100 przebojów muzyki klasycznej - Robert Ginalski - ebook + książka

100 przebojów muzyki klasycznej ebook

Ginalski Robert

4,8
12,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wiesz, jak powstawały największe przeboje muzyki klasycznej? Robert Ginalski odkrywa tajemnice melodii znanych na całym świecie. Nie musisz być melomanem! Dzięki tej wyjątkowej książce, dasz porwać się historiom, które zrywają ze stereotypem muzyki nazywanej przez niektórych „poważną". Przyjazny czytelnikowi styl, szereg anegdot i odniesień do kultury popularnej na nowo odkryją przed Tobą czar klasyki. To także świetne uzupełnienie szkolnej wiedzy dla czytelników w każdym wieku!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 207

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Robert Ginalski

100 przebojów muzyki klasycznej

Saga

100 przebojów muzyki klasycznejZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2011, 2020 Robert Ginalski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726554533

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

prawolubni

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki

To nie jest książka dla wytrawnych melomanów, choć być może i oni znajdą w niej coś dla siebie. To rzecz dla początkujących miłośników muzyki klasycznej oraz tych, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli. Najbardziej oporni zapewne nie przekonają się do Bacha i spółki, ale ta lektura i tak im się przyda – w najgorszym razie będą mogli zabłysnąć w towarzystwie elitarną wiedzą.

Przedmowa

Czym jest przebój muzyczny? W dużym uproszczeniu można by powiedzieć, że to taki utwór, który znienacka zaczynamy nucić przy goleniu bądź na spacerze, nie bardzo nawet wiedząc, skąd i dlaczego przyplątał nam się do głowy; kompozycja, którą teoretycznie znamy wszyscy, chociaż niekoniecznie mamy pojęcie, kto jest jej autorem. I wcale nie musi to być dzieło wybitne – bywa, że wystarczy skoczna melodia, porywający rytm lub to nieokreślone „coś”, co sprawia, że utwór po prostu nam się podoba.

Muzyka klasyczna ma jednak to do siebie, że najsłynniejszych i najpopularniejszych dzieł niekiedy zanucić się nie da. Gwizdania pod prysznicem nie można więc traktować jako wyznacznika. Najlepszą rekomendacją jest to, czy dana kompozycja przyciąga słuchaczy na koncert. Jeśli tak – to przebój gotowy.

Polska jest chyba jedynym krajem cywilizowanym, w którym muzykę klasyczną zwykle określa się jako „poważną”. To koszmarne określenie – muzyka jest albo dobra, albo zła i nie ma powodu, dla którego klasyka miałaby deprecjonować inne, „niepoważne” gatunki.

Z drugiej strony, jeśli chodzi o przeboje muzyki klasycznej Polska ma niewątpliwą zasługę: w dzisiejszym rozumieniu słowa „przebój” pierwszym hitem „klasyki” była Modlitwa dziewicy zmarłej w 1861 r. Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej. Tę fortepianową miniaturę przez ponad pół wieku grywały panny z dobrych domów jak świat długi i szeroki. Znalazła się na ścieżce dźwiękowej filmu Kraina Hi-Lo, a Kurt Weill wykorzystał ją w swojej operze Rozkwit i upadek miasta Mahagonny. Imieniem Tekli Bądarzewskiej nazwano nawet jeden z kraterów na Wenus! Obecnie trudno byłoby usłyszeć ten zapomniany już drobiazg, gdyby nie Japończycy, którzy – zapewne na fali nieuleczalnej miłości do Chopina – w 2007 r. wydali płytę kompaktową z utworami Bądarzewskiej.

W muzyce rozrywkowej z przebojem często mamy do czynienia wtedy, gdy po latach odkurzy go inny wykonawca, w innej aranżacji. Weźmy chociażby The Shoop Shoop Song. Nagrana w 1964 roku przez Betty Everett piosenka doczekała się wielu tak zwanych coverów, ale dopiero wersja Cher z 1991 roku uczyniła z niej światowy przebój. Świetne skądinąd autorskie wykonanie I Shot the Sheriff Boba Marleya znane było nielicznym, dopóki piosenki tej nie spopularyzował Eric Clapton. A już najbardziej skrajnym przykładem może być Asereje (The Ketchup Song). Pierwsza, koszmarnie anemiczna wersja zespołu Monkey Circus przeszła zupełnie bez echa i dopiero niesamowicie energetyczne nagranie Las Ketchup uczyniło z niej światowy, choć tylko sezonowy przebój.

