114,00 zł
"2666" Roberta Bolano to projekt kolosalnych rozmiarów, pod względem objętości, jak i ambicji zostawiający w tyle "Dzikich detektywów". Czworo młodych literaturoznawców łączy przyjaźń oraz fascynacja dziełem Benna von Archimboldiego, którego literacka sława jest równie wielka, jak tajemnica otaczająca jego osobę: należy on do gatunku pisarzy zaginionych, których nikt nigdy nie widział. Na wieść o tym, że Archimboldi przebywa w Meksyku, w Santa Teresa, krytycy rozpoczynają poszukiwania. W Santa Teresa dowiadują się o serii okrutnych zabójstw kobiet, których ciała są porzucane na pustyni i na miejskich wysypiskach. Postać zaginionego pisarza oraz miasteczko Santa Teresa spinają pięć części powieści. W „2666” znajdziemy wszystko, co dla Bolana charakterystyczne – niedopowiedzenie, meandryczny sposób snucia opowieści, polifoniczną narrację. Sam tytuł pozostaje zagadką. Przybrawszy kształt daty, ukonkretnia zło i zwiastuje apokalipsę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1671
Rok wydania: 2026
Projekt obwoluty, okładki i stron tytułowych
Kamil Rekosz
Redaktor prowadzący
Kamil Piwowarski
Redakcja
Maria Braunstein (wyd. 1)
Maciej Libich (wyd. 2)
Korekta
Maciej Korbasiński, Renata Kuk, Małgorzata Denys
2666
Copyright © 2004, The Heirs of Roberto Bolaño
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation
by Katarzyna Okrasko and Jan W. Rajter
Copyright © for the Polish edition
by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy
Wydanie 2 (pierwsze PIW)
Warszawa 2026
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]
ISBN 978-83-8442-078-2 (t. 1–2)
Jean-Claude Pelletier po raz pierwszy przeczytał Benna von Archimboldiego, mając lat dziewiętnaście, w święta Bożego Narodzenia 1980 roku w Paryżu, gdzie studiował na uniwersytecie literaturę niemiecką. Tą książką był D’Arsonval. Wówczas młody Pelletier nie wiedział jeszcze, że powieść ta stanowi część trylogii (na którą składają się Ogród, o tematyce angielskiej, Skórzana maska, o tematyce polskiej, tak jak D’Arsonval był, oczywiście, o tematyce francuskiej), ale niewiedza ta czy też luka lub bibliograficzne zaniechanie, które mogło być przypisane jego młodzieńczemu niedoświadczeniu, ani trochę nie umniejszyły olśnienia i podziwu, które wywołała w nim powieść.
Począwszy od tego dnia (czy też późnych godzin nocnych, kiedy to uznał, że ukończył ową inauguracyjną lekturę), przeistoczył się w wielbiciela Archimboldiego i rozpoczęła się jego pielgrzymka w poszukiwaniu innych dzieł tegoż autora. Zadanie nie należało do łatwych. Zdobycie, nawet w Paryżu, książek Benna von Archimboldiego w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku było nie lada wyzwaniem, misją napotykającą niepoślednie trudności. W bibliotece wydziału filologii germańskiej macierzystego uniwersytetu Pelletier nie znalazł właściwie żadnego śladu istnienia Archimboldiego. Wykładowcy Pelletiera nigdy nie słyszeli o tym pisarzu. Jeden z nich co prawda wyznał, że to nazwisko brzmi mu znajomo. Z furią (z przerażeniem) Pelletier po dziesięciu minutach pojął, że tym, co profesorowi brzmiało znajomo, był włoski malarz, na którego temat, jakby tego było mało, akademicki wykładowca popisał się niewiedzą wręcz bezgraniczną.
Napisał do hamburskiego wydawnictwa, które opublikowało D’Arsonvala, ale nigdy nie otrzymał odpowiedzi. Odwiedził również tych kilka niemieckich księgarń, jakie zdołał znaleźć w Paryżu. Nazwisko Archimboldiego pojawiało się w jednym ze słowników literatury niemieckiej i w pewnym belgijskim piśmie poświęconym – nigdy nie dowiedział się, czy na serio, czy dla żartu – literaturze pruskiej. W roku 1981 pojechał, razem z trzema kolegami ze studiów, do Bawarii i tam, w Monachium, w mieszczącej się na Voralmstrasse maleńkiej księgarni, znalazł dwie inne książki, cieniutki, niespełna stustronicowy Skarb Mitzi i wspomniany już Ogród, powieść angielską.
Lektura tych dwóch nowych książek utwierdziła go jedynie w opinii, jaką miał o Archimboldim. W roku 1983, w wieku dwudziestu dwóch lat, podjął się trudu przetłumaczenia D’Arsonvala. Nikt go o to nie prosił. Żadne francuskie wydawnictwo nie przejawiało wówczas zainteresowania publikowaniem tego Niemca o dziwacznym nazwisku. Pelletier zaczął go tłumaczyć, głównie dlatego, że mu się to spodobało, że czuł się przy tym szczęśliwy, choć pomyślał zarazem, że mógłby złożyć ten przekład, poprzedzony analizą dzieła Archimboldiego, jako pracę magisterską, a może i jako kamień węgielny swego przyszłego doktoratu.
Ostateczną wersję przekładu ukończył w roku 1984, a pewna paryska oficyna, uzyskawszy niejednoznaczne w swych osądach i zupełnie rozbieżne recenzje wewnętrzne, przyjęła i opublikowała powieść Archimboldiego, której sprzedaż, w założeniu wydawców, nie miała przekroczyć tysiąca egzemplarzy, a która, po ukazaniu się kilku ambiwalentnych i paru pozytywnych, a może nawet przesadnie entuzjastycznych recenzji, sprzedała się, wyczerpawszy nakład podstawowy trzech tysięcy egzemplarzy, otwierając drogę drugiemu i trzeciemu, i czwartemu wydaniu.
W owym czasie Pelletier przeczytał już piętnaście książek niemieckiego autora, poza wspomnianą przetłumaczył dwie następne i uznany został, niemal jednogłośnie, za największego znawcę dzieła Benna von Archimboldiego jak Francja długa i szeroka.
Pelletier jeszcze dobrze pamiętał ów dzień, kiedy przeczytał Archimboldiego po raz pierwszy, i mógł zobaczyć siebie samego, gdy młody i biedny mieszkał w chambre de bonne, dzieląc umywalkę, w której przemywał twarz i płukał zęby, z piętnastoma współlokatorami ciemnej mansardy, srając do obrzydliwego i niezbyt higienicznego klozetu, który nic nie miał z klozetu, a dużo z latryny i dołu kloacznego, również dzielonego z piętnastoma lokatorami mansardy, z których kilku wróciło już do siebie, na prowincję, jako szczęśliwi posiadacze odpowiedniego dyplomu uniwersyteckiego, albo przeprowadziło się w miejsca nieco bardziej komfortowe w samym Paryżu, a kilku, niewielu, nadal tam mieszkało, wegetując albo powoli umierając z obrzydzenia.
I mógł, jak już wspomniano, zobaczyć samego siebie, ascetę pochylonego nad słownikami niemieckimi, w świetle słabiutkiej żarówki, chudego i zawziętego, jakby on cały był czystą wolą, która stała się ciałem, kośćmi i mięśniami, ani grama tłuszczu, fanatyka zdeterminowanego, by zawinąć do bezpiecznego portu, no cóż, dość stereotypowy obraz studenta w wielkim mieście, na niego jednak podziałał jak narkotyk, narkotyk, który doprowadził go do płaczu, narkotyk, który, jak powiedział pewien dziewiętnastowieczny holenderski poecina, otworzył śluzy emocji i czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak użalanie się nad sobą, ale nim nie było (a czym było wobec tego? złością, bardzo możliwe), i co doprowadziło go do przemyślenia raz, drugi i trzeci, bez słów, przywołując jedynie bolesne obrazy, owych lat nauki, i co po pewnej długiej i może niepotrzebnej nocy zmusiło jego umysł do wyciągnięcia dwóch konkluzji: pierwszej, że życie, jakie dotychczas wiódł, dobiegło kresu; i drugiej, że otwiera się przed nim błyskotliwa kariera, i aby ta nie straciła nic ze swego przyszłego blasku, jedynym, co powinien zachować z owej mansardy, powinna być silna wola. Zadanie nie wydało mu się zbyt trudne.
Jean-Claude Pelletier urodził się w roku 1961, a w roku 1986 był już wykładowcą literatury niemieckiej w Paryżu. Piero Morini urodził się w roku 1956, w małym miasteczku nieopodal Neapolu, i chociaż po raz pierwszy przeczytał Benna von Archimboldiego w 1976, czyli cztery lata wcześniej niż Pelletier, dopiero w roku 1988 przetłumaczył swoją pierwszą powieść niemieckiego autora, Bifurcaria bifurcata, która przeszła przez włoskie księgarnie właściwie bez echa.
Recepcja Archimboldiego we Włoszech, należy to podkreślić, była zupełnie odmienna niż we Francji. Morini, prawdę mówiąc, nie był jego pierwszym tłumaczem. Co więcej, pierwszą powieścią Archimboldiego, jaka wpadła Moriniemu w ręce, był przekład Skórzanej maski dokonany przez niejakiego Colossima dla wydawnictwa Einaudi w roku 1969. Po Skórzanej masce opublikowano we Włoszech Rzeki Europy w roku 1971, Dziedzictwo w 1973, Kolejową perfekcję w 1975, a jeszcze przedtem, bo w roku 1964, wydano wybór opowiadań, w których nie brakowało opowieści wojennych, zatytułowany Berlińskie na dnie. Można zatem stwierdzić, że Archimboldi nie był we Włoszech autorem nieznanym, aczkolwiek trudno byłoby stwierdzić, że był pisarzem, który odniósł sukces albo sukces połowiczny, albo niewielki sukces, był raczej pisarzem, który nie odniósł żadnego sukcesu i którego książki niszczały na najbardziej zatęchłych księgarskich półkach, były przeceniane lub gniły w zapomnieniu w magazynach wydawnictw, czekając, aż pójdą na przemiał.
Moriniego nie odstraszyło oczywiście niewielkie zainteresowanie włoskiego czytelnika dziełem Archimboldiego i przetłumaczywszy Bifurcaria bifurcata, zaoferował mediolańskiemu czasopismu i periodykowi z Palermo dwa studia archimboldiańskie, pierwsze poświęcone kategorii przeznaczenia w Kolejowej perfekcji, a drugie analizujące wielorakie kostiumy sumienia i winy w Letei, powieści na pozór erotycznej, i w Bitziusie, mikropowieści liczącej niespełna sto stron (do pewnego stopnia przypominającej Skarb Mitzi, książkę znalezioną przez Pelletiera w starej monachijskiej księgarni), której wątek fabularny dotyczy życia Alberta Bitziusa, pastora z Lutzelfluh w kantonie berneńskim, autora kazań, ale i pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Jeremiasz Gotthelf. Oba eseje zostały opublikowane, zaprezentowane zaś w całej krasie przez Moriniego elokwencja i uwodzicielski urok, z jakimi opisywał postać Archimboldiego, obaliły dotychczasowe przeszkody, dzięki czemu w 1991 roku ukazał się we Włoszech kolejny przekład Piera Moriniego, a konkretnie powieść Święty Tomasz. W tym okresie Morini pracował na Uniwersytecie Turyńskim, gdzie wykładał literaturę niemiecką – już wówczas lekarze rozpoznali u niego stwardnienie rozsiane, miał też za sobą poważny i dziwny wypadek, który na zawsze przykuł go do wózka inwalidzkiego.
