A niech to szlag! - Monika Cieluch - ebook
NOWOŚĆ

A niech to szlag! ebook

Cieluch Monika

4,7

144 osoby interesują się tą książką

Opis

Życie bywa jak jajko z niespodzianką. Czy dasz się nią obdarować?

Jeden niefortunny incydent w pracy wywraca życie Joanny Sawickiej do góry nogami. Kiedy młoda kobieta traci stanowisko menedżerki restauracji w renomowanym hotelu, postanawia postawić wszystko na jedną kartę i spróbować życia za granicą, a konkretnie – w Londynie. Jako opiekunka czteroletniej Grace, Joanna będzie musiała zmierzyć się z wyzwaniami, które do tej pory były jej zupełnie obce. W dodatku problemem okazuje się ojciec dziewczynki –Timothy Harvey – gburowaty właściciel dużej firmy farmaceutycznej, niepotrafiący pogodzić się ze śmiercią żony. Joanna nie zamierza pozwolić, by Grace wychowywała się w atmosferze pełnej złości i wiecznych pretensji. Postanawia przeprowadzić w ich życiu rewolucję, nie podejrzewając, że sama stanie się jej główną bohaterką…

Do gabinetu wpadł wieczorny podmuch letniego wiatru, a w moich nozdrzach wściekle zatańczyła woń perfum.
− Proszę się nie fatygować, sama trafię do drzwi – wydusiłam z siebie, czując, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła.
− Jest pani arogancka, przemądrzała i nie ma pani najmniejszego pojęcia o wychowywaniu dzieci, a już tym bardziej o tym, jak należałoby się zachować w towarzystwie swojego pracodawcy. Pani dzisiejszy spektakl nagich pośladków zawstydził nas wszystkich, a ja, jako ojciec dziewczynki, nad którą sprawowała pani opiekę, poczułem się upokorzony i zażenowany! – Ostatnie zdanie wykrzyczał mi w twarz.
Aha, użył czasu przeszłego: „sprawowała pani opiekę”. Czyli już mnie zwolnił!
− To niedopuszczalne, żeby kobieta w pani wieku zachowywała się tak prostacko, a pani tekst z kijem w roli głównej doskonale odzwierciedlił poziom pani kultury.
Zerwałam się na równe nogi i biegiem ruszyłam w stronę przylegającej do gabinetu łazienki.
− Pani Joanno, to nie te drzwi! – krzyknął za mną.
Rzuciłam się na kolana, w ostatniej chwili podniosłam deskę sedesową i oddałam do muszli całą zawartość swojego żołądka.(…)
− Piła pani?
Zaraz mu pieprznę! Przysięgam, że wsunę mu łeb w sedes i spłuczę wodę, niech tylko dojdę do siebie.
− Zapytam jeszcze raz: czy pani piła?
Pokręciłam głową, a wspaniałomyślny Pan Sztywniak zwilżył ręcznik i podał mi go, bym mogła wytrzeć nim usta. Spłukałam toaletę. Opuściłam deskę i przysiadłam na niej. Ramionami oplotłam obolały od torsji brzuch.
− To przez pana perfumy. Nie toleruję ich.
− Proszę?
− Śmierdzą tak bardzo, że dostaję od nich migreny.
Mężczyzna zaśmiał się niewesoło, wsunął dłonie w kieszenie spodni i wzruszył ramionami.
− Cóż, to pani problem, ja osobiście bardzo je lubię,
Ooo, to było chamskie!
− Nie wątpię – burknęłam pod nosem.


Od tej powieści nie mogłam się oderwać! Monika Cieluch w piękny sposób ujmuje w słowa emocje trudne do opisania i wybornie bawi czytelnika uroczą i błyskotliwą historią o różnych odcieniach miłości.
@jeleenka

Ta historia przywraca wiarę w to, że nasze życie może się jeszcze odmienić. Wystarczy otworzyć się na to, co przynosi nam los. Pomaga uwierzyć, że nigdy nie jest za późno, aby na nowo odnaleźć szczęście, nawet po trudnych przeżyciach.
To cudowna komedia romantyczna, która wielokrotnie wywoła uśmiech, wzruszy do łez, a przede wszystkim będzie znakomitą odskocznią od codzienności i wleje w serca czytelników mnóstwo nadziei na lepsze jutro.
@uwaga.czytam

Zaczynając tę książkę, nie miałam pojęcia, że opisana w niej historia pochłonie mnie całkowicie! Tak było i na samą myśl uśmiecham się pod nosem. Ciężko nie pokochać tego lekkiego stylu, dobrego humoru i ciekawych bohaterów. Tę historię czyta się z przyjemnością oraz z szerokim uśmiechem na twarzy i ogromem uczuć w sercu. Jestem przekonana, że wiele osób pokocha tę książkę równie mocno, co ja. Nie czekaj! Zacznij ją czytać, a już od pierwszych stron zostaniesz wielką fanką.
@bookwormpll

Monika Cieluch Rodowita grudziądzanka, która szesnaście lat spędziła w południowej Anglii. Matka, żona, siostra dwóch braci oraz wielbicielka miętowej czekolady i pieszych wycieczek. W 2018 roku zadebiutowała powieścią obyczajową „Miłość szeptem mówiona”. Następnie na rynku wydawniczym ukazała się trylogia „Niepokorni” oraz powieść sensacyjna z nutką erotyki „Do ostatniej kropli krwi”. W jej książkach główną rolę odgrywają emocje i realnie wykreowani bohaterowie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (232 oceny)
172
47
10
3
0
Sortuj według:
ninjaMajewski

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dla bardzo dobrze napisana książka. Chętnie poznałabym dalsze losy bohaterów! :)
20
agk85

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka jest genialna!!!
10
Kajasze

Nie oderwiesz się od lektury

cudowna,wspaniała, ciepła i pełna miłości bardzo mądra książka.Brawo dla autorki.nie mogłam się oderwać. Cudowna historia pięknie opowiedziana momentami bardzo wzruszająca. Polecam, nie oderwiecie się od lektury. Gratulacje dla autorki
10
wioletaoterman

Nie oderwiesz się od lektury

Swietna książka. Dawno tak się nie śmiałam 👍😃
10
boston25

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, zabawna i wzruszająca historia. Polecam! :)
10

Popularność




Moim Czytelniczkom

Rozdział 1

A niech to szlag!

Stałam i gapiłam się na Skrzyneckiego jak wół na malowane wrota. Z uwagą obserwowałam, jak poluźnił węzeł krawata, odchrząknął nieco nerwowo i dłonią strącił z marynarki niewidoczny pyłek. Miał świra na tym punkcie. Wiecznie biegał z rolką do ubrań w ręku i kompulsywnie czyścił swój uniform, jakby ktokolwiek był w stanie dostrzec na nim paproszki. Wkurzał mnie tym, ale z racji jego pozycji w naszej hotelowej społeczności milczałam solidarnie z pozostałymi pracownikami, starając się nie zwracać większej uwagi na te dziwactwa. A było ich całkiem sporo. Na przykład zawsze przekraczał próg pomieszczenia prawą nogą, z zasady się nie uśmiechał, jadł jedynie zielone warzywa i owoce, a także nie pił ciepłych napojów. Żadnych. Nawet kawy. I nikt mi nie wmówi, że był normalny. Nie był! Poza tym uważałam, że nie można ufać ludziom, którzy nie piją kawy i nie jedzą truskawek. A Skrzynecki właśnie taki był… Dziwnie popieprzony.

– Nie rozumiem, jak to zwolniona? Za co? – spytałam, bo, jak Boga kocham, pojęcia nie miałam, o co w tym wszystkim chodzi. Od trzech lat zajmowałam stanowisko menadżera restauracji w The Luxury Hotel i żebyśmy mieli jasność: naprawdę byłam dobra w tym, co robiłam. Świadczyły o tym zarówno pochwały naszych gości, jak i zadowolenie moich współpracowników, więc dlaczego miałabym zostać zwolniona? Nie wyrzuca się ludzi z pracy z dnia na dzień, prawda? Musiał być jakiś powód…

I gdy tak intensywnie szukałam w myślach przyczyny swojego zwolnienia, coś w głowie zaczęło mi świtać. Jak przez mgłę przypomniałam sobie sytuację sprzed trzech tygodni, gdy jeden z gości hotelowych w dość obcesowy sposób zacisnął swoją dłoń na moim tyłku. Zadziałał odruch obronny i bez zastanowienia strzeliłam typkowi w pysk. No, ale przecież zasłużył! Poza tym to było dawno i późnym wieczorem, gdy w sali bankietowej w zasadzie nie było już nikogo i o całej sytuacji wiedzieliśmy tylko ja i Bursztyn – nasz barman. A Bursztyna byłam pewna! Wiedziałam, że nie puścił pary z gęby. W takim razie jakim cudem… Próbując poskładać myśli w logiczną całość, doszłam do wniosku, że w swojej karierze zawodowej zaliczyłam większe wpadki niż spoliczkowanie klienta, który miał problem z utrzymaniem rąk przy własnym tyłku. Raz nawet zaserwowałam potrawkę z dziczyzny podczas bankietu, na którym bawili się wegetarianie. I to był powód, by mnie wyrzucić na bruk, a mimo to zachowałam posadę – aż do dziś.