W muzyce klasycznej przebojami najczęściej są kompozycje oryginalne, aczkolwiek bywają wyjątki. Podstawowym instrumentem, z jakim kojarzy nam się Hiszpania, jest gitara. Zapewne dlatego utwory największych hiszpańskich kompozytorów piszących na fortepian, jak Albéniz czy Granados, bądź na orkiestrę, jak Manuel de Falla, znane są głównie z transkrypcji na gitarę klasyczną. Liczba aranżacji na inne instrumenty również jest oznaką popularności i często stanowi o tym, czy mamy do czynienia z przebojem.

Podobnie jak skala wykorzystania dzieł klasycznych w ścieżkach dźwiękowych filmów. Wśród kompozytorów przodują Mozart, którego dzieła znalazły się w blisko 300 filmach, oraz Beethoven, Czajkowski, Vivaldi, Bach i Wagner (każdy „ma na koncie” ponad 200 filmów). Jeśli chodzi o utwory, medalowe miejsca zajmują: Eine Kleine Nachtmusik Mozarta, Nad pięknym modrym Dunajem Straussa i Cztery pory roku Vivaldiego, a zaraz za podium plasuje się O Fortuna Orffa.

W ostatnich latach można by dodać jeszcze dwa wyznaczniki tego, czy coś jest przebojem (zwłaszcza wśród ludzi młodych): liczbę pobrań danego utworu jako dzwonka do telefonów komórkowych oraz częstotliwość pojawiania się w reklamach. Podczas pisania tej książki tylko w ciągu jednego dnia oprócz wyżej wymienionych czterech dzieł usłyszałem z ekranu telewizora kolejne pięć z opisanych kompozycji, które towarzyszyły reklamom rozmaitych produktów, od piwa przez meble i sieć marketów po perfumy, dezodoranty i samochody: Uwertury Rossiniego do Cyrulika sewilskiego i Wilhelma Tella, Cwałowanie Walkirii Wagnera oraz W grocie Króla Gór Griega i Wschód słońca z Tako rzecze Zaratustra Straussa. Nic dziwnego: jak dowodzą badania, muzyka jest drugim – zaraz po humorze – magnesem przyciągającym telewidzów do reklam, zdecydowanie skuteczniejszym niż na przykład udział gwiazd ekranu. Skoro więc największe światowe koncerny decydują się na wybór muzyki klasycznej, a nie popularnej do jakże dopracowanych w każdym szczególe kampanii reklamowych, o czymś to świadczy!

Pewien mój znajomy w chwilach radości nucił melodyjnie: „Tralala, tralala, czy to miłość”, nie zdając sobie sprawy, że podśpiewuje początek Symfonii g-moll KV 550 Mozarta. Od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej wszyscy znamy melodię do słów Ody do radości Schillera, ale nie każdy wie, że jest to fragment ostatniej części IX Symfonii d-moll op. 125 Beethovena. W tej książce przybliżam te i inne przeboje muzyki klasycznej, od jednominutowych miniatur po kompozycje trwające ponad godzinę.

Każda lista przebojów rządzi się swoimi prawami i ma to do siebie, że niekoniecznie zawiera dzieła wybitne. Dlatego proszę się nie dziwić, że wśród utworów, powiedzmy, Beethovena znajdziemy taki drobiazg jak Dla Elizy, a nie ma miejsca dla Missa solemnis. Bagatelka wielkiego wiedeńczyka jest bowiem znana wszystkim, a wspaniała, monumentalna Msza uroczysta to jednak propozycja dla wyrobionych melomanów i przy całej swej wielkości nie spełnia kryteriów przeboju. Powtarzam więc – książka ta nie jest wykazem największych dzieł w dorobku kompozytorów, tylko najpopularniejszych.

Dziwić też może skromna reprezentacja twórczości Chopina i Mozarta. Wynika to stąd, że niewiele utworów Chopina wyróżnia się w jakiś szczególny sposób; na dobrą sprawę jako przeboje należałoby wymienić wszystkie etiudy, preludia, mazurki, ballady, nokturny… Podobnie rzecz ma się z Mozartem.