Manuel Espinoza dotarł do Archimboldiego zupełnie innymi ścieżkami. Młodszy od Moriniego i Pelletiera, miast filologii niemieckiej studiował, przynajmniej przez pierwsze uniwersyteckie lata, filologię hiszpańską, z tego, między innymi, smutnego powodu, że chciał zostać pisarzem. Z literatury niemieckiej znał jedynie (a i tak nie najlepiej) trzech klasyków: Hölderlina, bo w wieku szesnastu lat uwierzył, że jego przeznaczeniem jest poezja, w związku z czym pożerał wszystkie tomiki poetyckie, na jakie tylko natrafił, Goethego, bo w klasie maturalnej jakiś krotochwilny profesor zarekomendował mu przeczytanie Cierpień młodego Wertera, w którym na pewno znajdzie bratnią duszę, i wreszcie Schillera, którego znał z lektury jednej sztuki teatralnej. Później miał bliską styczność z dziełami współczesnego autora, Jüngera, głównie w drodze symbiozy, podziwiani bowiem przez Espinozę, a w głębi ducha serdecznie przezeń znienawidzeni madryccy pisarze rozmawiali o Jüngerze bez przerwy. W związku z tym można powiedzieć, że Espinoza znał tylko jednego niemieckiego autora i autorem tym był właśnie Jünger. Z początku jego twórczość wydała mu się wspaniała, a ponieważ większość książek została przetłumaczona na język hiszpański, Espinoza nie miał problemu z odnalezieniem wszystkich tytułów Jüngera ani ich lekturą. Osobiście wolałby, żeby kosztowało to więcej zachodu. Z kolei ludzie, z którymi się wówczas stykał, byli nie tylko zagorzałymi wielbicielami Jüngera, ale również jego tłumaczami, co Espinoza lekce sobie ważył, bo tym, czego naprawdę pragnął, nie była chwała tłumacza, lecz sława pisarza.
W ciągu miesięcy i lat, upływających nierzadko cicho i okrutnie, za sprawą kilku nieszczęść, które go dotknęły, zmuszony był zmienić dotychczasowe opinie. Dość szybko, na przykład, odkrył, że grupa jungerystów nie była aż tak jungeriańska, jak mu się zdawało, bo jak każda grupa literacka uzależniona była od pory roku i na jesieni rzeczywiście jej członkowie byli jungerystami, ale zimą przeistaczali się z dnia na dzień w miłośników Pio Barojy, a na wiosnę w wielbicieli Ortegi y Gasseta, latem zaś nawet opuszczali bar, w którym się spotykali, by wyjść na ulicę, skandując sielankowe wersety na cześć Camila José Celi, coś, co młody Espinoza, w głębi serca patriota przecież, zaakceptowałby nawet bez zastrzeżeń, gdyby w owych manifestacjach więcej było radości i karnawałowego ducha, nie można bowiem było żadną miarą traktować ich tak poważnie, jak traktowali je lipni jungeryści.
Czymś znacznie poważniejszym było odkrycie, jaką opinię miały wśród członków grupy jego literackie wprawki, opinię na tyle nieprzychylną, że czasami, podczas bezsennych nocy na przykład, poważnie się zastanawiał, czy ci ludzie nie prosili go między wierszami, żeby poszedł precz, żeby przestał zawracać im głowę, żeby już nigdy nie wracał.
A już szczytem było, kiedy Jünger we własnej osobie pojawił się w Madrycie i grupa jungerystów zorganizowała mu wycieczkę do Escorialu, dziwaczny kaprys mistrza, to zwiedzanie Escorialu, i kiedy Espinoza chciał dołączyć do ekspedycji, w jakiejkolwiek roli, odmówiono mu tego zaszczytu, jakby w oczach udawanych jungerystów nie miał dość zasług, by wejść w skład gwardii przybocznej Niemca, albo jakby obawiali się, że on, Espinoza, nieprzewidywalny żółtodziób, może ich skompromitować jakimś wyskokiem, jakkolwiek oficjalne wyjaśnienie, które otrzymał (być może podyktowane odruchem litości), brzmiało, że niestety nie zna niemieckiego, podczas gdy reszta uczestników pikniku z Jüngerem, owszem, zna.
Tak skończył się flirt Espinozy z jungerystami. I tak zaczęła się samotność i burza (sztorm nawet) pomysłów, czasami wykluczających się wzajemnie lub niemożliwych do zrealizowania. Nie były to noce łatwe ani tym bardziej przyjemne, ale Espinoza odkrył dwie rzeczy, które pomogły mu bardzo w pierwszych dniach: nigdy nie będzie pisarzem, a z drugiej strony jest młody i odważny.
Odkrył również, że jest młody i zawistny i że pełen jest rozgoryczenia, że rozgoryczenie aż go rozsadza i że bez większego wysiłku mógłby kogoś zabić, kogokolwiek, byle tylko znieść jakoś samotność i deszcz, i madrycki ziąb, ale tego odkrycia wolał nie wyciągać na światło dziennie, lecz pogodziwszy się z tym, że nigdy nie będzie pisarzem, skupić się na tym, by wycisnąć ile się da ze swojej dopiero co odkrytej odwagi.
Kontynuował więc naukę na filologii hiszpańskiej, oprócz tego podjął studia na filologii niemieckiej. Spał cztery, pięć godzin dziennie, pozostały czas przeznaczając na naukę. Zanim ukończył filologię niemiecką, napisał dwudziestostronicowy esej o związkach Wertera z muzyką, który opublikowano w jednym z madryckich czasopism literackich i w uniwersyteckim piśmie z Getyngi. Mając dwadzieścia pięć lat, zdążył ukończyć obydwa kierunki. W 1990 roku obronił pracę doktorską z literatury niemieckiej poświęconą Bennowi von Archimboldiemu, wydaną rok później przez jedną z barcelońskich oficyn. W owym czasie Espinoza, jako specjalista od literatury niemieckiej, był już częstym gościem na różnych kongresach i panelach. Jego znajomość języka niemieckiego nie była może perfekcyjna, ale na pewno władał nim całkiem dobrze. Znał również angielski i francuski. Tak jak Morini i Pelletier, miał dobrą pracę, zadowalające zarobki i był szanowany (w granicach rozsądku) zarówno przez studentów, jak i przez kolegów. Nigdy nie tłumaczył Archimboldiego ani żadnego innego niemieckiego autora.
Moriniego, Pelletiera i Espinozę łączyła, poza Archimboldim, jeszcze jedna rzecz. Wszystkich trzech cechowała żelazna wola. W rzeczywistości łączyło ich coś więcej, ale o tym opowiemy później.
Liz Norton, wprost przeciwnie, nie należała do kobiet, o których mówi się, że są obdarzone silną wolą, bo nie obmyślała planów ani krótko-, ani długoterminowych i nie stawała na głowie, by je zrealizować. Brakowało jej jakichkolwiek atrybutów woli. Kiedy cierpiała, ból aż z niej emanował, a kiedy doznawała szczęścia, jej szczęście było zaraźliwe. Nie potrafiła wyznaczyć sobie z pełną jasnością określonego celu i nie umiała działać konsekwentnie, by ten cel osiągnąć. Żaden cel, poza tym, nie wydawał się jej na tyle atrakcyjny czy upragniony, by całkowicie poświęcić się jego osiągnięciu. Wyrażenie „osiągnąć cel” w odniesieniu do czegoś osobistego wydawało jej się pułapką pełną małostkowości. Wyrażeniu „osiągnąć cel” przeciwstawiała słowo „żyć” i czasami, choć rzadko, słowo „szczęście”. Jeśli wola związana jest z wymogami społecznymi, jak sądził William James, a tym samym łatwiej jest pójść na wojnę, niż rzucić palenie, o Liz Norton można było powiedzieć, że łatwiej byłoby jej rzucić palenie, niż pójść na wojnę.
Te słowa usłyszała kiedyś na uniwersytecie i zachwyciły ją, ale nie do tego stopnia, by natychmiast sięgnąć po dzieła Williama Jamesa, po które zresztą nigdy nie sięgnęła. Dla niej lektura była bezpośrednio związana z przyjemnością, a nie z wiedzą, tajemnicą lub z konstrukcjami i labiryntami werbalnymi, jak sądzili Morini, Espinoza i Pelletier.
W odróżnieniu od ich pierwszego spotkania z twórczością Archimboldiego początek jej przygody z niemieckim pisarzem nie był ani traumatyczny, ani też poetycki. Podczas jej trzymiesięcznego pobytu w Berlinie – pojechała tam jako dwudziestolatka w roku 1988 – jeden z niemieckich przyjaciół pożyczył Liz powieść nieznanego jej zupełnie autora. Zdziwiło ją nazwisko, jak to możliwe, zapytała przyjaciela, żeby pisarz niemiecki nazywał się jak Włoch, ponadto nazwisko poprzedzone było „von”, które wskazywało na szlacheckie pochodzenie. Niemiecki przyjaciel nie wiedział, co odpowiedzieć. Najprawdopodobniej to pseudonim, odparł. I żeby do wyjściowego zdziwienia dodać kolejne zdziwienie, dorzucił, że w Niemczech rzadko spotyka się nazwy własne rodzaju męskiego zakończone na samogłoskę. Nazwy własne rodzaju żeńskiego owszem. Ale nazwy własne rodzaju męskiego – na pewno nie. Powieścią tą była Niewidoma, spodobała jej się, ale nie do tego stopnia, by natychmiast pobiec do księgarni i kupić dzieła wszystkie Benna von Archimboldiego.
Pięć miesięcy później, gdy była już z powrotem w Anglii, niemiecki przyjaciel przesłał jej pocztą prezent. Przesyłka zawierała, jak łatwo zgadnąć, powieść Archimboldiego. Przeczytała ją, spodobała jej się, poszukała w bibliotece swojego college’u kolejnych książek Niemca o włoskim nazwisku i znalazła dwie: jedną z nich była powieść, którą przeczytała już w Berlinie, drugą zaś Bitzius. Po lekturze Bitziusa poczuła, że tym razem musi pobiec. Na kwadratowym dziedzińcu padało, kwadratowe niebo wyglądało jak grymas robota lub boga stworzonego na nasze podobieństwo, na trawniku parku ukośne krople deszczu ześlizgiwały się w dół, choć równie dobrze mogły ześlizgiwać się w górę, następnie ukośne (krople) przeistaczały się w koliste (krople), które połykała ziemia podtrzymująca trawnik, trawnik i ziemia zdawały się rozmawiać, nie, nie rozmawiać, kłócić się, i ich niezrozumiałe słowa były niczym skrystalizowane pajęczyny, szybkie skrystalizowane wymioty, ledwo słyszalny trzask, jakby Norton owego popołudnia zamiast herbaty wypiła napar z pejotlu.
Ale tak naprawdę wypiła tylko herbatę i czuła się przygnębiona, jak gdyby jakiś głos powtarzał jej na ucho straszną modlitwę, której słowa powoli się rozmywały, w miarę jak oddalała się od college’u, a deszcz moczył jej szarą spódnicę i kościste kolana, i ładne kostki, i właściwie nic więcej, bo Liz Norton, zanim pobiegła przez park, nie omieszkała wziąć ze sobą parasola.
