A może jutra nie będzie - Małgorzata Kochanowicz - ebook

A może jutra nie będzie ebook

Małgorzata Kochanowicz

2,0

Opis

Wojna niszczy wszystko, co piękne… Czy miłość może uratować zagubione dusze?

Pierwsza wojna światowa. Trwa bitwa o Łódź. Do dworku, którego właścicielką jest Emilia Ragniewicz, trafiają po nieudanym ataku niemieccy oficerowie – Hauptmann Witold Sydow i Leutnant Wilhelm Lange. Schronienie znajdują tu również uciekinierzy z Kalisza, doktor Nawrocki i nastoletni Maksymilian. Ranny Sydow pod opieką doktora zaczyna odzyskiwać siły, jednak skrywane przez mieszkających w dworku tajemnice powoli wychodzą na jaw i stają się zarzewiem konfliktu. Do majątku przyjeżdża także oddział Rosjan z pułkownikiem Baskakowem na czele. Witold podejmuje z rosyjskim oficerem niebezpieczną grę, w której stawką jest życie mieszkańców dworku.  

Małgorzata Kochanowicz – autorka popularnych powieści kryminalnych, cenionych przez Czytelników za umiejętne połączenie wartkiej akcji z tłem obyczajowym i realiami epoki. Opublikowała już cztery książki: „Latarnie umarłych”, „Poszukiwaną” „Piramidę śmierci” oraz „Krok w ciemność”, wydany nakładem Liry.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2021

© Copyright by Małgorzata Kochanowicz, 2021

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Małgorzata Piotrowicz

Korekta: Joanna Dzik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Teresa Chylińska-Kur, KurkaStudio

Zdjęcia na okładce: © Everett /Shutterstock,

© Klubovy /iStockPhoto

Zdjęcie Małgorzaty Kochanowicz: © archiwum prywatne

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66730-45-8 (EPUB); 978-83-66730-46-5 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wszystko ma swój czas,

i jest wyznaczona godzina

na wszystkie sprawy pod niebem;

czas miłowania i czas nienawiści,

czas wojny i czas pokoju.

Koh 3,1.8

O wojnę powszechną za wolność ludów,

Prosimy Cię, Panie

Adam Mickiewicz,

Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego

SYDOW
KRAJ NADWIŚLAŃSKI, LISTOPAD 1914 ROKU

W ciemnej izbie wiejskiej chałupy, opuszczonej w pośpiechu przez mieszkańców, ulokowało się dwóch oficerów w zielonoszarych mundurach niemieckiej piechoty. Młodszy z nich, niebieskooki blondyn z dystynkcjami leutnanta, spod wpółprzymkniętych powiek obserwował dowódcę kompanii, którego zachowanie od pewnego czasu wzbudzało niepokój. Ten niemłody już oficer uchodził dotąd za człowieka opanowanego. Jednakże po tym, jak w niedostatecznie, jego zdaniem, przemyślanym przez sztab ataku stracił jedną trzecią składu kompanii, coś w nim pękło.

Po niechlubnym odwrocie z pola bitwy bez słowa skierował się do przydzielonej oficerom izby. Leutnant, który postępował za nim krok w krok, w milczeniu patrzył na jego zaciętą twarz. Ze zdziwieniem obserwował, jak dowódca, który do tej pory stronił od alkoholu i nie pozwalał pić także swoim oficerom i żołnierzom, sięga po nienapoczętą butelkę wódki, po czym nalewa sobie do blaszanego kubka dużą porcję. Myślał, że na tym się skończy, ale nic bardziej mylnego. Hauptmann dał się ponieść słabościom. Z małymi przerwami na drzemkę pił aż do wieczora, nie przejmując się zbytnio pełnymi potępienia spojrzeniami swego podkomendnego. Pomimo zamroczenia alkoholowego zachował jednak resztki zdrowego rozsądku. Nie chciał, by żołnierze widzieli go w takim stanie, dlatego zrezygnował z codziennego przeglądu kompanii.