Nawiasem mówiąc, 100 przebojów muzyki klasycznej nie jest listą przebojów, a jedynie wykazem najpopularniejszych dzieł. Lista ma bowiem to do siebie, że nieuchronnie przyznaje medale i ustawia hierarchię według kolejności. Sprawdza się to na przykład w radiu, gdy oceniamy najpopularniejsze piosenki w danym tygodniu, ale już lista 500 utworów wszech czasów magazynu „Rolling Stone” nasuwa poważne wątpliwości. O ile większość zawartych w niej utworów nie budzi zastrzeżeń, o tyle ich miejsca na liście są przedmiotem zażartej dyskusji – i nic dziwnego. Bo na podstawie jakich kryteriów grupa 172 krytyków i muzyków ustaliła, czy wyżej powinna się znaleźć piosenka (I Can’t Get No) Satisfaction Rolling Stonesów, Hey Jude Beatlesów czy Layla Claptona? Taka klasyfikacja mija się z celem. Wszelka twórczość artystyczna to nie sport, tu się medali nie rozdaje. Czyje arcydzieła należałoby bowiem postawić „na pudle”: Bacha, Mozarta, Chopina…? Bez sensu. Dlatego książka ta wymienia sto przebojów w kolejności alfabetycznej według nazwisk kompozytorów, bez silenia się na ich hierarchizowanie.

Swoją drogą, tytułowe sto przebojów należy traktować bardzo umownie – korzystając z okazji, przemycam więcej równie popularnych utworów, dla których zabrakło miejsca w setce. Linki zamieszczone na końcu każdego rozdziału pozwolą szybko odsłuchać omawiane dzieła na YouTube. Może się wprawdzie zdarzyć, że jakieś nagranie zostanie wycofane, ale znając tytuł i autora, każdy i tak bez trudu je znajdzie.

Oprócz krótkich informacji o kompozytorach, opisów utworów i okoliczności ich powstania oraz ciekawostek podaję też informacje o co ciekawszych przeróbkach i najlepszych nagraniach. Najpopularniejsze dzieła muzyki klasycznej można bowiem dostać w dziesiątkach interpretacji wielkich bądź marnych artystów, ale nawet znane nazwisko nie gwarantuje, że akurat ta propozycja przypadnie nam do gustu (chociaż to oczywiście najbezpieczniejsze kryterium wyboru, kiedy dokonujemy zakupu w ciemno). Tymczasem jeśli nie chcemy się zrazić do klasyki, na początku bezwzględnie należy jej słuchać w najlepszych wykonaniach – bo te marne, jak chociażby wciskane naiwnym w tanich edycjach dodawanych do prasy, mogą zniechęcić do muzyki klasycznej raz na zawsze. Dopiero z czasem można, a wręcz należy się bawić porównywaniem interpretacji różnych wykonawców. Jest to kolejna cecha odróżniająca muzykę klasyczną od popularnej: w tej drugiej wciąż szukamy nowych utworów, w klasyce zaś (po zgromadzeniu stosownej kolekcji nagrań) rzadziej rozglądamy się za nowymi dziełami, a chętniej słuchamy nowych wykonań tego, co już mamy i znamy.

Z przebojów muzyki wokalnej uwzględniam tylko fragmenty instrumentalne (uwertury bądź suity orkiestrowe) – arie operowe czy pieśni zasługiwałyby na osobną książkę.

Link:

Modlitwa dziewicy: http://www.youtube.com/watch?v=rxeEbO47QSw

Suite española (Suita hiszpańska) op. 47 Albéniz, Isaac (1860-1909)

Albéniz, obok Enrique Granadosa i Manuela de Falli jeden z trzech największych kompozytorów hiszpańskich, miał talent na miarę Mozarta. W wieku lat czterech był już koncertującym pianistą, jako siedmiolatek biegle komponował. Okrzyknięty największym cudownym dzieckiem Hiszpanii, stale uciekał z domu, dokąd doprowadzała go policja, aż w wieku dwunastu lat zakradł się na statek płynący do Stanów Zjednoczonych. Złapany, namówił kapitana, żeby nie odsyłano go do kraju. Popłynął do Buenos Aires, a potem do Hawany, gdzie utrzymywał się z gry na fortepianie. Tam też namówił ojca, który go odnalazł, żeby pozwolił mu wyjechać samemu do Stanów Zjednoczonych. Miał wtedy trzynaście lat!

Jeszcze przez dłuższy czas szwendał się po świecie, zarabiając na koncertach, a w razie potrzeby grając nawet „do kotleta”. Pianistą był nadzwyczajnym. Kiedy w jakimś podejrzanym miejscu przyszło mu dać koncert z orkiestrą i okazało się, że fortepian jest nastrojony o dwa tony za nisko, bez problemu zagrał w odpowiedniej tonacji. Gdyby to była kwestia półtonu, rzecz byłaby wykonalna (Beethoven miał kiedyś podobną przygodę, grając swój II Koncert fortepianowy, i oczywiście sobie poradził), ale zagrać prawidłowo na fortepianie przestrojonym o dwa tony, to się po prostu nie mieści w głowie.

