Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 135 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zraniony pasterz - Daniel Ange

 

To pełna uroku i wrażliwości książka o miłości Boga do każdego człowieka, choćby ten dążył drogą z daleka od Ojca. Jej lektura pomaga otworzyć się na Spojrzenie, którego światło sprawia, że życie stanie się Życiem, a istnienie nabierze sensu, stanie się obecnością, żarem, będzie siać nadzieję.

To książka dla Ciebie. Mówi ona tylko jedno: jest ktoś kto cię kocha, nawet jeśli o tym nie wiesz, ktoś kto cię nigdy nie zostawi samego!

Każda strona książki czy opisane zdarzenie mogłyby być podpisane, poświadczone przez wiele osób... które kiedyś czuły się samotnymi i pozwoliły się odnaleźć Jedynemu.

Opinie o książce:

,,Zraniony pasterz był dla mnie początkiem nawrócenia” – Małgorzata, 34 lata.

,,Jest to książka o niesłychanej delikatności. Poprzez swoją delikatność i czułość otworzyła we mnie małą szczelinę (…) dotarły do mnie dwa słowa: być ufnym. Ufać, nawet jeśli się nie zawsze rozumie” – Miriam, 16 lat.

,,Wcześniej byłam jak maszyna podłączona do kontaktu, która nie działa. Książka stała się wciśnięciem przycisku, który uruchomił mechanizm. Modliłam się, ale przechodziłam obok najważniejszego…” – Anita, 15 lat.

Opinie o ebooku Zraniony pasterz - Daniel Ange

Cytaty z ebooka Zraniony pasterz - Daniel Ange

– Bez ustanku szukałem jednej owcy, jednej jedynej. Miałem wrażenie, że ucieka, gdy tylko mnie spostrzeże. Trzeba było się spieszyć. O tej porze roku noc zapada szybko. Tutaj z byle powodu można upaść i skręcić sobie kostkę. Jednak krwawiąc, uczę się leczyć innych. – Jeśli dobrze zrozumiałem, zostawiłeś resztę stada tak po prostu, bez pasterza? – Co chcesz, na tej jednej owcy Ojcu zależy jak na źrenicy oka. Dla Niego liczy się tylko ona. Co za cios, gdybym jej nie odnalazł!
– Wiesz, Bóg przyodział cię w szatę jeszcze piękniejszą. Przyrzeknij mi więc, że nigdy nie będziesz się martwić. Ciesz się każdego dnia z tego, co On ci daje. O dniu wczorajszym myśl tylko po to, by powiedzieć: „dziękuję”! O jutrzejszym zaś: „z góry dziękuję”!
– Ja też wciąż czekam na te słowa. Tak rzadko ludzie uciekają się do mnie. Boją się mnie! Lub biorą za dobrodusznego poczciwinę, nieudolnego, słowem... nieszkodliwego! Albo też za kogoś w rodzaju superdyktatora sadomasochisty...
– Boję się. Otworzysz rany, przywołasz lęki... – Znam te drzwi lepiej od ciebie. Nie byłeś jeszcze wtedy ze mną, ale ja już byłem z tobą. Zaufaj, teraz będzie zupełnie inaczej. – Ale dlaczego nie przekreślić przeszłości tutaj, teraz, jednym ruchem ręki? – Muszę uzdrowić każdą ranę tam, gdzie ją zadano. Zejść do korzeni, aby uleczyć ból, zaradzić złu. Mam swój szczególny sposób uzdrawiania, znam się na tym. Pozwól mi to zrobić.
Nie! Nic nie jest z góry przegrane! Wszystko jest do odbudowania! Nikt nie jest na zawsze stracony. Twoje życie... odpowiadasz za nie tak samo, jak za przyszłość świata. Czeka cię niezwykłe życie. Jeśli zechcesz.
Oto, co ci proponuję: dasz mi swoje rany, a ja oddam ci moje. – Jak to? – Ofiarujesz mi rozczarowania, upadki, niesprawiedliwości, przegrane twego życia. – Co się z nimi stanie? – Biorę je na siebie. Już do ciebie nie należą. – Co na tym zyskuję? – Oddaję ci je, ale przemienione w rany miłości.
Odmowa przebaczenia to popsuty bezpiecznik. A spięcie może sprowadzić śmierć. – O czym mówisz? – O grzechu. – Co to właściwie jest? – To, co powoduje krótkie spięcie miłości, odcina prąd życia, spycha poza nawias braci, podminowuje szczęście, zaciemnia spojrzenie, wykrzywia twarz, dławi radość, gwałci twoje serce.
Jakże potrzebujesz dzielić się miłością godną twego serca! Nie jesteś stworzona do małych, skarlałych miłostek... Jesteś stworzona do miłości wielkiej i silnej, która przetrwa na zawsze. Jesteś do niej zdolna. Jesteś większa, piękniejsza, niż myślisz. Czemu dawać sobą gardzić, czemu pozwalać, by tak szybko przyszła starość?
A Ty, dlaczego nie pójdziesz spotkać każdego tam, gdzie zszedł ze swojej ścieżki? – Pod warunkiem, że da się odnaleźć... – Nie sprawiłoby Ci to trudności! – Ostatecznie my (ileż w tym „my” było czułości!), my obraliśmy inną taktykę. Cały kłopot – podejść do was tak, byście nie wpadli w panikę. Powiedzieliśmy sobie: „Rozważniej jest przyjść przez braci”. A poza tym byłem smutny, nie mogąc z nikim dzielić szczęścia, jakim jest sprowadzenie człowieka na ścieżkę jego serca. Wtedy Ojciec powiedział mi: „Słuchaj, niedobrze Ci być samemu. Wolę wysyłać was po dwóch. On będzie Ciebie zwiastował, podczas gdy Ty będziesz się modlił”. – Do czego zmierzasz? – Jesteśmy ze sobą związani. – I co z tego? – Czy zechcesz użyczyć mi twych oczu, abym mógł widzieć mych braci? Twych uszu, bym mógł usłyszeć ich wołanie? Twych rąk, bym opatrzył ich rany, i twego serca, bym mógł ich kochać takimi, jacy są? – Potrzebujesz mnie?
„Dla Niego nikt nie jest na zawsze stracony, nikt nie jest za daleko, nikt nie jest zbyt wielką ruiną. Jakież cierniste zarośla przeszkodziłyby Mu, by nas dosięgnąć? Jeśli będzie trzeba, zejdzie nawet do piekła, ale w końcu nas odnajdzie”.