Po raz pierwszy cała czwórka, Pelletier, Morini i Espinoza, i Norton, spotkała się na kongresie poświęconym współczesnej literaturze niemieckiej w Bremie w 1994 roku. Przedtem Pelletier i Morini poznali się w czasie dni literatury niemieckiej, które odbyły się w Lipsku w roku 1989, kiedy NRD już dogorywała, ponownie zaś spotkali się na sympozjum poświęconym literaturze niemieckiej, które odbyło się w Mannheim w grudniu tego samego roku (jedna wielka katastrofa – podłe hotele, podłe jedzenie, fatalna organizacja). Podczas spotkań z najnowszą literaturą niemiecką, które odbyły się w Zurychu, w 1990, Pelletier i Morini poznali Espinozę. Espinoza spotkał się ponownie z Pelletierem na imprezie poświęconej panoramie literatury europejskiej dwudziestego wieku, która odbyła się w Maastricht w 1991 (Pelletier wygłosił odczyt zatytułowany „Heine i Archimboldi: zbiegające się ścieżki”, Espinoza wygłosił odczyt zatytułowany „Ernst Jünger i Benno von Archimboldi: rozchodzące się ścieżki”). I można by śmiało zaryzykować stwierdzenie, że począwszy od tego momentu, nie tylko czytali swoje prace publikowane w specjalistycznych pismach, ale również zaprzyjaźnili się, czy też zaczęła się wówczas rodzić między nimi więź podobna do przyjaźni. W 1992 roku w Augsburgu, na seminarium poświęconym literaturze niemieckiej, znów spotkali się Pelletier, Espinoza i Morini. Wszyscy zaprezentowali prace poświęcone Archimboldiemu. Przez parę miesięcy mówiło się, że on sam zamierza zaszczycić swoją obecnością to czcigodne zgromadzenie, w którym uczestniczyć miało, oprócz tych samych co zwykle germanistów, liczne grono niemieckich pisarzy i poetów, ale kiedy przyszło co do czego, organizatorzy otrzymali z hamburskiego wydawnictwa Archimboldiego telegram usprawiedliwiający nieobecność autora. Poza tym seminarium było katastrofą. Zdaniem Pelletiera jedynym interesującym wydarzeniem był wykład starego berlińskiego profesora o twórczości Arno Schmidta (proszę bardzo, niemiecka nazwa własna zakończona na samogłoskę) i właściwie nic więcej – z opinią tą zgadzał się Espinoza i, w mniejszym stopniu, Morini.
W wolnych chwilach, a było ich dużo, odbywali przechadzki po nieszczególnie interesujących ciekawostkach Augsburga, miasta, które Espinozie również wydało się nieszczególne, a które Moriniemu nie wydało się aż tak bardzo nieszczególne, chociaż, mimo wszystko, jednak nieszczególne, popychając, to Espinoza, to Pelletier, wózek inwalidzki Włocha, który w owym czasie nie czuł się najlepiej, a właściwie czuł się nieszczególnie, więc koledzy uznali, że odrobina świeżego powietrza mu nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie.
W kolejnym kongresie literatury niemieckiej, w Paryżu, w styczniu 1992 roku, uczestniczyli jedynie Pelletier i Espinoza. Morini również został zaproszony, ale podupadł na zdrowiu, toteż lekarz odradził mu, między innymi, jakąkolwiek, choćby nawet najkrótszą podróż. Kongres był całkiem, całkiem i chociaż Pelletier i Espinoza mieli napięty kalendarz, znaleźli chwilę, żeby spotkać się w maleńkiej restauracji przy rue Galande w pobliżu Saint-Julien-le-Pauvre, gdzie rozmawiali najpierw o swojej pracy i pasjach, a przy deserze zaczęli snuć domysły dotyczące zdrowia melancholijnego Włocha, słabego zdrowia, kruchego zdrowia, nikczemnego zdrowia, które mimo wszystko nie przeszkodziło mu zacząć książki o Archimboldim, książki, która, według słów Pelletiera, powołującego się na słowa Włocha z rozmowy telefonicznej, nie wiadomo, czy żartem, czy serio, może będzie wielką książką archimboldiańską, rybą pilotem pływającą przez czas długi u boku wielkiego czarnego rekina, jakim było dzieło Niemca. Obaj, i Pelletier, i Espinoza, darzyli prace Moriniego wielką estymą, ale słowa Pelletiera (wygłoszone jakby w murach starego zamku albo w głębi lochu wykopanego pod fosą starego zamku) zabrzmiały jak groźba w przytulnej restauracyjce przy rue Galande, doprowadzając do swoistego przypieczętowania kolacyjki rozpoczętej w kulturalnej i miłej atmosferze spełnionych ambicji.
W najmniejszym stopniu nie popsuło to stosunków Pelletiera i Espinozy z Morinim.
Cała trójka spotkała się ponownie w Bolonii, w 1993 roku, na forum literatury niemieckojęzycznej. I wszyscy trzej znaleźli się również pośród autorów 46 numeru „Studiów Literackich” z Berlina, numeru monograficznego poświęconego twórczości Archimboldiego. Nie po raz pierwszy współpracowali z tym berlińskim czasopismem. W jego 44 numerze ukazał się tekst Espinozy o idei Boga w twórczości Archimboldiego i Unamuna. W numerze 38 Morini opublikował artykuł dotyczący nauczania literatury niemieckiej we Włoszech. A w numerze 37 Pelletier pokusił się o stworzenie listy najważniejszych, z perspektywy francuskiej i europejskiej, dwudziestowiecznych pisarzy niemieckich, co, nawiasem mówiąc, wywołało niejeden protest, a nawet sprowadziło na niego kilka inwektyw.
Ale nas interesuje szczególnie numer 46, nie tylko dlatego, że uwidoczniły się w nim dwie antagonistyczne grupy archimboldiologów, grupa Pelletiera, Moriniego i Espinozy z jednej strony, z drugiej zaś grupa Schwarza, Borchmeyera i Pohla, lecz i dlatego, że w tym numerze wydrukowano tekst Liz Norton, olśniewający zdaniem Pelletiera, z dobrze przeprowadzoną argumentacją zdaniem Espinozy, interesujący zdaniem Moriniego, którego autorka ponadto (choć nikt jej o to nie prosił) broniła Francuza, Hiszpana i Włocha, często ich zresztą cytując, pokazując, że doskonale zna ich prace i monografie publikowane w specjalistycznych pismach i niszowych wydawnictwach.
Pelletier chciał napisać do niej list, ale w końcu tego nie zrobił. Espinoza zadzwonił do Pelletiera i zapytał, czy nie należałoby się z nią skontaktować. Niezbyt pewni pomysłu, postanowili poradzić się Moriniego. Morini nic nie powiedział. O Liz Norton wiedzieli tylko tyle, że prowadzi zajęcia z literatury niemieckiej na uniwersytecie w Londynie. I że w odróżnieniu od nich nie jest jeszcze doktorem.
Kongres literatury niemieckiej w Bremie był burzliwy. Pelletier, przy wsparciu Moriniego i Espinozy, zaatakował, niczym Napoleon pod Jeną, niespodziewających się niczego niemieckich badaczy Archimboldiego i nie trzeba było długo czekać, by rozpierzchły się po kawiarniach i tawernach Bremy pokonane chorągwie Pohla, Schwarza i Borchmeyera. Uczestniczący w obradach młodzi profesorowie niemieccy, z początku zaskoczeni, ostatecznie, aczkolwiek nie bez pewnych zastrzeżeń, wzięli stronę Pelletiera i jego przyjaciół. Publiczność, której sporą część stanowili studenci przybyli z Getyngi pociągiem lub swoimi zdezelowanymi autami, również wsparła, bez najmniejszych zastrzeżeń, żarliwe i lapidarne interpretacje Pelletiera, z entuzjazmem przyjmując porywającą, radosną wizję dionizyjską, egzegezę ostatniego karnawału (lub też przedostatniego karnawału) bronioną przez Pelletiera i Espinozę. Dwa dni później Schwarz i jego przyboczni przeszli do kontrataku. Przeciwstawili postaci Archimboldiego postać Heinricha Bölla. Mówili o odpowiedzialności. Przeciwstawili postaci Archimboldiego postać Uwe Johnsona. Mówili o cierpieniu. Przeciwstawili postaci Archimboldiego postać Güntera Grassa. Mówili o zaangażowaniu. Borchmeyer nawet przeciwstawił postaci Archimboldiego postać Friedricha Dürrenmatta i mówił o humorze, co Morini odebrał jako szczyt bezczelności. I wówczas pojawiła się zesłana przez opatrzność Liz Norton i odparła kontratak niczym jakiś Desaix, niczym jakiś Lannes, jasnowłosa amazonka mówiąca arcypoprawnym niemieckim, może trochę za szybko, i wygłosiła rzecz o Grimmelshausenie i Gryphiusie, i wielu, wielu innych, nawet o Theophrastusie Bombastusie von Hohenheimie, którego cały świat zna lepiej pod nazwiskiem Paracelsus.
Tego samego wieczoru zjedli razem kolację w wąskiej i kiszkowatej tawernie, blisko rzeki, do której dotarli, schodząc po mokrych od mżawki schodach przy ciemnej ulicy ze starymi hanzeatyckimi budynkami, sprawiającymi wrażenie, jakby część z nich była opuszczonymi gmachami nazistowskiej administracji państwowej.
Trudno chyba o okropniejszy lokal, pomyślała Liz Norton, ale kolacja trwała długo, była miła, a zachowanie Pelletiera, Moriniego i Espinozy, w żadnym razie sztywniackie, sprawiło, że Norton czuła się nader swobodnie. Oczywiście znała większość ich prac, ale zaskoczona była tym (miło zaskoczona, trzeba przyznać), że i oni znali część jej prac. Rozmowa przechodziła cztery fazy: najpierw pośmiali się z reprymendy, jaką Norton zafundowała Borchmeyerowi, i z rosnącego przerażenia Borchmeyera wobec coraz bardziej bezlitosnych ataków Norton, później rozmawiali o następnych spotkaniach, zwłaszcza o tym przedziwnym, jakie miało odbyć się na uniwersytecie w Minnesocie, gdzie zamierzało przybyć ponad pięciuset profesorów, tłumaczy i specjalistów od literatury niemieckiej, i wobec którego Morini miał uzasadnione podejrzenia, że to bujda, później rozmawiali o Bennie von Archimboldim i jego życiu, o którym wiedzieli tak niewiele: wszyscy, począwszy od Pelletiera, a skończywszy na Morinim, który, choć znany z małomówności, tego wieczoru był bardzo ożywiony, przytaczali anegdoty, cytowali plotki, porównywali po raz setny skąpe i znane już informacje i roztrząsali, jak ktoś, kto raz, drugi i trzeci rozpamiętuje ukochany film, sekret miejsca pobytu i tajemnicę życia wielkiego pisarza, by, spacerując po ulicach Bremy, mokrych i świetlistych (o świetlistości, gwoli prawdzie, pulsującej, jakby Brema była maszyną, przez którą tylko od czasu do czasu przebiegają krótkie i intensywne wyładowania elektryczne), wreszcie zacząć rozmawiać o sobie.
Wszyscy czworo byli stanu wolnego i wszyscy uznali to za budujący znak. Wszyscy czworo mieszkali sami, choć Liz Norton czasem dzieliła mieszkanie w Londynie ze swym bratem pędziwiatrem pracującym w jednej z organizacji pozarządowych i wracającym do Anglii kilka razy w roku. Wszyscy czworo bez reszty pochłonięci byli własną karierą akademicką, z tą różnicą, że Pelletier, Espinoza i Morini mieli już tytuły doktorskie, a dwaj pierwsi, poza tym, kierowali swoimi katedrami, podczas gdy Norton dopiero zaczynała przygotowywać się do doktoratu i nie spodziewała się, by kiedykolwiek miała kierować wydziałem filologii germańskiej swojego uniwersytetu.
Tej nocy Pelletier tuż przed zaśnięciem wspominał nie całodniowe pyskówki na kongresie, ale siebie spacerującego przyrzecznymi ulicami i Liz Norton spacerującą obok niego, podczas gdy Espinoza pchał wózek Moriniego i wszyscy czworo śmiali się z muzykantów z Bremy, którzy przyglądali się im, albo ich cieniom na asfalcie, bez złych zamiarów, stojąc zręcznie jedno drugiemu na grzbiecie.