Muzyka Albéniza jest tak na wskroś hiszpańska, że większość jego dzieł znamy z transkrypcji na gitarę klasyczną. Stanowią żelazny repertuar gitarzystów klasycznych i są grywane znacznie częściej niż wiele znanych utworów pisanych od razu na ten instrument.

Pierwszych transkrypcji utworów Albéniza na gitarę dokonał wirtuoz i kompozytor Francisco Tárrega, który zrewolucjonizował technikę gry na tym instrumencie, dzięki czemu Andrés Segovia mógł wkrótce wprowadzić gitarę do sal koncertowych całego świata. Sam Albéniz wielokrotnie mówił, że zdecydowanie woli swoje utwory w wersjach Tárregi niż we własnych.

Światową sławę zyskały zwłaszcza trzy części Suity hiszpańskiej – kanon repertuaru gitarzystów klasycznych. Są bez porównania bardziej znane i wykonywane stukrotnie częściej niż pierwowzór skomponowany na fortepian. Piekielnie trudne technicznie – podobnie jak oryginały – zawsze stanowią popisową ozdobę koncertu, najwyższy sprawdzian wirtuozerii i muzykalności artysty.

Suitę otwiera Granada. Melancholijna, jedna z najpiękniejszych melodii w twórczości Albéniza sprawia wrażenie nieskomplikowanego technicznie, prostego utworu, podczas gdy w rzeczywistości można na nim połamać palce. Kinomani mogą usłyszeć gitarową wersję w Vicky Christina Barcelona Woody’ego Allena – Granada przewija się przez cały film, pomagając Javierowi Bardemowi w uwodzeniu Vicky.

Sevilla – trzecia część cyklu, oparta na rytmach i melodiach Andaluzji – niesamowitą żywiołowością wręcz podrywa słuchaczy z miejsc. To istna apoteoza życia w mieście flamenco, cante jondo, wiecznej zabawy i miłości. Nic więc dziwnego, że z takim upodobaniem i werwą w wersji oryginalnej prezentował ją Artur Rubinstein, zdaniem Hiszpanów najlepszy wykonawca ich muzyki spośród obcokrajowców. Z transkrypcji innych niż na gitarę warto sięgnąć po opracowanie na skrzypce Jaschy Heifetza (i w jego wykonaniu).

Asturias, najczęściej grywana i najsłynniejsza część suity, trafiła do tego cyklu za sprawą wydawcy, który dodał kilka utworów wbrew intencji kompozytora. Było to posunięcie o tyle bezmyślne, że Albéniz – jak w większości swoich zbiorów – także i w Suicie hiszpańskiej zamierzał oddać charakter i nastrój konkretnych miejsc w Hiszpanii. Tymczasem Asturias, ze swoimi andaluzyjskimi rytmami flamenco, nie ma nic wspólnego z regionem Asturia na północno-zachodnim krańcu kraju i nie jest przykładem muzyki ilustracyjnej. Może dlatego w wersji gitarowej najczęściej występuje pod nazwą Leyenda (Legenda).

Motoryczne fortepianowe staccato zamienia się na gitarze w równie elektryzujące ćwiczenie niezależności palców i kciuka prawej ręki. W genialnej transkrypcji – i mistrzowskim wykonaniu – Andrésa Segovii sprawia wrażenie, jakbyśmy słuchali dwóch gitar, a nie jednej.

Oprócz Segovii niezrównany jest John Williams; warto również posłuchać Manuela Barrueco i Juliana Breama.

W fortepianowym oryginale całość suity wybornie interpretuje Alicia de Larrocha, której dorównuje Artur Rubinstein (nagrał jednak nie całość, tylko najbardziej znane części).

Po Asturias często sięgają muzycy rockowi i popowi – jako pierwszy zrobił to zespół The Doors w utworze Spanish Caravan. Utwór ten, w wersji gitarowej, słyszymy również w reklamach telewizyjnych (najnowszy przykład to reklama mercedesa CLA).

Przy okazji warto wspomnieć o jeszcze jednym przeboju Albéniza – czwartej części zbioru Chants d’Espagne op. 232: Córdoba. Utwór prowadzi nas na uliczki Kordowy, a zwłaszcza do meczetu La Mezquita – jednego z najwspanialszych zabytków kultury islamu w Europie. Po odbiciu Kordowy z rąk Arabów chrześcijanie postawili na środku La Mezquity katedrę gotycką. Na widok takiego barbarzyństwa cesarz Karol V powiedział: „zniszczyliście cudo jedyne w swoim rodzaju, żeby postawić coś, co można zobaczyć wszędzie”.