– Chodzi o sytuację z jednym z naszych gości – odezwał się Skrzynecki.

Jak gdyby nigdy nic, podszedł do mnie i krzywiąc się, wyciągnął swoją rękę i zdjął mi coś z wyłogu marynarki. Pyłek? Włos? Mniejsza o to…

– Nie możemy tolerować takiego zachowania. Powinnaś świecić przykładem, być naszym mocnym filarem, a zachowałaś się bardzo nieprofesjonalnie. Pan Wodziński to znany reżyser, którego oburzyło twoje zachowanie. Złożył skargę, obsmarował nas w mediach społecznościowych, a hotel ponad wszystko ceni sobie swój nienaganny, do tej pory, wizerunek. Oczekujemy od pracowników postawy godnej naszej historii, a ty…

A jednak!

– Posłuchaj, on mnie molestował. Miałam mu za to podziękować czy zaproponować room services w swoim wykonaniu? – Zmarszczyłam brwi, bo za cholerę nie byłam w stanie zrozumieć jego toku myślenia. Był moim przełożonym. Powinien stanąć po mojej stronie. Ja zawsze broniłam swoich kelnerów i kucharzy zgodnie z zasadą, że jesteśmy jedną wielką rodziną. A rodzinę się wspiera, prawda? Nawet, gdy chwilami mamy ochotę do niej strzelać.

– Molestował? – Skrzynecki zaśmiał się sztucznie. – Zawsze miałaś bujną wyobraźnię.

– Ale to prawda! Zawołał mnie do stolika i zażądał butelki Château Margaux z osiemdziesiątego drugiego, więc grzecznie odpowiedziałam, że butelka kosztuje dziesięć patoli, a on wówczas złapał mnie za tyłek i powiedział, że jak pozwolę mu skosztować wina ze swoich ust, on zapłaci za to każdą cenę. Zbyłam jego komentarz, ale obślizgłych dłoni na moim tyłku już nie. Musiałam się bronić – tłumaczyłam niemal na jednym wydechu. Patrzyłam na Skrzyneckiego i wiedziałam, że nie uwierzył w żadne moje słowo. Jasna cholera, przecież nie mogą mnie wyrzucić za coś takiego. Jestem jednym z najmocniejszych filarów tego hotelu. Mam odpowiednie wykształcenie, bardzo dobre referencje, poza tym potrafię rozmawiać z naszymi gośćmi i z zasady nie biję ich po pyskach. Ten jeden raz był wyjątkiem. Przysięgam!

– Posłuchaj, może gdybyś posłała przeprosiny panu Wodzińskiemu, to…

– Ja? Ja mam go przepraszać? Czyś ty się z głupim na rozumy pozamieniał? To on mnie powinien przeprosić – powiedziałam, może zbyt głośno, bo pracujący na sali kelnerzy dziwnym zbiegiem okoliczności rozpierzchli się w błyskawicznym tempie, pozostawiając nienakryte stoliki. – Nie zrobię tego – dodałam nieco ciszej, butnie unosząc podbródek.

– Dobrze. – Skrzynecki ciężko westchnął, po czym obciął mnie wzrokiem i rzucił na stolik dokumenty, które do tej pory trzymał w dłoni. – Podpisz to.

Spojrzałam na papiery i przeczytawszy nagłówek „Rozwiązanie umowy o pracę”, poczułam, jak z nerwów zaswędziała mnie skóra. Drżącą ręką zbliżyłam dokumenty do oczu i na wstrzymanym oddechu brnęłam przez kolejne wersy. Cholera! Wszystko się zgadzało. Moje imię, dane personalne, a nawet dzisiejsza data. Naprawdę chcieli mnie wyrzucić na bruk! Po tym wszystkim, co dla nich zrobiłam! Po trzech latach zaangażowania i poświęcenia!

– Zważywszy na to, że jesteśmy szanującym się pracodawcą, dział HR zaproponował rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Zostaną ci również wystawione referencje, w których pominiemy wydarzenie sprzed trzech tygodni.

– O czym ty pieprzysz, Ludwik? – Straciłam nad sobą panowanie. Czułam, jak ze złości zaczęłam czerwienieć na twarzy.

– Mówię, że powinnaś podpisać dokumenty, opróżnić swoją szafkę, zdać uniform i opuścić hotel. Jednocześnie pragnę przypomnieć, że w twojej umowie o pracę jest zapis, który zobowiązuje cię do nieprzekraczania progu hotelu przez sześć miesięcy od czasu rozwiązania z tobą niniejszej umowy, gdyż nie chcemy, by nasi goście wciąż cię kojarzyli z naszym personelem.

– Nawet po pięciu latach będą mnie z wami kojarzyć! Widząc mnie na ulicy, też będą mnie kojarzyć z hotelem, wiesz dlaczego? Bo byłam najlepsza! Stanowiłam wasz najmocniejszy filar i nikt z pozostałych pracowników nie podchodził do naszych gości z takim sercem jak ja! I ty, Ludwik, dobrze o tym wiesz! – wrzeszczałam, bo skoro miałam odejść z miejsca, w którym zostawiłam część swojego serca, to nie zamierzałam robić tego po cichu. Mowy nie ma! To byłoby wbrew mojej naturze. – To dzięki mnie i mojej pracy największe rauty i bankiety nie okazały się klapą. To ja siedziałam tu całymi nocami i mimo opuchniętych od szpilek nóg krążyłam między gośćmi, by spełniać ich nader wybujałe fantazje. To ja tchnęłam życie w ten czternastowieczny budynek i to ja jestem najbardziej rozpoznawalną osobą tego hotelu. To cię boli, prawda? Długo musiałeś czekać, aż popełnię błąd, mam rację?

– Jeśli w ciągu piętnastu minut nie opuścisz hotelu, będę zmuszony wezwać ochronę, by ci w tym pomogła. – Wyciągnął długopis w moją stronę i przysięgam, że po raz pierwszy dostrzegłam na jego twarzy nikły uśmiech zwycięstwa.

Mogłabym go w tej chwili zadrapać pazurami na śmierć, opluć, wbić mu szpilkę w stopę, może nawet strzelić w pysk albo przybić mu dłoń do stolika wypolerowanym widelcem, ale zabrakło mi na to odwagi. Zacisnąwszy zęby, bez słowa przyjęłam długopis z jego rąk, ułożyłam dokumenty na stoliku i zamaszystym pismem, w miejscu złożenia podpisu, napisałam: Pierdolcie się! Z poważaniem Joanna Sawicka. Następnie, jak gdyby nigdy nic, wsunęłam długopis w kieszeń marynarki Ludwika, dokładnie tuż obok kwiecistej poszetki, złożyłam całusa na jego policzku, celowo zostawiając na nim ślad czerwonej pomadki, i z uniesioną głową udałam się w kierunku szatni, walcząc ze łzami wzbierającymi w oczach.

Gdy weszłam do pokoju socjalnego, niemal odebrało mi mowę. Moi kelnerzy, ludzie z recepcji, kucharze i pokojówki, wszyscy jak jeden mąż, stali i bili mi brawo, niektórzy z nich dyskretnie ocierali białymi mankietami łzy (za co wcześniej urwałabym im głowy). Gardło zacisnęło mi się tak boleśnie, że nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Milcząc, wędrowałam od jednych ramion do drugich, a gdy w końcu przytuliłam już wszystkich, po raz ostatni otworzyłam swoją szafkę i wyjęłam z niej prywatne ciuchy. Zaledwie dziesięć minut później, odprowadzana przez swoich ludzi (lubiłam o nich myśleć w ten sposób), zmierzałam w kusych spodenkach, ukazujących fragment opalonych pośladków, w stronę recepcji, celowo rezygnując z opuszczenia budynku wyjściem dla pracowników. Przed trzema laty weszłam przednimi drzwiami i nimi wyjdę! Wciąż słysząc aplauz, rzuciłam na blat recepcji swoje klucze, przypinkę z imieniem i nazwiskiem oraz cały uniform i nim opuściłam hotel, jeszcze raz rozejrzałam się po jego wnętrzu i twarzach bliskich mi ludzi. Uśmiechnęłam się, mimo że nie było mi łatwo, i odwróciwszy się, pomaszerowałam w stronę schodów. A gdy dotarły do mnie słowa Skrzyneckiego – „Dziękujemy za współpracę!” – uniosłam prawą rękę i za pomocą środkowego palca dałam mu jasno do zrozumienia, co o nim myślę. Usłyszałam jeszcze głośne gwizdy kelnerów, któryś krzyknął, że będą za mną tęsknić, i pomyślałam, że już mają przesrane. Najpewniej jeszcze dziś, w nagrodę za swoje zachowanie, poniosą konsekwencję w postaci polerowania sztućców bez możliwości korzystania z pomocy pary wodnej. Zrobiło mi się ich żal.