Począwszy od tego dnia i tej nocy, nie było tygodnia, by do siebie nie dzwonili, wszyscy czworo, nie oglądając się na rachunek telefoniczny i o najdziwniejszych, nierzadko, porach.
Czasem to Liz Norton dzwoniła do Espinozy i pytała o Moriniego, z którym rozmawiała poprzedniego dnia, odniosła bowiem wrażenie, że chyba jest w dołku. Tego samego dnia Espinoza telefonował do Pelletiera i powiadamiał go, że zdaniem Norton stan zdrowia Moriniego pogorszył się, wobec tego Pelletier natychmiast dzwonił do Moriniego, pytając bez osłonek o stan jego zdrowia, śmiali się razem (Morini starał się bowiem unikać powagi w rozmowach na ten temat), omawiając jakiś nieistotny szczegół dotyczący pracy, żeby później zadzwonić do Angielki, o północy, na przykład, bo przyjemność rozmowy telefonicznej odsuwał na potem, wpierw delektował się lekką, acz wyśmienitą kolacją, i przekazać jej zapewnienie, iż Morini, jak na siebie, czuje się dobrze, normalnie, stabilnie, i że to, co Norton wydawać się mogło dołkiem, było stanem naturalnym Włocha, bardzo wrażliwego na każdą zmianę pogody (może w Turynie był fatalny dzień, może Moriniemu coś się tej nocy przyśniło, może miał jakieś koszmary, kto go tam wie), zamykając w ten sposób cykl, który nazajutrz albo po dwóch dniach rozpoczynał od nowa telefon Moriniego do Espinozy, ot tak sobie, nic takiego, dzwoni, żeby zapytać, co słychać, dzwoni, żeby przez chwilę pogadać, i rzeczywiście gadali o błahostkach, o pogodzie (tak jakby Morini, a nawet Espinoza przejmowali z dobrodziejstwem inwentarza brytyjską sztukę konwersacji), polecali sobie filmy, komentowali beznamiętnie nowości wydawnicze, jednym słowem, rozmowa telefoniczna z gatunku usypiających, a może nawet prowadzonych od niechcenia, ale w której Espinoza uczestniczył z dziwnym entuzjazmem albo z entuzjazmem udawanym, albo z serdecznością, w każdym razie z kulturalnym zainteresowaniem, rozmowa, którą Morini podtrzymywał, dokładając kolejne wątki, jakby od tego zależało jego życie, i po której następował, po dwóch dniach albo po kilku godzinach, kolejny telefon w tym samym stylu, telefon Espinozy do Norton i Norton do Pelletiera, i tego ostatniego do Moriniego, po czym, po paru dniach, podejmowano kolejną rozmowę telefoniczną, tym razem prowadzoną z użyciem superspecjalistycznego kodu, signifié i signifiant u Archimboldiego, tekst, subtekst i paratekst, odzyskanie przestrzeni werbalnej i cielesnej na końcowych stronach Bitziusa, co w tym przypadku niczym nie różniło się od rozmowy o kinie, o problemach wydziału filologii niemieckiej czy też o chmurach przepływających niestrudzenie, od rana do nocy, nad miastem każdego z rozmówców.
Spotkali się ponownie na sympozjum poświęconym europejskiej literaturze powojnia, w Awinionie, pod koniec 1994 roku. Norton i Morini uczestniczyli w nim jako słuchacze, choć koszty podróży opłacone zostały przez ich uniwersytety, Pelletier i Espinoza przedstawili zaś swoje prace krytyczne o znaczeniu dzieła Archimboldiego. Francuz mówił o osobności Archimboldiego, o cechującym wszystkie jego książki zerwaniu z tradycją niemiecką, aczkolwiek nie z pewną szczególną tradycją europejską. Osią wystąpienia Espinozy, jednej z jego najbardziej błyskotliwych prac, była tajemnica otaczająca Archimboldiego, o którym w rzeczywistości nikt, nawet jego wydawca, nic nie wiedział: na skrzydełkach i okładkach jego książek nie zamieszczano zdjęć; dane biograficzne sprowadzały się do minimum (pisarz niemiecki urodzony w Prusach w 1920 roku), jego miejsce zamieszkania było zagadką, choć kiedyś wydawcy Archimboldiego wymsknęło się w wywiadzie dla dziennikarki „Spiegla”, że przysłano mu z Sycylii manuskrypt jednej z powieści; żaden z żyjących jeszcze kolegów po piórze nigdy go nie widział; nie istniała w języku niemieckim żadna biografia prozaika, mimo że sprzedaż jego książek wzrastała zarówno w Niemczech, jak i w innych krajach europejskich, a nawet w Stanach Zjednoczonych – uwielbiających pisarzy zaginionych (zaginionych lub milionerów) albo legendę pisarzy zaginionych – gdzie jego dzieło zdobywało coraz większe grono czytelników, już nie tylko na uniwersyteckich wydziałach filologii niemieckiej, ale też na kampusach i poza kampusami, w ogromnych miastach kochających literaturę oralną i wizualną.
Po obradach, wieczorami, Pelletier, Morini, Espinoza i Norton wychodzili razem na kolację, czasem w towarzystwie jednego lub dwóch profesorów filologii niemieckiej, których znali od dawna i którzy zazwyczaj wracali do swoich hoteli dość wcześnie albo nawet wytrzymywali do końca spotkania, ale trzymali się na uboczu, jakby rozumieli, że czworokątna figura tworzona przez archimboldiologów jest niedostępna dla innych, jak również zdając sobie sprawę, że – szczególnie o tej późnej porze – jest ona zdolna w każdej chwili gwałtownie zwrócić się przeciw jakiejkolwiek obcej ingerencji. W końcu i tak zostawali sami, spacerując we czworo ulicami Awinionu, tak samo beztrosko szczęśliwi jak wtedy, kiedy spacerowali po brudnych i urzędniczych ulicach Bremy, i tak, jak będą spacerować po wielobarwnych ulicach, jakie przyszłość miała im przynieść, czyli Morini, popychany przez Norton, z Pelletierem po lewej i z Espinozą po prawej stronie, albo Pelletier popychający wózek Moriniego z Espinozą po lewej stronie i z Norton idącą tyłem pół kroku przed nimi i śmiejącą się niepohamowanym śmiechem dwudziestosześciolatki, śmiechem wspaniałym, który rychło im się udzielał, chociaż pewnie woleliby się nie śmiać i tylko na nią patrzeć, albo też stojąc we czwórkę, w szeregu i bez ruchu, przy murku nad rzeką jak z pocztówki, to znaczy nad rzeką, która nie była już dziką rzeką, rozmawiając o swojej niemieckiej obsesji, nie przerywając sobie, wystawiając na próbę inteligencję drugiego i rozkoszując się nią, dopuszczając do długich interwałów ciszy, której nie potrafił zakłócić nawet deszcz.
Kiedy Pelletier wrócił z Awinionu pod koniec roku 1994 i otworzył drzwi swojego paryskiego mieszkania, i postawił walizkę na podłodze, i zamknął drzwi, kiedy nalał sobie szklankę whisky i odsłonił zasłony, i zobaczył ten sam co zwykle pejzaż, fragment placu de Breteuil z budynkiem UNESCO w głębi, kiedy zdjął marynarkę i zostawił szklankę whisky w kuchni, i odsłuchał wiadomości z sekretarki, kiedy poczuł, że ogarnia go senność, że powieki mu ciążą, ale zamiast położyć się do łóżka, rozebrał się i wziął prysznic, kiedy, ubrany w biały, sięgający mu do kostek szlafrok, włączył komputer, dopiero wtedy uświadomił sobie, że tęskni za Liz Norton, że oddałby wszystko, co ma, żeby w tej chwili być z nią razem i nie tylko prowadzić z nią rozmowę, ale i leżeć z nią w łóżku, powiedzieć jej, że ją kocha, i usłyszeć, jak z jej ust pada zapewnienie, że z wzajemnością.
Espinoza przeżył coś podobnego, z dwiema drobnymi różnicami. Pierwsza polegała na tym, że w przeciwieństwie do Pelletiera nie musiał czekać, aż znajdzie się z powrotem w swoim madryckim mieszkaniu, by poczuć, jak bardzo chce być z Liz Norton. Już w samolocie uzmysłowił sobie, że jest kobietą idealną, tą, której zawsze szukał, i zaczął cierpieć. Druga różnica polegała na tym, że owe idealne obrazy Angielki, które z prędkością naddźwiękową przebiegały przez jego głowę, podczas gdy samolot leciał z prędkością siedmiuset kilometrów na godzinę w kierunku Hiszpanii, były bardziej erotyczne, nie za bardzo, ale bardziej niż te, które nachodziły Pelletiera.
Za to Morini, który pojechał pociągiem z Awinionu do Turynu, spędził podróż, czytając dodatek kulturalny do „Il Manifesto”, a później zasnął i spał, dopóki dwóch konduktorów (którzy zniosą go później na peron z wózkiem inwalidzkim) nie poinformowało go, że dotarli na miejsce.
O tym, co przemknęło przez głowę Liz Norton, lepiej nie mówić.
Niemniej przyjaźń archimboldiologów trwała dalej w tych samych starych dekoracjach, niezmącona, poddana jakiemuś wyższemu przeznaczeniu, któremu cała czwórka była posłuszna, choćby oznaczało to przesunięcie na plan dalszy osobistych pragnień.
W 1995 roku spotkali się w Amsterdamie na dyskusji panelowej poświęconej współczesnej literaturze niemieckiej, w ramach sympozjum odbywającego się w tym samym budynku (choć w różnych aulach) na temat literatury francuskiej, angielskiej i włoskiej.
Jak nietrudno zgadnąć, większa część uczestników tak pasjonujących paneli wybrała salę, gdzie prowadzono dyskusję o współczesnej literaturze angielskiej, salę sąsiadującą z tą od literatury niemieckiej i oddzieloną od niej ścianą, która, co tu dużo mówić, nie była z kamienia, jak to dawniej bywało, ale z kruchych cegieł pokrytych cieniutką warstwą gipsu, tak że krzyki, wycie i przede wszystkim burze oklasków, jakie wywoływała literatura angielska, słychać było w literaturze niemieckiej, jakby oba spotkania czy panele były jednym i tym samym wydarzeniem lub też jakby Anglicy kpili sobie z Niemców, a może nawet ich bojkotowali, nie mówiąc już o publiczności, której tłumne przybycie na panel angielski (lub angloindyjski) pozostawało w rażącym kontraście z obecnością nielicznej i poważnej publiczności przybyłej na panel niemiecki. Co, w ostatecznym rozrachunku, było wysoce korzystne, wiadomo bowiem, że dialog w małym gronie, gdzie wszyscy uważnie słuchają i mają czas na refleksję, i nikt nie krzyczy, jest zazwyczaj bardziej owocny, a w najgorszym przypadku swobodniejszy niż dialog masowy, któremu nieustannie grozi przekształcenie się w wiec albo, z powodu wymuszonej zwięzłości wystąpień, w ciąg haseł formułowanych naprędce i równie szybko zapominanych.