Pech chciał, że w tym samym czasie we wsi pojawił się młody oficer ze sztabu z informacją na temat zaopatrzenia kompanii w prowiant. Hauptmann, zaślepiony gniewem i alkoholem, wysłuchał niezbyt dobrych wiadomości, po czym szybkim ruchem sięgnął do przewieszonej przez krzesło kabury, wyjął lugera i przystawił lufę do skroni przybyłego. Leutnant zareagował zbyt późno. Gdyby od szybkości jego reakcji zależało życie sztabowca, ten dawno byłby już martwy. Strzał jednak nie padł. Powód był prosty – w czasie bitwy Hauptmann wystrzelał wszystkie naboje i dotąd nie wymienił magazynka. Nie było ku temu sposobności ani potrzeby. Hauptmann nie panował już zupełnie nad emocjami. Raz za razem naciskał spust. Opanował się, kiedy zobaczył, że przybysz zmoczył ze strachu spodnie. Dopiero wtedy zdał sobie w pełni sprawę z tego, co chciał zrobić. W jednej chwili oprzytomniał, złość minęła. Powoli schował broń do kabury, po czym zimnym tonem zażądał, aby młody oficer zszedł mu z oczu i nigdy więcej nie pojawiał się w jego kompanii. Sztabowiec bez słowa w pośpiechu opuścił pokój. Dobrze wiedział, że całkowicie się skompromitował. Siwowłosy oficer odprowadził go wzrokiem, mruknął kilka słów, których Leutnant tym razem nie zrozumiał. Następnie wlał w siebie resztę wódki i rzucił się na posłanie, by odespać całodzienne picie.

Następnego dnia Leutnant w trakcie porannego posiłku nawet jednym słowem nie wspomniał o tym, pożałowania godnym dla sztabowca, incydencie. Hauptmann, bardziej skupiony na walce z męczącym bólem głowy i suchością w gardle, także nie wracał do tego zdarzenia. Zjadł kawałek chleba, wypił cienką kawę i zarządził obchód kompanii.

Żołnierze nie byli w dobrych nastrojach, lecz na widok oficerów prężyli się w służbowej postawie. Nadrabiali miną i zapewniali, że niczego im nie brakuje. Wystarczyło jedno spojrzenie w ich oczy, by odgadnąć, co tak naprawdę czują. Strach. Namacalny, wszechobecny strach paraliżował ruchy, nie pozwalał spokojnie spać. Zrozumiał to Hauptmann, zrozumiał i Leutnant. Ten drugi nie wiedział, jak ma w tej sytuacji postąpić. Zerknął na dowódcę, który uśmiechnął się do żołnierzy, poklepał kilku po plecach, dodając tym gestem otuchy i zażartował:

– Jeszcze pogonimy Rosjan. Wkrótce będą tak szybko uciekać, że po drodze zgubią buty.

Ten i ów pozwolił sobie odpowiedzieć żartem. Hauptmann szybko spoważniał, popatrzył na swoich podkomendnych.

– Wiem, że wczorajsza bitwa była dla was wstrząsem. Zginęli wasi koledzy, przyjaciele. Na pewno jeszcze nieraz będziecie mieli okazję pomścić ich śmierć. Wygramy tę wojnę – powiedział pewnym głosem. Wystarczyło tych kilka wypowiedzianych w odpowiednim momencie słów, by zmieniły się nastroje żołnierzy. Powróciła wiara i przekonanie z pierwszych dni wojny, że nikt nie jest w stanie pokonać dobrze wyszkolonej i świetnie zorganizowanej armii kajzera.

– Pogonimy Rosjan aż do Moskwy – dodał ktoś z tyłu.

– Wygramy! – podchwycili pozostali.

– Mamusia się ucieszy, jak zobaczy na mojej piersi medal za odwagę – zażartował kompanijny wesołek.

Leutnant, którego do kompanii przydzielono pod koniec października, nie po raz pierwszy przekonał się, że było prawdą to, co o dowódcy mówili inni oficerowie. Jedni z wyczuwalną nutą zazdrości w głosie, inni z pewną obawą, a nawet ze strachem – „Żołnierze poszliby za nim w ogień”. Hauptmann prawdopodobnie w pełni zdawał sobie sprawę z tego, że ma władzę nad ich duszami, ale nigdy jej nie wykorzystywał. Pewnego razu, gdy Leutnant wprost spytał go o bezgraniczne oddanie żołnierzy, przyznał, że sam nie rozumie, skąd się ono bierze. Wszystkich traktował jednakowo – szorstko i z dystansem, bez względu na to, jakiej byli nacji.