Spokojny wstęp przenosi nas do wnętrza świątyni i kończy się nostalgicznym pochodem flażoletów. Następujący po nim temat główny – oparty na andaluzyjskich rytmach – rozwija się falami, skoki i spadki napięcia przywołują burzliwe dzieje miasta.

Córdobę nagrali wszyscy liczący się gitarzyści, ale interpretacje Johna Williamsa nie mają sobie równych.

I jeszcze specjalna gratka dla tych, którzy chcą się przekonać, jak plastyczna i poddająca się transkrypcjom jest muzyka Albéniza – film Carlosa Saury Iberia. Oprócz głównych utworów z czołowego cyklu kompozytora (pod tym samym tytułem co film) są tu również wszystkie omówione wyżej przeboje. Większość przeróbek utrzymana jest w stylu flamenco, z charakterystycznym tańcem i śpiewem cante jondo, ale mamy także wersje jazzujące i transkrypcje na przeróżne instrumenty. Na przykład najsłynniejszy przebój gitarzystów, Asturias, możemy obejrzeć i usłyszeć w opracowaniu na wiolonczelę plus stepowanie grupy baletowej, istna perełka! Granadę mamy i w oryginalnej wersji fortepianowej z tańcem flamenco, i w postaci pieśni miłosnej. Całość ilustrują zdjęcia kompozytora oraz balet, od flamenco po nowoczesny. Uczta dla uszu i oczu!

Linki:

Granada (de Larrocha): https://www.youtube.com/watch?v=t1-umzoIw1o

Granada (Williams): http://www.youtube.com/watch?v=rdb9efEXz8o

Sevilla (de Larrocha): https://www.youtube.com/watch?v=zzijARS9LdU

Sevilla (Williams): http://www.youtube.com/watch?v=HD07JElkIR8

Asturias (de Larrocha): http://www.youtube.com/watch?v=yhhmGmD_Eec&feature=related Asturias (Williams): http://www.youtube.com/watch?v=oEfFbuT3I6A

Córdoba (de Larrocha): http://www.youtube.com/watch?v=4NpmbQJM49s Córdoba (Williams): http://www.youtube.com/watch?v=mysRRddARXk

Adagio g-moll na smyczki i organy Albinoni, Tomaso (1671-1751)

Mimo że Albinoni, żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku, był jednym z największych kompozytorów włoskich późnego baroku, twórcą ponad pięćdziesięciu oper, niezliczonych koncertów i sonat, w powszechnej świadomości funkcjonuje wyłącznie jako autor Adagia – utworu, który najczęściej słyszymy na pogrzebach. Tymczasem Adagio wcale nie wyszło spod jego ręki – on skomponował tylko partię basu, a całą resztę, czyli piękną, graną na smyczkach melodię, „dorobił” w połowie XX wieku Remo Giazotto i opublikował dzieło pod nazwiskiem Albinoniego. Ten włoski muzykolog i kompozytor, zajmujący się głównie katalogowaniem twórczości Albinoniego, z niewiadomych przyczyn początkowo twierdził, że Adagio jest fragmentem nieznanej sonaty starego włoskiego mistrza. Z czasem przyznał się jednak do autorstwa melodii, którą nałożył na partię basu barokowego twórcy.

Wracając do Albinoniego – zyskać po upływie wieków światową sławę za sprawą utworu, którego na dobrą sprawę się nie napisało, to sztuka jedyna w swoim rodzaju.

Adagio można usłyszeć nie tylko na pogrzebach i (coraz rzadziej) w salach koncertowych – sięgnęła po nie nawet rockowa kapela The Doors, a w czasach nam bliższych wykonują je popowa piosenkarka Lara Fabian oraz kwartet Il Divo. Przeróbek na rozmaite instrumenty solowe bądź zespoły jest bez liku, najczęściej jednak są to pomysły dość poronione (aczkolwiek trafiają się wyjątki).

W filmach Adagio Albinoniego występuje bądź w postaci czystej, jak w Fucking Amal, The Doors czy Rollerball, bądź niemal plagiatu – w końcówce muzyki do Picasso: twórca i niszczyciel.

