Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Międzygalaktyczna historia detektywistyczna
Stich dostaje pierwsze w swoim życiu zlecenie od Galaktycznej Agencji Detektywistycznej. Razem z Lilo, Jumbą i Pliklim wyrusza do Paryża, aby rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia agenta Bąbla i powstrzymać pozaziemskie istoty przed INWAZJĄ na Ziemię! Czy dzielny detektyw Stich zdoła przegonić groźnych intruzów, czy też sprawa okaże się bardziej lepka od śluzu ślimobcych?
Ta międzygalaktyczna opowieść wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Pełna zabawnych ilustracji, fragmentów komiksu i dodatkowych atrakcji zapewnia wielką frajdę także dzięki interaktywnym elementom.
Książka na pewno spodoba się zarówno fanom Sticha, jak i tym, którzy dopiero go poznają. Z niebieskim stworkiem nikt się nie nudzi!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 95
Imię i nazwisko:
Stitch
Pseudonim:
Agent 626, Obiekt 626
Znaki szczególne:
cztery ręce, z których dwie potrafi chować w ciele, wsuwane czułki, wyrostki na grzbiecie
Planeta pochodzenia:
nieznana (doktor Jumba Jookiba wciąż nie przedstawił pełnych informacji na temat pochodzenia obiektu).
Miejsce pobytu:
Ziemia
Zajęcie:
wybryk natury, pies
Wspólnicy:
Lilo Pelekai, Nani Pelekai, dr Jumba Jookiba, Plikli, Kobra Bąbel.
Życiorys:
Obiekt nr 626 został stworzony przez doktora Jumbę Jookibę. Początkowo schwytany przez Federację Galaktyczną i wygnany na bezludną asteroidę, zamieszkał na planecie Ziemia, gdzie stał się członkiem rodziny Pelekai i znalazł pod ochroną Przewodniczącej Rady Galaktycznej. Seria niewytłumaczonych wydarzeń w ziemskich miastach Paryż i Nowy Jork skłoniła Przewodniczącą do zwerbowania Obiektu 626 w szeregi Galaktycznej Agencji Detektywistycznej. Jego wysiłki (a także wysiłki jego współpracowników: Lilo Pelekai, Jookiby oraz agenta Plikliego) i wnikliwe śledztwo obnażyły i udaremniły inwazje ślimobcych oraz zęboidów, których celem było przejęcie władzy nad Ziemią.
Imię i nazwisko:
Lilo Pelekai
Pseudonim:
brak danych
Znaki szczególne:
nieodparta słodycz skrywająca wielką odwagę i hart ducha
Planeta pochodzenia:
Ziemia
Miejsce pobytu:
Ziemia
Zajęcie:
ludzkie dziecko
Wspólnicy:
Nani Pelekai (siostra), Stitch, dr Jumba Jookiba, Plikli, Bąbel, Strupka
*
Życiorys:
Lilo Pelekai to dziewczynka urodzona i wychowana na planecie Ziemia. Mieszka z siostrą (Nani) i Obiektem 626 vel Stitchem. Towarzyszyła Agentowi 626 w Paryżu oraz Nowym Jorku, gdzie jej ponadprzeciętne pokłady odwagi, sprytu i wytrwałości w dużej mierze przyczyniły się do szczęśliwego zakończenia afer ze ślimobcymi i zęboidami. Zaleca się, by kontynuowała pracę z Agentem 626. Jest na dobrej drodze, aby któregoś dnia sama stać się znakomitą agentką GAD-u.
*
UWAGA: wciąż nie udało nam się dotrzeć do bardziej szczegółowych informacji w sprawie „Strupki”. Czy to najlepiej skrywany sekret galaktyki? Konieczne dalsze śledztwo.