Fragment ebooka Zraniony pasterz - Daniel Ange

Tytuł oryginału:
Le Pâtreblessé
Tłumaczenie:
Anna Łempicka
Redakcja:
Renata Szwander
© Copyright by Librairiè Arthème Fayard, 1986
© Copyright for the Polish edition by Fundacja Gniazdo Rodzinne, Wesoła 1993
Imprimatur
Kuria Metropolitalna w Krakowie
† Jan Szkodoń, Vic. Gen.
ks. Jan Dyduch, Kanclerz
ks. dr Adolf Janczak SCJ, Cenzor
L. 1393/93, Kraków, dnia 14 czerwca 1993 r.
ISBN 978-83-7595-090-8
ISBN wersji cyfrowej: 978-83-7595-491-3
Wydawnictwo M
ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

Zgliszcza

Jeśli jesteś niczym dla innych,
Niczym dla siebie samego,
Jeśli Twoje życie to pustka –
błąkanie się wśród upadków i przepaści,
To książka ta jest dla ciebie.
Mówi ona tylko jedno:
Jest ktoś, kto cię kocha.
Nawet jeśli o tym nie wiesz.
Daj się odnaleźć Jedynemu,
Który cię nigdy nie zostawi samego!
ABY ODCZYTAĆ TĘ NIEWIELKĄ KSIĄŻKĘ, nie przerzucaj kartek, tak jakby to była powieść.
Nie uciekaj w nią jak w fikcyjną przygodę należącą jedynie do literatury.
Książka ta nie jest ani jednym, ani drugim. Przedstawione są w niej prawdziwe RZECZYWISTOŚCI na dwóch nieustannie przenikających się płaszczyznach życia.
1. RZECZYWISTOŚĆ POSTRZEGALNA ŻYCIA CODZIENNEGO – 
rzeczywistość opisana w całej swej obiektywnej nagości, zgodnie z faktami widzianymi, zasłyszanymi, przeżytymi. Nie są one ani naciągane, ani wyolbrzymione, ani też zafałszowane. Bohater tej książki, osadzonej w kulturze Zachodu połowy lat osiemdziesiątych, choć sam jako taki nie istniał, dzieli się z nami tym, co setki młodych ludzi, prawdziwie żyjących, rzeczywistych, napisało mi, powierzyło, opowiedziało z własnego życia. Każda strona czy zdarzenie mogłyby być podpisane, poświadczone, przez Ewę, Ankę, Krzysztofa, Marka i tylu innych... Zmienione są tylko nazwy miejsc i osób.
2. RZECZYWISTOŚĆ ŻYCIA DUCHOWEGO – nie mniej codzienna i aktualna – oddana w pewnej mierze językiem poezji, który jako jedyny jest w stanie wyrazić nadprzyrodzoną rzeczywistość. Ale także tutaj wszystko oparte jest na doświadczeniu PRZEŻYWANYM przez wielu wczoraj, dziś jeszcze i jutro – być może na TWOIM doświadczeniu.
W grę wchodzą autentyczne i wieczne rzeczywistości – jedyne, których przestrzeń nie ogranicza, czas nie dewaluuje i które nie więdną wskutek przyzwyczajenia. Pozostają i pozostaną na zawsze. One SĄ.
Przemieniają rzeczywistość życia codziennego, nadając jej sens i transcendencję. Niewidzialne dla oczu ciała, jednak postrzegalne w całym swym realizmie poprzez konkretne świadec-
twa przemienionego życia, przemienionego istotnie, namacalnie dzięki nowemu światłu. Niczym fale radiowe, których nie można ani zobaczyć, ani dotknąć, ani usłyszeć, o ile nie zostaną przechwycone przez jakiś odbiornik. Tutaj trzeba się odwołać do oczu serca, które odnajdują to, co niewidzialne: najistotniejszy wymiar każdego człowieczego życia, które nie chce być wegetacją poniżej ludzkiego stadium rozwoju. Na tym poziomie nie ma „haju”, „zgrywy”, „lipy”: jest zakorzenianie się w najbardziej rzeczywistych rzeczywistościach.
Doświadczenie duchowe jest jak atmosfera: nie widzisz jej, lecz gdyby nie ona, co byś zobaczył? Udusiłbyś się.