W drodze powrotnej Leutnant zadał pytanie, które nie dawało mu spokoju.

– Pan naprawdę wierzy w nasze rychłe zwycięstwo? – W głosie młodego oficera zabrzmiała nutka wątpliwości.

Hauptmann obdarzył go nieodgadnionym spojrzeniem i przyspieszył kroku, żeby jak najszybciej schronić się w budynku przed przeraźliwym zimnem.

Nie ruszyli się stamtąd aż do wieczora. Prowadzili niezobowiązującą, leniwą rozmowę o wszystkim. Leutnant jeszcze dwukrotnie zadał to samo pytanie. Za każdym razem Hauptmann sprytnie zmieniał temat.

W piecu przyjemnie trzaskał ogień, rozgrzewała ich gorąca herbata, było cicho i spokojnie. Tylko czasami zza okna dochodził rubaszny śmiech żołnierzy.

Hauptmann przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych, siwych włosach, rozpiął mundurową kurtkę, oparł nogi o parapet, skręcił papierosa. W izbie było ciemno od dymu, ale nie otworzyli okna, mimo że powoli zaczynało ich drapać w gardle.

Leniwą atmosferę przerwało nagłe pukanie do drzwi. Dowódca zerknął na Leutnanta, ten rzucił krótkie:

– Wejść!

Do izby wpadł zimny wiatr, a chmura dymu popłynęła w stronę drzwi, by wydostać się na zewnątrz.

Na progu stanął przysadzisty oficer. Stukając podkutymi butami, przeszedł na środek izby. Próbował przebić wzrokiem półmrok.

– Szukam Hauptmanna Witolda Sydowa.

Starszy z mężczyzn zgasił na parapecie papierosa. Wolno wstał.

– Słucham?

Przybyły odwrócił się w jego stronę, a ponieważ w wątłym świetle naftowej lampy nadal nie widział twarzy Hauptmanna, podszedł jeszcze bliżej. Obrzucił wzrokiem siwowłosego dowódcę kompanii, zerknął na Leutnanta.

– Wilhelm Lange?

Zapytany w odpowiedzi skinął tylko głową. Oficer, upewniwszy się, z kim ma do czynienia, powrócił wzrokiem do Sydowa.

– Major Wilhelm Rosenhagen ze sztabu – powiedział pewnym, mocnym głosem, z wyższością, która swoje źródło miała w przekonaniu, że oficerowie z pola są jedynie małym trybikiem w wojennej machinie i w zasadzie mają tylko wykonywać rodzące się w mądrych głowach rozkazy.

Sydow, który słyszał o Rosenhagenie, jednak dotąd nie miał okazji spotkać się z nim twarzą w twarz, uśmiechnął się pod nosem. Pomyślał, że przysłanie przez sztab oficera znanego ze swej stanowczości jest konsekwencją jego wyczynów z poprzedniego dnia. Nie miał złudzeń – wiedział, że ośmieszony młody sztabowiec poskarży się swoim przełożonym. Być może major pojawił się tutaj, by w dosadnych słowach przedstawić stanowisko dowództwa. Sydow liczył się z tym, że może zostać w jakiś sposób ukarany, ale nie sądził, żeby kara była dotkliwa.

Rosenhagen wyjął z kieszeni złożoną na pół kartkę papieru.

– Rozkaz ze sztabu.

Hauptmann przez dłuższą chwilę patrzył prosto na majora. „A więc to nie o mnie chodzi” – pomyślał. Rozkaz ze sztabu. Taki zwrot źle wróżył i mógł oznaczać tylko jedno – kolejny atak, pomimo że dowództwo po ostatnich walkach obiecywało wycofać kompanię z linii frontu. Żołnierze mieli odpocząć na tyłach, by odzyskać siły.