Imię i nazwisko:
Jumba Jookiba (doktor)
Pseudonim:
brak danych
Znaki szczególne:
czworo oczu
Planeta pochodzenia:
Quelte Quan
Miejsce pobytu:
Ziemia
Zajęcie:
szalony naukowiec
Wspólnicy:
Plikli, Stitch, Lilo Pelekai, Nani Pelekai, Kobra Bąbel, obiekty nr 1-625
Życiorys:
Doktor Jumba Jookiba (tytuł naukowy uzyskany na Uniwersytecie Diabolicznego Geniuszu) przeprowadził serię nieautoryzowanych, nielegalnych i wysoce nieodpowiedzialnych eksperymentów. Obecnie mieszka z rodziną Pelekai. Towarzyszył Agentowi 626 podczas śledztw w Paryżu i Nowym Jorku. Choć w trakcie misji w stolicy Francji większość czasu spędził w brzuchu wielkiego ślimobcego, przyczynił się do rozwiązania sprawy i pokonania kosmicznych najeźdźców. Wniósł też istotny wkład w udaremnienie planów zęboidów w Nowym Jorku. Jak na genialnego naukowca ma bardzo niewiele wspólnego z nauką, ale Przewodnicząca twierdzi, że tak jest lepiej.
Imię i nazwisko:
Plikli Wendy
Pseudonim:
agent Plikli (w stanie spoczynku)
Znaki szczególne:
jedno oko, trzy nogi, krzykliwa, ale gustowna peruka.
Planeta pochodzenia:
Plorgonar
Miejsce pobytu:
Ziemia
Zajęcie:
były agent Federacji Galaktycznej, ekspert do spraw komarów
Wspólnicy:
dr Jumba Jookiba, Stitch, Lilo Pelekai, Nani Pelekai, Kobra Bąbel, peruka
Życiorys:
były agent Plikli dużą część kariery pracował dla Federacji Galaktycznej. Zasłynął jako znawca gatunku owada zwanego komarem pochodzącego z planety Ziemia. Podobnie jak dr Jookiba podczas operacji w Paryżu większość czasu spędził w brzuchu wielkiego ślimobcego. Według sprawozdania za ich ucieczkę odpowiadała w dużej mierze jego tak zwana peruka przez właściciela zwana pieszczotliwie Rusią. Został również porwany przez zęboidy w Nowym Jorku, ale to między innymi dzięki jego zaradności udało się powstrzymać inwazję. GAD zaleca, by umożliwić Plikliemu stały dostęp do ziemskich peruk, ponieważ wydają się bardzo praktyczne.
Prolog
O Nowym Jorku mówią „miasto, które nigdy nie śpi”1.
W tej tętniącej życiem metropolii zawsze coś się dzieje, bez względu na porę dnia. Czy to wieczór, popołudnie, czy środek nocy, ludzie kręcą się jak w kołowrotku, spiesząc z punktu A do punktu B, z domu do pracy, na spotkanie z przyjaciółmi albo na spacer w słynnym Central Parku.
A najłatwiej we wszystkie miejsca można dotrzeć metrem – podziemnym pociągiem przemykającym tunelami łączącymi wszystkie pięć dzielnic, w tym wyspę Manhattan. Oj tak, metro to fajna sprawa, zawiezie cię, dokąd tylko chcesz.
Nie powinno więc nikogo dziwić, że niezależnie od godziny na wszystkich czterystu siedemdziesięciu dwóch stacjach metra kłębi się tłum ludzi.
Zdziwić mogło jednak zachowanie pewnej pani, która maszerowała ze wzrokiem wbitym w dal, nie zwracając uwagi na przechodniów pokonujących schody prowadzące do metra na skrzyżowaniu Czternastej Ulicy i Siódmej Alei. Minęła przepełniony po brzegi kosz na śmieci i wpadła na gburowatego mężczyznę prowadzącego na smyczy energicznego buldoga.
– Ej, patrz, jak idziesz! – warknął mężczyzna, a buldog z zaciekawieniem obwąchał kosz.
Ale kobieta kompletnie ich zignorowała. Zupełnie jakby myślami znajdowała się na zupełnie innej planecie! Stała nieruchomo, patrząc przed siebie pustym wzrokiem.
– Metro mnie przyzywa, tam roboty masa – mamrotała pod nosem. – Przez długie tunele pod powierzchnią miasta.