Materia i duch. Ciało i dusza. Widzialne i niewidzialne. Ziemia i Niebo... To nie dwa światy zestawione ze sobą lub przeciwstawne sobie, ocierające się o siebie lub wykluczające się. TO DWIE RZECZYWISTOŚCI TEGO SAMEGO ŚWIATA, tak jak twoje ciało i twoje serce: nie dwie rozdzielone i walczące ze sobą osoby, lecz dwie nierozłączne części ciebie samego. Nie jak strony lewa i prawa, lecz jedno wewnątrz drugiego. Życie wewnętrzne jest wnętrzem życia.
Ta mała książka chce po prostu otworzyć Cię na Spojrzenie, którego światło sprawi, że Twoje życie stanie się Życiem . Twoje istnienie nabierze sensu, stanie się obecnością, żarem, będzie siać nadzieję.
Żarnowie, 1 stycznia, pierwsza w nocy
Cześć stary!
Pozwól, że opowiem ci, teraz, gdy rodzi się kolejny nowy rok, co się stało w moim życiu od naszego ostatniego spotkania. Niesamowite rzeczy! Gdybyś mnie zobaczył, nie poznałbyś mnie. Zero, za które się uważałem, zaczyna od zera: start zupełnie nowego życia! Wybacz, że nie będę się streszczać, w tej historii liczy się każdy szczegół.
Tydzień temu chodziłem parę godzin w ulewnym deszczu. Było to akurat w Wigilię. Przemoknięty do suchej nitki, dotarłem o zmroku do Zgliszcz. Zabiegani przechodnie wracali do siebie z rękoma pełnymi prezentów. Dla mnie żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu! Pobiegłem na pocztę, była jeszcze otwarta. Sylwia! Jak bardzo mi jej brakowało! Zostawiłem adres na poste restante. Czy napisała?... Czy o mnie zapomniała? Uff! list! To od niej! Przeczytam go w spokojnej chwili.
Tymczasem co począć z oczekującą mnie długą nocą? Mowa! Najdłuższą w roku! I pomyśleć, że kiedy byłem mały, marzyłem, żeby się nigdy nie skończyła... Co począć tej nocy z „moją” nocą? Gdzie zabić czas? A może by tak jakiś niezły filmik? Superprzygoda, by na dwie godziny uciec od złej przygody!
Miłość na umór... Miłość na ziemi ... Demon... Uee! Ten demon na całą szerokość plakatu! Co za wstrętna morda... Fascynujący! Kina nic innego nie reklamują! Trzy sale, trzy filmy. Ani jeden nie rozpali moich złudzeń.
A jednak! Mad Max, krwawy obrońca, mierzy w ciebie palcem na cynglu. Podpis: „Gdy przemoc zawładnie światem, módlcie się, by był z wami!” Co to za jeden? Trochę dalej (wymiar panoramiczny): brzuch, ręka! Pod spodem: „Zdrowaś Mario”... Ot tak, na środku chodnika! Dziwne! Moja matka też ma na imię Maria. Kiedyś byłem w niej, o, tak jak tutaj... a teraz?...
Trzy kroki dalej hałaśliwy rechot paru facetów z pobliskiej kawiarni-baru-sali gier-nocnego lokalu. Wszystko znajdziesz u „Baltazara”! Tu przynajmniej nie będę sam. Za progiem kłęby dymu, wyziewy napojów, decybele do dechy witają mnie serdecznie. Przy ladzie chłopcy w czarnej skórze, włosy na punka, zaliczają kolejki piwa. Żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu. Tak jakbym już ich znał, ich, ten lokal i... reguły gry. Wszystkie bary świata czy to nie trochę mój dom? Uwaga, mają na mnie oko. Nie szkodzi. Dzisiaj nie mam ochoty nikogo odgrywać. Chociaż raz nikogo nie zaszokuję.