Niestrudzonym propagatorem tego utworu był Herbert von Karajan. To za jego sprawą Adagio stało się światowym przebojem, dlatego szczególnie polecam nagranie Karajana z orkiestrą Berliner Philharmoniker, nienaganne brzmieniowo, majestatyczne i bez zarzutu – co, pomijając klasę orkiestry, niewątpliwie wynika między innymi z upodobania tego dyrygenta do grania wszystkiego tak wolno, jak tylko się da. Płyta zawiera także inne przeboje muzyki klasycznej: Arię na strunie G Bacha oraz Kanon D-dur Pachelbela, wykonane z równym namaszczeniem i brakiem pośpiechu.

Adagio (po włosku: wolno) to określenie tempa w muzyce i zwykle występuje jako nazwa części większych kompozycji, na przykład symfonii, sonat czy koncertów. Istnieje jednak drugie tytułowe Adagio, niewiele bądź wcale nie ustępujące popularnością dziełu Albinoniego i Giazotta: Adagio na smyczki Samuela Barbera (1910-1981) – przerobiona przez kompozytora na orkiestrę smyczkową druga część Kwartetu h-moll op. 11.

Adagio na smyczki jest zapewne jednym z najsmutniejszych dzieł muzyki klasycznej. Przy jego dźwiękach w telewizji amerykańskiej podano wiadomość o zamachu na Johna F. Kennedy’ego (a wcześniej stanowiło podkład muzyczny dla radiowego oświadczenia o śmierci prezydenta Franklina D. Roosevelta). Grano je na pogrzebach Alberta Einsteina oraz księżnej Grace z Monaco. Ale wykonuje się je także przy weselszych okazjach – na przykład zabrzmiało na otwarciu olimpiady zimowej w Vancouver w 2010 r.

Po utwór ten często sięgali filmowcy – słyszymy go w Amelii, Człowieku słoniu, Oleju Lorenza czy Dzikich trzcinach, jednak najpełniej charakter tego dzieła wykorzystał Oliver Stone w Plutonie.

Adagio Barbera stało się też, jakżeby inaczej, pożywką dla lżejszej muzy. Możemy je więc usłyszeć w rozmaitych wersjach, od piosenki amerykańskiego tercetu folkowego Peter, Paul and Mary po elektroniczne brzmienia techno DJ Williama Orbita czy DJ Tiesto.

Linki:

Adagio (Albinoni - Karajan): https://www.youtube.com/watch?v=vGULBQtGwQw Adagio (Barber - Bernstein): http://www.youtube.com/watch?v=BGMwNe9WWmE

Aria na strunie G BWV 1068 nr 2 Bach, Jan Sebastian (1685-1750)

Aria na strunie G (w oryginale Air z III Suity orkiestrowej D-dur BWV 1068) to jeden z najczęściej wykonywanych utworów Bacha. Skrzypek August Wilhelmj dokonał transkrypcji na skrzypce i fortepian w taki sposób, by – chcąc się popisać wirtuozerią – mógł podczas recitali grać tylko na najniżej strojonej strunie skrzypiec, właśnie G, i stąd wzięła się obecna nazwa.

Dzieło to przerabiano na wszelkie możliwe instrumenty: organy, kwartety i tria smyczkowe, trąbkę, saksofon, wiolonczelę, flugelhorn (skrzydłówkę), a nawet na gitarę klasyczną (John Williams z zespołem!) oraz fletnię Pana i skrzypce elektryczne (Vanessa Mae); niezwykły urok ma nagranie Wendy Carlos na syntezatorach. Arię na strunie G wykorzystywano także do reklam (pamiętna reklama perfum Lancôme) i gier komputerowych.

W filmach jest wszechobecna: od znakomitych thrillerów Siedem i Adwokat diabła, przez komedie jak Wielki podryw, obyczajowe Moll Flanders, Ta jedna noc czy Uciekająca panna młoda, po kultową Żółtą łódź podwodną Beatlesów. W Świętej dziewczynie słyszymy kuriozalną wersję na thereminie, wczesnym eksperymentalnym instrumencie elektronicznym obsługiwanym przez grającego bez dotykania, tylko za pomocą poruszania rękami na odległość.

Szczególnego wyrazu Aria nabrała jednak w dziesiątym filmie o przygodach Jamesa Bonda Szpieg, który mnie kochał. Podobno muzyka łagodzi obyczaje, ale jak dowodzi wiele filmów – wcale niekoniecznie. Często wesołe bądź nastrojowo piękne utwory służą, na zasadzie kontrapunktu, jako tło do makabrycznych scen, o czym jeszcze nieraz będzie mowa. Tutaj przy dźwiękach Arii superłotr Stromberg rzuca swoją sekretarkę na pożarcie rekinowi.