Ale zanim dojdziemy do sedna sprawy, czy też panelu czy dialogu, należy uściślić rzecz, z uwagi na rezultaty, wcale nie błahą. Organizatorzy, ci sami, którzy zatrzasnęli drzwi przed współczesną literaturą już to hiszpańską, już to polską, już to szwedzką, z braku czasu lub środków, dogadzając jednemu ze swych ostatnich kaprysów, przeznaczyli większą część budżetu na sprowadzenie gwiazd literatury angielskiej, nie licząc się z kosztami, a za pieniądze, które zostały, zaprosili trzech powieściopisarzy francuskich, jednego włoskiego poetę, piszącego również opowiadania i nowele, oraz trzech autorów niemieckich, po jednym z Berlina Wschodniego i Zachodniego, teraz zjednoczonych, literatów cieszących się jakim takim prestiżem (którzy przyjechali do Amsterdamu pociągiem i nie protestowali, dowiedziawszy się, że umieszczono ich w skromnym trzygwiazdkowym hotelu), i trzeciego pisarza, dość enigmatyczną postać, o której nikt nic nie wiedział, nawet Morini, który o współczesnej literaturze niemieckiej, dialogowej i niedialogowej, wiedział prawie wszystko.
I kiedy ów enigmatyczny pisarz, pochodzący ze Szwabii, podczas swego wystąpienia (lub dialogu) zaczął wspominać lata, kiedy był dziennikarzem, kiedy redagował działy kulturalne, kiedy przeprowadzał wywiady z twórcami niechętnie udzielającymi wywiadów, a później zaczął wspominać czasy, kiedy pracował jako animator kultury w prowincjonalnych albo wręcz zapomnianych miasteczkach, spragnionych kontaktów z kulturą, nagle, ni stąd, ni zowąd, padło nazwisko Archimboldiego (być może wskutek poprzedniej dyskusji prowadzonej przez Espinozę i Pelletiera), którego poznał właśnie wtedy, gdy pracował w jednym z fryzyjskich urzędów miejskich jako animator kultury, na północ od Wilhelmshaven, na wybrzeżu Morza Północnego, naprzeciwko Wysp Wschodniofryzyjskich, w miejscu, gdzie było zimno, bardzo zimno, a jeszcze gorsza od zimna była wilgoć, wilgoć przesycona solą, przenikająca aż do szpiku kości, i gdzie przeżyć zimę można było na dwa tylko sposoby, pierwszy: pić na umór, ryzykując marskość wątroby, i drugi: słuchać muzyki (z reguły amatorskich kwartetów smyczkowych) w sali widowiskowej ratusza lub uczestniczyć tam w spotkaniach z pisarzami, którzy przyjeżdżali do nas z różnych stron i którym płaciło się bardzo mało, zapewniało się nocleg w jedynym miejscowym pensjonacie i pokrywało koszty podróży w obie strony pociągiem, pociągami tak bardzo odmiennymi od dzisiejszych pociągów niemieckich, ale gdzie ludzie, moim zdaniem, byli bardziej rozmowni, lepiej wychowani, bardziej zainteresowani drugim człowiekiem, no cóż, po otrzymaniu honorarium, odliczając koszty podróży, pisarz opuszczał owe strony i wracał do domu (którym niekiedy był hotelowy pokój we Frankfurcie lub w Kolonii), mając w kieszeni trochę grosza, co tyczyło się zwłaszcza tych pisarzy i poetów, przede wszystkim poetów, którzy, przeczytawszy kilka stron i odpowiedziawszy na pytania lokalnej publiczności, rozkładali, jak to się mówi, swój straganik, sprzedawali kilka egzemplarzy swoich książek i wyciągali z tego kilka marek ekstra, co było powszechną i cenioną praktyką, bo jeśli ludziom podobało się to, co pisarz czytał, albo lektura zdołała ich wzruszyć, albo zabawić, albo zmusić do refleksji, to wówczas ludzie kupowali jedną z jego książek, niekiedy na pamiątkę tego bardzo miłego wieczoru autorskiego, podczas gdy po uliczkach fryzyjskiego miasteczka wiatr hulał i ściskał wnętrzności, taki był lodowaty, a niekiedy, żeby przeczytać raz i drugi jakiś wiersz albo opowiadanie, już u siebie w domu, kilka tygodni po wydarzeniu, nierzadko w świetle lampy naftowej, bo nie zawsze był prąd, wiadomo, wojna niedawno dobiegła końca, rany społeczne i ekonomiczne jeszcze się nie zasklepiły, no cóż, mniej więcej wszystko odbywało się tak samo jak dziś, z tą różnicą, że książeczki wykładane na straganiku wydawano własnym sumptem, a teraz to wydawcy rozkładają straganik, i jednym z pisarzy, który przybył do miasteczka, gdzie Szwab pracował jako animator kultury, był Benno von Archimboldi, pisarz pokroju Gustava Hellera albo Rainera Kühla, albo Wilhelma Frayna (Morini zajrzy później do encyklopedii, by poszukać tych nazwisk, bez powodzenia), a który nie przywiózł ze sobą książek, przeczytał za to dwa rozdziały swojej drugiej powieści, aktualnie na warsztacie, bo pierwszą, wspominał Szwab, opublikował tego właśnie roku w Hamburgu, ale z niej nic nie przeczytał, aczkolwiek ta pierwsza powieść istniała, powiedział Szwab, i Archimboldi, jakby uprzedzając wątpliwości, miał jej egzemplarz, mała powieść, może ze sto stron, może sto dwadzieścia, sto dwadzieścia pięć, i miał tę książeczkę w kieszeni marynarki i, rzecz zadziwiająca, Szwab lepiej pamiętał marynarkę Archimboldiego niż powieść wsuniętą w kieszeń tej marynarki, powieścidełko z brudną okładką, pofałdowaną, niegdyś barwy intensywnej kości słoniowej albo bladożółtopszenicznej, albo złotawej w lekkim zaniku, ale teraz już zupełnie bezbarwną i pozbawioną jakiegokolwiek tonu, tylko tytuł powieści, nazwisko autora i znak firmowy wydawnictwa, trudno za to było zapomnieć marynarkę, marynarkę z czarnej skóry, z wysokim kołnierzem umożliwiającym skuteczną ochronę przed śniegiem, deszczem i chłodem, obszerną, żeby można było pod nią włożyć gruby sweter, albo i dwa swetry, tak żeby nie było tego zanadto widać, po jednej poziomej kieszeni z każdej strony i z rzędem czterech guzików przyszytych jakby żyłką wędkarską, ani za dużych, ani za małych, marynarkę, która kojarzyła się, nie wiem dlaczego, z marynarkami niektórych gestapowców, chociaż wówczas marynarki z czarnej skóry były po prostu modne i ten, którego na nią było stać, albo ten, co ją odziedziczył, wkładał ją bez najmniejszych skrupułów, nie zastanawiając się, z czym się to kojarzy; i tym pisarzem, który przyjechał do owego fryzyjskiego miasteczka, był Benno von Archimboldi, młody Benno von Archimboldi, w wieku dwudziestu dziewięciu lub trzydziestu lat, i to właśnie on, Szwab, poszedł odebrać go z pociągu i zaprowadził do pensjonatu, rozmawiając po drodze o pogodzie, fatalnej, a później towarzyszył mu w drodze do ratusza, gdzie Archimboldi nie rozłożył straganiku i przeczytał dwa rozdziały nieskończonej jeszcze powieści, a później zjadł z nim kolację w miejscowej tawernie, w towarzystwie nauczycielki i drugiej pani, wdowy, która przedkładała muzykę lub malarstwo nad literaturę, ale brak zadowalającej oferty muzycznej i malarskiej nie oznaczał przecież, że z góry odtrąca wieczory autorskie, skądże znowu, i to właśnie owa pani wzięła na siebie ciężar konwersacji podczas kolacji (kiełbaski i ziemniaki, z napojów piwo – ani czas, napomknął Szwab, ani budżet władz miejskich nie pozwalały na większe fanaberie), aczkolwiek może, zamiast mówić o ciężarze konwersacji, należałoby powiedzieć o rozmowie pod batutą, może o sterowaniu rozmową, a obecni tam mężczyźni siedzący wokół stołu, sekretarz burmistrza, pewien pan zajmujący się sprzedażą solonych ryb, stary nauczyciel, którego morzyło co chwila, nawet wtedy, kiedy brał widelec do ręki, i pracownik ratusza, bardzo sympatyczny chłopak i bliski przyjaciel Szwaba, o imieniu Fritz, potakiwali albo pilnowali się, by nie wdawać się w spory ze straszną wdową, której obeznanie artystyczne przewyższało wiedzę wszystkich obecnych, ze Szwabem włącznie, i która podróżowała po Włoszech i Francji, a podczas jednej ze swych podróży, niezapomnianego rejsu transatlantykiem, dotarła nawet do Buenos Aires, w 1927 albo 1928 roku, kiedy to miasto było emporium mięsa rzeźnego i statki chłodnie wypływały z portu załadowane tonami mięsa, kierując się ku wszystkim portom świata, a kiedy ona, ta pani, pojawiała się na pokładzie, nocą na przykład, nierozbudzona jeszcze albo zemdlona, albo zbolała, wystarczyło oprzeć się o poręcz i pozwolić, by oczy się przyzwyczaiły, i wtedy widok portu oszałamiał całkowicie, znikały natychmiast resztki senności albo resztki mdłości, albo resztki bólu, bo w systemie nerwowym miejsca starczało jedynie na bezwarunkowe poddanie się temu widokowi, przemarszowi imigrantów, jak mrówki wnoszących do ładowni statków mięso tysięcy ubitych krów, ruchy palet załadowane mięsem tysięcy zarżniętych cieląt i mglisty kolor zabarwiający każdy zaułek portu, od świtu do nocy, nawet podczas nocnej zmiany, czerwony kolor krótko smażonego befsztyka, antrykotu, filetu, żeberek na chwilę rzuconych na grilla, okropność, dobrze, że ta pani, która wtedy jeszcze nie była wdową, widziała to tylko przez jedną noc, bo później zeszli na ląd i zatrzymali się w jednym z najdroższych hoteli w Buenos Aires, i poszli do opery, a później do hacjendy, gdzie jej mąż, doświadczony jeździec, zgodził się na wyścig z synem właściciela hacjendy, i wygrał, a później na wyścig z pracującym w hacjendzie gauczem, zaufanym człowiekiem syna, i też wygrał, a później z synem gaucza, szesnastoletnim gauczitem, chudziutkim jak trzcina o żywych oczach, tak żywych, że kiedy pani na niego spojrzała, gauczito spuścił głowę, po czym uniósł ją nieco i spojrzał na nią tak bezwstydnie, że pani poczuła się urażona, cóż za bezczelny smarkacz, a jej mąż śmiał się i mówił do niej po niemiecku: zrobiłaś wrażenie na dzieciaku, żart, który wcale nie wydał się pani zabawny, a później gauczito wsiadł na konia i ruszyli, ależ ten mały znakomicie dosiadał konia, z jaką żarliwością się pochylał, rzec by można, że przyklejał się do szyi swego konia, i pocił się, i uderzał palcatem, ale na metę pierwszy dotarł mąż, nie na darmo był kapitanem w pułku kawalerii, i właściciel hacjendy i syn właściciela hacjendy wstali z miejsc i klaskali, umieli przegrywać, i reszta gości też klaskała, dobry jeździec z tego Niemca, wspaniały jeździec, chociaż kiedy gauczito dojechał do mety, to znaczy na linię ganku hacjendy, wyraz jego twarzy bynajmniej nie wskazywał, że potrafi przegrywać, wręcz przeciwnie, widać było, że jest zawiedziony, zły, miał spuszczoną głowę, a gdy mężczyźni, rozmawiając po francusku, rozeszli się po ganku w poszukiwaniu kieliszka zimnego