Wypadłam na ulicę skąpaną w słońcu, zagryzając wargi niemal do krwi, i ruszyłam w stronę Rynku Głównego. Z nieba lał się niemiłosierny żar. Powietrze było ciężkie, duszne, jakby zbierało się na burzę, mimo iż nieboskłon malował się czystym błękitem. Właśnie wyrzucili mnie z pracy. Byłam bezrobotna. Miałam na karku zajebiście korzystny kredyt we frankach szwajcarskich, a na koncie oszczędnościowym cztery tysiące siedemset pięć złotych i dwadzieścia trzy grosze. Lepiej być nie mogło. Tylko ja potrafiłam się tak ustawić. Przez chwilę dumałam nad podjętą decyzją. Czy dobrze zrobiłam? Wystarczyło przeprosić, by uratować tyłek, ale czy rozsądne jest postępowanie wbrew temu, co się czuje? Wątpiłam w to… Należałam do kobiet, które się szanowały, i każdego dnia chciałam móc spojrzeć sobie w oczy, więc głupotą byłoby przepraszanie, jeśli nie czułam takiej potrzeby. Dobrze zrobiłaś, Aśka, dobrze zrobiłaś – powtarzałam sobie bezustannie, gdy z obojętnością mijałam ludzi idących z przeciwnej strony. Ciekawe tylko, z czego zapłacę ratę kredytu? A tam! Dał Bóg dzień, da i radę!

Zanurzyłam dłoń w torebce i wyciągnęłam z niej komórkę, marszcząc brwi na widok zdjęcia siostry. Cholera, czy ona zawsze musiała dzwonić w najmniej odpowiednim momencie? Zupełnie jakby miała zainstalowany jakiś pieprzony radar odbierający sygnał o moich kłopotach. Tak, Zośka zawsze mi powtarzała, że któregoś dnia ukręcę bat na własny tyłek, no i mi wykrakała! Złośliwa perfekcjonistka, która wiedziała, jak się ustawić.

– Halo? – powiedziałam i przysiadłam przy fontannie na Rynku. Czułam przyjemnie chłodną mżawkę, która pokryła moją twarz i dekolt, a wkrótce także nogi, niosąc chwilową ulgę od gorących promieni słonecznych.

– Cześć, siostra! Żyjesz w ogóle? Co tam u ciebie? Dlaczego się nie odzywasz? – trajkotała jak nakręcona, a gdy zamilkła, przez chwilę się zastanawiałam, czy już mogę przemówić. – Aśka, jesteś tam?

– Jestem, jestem… – Boże, jak cudownie było wsunąć nogi do chłodnej wody fontanny, nawet jeśli miałam za to zapłacić jakąś infekcją grzybiczną paznokcia. – Wszystko w porządku.

– Wiem, że kłamiesz. Coś jest na rzeczy.

– Co? – spytałam zdziwiona. Skąd niby mogła to wiedzieć?

– Źle mi się śniło w nocy i postanowiłam do ciebie zadzwonić. Przecież słyszę, że coś jest nie tak. Opowiadaj, co się dzieje.

– To normalne, że w ciąży miewa się koszmary. Kiedyś czytałam o tym artykuł. Winne są hormony ciążowe, zwłaszcza progesteron. – Starałam się brzmieć poważnie, jednocześnie pogroziłam palcem dzieciakom, które uporczywie chlapały na mnie wodą.

– Siostra, pytam poważnie. Co się dzieje?

Przewróciłam oczami, bo naprawdę ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebowałam, była pouczająca gadka w wykonaniu Zośki. Niechże najpierw pozwoli mi uporać się z nową sytuacją, a dopiero potem zacznie serwować swoje mądrości. Czasami czułam się jak życiowy nieudacznik.

– Zwolnili mnie z pracy – wyrzuciłam z siebie, nerwowo poruszając dużymi palcami u stóp. – I wiem, co zaraz mi powiesz: że mogłaś się tego spodziewać, że jestem niezaradna życiowo i takie tam inne gówniane mądrości.

– Aśka, przykro mi. Chcesz o tym pogadać?

Zaskoczyła mnie. Naprawdę. Ponownie spojrzałam na ekran telefonu, by mieć pewność, że rozmawiam z siostrą. Co też hormony potrafią zrobić z człowiekiem…

– Nie dzisiaj.

– Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, daj znać. Wiesz, że nie zostawimy cię z tym sami. Mamy z Karolem trochę oszczędności, więc gdybyś potrzebowała…

– Sama świetnie dam sobie radę – zaoponowałam.

– Wierzę, że tak będzie. A co u Mateusza?

– Spoko. – Wzruszyłam ramionami.

– Wybrałaś już sukienkę?

– Tak, coś tam mam na oku – skłamałam. Szczerze mówiąc, w ogóle nie miałam do tego głowy. Cały ten pomysł ze ślubem był nietrafiony. Z każdym dniem coraz bardziej żałowałam, że się na to zdecydowaliśmy. Kochałam Mateusza, ale coraz częściej dochodziłam do wniosku, że tylko na swój popieprzony sposób, a nie tak, jak powinno się kochać przyszłego męża. Wsunęłam kosmyk włosów za ucho i ponownie skarciłam wzrokiem rozbrykany dziecięcy duet, który nadal chlapał wodą, co zupełnie uchodziło uwadze ich matki.

– Już się nie mogę doczekać twojego wieczoru panieńskiego. Będzie ogień, zobaczysz – padło z ust mojej siostry.

– Aż się boję – dodałam bez entuzjazmu.

– Aśka, naprawdę mi przykro z powodu twojej pracy.

Przysięgam, że brzmiała, jakby była zmartwiona.

– Daj spokój, nie ma czego żałować – skłamałam. Znowu. Powoli zaczęłam być w tym dobra. Jeszcze kilka tygodni i stanę się mistrzynią w tej dziedzinie. Joanna Sawicka – kłamczyni doskonała!

– Na pewno znajdziesz lepszą.

– Na pewno.

– W końcu masz faceta, który wie, jak wspaniałą kobietą jesteś. Czego trzeba więcej? Już wkrótce znajdziesz pracę i szefostwo, które cię doceni. Jestem o tym przekonana.

– Jasne – odpowiedziałam zdawkowo, bo szanse na to były jak na trafienie szóstki w totolotka.

– Potrzeba tylko czasu.

– Masz rację.

– Wiary w siebie i swoje możliwości.

– To prawda. – Znowu potaknęłam, modląc się, by jak najszybciej zakończyła naszą rozmowę.

– Grunt to pozytywne nastawienie do sprawy.

– Oczywiście.

– Będzie okay, zobaczysz.

– Nie inaczej.

– Dobrze się czujesz, siostra? – spytała, najpewniej zdziwiona brakiem protestów z mojej strony i cichych parsknięć pod nosem.

– Pewnie, że tak. – Kłamstwo. Znowu powiedziało mi się kłamstwo. Tak zupełnie niechcący. – Zośka, kończę. Muszę zrobić zakupy – wymyśliłam na poczekaniu, chociaż, gdyby tak zagłębić się w temat, może i warto byłoby zawitać do monopolowego?

– Dobrze. Zadzwonię do ciebie za kilka dni. Kocham cię, siostra.

Przysięgłabym, że załamał jej się głos. Niechże w końcu urodzi, bo przez te hormony źle się z nią dzieje.

Wsunęłam wciąż wilgotne stopy w czerwone trampki i ruszyłam w stronę domu. Miałam ambitny plan na resztę dnia. Naprawdę. Najpierw zjem pudełko lodów czekoladowych, w które wrzucę sporą ilość mrożonych wiśni, następnie wypiję nalewkę z pigwy, a wszystko doprawię dołującą komedią romantyczną. W efekcie popłaczę, przytyję ze dwa kilogramy i może spróbuję wysłać swoje CV do kilku hoteli, by finalnie podjąć pracę za najniższą krajową. Cóż… Nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. W sumie chyba nigdy tego nie oczekiwałam, ale miło by było chociaż raz biec z górki z rozwianym włosem, zamiast wiecznie się na nią wspinać. Tak… Jeszcze będzie przepięknie… Chyba tak to leciało.

