Już się biorę do pracy.
Dzień odkurzania oznacza, że nie nadrobi straconych stron.
Tak zwane zbiory to nieduża klitka na parterze, gdzie pod kluczem trzyma się egzemplarze przygotowywane specjalnie dla kopistów, czyli mówiąc krótko: wykonane prasą drukarską.
Słowo odbite maszynowo traci moc płynącą z natchnienia i łaskę Ducha Świętego – nauczał Lux, tworząc prawo świętych ksiąg. – Tylko poprzez pracę odręczną, wykonywaną przez osoby pozostające w stanie łaski uświęcającej, możemy przekazać kolejne informacje, a także zawartą w nich treść ukrytą. Nawet przepisywanie z kopii nieuświęconej może odtworzyć ukrytą wartość, tak jak anamneza pozwala nam na odkrywanie zapomnianej wiedzy. Tak tworzone są cenne zbiory, które wykorzystywać możemy do wyższych celów.
Wilgotna szmatka szybko pokrywa się szarą warstwą pyłu. Okna nie są wystarczająco szczelne. Gdy zawieje od strony fabryki, wnętrze pomieszczenia gęstnieje, a osady powoli opadają na książki, okrywając je brudną kołderką.
Praca przebiega powoli i mozolnie. Książek jest bardzo dużo, a wszystkie woluminy wymagają sprawdzenia. Każdy tom okryty jest szarym papierem, który ochrania wnętrze przed uszkodzeniami wywołanymi niezdrową atmosferą. Sięgając po kolejne książki, Hydra ma umysł pozbawiony głębszych myśli. Oddaje się w pełni zajęciu, by jej strach i zdenerwowanie choć trochę przycichły, pozwalając zszarganym nerwom na chwilę odpoczynku.
Wtedy trafia na książkę, której tytuł wypisany tuszem na ochronnej warstwie, przykuwa jej uwagę. Spogląda nieufnie, czyta powoli jeszcze raz.
Grzeszne skutki obcowania z demonem.
Siada sztywno. Serce rozpędza się na nowo. Jest zdeterminowane w kwestii wyskoczenia przez jej gardło na zewnątrz.
Łup, łup, łup.
Hydra siedzi, serce wali, książka leży.
Rzuca się na nią, jak wygłodniały pies na świeży ochłap krwistego mięsa. Rozrywa papierową okładkę na kawałki i sięga do wnętrza, gdzie stary drukowany tekst wita ją pożółkłymi kartkami i nieco już wyblakłym drukiem.
Szuka rozdziału o Kambionach.
Rozdział trzeci
Lamenty niewiast głupich i bezmyślnych
(…)
3.3 Przenikanie jasności
Inkub, podobnie jak każda istota upadła, nie może znieść mocy emanacji Boskiego Luxu. Jednakowoż te podstępne demony korzystają z sił witalnych ludzi umiłowanych przez Stwórcę. Dlatego też uwodzenie jest dla nich sztuką wielce istotną. Poprzez szepty, grzeszne myśli oraz zachętę do masturbacji.
(…)
3.15 Nasienie inkuba
Choć nasienie inkuba w rzeczywistości nie pochodzi od niego (bowiem istoty upadłe nie potrafią tworzyć samodzielnie życia, ono bowiem pochodzi jedynie od Boga), to skutecznie prowadzi do zagnieżdżenia się w kobiecych lędźwiach istoty stanowiącej mutanta o grzesznym rodowodzie. Będzie on rósł w tempie niesamowitym i wkrótce po akcie fałszywego zapłodnienia zabije matkę w sposób okrutny i krwawy.
