Życie od A do Z - Katarzyna Miller, Dariusz Janiszewski - ebook
Opis

 

Znana i ceniona psycholożka Katarzyna Miller opisuje i porządkuje otaczający nas świat według liter alfabetu i z lekkim przymrużeniem oka. Przepytywana przez Dariusza Janiszewskiego mówi o sprawach najważniejszych, mniej ważnych, a także tych osobistych.

W alfabecie Kasi znalazły się takie tematy jak:


CZAS – w jaki sposób żyć dniem dzisiejszym.

LĘK – jak zaprzyjaźnić się ze strachem, czyli o tym,że można się bać, ale i tak robić swoje.

LENISTWO – dlaczego umiejętność nicnierobienia jest cnotą.

MIŁOŚĆ – o tym, że bez miłości do siebie nie ma miłoścido innych i jak nauczyć się kochać.

OPTYMIZM – jak się podnieść z najgorszych dołków,czyli złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.
I wiele innych.

Po prostu – Życie od A do Z.

Katarzyna Miller - Psycholożka, psychoterapeutka, filozofka z kilkudziesięcioletnią praktyką terapeutyczną w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej. Wykładowczyni na licznych warsztatach rozwojowych dla kobiet. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, m.in. Instrukcja obsługi toksycznych ludzi, Życie jest fajne, Instrukcja Obsługi kobiety, Kup kochance męża kwiaty, Nie bój się życia, Chcę być kochana tak jak chcę, Instrukcja obsługi faceta, SeksownikZrób to kochanie i inych (Wydawnictwo Zwierciadło). Na stałe związana z magazynem Zwierciadło.

Dariusz Janiszewski - redaktor, dziennikarz, od 2005 roku współtworzy miesięcznik Zwierciadło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 134

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.,Warszawa 2019 Text © copyright by Katarzyna Miller, Dariusz Janiszewski, 2019
Redakcja i korekta: Melanż
Okładka i projekt typograficzny, łamanie: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN® www.panczakiewicz.pl
Ilustracja na okładce: MIROSŁAWA SZAWIŃSKA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Wydanie I
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN: 978-83-8132-089-4
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12
Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Może się to wydawać dziwne, jak się na mnie dziś popatrzy, ale byłam niejadkiem, chudym, ruchliwym dzieckiem, które trzeba było zatrzymywać niemal siłą. Zatrzymywali mnie więc i trzymali przy stole, dopóki nie zjadłam wszystkiego, co na talerzu. Kiedyś było to praktyką dosyć powszechną, a w niektórych domach pozostało, niestety, do dziś. Moi rodzice mieli na koncie doświadczenie wojny, tata był po obozie koncentracyjnym. To właśnie on – cudowny, mądry, tolerancyjny – w tej sprawie chyba najbardziej zawinił. Siedział przy mnie i pilnował, żebym wszystko zjadła. I tak się zrobiło, że zgubiłam taki wewnętrzny klik, który mówi, że już.

W odczuwaniu smaków między ludźmi występują bardzo duże różnice. A ja jestem bardzo wrażliwa na smaki, rozróżniam ich mnóstwo i uwielbiam wszystkie. Mój apetyt na jedzenie jest taki sam jak na wszystko inne. Zmysłowe odbieranie życia zawsze było mi bliskie. Mam taką misję – po to piszę, po to spotykam się z ludźmi, żeby jak najwięcej osób na coś otworzyć, żeby zdały sobie sprawę, że życie jest cholernie ciekawe i że mają na nie wielki wpływ. Życie może być smaczne. I to jak! Nawet smaki gorzkie to też są ważne smaki. Za dużo słodyczy szkodzi.

Jeszcze bardziej szkodzić może nieopanowany głód życia. Czasami się o to ocieram, bo jestem nadmiarowa we wszystkim. To może wyglądać różnie, zawsze jest związane z uzależnieniami. Jestem uzależniona od jedzenia, ale uważam, że mam najlepsze uzależnienie, jakie mogłabym mieć. Chociaż w tej chwili nie lubię tego ciężaru, który noszę. Nie mogę podbiec, czasem nie mogę pójść tam, dokąd może bym i chciała. I tu pojawia się ciekawy aspekt – muszę się powściągać, muszę się nauczyć żyć bardziej ograniczona. To mnie uczy pokory, proszenia o pomoc, wdzięczności. A dopóki ja będę ludziom wdzięczna za to, co mi dają, i będę umiała to wyrazić, nie będą mnie odrzucać. Jak się otwierasz na plusy, to dostajesz plusy i odwrotnie. Tego nie da się zafałszować. Nie radzę sobie ze swoją grubością, może z tym zemrę, a może nie, jeszcze nie wiem. Musiałabym radykalnie zmienić styl żywienia, pewnie także myślenia. Nie zmieniam go, ponieważ kocham jeść, ale też widocznie ciągle mam większe korzyści niż straty. Mimo tego ciężaru ciągle jestem przecież zdrowa i pogodna.