Rozdział 2

Owsiane ciasteczka i inne nieszczęścia

Wcale nie chodziło o to, że byłam niezaradna życiowo. Ani też o to, że od sześciu tygodni nie potrafiłam znaleźć dobrze płatnej pracy, a moje konto bankowe osiągnęło saldo bliskie zeru. Nie. Jeśli wierzyć słowom mojej siostry, miałam wybawić ją z opresji, w którą wrzuciła Zośkę jakaś średnio przyjemna Nepalka, w ostatniej chwili rezygnując z przejęcia jej obowiązków, gdy Zośka rozpocznie urlop macierzyński. Szczerze? Wątpiłam w to. Myślę, że wspaniałomyślna Zośka postanowiła uratować mi dupę i udowodnić, że bez jej pomocy nie byłam w stanie dźwignąć się z finansowego dołka. Cóż… praca barmanki w jednym z ogródków piwnych w Krakowie, którą wykonywałam dorywczo, nie dawała mi szans na spłacenie kredytu, więc ostatecznie schowałam honor do kieszeni i odpowiadając, że w sumie nie mam nic ciekawszego do roboty, a Mateusz i tak całe wakacje spędzi w szpitalu, przyjęłam jałmużnę siostry.

Zośka od trzech lat opiekowała się jakimś dzieciakiem w domu obrzydliwie bogatego Anglika. Dla jasności – ona nazywała go Mr Harvey, ale ja ochrzciłam go po swojemu. Mówiłam na niego Mr Stiff, co w dosłownym tłumaczeniu oznaczało Pan Sztywniak, wszak takie wywarł na mnie wrażenie, gdy słuchałam opowieści siostry. Podobno praca, której miałam się podjąć, nie była wielce skomplikowana. Zośka zapewniała mnie, że sobie poradzę, wszak gotować umiem, a i prasowanie koszul nie sprawi mi trudności. Dla jasności od razu poinformowałam, że sprzątać to ja nie będę. Owszem, mogę przypilnować jakiegoś dzieciaka, zabrać go na lody i zrobić mu obiad, ale czyścić zasranych toalet nie zamierzałam.

W efekcie zapewnień siostry właśnie wchodziłam na pokład airbusa, taszcząc za sobą różową walizkę z uroczym napisem polish princess. Uśmiechnęłam się do stewardesy, która nieco zdębiała na widok mojego paszportowego zdjęcia (podpięłam grzywkę, bo wchodziła mi w oczy, przez co wyglądałam mało atrakcyjnie), i ruszyłam w stronę zarezerwowanego miejsca. Wrzuciłam bagaż podręczny do schowka nad głową, co nie było łatwe, zważywszy, że nie zmieściłam się w limicie dziesięciu kilogramów, za co słono zapłaciłam, stojąc w kolejce do bramki i siarczyście klnąc pod nosem. Przecisnęłam się przez wąskie przejście, zajęłam fotel przy samym oknie i niemal natychmiast zapięłam pasy. Nie lubiłam latać. Każda podróż samolotem wydawała się paskudnie długa i nużąca z niezmiennym widokiem za oknem. Średnia przyjemność. Gdy już wygodnie się usadowiłam, wyjęłam z torebki poradnik zatytułowany „Jak stać się przyjacielem dziecka” i otworzyłam książkę, zupełnie lekceważąc pasażera, który właśnie sadowił się tuż obok mnie.

Cholera! Jakżeż on śmierdział! I wcale nie chodziło o to, że nie przyjaźnił się z mydłem, bo w gruncie rzeczy wyglądał na schludnego: jasna koszula, dobrze skrojone spodnie, włosy zaczesane do tyłu i okulary, które dodawały mu uroku, ale perfumy to mógłby klient zmienić. Nie wiem, co było w ich składzie, ale ów aromat niemal natychmiast wywołał u mnie silnie pulsujący ból głowy. Odruchowo ścisnęłam skronie, a gdy z ust mężczyzny padło spontaniczne: Hi, are you all right?, miałam cholerną ochotę odpowiedzieć, że czułabym się znacznie lepiej, gdyby zajął miejsce w ostatnim rzędzie, tuż przy toaletach. Ostatecznie zdecydowałam się na nikły uśmiech i zdawkowe: Hi, I’m absolutely fine, thanks, po czym chwyciłam zmrożoną butelkę wody zakupioną w strefie bezcłowej i przyłożyłam ją do czoła, modląc się, by czekający mnie lot minął jak najprędzej. Z powodu bólu głowy zupełnie olałam stewardesy, które z gracją prezentowały, jak zapiąć i odpiąć pas i jak przebiegałaby ewentualna ewakuacja.

Gdy samolot wzbił się w powietrze, moim żołądkiem szarpnął odruch wymiotny. I nie, nie było to wywołane raptowną zmianą ciśnienia, a intensywnym bólem głowy. Obawiając się najgorszego, pośpiesznie odkręciłam butelkę, z której eksplodowała woda, mocząc mojego śmierdzącego współtowarzysza.

– Jasna cholera, znaczy holy fuck! I’m so sorry – wydukałam i natychmiast rzuciłam się do torebki, by podać mężczyźnie chusteczkę. Obserwowałam, jak w milczeniu ściągnął z nosa okulary, które następnie w nią wytarł. Widząc na jego policzkach krople wody, podałam mu kolejną chusteczkę, a on przetarł nią twarz i z wyraźnym wkurwieniem spojrzał na swój tors, do którego przykleiła mu się mokra koszula, ukazując skrywany pod nią ciemny meszek. Cóż… W zaskakujący sposób minął mi ból głowy.

– That’s okay, nothing happened – powiedział głosem tak niskim, że od razu wyciągnęłam dłoń po owsiane ciasteczko, które znajdowało się w kieszeni fotela przed nami. Zawsze, gdy się denerwowałam, zaczynałam jeść. Z tego powodu miewałam częste skoki wagi. I żebym na przykład zajadała się słodkim. Nie. W chwilach stresu potrafiłam zjeść wszystko, nawet bułkę z gęsim łojem. Wiem, grubo, ale taka byłam. I gdy wsuwałam do buzi kolejne już owsiane ciastko, zauważyłam, że mężczyzna siedzący obok mnie śmiało włożył dłoń w opakowanie i wyciągnął jedno, po czym wsunął je sobie do ust. Trochę to było bezczelne, prawda? Pomyślałam, że nie zwrócę mu uwagi, bo po tej wodnej katastrofie winna mu byłam odrobinę zrozumienia. I tak minęła nam podróż do Londynu – na opróżnianiu opakowania owsianych ciasteczek, a gdy zostało ostatnie, mężczyzna wyciągnął je z paczki i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Wyglądał całkiem przyjemnie z uniesioną prawą brwią, i chyba minęło mu wkurwienie. Ha, wiedziałam! Przez żołądek do serca… Przełamał ciastko na pół i nic nie mówiąc, oddał mi jego część. Wsunęłam je do ust dokładnie w chwili, w której jeden z pilotów poinformował o rozpoczęciu lądowania.

Jeśli wierzyć jego słowom, w Londynie było piętnaście stopni Celsjusza, porywisty wiatr i gwałtowne opady deszczu. Cudownie! Przyjedź do Anglii – mówiła Zośka. – Będzie fajnie – zapewniała. Faktycznie. Zapowiadało się cholernie interesująco. Pewnie zastanawiacie się, czy siedzący obok mnie mężczyzna odezwał się słowem na pożegnanie? Otóż nie. Zaraz po tym, jak otworzono drzwi samolotu, chwycił swój nudny, czarny bagaż i udał się w kierunku wyjścia. Dupek. Zjadł mi połowę owsianych ciastek i nawet nie podziękował – pomyślałam, gdy sięgałam po swoją różową walizkę.

***

Widok mojej siostry sprawił, że zatrzymałam się w miejscu. Wyglądała jak wieloryb, który właśnie osiadł na mieliźnie. Gdy toczyła się w moją stronę, pomyślałam, że nigdy nie będę w ciąży. Nie lubiłam dzieci, a widok dużego brzucha napawał mnie przerażeniem. Niemal mną wstrząsnęło, gdy poczułam dotyk jej krągłości na swoim ciele w chwili, w której Zośka próbowała mnie objąć ramionami. Żeby jej się to udało, musiała się pochylić do przodu, taka była ogromna.

– Jak podróż? Nie rzucało wami podczas lądowania? Strasznie wieje – powiedziała, po czym ułożyła dłonie na okrągłych biodrach i wypchnęła brzuch bardziej ku przodowi. Miała podkrążone oczy i wyglądała na zmęczoną. To nie była ta sama atrakcyjna blondynka, którą znałam. Opuchnięta twarz, potargane włosy z pięciocentymetrowym odrostem… No za cholerę nie przypominała mi mojej Zośki.

– Było znośnie – skłamałam. – Kiepsko wyglądasz – dodałam po chwili, na co siostra uśmiechnęła się ledwo zauważalnie i dłońmi pomasowała swój brzuch.