– Że co? – prychnął mężczyzna. – Poetka się znalazła…
Jego uszczypliwość nie zrobiła na kobiecie najmniejszego wrażenia.
– Kap, kap, kapie woda, rym się sam nie skleci – mówiła dalej, jakby go nie usłyszała. – Ogród rośnie w oczach, popatrz, jak się świeci!
Gbur ze złością przygryzł wargę.
– Dziwaczka – mruknął, a buldog uniósł głowę i wydał z siebie solidarne warknięcie.
Kobieta w końcu ruszyła przed siebie i wkrótce zniknęła za zakrętem.
– W tym mieście roi się od dziwaków – stwierdził gbur, po czym spojrzał na buldoga, który wrócił do obwąchiwania kosza na śmieci. – Co nie, Pysiu?
Pysio odpowiedział charknięciem i skoczył na swojego pana, żeby go odepchnąć go kosza.
– Teraz ty dziwaczysz? – westchnął gburowaty mężczyzna, patrząc, jak psiak w zębach podnosi coś z ziemi. – Co to za świństwo? Zostaw to, ale już! Nie masz pojęcia, skąd to się tam wzięło! – utyskiwał.
Schylił się do Pysia i wyjął mu z pyska długi, szpiczasty przedmiot.
Nagle kosz przesunął się w ich stronę. Z każdą chwilą stawał się coraz większy, gdy jego zawartość zaczęła puchnąć. Na szczycie sterty śmieci leżało metalowe pudełko w kolorze jadowitej zieleni.
– Co do… – wyjąkał mężczyzna, upuszczając szpiczasty przedmiot.
Więcej nie zdążył powiedzieć, bo w tym momencie z pudełka wystrzelił oślepiający snop światła.
Gderanie mężczyzny ucichło.
Oczy mu się zaszkliły. Puścił smycz Pysia i ruszył za koszem w dół po schodach, w kierunku tego samego zakrętu na dole schodów, za którym zniknęła dziwna kobieta.
Psiak szczekał bezradnie, gdy jego pan mamrotał pod nosem:
– Metro mnie przyzywa, tam roboty masa. Przez długie tunele pod powierzchnią miasta…
Rozdział 1
Tymczasem gdzieś nad Atlantykiem…
„Gdzieś nad Atlantykiem” trudno nazwać twardym konkretem, co? W zasadzie to wcale nie można tego tak nazwać, bo ze względu na całą tę wodę Atlantyk jest całkiem miękki. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że „gdzieś nad Atlantykiem” to miękki brak konkretu. Rozmiękły brak konkretu!
Wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłem, że w tytule tej książki nie ma nic o oceanach, ale za to jest sporo o agencie Stitchu, prawda? W takim razie im szybciej przejdziemy do Stitcha, Lilo, Jumby i Plikliego, tym lepiej. Wybaczcie rozwlekły start.
– Tęsknię za Paryżem – westchnął Plikli z rozrzewnieniem, wyglądając przez okno kampera. – Mam wrażenie, że byliśmy tam zaledwie godzinę temu.
– Bo byliśmy tam jeszcze godzinę temu – burknął Jumba. – I zaliczyliśmy naprawdę wielką przygodę, pamiętasz?
– Pewnie, że pamiętam naszą przygodę! Kupa frajdy! – obruszył się Plikli, krzyżując ręce na piersi i wydymając usta. – Utknąłem w brzuchu glutowatego ślimobcego z moim najlepszym przyjacielem! Jak mógłbym zapomnieć?
– Akurat ten moment nie miał nic wspólnego z frajdą – mruknął Jumba.
– Cóż, każdy ma prawo do swojego zdania – odparował nieco urażony Plikli. Najwyraźniej dotknął go brak reakcji Jumby, gdy Plikli nazwał go swoim najlepszym przyjacielem.
– Ej, możecie łaskawie być trochę ciszej?! – zawołała Lilo. – Stitch próbuje sterować, a wasze gadanie go rozprasza.
