Agent Stitch. Tom 2. Zgryz z zęboidami. Disney - Steve Behling - ebook

Agent Stitch. Tom 2. Zgryz z zęboidami. Disney ebook

Steve Behling

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Międzygalaktyczna historia detektywistyczna

Stich dostaje pierwsze w swoim życiu zlecenie od Galaktycznej Agencji Detektywistycznej. Razem z Lilo, Jumbą i Pliklim wyrusza do Paryża, aby rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia agenta Bąbla i powstrzymać pozaziemskie istoty przed INWAZJĄ na Ziemię! Czy dzielny detektyw Stich zdoła przegonić groźnych intruzów, czy też sprawa okaże się bardziej lepka od śluzu ślimobcych?

Ta międzygalaktyczna opowieść wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Pełna zabawnych ilustracji, fragmentów komiksu i dodatkowych atrakcji zapewnia wielką frajdę także dzięki interaktywnym elementom.

Książka na pewno spodoba się zarówno fanom Sticha, jak i tym, którzy dopiero go poznają. Z niebieskim stworkiem nikt się nie nudzi!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 95

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kartoteki

Imię i nazwi­sko:

Stitch

Pseu­do­nim:

Agent 626, Obiekt 626

Znaki szcze­gólne:

cztery ręce, z któ­rych dwie potrafi cho­wać w ciele, wsu­wane czułki, wyrostki na grzbie­cie

Pla­neta pocho­dze­nia:

nie­znana (dok­tor Jumba Jookiba wciąż nie przed­sta­wił peł­nych infor­ma­cji na temat pocho­dze­nia obiektu).

Miej­sce pobytu:

Zie­mia

Zaję­cie:

wybryk natury, pies

Wspól­nicy:

Lilo Pele­kai, Nani Pele­kai, dr Jumba Jookiba, Pli­kli, Kobra Bąbel.

Życio­rys:

Obiekt nr 626 został stwo­rzony przez dok­tora Jumbę Jookibę. Począt­kowo schwy­tany przez Fede­ra­cję Galak­tyczną i wygnany na bez­ludną aste­ro­idę, zamiesz­kał na pla­ne­cie Zie­mia, gdzie stał się człon­kiem rodziny Pele­kai i zna­lazł pod ochroną Prze­wod­ni­czą­cej Rady Galak­tycz­nej. Seria nie­wy­tłu­ma­czo­nych wyda­rzeń w ziem­skich mia­stach Paryż i Nowy Jork skło­niła Prze­wod­ni­czącą do zwer­bo­wa­nia Obiektu 626 w sze­regi Galak­tycz­nej Agen­cji Detek­ty­wi­stycz­nej. Jego wysiłki (a także wysiłki jego współ­pra­cow­ni­ków: Lilo Pele­kai, Jookiby oraz agenta Pli­kliego) i wni­kliwe śledz­two obna­żyły i uda­rem­niły inwa­zje śli­mob­cych oraz zębo­idów, któ­rych celem było prze­ję­cie wła­dzy nad Zie­mią.

Imię i nazwi­sko:

Lilo Pele­kai

Pseu­do­nim:

brak danych

Znaki szcze­gólne:

nie­od­parta sło­dycz skry­wa­jąca wielką odwagę i hart ducha

Pla­neta pocho­dze­nia:

Zie­mia

Miej­sce pobytu:

Zie­mia

Zaję­cie:

ludz­kie dziecko

Wspól­nicy:

Nani Pele­kai (sio­stra), Stitch, dr Jumba Jookiba, Pli­kli, Bąbel, Strupka

*

Życio­rys:

Lilo Pele­kai to dziew­czynka uro­dzona i wycho­wana na pla­ne­cie Zie­mia. Mieszka z sio­strą (Nani) i Obiek­tem 626 vel Stit­chem. Towa­rzy­szyła Agen­towi 626 w Paryżu oraz Nowym Jorku, gdzie jej ponad­prze­ciętne pokłady odwagi, sprytu i wytrwa­ło­ści w dużej mie­rze przy­czy­niły się do szczę­śli­wego zakoń­cze­nia afer ze śli­mob­cymi i zębo­idami. Zaleca się, by kon­ty­nu­owała pracę z Agen­tem 626. Jest na dobrej dro­dze, aby któ­re­goś dnia sama stać się zna­ko­mitą agentką GAD-u.

