Życie od nowa - Patrycja Grzenia - ebook

Życie od nowa ebook

Patrycja Grzenia

5,0

Opis

Czasem trzeba upaść na samo dno, by dostrzec drogę na powierzchnię

Dno nie wygląda tak samo dla każdego. Ale wszyscy, którzy go sięgają, mierzą się z identycznym problemem: jak się od niego odbić.

Patrycja też tam była. Lata niepowodzeń, toksyczne związki, rozwód, samotność, ciągłe poczucie bycia niewystarczającą, a do tego dzieciństwo pełne lęku, które zostawiło po sobie głębokie rany. To wszystko sprowadziło ją na skraj.

Mimo to przetrwała i dziś może podzielić się swoją historią.

„Życie od nowa” to nie poradnik. To szczera, intymna opowieść, w której osoby znajdujące się w kryzysie mogą odnaleźć pocieszenie i nadzieję. Historia o drodze przez ból, terapii, odwadze, by zmierzyć się z własnymi porażkami, i o sile, która rodzi się z kruchości. Bo nigdy nie jest za późno, by wypłynąć na powierzchnię – nawet jeśli jeszcze nie widzisz ku niej drogi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 159

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Werka0444

Nie oderwiesz się od lektury

Wzruszająca historia
00



Dla tych, któ­rzy kie­dyś upa­dli, ale boją się pod­nieść.Dla tych, któ­rzy kie­dyś mil­cze­li,ale no­si­li w so­bie cały krzyk świa­ta.Dla mo­ich dzie­ci, aby wie­dzia­ły, że nie trze­ba byćide­al­nym, aby ko­chać ca­łym ser­cem.A przede wszyst­kim dla tej ma­łej dziew­czyn­ki,któ­rą kie­dyś by­łam – dzię­ku­ję, że tyle cze­ka­łaś.

Mam na imię Pa­try­cja. Mam trzy­dzie­ści sześć lat. Je­stem mamą, ma­co­chą, żoną, cór­ką, sio­strą, wnucz­ką. Nie je­stem te­ra­peut­ką, ale ko­bie­tą, któ­ra prze­ży­ła swo­je wła­sne pie­kło – i dzię­ki nie­mu od­na­la­zła dro­gę do ży­cia, któ­re te­raz za­czy­na sma­ko­wać ina­czej.

Pi­szę tę książ­kę, bo przez wie­le lat ży­łam w cie­niu prze­szło­ści. Nie ro­zu­mia­łam, że moż­na ina­czej. Za­pie­ra­łam się rę­ka­mi i no­ga­mi, aby nie do­pu­ścić do sie­bie po­mo­cy. Je­stem dziec­kiem al­ko­ho­li­ka, cór­ką emo­cjo­nal­nie nie­obec­nej mamy, a te­raz do­ro­słą ko­bie­tą. Ko­bie­tą, któ­ra od dziec­ka pró­bo­wa­ła być sil­na, ale w środ­ku za­wsze czu­ła się pu­sta, za­gu­bio­na sa­mot­na i bez­na­dziej­na. By­łam jak gni­ją­cy od środ­ka owoc – na ze­wnątrz pięk­ny, błysz­czą­cy i pach­ną­cy, a w środ­ku zże­ra­ny przez sa­me­go sie­bie – swo­je ro­ba­czy­we my­śli.

Wie­le już do­świad­czy­łam: mat­ko­wa­nie wła­sne­mu ojcu, trud­ne re­la­cje, roz­wód, nowe po­cząt­ki. Aż w koń­cu nad­szedł dzień, któ­re­go ni­g­dy so­bie nie wy­obra­ża­łam. Ten mo­ment – któ­ry wy­da­wał się koń­cem wszyst­kie­go – oka­zał się po­cząt­kiem mo­je­go praw­dzi­we­go ży­cia.

Dziś wiem, że zmia­na jest moż­li­wa. Te­ra­pia, leki, a przede wszyst­kim od­wa­ga, żeby po­pro­sić o po­moc, to nie ozna­ki sła­bo­ści, ale siły, któ­rej tak na­praw­dę za­wsze się ba­łam.

Je­śli czy­tasz te sło­wa i czu­jesz, że Two­je ży­cie stra­ci­ło ko­lo­ry – chcę Ci po­wie­dzieć jed­no: Jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne. Masz w so­bie wię­cej siły, niż my­ślisz. Za­słu­gu­jesz na to, żeby żyć czer­pać z ży­cia gar­ścia­mi, a nie tyl­ko prze­trwać każ­dy ko­lej­ny dzień.

Ta książ­ka jest moją opo­wie­ścią o tym, że za ciem­ny­mi chmu­ra­mi cho­wa się słoń­ce. Cza­sa­mi trze­ba na nie tro­chę po­cze­kać. W koń­cu się po­ja­wi, gdy prze­mi­ną gra­do­bi­cia i bu­rze. Ja też w to kie­dyś nie wie­rzy­łam, ale zmie­ni­łam zda­nie.