(…)
3.16 Owoc inkuba
Tak uwolniwszy się z łona matki (co zostało omówione w rozdziale 3.15), młody kambion zignoruje straszliwą zbrodnię, jakiej się dopuścił, zgodnie z jego zepsutymi myślami o mrocznym pochodzeniu. Poszuka sobie osoby, na której skupi wymaga opieki i zaspokojenia podstawowych potrzeb. W tym okresie potrzebuje on bowiem dużych ilości pokarmu z uwagi na szybki wzrost. W wypadku braku zaspokojenia wielkich potrzeb żywieniowych, znajdzie on sobie czym prędzej nowego opiekuna, bądź przystąpi do samodzielnego zdobywania pokarmu w sposób grzeszny. Będzie polował najpierw na zwierzęta małe i słabe. A jak tylko stanie się odpowiednio duży i silny, skupi swą niecną uwagę na ludziach, pożre ich członki na surowo i popije świeżą krwią.
(…)
3.18 Kambiona spaczone myśli
Kambion jest istotą korzystającą z dóbr umysłu ludzkiego, wypaczonego przez grzech pierworodny oraz szatańskie wpływy. Z powodu biologicznego pokrewieństwa z dziećmi Bożymi posiada on dostęp do daru anamnezy, dlatego też jest bardziej niebezpieczny od demona, a tak samo złośliwy i bezwzględny. W ten sposób bowiem uzyskuje naturalnie występującą wiedzę ukrytą na zasadzie Bożej łaski. Nie dajmy się jednak zmylić. Kambion tę wiedzę zwyczajnie kradnie. Nie ma bowiem do niej prawa z uwagi na grzeszne przetworzenie stworzenia.
Świta. Promienie słońca wychylają się znad czarnego horyzontu na wschodzie. Podziurawione chmury przepuszczają pojedyncze snopy światła przynoszącego odrobinę złudnego ciepła.
Opuszczając skryptorium, Hydra osłania twarz maseczką wykonaną z szarej szmatki i dwóch sznurków. Czerwone flagi powywieszane na skrzyżowaniach ostrzegają przed wszechobecnymi pyłami i smogiem. Czyżby Jehudiel miał gorszy dzień? Kto wie. Może po prostu musiał skupić uwagę na innym miejscu. Świetliste Jeruzalem jest duże, obejmuje tereny po obu stronach Gór Anielskich, w sumie dziewięć miast wypełnionych po brzegi ludźmi, których trzeba utrzymać przy życiu. Jeden Świetlik nie może stanowić dla niego oczka w głowie. I tak mają tu lepiej niż w Blaskach – miasto, zlokalizowane na wschód od Utopii, cierpi praktycznie cały czas przez brudne, toksyczne chmury ciągnące od stolicy. Na dodatek największa rzeka Jeruzalem, Matka, wypływa z gór, biegnąc dalej przez Utopię, a następnie Blaski, by zniknąć w odmętach Ciemności. Wszystkie zanieczyszczenia z wielkich fabryk, kopalń, czy elektrowni spływają nią w dół, a mieszkańcy mniejszego miasta czerpią z rzeki brudnej jak ściek.
Cuchnące wyziewy schodzą na dalszy plan, gdyż Hydra skupiona jest teraz na czymś o wiele ważniejszym niż kwestia ludzi, którzy umrą przedwcześnie z powodu niewydolności układu oddechowego. Myśli o dziecku, któremu pomogła przyjść na świat. Prawdopodobnie uratowała je przed gniewem aniołów. Nie przeklina ich. To przecież sprawiedliwość, prawda? To grzech przyciąga Ciemność, a ona jest teraz po części odpowiedzialna za obecność grzesznego owocu na uświęconej ziemi. Sprawiedliwa jest ochrona ludzi przed Ciemnością. A to czyni ją niesprawiedliwą.
— Jestem przeklęta… — mówi do siebie cicho. Tym razem nie daje rady odpędzić złych myśli, więc próbuje się modlić. Porusza bezgłośnie ustami, ukrytymi za cienkim materiałem. Maseczka porusza się delikatnie w rytm drgającej żuchwy.
Jak zabicie niewinnego dziecka może być sprawiedliwe? No jak?
W głowie jej huczy. Modlitwy nie pomagają. Próbuje więc czegoś innego. Szczypie się w przedramię. Uderza dłonią o murek. Bierze do ręki kanciasty kawałek zszarzałego szkła leżącego przy drodze i dociska do miękkiej skóry. Żłobi głęboki kanion, który szybko wypełnia się krwawą rzeką. Zaciska dłoń i zamyka ujście. Ściąga z twarzy maskę i owija nią ranę.