„Wesołych Świąt” życzy mi tradycyjnie z głębi sali lustro, nagryzmolonymi na tę okazję białymi literami. Na zielonych roślinach – sto procent plastiku – trzy niebieskie girlandy. Przypominają mi one... tak, pewną choinkę ubieraną z radością... świeczki, obecność... a może czekają na mnie tego wieczoru? Gdyby mnie zobaczyli, czy poznaliby mnie? Czy by mnie przyjęli? To już dwa lata jak zwiałem! Nie, nie myśleć o tym! To było wczoraj albo przedwczoraj!
Przemykam się wąskim korytarzem. Przede mną około trzydziestu migocząco-buczących gier. Metaliczne, syntetyczne, „komputerowe” wycia: „Ten świat jest twój, będziesz jak król!”. Żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu. Każdy sam, wczepiony w ster, przyciski, ekran. Zagubiony w niedostępnym dla drugiego świecie. Przechodzę za nimi. Nawet nie czują mojej obecności. Czy istnieję? Szybko, zwiać! Co wybrać?
Rzucam się na wolny flipper. Po dobrej chwili, podnosząc oczy, spostrzegam swego partnera, zielonego diabła – na metalowym obiciu ogromna morda, fosforyzujące oczy. Ten sam co na afiszu kinowym... Zaprasza mnie? Oto jesteśmy twarzą w twarz. Flipper „Devil’sdare” wykrzywia się w szyderczym grymasie. Nie mam ochoty mu odpowiadać... Chcę jechać dalej. O, na przykład gra wideo... Choćby ta: jestem półrobotem i mam unicestwić upiory. Wszystko w wystroju cmentarza, wokół krzyże... Jakiś gość, szybszy ode mnie, wpycha mi się przed nosem. Żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu. Należę już do wystroju...
Odbijam sobie na drugim. Cel: siedzę za kierownicą superwozu i mam rozjechać jak najwięcej pieszych. Wreszcie mnie wciąga... Wreszcie wychodzę ze stresu. Przy każdym trafionym przechodniu zabawny sygnał skanduje mój triumf. W tle ryk grającej szafy: „I killchildren”. W myślach tłumaczę przekaz: „Bóg kazał mi obedrzeć cię żywcem ze skóry. Zabijam dzieci, lubię patrzeć, jak umierają. Lubię patrzeć, jak umierają. Zabijam dzieci, a wtedy matki płaczą. Rozjeżdżam je mym wozem...”.
Przyśpieszam. Jestem u kresu... „Chcę słyszeć, jak krzyczą!” Już osiemdziesiąt siedem rozjechanych. Muszę mieć sto, za każdą cenę... „Chcę dać im do jedzenia zatrute cukierki... ”
Raptem na ekranie czyjeś odbicie... Kto to? Tuż za mną? Odwracam głowę. Patrzy na mnie w milczeniu, uśmiecha się. Na twarzy pewne zdziwienie, smutek... zdaje się mówić: „Po co zabijać dziecko, którym jesteś?”. Panikuję. Co mu strzeliło do głowy, żeby tak na mnie patrzeć? W dodatku przez niego straciłem grę!
Nie znając karate, pozbywam się go jednym uderzeniem pięści, tak gwałtownym, że sam jestem zdziwiony. „Spływaj!” Uderza czołem o stojący obok flipper. Nie mówi nic, odchodzi. Nikt się nie odwraca. Żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu.
Podrzucam parę monet, które mi jeszcze zostały. Nie chcę już tej forsy. Pali mi kieszenie. Dostałem ją od faceta, któremu się sprzedałem na parę nocy... Obrzydzenie – zapomnienie! zapomnienie!
Papieroska... trzymać fason! Kogo rozśmieszyć? Przed kim zaszpanować? Kogo zaszokować?... lub przywieść do płaczu? Rzut oka na siedzące przy stoliku dwie dziewczyny popijające zielony sok... woda z miętą? Nie, to nie ten styl, raczej „Get”... „Get 27 to piekło”. Rozmawiają, gestykulując szeroko, gra bransoletek, rozrzuconych kosmyków...
