Zostało im tylko nazwisko. Dzieje rodziny Biedermannów - Ewa Michalska - ebook

Zostało im tylko nazwisko. Dzieje rodziny Biedermannów ebook

Ewa Michalska

0,0
69,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Zostało im tylko nazwisko. Dzieje rodziny Biedermannówto barwna historia rodu, dla której kanwą stały się skrupulatnie wyłuskane z archiwaliów fakty z życia łódzkich przemysłowców. Cała plejada bohaterów, z których wielu odcisnęło swoje piętno i na trwałe weszło do historii Łodzi i regionu, to również ludzie z krwi i kości, odnoszący sukcesy, ale i borykający się z codziennymi problemami – osobistymi i zawodowymi. Doświadczają skrajnych emocji, bo jak to w życiu bywa chwile spokoju i szczęścia przeplatają się ze sprawami trudnymi i bolesnymi przeżyciami. Radość i smutek, śmiech i łzy wpisane są w istnienie rodziny.

Czytelnik ma okazję przyjrzeć się z bliska poszczególnym osobom. Może również spojrzeć na Łódź oczami tych, którzy przyczynili się do jej rozwoju. Jego przewodnikiem jest autorka, czerpiąca z genealogii i archiwistyki, która wraz z potomkami Biedermannów odkrywa nieznane wydarzenia, wspólnie analizuje dokumenty. Dzięki temu książka stanowi połączenie literatury faktu z żywą historią, reportażem, analizą wydarzeń ukazanych z różnych punktów widzenia. To również saga rodzinna. Tę interesującą opowieść dopełnia bogaty materiał ilustracyjny: archiwalne zdjęcia, skany dokumentów, map i ówczesnych gazet, a ponadto grafy, ukazujące związki małżeńskie, oraz drzewa genealogiczne rodziny Biedermannów.

Publikacja ukazała się również w edycji opublikowanej przez Fundację Wspierania Inicjatyw Kulturalnych i Wydawniczych w ramach zadania "Wydanie książki Ewy Anny MichalskiejZostało im tylko nazwisko. Dzieje rodziny Biedermannów", które zostało zrealizowane dzięki dofinansowaniu z budżetu Miasta Łodzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 440

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Niech Pani napisze

W Zdunach

Georg Biedermann

Georg Friedrich Biedermann

Samuel Gottlieb Biedermann

W Tyńcu i Kaliszu

Samuel August Biedermann

Karol Friedrich Biedermann

Wilhelm Traugott Biedermann

Daniel Gottlob Biedermann

W Łodzi

Potomkowie Wilhelma Traugotta Biedermanna i Justyny z Jehringów

Maria Biedermann

August Napoleon Aleksander Biedermann

Edward Emil Juliusz Biedermann

Synowie Roberta i Pauliny Biedermannów

Rodzina Pawła Gustawa Teodora Biedermanna

Firma rodzinna R. Biedermann Roberta i Adelmy Emmy Biedermannów

Dzieci i wnuki Roberta i Adelmy Biedermannów

Dzieci i wnuki Alfreda Biedermanna

Dzieci i wnuki Pauli i Józefa Richterów

Pozostałe dzieci Roberta i Adelmy Biedermannów

Dzieci i wnuki Brunona i Luizy Biedermannów

Co dalej z firmą?

Wszyscy razem – rodzina i przyjaciele

Wojna!

Zawłaszczenie firmy R. Biedermann

Okoliczności śmierci Biedermannów

Inaczej być nie mogło

Po latach

W pałacu Alfreda

Na Brusie u Helmuta

Ekshumacja Justyny i Wilhelma, czyli koniec historii

Karol Lars Biedermann

Bibliografia

Źródła ilustracji

Niech Pani napisze

Oni sobie nie zasłużyli na zapomnienie i w ogóle, żeby im wszystko pozabierać. Napisze pani?

U nas jest takie małe rondo i można by je nazwać Rondo Biedermannów. Jak pani to napisze, to może zrobią, powinno być, bo sobie na to zasłużyli. Napisze pani?

Niech pani napisze, jak dojść do ich grobów, to ja pójdę i zapalę świeczkę, i żeby inni też mogli pójść.

Dobrze, że pani o tym wszystkim pisze, bo taka jest prawda, oni nie mogą być zapomniani.

Wiele takich próśb słyszałam podczas pracy nad tą książką. Mam nadzieję, że udało mi się, choć częściowo, je spełnić. Może teraz ta rodzina stanie się nam bliższa, bardziej znajoma, będą jednymi z nas, łodzian, którzy kochali to miasto i czuli się łodzianami.