„Czyżby ktoś teraz zmienił plany? A może sytuacja na froncie jest aż tak zła, że potrzebny jest każdy żołnierz?” – snuł domysły oficer. Nie było nad czym dłużej się zastanawiać. Z wahaniem odebrał papier, przyświecił sobie lampą. Niespiesznie przebiegł wzrokiem kilkuzdaniowy tekst. Westchnął w duchu. Sprawdziły się jego obawy.

– Lange, pan pozwoli.

Młody oficer szybko zapoznał się z pismem i zerknął na dowódcę, zaniepokojony, czy rozkaz nie wywoła kolejnego wybuchu złości. Sydow spojrzał na niego ze smutnym uśmiechem, ale nic nie powiedział. Rosenhagen prześwidrował Sydowa zimnymi jak stal oczami.

– Rozumie pan rozkaz? – spytał.

Hauptmann prawie niezauważalnie skinął głową, zostawiając dla siebie myśl o bezsensowności polecenia.

– Proszę zatem powtórzyć.

Sydow milczał. Zamiast niego odpowiedział Leutnant.

– Siłami dwóch kompanii mamy zająć zabudowania po drugiej stronie nasypu kolejowego, umocnić się na pozycjach i utrzymać aż nadejdą posiłki.

Major pokiwał zadowolony głową.

– Ponieważ wszystko jest jasne, proszę...

Hauptmann nie pozwolił mu skończyć.

– Zapomniał pan o jednym drobnym szczególe – powiedział spokojnym, ale niepozbawionym ironii tonem. – Ten folwark, będący na mapach zaledwie małą kropką, już dwukrotnie przechodził z rąk do rąk. Za każdym razem zdobycie go okupione zostało dużymi stratami. Nie wiem, jakie znaczenie strategiczne ma ten punkt, ale...

Sztabowiec nawet nie drgnął.

– Zajmiecie go ponownie, szybkim atakiem, siłami dwóch kompanii – powtórzył rozkaz Rosenhagen.

Sydow wzruszył ramionami, odwrócił się i podszedł do okna. Patrzył na żołnierzy, którzy niespiesznie przygotowywali posiłek z tego, co udało im się zdobyć. Cieniutka zupa, na dnie menażki kawałek mięsa. Od października walczyli na pierwszej linii, bez odpoczynku, bez odpowiedniego wyposażenia. Byli głodni i przemarznięci, ubrani w liche mundury, bo w sztabie nikt nie pomyślał o nadchodzących jesiennych słotach i nie dostarczył na czas grubych okryć i nowych butów. Oczywiście nie dotyczyło to oficerów – im nie brakowało niczego, ale dla Sydowa nie było to żadnym pocieszeniem.

Co dla tych młodych ludzi, na siłę wciśniętych w mundury, oznaczała śmierć kogoś tam w Sarajewie? Nic. Mieli mgliste pojęcie o przyczynach i skutkach wojny. Duża ich część nie orientowała się w tych sprawach wcale. Zanim zaczęło się to piekło, stawali przed prostymi wyborami – co włożyć do garnka, do jakiej szkoły iść, czy umówić się z panią Zosią, jeśli byli Polakami, lub inną Hertą, Gertrudą czy Hildą, jeśli w ich żyłach płynęła krew niemiecka.

Kazano im walczyć, więc walczyli. Szli i umierali za cesarza w imię niezrozumiałych dla nich racji. Toczyli zacięte walki z przeciwnikiem, który okazał się nie tak słaby, jak im wmawiano. Nieaktualne stały się słowa cesarza Wilhelma, że powrócą do domów, zanim opadną liście z drzew. Na ich oczach ginęli koledzy, od kul lub armatnich pocisków. Ci młodzi mężczyźni, wyrwani z ciepłych domów, mimo wszystkich tych okropieństw, których byli świadkami, starali się nie myśleć o tym, co było, ani o tym, co ich czeka. Było tu i teraz, ciepła strawa, ogień, żart. Chwila wytchnienia.

Oderwał wzrok od swoich podwładnych. Wolno podszedł do sztabowca.