Oczka i śmiechy w stronę bufetu... Czy chłopak chwilowych marzeń na nie odpowie? Chichoczą... Jedna z nich zaczepia mnie. Po co sam na nią spojrzałem? Wzrok mętny, prowokujący uśmiech. Nie! Twarz Sylwii uśmiecha się do mnie w pamięci. Mała nalega. Robi się gorąco! Wybiegam na dwór, zapadam w ciemności nocy. Ulewa. Śpieszący się ludzie. Żadnego spojrzenia, żadnego uśmiechu.
*
Kaskada dzwonów. Nie do zniesienia! Każde uderzenie uderza w serce. Wołanie – przywołanie, przywołanie – wołanie. Jakby chciały obudzić uśpione we mnie dziecko. Obudzić je. Zachwycić...
Dlaczego powraca nagle piosenka ułożona w czasach, gdy przymierzałem się do postaci „poety”?
Wzrok zranionego dziecka,
Wzrok szklany, który nie zna
Żaru tańca i ognia,
Tylko gorycz i znudzenie,
Niewinność, zgubiłem ciebie!
Utopiłem cię, niewinności, utopiłem,
W głębi wnętrzności moich,
Zadałem ci śmierć.
Wzrok widzący zbyt jasno,
Miłość, która wymaga za wiele,
Chciałeś, bym wydał swe ciało.
Niewinności, upadłem,
Jak dziecko osuwa się i krzyczy.
Zabrakło kojącej
Goryczy łez.
Ból przywalonego ziemią
Zrównanej góry,
Szał krąży i nęka,
serce rozdarte już nie śmie.
Niewinności kiedy, kiedy nareszcie
Odzyskam ciebie?
Niewinność? A przecież tamtego wieczoru jeszcze mi trochę niewinności pozostało. Muszę przyznać, że od tamtej pory wziąłem ją w obroty. Wszystkie środki były dobre, by stać się tym, kim chciałem. Za każdą cenę. Ot, różne doświadczenia... wszystko wiedzieć! wszystko móc! I oto już nic nie wiedziałem... ani o sobie, ani o świecie. Rozwierała się otchłań. Ocierałem się o przepaści. Nosiłem je w sobie.
Dźwięk dzwonów w ciemnościach nocy, jeszcze i jeszcze... uciszyć je! Przy pasku mam walkmana, zakładam słuchawki: moja ulubiona kaseta Hell’sbells: „Jestem łoskotem gromu, rwącą ulewą. Przybywam jako huragan, moje błyskawice rozdzierają niebo. Jesteś młody, lecz umrzesz. Nie biorę jeńców. Nie daruję życia nikomu, nie napotkam sprzeciwu. Mam swoje dzwony, zaprowadzę cię do piekła. Dostanę ciebie! Piekielne dzwony, tak, dzwony piekła!”.
Beat wybija mój krok. Jeszcze parę kilometrów i osuwam się na stok pagórka. Siedzę z głową opartą na kolanach. Jak zasnąć, kiedy bierze górę strach? Przed chwilą udawanie, teraz dołowanie. Przebiegają mnie dreszcze, jak prąd elektryczny. Zdejmuję słuchawki. Dzwony ucichły. Nareszcie!
Żadnego odgłosu wśród nocy. Cisza ta jest nie do zniesienia. Krzyczę: „Jakie jest moje imię?”... „Nie, nie, nie”... odpowiada skalne echo. Mój głos, bardziej rozdzierający niż kaseta: „Życie jest złe!”... „Wyśpiewaj je, wyśpiewaj je, wyśpiewaj je!” Czy moim jedynym rozmówcą jest echo? Czy tylko ono słyszy moje wołanie? „Sens mi daj!”... „Raj, raj, raj!” Jakby chcąc zagłuszyć samego siebie, rzucam: „Moje serce jest pełne złości!”... „Miłości, miłości, miłości!”.
Nie! Nie! Nie! Niemożliwe to echo! Wszystko przekręca, udaje poetę, kasetę, decybele. Żeby się zatrzymać, trzeba wiedzieć dlaczego. A ja nie wiem, dlaczego. „Kiedy patrzę na Zachód, mój duch krzyczy, żeby odpłynąć...” Uff! Na szczęście krzyki AxelaMaasa są pod ręką, by wypowiedzieć moje pragnienie: odpłynąć w dal i zobaczyć, czy mnie tam nie ma...