– Tak, wiem, do przedwczoraj pracowałam, a dziecko daje się już we znaki. Waży prawie osiem funtów, a do terminu pozostały mi cztery tygodnie.

Szybko w myślach przeliczyłam funty na kilogramy i kiedy sobie uświadomiłam, że maluch waży już ponad trzy kilogramy i sześćset gramów, zastanawiałam się, jak ona go z siebie wyciśnie.

– Chodźmy, zaparkowałam w miejscu, w którym mogę stać tylko dwadzieścia minut, za chwilę przekroczę limit czasu i zaczną mi naliczać funta za każdą kolejną minutę.

– Zdzierstwo – podsumowałam i ruszyłam wolnym tempem w stronę wyjścia z terminalu.

– Świetna walizka – rzuciła Zośka, spoglądając przez ramię.

– Też tak uważam.

Kłamała. Wiedziałam to doskonale. Zośka nienawidziła różowego koloru. Jeśli urodzi dziewczynkę, to będzie ją ubierała na niebiesko. Byłam o tym przekonana.

Gdy dotarłyśmy do domu Zośki i Karola, zbliżała się druga po południu. Wyciągnęłam walizkę z bagażnika i uważnie przyjrzałam się budynkowi pamiętającemu epokę wiktoriańską. Na pierwszy rzut oka mogłam dostrzec ogrom prac wykonanych przez szwagra. Od mojego ostatniego pobytu w Anglii właściciele zmienili dach, wyłożyli kostką brukową podjazd (który teraz zdobiły ogromne donice z kwiatami) i postawili nowe ogrodzenie, skutecznie chroniące ich przed ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów.

– Ładnie tu – powiedziałam, idąc w kierunku drzwi.

– Poczekaj, aż wejdziesz do środka. Właśnie skończyliśmy robić schody. W zasadzie wyremontowaliśmy każde pomieszczenie i w końcu możemy cieszyć się swoim gniazdkiem.

Nie kłamała. W domu nadal pachniało świeżym drewnem i farbą. Z niedowierzaniem przyglądałam się gustownie urządzonym wnętrzom, w których przeważały barwy szarości i bieli. Wszystko było schludne i takie ze smakiem, zupełnie inne niż moje małe mieszkanko w Krakowie, w którym nic do niczego nie pasowało. Trochę jej zazdrościłam. Zośka całkiem dobrze się ustawiła. Miała pracowitego męża i świetnie płatną pracę, a poza tym zawsze była oszczędna, podczas gdy ja potrafiłam wydać zawartość skarbonki nawet w niedzielę, gdy sklepy były zamknięte (wróciłam do domu z żółwiem, bo w zoologicznym dyżurował lekarz weterynarii).

– Na najbliższe dwa dni możesz się rozgościć w gościnnym. To drugi pokój po lewej.

– Dlaczego tylko na dwa?

Zośka spojrzała na mnie, dziwnie marszcząc brwi.

– Zaczynasz pracę we wtorek, tak jak się umawiałyśmy, i wówczas będziesz musiała zamieszkać u pana Harveya.

– Co? – spytałam przesadnie głośno i rzuciłam dżinsową kurtkę na sofę w salonie. Zośka natychmiast spiorunowała mnie wzrokiem, więc ponownie chwyciłam ją w dłoń i odwiesiłam do wnękowej szafy stojącej w jasnym korytarzu, starając się nie wyzwać jej od pedantek.

– Aśka, no przecież ci mówiłam. – Głośno westchnęła i bezradnie rozłożyła ręce.

– Mówiłaś, że co? – Klapnęłam tyłkiem na miękką sofę i wyciągnęłam nogi przed siebie.

– Że to praca na cały etat. Dostaniesz zakwaterowanie, wyżywienie i, wierz mi, całkiem dobre pieniądze. – Mrugnęła do mnie i ruszyła w stronę kuchni, a w ślad za nią ja – przerażona Aśka.

– Mam tam mieszkać i opiekować się bachorem dwadzieścia cztery godziny na dobę? – spytałam z niedowierzaniem w chwili, w której Zośka wyjęła z lodówki słoik z kiszonymi ogórkami. – Przecież ty nie mieszkałaś!

– Ja nie, ale ty nie masz tu mieszkania – odparła bez mrugnięcia okiem, jakby nie było oczywiste, że zamieszkam z nimi. W końcu sama zaproponowała mi pomoc! – Grace od poniedziałku do piątku spędza trzy godziny w szkole. To coś na kształt polskiego przedszkola. Będziesz mogła ją tam zaprowadzić i wówczas mieć czas dla siebie.

– Trzy godziny z dwudziestu czterech? – jęknęłam z niedowierzaniem.

– No tak. Ale wierz mi, Grace to bardzo grzeczna i inteligentna dziewczynka. Praca dla pana Harveya jest naprawdę przyjemna, a wynagrodzenie satysfakcjonujące. – Wgryzła się w kiszonego ogórka, z rozkoszy wywracając oczami.

– Zośka, w coś ty mnie, do kurwy nędzy, wpakowała?

– Daj spokój. Jeszcze mi podziękujesz – powiedziała z pełną buzią.

– Jasne – odpowiedziałam z przekorą w głosie i wyciągnęłam rękę po ogórka, na co siostra zmierzyła mnie takim wzrokiem, jakby chciała zabić. Zrezygnowałam i wrzuciłam ogórka z powrotem do słoika. – Skoro ty masz już wolne, to kto się zajmuje dzieciakiem?

– Weekend spędziła z dziadkami.

– Dlaczego nie z ojcem?

– Pan Harvey był w delegacji.

– Często mu się to zdarza? – spytałam i próbowałam zlekceważyć odgłos burczenia w żołądku.

– Praktycznie cały czas jest w rozjazdach, a jeśli nawet pracuje na miejscu, to i tak prawie nie ma go w domu. Do swojej dyspozycji będziesz miała całą willę z odkrytym basenem.

– I przy dupie czteroletniego dzieciaka niemal przez dwadzieścia cztery godziny na dobę – podsumowałam. – Aha, kto rozsądny buduje w Anglii odkryty basen? – burknęłam, spoglądając przez okno, za którym widniało ciemnogranatowe niebo.

– To basen podgrzewany – uściśliła Zośka. – Biegnij się rozpakować, a ja podgrzeję obiad. Jak zjemy, to omówimy wszystkie istotne kwestie związane z twoją nową pracą, a trochę tego jest. – Skrzywiła się, jakby zawczasu chciała mnie przeprosić.

Ruszyłam w stronę sypialni dla gości, która, tak jak wszystkie pomieszczenia w tym domu, urządzona była ze smakiem, i rzuciłam walizkę na łóżko. Skoro miałam tu zostać tylko dwa dni, bez sensu było się rozpakowywać. Otworzyłam bagaż z zamiarem wyjęcia z niego kosmetyczki i legginsów, a wtedy nagle świat się zatrzymał. Na samym wierzchu dumnie pyszniło się opakowanie uwielbianych przeze mnie owsianych ciasteczek.

– Nie wierzę… – powiedziałam sama do siebie, tępo wbijając wzrok w drwiące ze mnie opakowanie. Nie dość, że oblałam klienta wodą, to jeszcze zżarłam mu połowę paczki ciastek, a na końcu w myślach obrobiłam mu tyłek, nazywając go bezczelnym dupkiem. Brawo, Aśka! To ci się udało!

Pokręciłam głową, bo byłam pewna, że włożyłam ciasteczka do torebki, a potem błędnie oceniłam, że musiałam je przełożyć do kieszeni fotela. Na swoją obronę mogłam jedynie dodać, że smród perfum mężczyzny wywołał u mnie ból głowy, który z kolei, w połączeniu z akcją butelkową, odebrał mi jasność myślenia. Tak, to zdecydowanie z tego powodu.

– Czy jest tu moja ulubiona szwagierka? – Z dołu dobiegł mnie głos Karola.

Zamknęłam walizkę i z uśmiechem na twarzy ruszyłam w stronę schodów. Karol był fajny. Był też zabawny i przystojny, i z całą pewnością nie zasługiwał na moją wiecznie narzekającą na wszystko siostrę, ale Zośka… Zośka wiedziała, jak się ustawić. Tak, wiem, już to mówiłam, co nie zmienia faktu, że tak właśnie było.

Rozdział 3

Zezowate szczęście

Stresowałam się. Naprawdę. Gwoli ścisłości, ja się nigdy nie stresuję. Tym bardziej się obawiałam dzisiejszego poranka.