Ale grzech… Ciemność…
— A niech przychodzi! — Hydra zaciska zęby i wygraża niewidzialnemu przeciwnikowi. — Niech no tylko spróbuje. Pokażę mu, jak matki bronią swoich dzieci.
Dom nadal wygląda na opuszczony. Zieje rozpaczą upadku i smutkiem samotności. Kiedy o tym pomyśleć, chyba lepsze towarzystwo pasożyta niż żadne. Może więc i budynek jest zadowolony, że w jego trzewiach gnieździ się szatański pomiot?
Hydra najpierw czai się nieopodal w całkowitej ciszy. Gdyby anieli tu wpadli, pewnie zniszczyliby przy okazji całą okolicę. Ma więc nadzieję, że Merlin wciąż żyje i cieszy się wolnością. Nie do końca rozumie, co ją tak mocno przyciąga do kambiona. Nie jest jednak aż tak naiwna, by nie skojarzyć tego z utratą własnych dzieci. Z drugiej strony, trudno jej pogodzić się z faktem, że dzieło szatańskich knowań nazwało ją mamą.
Widocznie ona sama jest jak ten dom – jej ciało to rudera czekająca na mieszkańca, który by ją ogrzał odrobiną towarzystwa. A jeśli byłby to upragniony syn… Syn… Kambion… Półdemon.
Rusza naprzód, uciszając myśli i modląc się na głos, by zagłuszyć wszystko, co mogłoby ściągnąć kłopoty na nią i chłopca. Przecież on jest niewinny. Nic nie zrobił. Nigdy nikogo nie skrzywdził. Poza swoją biologiczną matką, którą rozerwał na strzępy.
Dziecko jest czystą kartą i nie może odpowiadać za swoją naturę. Prawda?
— Okiełznam cię, synku — mruczy, wchodząc do środka. Podłoga trzeszczy pod nogami i Hydra od razu wyczuwa czyjąś obecność. Nie ma sensu się chować. Potomek inkuba ma wyostrzone zmysły. Pewnie zauważył ją, zanim weszła.
Otwiera kolejne drzwi, zagląda do różnych pomieszczeń. Miejsce narodzin. Piwnica. Piętro. Strzaskane okna. Gruz na podłodze. Sztywny trup w ciemnej dziurze. Brak Merlina.
Czuje niepokój połączony z ulgą. Sinusoida wrażeń sprawia, że kręci się jej w głowie. Musi przystanąć. Bierze głęboki wdech i śmieje się cicho, a jej śmiech szybko przechodzi w łkanie. Ociera łzy. Rozgląda się raz jeszcze.
— Dobrze, że uciekłeś, synku. Dobrze — mówi i przygarbiona opuszcza ruderę.
Nie wie, że kambiony potrafią poruszać się bezszelestnie. Merlin obserwuje ją przez małe okienko o spękanej stolarce pokrytej odłażącą płatami zieloną farbą, jak człapie garbatą ulicą – skoliozą, powyginaną na skutek lat drążenia pod nią tuneli. Wzdycha. Wie, czym jest. Wiedza przychodzi do niego falami, mimo że wcale tego nie chce. Zna dobrze to miejsce. Ostatni bastion ludzkości. Świetliste Jeruzalem. Jedyny dom, jaki ma. Ul pełen żądeł gotowych go przebić na wylot.
Opiera się o kruchą ścianę i znów wzdycha. Kolejny przypływ uderza go obuchem w skroń. Początki świata, rozwój ludzkości i jej upadek. Ostateczny, grzeszny upadek, a potem ciemność, która wszechogarnia, pochłania i pożera. Ciemność, której nie przenika światło słońca. Bezkresna czerń. Dom upadłych, którzy wypełzli z piekielnych czeluści. Ale wszystko to takie nieoczywiste. Zamazane. Czy to nastąpiło wcześniej, czy później? Widzi przeszłość, czy daleką przyszłość? Nie umie tego ocenić. Czuje, że robi mu się niedobrze. Opuszcza głowę i stara się nie przewrócić. W końcu podnosi wzrok.