Biedermannowie przetrwali, są, pokonali wszystko to, co miało ich zniszczyć. A stało się to dzięki ich charakterom i nie są to wzniosłe słowa. To są słowa moich rozmówców, ich wspomnienia, ich chęć podtrzymywania pamięci.

Archiwa kryją różne tajemnice i na pewno znajdą się jeszcze dokumenty, które mogą tę historię wzbogacić i uzupełnić. Ja przekazuję ją taką, jaką udało mi się do tej pory odczytać ze starych papierów, z opowieści, notatek. Uporządkowałam ją i usystematyzowałam, by była czytelna, wzbogaciłam o rodzinne historie przekazywane z pokolenia na pokolenie i ubarwiłam fotografiami. Niektóre rzeczy wymagają oddzielnego opracowania – finansowe, fabryczne, bankowe, bardzo szeroki jest też zakres badań działalności artystycznej rodziny.

Niektórych dokumentów nie da się odczytać ze względu na ich stan, trudny do rozszyfrowania charakter pisma lub niejasność zawartych w nich informacji – ich analiza wymagałaby ogromnej ilości czasu. Tylko piszący wiedział, o co chodzi – nie ma możliwości rozszyfrowania skrótów czy metafor, choć nie jest wykluczone, że kiedyś komuś coś przyjdzie do głowy, coś z czymś połączy i rozwiąże zagadkę.

Udało mi się opisać zdjęcia rodzinne z zasobów archiwalnych, a także z własnych zasobów, część zdjęć pochodzi z domowych archiwów pana Karola Biedermanna, pani Ani Hanasz, i pani Christe Mc Dougall, prawnuczki Helmuta Biedermanna, oraz Christine Lauder prawnuczki Alfreda i Marty. Pani Bogna i Michał Neumann korygowali błędy moje i istniejące w różnych publikacjach, z których korzystałam. Rodzina Biedermannów okazała mi bardzo dużo życzliwości i pomocy.

Przekazuję więc w ręce Czytelnika opowieść o rodzinie Biedermannów – o ludziach, ich pasjach, problemach, radościach i smutkach; o warunkach, w jakich żyli, o tym, czego dokonali dla innych, i jedynie zarys tego, co posiadali. To nie jest ważne, bo na koniec i tak wszystko zostawiamy. Ważna jest pamięć i ja bardzo chcę, by pamiętano o Biedermannach, a nie o ich fabrykach czy pieniądzach. Skromne kamienie na ich grobach dosadnie pokazują, że kierowali się innymi wartościami. Niech więc ta książka będzie ich upamiętnieniem i ciepłym wspomnieniem.

Asch i okoliczne miejscowości były położone przepięknie. Wzgórza otoczone polami, ze strzelającymi w niebo iglicami świątyń, starannie postawione domy, drogi bite, a nad tym wszystkim potężne, zielone, a czasem posypane białym puchem góry. Nad nimi już tylko – niebo!

Asch było miastem rozwiniętym i bogatym – działałytu browary, młyny, zajazdy, gościńce, fabryki. Mieszkańcy mieliwszystko, aby żyć spokojnie, bogacić się i kształcić. Pobliskie miejscowości – Reichenbach, Nentzhau, Wernersreutch – zmieniały się z osad rolniczych w przemysłowe i stawały się dzielnicami Asch.

W Reichenbach mieszkała rodzina Biedermannów. Nieduża, ale wykształcona i zamożna. Skoligacili się z rodziną Kunzel, nabyli młyn wodny, a później posiedli kolejny, gdyż poprzez małżeństwa połączyli się z rodziną Bergmannów.

Kilka młynów posiadała też można rodzina Wunderlich – jeden nazywał się Hammermüller, bo był to młyn młotkowy, a Wunderlichowie później przekształcili go w fabrykę perkalu. Młynarz Bergmann wydał córkę za Biedermanna, który również podjął decyzję o rozpoczęciu działalności przemysłowej.

Po wojnie trzydziestoletniej wielu mężczyzn służących w wojsku nie wróciło do domu, część zginęła, niektórzy znów postanowili rozpocząć życie w innym miejscu. Pożary i utrata mienia spowodowały, że ci, co mieli co ratować, brali się do roboty, z nadzieją, że jeszcze będzie dobrze, ale dużo ludzi zdecydowało się wyjechać z miasta i szukać chleba tam, gdzie była nadzieja na lepsze warunki.

W drogę ruszyli Kretzmerowie, Biedermannowie, Wunderlichowie, część mieszkańców wyemigrowała do Ameryki – wyjechał młynarz Bergmann i wielu innych.