Minione dwa dni niemal w całości spędziłam na czytaniu notatek sporządzonych przez Zośkę. Tym sposobem dowiedziałam się, że Grace ma uczulenie na orzechy, a Mr Stiff, czyli Pan Sztywniak, na jajka. Znałam już tytuł ulubionej książki dziewczynki i zanotowałam w myślach, że nie lubi być przytulana. Zośka wspomniała, że mała ma problemy z bliskością i unika kontaktu fizycznego. Ja tam specjalistką od dzieci nie byłam, ale pachniało mi to autyzmem lub jakimś innym cholerstwem, bo która czterolatka nie lubi przytulasów i buziaków? Poznałam również harmonogram dnia pana Harveya. Każdego ranka wstawał o wpół do szóstej rano, przez trzydzieści minut ćwiczył w domowej siłowni, dokładnie o szóstej pił czarną kawę z jedną łyżeczką cukru, delikatnie muśniętą mlekiem (cokolwiek miało to znaczyć) i przeglądał gazetę. Do biura wyjeżdżał o szóstej trzydzieści i wracał w okolicach godziny dwudziestej, czasami później.

Harmonogram Grace był bardziej urozmaicony. Dziewczynkę należało obudzić o siódmej rano, przygotować jej śniadanie (unikając masła orzechowego, oleju arachidowego i innych pokarmów, w których występowały chociażby śladowe ilości orzechów). O godzinie wpół do dziewiątej trzeba było odstawić ją do przedszkola i odebrać o jedenastej trzydzieści pięć. Po powrocie do domu podać dziecku obiad, następnie Grace miała godzinę „na przyjemności” – tak to zostało nazwane w notatkach Zośki – a później następowały dwie godziny, podczas których należało ćwiczyć z nią pisanie alfabetu i cyferek, czytać książki i zmuszać do opowiadania ich treści. Kolacja była zaplanowana na godzinę osiemnastą, zaraz po niej był czas na kąpiel i oddelegowanie dziecka do łóżka, najpóźniej o wpół do ósmej. Zdziwił mnie zapis dotyczący oglądania telewizji – mogła na to przeznaczyć tylko dwadzieścia minut dziennie. Zakaz zapraszania do domu koleżanek i kolegów z przedszkola (i nie tylko) też był absurdalny. Pan Harvey życzył sobie, by jego córka unikała zabaw z nieznajomymi, a już kategorycznie zabraniał jej kontaktu ze zwierzętami, głównie z kotami i psami, co wydało mi się dość niezrozumiałe, bo w notatkach Zośki nie było słowa o alergii na sierść. Dziwiło mnie to, bo nawet ja – kobieta bezdzietna – wiedziałam, jak ważny dla dziecka jest kontakt z otoczeniem i ze zwierzętami. Nie rozumiałam toku myślenia jej ojca, co więcej, w ogóle się z nim nie zgadzałam, dlatego chwyciłam w dłoń długopis i skreśliłam zapis dotyczący zakazu kontaktu z przyjaciółmi i zwierzętami. Wydłużyłam także czas oglądania telewizji do godziny i na czerwono podkreśliłam informację dotyczącą alergii na orzechy.

Zaznajomiona z historią The Harvey Family, wskoczyłam w dżinsy i sportową marynarkę, na którą nalegała Zośka, i ruszyłam na spotkanie z nowym pracodawcą. Czy się denerwowałam? Jak jasna cholera! Z każdą chwilą coraz bardziej, a gdy przekroczyłyśmy próg szklanego biurowca w samym sercu Londynu, w którym znajdowała się firma Pana Sztywniaka, poczułam, jak mój żołądek zacisnął się z nerwów.

Zośka, z uśmiechem na twarzy i brzuchem wypchniętym ku przodowi, szła przez portiernię, bezustannie wymieniając z kimś grzeczności, a gdy w końcu weszłyśmy do przeszklonej windy, nacisnęła guzik z cyferką dwanaście i dokładnie w chwili, w której zamknęły się drzwi, ciężko wysapała:

– Aśka, proszę cię, tylko nie narób mi wstydu.

Spojrzałam na nią wyraźnie rozzłoszczona, bo bez przesady, umiałam się zachować w towarzystwie potencjalnego szefa i nie przez takie rozmowy kwalifikacyjne przechodziłam. A tu sprawa już była klepnięta, więc w czym tkwił problem?

– Po prostu bądź miła i nie dziel się swoimi spostrzeżeniami, dobrze? – dolała oliwy do ognia, sprawiając, że trawiący mnie stres zamienił się w poirytowanie.

– Zośka, weź ty się zamknij, co? – powiedziałam, mając w głębokim poważaniu jej rady. Od ostatnich dwóch dni jazgotała nieustannie, zasypując mnie swoimi spostrzeżeniami, przez co odniosłam wrażenie, że nawet posada w pałacu Buckingham wymagałaby mniejszego zachodu. Doprawdy nie wiem, jak wytrzymywał z nią Karol. Ja po dwóch dniach w towarzystwie Zośki cieszyłam się, że zamieszkam z dala od niej.

– Po prostu zależy mi na tym, żebyś dobrze wypadła. – Uśmiechnęła się i poprawiła bluzkę na swoim brzuchu dokładnie w chwili, w której drzwi windy otworzyły się i przywitał nas ogromny napis pobłyskujący złotem: AfromaFarm. Z notatek Zośki dowiedziałam się, że Pan Sztywniak był właścicielem firmy farmaceutycznej, która testowała leki przed wprowadzeniem ich na rynek. Dość odpowiedzialne zajęcie, poniekąd tłumaczące jego życiowe zabieganie, ale w mojej ocenie nieusprawiedliwiające braku czasu dla jedynego dziecka.

Zośka przystanęła przed recepcją, wymieniła grzeczności z elegancko ubraną kobietą o włosach białych jak śnieg, i gdy nas zaanonsowała, widząc jej zdenerwowanie, pomyślałam, że chciałabym już mieć tę rozmowę za sobą.

– Pan Harvey oczekuje w swoim biurze. Prosto i na prawo, następnie pierwsze drzwi – poinstruowała nas (jakby Zośka nie miała pojęcia, gdzie podreptać), gestykulując przy tym wypielęgnowaną dłonią z pięknym francuskim manicure.

Z każdym krokiem moje serce biło coraz szybciej. Przystanęłyśmy przed dużymi, drewnianymi drzwiami, na których widniał napis „General Director T. Harvey”, i odruchowo wytarłam spocone dłonie w spodnie. Gdy Zośka zastukała, a następnie wsunęła do biura swoją jasną czuprynę z odrostami, poczułam znajomą woń perfum, która natychmiast wywołała u mnie ból głowy. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że to musi być jakiś pieprzony zbieg okoliczności, gdy siostra otworzyła szeroko prawe skrzydło i wciągnęła mnie do wnętrza, a ja niemal dostałam udaru. Z przerażenia i z powodu silnego bólu głowy, który robił mi sieczkę z mózgu. Z niedowierzaniem spoglądałam na faceta od owsianych ciasteczek, w myślach powtarzając: Ja pierdolę! To nie może być prawda!

***

Nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Gdy odebrałem córkę od teściów, w wyniku karambolu na M25 utknąłem na autostradzie, co zaowocowało spóźnieniem do pracy o dobrą godzinę. Grace również nie zdążyła do przedszkola, co wywołało u niej chmurną minę, bo przecież w każdy poniedziałek zaczynała zajęcia od tańca szkieletów, który wręcz uwielbiała. Tym sposobem całą drogę mierzyłem się z jej nadąsaniem i błyszczącym od łez spojrzeniem. Kiepsko się z tym czułem. Powinienem odebrać córkę wczorajszego wieczoru, ale nie chciałem, żeby widziała mnie w takim stanie. Byłem rozsypany i pijany, bo czasami ból, który nosi się w sercu, potrafi uśmierzyć jedynie alkohol. Z powodu spóźnienia musiałem przełożyć poranne spotkanie z partnerami biznesowymi na popołudnie, a to z kolei oznaczało kiblowanie w biurze do późnej nocy. A jeszcze rano miałem inne plany. Chciałem wrócić do domu nieco wcześniej, bo trochę się obawiałem zostawić córkę z nową opiekunką. Lekko uspokajał mnie fakt, że opiekę nad Grace miała przejąć siostra Sophie, ale, jak by nie było, jeszcze jej nie poznałem, a życie nauczyło mnie, że zapewnienia ludzi czasem nie mają wiele wspólnego z prawdą. Poza tym ostatnio praktycznie nie widywałem córki. W znacznym stopniu z powodu natłoku obowiązków, ale również dlatego, że byłem kiepskim ojcem. Zupełnie nie radziłem sobie z jej wychowaniem. Nie potrafiłem się do niej zbliżyć, a już tym bardziej okazać jej miłość. Owszem, zapewniałem, że ją kocham, gdy się tego domagała, ale nic ponad to. Żadnych bliższych relacji. Nie umiałem się przełamać. Może dlatego, że z każdym kolejnym dniem Grace coraz bardziej przypominała Elizabeth, a ja wciąż miałem problemy z zaakceptowaniem faktu, że jej już nie ma, że życie Beth zgasło w chwili, w której Grace wzięła pierwszy oddech. Bywały momenty, w których nienawidziłem własnej córki, właśnie dlatego, że jej pojawienie się odebrało mi sens istnienia. Nie potrafiłem patrzeć na to z innej perspektywy. Widząc Grace, myślałem: Gdyby cię nie było, nadal miałbym Elizabeth. A tak nie powinien myśleć ojciec. Nigdy.