– Stitch da radę – odezwał się niebieski stworek, szarpiąc kierownicą kampera. Pojazd śmigał w przestworzach nad wodami Atlantyku. – Stitch umie nie słuchać Jumby.
– Ej, słyszałem to! – oburzył się naukowiec.
– Chyba o to mu chodziło – stwierdziła Lilo, szczerząc zęby w uśmiechu.
Dobra, krótka pauza. Wiem, co sobie myślicie: „O co biega z tymi ślimobcymi? Co takiego Stitch i jego paczka w ogóle robili w Paryżu? I dlaczego ta książka nie jest sprzedawana w zestawie z kubełkiem lodów?”.
Z tymi lodami to nawet was rozumiem. Gdyby to zależało ode mnie, do każdej książki byłyby dołączone lody. Ale moja opinia niestety nic w tej kwestii nie zmieni.
Cofnijmy się odrobinę. Musicie coś wiedzieć o Stitchu: to kosmita, który przyszedł na świat (wszechświat?) w wyniku naukowego eksperymentu – jako Obiekt 626. Szybko wszedł w konflikt z Federacją Galaktyczną i znalazł schronienie na naszej planecie. Zamieszkał na Hawajach z pięcioletnią Lilo i jej starszą siostrą Nani. Towarzyszą mu doktor Jumba Jookiba, genialny naukowiec, który stworzył Stitcha, oraz Plikli… no, nazwijmy go ekspertem od komarów. Oko miał na nich pewien pracownik opieki społecznej Kobra Bąbel, który, tak się złożyło, był też agentem Federacji Galaktycznej.
Wszystko toczyło się gładko i milusio. Aż tu nagle pewnego dnia Nani zaproponowała, żeby Lilo i Stitch wraz z Jumbą i Pliklim urządzili sobie wycieczkę po wyspie Kaua’i. Przewodnicząca Rady Galaktycznej wybrała akurat ten dzień, by zwerbować Stitcha do Galaktycznej Agencji Detektywistycznej (to ten cały GAD) i zlecić mu zbadanie sprawy tajemniczych (i śliskich) wydarzeń w Paryżu.
Stitch potraktował to zadanie poważnie. Jak?
Ponadto zależało mu na tym, by udowodnić Przewodniczącej, że jest materiałem na świetnego agenta i absolutnie wybitnego detektywa zdolnego rozwiązać każdy, ale to każdy problem.
Przewodnicząca mianowała go Agentem 626 i posłała wraz z przyjaciółmi do Paryża, gdzie szybko trafili na lepki trop groźnych i przebiegłych kosmitów zwanych ślimobcymi. Wraz z Lilo, Jumbą, Pliklim, agentem Kobrą Bąblem i jedynym dobrym ślimobcym o imieniu Flootbar2 Agent 626 stawił czoło Zooloxowi Nierozsądnemu, czyli przywódcy ślimakopodobnych obcych.
Zoolox miał obsesję na punkcie podboju Ziemi i jakiegoś lokalu o nazwie NJUM, w którym, jak się zdaje, serwowano naleśniki. Przyjaciele zmierzyli się z nim na szczycie wieży Eiffla i zdołali powstrzymać śliskich najeźdźców przed zawładnięciem naszą planetą przy pomocy kosmicznej technologii zwanej IMPRiS (skrót od Inter-Molekularny Promień Rozkładający i Składający).
W międzyczasie Stitch poznał kodeks detektywa obowiązujący wszystkich agentów GAD-u. I wzbogacił go nawet o własną zasadę! A jeśli mi nie wierzycie, to wróćcie na początek tej książki, gdzie znajdziecie jego kompletną treść.
Po zakończeniu misji Przewodnicząca poinformowała Stitcha o kłopotach w Nowym Jorku i poleciła, by spotkał się tam z agentem Kobrą Bąblem z GAD-u, który rozpoczął już na miejscu własne śledztwo.
No dobra, teraz wiecie już wszystko. Gdzie to byliśmy…? A, już wiem!
– Stitch, daleko jeszcze do Nowego Jorku? – zapytała Lilo.