Hydra znika za rogiem. Tylko opuszczając ją, może sprawić, że będzie bezpieczna. A bardzo mu na tym zależy.
Istnienie go boli. Miał dwie matki. Jedną zabił, a drugą odrzucił. Ręce mu się trzęsą, broda dygocze. Bo Merlin wie bardzo wiele o demonach zamieszkujących Ciemność. I boi się nadchodzącej wielkimi krokami ostatecznej zagłady ludzkiego gatunku.
Hydra wraca do domu z sercem w przełyku. Jest jednocześnie szczęśliwa, przerażona i pełna nadziei. Całą drogę przekonuje się, że zniknięcie Merlina jest najlepsze. Dla niego. Oczywiście dla niej też. Gani się za tę myśl, bo nie pragnie bardziej niczego innego, jak tylko ponownie go zobaczyć.
Dociera do domu. Wspina się ciężko po schodach. W końcu otwiera drzwi i zastaje wściekłego Goma.
— Jesteś! — krzyczy, momentalnie wstaje i podchodzi do niej. Zatrzaskuje drzwi. Chwyta za ręce. Potrząsa kobietą. — Gdzieś ty była? Za dziesięć minut muszę wyjść, a nic nie jadłem!
— Co… Przepraszam, ja…
Mąż mierzy ją podejrzliwym wzrokiem.
— Gdzie byłaś?
Puszcza ją i odwraca wzrok.
— Przepraszam. Coś zatrzymało mnie w pracy.
Gom przymyka oczy i kręci głową.
— Kłamiesz. Oczywiste, że kłamiesz.
— Nie, ja…
— Gdzie byłaś?! — drze się na cały głos. Oczy ma przekrwione, cerę nabiegłą czerwienią. Śmierdzi wódką, potem i pyłem. Chropowate dłonie zostawiają na jej ubraniu szare ślady.
Hydra kurczy się w sobie, próbuje uniknąć jego cuchnącego oddechu.
— Przestań, przestań, co ty robisz… Puszczaj…
— Nie pyskuj!
Ręka opada tak gwałtownie, że trudno dostrzec ruch. Świat ciemnieje, gwiazdy połyskują na czarnym niebie, rosną niczym słońce i łączą się w jedną wszechogarniającą jasność – a ta w końcu odkrywa przed nią obraz pokoju widzianego z perspektywy podłogi. Hydra jest oszołomiona. Powoli dociera do niej, co się stało. Gom stoi nad nią pochylony. Dyszy ciężko. Wygląda jak byk gotowy do szarży. Wargi drżące w emocjach. Pięści wciąż zaciśnięte.
— Z kim się gziłaś? Co? No z kim?!
— Ja nie… — Hydra próbuje zaprzeczyć, ale mąż nie daje jej dokończyć.
— Wiem! Dobrze wiem! Ty dziwko! — Chwyta za krzesło i rzuca nim w żonę.
Hydra krzyczy i wyciąga ręce, by się osłonić. Oczekuje uderzenia, to jednak nie nadchodzi. Zamiast tego słyszy dziwne rzężenie. W końcu odważa się, by podnieść wzrok.
Krzesło wisi w powietrzu. Za nim wisi też Gom. Trzyma się za szyję. Twarz mu czerwienieje, usta sinieją. Dusi się. Rzęzi. Hydra podrywa się z miejsca. Jej serce wypełnia nadzieja.
— Merlin? — mówi cichutko.
Dopada do drzwi i otwiera je, gotowa uciec w objęcia przybranego dziecka. Wychodzi na zewnątrz i napotyka potężną postać unoszącą się w powietrzu na wysokości jej piętra. Jest ogromna. To nieokiełznana maszyneria pełna organicznej tkanki, kół zębatych i płynów kręcących nieważkie beczki. Tysiąc oczu spogląda prosto na nią, a głos dobywa się zewsząd i znikąd:
— Pójdziesz ze mną.