Pukanie do drzwi poprzedziło pojawienie się w nich uśmiechniętej Sophie. Lubiłem tę dziewczynę. Była niezawodna i stosowała się do moich zaleceń, a poza tym Grace miała z nią całkiem dobry kontakt, co sprawiało, że odczuwałem nieco mniejsze wyrzuty sumienia. Łudziłem się, że jej siostra będzie równie zaradna i rozsądna jak ona. A ponieważ życie uwielbiało weryfikować nasze wyobrażenia, szybko się zorientowałem, że i tym razem los postanowił utrudnić mi i tak już skomplikowaną codzienność.

Zaniemówiłem i upuściłem długopis na blat biurka, gdy zza pleców Sophie wychyliła się wysoka dziewczyna. Znałem ją! Byłem pewien, że to dokładnie ta sama kobieta, która w samolocie najpierw oblała mnie wodą, a następnie bezczelnie zjadła połowę moich ciastek. Przesunąłem wzrokiem po jej zgrabnej i smukłej sylwetce, począwszy od nóg, które opinały ciasne dżinsy, a skończywszy na usianej piegami twarzy. Miała piękne zielone oczy, które teraz błądziły po biurze, jakby za wszelką cenę starały się uniknąć mojego spojrzenia, i ogniste włosy, które falami opadały poniżej ramion. Była ładna. Nawet wówczas, gdy stała na wprost mnie, wyraźnie onieśmielona, dziwnie marszcząc przy tym nos.

Wstałem, okrążyłem biurko, zapiąłem guzik granatowej marynarki i wyciągnąłem dłoń w kierunku pracownicy.

– Dzień dobry, Sophie, jak się czujesz?

– Dzień dobry, panie Harvey, całkiem dobrze, dziękuję. A jak Grace? Zadowolona z wizyty u dziadków?

– Powiedzmy, że średnio to wypadło. Spóźniliśmy się do przedszkola.

– O nie! A dzisiaj poniedziałek i…

– Zgadza się, przepadł jej taniec szkieletów – przerwałem Sophie, widząc rozczarowanie w jej oczach.

– Bardzo mi przykro, panie Harvey.

– Mnie również. – Dłonią zaczesałem włosy do tyłu, czując się paskudnie ze świadomością, że ona nigdy nie dałaby dupy w tak efektowny sposób jak ja.

– Panie Harvey, to moja siostra, Joanna Sawicka.

Spojrzałem na dziewczynę stojącą u boku Sophie i wyciągnąłem dłoń w jej stronę.

– Pani od ciasteczek – skomentowałem. – Dzień dobry, Timothy Harvey.

Przez chwilę obserwowałem, jak na jej policzkach zrodził się dorodny rumieniec, a gdy w końcu odwzajemniła uścisk mojej dłoni, pośpiesznie językiem zwilżyła usta i żywiołowo potrząsając moją ręką, zaczęła się usprawiedliwiać:

– Dzień dobry, ja naprawdę mogę to wyjaśnić. Po prostu byłam przekonana, że to moje ciastka i…

– Proszę się nie tłumaczyć. Wszystko można załatwić polubownie. Uznajmy, że to było niechcący, a ja odliczę poniesioną stratę z pani wynagrodzenia. – I chociaż żartowałem, starałem się brzmieć poważnie, bo tak też chciałem być traktowany. W biznesie i na linii pracodawca – pracownik zawsze się starałem zachować profesjonalizm i chłodną relację, co skutkowało nienaganną współpracą. – Proszę, usiądźcie. – Wskazałem ręką dwa fotele stojące przy biurku, a sam wróciłem na wcześniej zajmowane miejsce. – Pani Joanno…

– Aśka. Może pan tak do mnie mówić. Joanna brzmi bardzo oficjalnie.

Spojrzałem w jej zielone oczy, w milczeniu potaknąłem głową, po czym posunąłem w jej stronę stos papierów, mówiąc:

– Pani Joanno, to jest pani umowa. Liczę, iż nasza współpraca przebiegnie bezproblemowo.

– A to się dopiero okaże.

Dobiegł mnie jej cichy głos, gdy wzrokiem śledziła treść umowy. Spojrzałem na Sophie i dostrzegłem na jej twarzy zażenowanie. Były tak zupełnie inne. Różniły się nie tylko wyglądem i wzrostem, ale przede wszystkim sposobem bycia. Starsza z sióstr była spokojna i ułożona, wiedziałem, że mogę na niej polegać, natomiast Joanna sprawiała wrażenie buntowniczki, i oby mnie intuicja myliła, bo w przeciwnym razie będę zmuszony sypać iskrami.

– Wnioskuję, że Sophie zaznajomiła panią z jej nowymi obowiązkami i ewentualnie wytłumaczyła to, co tłumaczenia wymagało.

– Wszystko jej przekazałam, panie Harvey.

– Świetnie. – Posłałem wdzięczny uśmiech, następnie z szuflady biurka wyjąłem szarą kopertę i posunąłem ją po blacie w stronę Joanny.

– Uważam, że niektóre zapisy dotyczące opieki nad Grace są… Jak by to powiedzieć… – Joanna zmrużyła oczy, a po chwili wyrzuciła z siebie: – Głupie i nieco bez sensu. Nie wolno zabraniać dziecku kontaktu z rówieśnikami. Czterolatka nie powinna również spędzać połowy dnia na nauce. Jeśli teraz nie będzie miała dzieciństwa, to kiedy będzie mogła poczuć się beztrosko? Myślę, że te kwestie wymagają przedyskutowania.

No i się zaczyna – pomyślałem.

– Pani Joanno, byłbym ogromnie wdzięczny, gdyby nasza współpraca przebiegała dokładnie tak, jak ja sobie tego życzę. W tej chwili nie przewiduję zmian w sposobie wychowywania córki. Grace jest bardzo mądrą dziewczynką i zawdzięcza to głównie dyscyplinie i systematyczności.

– Źle mnie pan zrozumiał – weszła mi w zdanie. – Chciałam tylko zwrócić uwagę na fakt…

– To pani klucze – odezwałem się, wskazując na kopertę. Chciałem jasno podkreślić, że w naszej relacji to ja decyduję, a nie pani Joanna. – W kopercie znajduje się również karta kredytowa i PIN. Proszę jej użyć, gdy będzie pani tego potrzebowała. Czasami konieczne jest odwiedzenie sklepu z materiałami plastycznymi lub kupienie jakiejś innej drobnostki, choćby sukienki na szkolne przedstawienie.

– Rozumiem, dziękuję.

– Czy Sophie wspominała, że córka ma alergię na orzechy?

– Tak. Będę to miała na uwadze.

– Świetnie. – Oparłem się o fotel i nieznacznie odchyliłem do tyłu. – W takim razie uważam nasze spotkanie za zakończone. Proszę mi wybaczyć, ale już powinienem łączyć się z moimi partnerami biznesowymi.

Z poważną miną obserwowałem, jak obie panie w tym samym czasie wstały, po czym Sophie dygnęła jak pensjonarka.

– Do widzenia, panie Harvey – padło z jej ust.

– Do zobaczenia w domu – szepnęła Joanna i zarzuciwszy torebkę na ramię, wraz z siostrą opuściła moje biuro.

Dopiero po ich wyjściu uświadomiłem sobie, że zacisnąłem dłonie w pięści z taką siłą, że wbiłem paznokcie w ich wnętrze, sprawiając sobie ból. Do zobaczenia w domu – wybrzmiewały mi w uszach jej słowa. Przymknąłem oczy i starałem się zapanować nad oddechem, który przyspieszył w chwili, w której Joanna powiedziała to konkretne zdanie. Zdanie, którym zawsze żegnała się ze mną Beth.

***

Nie sądziłam, że Zośka potrafiła tak szybko przebierać nogami. Niemal za nią biegłam. Była wściekła? O co znowu jej chodziło? Przysięgam, że moja cierpliwość względem niej powoli spadała do poziomu krytycznie niskiego.

Gdy doszłyśmy do parkingu, eksplodowała. Raptownie się do mnie odwróciła i zaczęła krzyczeć coś o wstydzie i upokorzeniu, wtrącając w to, że znowu ją zawiodłam i że już żałuje, że mnie tu ściągnęła. Na koniec dodała coś o tym, że powinnam nauczyć się trzymać język za zębami, a swoje mądrości zachować dla siebie.