Z drugiej strony – życiowy niejadek też jest biedny. Jest taką dżdżownicą bez ziemi, wysuszonym wiórkiem. Przeciwieństwem apetytu na życie byłby neurotyczny lęk, ale przede wszystkim depresja, czyli zaniechanie, ucieczka totalna. A depresja potrafi być chorobą śmiertelną. Jak ktoś odmawia życia, to umrze. Gdy zastanawiam się, czy apetytu na życie można się nauczyć, dochodzę do wniosku, że w dużym stopniu można. Zależy to od tego, jak dalece ktoś został połamany w dzieciństwie. Ludzie mają niewiarygodną umiejętność przetrwania i odradzania się. Gdybym w to nie wierzyła, nie mogłabym pracować w tej robocie...

Mam receptę na życiowy apetyt, pierwszy krok to oddech, on jest najważniejszy. Trzeba bardzo szanować to, że oddychamy. Zauważenie własnego oddechu jest formą medytacji. Masz czuć, że żyjesz, na przykład że się myjesz, dotykasz, głaszczesz, że spłukujesz się wodą, wycierasz. Ubierasz się w wygodne rzeczy. Ważne, żebyś sobie zdawał, człowieku, sprawę, czy chcesz wypić herbatkę earl gray czy czerwoną, czy może zieloną z ryżem. Ktoś mówi: „wszystko jedno”. Jak to wszystko jedno?! Ja się zawsze zastanowię, co ja chcę w tej chwili wypić. Jak na dworze jest deszcz, wyjdę, poczuję kropelki wody na buzi. Rano się zastanowię, jaki kolor dzisiaj zakładam na siebie. Może niebieski, bo chodziłam ostatnio w czarnym i już wystarczy. To wszystko są rzeczy dla zmysłowca bardzo ważne. To jest zatroszczenie się o siebie, uważność. Jedz i pij to, na co masz ochotę, idź tam, dokąd chcesz, rozmawiaj z tymi, z którymi warto, a nie z każdym, kto się napatoczy. Tak samo jest z myśleniem: jeżeli człowiek się nakręca nieszczęśliwymi myślami, cały organizm robi się od tego nieszczęśliwy. Temu trzeba powiedzieć stop, nie wolno tego robić. Jeśli na ulicę wyjdą dwie osoby – jedna będzie miała zliczyć brzydkich, a druga ładnych, to która wróci w lepszym humorze?! Obie znajdą to, czego szukają, bo wystarczy się odpowiednio nastawić. Wiem, jaki świat bywa: smutny, załgany, przemocowy, ale czy ja się do tego dokładam?! Nie, ja się dokładam do dobrego świata i znam wielu ludzi, którzy to robią. Ode mnie zależy, co wybieram – widzę wszystko, ale wybieram dobre. A jak wybieram dobre, to ono mnie wybiera. I mam ochotę na więcej.

Najtrudniejsze błędy w mojej pracy? To, że kogoś potraktowałam zbyt mało czujnie. Uważam, że jeżeli klient słyszy ode mnie tyle dobrych rzeczy, to czasem musi też usłyszeć coś, co go poruszy, nawet zaboli. Niektóre osoby nie darowują mi tego, na szczęście to się rzadko zdarza. Ale czasem tak, i wtedy się obrażają i przerywają terapię. Zawsze mają prawo to zrobić, ale jak robią to w takim momencie, bardzo mi szkoda. Bo dopiero z tego by się właśnie coś urodziło. Mówiąc coś trudnego, sporo ryzykuję. Wiem, że są tacy terapeuci, którzy nie mówią trudnych rzeczy, tylko co to za terapia?! Na pewno długotrwała! Jak zdarzy się taka trudna sytuacja, wtedy myślę – nie jestem Duchem Świętym, chociaż szkoda, że czegoś nie zauważyłam czy się pospieszyłam. I jest mi przykro i żal. Ale jak mówią: nie wsiądziesz, nie pojedziesz.