Tak piękna melodia, jedna z najpiękniejszych w twórczości Bacha, musiała zainspirować także muzyków rockowych. Jako pierwszy wykorzystał Arię zespół Procol Harum, który na jej bazie stworzył swój największy przebój, A Whiter Shade of Pale (1967). W wersji śpiewanej przez Sweetbox (Everything’s Gonna Be Allright) Aria stała się światowym hitem w 1997 r.

Aria na strunie G często towarzyszy uroczystościom ślubnym i tysiące, jeśli nie miliony panien młodych były prowadzone do ołtarza przy dźwiękach tej melodii.

Z wersji oryginalnych polecam Yehudi’ego Menuhina oraz orkiestrę Academy of St. Martin-in-the-Fields pod dyrekcją Neville’a Marrinera. Nagrań transkrypcji nawet nie próbuję wymieniać – jest ich tyle, że każdy znajdzie dla siebie coś miłego, wystarczy wpisać tytuł na YouTube (chociaż w tym przypadku oryginału żadna przeróbka nie przebije).

Link:

Aria na strunie G (Marriner): http://www.youtube.com/watch?v=8xFVB6bZywQ

Badinerie BWV 1067 nr 7 Bach, Jan Sebastian (1685-1750)

Bach był płodny pod każdym względem. Zostawił po sobie dwadzieścioro dzieci i ponad tysiąc skatalogowanych kompozycji.

Skąd brał na to wszystko czas? Przecież miał obowiązki kantora, grał na skrzypcach, organach, klawesynie, klawikordzie, gitarze. A pod jednym numerem katalogowym często kryją się nie kilkuminutowe drobiazgi, tylko dzieła tak monumentalne jak Pasja według świętego Mateusza. Zresztą dzięki swoim poważnym pasjom czy fugom Jan Sebastian Bach w powszechnej świadomości kojarzy się z człowiekiem surowym, któremu nie w głowie były swawole.

Tak liczna trzódka dzieci świadczy jednak o czymś przeciwnym. A skoczne tańce i wesołe melodie w jego suitach dowodzą, że co jak co, ale ponurakiem nie był. Badinerie, zamykająca II Suitę orkiestrową h-moll BWV 1067, jest tego najlepszym przykładem.

Ten przeuroczy, sowizdrzalski temat z wirtuozowską partią fletu znają dosłownie wszyscy. Występuje jako sygnał programów radiowych i telewizyjnych, rozbrzmiewa z telefonów komórkowych, a kiedy się do nas przyczepi, nie sposób się od niego uwolnić.

Podczas recitali Badinerie Bacha często wykonują wirtuozi fletu, ale transkrypcje obejmują nie tylko instrumenty dęte (jak trąbka), lecz nawet gitarę klasyczną, nie mówiąc już o gitarzystach elektrycznych, którzy na tym utworze sprawdzają szybkość swoich palców. Do najciekawszych opracowań należą: nieco rockowa wersja Johna Williamsa na gitarę klasyczną z zespołem oraz wyborna Wendy Carlos na syntezatorach.

Nawiasem mówiąc, trudności techniczne stwarzane przez wiele dzieł starych mistrzów nasuwają pytanie o poziom wirtuozerii dawniej i dziś. Zarówno Badinerie, jak opisane niżej utwory Bacha i innych kompozytorów, świadczą niezbicie, że na poziomie najwyższym muzycy sprzed stuleci nie ustępowali biegłością techniczną współczesnym tytanom fortepianu czy skrzypiec. Istotna różnica dotyczy kształcenia młodzieży – obecnie już uczniowie szkół średnich grywają na przykład koncerty, które przed wiekami budziły sprzeciw słynnych wirtuozów (jako kompozycje „niewykonalne”). Jednak na samym parnasie nic się raczej nie zmieniło.

Badinerie możemy usłyszeć w komedii Ojciec panny młodej, a w wersji śpiewanej na przykład w wykonaniu oktetu Swingle Singers.

Polecam klasyczne nagranie Academy of St. Martin-in-the-Fields pod dyrekcją Neville’a Marrinera (na instrumentach współczesnych), a dla porównania – Tona Koopmana z jego Amsterdamską Orkiestrą Barokową (na instrumentach z epoki). Do tego wirtuozowską wersję flecisty Jamesa Galwaya.

Badinerie jest tylko jednym z wielu miniaturowych przebojów Bacha – części suit orkiestrowych, lutniowych, skrzypcowych. Do najpopularniejszych należy niewątpliwie Bourée e-moll ze Suity e-moll BWV 996. Ten pisany na lutnię utwór należy obecnie do żelaznego repertuaru gitarzystów klasycznych, był ulubionym klasycznym „kawałkiem” takich gigantów rocka jak Led Zeppelin czy Jethro Tull, ale i raper Tenacious D wplata go w środek piosenki Rock Your Socks, w której śpiewa go i gra na gitarze.