Ta książ­ka nie jest ide­al­na, bo i ja nie je­stem ide­al­na. Ale jest praw­dzi­wa.

Zbież­ność imion, osób i miejsc NIE jest przy­pad­ko­wa. To jest moje ży­cie.

I

Dziecko z bagażem

Mama za­wsze mi opo­wia­da­ła, że kie­dy uro­dzi­łam się dzie­sią­te­go lip­ca 1989 roku, tata świę­to­wał to wy­da­rze­nie przez trzy dni na zor­ga­ni­zo­wa­nych przez sie­bie tzw. pęp­ko­wych. Nic dziw­ne­go – pierw­sze dziec­ko, w do­dat­ku cór­ka, to po­wód do dumy. Na po­cząt­ku miesz­ka­li­śmy ra­zem z dziad­ka­mi od stro­ny taty w ich miesz­ka­niu na jed­nym z byd­go­skich osie­dli w wie­żow­cu na siód­mym pię­trze. Do dzi­siaj mam ogrom­ny sen­ty­ment do tego miej­sca i za każ­dym ra­zem, kie­dy tam­tę­dy prze­jeż­dżam, pa­trzę w okna swo­je­go sta­re­go domu.

Jako mała dziew­czyn­ka cho­dzi­łam naj­pierw do żłob­ka, po­tem do przed­szko­la i, nie wie­dzieć cze­mu, moje wspo­mnie­nia z tam­te­go okre­su ogra­ni­cza­ją się tyl­ko do mo­men­tów, kie­dy od­bie­rał mnie tata. Może dla­te­go, że wi­dzia­łam na­gra­nie na ka­se­cie VHS, jak wła­śnie je­stem od­bie­ra­na z przed­szko­la przez ta­tu­sia – bo tak go za­wsze na­zy­wa­łam – i stąd moje je­dy­ne wspo­mnie­nie. Nie ma co się dzi­wić, bo mia­łam trzy lata, więc na­wet fi­zjo­lo­gia na­sze­go mó­zgu nie po­zwa­la na wcze­śniej­sze re­je­stro­wa­nie wspo­mnień. Jest jed­nak jed­no wy­da­rze­nie, któ­re za­pa­mię­ta­łam bar­dzo do­brze, choć by­łam na­praw­dę mała. Tata za­brał mnie na pierw­szą w moim ży­ciu piz­zę. Jaka ona była pysz­na! Małą Mar­ghe­ri­tę „Bam­bi­no” pa­mię­tam do dziś.

Kie­dy skoń­czy­łam czte­ry lata, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z ro­dzi­ca­mi do ka­wa­ler­ki. Ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li się wy­pro­wa­dzić, bo mię­dzy nimi a dziad­ka­mi, zwłasz­cza bab­cią, do­szło do kon­flik­tu. Kil­ka mie­się­cy póź­niej uro­dzi­ła się moja sio­stra – Mag­da­le­na. Dłu­go w tym miesz­ka­niu nie za­ba­wi­li­śmy. Nie­wie­le póź­niej bab­cia mo­je­go taty za­cho­ro­wa­ła i dziad­ko­wie po­sta­no­wi­li wziąć ją do sie­bie, a do jej miesz­ka­nia wpro­wa­dzi­li­śmy się my.

W ka­wa­ler­ce na pią­tym pię­trze, w któ­rej miesz­ka­ła czte­ro­oso­bo­wa ro­dzi­na, zro­dzi­ło się wie­le wspo­mnień. Miesz­ka­jąc tam, za­czę­łam cho­dzić do ze­rów­ki do pani Te­re­ni. Och, jak ja ją do­brze pa­mię­tam. Su­ro­wa, ale ko­cha­na. Była moją pierw­szą „ulu­bio­ną pa­nią”, za któ­rą moc­no tę­sk­ni­łam po za­koń­cze­niu przed­szko­la. Ko­le­ża­nek i ko­le­gów mia­łam bar­dzo dużo. Za­wsze by­łam otwar­tym dziec­kiem, ni­g­dy nie mia­łam pro­ble­mów z na­wią­zy­wa­niem no­wych zna­jo­mo­ści, by­łam lu­bia­na przez ró­wie­śni­ków. Z per­spek­ty­wy cza­su my­ślę, że to ja mia­łam więk­szy pro­blem z nimi. By­łam za­zdro­sna o to, że za­wsze ktoś był od­bie­ra­ny przez mamę, a ja tyl­ko przez tatę. Za­zdro­ści­łam im spę­dza­nia cza­su z ro­dzi­ca­mi na po­dwór­ku, kie­dy ja za­zwy­czaj zo­sta­wa­łam sama.