– Bliziutko – zapewnił Stitch, wskazując na horyzont i sylwetki strzelistych wieżowców.
– To teraz ostrożnie – upomniała go Lilo. – Musisz znaleźć jakieś miejsce, gdzie możemy wylądować kamperem, nie robiąc nikomu krzywdy. Może gdzieś tam…
Lilo włączyła mapę na ekranie rozdzielczym.
Stitch prychnął. Dał z siebie wszystko podczas misji w Paryżu, by udowodnić, że nadaje się na agenta, i poszło mu śpiewająco! To NA PEWNO oznaczało, że potrafi wylądować kamperem bez niczyjej pomocy. W końcu był teraz pełnoprawnym agentem GAD-u… i ta misja należała do niego!
– Stitch umie lądować – oświadczył, może nico zbyt zuchwale.
– Ale, Stitch, nie byłeś jeszcze w Nowym Jorku i… – bąknęła Lilo.
– Mała może mieć rację – wtrącił Jumba.
– Pełna zgoda! – dodał Plikli.
Ale mimo wątpliwości przyjaciół Stitch zamierzał im zademonstrować, że doskonale wie, co robi. W końcu był przywódcą drużyny, prawda?
– Uwaga, za chwilę lądowanie – oświadczył z niezachwianą pewnością.
– Trzymać mocno! – dodał i uruchomił silniki znajdujące się pod podwoziem kampera. To dzięki nim pojazd mógł startować i lądować pionowo jak helikopter. Kamper przebił się przez cienką warstewkę chmur, a oczom pasażerów ukazał się prostokąt Central Parku, który zbliżał się z zastraszającą prędkością.
Stitch planował wylądować tuż nad brzegiem Stawu Żółwiowego, który nosił taką nazwę, bo – tak, bingo! – mieszkała w nim całkiem pokaźna grupa żółwi.
Kamper dalej pędził ku ziemi! Stitch spróbował uruchomić hamulce aerodynamiczne, ale na to było już zdecydowanie za późno. Pojazd przemknął nad trawnikiem i z pluskiem wylądował w wodzie!
Rozdział 2
Był środek popołudnia, a wielu ludzi wybrało ten moment, by delektować się świeżym powietrzem i promieniami słońca w Central Parku. Niektórzy wylegiwali się na kocach piknikowych i zajadali późny obiad. Inni spacerowali z psami albo grali w softball. A ponieważ był to Nowy Jork, nikt nie zwrócił uwagi na kamper, który ni stąd, ni zowąd spadł z nieba i dał nura do Stawu Żółwiowego – nikt poza jednym mężczyzną w czarnym garniturze i równie czarnych okularach przeciwsłonecznych. Mężczyzna ten minął piknikowiczów, psiarzy i softbolistów, przystanął nad brzegiem stawu i czekał.
Stitch wyjrzał przez okno. Miał wylądować kamperem na lądzie, a nie pośrodku stawu! Ta wpadka mocno zraniła jego dumę. Wiedział, że winić może tylko siebie. Ale był przecież przywódcą. Nie mógł przyznać, że popełnił błąd, prawda?
– Zrobiłem specjalnie – skłamał. – Żeby ostudzić silniki.
– Stitch, czemu mnie nie posłuchałeś? – zapytała Lilo.
Stworek nie odpowiedział. Chciał udawać, że wszystko odbyło się tak, jak powinno. Otworzył okno kampera i wyskoczył na zewnątrz.
– Stitch, nie! – zawołała Lilo.
Ale było za późno. Kosmita wpadł do wody i natychmiast zaczął tonąć. Nie spodziewał się, że parkowy staw może być tak głęboki! Za to ciało Stitcha, choć niewielkie, było niesamowicie gęste, a przez to tak ciężkie, że od razu poszedł na dno!
To samo przydarzyło mu się na Hawajach. Któregoś dnia surfował z Lilo, Nani i Davidem, przyjacielem rodziny. W pewnej chwili spadł z deski i w mgnieniu oka zaczął tonąć. Na szczęście David zdołał go uratować.