Jeśli ktoś mnie pyta: „Czy ja mam się związać z tym facetem, czy nie, bo nie chciałabym popełnić błędu”, odpowiadam: „Nie ma szansy, ponieważ to, co bierzesz w tej chwili pod uwagę, to jest tylko kawałeczek czegoś, co widzisz. Na to, co się będzie działo pomiędzy tobą a tym człowiekiem, nie wpływa tylko to, co jest w nim i w tobie teraz, ale cały świat, mnóstwo rzeczy może się zdarzyć”.

Dziś potrafię powiedzieć, że myliłam się w ocenie jakichś swoich ukochanych. To powszechne, młode dziewczyny zakochują się w łajdakach, ponieważ łajdacy potrafią kadzić, wiedzą, na co je złapać. One chcą dostać miłość, czuć się ważne i jak słyszą te rozkoszne słowa, to idą za swoim marzeniem. Po latach mogą spokojnie powiedzieć: „To był błąd”, tylko że nie można było postąpić inaczej, ponieważ wtedy właśnie tego potrzebowały. Dla młodych ludzi ważne jest szaleństwo, rodzaj pewnej nieprzytomności. No i ten facet, który był taki ekstra, kiedy mieliśmy 20 lat, przy pięćdziesiątce okaże się nie do wytrzymania. Czy to są błędy?! Są i nie są.

Gdy moja klientka mówi: „Jaka ja byłam głupia, że wtedy tego nie wiedziałam”, odpowiadam: „Jak się tak będziesz traktować, to nigdy nie będziesz zadowolona”. Ten rodzaj myślenia jest objawem nielubienia siebie samej i poczucia niskiej wartości. Lepiej by było sobie ciepło i serdecznie powiedzieć: „Dziewczyno, byłaś naiwna, bo byłaś jeszcze nieprzygotowana i brałaś fałszywą monetę za dobrą. Nie dlatego, że byłaś głupia, tylko dlatego, że bardzo chciałaś być szczęśliwa. Jeśli sobie nie darujesz, to co zostaje z twojej historii życia?! Popioły? Przecież coś przeżyłaś i to ma swoją wartość”. Myślę o długich związkach. Ludzie są ze sobą na przykład 18 lat i ktoś narzeka: „Te ostatnie lata to groza, nie udało mi się małżeństwo”. Zaraz, przecież to znaczy, że 15 lat się udało. To jest prawdziwy sukces. Ale jeśli wygląda na to, że nie uda się wrócić do tamtych pierwszych lat, to nie przedłużajmy tego wahania. Podziękujmy sobie. Bo lepiej sobie dziękować, a nie się handryczyć i nie znosić. To dopiero jest błąd. Taki rodzaj roszczenia zarówno do siebie, jak i do świata, że wszystko ma być zawsze udane. To niemożliwe, ponieważ istota świata i życia polega na zmianie, na ruchu. Wszystko przemija, w ogrodzie kwiaty są tylko parę miesięcy. A ludzie chcą, żeby róża kwitła zawsze.

Błędem jest trwać w błędzie, w tym, co już jest dla nas niedobre. Jeść niesmaczne, zepsute jedzenie, utrzymywać iluzję, że coś trwa, choć się już skończyło. Niezgoda na przemijanie też jest błędem, ponieważ zatrzymujemy coś, z czego nie ma już energii. Będąc w kontakcie ze sobą i z realnością, możemy zaczynać na nowo, odradzać się, zamiast patrzeć do tyłu i się nie rozwijać.

Boimy się swoich błędów. Tak się nas wychowuje, w iluzji doskonałości i w iluzji, że jak sobie ułożysz życie, to już je masz. No nie, przez jakiś czas masz je ułożone, a potem musisz zobaczyć, czy ono cię nie zaczęło uwierać. Nawet jak zbudujesz najbardziej solidny dom, to i tak musisz o niego nadal dbać, bo a to dachówka się obluzuje, a to zaleje piwnicę. Podobnie trzeba wysprzątać siebie co jakiś czas, zdać sobie sprawę, że pewne wartości okazały się prawdziwe, a inne pozorne, więc niektórych rzeczy już w ogóle nie chcesz, a inne już masz i nie musisz się o nie dobijać. Przechodzenie przez kolejne etapy, kiedy to w inny sposób sobie mebluję kolejne przestrzenie życia, to jest cholerna radość. Moim zdaniem kto robi błędy, ten wygrywa.