Nie spra­wia­łam pro­ble­mów. Szyb­ko na­uczy­łam się czy­tać i pi­sać, ale mimo to nie speł­nia­łam ocze­ki­wań ro­dzi­ców. Któ­re­goś dnia pani Te­re­nia za­da­ła nam jako za­da­nie do­mo­we na­ry­so­wać ob­raz­ki rze­czy, któ­re za­czy­na­ją się na li­te­rę „A”. Nie wiem, co do­kład­nie na­ry­so­wa­łam, ale jed­na z ilu­stra­cji przed­sta­wia­ła zna­ny na tam­te cza­sy pro­szek do pra­nia Ariel. Z dumą wzię­łam ze­szyt do ręki i po­szłam do taty, żeby po­ka­zać mu za­da­nie.

– Zo­bacz, ta­tuś, od­ro­bi­łam za­da­nie do­mo­we i na­ry­so­wa­łam ob­raz­ki – po­wie­dzia­łam, od­da­jąc mu ze­szyt.

Tata na to z za­że­no­wa­niem od­po­wie­dział sze­ścio­let­niej dziew­czyn­ce:

– A ty już nie po­tra­fisz nic in­ne­go na­ry­so­wać oprócz prosz­ku?

Zro­bi­ło mi się przy­kro, spu­ści­łam gło­wę, a po­tem za­ma­za­łam ten ry­su­nek, bo nie spodo­bał się ta­cie. Moja sio­stra była mała, mia­ła dwa lata, więc ro­dzi­ce – a zwłasz­cza mama – sku­pia­li się na niej bar­dziej. Ma­dzia była w moim od­czu­ciu „tą lep­szą cór­ką” dla mamy, mnie mimo wszyst­ko cią­gnę­ło do taty.

Mama pra­co­wa­ła w tam­tym cza­sie jako kraw­co­wa na dwie zmia­ny. Tata był elek­try­kiem i rów­nież pra­co­wał w sys­te­mie zmia­no­wym: ran­ki, po­po­łu­dniów­ki i noc­ki… Ja­koś trze­ba było po­go­dzić go­dzi­ny pra­cy ro­dzi­ców z opie­ką nade mną i sio­strą. Cza­sa­mi, kie­dy mama jesz­cze nie wró­ci­ła, a tata już mu­siał wy­cho­dzić na noc­kę, zo­sta­wa­łam z dwu­let­nią Mag­da­le­ną sama w domu o dwu­dzie­stej pierw­szej. Spe­cjal­nie prze­dłu­ża­łam wyj­ście taty w nie­skoń­czo­ność. A to dłu­go my­łam z nim zęby, a to su­szy­łam wło­sy i do­sta­wa­łam re­pry­men­dę, że po­trzą­sa się wło­sa­mi, a nie su­szar­ką, bo ta się ze­psu­je. Kie­dy tata wy­cho­dził w koń­cu z domu, po­ja­wiał się ten okrop­ny ból brzu­cha. By­łam prze­ra­żo­na. Ba­łam się każ­de­go dźwię­ku do­cho­dzą­ce­go z klat­ki scho­do­wej i bar­dzo cze­ka­łam, aż mama wró­ci do domu.

Pew­ne­go gru­dnio­we­go wie­czo­ra sy­tu­acja się od­wró­ci­ła. Tata zo­stał z nami, a mamy nie było bar­dzo dłu­go. Sły­sza­łam, jak dzwo­ni dzwon­kiem do drzwi, puka, ale tata jej nie otwo­rzył. Do dziś nie wiem, dla­cze­go nie wpu­ścił jej do miesz­ka­nia.

Były to cza­sy te­le­fo­nów sta­cjo­nar­nych, na­stęp­ne­go dnia mama za­dzwo­ni­ła do nas i po­wie­dzia­ła, że chce ze mną roz­ma­wiać. Oka­za­ło się, że po­je­cha­ła spać do bab­ci – mamy mo­je­go taty – bo nie mia­ła gdzie się po­dziać.

– Cześć, Pa­try­cja, zo­sta­wi­łam u bab­ci pre­zent dla cie­bie na Mi­ko­ła­ja. Jak przy­je­dziesz, to za­bierz go so­bie – usły­sza­łam w słu­chaw­ce.

Nie mia­łam po­ję­cia, co się sta­ło, że tata nie chciał wpu­ścić mamy. Prze­cież była po pra­cy, było już póź­no, zim­no, a ona nie mo­gła wejść do domu. By­łam zbyt mała, żeby do­cie­kać, tata pew­nie po­wie­dział mi coś, w co uwie­rzy­łam i te­mat dla mnie był za­koń­czo­ny, ale trau­ma – jed­na z wie­lu – po­zo­sta­ła. W tam­tym cza­sie mię­dzy ro­dzi­ca­mi za­czę­ło co­raz czę­ściej do­cho­dzić do kłót­ni.