Zauważyłam, że poczerwieniała na twarzy, oddychała wściekle i już miałam powiedzieć, żeby się uspokoiła, bo w przeciwnym razie zacznie rodzić tu, na parkingu, ale Zośka stanęła naprzeciwko mnie z cholernie groźną miną i prosto w twarz wyrzuciła mi zdanie:

– Skąd się znacie i o co chodzi z tymi ciasteczkami?

Założyła dłonie na biodra i dmuchnęła, odgarniając kosmyk włosów, który spadł jej na oczy.

– Jezu, Zocha, ale ty się potrafisz nakręcić… – Z niedowierzaniem i z lekką nutką kpiny pokręciłam głową.

– Jeszcze raz nazwiesz mnie Zochą, a poznasz, co znaczy siostrzany policzek! – wrzasnęła i ze złości tupnęła nogą.

Zagryzłam dolną wargę, by powstrzymać się od śmiechu. Taaa… Zośka zawsze z łatwością traciła nad sobą panowanie. Z tego powodu w dzieciństwie nazywałam ją furiatką i, jak widać, określenie to było jak najbardziej adekwatne. Z tego samego powodu Karol chodził jak szwajcarski zegarek. W życiu nie odważyłby się wyrazić opinii, która byłaby niezgodna z poglądami żony. Czasami było mi go żal. Naprawdę.

– Zwykły zbieg okoliczności – powiedziałam i oparłam się plecami o jej czekoladową mokkę. – Tak się złożyło, że siedzieliśmy obok siebie w samolocie.

– Poczekaj… – Ponownie zmrużyła oczy, jakby chciała wytężyć wzrok. – Chcesz mi powiedzieć, że poznałaś pana Harveya podczas lotu do Londynu i nie pisnęłaś mi o tym ani słówkiem? Przez ciebie wyszłam na idiotkę! Na totalną kretynkę!

– Skąd miałam wiedzieć, że to on? – Wzruszyłam ramionami i kontrolnie spojrzałam na zegarek, mając na uwadze fakt, że o jedenastej trzydzieści pięć miałyśmy odebrać Grace z przedszkola. – Gdybym wiedziała, że obok mnie siedzi mój przyszły szef, to z całą pewnością ostrożniej otworzyłabym butelkę wody i nie zżarłabym mu ciastek.

– O czym ty mówisz? – Zośka autentycznie pobladła.

– O tym, że niechcący oblałam go wodą, a potem zżarłam jego owsiane ciasteczka, będąc przekonaną, że należą do mnie. – Odepchnęłam się od samochodu, chwyciłam za klamkę i zupełnie lekceważąc wyraz twarzy siostry, powiedziałam: – Otwórz tę cholerną limuzynę, bo za chwilę spóźnimy się po małą, a za nic nie chciałabym nawalić już pierwszego dnia.

– Zżarłaś mu ciasteczka? – jęknęła żałośnie i pilotem otworzyła drzwi do samochodu, następnie mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, obeszła auto i z trudem wgramoliła się na fotel kierowcy, natychmiast włączając klimatyzację. Sapała, jakby zdobyła Mount Everest. Żadnej ciąży, Aśka, pamiętaj o tym! Żadnej ciąży – doszło do głosu moje wewnętrzne ja.

– Zośka, wyluzuj – powiedziałam, siląc się na spokojny ton, gdy dostrzegłam, z jaką złością wrzuciła bieg. Aż skrzynia zaskomlała w proteście.

– Wiesz co, Aśka? – Posłała mi krótkie spojrzenie w chwili, w której wyjeżdżała z miejsca parkingowego.

– Co?

– Zamknij się! Na dzisiaj mam cię serdecznie dość!

– No to masz tak jakby z lekka przesrane – zaśmiałam się pod nosem. – Bo jesteś na mnie skazana jeszcze przez kilka najbliższych godzin.

Gdy dotarłyśmy do przedszkola Grace Harvey, Zośka nadal ze mną nie rozmawiała. W miarę sprawnie wydostała się z samochodu i ruszyła w stronę wejścia do budynku, a ja zaraz za nią. Weszłyśmy do recepcji, w której wciągnięto mnie na listę osób upoważnionych do odbioru Grace, a mój numer telefonu dodano do spisu numerów osób, które należało powiadomić w sytuacji, gdyby dziecko poczuło się źle lub gdyby doszło do jakiegoś wypadku. Następnie Zośka (nadal milcząc i z wyraźnym fochem na twarzy) zaprowadziła mnie pod drzwi sali, z której miałam odbierać swoją podopieczną po zakończonych zajęciach. Gdy nauczycielka stanęła w progu, Zośka przedstawiła nas sobie i tak oto pani Uphill o cudownie białym uśmiechu wywołała Grace Harvey. W napięciu oczekiwałam dziewczynki, a gdy w drzwiach stanęła drobna Azjatka o wyjątkowo smutnych oczach, nie mogłam uwierzyć, że jest córką Pana Sztywniaka. Była śliczna i zupełnie do niego niepodobna. Ubrana w plisowaną spódnicę w kratkę, która sięgała jej za kolanko, białą koszulę i granatową marynarkę z wyszytym logo Battle Primary Academy niepewnie podążała w naszą stronę, trzymając w dłoni teczkę, butelkę z wodą i szkolny krawat.

– Dzień dobry, Grace Harvey. Jak ci minął dzień? – spytała moja siostra słodko-wrednym głosem, a ja pomyślałam, że to cholernie smutne przywitanie. Wszystkie mamy rozkładały ramiona, nazywały dzieci księżniczkami, gwiazdkami, pączusiami i tym podobnymi zdrobnieniami, a Grace była po prostu Grace. Nie miała pieszczotliwego zdrobnienia. I to należało jak najprędzej zmienić.

Gdy dziewczynka wymieniła grzeczności z moją siostrą, zniżyłam się do jej poziomu, ubrałam twarz w szeroki uśmiech i modelując głos tak, by brzmiał przyjaźnie, wyciągnęłam dłoń w jej stronę.

– Dzień dobry, iskierko. Nazywam się Joanna i od dzisiaj będę twoją opiekunką. Jeśli chcesz, możesz wymyślić mi inne imię, ale pozwól, że ja będę cię nazywała iskierką, bo wydaje mi się, że jesteś wyjątkową dziewczynką i masz magiczną moc błyszczenia.

Grace wsunęła swoją drobną dłoń w moją i nim się odezwała, spojrzała z obawą na moją siostrę.

– Dzień dobry, czy mogłabym nazywać cię Jo?

– Umowa stoi – odpowiedziałam entuzjastycznie i uniosłam dłoń z zamiarem przybicia jej piątki. – Jak zleciał ci dzień? Robiłaś coś ekscytującego? Domyślam się, że malowałaś farbami, bo masz uroczą różową plamę na koszuli.

– Przepraszam, nie chciałam jej pobrudzić, to był wypadek.

– Nie przepraszaj. Ja mam dwadzieścia dziewięć lat i też potrafię się upaćkać. – Mrugnęłam do Grace, na co ona szeroko się uśmiechnęła.

– Ubrudzić się. Nie mów do niej jak do wieśniaczki – zagrzmiała moja siostra i przysięgam, że gdybyśmy znajdowały się w innym miejscu, to pokazałabym jej środkowy palec, a tak tylko udałam, że obeszły mnie jej słowa.

– Jesteś gotowa na nową przygodę? Czuję, że staniemy się najlepszymi przyjaciółkami.

Grace energicznie potaknęła głową i oddała mi swoją teczkę, natomiast moja siostra wywróciła oczami i minąwszy nas z obojętnością, ruszyła w stronę parkingu.

Dom Pana Sztywnego i jego córki znajdował się w północnej części Londynu, tuż przy Brent Parku i był nieco schowany w lesie. Rezydencję otaczały wysokie mury. Z notatek siostry wiedziałam, że willa ma ponad siedemset metrów kwadratowych, sześć łazienek, osiem sypialni, siłownię, garaż z miejscem na trzy samochody, basen, kort tenisowy, no i oczywiście piękny ogród. Po przekroczeniu bramy pomyślałam, że życie w takim domu musi być równie chłodne jak wypełniający go marmur. Kuchnia była tak ogromna, że od szafek odbijało się echo wypowiadanych przez nas słów.

Grace pokazała mi swój pokój, który był urządzony na biało i kremowo, a ja z trwogą spostrzegłam, że nie ma w nim nic, co czyniłoby z niego przyjemne miejsce, w którym czteroletnia dziewczynka chciałaby spędzać czas i przede wszystkim czułaby się dobrze. Poza ogromnym łóżkiem z białym baldachimem, biurkiem, fotelem i licznymi regałami zapełnionymi książkami nie było w nim nic więcej. Żadnych pluszaków ani nawet lalek Barbie. Pokój sprawiał wrażenie, jakby należał do pedantycznej nastolatki, a nie do dziecka.