Hydra wie, że to tron – istota najbardziej tajemnicza ze wszystkich boskich stworzeń zamieszkujących Świetliste Jeruzalem. Nigdy żadnego nie widziała. Ale słyszała o nich najgorsze rzeczy. Tajemnicą poliszynela jest, że trony zawsze robią to, co chcą. Nikomu nie podlegają, nikogo nie słuchają. Po prostu czynią rzeczy niezrozumiałe – i jeszcze nikt, nigdy, nie zdołał ich powstrzymać. Szeregowi anieli podobno boją się ich jak dzieci potworów spod łóżka. Jeśli ten tutaj chce ją zabrać… Logos raczy wiedzieć, jaki ma w tym cel.
Istota wydaje się ledwie zauważalnie dryfować w jej kierunku.
— Nie bój się, dziecko. Pomogę ci. I twojemu Merlinowi też. Ale musimy się pospieszyć. Ciemność nadchodzi.
Przez moment Gomowi wydaje się, że słyszy w powietrzu basowy chichot przenikający eter. Podnosi się powoli. Przez otwarte drzwi dostrzega przed domem jakiś ruch, nieokreśloną krzątaninę. Wzrok mu trochę szwankuje po upadku, mruga intensywnie, próbując poprawić ostrość. Ale to nie oczy są problemem. To mózg nie jest w stanie poprawnie zinterpretować obrazu. Lewitująca istota o nieokreślonym kształcie, cały czas pulsującym i się zmieniającym. Skrzydła, mechanizmy, koła zębate i przekładnie. Oczy – setki oczu. Coś… przerażającego. A przed tym czymś stoi jak gdyby nigdy nic – Hydra.
Chichot niknie, przestrzeń ugina się dziwacznie, a powietrze strzela bąblem mokrego ciepła. Gom czuje, że cały budynek drży, gdy jego żona i potwór znikają. Nic z tego nie rozumie. Ale dobrze wie, że dzieje się coś niedobrego. Dlatego w pośpiechu zakłada kurtkę i biegnie prosto do kopalni.
Dilutia jest jedynym aniołem, jakiego zna. I ma zamiar mu o wszystkim opowiedzieć. No, prawie o wszystkim.
Pierwotny stan szczęścia
Osadziwszy Świetliste Jeruzalem na skale, Logos spojrzał na swoje dzieło i wiedział, że jest ono dobre;
Posłał tedy po trona Salomona, jego prawicę – prawe oko, rękę i miecz.
I rzekł do niego następująco:
<Oto ziemia ocalona z pożogi4, którą oddamy ludziom we władanie, lecz opieki swojej ich nie pozbawimy, gdyż jest ona konieczna.
Ty zaś wspomożesz nas w tym działaniu ze wszystkich sił swoich, z całej mocy swojej i całego zasobu.
Zadbasz w imieniu naszym i swoim, by ludzkość przetrwała czas najgorszy i najcięższy, by ostoja ich i twierdza stała po wsze czasy, tak samo uczynimy i my>.
Odparł Mu na to Salomon szlachetny:
<Tak uczynię, Logosie, twórco mój i wyrocznio>.
Ogród ludzkości
Zasadziwszy ogród, otoczywszy go murem, a w środku umieściwszy Pawilon, Logos wezwał pierwszego człowieka, w którego tchnął życie.
Na rozkaz Logosa wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc dające,
Popłynęła też rzeka nienazwana i ukryta, a jednak dająca wodę świeżą, rześką i smaczną,
Która dała początek wszystkim rzekom Świetlistego Jeruzalem.
Nakazał tedy człowiekowi Logos, by doglądał ogrodu, chronił go i uprawiał.
Człowiek zaś chętnie doglądał ogrodu, chronił go i uprawiał wedle życzenia Logosa.
Parzenie w świętości
Potem Logos rzekł: <Nie jest dobrze, aby człowiek był sam. Albowiem jest mężczyzną, a mężczyzna potrzebuje kobiety. Dam mu zatem kobietę, która będzie go wspierać, pomagać mu i służyć>.