Tej sa­mej zimy, w któ­rąś nie­dzie­lę, mie­li­śmy wszy­scy je­chać do ro­dzi­ców mo­jej mamy – do bab­ci Kry­si i dziad­ka Ant­ka. Miesz­ka­li na wsi od­da­lo­nej od Byd­gosz­czy o po­nad sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Ko­cha­łam tam jeź­dzić, bo bab­cia była moją osto­ją, a jej dom bez­piecz­nym miej­scem, w któ­rym czu­łam się naj­le­piej na świe­cie. Każ­da wi­zy­ta – na­wet jed­no­dnio­wa – bu­dzi­ła we mnie ra­dość i eks­cy­ta­cję. Tym ra­zem było tak samo. Mama od rana przy­go­to­wy­wa­ła mnie i Mag­dę na wy­jazd. Tata po upo­jo­nej al­ko­ho­lem nocy po­szedł się ką­pać. Za­wsze tak ro­bił, żeby al­ko­hol szyb­ciej z nie­go wy­pa­ro­wał.

– Po­spiesz się, chce­my już wy­cho­dzić i je­chać! – Mama krzy­cza­ła pre­ten­sjo­nal­nym gło­sem na nie­go przez drzwi ła­zien­ko­we.

Pod­nie­sio­ny ton mamy czy taty za­wsze bu­dził we mnie lęk, bo wie­dzia­łam, że za­raz zno­wu się po­kłó­cą i fi­nał bę­dzie taki sam jak zwy­kle – mama bę­dzie ba­wi­ła się z Ma­dzią, a tata z bu­tel­ką. A ja będę sama.

– Za­raz wy­cho­dzę – od­po­wie­dział tata, a wła­ści­wie wy­beł­ko­tał, sie­dząc w wan­nie.

Mama zdą­ży­ła nas ubrać w kom­bi­ne­zo­ny i kurt­ki zi­mo­we, bo zima była bar­dzo sro­ga. Nie spie­szy­ło mu się, więc mama, któ­ra za­wsze po­ka­zu­je, że „ona po­tra­fi”, za­bra­ła klu­czy­ki do sa­mo­cho­du, wsa­dzi­ła nas do auta i sama za­wio­zła nas do dziad­ków w śnie­ży­cę, po ob­lo­dzo­nych dro­gach. Nie wiem, czy tata zro­bił to ce­lo­wo, ale gdy wró­ci­ły­śmy wie­czo­rem do domu, im­pre­za roz­krę­ci­ła się w naj­lep­sze. Ni­g­dy nie za­po­mnę wi­do­ku ko­le­gi mo­je­go taty śpią­ce­go na na­szym dy­wa­nie, pu­stych bu­te­lek wód­ki i kie­lisz­ków na sto­le oraz prze­ką­sek w po­sta­ci ogór­ków ki­szo­nych i ka­wał­ków kieł­ba­sy. Tata spał na krze­śle, nie­wzru­szo­ny na­szym po­wro­tem do domu. Mama pró­bo­wa­ła obu­dzić „Kor­ka” – taką ksy­wę miał naj­lep­szy w tam­tych cza­sach kom­pan mo­je­go ojca do pi­cia – ale ten ob­lech był nie­przy­tom­ny i nie dało się go ru­szyć z miej­sca.

Mama za­bra­ła nas do swo­jej te­ścio­wej, na­szej bab­ci Ani. Na­stęp­ne­go dnia by­łam wście­kła na tatę za to, co zro­bił. Od tam­te­go mo­men­tu znie­na­wi­dzi­łam Kor­ka, bo ze­psuł mi ta­tu­sia. Ta­tu­sia, któ­ry jak był trzeź­wy, to ku­po­wał mi pysz­ne ro­ga­le z na­dzie­niem cze­ko­la­do­wym, jadł ze mną w win­dzie go­rą­cy chleb z pie­kar­ni, żar­to­wał ze mnie w pri­ma apri­lis. Tam­tej nocy wszyst­ko się zmie­ni­ło. Po fe­ral­nym dniu tata za­dzwo­nił do bab­ci i chciał ze mną roz­ma­wiać.

– Cześć, Pa­try­sia, cze­mu je­steś na mnie zła? – za­py­tał.

– Za to, co mi zro­bi­łeś! – wy­krzy­cza­łam.

– Ale co ja ci zro­bi­łem? – Tata jak zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach nie wi­dział ni­cze­go złe­go i ro­bił z sie­bie głup­ka.

– ZRO­BI­ŁEŚ! – krzyk­nę­łam i odło­ży­łam słu­chaw­kę. Mia­łam wte­dy sześć i pół roku, więc chy­ba sama nie do koń­ca zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, co mó­wię, ale pa­mię­tam, że pła­ka­łam i bo­la­ło.