Linki:

Badinerie (Koopman): http://www.youtube.com/watch?v=xVxwuirUX-M

Badinerie (Galway): http://www.youtube.com/watch?v=Gf1ngUirGD4

Bourée (Williams): http://www.youtube.com/watch?v=mbgGdAdJiDM

Chaconne d-moll BWV 1004 nr 5 Bach, Jan Sebastian (1685-1750)

Chaconne to hiszpański taniec w metrum ¾. W czasach baroku uchodził za wręcz rozwiązły. Słuchając Chaconne Bacha czy Ciaccony (tak zwano ten taniec we Włoszech) Vitalego, widzimy, jak świat poszedł, a raczej popędził do przodu. Obecnie w tym tempie tańczyć mogłyby tylko spowolnione „trawką” zombie i trudno wyobrazić sobie ewentualne swawole przy dźwiękach tej muzyki. Bo i jak tu dokazywać w tańcu tak powolnym?

Jednakże w wersji, w jakiej chaconne (po hiszpańsku „chacona”) zawędrowała do Hiszpanii z Ameryki Południowej bądź Środkowej, był to taniec żywy i skoczny. Dopiero kiedy z czasem trafił na królewskie dwory, nabrał statecznego charakteru, zbliżonego do sarabandy. Takie podniesienie rangi spowodowało, że kompozytorzy zaczęli traktować go poważniej. Za sprawą Włocha Girolamo Frescobaldiego najwspanialsze chacony (a także passacaglie) przybrały postać tematu z wariacjami i zachwycały niezrównaną jak na owe (a i dzisiejsze!) czasy wirtuozerią. Ciaccona gmoll Vitalego i Chaconne d-moll Bacha są tego najświetniejszymi przykładami.

Bach miał w sobie coś z Japończyków – prochu nie wymyślił, w zasadzie nie stworzył nowych form muzycznych, ale biorąc na warsztat rzeczy, na które wcześniej wpadli inni, doprowadzał je do perfekcji.

Obficie czerpał z motywów innych kompozytorów, od całkiem nieznanych, przez Albinoniego po Vivaldiego. Jakby mu tego było mało, kanibalizował własne kompozycje, dokonując transkrypcji na inne instrumenty bądź wykorzystując fragmenty swoich utworów w kolejnych dziełach.

Chaconne Bacha jest częścią II Partity d-moll BWV 1004 na skrzypce solo. To niezwykle wymagające technicznie dzieło prezentuje szczyt wirtuozerii skrzypcowej znanej w czasach Bacha i uchodzi za jeden z najtrudniejszych utworów do grania na każdym instrumencie, na który dokonano transkrypcji. Jest przy tym majestatyczne i wzniosłe. Powstały niezliczone wersje: orkiestrowe (godne pochwały nagranie pod dyrekcją Stokowskiego); przynajmniej trzy organowe; na lutnię; na klawesyn (polecam Wandę Landowską, a dla porównania Larry’ego Palmera w przeróbce Johna Challisa); kilka transkrypcji na fortepian (na szczególną uwagę zasługują opracowanie Busoniego w wykonaniu Alicii de Larrocha oraz Brahmsa na lewą rękę w nagraniu Krystiana Zimermana); na gitarę klasyczną (Segovia i późniejsi gitarzyści), a nawet na fagot. Szczytowe wykonania to niedościgła interpretacja Nathana Milsteina na skrzypcach (wersja studyjna z 1975 r.), genialny John Williams na gitarze klasycznej oraz Rachel Podger na skrzypcach barokowych.

Chaconne jest blisko spokrewniona z passacaglią, którą – jak wskazuje pochodząca z hiszpańskiego nazwa – pierwotnie grywali artyści uliczni. Zazwyczaj były to gitarowe wstawki w stylu flamenco między piosenkami. Z czasem passacaglia, podobnie jak chacona, także nabrała statecznego charakteru oraz formy wariacyjnej. Utwory te pisano na wszelkie możliwe instrumenty i przez wszystkie kolejne epoki – mają je w dorobku kompozytorzy poczynając od Mendelssohna po dwudziestowiecznych, jak Hindemith, Ravel czy Britten.

Passacaglia najlepiej brzmi na organach, nic więc dziwnego, że to spod pióra Bacha wyszła najbardziej znana z nich – Passacaglia i Fuga c-moll