DZIEŃ PIERWSZY

Godzina 6.45. Na prawym ramieniu czyjaś ręka. Podrywam się. W świetle pochodni jakaś postać: to on, znowu on! Jego usta poruszają się. Wciąż słyszę: „... Mój duch krzyczy, żeby odpłynąć...”.
Nie! Nie! Nie chcę ani starzeć się, ani umierać. Ale tak jak on uśmiechać się. Tak jak on, który wygląda tak młodo, tak bardzo młodo! Z każdym dniem młodszy. Młody na zawsze, na zawsze. Młody jak miłość. Młody jak dzień.
Walkman wciąż ryczy. Jego twarz uśmiecha się do mnie w ciszy. Uszy pełne agonalnego wycia. Jego oczy pełne promieni życia. Spojrzenie-przesłanie. Dzikie wołanie – zbliżenie dwóch planet. Rozdzielonych przez całe lata świetlne. Jak przebić mur dźwięku?
Małe pudełko wydziera się: „Pragnę, by Bóg zgiął kolana przed Szatanem. Tak, Szatan twym Panem!”. Czy on też to słyszy? W tej chwili rozpościera ramiona. Nie wytrzymuję. Pękam. Rozdarty między dwoma światami.
Zrywam słuchawki. Przewody puszczają. Odrzucam daleko aparat. Słyszę go! Słucham go! Noc okrywa ciszą jego głos. Jego głos! Z brązu i aksamitu. Wart tyle co wszystkie dzwony świata.
– Nareszcie!... Nareszcie!
Nie znajduję innych słów... Jakby biegł za mną bez ustanku od północy... a kto wie? Może od bardzo dawna...
Zrywam się na równe nogi:
– Dlaczego, dlaczego mnie szukasz?
Wstaje dzień. Postrzępione chmury jak długie wstęgi owijają się wokół szczytów. W jego oczach pełno gwiazd:
– Ależ wiało tej nocy!
Jest! Już wiem! Jak to się stało, że wczorajszego wieczoru nie rozpoznałem go? Czy moje oczy aż tak bardzo oślepły od kalejdoskopu sali gier? A może to jego twarz tak zsiniała w bladawym świetle neonu „Baltazara”? To było rok temu! Cały rok!
Jechaliśmy do Maroka z paroma kumplami. Dotarliśmy do starego miasteczka, pijanego słońcem, Zawieje. Dzień targowy. Południe. Umieraliśmy z pragnienia. Na placu, w cieniu kościoła, fontanna! Na jej brzegu siedział młody chłopak. To był on. Grał na flecie. Słuchał go z przejęciem mały chłopiec na wózku inwalidzkim, którego od czasu do czasu powiew wiatru orzeźwiał bryzgami świeżej wody. Odpowiadał na to radosnym śmiechem. Gromada dzieci tańczyła farandolę pod arkadami. Wtem troje pierwszych oderwało się od korowodu, nie przerywając śpiewanej piosenki, podbiegło do nas i, wyciągając ku nam drobne ręce, zaprosiło do tańca. Wzruszyliśmy na to ramionami i dalej staliśmy oparci o mur, z rękoma w kieszeniach. Dołączając do pozostałych, jedno z dzieci odwróciło się jeszcze na mgnienie oka: „Chcesz pić...? Nie lubisz tego?”. Po odegraniu jakiejś melodii mały grajek zwrócił się do nas:
– Ej chłopcy, nie podoba się wam moja piosenka?