Zbli­żał się ko­niec roku szkol­ne­go i tym sa­mym za­koń­cze­nie ze­rów­ki, po któ­rej na­stęp­nym eta­pem była szko­ła. Uro­czy­stość po­że­gna­nia przed­szko­la była szcze­gól­na, więc trze­ba było ład­nie się ubrać. Po­szłam z mamą ku­pić nowe buty, ele­ganc­kie la­kier­ki, żeby strój był wy­jąt­ko­wy. Wy­jąt­ko­wo było na pew­no, bo wy­bra­łam so­bie bia­łe, la­kie­ro­wa­ne czó­łen­ka na ni­skim ob­ca­sie z ko­kard­ką na czub­ku. Poza tym, że jak szłam to moje la­kier­ki stu­ka­ły jak u do­ro­słej pani na szpil­kach, to jesz­cze… były co naj­mniej o roz­miar za małe, ale ba­łam się o tym po­wie­dzieć ma­mie, bo nie ku­pi­ła­by mi ich, a prze­cież były ta­kie pięk­ne i tak cud­nie pu­ka­ły!

Moja mama była mi­strzem za­ku­pów. Mia­ły­śmy jak na tam­te cza­sy z Meg naj­lep­sze ja­ko­ścio­wo, naj­pięk­niej­sze ubra­nia… Za­wsze by­ły­śmy ubra­ne tak samo albo bar­dzo po­dob­nie. Bia­ła ko­szul­ka, dżin­so­wa spód­nicz­ka i bia­łe raj­sto­py to był ulu­bio­ny out­fit na­szej mamy, w któ­ry nas stro­iła. Wkła­da­ła całe ser­ce w to, że­by­śmy za­wsze były czy­ste i pięk­nie ubra­ne. Na tym koń­czy się emo­cjo­nal­ne za­an­ga­żo­wa­nie mamy na tam­ten czas.

Przy­szedł czas szko­ły pod­sta­wo­wej i… mo­jej wy­pro­wadz­ki. Tak, tyl­ko mo­jej. Ze wzglę­dów „lo­gi­stycz­nych” ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li, że prze­pro­wa­dzę się do dziad­ków od stro­ny taty, a oni z Mag­dą zo­sta­ną w miesz­ka­niu w For­do­nie. Do dzi­siaj nie ro­zu­miem po­wo­dów tej de­cy­zji, bo mama pra­co­wa­ła sto­sun­ko­wo nie­da­le­ko mo­jej szko­ły, a Mag­da cho­dzi­ła do przed­szko­la na tym sa­mym osie­dlu, na któ­rym miesz­ka­li dziad­ko­wie, ale to ja mu­sia­łam się wy­pro­wa­dzić i miesz­kać sama, bez ro­dzi­ców. Nie mogę po­wie­dzieć, że było mi u nich źle. Bab­cia jesz­cze pra­co­wa­ła, jed­nak dzia­dek był na eme­ry­tu­rze, więc po­świę­cał mi każ­dą wol­ną chwi­lę.

Wie­czo­ra­mi, kie­dy bab­cia Ania wra­ca­ła z pra­cy, lu­bi­łam z nią spę­dzać czas. Nie prze­pa­da­łam tyl­ko za chwi­la­mi, gdy szła zmie­nić opa­tru­nek bab­ci Sta­si, ma­mie dziad­ka, któ­ra mia­ła coś z bio­drem. Nikt ni­g­dy mi nie po­ka­zał, jak wy­glą­da­ła ta rana i nie wol­no mi było w tym cza­sie wcho­dzić do po­ko­ju, więc wy­obra­ża­łam so­bie, że pra­bab­cia nie ma pół brzu­cha i zie­je tam wiel­ka, za­krwa­wio­na dziu­ra. Po­twor­nie się tego ba­łam.

Dzia­dek An­drzej za­wsze trak­to­wał mnie czu­le i z mi­ło­ścią. Rano go­to­wał mi zupę mlecz­ną, ro­bił buł­kę ma­śla­ną z dże­mem i ku­po­wał wszyst­ko, co chcia­łam. By­łam jego „Tu­sią”, któ­rej nie­ba by uchy­lił, ale to jed­nak nie było to, cze­go w tam­tym cza­sie po­trze­bo­wa­łam. Za­zdro­ści­łam mo­jej sio­strze, że każ­de­go dnia ma przy so­bie ro­dzi­ców, a ja wi­du­ję się z nimi tyl­ko w week­en­dy. To z dziad­ka­mi prze­ży­wa­łam pierw­szą je­dyn­kę, któ­rą do­sta­łam za nie­do­koń­czo­ny szla­czek. Pła­ka­łam jak bóbr.

– Uczeń bez je­dyn­ki to jak żoł­nierz bez ka­ra­bi­nu – po­cie­sza­li mnie z czu­ło­ścią.

W koń­cu, kie­dy uczęsz­cza­łam do dru­giej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej, ro­dzi­ce i dziad­ko­wie zde­cy­do­wa­li się na za­mia­nę miesz­kań. Moje ma­rze­nie w koń­cu się speł­ni­ło, bo za­miesz­ka­łam z ro­dzi­ca­mi w du­żym, czte­ro­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, któ­re no­ta­be­ne do­brze zna­łam, ale od tam­te­go mo­men­tu mia­ły­śmy z Mag­dą wła­sne po­ko­je, ro­dzi­ce sa­lon – w su­mie była to sy­pial­nia taty, bo mama całe ży­cie spa­ła z moja sio­strą.