szampana, pani podeszła do gauczita, który został sam, trzymając w lewej ręce uzdę – długim dziedzińcem oddalał się ku stajniom ojciec gauczita, prowadząc konia, którego dosiadał Niemiec – i mówiła mu w niezrozumiałym języku, żeby się nie smucił, że bardzo dobrze pojechał, ale że jej mąż też jest dobrym jeźdźcem, bardziej doświadczonym, słowa, które zabrzmiały gauczitowi jak księżyc, jak przepływające chmury, które zasnuwają księżyc, jak strasznie powolna burza, i wtedy gauczito spojrzał na panią od dołu drapieżnym wzrokiem, gotów wbić jej nóż na wysokości pępka i pociągnąć aż do piersi, przecinając ją wzdłuż, a jego spojrzenie niedoświadczonego rzeźniczka roziskrzyło się dziwnym blaskiem, jak twierdziła pani, co nie przeszkodziło jej pójść za nim bez słowa protestu, kiedy gauczito wziął ją za rękę i zaczął prowadzić na tyły domu, w miejsce, gdzie stała pergola z kutego żelaza i rosły klomby kwiatów, i drzewa, których pani w życiu nie widziała, albo w owej chwili wydawało jej się, że ich w życiu nie widziała, i nawet fontannę zobaczyła w parku, kamienną fontannę, w środku której stał na jednej nóżce w tanecznym pas kreolski cherubinek, cały radosny, o rysach pół europejskich, pół kanibalskich, ustawicznie ociekający wodą z trzech strumieni tryskających spod jego stóp, wyrzeźbiony w jednej bryle czarnego marmuru, i pani oraz gauczito stanęli przed nim i podziwiali go długo, póki nie przyszła daleka kuzynka właściciela hacjendy (albo konkubina, która zawieruszyła się właścicielowi hacjendy w jednym z wielu zakamarków pamięci) i zimną, ponaglającą angielszczyzną powiedziała, że mąż pani szuka jej od jakiegoś czasu, i kiedy pani gotowa już była opuścić zaczarowany ogród, prowadzona pod rękę przez daleką kuzynkę, gauczito zawołał ją, a przynajmniej tak jej się zdało, i kiedy się odwróciła, powiedział do niej kilka szeleszczących słów, pani pogłaskała go po głowie i zapytała kuzynki, co gauczito powiedział, podczas gdy jej palce błądziły w jego gęstych włosach, a kuzynka jakby wahała się przez chwilę, ale pani, która nie znosiła kłamstw ani półprawd, zażądała natychmiastowego i wiernego przekładu, i kuzynka powiedziała jej: gauczito powiedział... gauczito powiedział... że szef przygotował wszystko, żeby pani mąż wygrał dwa ostatnie wyścigi, i powiedziawszy to, kuzynka zamilkła, gauczito odszedł w głąb parku, ciągnąc za wodze swego konia, a pani wróciła do towarzystwa, ale nie mogła przestać myśleć o tym, co gauczito wyznał jej na pożegnanie, niebożątko, i choć nieustannie o tym myślała, słowa gauczita pozostawały zagadką, zagadką, która nie dawała jej spokoju przez całe przyjęcie, która męczyła ją, kiedy przewracała się w łóżku, próbując zasnąć, i która wytrącała ją z równowagi następnego dnia, podczas długiej przejażdżki konnej i podczas parillady, i towarzyszyła jej podczas powrotu do Buenos Aires i podczas kilkudniowego pobytu w hotelu albo kiedy wybierała się na rauty do ambasady niemieckiej albo ambasady angielskiej, albo ambasady ekwadorskiej, i która rozwiązała się dopiero wtedy, kiedy statek był już od kilku dni w drodze do Europy, w nocy, o czwartej nad ranem, kiedy pani wyszła na pokład pospacerować, nie wiedząc, i nie chcąc nawet wiedzieć, na jakiej szerokości ani długości geograficznej się znajdują, otoczona, lub po części otoczona, 106 200 000 kilometrów kwadratowych słonej wody, w tym właśnie momencie, gdy pani na pierwszym pokładzie pasażerów pierwszej klasy zapalała papierosa ze wzrokiem wbitym w ten przestwór oceanu, którego nie widziała, ale słyszała, zagadka w cudowny sposób wyjaśniła się, i dokładnie wtedy, w tym punkcie kulminacyjnym, powiedział Szwab, pani, owa pani, niegdyś bogata i można, i inteligentna (przynajmniej na swój sposób), fryzyjska pani zamilkła i nabożne milczenie, lub, co gorsza, milczenie zabobonne, zaległo w owej smutnej niemieckiej tawernie czasów powojennych, w której wszyscy zaczęli się czuć coraz bardziej zakłopotani i szybko zaczęli sprzątać z talerzy resztki swoich kiełbas i ziemniaków i dopijać piwo z kufli, jakby obawiali się, że lada chwila pani zacznie wyć niczym erynia, i uznali, że lepiej być gotowym w każdej chwili wyjść na ulicę, by stawić czoło zimnu z pełnym żołądkiem, pokonując drogę do domu.
I wówczas pani się odezwała. Powiedziała:
– Czy ktoś potrafi rozwiązać zagadkę?
Powiedziała to, na nikogo nie patrząc i nie zwracając się do nikogo bezpośrednio.
– Czy ktoś wie, jak brzmi rozwiązanie tej zagadki? Ktoś potrafi to zrozumieć? Czy jest w tym miasteczku człowiek, który mógłby mi powiedzieć, choćby na ucho, jakie jest rozwiązanie tej zagadki?
Wszystko to mówiła, patrząc w swój talerz, na którym leżała prawie nietknięta porcja kiełbasy i ziemniaków.
I wówczas Archimboldi, który dotąd siedział z opuszczoną głową, jedząc, kiedy pani mówiła, powiedział bezbarwnym głosem, że był to gest gościnności, że właściciel hacjendy i jego syn byli przekonani, że pierwszy wyścig przegra pani mąż, więc przygotowali jeszcze dwa ustawione wyścigi, żeby kapitan kawalerii w stanie spoczynku mógł je wygrać. Pani spojrzała mu wówczas w oczy i zaśmiała się, i zapytała go, dlaczego jej mąż wygrał pierwszy wyścig.
– No dlaczego? Dlaczego? – zapytała pani.
– Bo w ostatniej chwili syn właściciela hacjendy – powiedział Archimboldi – który najprawdopodobniej był lepszym jeźdźcem i miał lepsze siodło niż pani małżonek, doznał czegoś, co znamy jako uczucie litości. Jednym słowem, rozochocony zabawą, jaką on i jego ojciec urządzili naprędce, zdecydował, że trzeba wszystko roztrwonić. Wszystko, łącznie z niewątpliwym zwycięstwem w wyścigu. I do pewnego stopnia wszyscy zrozumieli, że tak powinno być, nawet kobieta, która poszła po panią do parku, ale nie gauczito.
– I to tyle? – zapytała pani.
– Dla gauczita nie. Sądzę, że gdyby została pani z nim dłużej, to by panią zabił. Co na swój sposób również byłoby aktem trwonienia, ale drastycznie odmiennym od zamysłu właściciela hacjendy i jego syna.
Później pani wstała, podziękowała za wieczór autorski i odeszła.
– Parę minut później – powiedział Szwab – odprowadziłem Archimboldiego do pensjonatu. Następnego ranka, kiedy przyszedłem, by odprowadzić go na pociąg, już go nie było.
Co za fantastyczny Szwab, powiedział Espinoza. Chcę go dla siebie, powiedział Pelletier. Nie zamęczcie go, błagam. Udawajcie, że średnio was to wszystko interesuje, powiedział Morini. Trzeba do niego podchodzić w rękawiczkach, powiedziała Norton. To znaczy: należy z nim postępować delikatnie.
Ale wszystko, co Szwab miał do powiedzenia, właściwie już powiedział, i choć skakali koło niego i zaprosili go na kolację do najlepszej restauracji w Amsterdamie, i schlebiali mu, i rozmawiali o gościnności i wielkoduszności, i losie popadłych w zapomnienie animatorów kultury z małych prowincjonalnych mieścin, nie potrafili wydobyć z niego żadnej interesującej informacji, choć cała czwórka dołożyła wszelkich starań, by dokładnie zapamiętać każde jego słowo, jakby odnaleźli Mojżesza, co zresztą nie uszło uwagi Szwaba, w efekcie powodując raczej pogłębienie jego nieśmiałości (coś niespotykanego u byłego prowincjonalnego animatora kultury, w opinii Espinozy i Pelletiera, którzy uważali, że Szwab jest przede wszystkim bandziorem), jego chłodnej rezerwy, jego powściągliwości bliskiej chimerycznej omercie starego nazisty wietrzącego niebezpieczeństwo.
Dwa tygodnie później Espinoza i Pelletier wzięli parę dni wolnego i pojechali do Hamburga, by odwiedzić wydawcę Archimboldiego. Przyjął ich redaktor naczelny, chudy osobnik, raczej wysmukły niż wysoki, liczący sobie około sześćdziesięciu lat, o nazwisku Schnell, co oznacza szybki, aczkolwiek Schnell był raczej opieszały. Włosy miał proste, ciemnokasztanowe, na skroniach nieco przyprószone siwizną, co w jakiejś mierze uwydatniało jego młodzieńczy wygląd. Kiedy wstał, by uścisnąć im dłonie na powitanie, zarówno Espinoza, jak i Pelletier odnieśli wrażenie, że mają do czynienia z homoseksualistą.
– Pedał to twór najbardziej podobny do węgorza – powiedział później Espinoza, gdy przechadzali się po Hamburgu.
Pelletier ofuknął go za to homofobiczne spostrzeżenie, choć w głębi ducha się z nim zgadzał, Schnell miał w sobie coś z węgorza, ryby pływającej w ciemnych i mulistych wodach.
Oczywiście nie powiedział im właściwie nic, czego by nie wiedzieli. Schnell nigdy nie widział Archimboldiego, pieniądze, coraz większe, z honorariów za książki i przekłady deponował na koncie w banku szwajcarskim. Co dwa lata Archimboldi przysyłał pocztą kolejne instrukcje, które zwykle nadawane były z Włoch, chociaż w archiwach wydawnictwa znajdowały się listy ze znaczkami poczty greckiej, hiszpańskiej i marokańskiej, listy, które skądinąd adresowane były do właścicielki wydawnictwa, pani Bubis, i których Schnell oczywiście nie czytał.
– W wydawnictwie pracują jeszcze tylko dwie osoby, oczywiście poza panią Bubis, które osobiście poznały Benna von Archimboldiego – powiedział im Schnell. – Szefowa działu prasowego i szefowa działu korekty. Archimboldi zniknął na długo przed tym, jak zacząłem tu pracować.
Pelletier i Espinoza poprosili o spotkanie z obydwiema kobietami. Biuro szefowej działu prasowego pełne było zdjęć pisarzy, niekoniecznie związanych z wydawnictwem, i kwiatów, a sama szefowa o zaginionym pisarzu powiedziała im tylko tyle, że to dobry człowiek.
– Wysoki mężczyzna, bardzo wysoki – powiedziała. – Kiedy szedł obok świętej pamięci pana Bubisa, wyglądali jak ti. Albo jak li.
Espinoza i Pelletier nie zrozumieli, co ma na myśli, więc szefowa działu prasowego narysowała im na kartce literę „1” połączoną z literą „i”. A może bardziej odpowiednie byłoby „le”. O tak.
I na tej samej karteczce napisała: „le”.
„L” to Archimboldi, a „e” to świętej pamięci pan Bubis.
Szefowa działu prasowego roześmiała się, a później zaczęła im się przyglądać, mocno odchylając się do tyłu na oparciu obrotowego fotela, już w milczeniu. Potem spotkali się z szefową działu korekty. Miała mniej więcej tyle samo lat co szefowa działu prasowego, ale nie była taka skora do żartów.