*

UWAGA: wciąż nie udało nam się dotrzeć do bar­dziej szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji w spra­wie „Strupki”. Czy to naj­le­piej skry­wany sekret galak­tyki? Konieczne dal­sze śledz­two.

Imię i nazwi­sko:

Jumba Jookiba (dok­tor)

Pseu­do­nim:

brak danych

Znaki szcze­gólne:

czworo oczu

Pla­neta pocho­dze­nia:

Quelte Quan

Miej­sce pobytu:

Zie­mia

Zaję­cie:

sza­lony nauko­wiec

Wspól­nicy:

Pli­kli, Stitch, Lilo Pele­kai, Nani Pele­kai, Kobra Bąbel, obiekty nr 1-625

Życio­rys:

Dok­tor Jumba Jookiba (tytuł naukowy uzy­skany na Uni­wer­sy­te­cie Dia­bo­licz­nego Geniu­szu) prze­pro­wa­dził serię nie­au­to­ry­zo­wa­nych, nie­le­gal­nych i wysoce nie­od­po­wie­dzial­nych eks­pe­ry­men­tów. Obec­nie mieszka z rodziną Pele­kai. Towa­rzy­szył Agen­towi 626 pod­czas śledztw w Paryżu i Nowym Jorku. Choć w trak­cie misji w sto­licy Fran­cji więk­szość czasu spę­dził w brzu­chu wiel­kiego śli­mob­cego, przy­czy­nił się do roz­wią­za­nia sprawy i poko­na­nia kosmicz­nych najeźdź­ców. Wniósł też istotny wkład w uda­rem­nie­nie pla­nów zębo­idów w Nowym Jorku. Jak na genial­nego naukowca ma bar­dzo nie­wiele wspól­nego z nauką, ale Prze­wod­ni­cząca twier­dzi, że tak jest lepiej.

Imię i nazwi­sko:

Pli­kli Wendy

Pseu­do­nim:

agent Pli­kli (w sta­nie spo­czynku)

Znaki szcze­gólne:

jedno oko, trzy nogi, krzy­kliwa, ale gustowna peruka.

Pla­neta pocho­dze­nia:

Plor­go­nar

Miej­sce pobytu:

Zie­mia

Zaję­cie:

były agent Fede­ra­cji Galak­tycz­nej, eks­pert do spraw koma­rów

Wspól­nicy:

dr Jumba Jookiba, Stitch, Lilo Pele­kai, Nani Pele­kai, Kobra Bąbel, peruka

Życio­rys:

były agent Pli­kli dużą część kariery pra­co­wał dla Fede­ra­cji Galak­tycz­nej. Zasły­nął jako znawca gatunku owada zwa­nego koma­rem pocho­dzą­cego z pla­nety Zie­mia. Podob­nie jak dr Jookiba pod­czas ope­ra­cji w Paryżu więk­szość czasu spę­dził w brzu­chu wiel­kiego śli­mob­cego. Według spra­woz­da­nia za ich ucieczkę odpo­wia­dała w dużej mie­rze jego tak zwana peruka przez wła­ści­ciela zwana piesz­czo­tli­wie Rusią. Został rów­nież porwany przez zębo­idy w Nowym Jorku, ale to mię­dzy innymi dzięki jego zarad­no­ści udało się powstrzy­mać inwa­zję. GAD zaleca, by umoż­li­wić Pli­kliemu stały dostęp do ziem­skich peruk, ponie­waż wydają się bar­dzo prak­tyczne.

Galaktyczna Agencja Detektywistyczna - Poradnik Agenta

Kodeks Galaktycznej Agencji Detektywistycznej (GAD)

Prolog. Kosze na śmieci

Pro­log

O Nowym Jorku mówią „mia­sto, które ni­gdy nie śpi”1.

W tej tęt­nią­cej życiem metro­po­lii zawsze coś się dzieje, bez względu na porę dnia. Czy to wie­czór, popo­łu­dnie, czy śro­dek nocy, ludzie kręcą się jak w koło­wrotku, spie­sząc z punktu A do punktu B, z domu do pracy, na spo­tka­nie z przy­ja­ciółmi albo na spa­cer w słyn­nym Cen­tral Parku.