Biedermannowie z rodzinami pożegnali rodzinne strony i też odjechali, by po wielu dniach podróży dotrzeć do celu – do Zdun. Kretzmer i Wunderlich trzymali się blisko siebie, bo czasy były niespokojne, a oni ciągnęli ze sobą cały dorobek życia, kobiety, dzieci, zwierzęta. Ciągnęli ze sobą nawet młyńskie koła, bo Biedermann z młynarstwem rozstać się nie chciał. Postanowił na nowym gruncie kontynuować rodzinną tradycję, a wiedział, że jego koła są doskonałej jakości. Biedermannowie byli młynarzami z dziada pradziada, wykształconymi fachowcami, i wiedzieli, jak ważna jest jakość. Mordowali się więc z tymi ciężarami, pilnowali parobków wziętych do pomocy i modlili się, by dotrzeć w końcu na miejsce.

Trzymali się razem, bo w obcym mieście czuli się związani ze sobą jak nigdy dotąd.

Być może właśnie tak było.

Poczciwina trzymała dziecko do chrztu. Obok niej stali rodzice i ojciec chrzestny, tak samo odświętnie ubrani. Mąż, Poczciwy, zwany też z niemiecka Biedermann, był również obecny. Świeżo wybudowany zduński kościół zachwycał przestronnością i świeżością.

Tu wszyscy chrzcili dzieci, żenili się i tu żegnano ich, gdy zmarli.

Później Poczciwy przeniósł się do parafii ewangelickiej i został Biedermannem, bo tam mówiło się po niemiecku.

Być może właśnie tak było.

W Zdunach

Georg Biedermann

Georg Biedermann przybył do Zdun w roku… nie wiadomo którym. W metrykalnych księgach kościelnych parafii katolickiej w Zdunach najstarsze metryki, jakie się zachowały, zawierają zawody, a nie nazwiska. Skrupulatne przejrzenie dokumentów parafii katolickiej pozwoliło mi jednak na znalezienie kilku wpisów dotyczących protoplastów rodu. Zestawiając poszczególne metryki, notatki, dokumenty archiwalne i dodatkowe źródła, wczytując się w ich kontekst, odnalazłam dotychczas nieznanych członków rodziny Georga.

Księgi kościelne i różne dokumenty archiwalne mają poważne braki, spowodowane upływem czasu, wojnami, pożarami i różnymi kataklizmami nawiedzającymi Zduny. Brakuje kart, wypłowiał środek pisarski. Księgi metrykalne początkowo nie zawierają nazwiska Biedermann. Nie ma też w nich aktu urodzenia syna Georga Biedermanna – Georga Friedricha, urodzonego około 1730 roku. Najprawdopodobniej więc nie urodził się on w Zdunach, być może rodzice przybyli tu razem z nim lub został wpisany w księgę, która już nie istnieje. Pojawiają się młynarze, na przykład niejaki Georg Zygmunt, ale nie ma żadnych dodatkowych danych, by połączyć go z Georgiem Biedermannem.

Około 1740 roku na kartach ksiąg metrykalnych pojawia się nazwisko Biedermann i jego postaci oboczne – Bieder, Buder, Bÿderman, Buderman – i istnieje duże prawdopodobieństwo, że młynarz wietrzny Georg Biderman jest krewnym któregoś z nich.

W zduńskich metrykach pojawia się też – i to jest bardzo ważna rzecz – rodzina Poczciwców. Jest ich niewielu i znikają w okresie, gdy pojawia się nazwisko Biedermann. Możliwe jest – i często się to w genealogii zdarza – że z jakiegoś powodu nazwisko zmienia się i nie zawsze udaje się ustalić, co było przyczyną. A przecież Biedermann znaczy właśnie poczciwiec. Być może któryś z urzędników zamiast obco brzmiącego Biedermann wpisał polski odpowiednik tego nazwiska? Lub zwykły Poczciwiec jako ewangelik został zapisany po niemiecku?

Warto w tym miejscu dodać, że około 1740 roku do Zdun napłynęła fala luterańskich osadników z Reichenbach i nastąpiła dość ciekawa sprawa zapisu nazwisk. Nazwiska niemiecko brzmiące pisano po polsku lub nadawano nowe, przeważnie pochodne od wykonywanego zawodu. Jest więc Guzik (ten, co guziki niemieckie robi), Dzieciątko zamiast Kindermann, jest Dziś zamiast Heute. Jest nawet Mroczny Kamień, Śmierdzimięsko, Skrobigarnek i Młody Zając!

Parafia katolicka pełniła rolę urzędu stanu cywilnego i tam rejestrowali się osadnicy. Są więc dwa źródła zawierające szczątkowe informacje o rodzinie młynarzy Biedermannów – księgi metrykalne ewangelickie i katolickie. Ustalenie wcześniejszych losów Georga Biedermanna jest prawie niemożliwe. Prawie, bo w genealogii wszystko może się zdarzyć. Może kiedyś uda się dotrzeć do dokumentu mówiącego o Georgu i jego bliskich więcej.