Powiedziała im, że owszem, poznała Archimboldiego wiele lat temu, ale nie pamięta ani jego twarzy, ani jego sposobu bycia, ani też żadnej anegdoty, którą warto by było opowiedzieć. Nie pamiętała jego ostatniej wizyty w wydawnictwie. Poradziła im, by porozmawiali z panią Bubis, a później, bez uprzedzenia, pogrążyła się w korekcie wydruku, zajęła się odpowiadaniem na wątpliwości innych korektorów i rozmowami telefonicznymi z ludźmi, którzy być może, pomyśleli ze współczuciem Espinoza i Pelletier, byli tłumaczami. Przed wyjściem, niezrażeni niepowodzeniem, wrócili do gabinetu Schnella, by opowiedzieć mu o planowanych w przyszłości zjazdach i sympozjach archimboldiańskich. Schnell, uprzejmy i serdeczny jak zwykle, powiedział, że jeśli będą czegokolwiek potrzebować, mogą liczyć na jego pomoc.
Nie mając nic innego do roboty poza czekaniem na powrotne loty do Paryża i Madrytu, Pelletier i Espinoza udali się na przechadzkę po Hamburgu. Nogi zaprowadziły ich do dzielnicy burdeli i peep-show, i nagle ogarnęła ich melancholia, i jeden drugiemu zaczął zwierzać się z różnych miłosnych przypadków i zawodów. Oczywiście nie padły żadne nazwiska ani daty, można byłoby stwierdzić, że rozmawiają w planie całkowicie abstrakcyjnym, ale choć wyliczali i relacjonowali swoje nieszczęścia na chłodno, rozmowa i przechadzka, miast przynieść im ulgę, pogrążyła ich w jeszcze większej melancholii, do tego stopnia, iż po upływie dwóch godzin obaj poczuli, że zaczynają się dusić. W milczeniu wrócili do hotelu taksówką.
Tam czekała ich niespodzianka. W recepcji zostawiono notkę adresowaną do nich obu i podpisaną przez Schnella, w której wyjaśniał, że po przedpołudniowej rozmowie postanowił skontaktować się z panią Bubis i że pani Bubis gotowa jest ich przyjąć. Następnego dnia rano Espinoza i Pelletier stawili się w mieszkaniu właścicielki wydawnictwa, na trzecim piętrze starej kamienicy w zabytkowej części Hamburga. Czekając na zaproszenie do pokojów, zajęli się oglądaniem fotografii wiszących na ścianie. Na dwóch sąsiednich ścianach wisiały obrazy Soutine’a, Kandinskiego, sporo rysunków Grosza, Kokoschki i Ensora. Ale Espinoza i Pelletier wydawali się bardziej zainteresowani fotografiami, na których niemal zawsze był ktoś, kim gardzili lub kogo podziwiali, ale kogo mimo wszystko czytali: Thomas Mann z Bubisem, Heinrich Mann z Bubisem, Klaus Mann z Bubisem, Alfred Döblin z Bubisem, Hermann Hesse z Bubisem, Walter Benjamin z Bubisem, Anna Seghers z Bubisem, Stefan Zweig z Bubisem, Bertold Brecht z Bubisem, Feuchtwanger z Bubisem, Johannes Becher z Bubisem, Arnold Zweig z Bubisem, Ricarda Huch z Bubisem, Oskar Maria Graf z Bubisem, ciała, twarze i mgliste tła, gustownie oprawione. Fotografowani, z prostodusznością zmarłych, którym już jest obojętne, że są obserwowani, przyglądali się ledwo powstrzymywanemu entuzjazmowi profesorów uniwersyteckich. Kiedy pojawiła się pani Bubis, obaj stali niemal przyklejeni do ściany, usiłując dojrzeć, czy ten, który stoi obok Bubisa, to Fallada czy nie Fallada.
Tak, to rzeczywiście Fallada, potwierdziła ich przypuszczenia pani Bubis, ubrana w białą bluzkę i czarną spódnicę. Odwróciwszy się, Pelletier i Espinoza ujrzeli starszą panią, o figurze podobnej, jak wyzna dużo później Pelletier, do figury Marleny Dietrich, ujrzeli damę, która była wciąż tak samo i nieodmiennie, mimo upływu lat, zdeterminowana, kobietę, która nie czepia się rozpaczliwie brzegu przepaści, ale spada w nią z ciekawością i elegancją. Kobietę, która spada w przepaść na siedząco.
– Mój mąż znał wszystkich pisarzy niemieckich, a pisarze niemieccy cenili i szanowali mojego męża, chociaż później kilkoro z nich mówiło o nim straszne rzeczy, nawet zupełnie nieprawdziwe – powiedziała pani Bubis z uśmiechem.
Rozmawiali o Archimboldim i pani Bubis zarządziła, by podano ciasteczka i herbatę, choć ona sama wypiła kieliszek wódki, co zaskoczyło Espinozę i Pelletiera, ale nie dlatego, że stara dama sięgała po alkohol tak wcześnie rano, lecz dlatego, że im nie zaproponowała wódki, wódki, za którą zresztą grzecznie, ale stanowczo by podziękowali.
– Jedyną osobą w wydawnictwie doskonale znającą całą twórczość Archimboldiego – powiedziała pani Bubis – był pan Bubis, który wydał wszystkie jego książki.
Ale ją nurtuje pytanie (z którym przy okazji zwraca się do nich), do jakiego stopnia ktoś może poznać twórczość kogoś innego.
– Mnie na przykład pasjonuje twórczość Grosza – powiedziała, wskazując rysunki Grosza wiszące na ścianie. – Ale czy to znaczy, że naprawdę znam jego twórczość? Jego historie rozśmieszają mnie, chwilami jestem przekonana, że Grosz narysował je właśnie po to, żebym się roześmiała, czasem śmiech przechodzi w gromki śmiech, a gromki śmiech w paroksyzmy śmiechu, ale kiedyś poznałam krytyka sztuki bardzo ceniącego Grosza, rzecz jasna, który czuł się mocno zdeprymowany po każdej groszowskiej retrospektywie albo po analizie jednego z jego płócien lub rysunków, jaką przeprowadzał z przyczyn zawodowych. Okresy smutku czy depresji mogły trwać tygodniami. Ten krytyk sztuki był moim przyjacielem, chociaż nigdy nawet nie zahaczyliśmy o Grosza. Kiedyś powiedziałam mu o swoich reakcjach. Na początku nie mógł uwierzyć. Potem zaczął kręcić głową raz, drugi, trzeci. Potem zlustrował mnie z góry na dół i z dołu do góry, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Pomyślałam, że zwariował. Zerwał naszą przyjaźń na zawsze. Niedawno ktoś mi powiedział, że ciągle mówi, że ja nic o Groszu nie wiem, a mój gust estetyczny nie różni się od gustu krowy. No cóż, jeśli o mnie chodzi, może sobie mówić, co chce. Ja śmieję się przy Groszu, jego Grosz deprymuje, ale kto tak naprawdę zna Grosza?
– Załóżmy – powiedziała pani Bubis – że w tym właśnie momencie rozlega się pukanie do drzwi i pojawia się mój dawny przyjaciel krytyk sztuki. Siada tutaj, na sofie, przy mnie, a któryś z panów wyciąga rysunek, niepodpisany, zapewnia, że to rysunek Grosza i że chce go sprzedać. Ja patrzę na rysunek i uśmiecham się, i wyciągam książeczkę czekową, i kupuję go. Krytyk sztuki patrzy na rysunek i rysunek nie deprymuje go, i usiłuje mnie przekonać, bym wycofała się z transakcji. Dla niego to nie jest rysunek Grosza. Dla mnie to jest rysunek Grosza. Kto z nas ma rację?
Albo przedstawmy to w inny sposób. Pan – powiedziała pani Bubis, wskazując na Espinozę – wyjmuje niepodpisany rysunek i twierdzi, że to rysunek Grosza, i próbuje pan go sprzedać. Ja się nie śmieję, przyglądam mu się chłodno, doceniam kreskę, pewność ręki, satyryczny aspekt, ale nic w tym rysunku nie wywołuje mojej radości. Krytyk sztuki ogląda go dokładnie i, jak to u niego bywa, czuje się rysunkiem zdeprymowany, i natychmiast składa ofertę kupna, ofertę przekraczającą wszystkie jego oszczędności, której przyjęcie wpędzi go w długie melancholijne wieczory. Próbuję go od tego odwieść. Mówię mu, że rysunek wydaje mi się podejrzany, bo nie wywołuje u mnie śmiechu. Krytyk odpowiada, że to najwyższy czas, bym spojrzała na twórczość Grosza oczami osoby dorosłej, i gratuluje mi. Kto z nas ma rację?
Później wrócili do Archimboldiego i pani Bubis pokazała im przedziwną recenzję, która ukazała się w jednym z berlińskich dzienników po wydaniu Lüdicke, pierwszej powieści Archimboldiego. Recenzja podpisana przez niejakiego Schleiermachera usiłowała określić osobowość powieściopisarza kilkoma słowami.
Inteligencja: średnia.
Charakter: epileptyczny.
Kultura: nieuporządkowana.
Zdolność fabularyzowania: chaotyczna.
Prozodia: chaotyczna.
Średnią inteligencję i nieuporządkowaną kulturę łatwo zrozumieć. Ale co chciał powiedzieć przez charakter epileptyczny? – że Archimboldi cierpi na epilepsję, że ma nie po kolei w głowie, że miewa dziwne i tajemnicze ataki, że jest obsesyjnym czytelnikiem Dostojewskiego? W notce nie było żadnego opisu fizjonomii autora.
– Nigdy nie dowiedzieliśmy się, kto zacz ów Schleiermacher – powiedziała pani Bubis – mój nieboszczyk mąż nawet dowcipkował, że notkę napisał sam Archimboldi. Ale i on, i ja wiedzieliśmy, że to nieprawda.
Koło południa, kiedy grzeczność nakazywałaby się pożegnać, Pelletier i Espinoza odważyli się zadać jedyne ważne w ich mniemaniu pytanie: czy mogłaby im pomóc skontaktować się z Archimboldim? Oczy pani Bubis rozbłysły. Jakby nagle ujrzała pożar, powiedział później Pelletier Liz Norton. Ale nie pożar w jego punkcie krytycznym, lecz pożar, który po wielu miesiącach ostatecznie dogasał. Negatywna odpowiedź wyrażona została poprzez delikatny ruch głową, który jednak wystarczył, by Pelletier i Espinoza natychmiast zrozumieli daremność swojej prośby.
Posiedzieli jeszcze chwilę. Z którejś części domu dobiegała przygłuszona melodia znanej włoskiej piosenki. Espinoza zapytał panią Bubis, czy znała go osobiście, czy za życia męża spotkała się kiedyś z Archimboldim. Pani Bubis powiedziała, że owszem, a potem zanuciła ostatnią zwrotkę piosenki. Zdaniem obu przyjaciół jej włoski akcent był bez zarzutu.
– Jaki jest Archimboldi? – zapytał Espinoza.
– Bardzo wysoki – odparta pani Bubis – bardzo wysoki, to nader postawny mężczyzna. Gdyby urodził się teraz, pewnie by grał w koszykówkę.
Powiedziała to jednak w taki sposób, że równie dobrze Archimboldi mógłby być liliputem. W taksówce, którą wrócili do hotelu, obaj przyjaciele myśleli o Groszu i o perlistym i okrutnym śmiechu pani Bubis, i o wrażeniu, jakie wywarło na nich mieszkanie pełne zdjęć, gdzie jednak brakowało fotografii jedynego pisarza, który ich interesował. I chociaż obaj nie chcieli się do tego przyznać, uważali (lub przeczuwali), że o wiele ważniejszy był błysk, który przez ułamek sekundy zamajaczył im w dzielnicy burdeli, niż objawienie, mniejsza o jego naturę, doznane w domu pani Bubis.