A naj­ła­twiej we wszyst­kie miej­sca można dotrzeć metrem – pod­ziem­nym pocią­giem prze­my­ka­ją­cym tune­lami łączą­cymi wszyst­kie pięć dziel­nic, w tym wyspę Man­hat­tan. Oj tak, metro to fajna sprawa, zawie­zie cię, dokąd tylko chcesz.

Nie powinno więc nikogo dzi­wić, że nie­za­leż­nie od godziny na wszyst­kich czte­ry­stu sie­dem­dzie­się­ciu dwóch sta­cjach metra kłębi się tłum ludzi.

Zdzi­wić mogło jed­nak zacho­wa­nie pew­nej pani, która masze­ro­wała ze wzro­kiem wbi­tym w dal, nie zwra­ca­jąc uwagi na prze­chod­niów poko­nu­ją­cych schody pro­wa­dzące do metra na skrzy­żo­wa­niu Czter­na­stej Ulicy i Siód­mej Alei. Minęła prze­peł­niony po brzegi kosz na śmieci i wpa­dła na gbu­ro­wa­tego męż­czy­znę pro­wa­dzącego na smy­czy ener­gicz­nego bul­doga.

– Ej, patrz, jak idziesz! – wark­nął męż­czy­zna, a bul­dog z zacie­ka­wie­niem obwą­chał kosz.

Ale kobieta kom­plet­nie ich zigno­ro­wała. Zupeł­nie jakby myślami znaj­do­wała się na zupeł­nie innej pla­ne­cie! Stała nie­ru­chomo, patrząc przed sie­bie pustym wzro­kiem.

– Metro mnie przy­zywa, tam roboty masa – mam­ro­tała pod nosem. – Przez dłu­gie tunele pod powierzch­nią mia­sta.

– Że co? – prych­nął męż­czy­zna. – Poetka się zna­la­zła…

Jego uszczy­pli­wość nie zro­biła na kobie­cie naj­mniej­szego wra­że­nia.

– Kap, kap, kapie woda, rym się sam nie skleci – mówiła dalej, jakby go nie usły­szała. – Ogród rośnie w oczach, popatrz, jak się świeci!

Gbur ze zło­ścią przy­gryzł wargę.

– Dzi­waczka – mruk­nął, a bul­dog uniósł głowę i wydał z sie­bie soli­darne wark­nię­cie.

Kobieta w końcu ruszyła przed sie­bie i wkrótce znik­nęła za zakrę­tem.

– W tym mie­ście roi się od dzi­wa­ków – stwier­dził gbur, po czym spoj­rzał na bul­doga, który wró­cił do obwą­chi­wa­nia kosza na śmieci. – Co nie, Pysiu?

Pysio odpo­wie­dział chark­nię­ciem i sko­czył na swo­jego pana, żeby go ode­pchnąć go kosza.

– Teraz ty dzi­wa­czysz? – wes­tchnął gbu­ro­waty męż­czy­zna, patrząc, jak psiak w zębach pod­nosi coś z ziemi. – Co to za świń­stwo? Zostaw to, ale już! Nie masz poję­cia, skąd to się tam wzięło! – uty­ski­wał.

Schy­lił się do Pysia i wyjął mu z pyska długi, szpi­cza­sty przed­miot.

Nagle kosz prze­su­nął się w ich stronę. Z każdą chwilą sta­wał się coraz więk­szy, gdy jego zawar­tość zaczęła puch­nąć. Na szczy­cie sterty śmieci leżało meta­lowe pudełko w kolo­rze jado­wi­tej zie­leni.

– Co do… – wyją­kał męż­czy­zna, upusz­cza­jąc szpi­cza­sty przed­miot.

Wię­cej nie zdą­żył powie­dzieć, bo w tym momen­cie z pudełka wystrze­lił ośle­pia­jący snop świa­tła.

Gde­ra­nie męż­czy­zny uci­chło.

Oczy mu się zaszkliły. Puścił smycz Pysia i ruszył za koszem w dół po scho­dach, w kie­runku tego samego zakrętu na dole scho­dów, za któ­rym znik­nęła dziwna kobieta.