– Nie wiem, jak wyobraża pan sobie tę akcję. – Nie miał oporów, żeby przedstawić swoje wątpliwości. – Kompania jest w szczątkowym składzie, nie otrzymaliśmy uzupełnień. Mam może setkę ludzi, z których pewnie połowa jest lekko ranna. Chłopcy potrzebują odpoczynku...

– Pan mnie chyba nie słuchał. Powiedziałem, że wesprze was pierwsza kompania – wszedł mu w słowo major.

Pokryta lekkim zarostem twarz Hauptmanna pozbawiona była emocji, jedynie w jego mądrych oczach pojawił się zimny błysk.

– Pierwszej kompanii już nie ma – mruknął. – Jak tak dalej pójdzie, nie będzie pan miał także drugiej.

Rosenhagen spojrzał ciężko na Sydowa.

– Ma pan nieaktualne informacje. Wczoraj skład kompanii został uzupełniony.

„O nowe mięso armatnie” – pomyślał Sydow.

– Mam rozumieć, że skład mojej kompanii także zostanie jeszcze przed atakiem uzupełniony? – spytał z ironią w głosie.

– Niech pan nie będzie śmieszny. Musi pan poradzić sobie z tymi ludźmi, których obecnie ma.

Sydow chciał ostro zareagować na te słowa, ale major nie pozwolił mu dojść do głosu.

– Dowództwo oczekuje, że ruszy pan wczesnym rankiem – rzekł suchym, oficjalnym tonem. – Otrzyma pan wsparcie artylerii. Razem z wami ruszy szwadron konnicy. Szczegóły omówi pan z dowódcami jednostek, którzy już zostali poinformowani o tym, że to pan dowodzi całą akcją.

Jeżeli sądził, że tymi słowami ukróci wszelkie dyskusje, to się pomylił. Sydow nie miał zamiaru ustąpić, z dziwnym uporem brnął dalej.

– To zmienia nieco postać rzeczy, ale...

Major, któremu od samego początku nie podobał się sposób, w jaki Sydow z nim rozmawiał, lekko pochylił się w jego stronę i powiedział:

– Jest pan dobrym oficerem, mam jednak wrażenie, że czasami zbytnią wagę przywiązuje pan do niepotrzebnych analiz. Odnoszę także wrażenie, że próbuje pan prowadzić jakąś własną wojnę. Przypominam, że służy pan w pruskiej armii i walczy dla cesarza, a nie dla jakiegoś bliżej nieokreślonego kraiku, którego nie ma na mapach.

– Nie rozumiem, o czym pan mówi – spytał Sydow przez zaciśnięte zęby.

Z każdym kolejnym słowem atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Leutnant, który dotąd nie wtrącał się do rozmowy, spojrzał zaniepokojony na swego przełożonego, postąpił krok do przodu. Hauptmann gestem dłoni zatrzymał go w miejscu.

Rosenhagen uśmiechnął się pod nosem.

– Ależ rozumie pan bardzo dobrze. Pana matka była z pochodzenia Saksonką, ale już pana ojciec... To dłuższa historia, czyż nie?

Sydow milczał. Major wykorzystał przewagę, którą sobie wyrobił, ciągnął dalej tym samym złowieszczym tonem:

– Tam w sztabie wszyscy pana cenią za odwagę i brawurę, ale to może nie wystarczyć, jeśli... – zawiesił głos. – Wczorajszy pana wybryk nie zostanie odnotowany w aktach, wie o nim niewielu. Ale są tacy, którzy zapamiętają sobie to zdarzenie i przy pierwszej nadarzającej się okazji wykorzystają w odpowiedni sposób. Dlatego też bez sprzeciwu wykona pan rozkaz, nawet w przypadku, a właściwie przede wszystkim dlatego, że pan się z nim nie zgadza. Powiem krótko: gówno kogokolwiek obchodzi, co pan o tym wszystkim myśli. Nie ma żadnego „ale”, Herr Hauptmann. Koniec dyskusji.

Zamilkł i wyprostował się. Patrzył na Sydowa długo i uważnie.

– Mogę przekazać do sztabu, że folwark zostanie odbity?

Oficerowie przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Tak – odpowiedział Sydow cicho.

– Co pan powiedział? Nie dosłyszałem, Herr Hauptmann?

Major czekał cierpliwie na odpowiedź.