Można by pomyśleć, że w terapii zajmuję się błędami swoich klientów. Ale ja się zajmuję torowaniem ich myśli w inną stronę. Właśnie, żeby nie katowali się za błędy między innymi, żeby nie mieli siebie za nieudanych. Moją podstawą myślenia o ludziach jest coś takiego: chcę, żeby było ci lepiej. Czujesz, że czegoś nie dotknęłaś, zrobiłaś coś nie tak, jak chcesz, zajmij się tym dla samej siebie. I jeszcze takie fajne zdanie, którego Wojciech Eichelberger użył w tytule książki: „pomóż sobie, daj światu odetchnąć”. Jak będziesz szczęśliwa, będziesz uszczęśliwiać świat wokół siebie, bo przestaniesz się czepiać, marudzić, mieć pretensje. Zaczniesz pogodnie żyć i dzielić się z innymi, a to, czego masz za dużo, rozdawać. Bo jak człowiek ma poczucie, że czegoś nie ma, to za nic nie da. Dlatego w Polsce ludzie sobie bardzo często dokuczają, a nie mówią miłych rzeczy. Mój główny przekaz to: jesteście w porządku, nie ma błędów. Owszem, są działania, które dzisiaj przyniosą nam sukces, a jutro może rodzaj jakiejś przegranej, ale to nie znaczy, że mamy przestać być sobą.

Czas jest niewiarygodnie relatywną sprawą. Dziesięć minut spędzone na solarium to dużo, można sobie wyobrazić, że jest się na plaży, czas płynie wolno. Te same dziesięć minut podczas zajmującej rozmowy albo oglądania ciekawego filmu upływa bardzo szybko. A gdy pytają cię na egzaminie o coś, czego nie wiesz, to czas jakby staje w miejscu. Bo czas może stanąć w miejscu z powodu czegoś bardzo trudnego albo cudownego, jak np. chwila miłosna. Trwa zaledwie pięć minut, a wydaje się, że to wieczność, pozostaje jako wspomnienie czegoś bardzo długiego i istotnego.

Kiedy byliśmy mali, czas istniał jako taka ogromna kopuła nad światem, bezpieczna, stała i trwała. Wydarzenia odbywały się w innym tempie, wakacje odczuwało się tak, jakby trwały rok. Wszystko, co się działo, działo się pierwszy raz, było szalenie pasjonujące, jakby wieczne. Wraca to do mnie w takich przebłyskach – spacery wzdłuż morza, łowienie ryb, pływanie nocą, ogniska. To trwa, to jest, czuję to. Czas jest taki tylko wtedy, kiedy żyje w nas nasze wewnętrzne dziecko. A ono ma być żywe i w człowieku dorosłym, i starym. Teraz chodzę oglądać kuchnię, którą urządzam w moim nowym mieszkaniu, gdzie niedługo będę się przeprowadzać, i jestem podekscytowana, jakbym miała siedem lat. Urządzałam już sporo mieszkań w swoim życiu, ale dla mnie to jest zawsze taka atrakcja, że odchodzi całe zmęczenie.

Mówi się, że wszystko wokół pędzi. Zdałam sobie sprawę, że jeśli tego wewnętrznie nie zatrzymam, to się będę męczyła i będę sobie robić krzywdę. Wróciłam więc do dziecięcego sposobu traktowania czasu. Nie wolno robić tego, co robią dorośli, i mówić np. „Mam tylko tydzień urlopu, za chwilę się skończy”. Jeszcze nie wyjechałam, a już wracam. Więc nie. Jadę na urlop, on jest bardzo długi i leży jeszcze przede mną, rozciąga się. Dzisiejszy dzień też jest przede mną.

Są ludzie, którzy za bardzo żyją do tyłu (przeszłością), i tacy, którzy żyją za bardzo do przodu (przyszłością), a także ci, którzy żyją teraz. Jak żyć bardziej w teraźniejszości, nie rozpamiętywać przeszłości i nie wymyślać przyszłości? Wystarczy być zainteresowanym tym, co dzieje się w tej chwili, albo jak się inaczej mówi – uważnym, obecnym. Zaciekawionym sobą, swoimi reakcjami, odczuciami, ale też otoczeniem, innymi ludźmi.