Psiak szcze­kał bez­rad­nie, gdy jego pan mam­ro­tał pod nosem:

– Metro mnie przy­zywa, tam roboty masa. Przez dłu­gie tunele pod powierzch­nią mia­sta…

Rozdział 1. Twarde lądowanie

Roz­dział 1

Tym­cza­sem gdzieś nad Atlan­ty­kiem…

„Gdzieś nad Atlan­ty­kiem” trudno nazwać twar­dym kon­kre­tem, co? W zasa­dzie to wcale nie można tego tak nazwać, bo ze względu na całą tę wodę Atlan­tyk jest cał­kiem miękki. Pre­cy­zyj­niej byłoby powie­dzieć, że „gdzieś nad Atlan­ty­kiem” to miękki brak kon­kretu. Roz­mię­kły brak kon­kretu!

Wie­cie co? Wła­śnie sobie uświa­do­mi­łem, że w tytule tej książki nie ma nic o oce­anach, ale za to jest sporo o agen­cie Stit­chu, prawda? W takim razie im szyb­ciej przej­dziemy do Stit­cha, Lilo, Jumby i Pli­kliego, tym lepiej. Wybacz­cie roz­wle­kły start.

– Tęsk­nię za Pary­żem – wes­tchnął Pli­kli z roz­rzew­nie­niem, wyglą­da­jąc przez okno kam­pera. – Mam wra­że­nie, że byli­śmy tam zale­d­wie godzinę temu.

– Bo byli­śmy tam jesz­cze godzinę temu – burk­nął Jumba. – I zali­czy­li­śmy naprawdę wielką przy­godę, pamię­tasz?

– Pew­nie, że pamię­tam naszą przy­godę! Kupa frajdy! – obru­szył się Pli­kli, krzy­żu­jąc ręce na piersi i wydy­ma­jąc usta. – Utkną­łem w brzu­chu glu­to­wa­tego śli­mob­cego z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem! Jak mógł­bym zapo­mnieć?

– Aku­rat ten moment nie miał nic wspól­nego z frajdą – mruk­nął Jumba.

– Cóż, każdy ma prawo do swo­jego zda­nia – odpa­ro­wał nieco ura­żony Pli­kli. Naj­wy­raź­niej dotknął go brak reak­cji Jumby, gdy Pli­kli nazwał go swoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

– Ej, może­cie łaska­wie być tro­chę ciszej?! – zawo­łała Lilo. – Stitch pró­buje ste­ro­wać, a wasze gada­nie go roz­pra­sza.

– Stitch da radę – ode­zwał się nie­bie­ski stwo­rek, szar­piąc kie­row­nicą kam­pera. Pojazd śmi­gał w prze­stwo­rzach nad wodami Atlan­tyku. – Stitch umie nie słu­chać Jumby.

– Ej, sły­sza­łem to! – obu­rzył się nauko­wiec.

– Chyba o to mu cho­dziło – stwier­dziła Lilo, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

Dobra, krótka pauza. Wiem, co sobie myśli­cie: „O co biega z tymi śli­mob­cymi? Co takiego Stitch i jego paczka w ogóle robili w Paryżu? I dla­czego ta książka nie jest sprze­da­wana w zesta­wie z kubeł­kiem lodów?”.

Z tymi lodami to nawet was rozu­miem. Gdyby to zale­żało ode mnie, do każ­dej książki byłyby dołą­czone lody. Ale moja opi­nia nie­stety nic w tej kwe­stii nie zmieni.

Cof­nijmy się odro­binę. Musi­cie coś wie­dzieć o Stit­chu: to kosmita, który przy­szedł na świat (wszech­świat?) w wyniku nauko­wego eks­pe­ry­mentu – jako Obiekt 626. Szybko wszedł w kon­flikt z Fede­ra­cją Galak­tyczną i zna­lazł schro­nie­nie na naszej pla­ne­cie. Zamiesz­kał na Hawa­jach z pię­cio­let­nią Lilo i jej star­szą sio­strą Nani. Towa­rzy­szą mu dok­tor Jumba Jookiba, genialny nauko­wiec, który stwo­rzył Stit­cha, oraz Pli­kli… no, nazwijmy go eks­per­tem od koma­rów. Oko miał na nich pewien pra­cow­nik opieki spo­łecz­nej Kobra Bąbel, który, tak się zło­żyło, był też agen­tem Fede­ra­cji Galak­tycz­nej.