Miesz­ka­jąc na Po­łczyń­skiej, jak za­wsze mia­łam dużo ko­le­ża­nek. Naj­bar­dziej za­przy­jaź­ni­łam się z miesz­ka­ją­cą czte­ry pię­tra ni­żej Do­mi­ni­ką. By­ły­śmy nie­roz­łącz­ne. Do­mi­ni­ka wie­dzia­ła o mnie wszyst­ko. Wi­dzia­ła róż­ne sta­ny mo­je­go taty i ni­g­dy nie oce­nia­ła mnie przez jego pry­zmat. Jej mama ni­g­dy nie pra­co­wa­ła, więc opie­ko­wa­ła się Domą i za­wsze mia­ła dla niej pysz­ny obiad po szko­le. U mnie tego nie było. Obiad był naj­czę­ściej w so­bo­tę i w nie­dzie­lę, a w ty­go­dniu tyl­ko wte­dy, je­śli tata był w sta­nie coś przy­go­to­wać, a je­śli nie to nie. Po pro­stu nie było. Jak sama zro­bi­łam so­bie ka­nap­ki do szko­ły to mia­łam, a jak nie to trud­no. Mama ich nie ro­bi­ła.

Naj­bar­dziej uwiel­bia­łam, jak wpa­da­ła do nas na kil­ka dni bab­cia Kry­sia. Wte­dy było wia­do­mo, że szy­ku­je się naj­lep­szy obiad na świe­cie i lo­dów­ka peł­na pysz­no­ści. Przy­jeż­dża­ła za­wsze po­po­łu­dnio­wym PKS-em, jak koń­czył się od­ci­nekEsme­ral­dy, Fio­rel­li albo Przy­ja­ció­łek i Ry­wa­lek – ko­cha­łam oglą­dać bra­zy­lij­skie se­ria­le. Tata darł się na mnie wte­dy:

– Le­piej byś obej­rza­ła ja­kiś pro­gram przy­rod­ni­czy, a nie cią­gle oglą­dasz te ja­kieś Znie­na­wi­dzo­ne!

Co jak co, ale mo­je­mu ta­cie trze­ba przy­znać, że ma łeb jak sklep. Za­wsze go po­dzi­wia­łam za umie­jęt­ność roz­wią­zy­wa­nia krzy­żó­wek, ale nie pa­no­ra­micz­nych, gdzie ha­sła od­ga­du­je pię­cio­let­nie dziec­ko, ale tych naj­trud­niej­szych, jak na przy­kład Jol­ki. Wszyst­ko wie­dział! Czę­sto od­li­czał drob­ne i wy­sy­łał mnie do kio­sku pod blo­kiem, że­bym mu ku­pi­ła „Roz­ryw­kę”, czy­li zbiór naj­trud­niej­szych krzy­żó­wek, któ­re on roz­wią­zy­wał bez pro­ble­mu.

Za­mi­ło­wa­nie do te­le­tur­nie­jów o wie­dzy, jak 1 z 10 albo Mi­lio­ne­rzy, mam ewi­dent­nie po nim. Jest jed­nak jed­na rzecz, któ­rej tata nie prze­ka­zał mi w ge­nach – ma­te­ma­ty­ka. On – orzeł ma­te­ma­tycz­ny, ja – to­tal­ny głąb. O tyle o ile tata sta­rał się tłu­ma­czyć mi naj­prost­sze za­sa­dy ma­te­ma­tycz­ne, moje po­stę­py w na­uce były żad­ne. Ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam, o czym do mnie mówi. Za­wsze koń­czy­ło się tak samo – ja pła­ka­łam nad książ­ka­mi, tata na mnie wrzesz­czał, że nic nie umiem, i koło się za­my­ka­ło. Do sa­me­go koń­ca edu­ka­cji cią­gnę­ła się za mną ta ma­te­ma­tycz­na zmo­ra.

W szko­le by­łam ra­czej prze­cięt­ną uczen­ni­cą. Ni­g­dy nie wy­bi­ja­łam się w na­uce, chy­ba, że z an­giel­skie­go – to był mój ko­nik i od dziec­ka lu­bi­łam i szyb­ko przy­swa­ja­łam nowy ję­zyk. W przy­pad­ku resz­ty przed­mio­tów szłam po li­nii naj­mniej­sze­go opo­ru. Praw­da jest taka, że wszyst­ko ogar­nia­łam sama: na­ukę do spraw­dzia­nów, za­da­nia do­mo­we, pro­jek­ty. Moi ro­dzi­ce śred­nio an­ga­żo­wa­li się w po­moc przy lek­cjach. Nie przy­po­mi­nam so­bie, abym kie­dy­kol­wiek sie­dzia­ła z mamą i cze­goś się z jej po­mo­cą uczy­ła.