– Rozkaz zostanie wykonany.

Po wyjściu sztabowca Hauptmann usiadł ciężko przy stole, podparł głowę ręką, patrzył gdzieś przed siebie. Czas rozciągał się w nieskończoność. Pierwszy nie wytrzymał Lange.

– Co pan zamierza?

Wypowiedziane podniesionym głosem słowa wyrwały Sydowa z dziwnego stanu zamyślenia. Oficer wolno przeniósł wzrok na swego podkomendnego i uśmiechnął się smutno.

– Pyta mnie pan, co zamierzam? – spytał cicho, po czym gładko przeszedł na polski. Używał tego języka bardzo często w rozmowach z Leutnantem, który także mówił po polsku, aczkolwiek niechętnie i jakby wstydliwie. Polski służył Sydowowi przede wszystkim do kontaktów z żołnierzami z Wielkopolski, o czym decydowały czysto praktyczne względy. Młodzi mężczyźni, którzy w większości pochodzili z małych miast i wiosek, często mieli problemy z opanowaniem niemieckiego żargonu wojskowego. Sydowowi łatwiej i szybciej było przekazywać im rozkazy w ich codziennym języku. W ten sposób udawało się uniknąć nieporozumień, które na polu walki, w chwilach, gdy trzeba podejmować szybkie decyzje, mogły przesądzić o porażce lub powodzeniu przeprowadzanej akcji. Kompania pod jego rozkazami była sprawnie działającą maszyną, każdy znał swoje miejsce i zadania. Żaden z żołnierzy nie miał zamiaru donosić do sztabu na dowódcę, że posługuje się polskim, choć niezaprzeczalnie było to jawnym łamaniem regulaminu.

– Dobrze pan słyszał, co mówił major. Rozkaz należy wykonać. Tu nie chodzi o mnie, o to martwię się najmniej. Dobrze pan wie, że jeśli nie podporządkujemy się poleceniom sztabu, wszyscy staniemy przed sądem wojennym.

Lange zerknął wymownie w stronę drzwi.

– Powinniśmy rozmawiać po niemiecku – zauważył cicho. Polski w jego ustach brzmiał twardo, gardłowo, ale w miarę poprawnie. – Pan ponownie zmusza mnie do łamania regulaminu, który powinien być przestrzegany, zwłaszcza wśród oficerów.

Sydow wzruszył ramionami.

– Słuszna uwaga, ale jesteśmy sami, nikt nas nie słyszy.

Sydow, który dostrzegł na twarzy Langego wyraz niezadowolenia, przez chwilę coś rozważał w myślach.

– Niech pan pokaże tę mapę.

Leutnant rozłożył na stole mapę i zapalił dwie dodatkowe świece. W ich blasku twarz Sydowa wydawała się jeszcze szczuplejsza.

– Niebezpieczeństwa znamy. Przed nami, za nasypem kolejowym, jest dwieście metrów otwartej przestrzeni, gdzie będą do nas strzelać jak do kaczek. Pytanie brzmi: co mamy zrobić, by nas wszystkich nie wybili?

Leutnant w milczeniu czekał, aż dowódca rozwinie myśl.

– Przy odrobinie szczęścia i wykorzystując czynnik zaskoczenia, możemy dotrzeć tam bez większych strat. Niech pan popatrzy tutaj. – Sydow postukał palcem w określony punkt i podzielił się swoimi przemyśleniami.

Kiedy zakończył, sięgnął po papierosa, zapalił. Zza obłoku dymu przez dłuższy czas przenikliwie patrzył na młodego oficera.

– Co pan o tym myśli?

Leutnant spojrzał na dowódcę z podziwem, chwilowo porzucając myśl, że o łamaniu regulaminu przez Hauptmanna będzie musiał w końcu powiadomić przełożonych.

– To ma sens.

Do wyjaśnienia pozostała jeszcze tylko jedna kwestia.

– O której chce pan rozpocząć atak?

Sydow popatrzył w okno, za którym panowała kompletna ciemność.

– O czwartej. Proszę wydać odpowiednie rozkazy.

Lange pokiwał głową i opuścił izbę.

[...]