Wszystko toczyło się gładko i milu­sio. Aż tu nagle pew­nego dnia Nani zapro­po­no­wała, żeby Lilo i Stitch wraz z Jumbą i Pli­klim urzą­dzili sobie wycieczkę po wyspie Kaua’i. Prze­wod­ni­cząca Rady Galak­tycz­nej wybrała aku­rat ten dzień, by zwer­bo­wać Stit­cha do Galak­tycz­nej Agen­cji Detek­ty­wi­stycz­nej (to ten cały GAD) i zle­cić mu zba­da­nie sprawy tajem­ni­czych (i śli­skich) wyda­rzeń w Paryżu.

Stitch potrak­to­wał to zada­nie poważ­nie. Jak?

Ponadto zale­żało mu na tym, by udo­wod­nić Prze­wod­ni­czą­cej, że jest mate­ria­łem na świet­nego agenta i abso­lut­nie wybit­nego detek­tywa zdol­nego roz­wią­zać każdy, ale to każdy pro­blem.

Prze­wod­ni­cząca mia­no­wała go Agen­tem 626 i posłała wraz z przy­ja­ciółmi do Paryża, gdzie szybko tra­fili na lepki trop groź­nych i prze­bie­głych kosmi­tów zwa­nych śli­mob­cymi. Wraz z Lilo, Jumbą, Pli­klim, agen­tem Kobrą Bąblem i jedy­nym dobrym śli­mob­cym o imie­niu Flo­ot­bar2 Agent 626 sta­wił czoło Zoo­lo­xowi Nie­roz­sąd­nemu, czyli przy­wódcy śli­ma­ko­po­dob­nych obcych.

Zoo­lox miał obse­sję na punk­cie pod­boju Ziemi i jakie­goś lokalu o nazwie NJUM, w któ­rym, jak się zdaje, ser­wo­wano nale­śniki. Przy­ja­ciele zmie­rzyli się z nim na szczy­cie wieży Eif­fla i zdo­łali powstrzy­mać śli­skich najeźdź­ców przed zawład­nię­ciem naszą pla­netą przy pomocy kosmicz­nej tech­no­lo­gii zwa­nej IMPRiS (skrót od Inter-Mole­ku­larny Pro­mień Roz­kła­da­jący i Skła­da­jący).

W mię­dzy­cza­sie Stitch poznał kodeks detek­tywa obo­wią­zu­jący wszyst­kich agen­tów GAD-u. I wzbo­ga­cił go nawet o wła­sną zasadę! A jeśli mi nie wie­rzy­cie, to wróć­cie na począ­tek tej książki, gdzie znaj­dzie­cie jego kom­pletną treść.

Po zakoń­cze­niu misji Prze­wod­ni­cząca poin­for­mo­wała Stit­cha o kło­po­tach w Nowym Jorku i pole­ciła, by spo­tkał się tam z agen­tem Kobrą Bąblem z GAD-u, który roz­po­czął już na miej­scu wła­sne śledz­two.

No dobra, teraz wie­cie już wszystko. Gdzie to byli­śmy…? A, już wiem!

– Stitch, daleko jesz­cze do Nowego Jorku? – zapy­tała Lilo.

– Bli­ziutko – zapew­nił Stitch, wska­zu­jąc na hory­zont i syl­wetki strze­li­stych wie­żow­ców.

– To teraz ostroż­nie – upo­mniała go Lilo. – Musisz zna­leźć jakieś miej­sce, gdzie możemy wylą­do­wać kam­pe­rem, nie robiąc nikomu krzywdy. Może gdzieś tam…

Lilo włą­czyła mapę na ekra­nie roz­dziel­czym.

Stitch prych­nął. Dał z sie­bie wszystko pod­czas misji w Paryżu, by udo­wod­nić, że nadaje się na agenta, i poszło mu śpie­wa­jąco! To NA PEWNO ozna­czało, że potrafi wylą­do­wać kam­pe­rem bez niczy­jej pomocy. W końcu był teraz peł­no­praw­nym agen­tem GAD-u… i ta misja nale­żała do niego!

– Stitch umie lądo­wać – oświad­czył, może nico zbyt zuchwale.

– Ale, Stitch, nie byłeś jesz­cze w Nowym Jorku i… – bąk­nęła Lilo.

– Mała może mieć rację – wtrą­cił Jumba.

– Pełna zgoda! – dodał Pli­kli.

Ale mimo wąt­pli­wo­ści przy­ja­ciół Stitch zamie­rzał im zade­mon­stro­wać, że dosko­nale wie, co robi. W końcu był przy­wódcą dru­żyny, prawda?