– Idź do po­ko­ju się uczyć, jak się na­uczysz to przyjdź i cię prze­py­tam – po­wta­rza­ła za­wsze jed­no i to samo zda­nie.

Nie­rzad­ko by­wa­ło tak, że jak już my­śla­łam, że umiem, szłam do mamy, aby mnie prze­py­ta­ła. Wy­star­czy­ło, że za­cię­łam się na jed­nym sło­wie, a ona rzu­ca­ła moim ze­szy­tem przez po­kój i mó­wi­ła:

– W tej chwi­li wyjdź się uczyć. Jak się nie na­uczysz, to wiesz, co z tobą bę­dzie.

Mimo jej słów ni­g­dy nie było kon­se­kwen­cji, gdy fak­tycz­nie do­sta­wa­łam nie­naj­lep­szą oce­nę. Ude­rzy­ła mnie tyl­ko raz. Było to w dru­giej albo trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej po tym, jak pod­ro­bi­łam jej pod­pis w dzien­nicz­ku ucznia pod in­for­ma­cją o ze­bra­niu dla ro­dzi­ców. Za­po­mnia­łam dać go jej dzień wcze­śniej, żeby prze­czy­ta­ła i pod­pi­sa­ła. Wy­cho­waw­czy­ni spraw­dza­ła, czy każ­dy ma pod­pis, no i bach. Po­tem wma­wia­łam ma­mie, że to prze­cież ona pod­pi­sy­wa­ła. Do­sta­łam za to w twarz.

To był pierw­szy i ostat­ni raz kie­dy mama pod­nio­sła na mnie rękę. My­ślę, że ze wzglę­du na swo­je wy­cho­wy­wa­nie nie zna­ła in­nych me­tod, a wy­cho­wa­nie bli­sko­ścio­we było tyl­ko abs­trak­cją i trud­nym ter­mi­nem w słow­ni­ku. Tata ni­g­dy nie uży­wał siły. W cią­gu al­ko­ho­lo­wym był spo­koj­ny, pił w sa­mot­no­ści przy ulu­bio­nej mu­zy­ce Bud­ki Su­fle­ra czy The Scor­pions.

By­łam już na tyle świa­do­ma, że kie­dy wra­ca­łam ze szko­ły i sły­sza­łam mu­zy­kę do­bie­ga­ją­cą z na­sze­go miesz­ka­nia przez otwar­ty bal­kon, to wie­dzia­łam na sto pro­cent, w ja­kim sta­nie jest tata. To był jego ry­tu­ał: mu­zy­ka pusz­czo­na na cały re­gu­la­tor z kina do­mo­we­go Yama­ha, ku­pio­ne­go za gra­ty­fi­ka­cje i ukry­te­go w sy­pial­ni – a wła­ści­wie jak to z mamą i sio­strą na­zy­wa­ły­śmy „Re­zy­den­cji Me­ce­na­sa Pra­do” – bu­tel­ka albo bu­tel­ki wód­ki i piwa. Tata był wte­dy miły, roz­ga­da­ny, uśmiech­nię­ty i chęt­ny do roz­da­wa­nia pie­nię­dzy na bzdu­ry, któ­re mu wci­ska­łam, że są mi po­trzeb­ne.

Cza­sa­mi taki stan trwał kil­ka­na­ście dni bez prze­rwy. Mama sie­dzia­ła wte­dy za­zwy­czaj w kuch­ni przed te­le­wi­zo­rem i ma­lo­wa­ła pa­znok­cie albo oglą­da­ła ulu­bio­ne pro­gra­my. Mia­ła też „swo­je ży­cie” i swo­je spra­wy. Pa­mię­tam, jak w któ­reś wa­ka­cje po­je­cha­li­śmy z ro­dzi­ca­mi nad mo­rze do Unie­ścia. Spę­dzi­li­śmy tam kil­ka dni ra­zem, ale tata mu­siał szyb­ciej wró­cić do Byd­gosz­czy, bo koń­czył mu się urlop. Na jesz­cze parę dni zo­sta­ły­śmy same z mamą i Mag­dą. Tego sa­me­go dnia, w któ­rym tata wy­je­chał, mama za­bra­ła nas na mia­sto. Dziw­nym przy­pad­kiem spo­tka­ła swo­je­go „zna­jo­me­go”, pana An­drze­ja. Spę­dzi­ły­śmy z nim parę go­dzin. Za­brał nas na lody ja­go­do­we z po­le­wą z bia­łej cze­ko­la­dy. Mama i pan An­drzej tak się do sie­bie uśmie­cha­li, że pra­wie zwy­mio­to­wa­łam. Im by­łam star­sza, tym wię­cej wi­dzia­łam i ro­zu­mia­łam. To było moje ży­cie, moja co­dzien­ność, któ­ra sta­ła się nor­mal­no­ścią. Do dzi­siaj skrę­ca mnie w brzu­chu, jak wi­dzę ja­go­do­wy smak lo­dów.