Kolejnego ranka mężczyzna obudził się i zobaczył, że leży obok niego kobieta. I ucieszył się wielce, po czym wskoczył na nią w szczęściu, a ona z radością z nim kopulowała.
Widząc to, Logos dumny był i pełen nadziei, gdyż wiedział, że jest to dobre.
Zdrada Salomona
Saul przyszedł do Logosa po poradę, był bowiem bardzo strapiony. <Logosie, stwórco mój, władco wszechrzeczy, potrzebuję Twej rady i pomocy>.
Odparł tedy Logos: <Jestem tu, Saulu, druhu wierny mój, któremu ufam bezgranicznie. Rzeknij słowo, a będzie ci dane poznać odpowiedź>.
Saul struchlał ze strachu, wiedział bowiem, że to, co powie, nie niesie ze sobą nic dobrego. <Doglądałem Jeruzalem pod nieobecność Salomona>.
Wzniósł się Logos słusznym gniewem: <Jakże to? Ja nakazałem Salomonowi ze wszystkich sił swoich, z całej mocy swojej i całego zasobu
Pilnować twierdzy ludzkości, by kwitła i prosperowała. Gdzież on zatem? Czemuż tobie przypadło w udziale zadanie, którego sam nie nakazałem>.
Odpowiedział mu strwożony tron: <Nie wiem, zniknął bowiem z mojej domeny zupełnie. Odszedł był w kierunku nieznanym, obiecując rychły powrót. Powodem zaś nieobecności wedle słów jego sprawy najwyższej wagi były>.
<Niedopuszczalne>. – Rozbłysł tedy Logos światłem przenajświętszym i najjaśniejszym, rażąc wszystkie istoty żywe w domenie promieniem, który spala i morduje, ogrzewa i ocala, oddaje jestestwu to, co należne.
Saul
<Ponieważ uczyniłeś rzeczy niedopuszczalne przeciwko Memu słowu, zostaniesz przykładnie ukarany, Saulu, druhu nieokiełznan>. – rzekł Logos, gdy światło jego przygasło na tyle, by inne byty znów mogły grzać się w jego cieple, bez trwogi przed Jego nieskończoną mocą.
<Będziesz tedy odcięty od bytu, szaleństwem naznaczony po kres twoich dni. Pojawiać się będziesz w czasie i przestrzeni, odchodzić zaś z niej jak iskra, co tu i teraz tylko istnieje, nigdy zaś nie trwa w czasie.
Ale sprawiedliwym jestem, nie zaś mściwym. Salomon zwiódł cię niczym wąż podstępny, myślałeś więc, że imię Moje wciąż chwałą obdarzasz.
Karę więc słuszną i niezmienną bardziej znośną uczynię. Będziesz poza czasem i przestrzenią mieć sanktuarium w posiadanie oddane, które tworzę właśnie tu i teraz, a które zaistniało poza domeną aniołów i ludzi.
Będzie ono azylem twym i więzieniem, tylko ty w samotni będziesz mógł przebywać oraz ci, których wskażesz. Z niego zaś pojawiać się będziesz w czasie i miejscu wybranym, odchodzić zaś potem, by w samotności byt swój kontemplować>.
Drugi upadek ludzi
Rzekł na to Saul, wierny i uczciwy, ukarany zaś słusznie, lecz przed karą ostateczną ocalony:
<Sprawiedliwym jesteś sędzią i władcą, Logosie, któremu służę i służyć będę bezgranicznie. Nim odejdę do mej nowej domeny, pozwól jednak, że
[1] Pisma Zaginione, Utopia, zawsze.
[2] Lux (Cherub Prawodawca), Nisi ut homines recte attribui: secundum volumine, Hebron, 128 PL, s. 1252.
[3] Lx 5, 40–46, Biblia Ostateczna, wyd. 3, Utopia, 1338 PL.
[4] Pożoga jest jednym z wielu określeń używanych w Świętych Pismach pióra Logosa, Luxa oraz innych świętych twórców anielskich na upadek ludzkości wyznaczających rok zerowy Jeruzalem.