– Uwaga, za chwilę lądo­wa­nie – oświad­czył z nie­za­chwianą pew­no­ścią.

– Trzy­mać mocno! – dodał i uru­cho­mił sil­niki znaj­du­jące się pod pod­wo­ziem kam­pera. To dzięki nim pojazd mógł star­to­wać i lądo­wać pio­nowo jak heli­kop­ter. Kam­per prze­bił się przez cienką war­stewkę chmur, a oczom pasa­że­rów uka­zał się pro­sto­kąt Cen­tral Parku, który zbli­żał się z zastra­sza­jącą pręd­ko­ścią.

Stitch pla­no­wał wylą­do­wać tuż nad brze­giem Stawu Żół­wio­wego, który nosił taką nazwę, bo – tak, bingo! – miesz­kała w nim cał­kiem pokaźna grupa żółwi.

Kam­per dalej pędził ku ziemi! Stitch spró­bo­wał uru­cho­mić hamulce aero­dy­na­miczne, ale na to było już zde­cy­do­wa­nie za późno. Pojazd prze­mknął nad traw­ni­kiem i z plu­skiem wylą­do­wał w wodzie!

Rozdział 2. Misja

Roz­dział 2

Był śro­dek popo­łu­dnia, a wielu ludzi wybrało ten moment, by delek­to­wać się świe­żym powie­trzem i pro­mie­niami słońca w Cen­tral Parku. Nie­któ­rzy wyle­gi­wali się na kocach pik­ni­ko­wych i zaja­dali późny obiad. Inni spa­ce­ro­wali z psami albo grali w soft­ball. A ponie­waż był to Nowy Jork, nikt nie zwró­cił uwagi na kam­per, który ni stąd, ni zowąd spadł z nieba i dał nura do Stawu Żół­wio­wego – nikt poza jed­nym męż­czy­zną w czar­nym gar­ni­tu­rze i rów­nie czar­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Męż­czy­zna ten minął pik­ni­ko­wi­czów, psia­rzy i soft­bo­li­stów, przy­sta­nął nad brze­giem stawu i cze­kał.

Stitch wyj­rzał przez okno. Miał wylą­do­wać kam­pe­rem na lądzie, a nie pośrodku stawu! Ta wpadka mocno zra­niła jego dumę. Wie­dział, że winić może tylko sie­bie. Ale był prze­cież przy­wódcą. Nie mógł przy­znać, że popeł­nił błąd, prawda?

– Zro­bi­łem spe­cjal­nie – skła­mał. – Żeby ostu­dzić sil­niki.

– Stitch, czemu mnie nie posłu­cha­łeś? – zapy­tała Lilo.

Stwo­rek nie odpo­wie­dział. Chciał uda­wać, że wszystko odbyło się tak, jak powinno. Otwo­rzył okno kam­pera i wysko­czył na zewnątrz.

– Stitch, nie! – zawo­łała Lilo.

Ale było za późno. Kosmita wpadł do wody i natych­miast zaczął tonąć. Nie spo­dzie­wał się, że par­kowy staw może być tak głę­boki! Za to ciało Stit­cha, choć nie­wiel­kie, było nie­sa­mo­wi­cie gęste, a przez to tak cięż­kie, że od razu poszedł na dno!

To samo przy­da­rzyło mu się na Hawa­jach. Któ­re­goś dnia sur­fo­wał z Lilo, Nani i Davi­dem, przy­ja­cie­lem rodziny. W pew­nej chwili spadł z deski i w mgnie­niu oka zaczął tonąć. Na szczę­ście David zdo­łał go ura­to­wać.

A teraz powtórka z roz­rywki: prze­padł pod powierzch­nią Stawu Żół­wio­wego niczym kamień.

Nagle poczuł, jak chwyta go czy­jaś wielka dłoń i prze­mo­czo­nego do suchej nitki wydo­bywa na powierzch­nię.

Jego wyba­wi­cie­lem oka­zał się Kobra Bąbel.

– Jesteś zaska­ku­jąco ciężki – zauwa­żył. – Ale bar­dzo punk­tu­alny.

– Dobry detek­tyw zawsze na czas – oświad­czył Agent 626, wyplu­wa­jąc wodę.

To zabrzmiało jak cał­kiem nie­zła zasada. Zano­to­wał w pamięci, by dopi­sać ją do ofi­cjal­nej listy kodeksu detek­tywa.