*

Z bie­giem cza­su naj­waż­niej­sze dla mnie sta­ły się po­dwór­ko i moi zna­jo­mi. Każ­dą wol­ną chwi­lę spę­dza­łam mię­dzy dwo­ma blo­ka­mi, bo za­wsze ktoś wy­cho­dził na dwór i sie­dzia­ło się na pla­cu za­baw albo na klat­kach scho­do­wych aż do wie­czo­ra. Nie mie­li­śmy w tam­tych cza­sach do­stę­pu do in­ter­ne­tu i smart­fo­nów. Z moim ko­le­gą Grze­na­sem po­tra­fi­li­śmy prze­ga­dać całą noc, sie­dząc na pół­pię­trze. Te­ma­ty ni­g­dy nam się nie koń­czy­ły.

W wa­ka­cje było naj­le­piej, bo moż­na było prze­by­wać na dwo­rze od rana do wie­czo­ra i tak w kół­ko. W tam­tym okre­sie naj­więk­szą karą dla mnie był za­kaz wy­cho­dze­nia na dwór. Kary za­wsze da­wa­ła mama, bo tata nie in­ge­ro­wał w moje wy­cho­wa­nie. Nie mo­głam przez to zro­zu­mieć, jak to moż­li­we, że oj­co­wie mo­ich ko­le­gów albo ko­le­ża­nek na coś im nie po­zwa­la­ją. Prze­cież mo­del ro­dzi­ny jest taki, że tata nie ma nic do ga­da­nia, a mama wszyst­kim za­rzą­dza. Tak było u nas za­wsze. To ona sta­ła na cze­le ro­dzi­ny i de­cy­do­wa­ła o naj­waż­niej­szych kwe­stiach.

Te­raz, kie­dy je­stem już do­ro­sła, wiem, że wy­cho­wy­wa­ła nas tak, jak umia­ła. Nie chcia­ła źle i nie mam jej tego za złe. My­ślę, że po la­tach to zro­zu­mia­ła, bo jest mą­drą ko­bie­tą. Je­śli do­ro­śli sami nie do­sta­li mi­ło­ści w od­po­wied­niej ilo­ści, to nie mają za­so­bów, aby prze­ka­zać ją da­lej swo­im dzie­ciom. Tak na pew­no było z moją mamą. Mimo że była nie­obec­na emo­cjo­nal­nie, to sta­ra­ła się ja­koś utrzy­mać nas w ry­zach, za co bar­dzo jej dzię­ku­ję. Mama była su­ro­wa. Z nią ni­g­dy nie było dys­ku­sji. Ani ja, ani Mag­da nie mia­ły­śmy od­wa­gi się jej sprze­ci­wić, bo my­ślę, że po pro­stu ba­ły­śmy się re­ak­cji. Wy­ma­ga­ła ode mnie i mo­jej sio­stry dużo, ale na pew­no za­punk­to­wa­ło to w na­szym do­ro­słym ży­ciu. Mam na my­śli spra­wy zwią­za­ne z utrzy­ma­niem domu i ogól­nym roz­gar­nię­ciem ży­cio­wym.

W przy­pad­ku ro­dzi­ny ta­kiej jak moja trud­no jest po­stę­po­wać ina­czej. Tata cza­sa­mi był, a cza­sa­mi od­pły­wał na całe ty­go­dnie. Był tak nie­prze­wi­dy­wal­ny, że ni­g­dy nie moż­na było nic za­pla­no­wać. Pew­ne­go roku mie­li­śmy je­chać na urlop do Ko­ło­brze­gu, bo­daj­że w nie­dzie­lę rano. Mama już nas spa­ko­wa­ła, wszyst­ko było go­to­we, a tata wró­cił po paru dniach im­pre­zo­wa­nia z dziu­rą w no­dze i zra­nio­ną gło­wą. Oka­za­ło się, że miał po pi­ja­ku wy­pa­dek na ro­we­rze i zo­stał po­trą­co­ny przez sa­mo­chód. Oczy­wi­ście nie wi­dział w tym nic złe­go i po­je­chał z nami na wa­ka­cje, jak gdy­by ni­g­dy nic.

Trze­ba na­to­miast od­dać ta­cie, że jed­ne­go roku sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia – za­brał mnie i moją sio­strę na cały ty­dzień wa­ka­cji bez mamy! To było coś! Sza­cun dla nie­go, że przy­go­to­wał wszyst­ko, co było nam po­trzeb­ne […]

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.

Ży­cie od nowa

isbn: 978-83-8423-360-3

© Pa­try­cja Grze­nia i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mo­ni­ka Stach­niuk

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.