A teraz powtórka z rozrywki: przepadł pod powierzchnią Stawu Żółwiowego niczym kamień.
Nagle poczuł, jak chwyta go czyjaś wielka dłoń i przemoczonego do suchej nitki wydobywa na powierzchnię.
Jego wybawicielem okazał się Kobra Bąbel.
– Jesteś zaskakująco ciężki – zauważył. – Ale bardzo punktualny.
– Dobry detektyw zawsze na czas – oświadczył Agent 626, wypluwając wodę.
To zabrzmiało jak całkiem niezła zasada. Zanotował w pamięci, by dopisać ją do oficjalnej listy kodeksu detektywa.
– Stitch, co ty sobie myślałeś?! – krzyknęła Lilo, wyskakując z kampera. – Musisz bardziej uważać! Mogło ci się coś stać! Nam wszystkim mogło się coś stać! Albo komuś na Ziemi!
– Stitch wiedział, co robi. Od początku – obruszył się kosmita, próbując zbagatelizować swój błąd. – Wszystko dobrze skończyło. Prawda, drużyna?
Jego głos utonął w ryku silników. Siedzący za sterami kampera Jumba poderwał pojazd z powierzchni stawu i gładko wylądował na brzegu.
Zanim Stitch zdążył to skomentować, odezwał się Kobra:
– Dobrze, że jesteście. Minęło niewiele czasu, ale sporo się wydarzyło, od kiedy widzieliśmy się w Paryżu. Niestety, nic dobrego.
– Co się dzieje? – zapytała Lilo.
Kobra skinął głową i przekręcił wskazówkę na swoim zegarku.
– Lepiej niech ona wam powie.
Nad tarczą zegarka pojawił się hologram Przewodniczącej.
Dzieliło ich wiele lat świetlnych. Przewodnicząca stała na pokładzie statku orbitującego wokół planety Turo, gdzie znajdowała się główna siedziba Federacji Galaktycznej i Galaktycznej Agencji Detektywistycznej. Za jej plecami przy konsolecie siedział nieduży różowy kosmita, który wprowadzał dane do ogromnego komputera.
– Agencie Bąblu, Agencie 626, sytuacja jest poważniejsza, niż nam się zdawało – odezwała się Przewodnicząca. – Aby pomyślnie rozwiązać tę sprawę, będziecie musieli połączyć siły. Agencie 626, liczę, że dostosujesz się do instrukcji agenta Bąbla.
Stitch się najeżył. Wydawało mu się, że to jego misja. Dlaczego musi słuchać poleceń Kobry? Stworkowi wcale się to nie podobało, o nie, ani trochę – szczególnie po tym, jak doskonale sobie poradził w Paryżu.
– Przepraszam – odezwał się – ale Stitch…
– Na pytania odpowiem później – przerwała mu Przewodnicząca.
Stworek burknął coś pod nosem i przytaknął. Nie dość, że stracił pozycję przywódcy drużyny, to jeszcze nie wolno mu się odzywać?
– Waszym kontaktem we wszystkich sprawach związanych z tym zadaniem będzie agento Mańko – oświadczyła Przewodnicząca. – Odpowiada za wszelką komunikację, żeby dać mi czas na zapoznanie się z raportem dotyczącym sprawy ślimobcych. Wszyscy pamiętacie agento Mańko, prawda? – upewniła się, pokazując na różowego kosmitę.
Nie zaskoczy cię pewnie, że nikt nie pamiętał agento Mańki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wiadomo, że miasta tak naprawdę nie śpią. W końcu nie potrzebują snu. To ludzie potrzebują snu. Nowy Jork powinno się nazywać „miastem, które nigdy nie śpi, bo tego nie potrzebuje, ale jego mieszkańcy od czasu do czasu muszą wpaść w objęcia Morfeusza”. No dobrze, chyba trochę zawiły ten przypis. [wróć]
2. Tak, Flootbar to ten ślimobcy, który połknął Jumbę i Plikliego (a także Kobrę Bąbla). Ale to było, zanim postanowił pomóc naszym przyjaciołom, więc się nie liczy. [wróć]