– Stitch, co ty sobie myśla­łeś?! – krzyk­nęła Lilo, wyska­ku­jąc z kam­pera. – Musisz bar­dziej uwa­żać! Mogło ci się coś stać! Nam wszyst­kim mogło się coś stać! Albo komuś na Ziemi!

– Stitch wie­dział, co robi. Od początku – obru­szył się kosmita, pró­bu­jąc zba­ga­te­li­zo­wać swój błąd. – Wszystko dobrze skoń­czyło. Prawda, dru­żyna?

Jego głos uto­nął w ryku sil­ni­ków. Sie­dzący za ste­rami kam­pera Jumba pode­rwał pojazd z powierzchni stawu i gładko wylą­do­wał na brzegu.

Zanim Stitch zdą­żył to sko­men­to­wać, ode­zwał się Kobra:

– Dobrze, że jeste­ście. Minęło nie­wiele czasu, ale sporo się wyda­rzyło, od kiedy widzie­li­śmy się w Paryżu. Nie­stety, nic dobrego.

– Co się dzieje? – zapy­tała Lilo.

Kobra ski­nął głową i prze­krę­cił wska­zówkę na swoim zegarku.

– Lepiej niech ona wam powie.

Nad tar­czą zegarka poja­wił się holo­gram Prze­wod­ni­czą­cej.

Dzie­liło ich wiele lat świetl­nych. Prze­wod­ni­cząca stała na pokła­dzie statku orbi­tu­ją­cego wokół pla­nety Turo, gdzie znaj­do­wała się główna sie­dziba Fede­ra­cji Galak­tycz­nej i Galak­tycz­nej Agen­cji Detek­ty­wi­stycz­nej. Za jej ple­cami przy kon­so­le­cie sie­dział nie­duży różowy kosmita, który wpro­wa­dzał dane do ogrom­nego kom­pu­tera.

– Agen­cie Bąblu, Agen­cie 626, sytu­acja jest poważ­niej­sza, niż nam się zda­wało – ode­zwała się Prze­wod­ni­cząca. – Aby pomyśl­nie roz­wią­zać tę sprawę, będzie­cie musieli połą­czyć siły. Agen­cie 626, liczę, że dosto­su­jesz się do instruk­cji agenta Bąbla.

Stitch się naje­żył. Wyda­wało mu się, że to jego misja. Dla­czego musi słu­chać pole­ceń Kobry? Stwor­kowi wcale się to nie podo­bało, o nie, ani tro­chę – szcze­gól­nie po tym, jak dosko­nale sobie pora­dził w Paryżu.

– Prze­pra­szam – ode­zwał się – ale Stitch…

– Na pyta­nia odpo­wiem póź­niej – prze­rwała mu Prze­wod­ni­cząca.

Stwo­rek burk­nął coś pod nosem i przy­tak­nął. Nie dość, że stra­cił pozy­cję przy­wódcy dru­żyny, to jesz­cze nie wolno mu się odzy­wać?

– Waszym kon­tak­tem we wszyst­kich spra­wach zwią­za­nych z tym zada­niem będzie agento Mańko – oświad­czyła Prze­wod­ni­cząca. – Odpo­wiada za wszelką komu­ni­ka­cję, żeby dać mi czas na zapo­zna­nie się z rapor­tem doty­czą­cym sprawy śli­mob­cych. Wszy­scy pamię­ta­cie agento Mańko, prawda? – upew­niła się, poka­zu­jąc na różo­wego kosmitę.

Nie zasko­czy cię pew­nie, że nikt nie pamię­tał agento Mańki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wia­domo, że mia­sta tak naprawdę nie śpią. W końcu nie potrze­bują snu. To ludzie potrze­bują snu. Nowy Jork powinno się nazy­wać „mia­stem, które ni­gdy nie śpi, bo tego nie potrze­buje, ale jego miesz­kańcy od czasu do czasu muszą wpaść w obję­cia Mor­fe­usza”. No dobrze, chyba tro­chę zawiły ten przy­pis. [wróć]

2. Tak, Flo­ot­bar to ten śli­mobcy, który połknął Jumbę i Pli­kliego (a także Kobrę Bąbla). Ale to było, zanim posta­no­wił pomóc naszym przy­ja­cio­łom, więc się nie liczy. [wróć]