Ulotniliśmy się. Jego smutne oczy zdawały się mówić: „Są jeszcze zbyt duzi, żeby zrozumieć moją muzykę!”. A jednak kilka dźwięków uchwyconych w przelocie powracało do mnie, kiedy dostawałem w kość. Podstawiałem pod nie inne słowa, ale była to ta sama melodyjka. I mówiłem sobie: „Ach, gdybym wtedy zatańczył!”.
Parę miesięcy później, wracając z Maroka, spotkałem go w Dolinie Króla, gdy siedział pod wiejskim kościołem. Wyglądał na tak bardzo rozbitego! Głód? Zmęczenie? Żałoba? Zgubił swój flet czy też po prostu stracił ochotę do grania? Wyciągnął do mnie otwarte dłonie. Myśląc, że prosi o jałmużnę, wsunąłem mu parę monet. I znowu jego oczy okryły się mgłą: „O nie, nie chodzi mi o twoje pieniądze!”. Czego więc chciał? Żebym go wziął do siebie? Ale czegoś takiego jak „u siebie” nigdzie już nie miałem! On pewnie także nie! Podał mi gałązkę janowca z trzema złotymi kwiatami (chyba już ostatnimi tego roku):
– To dla ciebie!
Cisnąłem kwiat do rowu. I tak od tego dnia, im dłużej podróżowałem, tym częściej jego twarz stawała mi przed oczyma. Nie da się zapomnieć tych wielkich oczu pełnych śmiechu, wniknęły we mnie, Bóg jeden wie przez jaką szczelinę!
Często spostrzegałem go z daleka, na rozstajach dróg, gdzie miałem zdecydować, w jakim kierunku iść dalej. Przyśpieszając kroku, obierałem drogę na przełaj. Chciał iść za mną czy też miał zamiar mnie wyprzedzić? Bałem się, żeby mnie nie dogonił. A jednak, to dziwne, im bardziej starałem się od niego odczepić, tym większą miałem ochotę, by go znowu zobaczyć. Ot, tak, po prostu, żeby sobie trochę porozmawiać. Gdy zapadały zimowe wieczory i nie otwierały się przede mną żadne drzwi, nic nie pomagało udawanie. Mówiłem sobie wówczas: „Z pewnością łatwiej jest dołować we dwóch”.
Jak wyglądał mój mały grajek? Jakże go opisać? Nigdzie nie widziałem kogoś takiego jak on. Prosiłem wielu przyjaciół, żeby mi go narysowali, ale żaden rysunek nie był udany. Kiedy się go raz zobaczyło...
Był z pewnością przybyszem. W Zawiejach, w Dolinie nikt nie był do niego podobny. Oczy lekko skośne, czoło szerokie, sylwetka wysmukła, cera ogorzała (w ciągłych wędrówkach?), przypominał mi młodych Berberów, a raczej piękne dzieci żydowskie, które spotykałem dawniej na kresach Maghrebu. Wyglądał jak ktoś z bardzo biednego środowiska. Ręce stwardniałe, jakby od dawna obrabiały drewno.
Szerokie czerwone poncho sięgało mu prawie do kostek. Głowę okrywał często kapturem. Przez pierś przewieszona torba z plecionego sznurka. Na przegubie dłoni nie miał zegarka, lecz rodzaj sznurka z czarnej wełny, z dużą liczbą supełków. Od czasu do czasu przesuwał je w palcach.
Nie sposób określić, ile miał lat. Około trzydziestu? Rysy twarzy silnie wyżłobione, musiał często zmagać się z przeciwnościami, przebyć wiele długich i ciężkich doświadczeń. Ale jakaś łagodność nadawała jego twarzy wyraz trudnej do określenia czułości.