Poczułam ogromną ulgę, gdy doszło do mnie, że jedyne, co mam zrobić, to przyjmować to, co się dzieje. Ludziom się wydaje, że to jest niezgodne z ich własnymi planami. Nieprawda, bo ja mogę wiedzieć, co ja wolę, żeby mnie spotkało, a jednocześnie wiedzieć, że może być tak, że to, co wolę, się nie zdarzy. Planować trzeba, bo to daje człowiekowi jakiś kierunek w jego wyborach i możliwościach. Chociaż jest takie powiedzenie, że planując, rozśmieszamy Boga. Mam też takie powiedzonko: chcesz mieć rozczarowanie, snuj sobie scenariusze.

Ludzie najczęściej narzekają na czas, że mają go za mało, że już się skończył, że znowu coś trzeba, a ja go lubię. Według mnie nie ma czegoś takiego jak „muszę”. Możesz sobie powiedzieć: ja wolę albo chcę, albo wybieram. Wtedy to już nie jest przymus, tylko to jest moje życie, a więc nie terror czasu, tylko nasz własny terror. A możemy naszego wewnętrznego rodzica zmienić tak, żebyśmy działali nie pod przymusem, tylko dlatego, że czegoś chcemy. Narzekających na to, że mają za mało czasu, a za dużo do zrobienia, najpierw proszę, żeby mnie przekonali, że to wszystko, co niby muszą zrobić, jest konieczne. Moje pierwsze podejrzenie jest takie, że te osoby nie lubią być ze sobą – chcą mieć dużo zajęć, żeby o sobie nie myśleć, nie czuć siebie. Gdy to zauważą, można się zastanowić, które z tych zajęć są naprawdę niezbędne, bo ich nie jest dużo. To od nas zależy, w którym momencie idziemy spać, ile sprzątamy, czy w szafie ubrania są ułożone kolorami itp.

Czas to też przemijanie, a bez przemijania nie byłoby życia, byłby bezruch i martwota. Przemijanie to ruch, a śmierć to wybawienie, zakończenie czegoś, co nie może być wieczne, bo byłoby straszne. Boimy się śmierci i przemijania, ponieważ nie żyjemy pełnią siebie, nie przeżywamy wszystkich uczuć. Niektórych się boimy, uciekamy od nich, staramy się manipulować życiem, np. wybieramy to, co wydaje nam się najbardziej bezpieczne, i to bezpieczeństwo staje się przymusem, pułapką.

Bardzo się cieszę, że czas zaczął być mi znowu przyjacielski. Dotarło do mnie, że kiedy idę robić coś, co lubię, wewnętrznie czuję się tak fajnie jak kiedyś. Nieważne, że teraz jestem dwa razy cięższa, mniej sprawna, starsza. Tak samo w coś wchodzę, tak samo się śmieję, może nawet bardziej, bo jestem bardziej otwarta, szczera, już nie muszę nikogo przekonywać, uwodzić. Czasem wewnątrz czujemy się młodo, ale ludzie chcą od nas tego, żebyśmy się zachowywali zgodnie z metryką, bo wiek zobowiązuje. Ale ja mam to gdzieś. Zwyczajnie im na to nie pozwalam. Mam taką znajomą, która mnie upomina: „Kasiu, a co ty się zachowujesz jak dziecko, a to podskoczysz, a to się tak głupio zaśmiejesz, przecież jesteś inteligentna, dorosła kobieta”. Nie, ja jestem głupie dziecko i jednocześnie mądre dziecko, to jest we mnie wszystko naraz. A jak ci się nie podoba, to się wypchaj.

Mam obowiązek i prawo wykorzystać czas, który mi pozostał, najlepiej jak chcę i potrafię dla siebie, świata i ludzi, cieszyć się nim, robić z nim coś pożytecznego. Więc najważniejszym ostatnio odkryciem, które mi daje poczucie bezpieczeństwa i radość, jest to, że istnieje bardzo dużo czasu i że wszystko się w nim zmieści. Ja mam chyba już dziewiąte życie. Bo co jakiś czas przychodzą takie fale zmęczenia, znużenia i wydaje mi się wtedy, że już się nażyłam. Że mogłabym już umrzeć, bo ja się nie boję śmierci. I wtedy zaczynam się zastanawiać, co jeszcze mogłabym zrobić, i zabieram się do czegoś nowego.

Z domu, od