Mówiąc krótko i bez ogródek, Pelletier i Espinoza, przechadzając się po Sankt Pauli, zdali sobie sprawę, że poszukiwanie Archimboldiego nigdy nie wypełni im życia. Mogli go czytać, mogli go badać, mogli go dzielić na części pierwsze, ale nie mogli umierać z nim ze śmiechu ani popadać w depresję, po części dlatego, że Archimboldi zawsze był daleko, a po części z tego powodu, że jego twórczość, im bardziej się w nią zagłębić, pożerała swoich eksploratorów. Mówiąc krótko: Pelletier i Espinoza zrozumieli wpierw w Sankt Pauli, a później w domu pani Bubis, przyozdobionym fotografiami zmarłego pana Bubisa i jego pisarzy, że chcą miłości, nie wojny.
Po południu, pozwalając sobie tylko na absolutnie niezbędne zwierzenia, to znaczy zwierzenia ogólnikowe, rzec by można: abstrakcyjne, udali się, znów razem, taksówką na lotnisko i czekając na odloty swych samolotów, rozmawiali o miłości, o potrzebie miłości. Pierwszy odleciał Pelletier. Kiedy Espinoza został sam – jego samolot odlatywał pół godziny później – zaczął myśleć o Liz Norton i o swoich realnych szansach, by ją w sobie rozkochać. Wyobraził ją sobie, a później wyobraził sobie siebie samego, jak mieszkają razem w Madrycie, jak robią zakupy w supermarkecie, jak razem pracują na wydziale filologii niemieckiej, wyobraził sobie swój gabinet i jej gabinet oddzielone ścianą, i madryckie noce u jej boku, i kolacje w gronie przyjaciół w dobrych restauracjach, i powroty do domu, ogromną łazienkę, ogromne łóżko.
Ale Pelletier go ubiegł. Trzy dni po spotkaniu z wydawczynią Archimboldiego pojawił się w Londynie bez uprzedzenia i zrelacjonowawszy Liz Norton ostatnie wieści, zaprosił ją na kolację do jednej z restauracji w Hammersmith, którą polecił mu kolega z filologii rosyjskiej, zjedli tam gulasz i purée z grochu, i buraczki, i śledzia w śmietanie, kolacja była ze świecami i ze skrzypcami, i z autentycznymi Rosjanami, i z Irlandczykami przebranymi za Rosjan, z każdego punktu widzenia forma przerastała treść, a z punktu widzenia gastronomicznego była to kolacja ubożuchna i problematyczna, do której wypili parę kieliszków wódki i butelkę bordeaux, Pelletier zapłacił za nią jak za zboże, ale opłaciło mu się, bo Norton zaprosiła go do siebie, formalnie, żeby porozmawiać o Archimboldim i tych kilku rzeczach, które pani Bubis im wyjawiła, jak również o pogardliwych słowach, jakie krytyk Schleiermacher napisał o debiucie Archimboldiego, a później oboje zaczęli się śmiać i Pelletier pocałował Norton w usta, nienachalnie, a Angielka na jego pocałunek odpowiedziała pocałunkiem znacznie bardziej namiętnym, być może w wyniku kolacji, wódki, bordeaux, ale który Pelletier odebrał jako obiecujący, a później poszli do łóżka i kochali się przez godzinę, aż w końcu Angielka zasnęła.
Owej nocy, kiedy Liz Norton spała, Pelletier przypomniał sobie odległy już wieczór, kiedy razem z Espinozą oglądali horror w pokoju niemieckiego hotelu.
Był to japoński film i w jednej z pierwszych scen jedna nastolatka opowiadała drugiej historię. Była to opowieść o spędzającym wakacje w Kobe chłopcu, który chciał pobawić się z kolegami akurat wtedy, gdy w telewizji nadawali jego ulubiony program. Chłopiec wsuwał taśmę do magnetowidu i programował go tak, żeby nagrać program, a później wychodził na podwórko. Ale dzieciak był z Tokio, a w Tokio ten jego program nadawano na kanale 34, podczas gdy w Kobe kanał 34 był pusty, to znaczy nic tam nie było, tylko telewizyjny śnieg.
A kiedy chłopiec wracał i siadał przed telewizorem, i włączał magnetowid, zamiast ulubionego programu widział kobietę o białej twarzy, która przepowiadała mu śmierć.
I nic więcej.
I wtedy dzwonił telefon, chłopiec odbierał i słyszał głos tej samej kobiety, która mówiła mu, żeby nie myślał sobie, że to dowcip. Tydzień później chłopca znaleziono w ogrodzie, nie żył.
I to wszystko opowiadała pierwsza nastolatka drugiej nastolatce, a z każdym wypowiadanym słowem zdawała się umierać ze śmiechu. Ta druga nastolatka wyglądała na śmiertelnie przerażoną. Ale ta pierwsza, ta, która opowiadała historię, sprawiała wrażenie, jakby lada moment miała zacząć tarzać się ze śmiechu.
I wtedy, wspominał Pelletier, Espinoza powiedział, że ta pierwsza to tandetna psychopatka, a druga to kompletna idiotka, i że ten film nawet mógłby być dobry, gdyby ta druga, zamiast stroić grymasy, składać usta w podkówkę i odgrywać egzystencjalny lęk, powiedziała tej pierwszej, żeby się zamknęła. I nie delikatnie ani grzecznie, raczej coś w rodzaju: „Zamknij mordę, kurwo jedna, z czego się śmiejesz? Co, rajcuje cię opowiadanie historii o zmarłym dzieciaku? Podniecasz się, kiedy opowiadasz historię o zmarłym dzieciaku, ty lachociągu niewyżyty?”.
I tym podobne rzeczy. Pelletier wspominał, że Espinoza mówił z takim przejęciem, imitując nawet ton głosu i postawę, jaką powinna przyjąć pierwsza nastolatka wobec drugiej, że Francuz uznał, iż najlepiej będzie wyłączyć telewizor i pójść z Hiszpanem do jakiegoś baru, a potem niech każdy wróci do swojego pokoju. I wspominał, że poczuł nagły przypływ serdeczności dla Espinozy, serdeczności, w której pobrzmiewały echa szczenięcych lat i przygód z żelazną konsekwencją przeżywanych wspólnie, i wieczorów na prowincji.
W ciągu owego tygodnia telefon stacjonarny Liz Norton dzwonił trzy, cztery razy każdego popołudnia, a jej telefon komórkowy dwa, trzy razy każdego ranka. Dzwonili Pelletier i Espinoza, i chociaż obaj uparcie starali się znaleźć jakiś archimboldiański pretekst dla każdego telefonu, preteksty owe wyczerpywały się w zaledwie minutę, a potem filologowie mogli spokojnie przejść do rozmowy o tym, o czym rzeczywiście chcieli rozmawiać.
Pelletier opowiadał o kolegach z wydziału filologii niemieckiej, o młodym szwajcarskim nauczycielu i poecie, który nękał go nieustannie, chcąc wyprosić stypendium, o niebie Paryża (przywołując Baudelaire’a, Verlaine’a, Banville’a), o samochodach, które o zmierzchu, z zapalonymi już światłami, ruszały w drogę powrotną do domu. Espinoza opowiadał o swojej bibliotece, do której sięgał w najsamotniejszej samotności, o odgłosie dalekich bębnów, który rozlegał się od czasu do czasu i dochodził z jakiegoś mieszkania na tej samej ulicy, zajmowanego, jak sądził, przez zespół afrykańskich muzyków, o madryckich dzielnicach, o Lavapiés, Malasañi, o okolicach Gran Vía, gdzie można było spacerować w nocy właściwie o każdej porze.
W owych dniach zarówno Espinoza, jak i Pelletier kompletnie zapomnieli o Morinim. Jedynie Norton dzwoniła do niego od czasu do czasu, by odbywać te same co zawsze rozmowy.
Morini, na swój sposób, osiągnął stan całkowitej niewidzialności.
Pelletier szybko nabrał zwyczaju podróżowania do Londynu za każdym razem, kiedy przyszła mu na to ochota, chociaż wypada nadmienić, że z powodu niewielkiej w gruncie rzeczy odległości i obfitości dogodnych połączeń zadanie miał ułatwione.
Wizyty owe trwały zaledwie jedną noc. Pelletier docierał na miejsce parę minut po dziewiątej, o dziesiątej spotykał się z Norton w restauracji przy stoliku, który rezerwował jeszcze z Paryża, o pierwszej byli już razem w łóżku.
Norton była kochanką namiętną, ale jej namiętność była ograniczona w czasie. Podczas aktu seksualnego Liz, niezbyt pomysłowa, ochoczo podejmowała wszystkie gry zaproponowane przez kochanka, nie mając nigdy odwagi, czy też nie siląc się na przejęcie inicjatywy. Kochali się zazwyczaj nie dłużej niż trzy godziny, co czasami zasmucało Pelletiera, który marzył, by pieprzyć się aż do pierwszych świateł brzasku.
Kiedy było już po wszystkim, i ta właśnie kwestia frustrowała Pelletiera najbardziej, Norton wolała poruszać tematy akademickie, zamiast otwarcie porozmawiać o tym czymś, co rodziło się między nimi. Pelletier myślał, że chłód Norton jest bardzo kobiecym sposobem, by nie dać się zranić. Chcąc przełamać bariery, którejś nocy postanowił opowiedzieć jej swoje własne sentymentalne perypetie. Sporządził długą listę kobiet, z którymi coś go łączyło, wystawiając je, jedną po drugiej, na lodowate, znudzone spojrzenie Liz Norton. Nie dała po sobie poznać, czy zrobiło to na niej jakiekolwiek wrażenie, nie miała też zamiaru odwzajemniać się podobnymi zwierzeniami.
Rano, zadzwoniwszy po taksówkę, Pelletier ubierał się bezszelestnie, by jej nie obudzić, i jechał na lotnisko. Przed wyjściem przez kilka sekund patrzył na nią, samą w pościeli, i czasami czuł, że przepełnia go miłość tak wielka, że gotów byłby tu na miejscu się rozpłakać.
Godzinę później dzwonił budzik Liz Norton, która natychmiast zrywała się na równe nogi. Brała prysznic, nastawiała wodę, piła herbatę z mlekiem, suszyła włosy i rozpoczynała pieczołowitą inspekcję własnego mieszkania, jakby się bała, że nocny gość mógł z niego wynieść jakiś cenny przedmiot. Salon i sypialnia zawsze wyglądały jak po przejściu tornado, nie znosiła tego. Niecierpliwie sprzątała brudne kieliszki, opróżniała popielniczki, zdejmowała starą pościel i powlekała nową, układała na półkach książki, które Pelletier wyciągnął, a potem zostawił na podłodze, ustawiała butelki z powrotem w kuchennym barku, a potem ubierała się i wychodziła na uniwersytet. Jeśli miała zebranie z kolegami z wydziału, szła na to zebranie, jeśli nie, zamykała się w bibliotece, by popracować albo poczytać, dopóki nie nadeszła godzina zajęć ze studentami.
Pewnej soboty Espinoza powiedział jej, że musi przyjechać do Madrytu, że on ją zaprasza, że Madryt o tej porze roku jest najpiękniejszym miastem na świecie, a poza tym jest retrospektywa Bacona, której po prostu nie można przegapić.
– Przyjadę jutro – powiedziała Norton, czego Espinoza, prawdę mówiąc, nie spodziewał się wcale, zapraszał ją bowiem głównie po to, by dać wyraz swojemu pragnieniu, a nie dlatego, że naprawdę wierzył, że ona to zaproszenie przyjmie.