Georg Biedermann mieszkał w Zdunach koło Krotoszyna przy Rynku Polskim z braćmi lub kuzynami. Bogusław, Wojciech, Albert i Jan Biedermannowie – wszyscy oni mieli status mieszczanina (civis) i młynarza (molitor), zdecydowanie więc należeli do wyższej klasy społecznej. Młynarze byli uznawani za ludzi zamożnych i szanowanych.

Rynek Polski to dziś plac Kościuszki. W niczym on nie przypomina Rynku Polskiego z czasów Georga, tak jak i Zduny nie wyglądają już tak jak w XVIII wieku. Zduny to miasto o wielowiekowej historii. Początek jego istnienia datuje się na XIII wiek; funkcjonowało na prawie średzkim. Zmieniali się właściciele miasta, a zwykli ludzie borykali się z codziennymi problemami i martwili się o to, by mieć co jeść. Bali się ognia i wojny, która żądała oddania jej synów i ojców. Bali się zarazy, która w jednej chwili zmiatała z powierzchni ziemi całe rodziny. Ale ponieważ ludzi najbardziej motywuje wspólne działanie, jakiś czyn dający szybkie efekty, wzajemna pomoc i dodawanie sobie otuchy, szybko odbudowywano zniszczenia i ludzie zaczynali życie od nowa, pełni nadziei i wiary w dobrą przyszłość.

Georg Biedermann i jego bliscy żyli w czasach religijnie niespokojnych. W Zdunach musiało być to mocno odczuwalne, gdyż nawet w księgach odnotowane jest, że lutrów ścigano, tropiono, jednym słowem – prześladowano. Wybuchały zamieszki tłumione przez wojsko. Wielu ewangelików po zbrojnych atakach wojska uciekło ze Zdun. Georg Biedermann z rodziną i przyjaciółmi pozostali. Mieli tu swój wiatrak i swoje

miejsce pracy i zwyczajnie zapuścili korzenie. W Zdunach była komora celna, czyli przejście graniczne, co powodowało stały ruch ludności i doskonałe warunki do rozwoju handlu i różnego rodzaju rzemiosła. Być może również ze względu na to młynarz Georg Biedermann zdecydował się pozostać i pracować.

Georg Biedermann był żonaty z Marią Elisabeth, nieznanego panieńskiego nazwiska. Ich syn, Georg Friedrich Biedermann, urodził się około 1730 roku i nie był on jedynym dzieckiem małżonków młynarzy, za to przodkiem w prostej linii Biedermannów, o których jest ta opowieść. Miał kilkoro rodzeństwa, ale nie wszyscy dożyli dorosłości. Już w 1740 roku umarła córka Georga i Marii – Anna, odeszła też Joanna Teodora, a 5 sierpnia 1743 roku pożegnała się ze światem matka i żona – Maria Elisabeth Biedermannowa. Nie wiadomo, na co chorowała. Może na nic, bo w jej czasach kobiety nie żyły długo. Miała pięciu dorosłych synów, spełniła swoją rolę jako matka, gospodyni i kobieta i spoczęła na wieki wieków na zduńskim cmentarzu ewangelickim.

Synowie Georga seniora Biedermanna zaczęli zakładać swoje rodziny. Georg Wojciech ożenił się z Anną Schwab. Johan poślubił Marię Helenę Taychert. Dawid został tkaczem ręczników – jako pierwszy z rodziny porzucił młynarstwo – i zamieszkał w Bojanowie.

Georg Biedermann senior postanowił po upływie okresu żałoby ożenić się i poprosił o rękę pannę Annę Susannę Sperling. Ponieważ 24 listopada 1744 roku żenił się syn Johan z Marią Heleną Taychert, młynarzówną, uznał tę datę za dobrą i dla siebie. Tydzień przed ślubem syna ożenił się.

W gospodarstwie była potrzebna kobieta, Anna Susanna musiała więc porzucić młodość, wdziać czepiec mężatki i zakasać rękawy, by sprostać zadaniu. Nie wiemy, ile miała lat, wychodząc za mąż, na pewno była panną i to chyba bardzo młodą, bo dwa lata po ślubie urodziła Susannę Beatę, ale dwie kolejne córki – Johannę Dorotheę i Johannę Christianę – aż 20 lat później!

Susanna Beata, najstarsza córka Georga i Anny Susanny ze Sperlingów, gdy dorosła, wyszła za mąż za młynarza Johanna Ernsta Ulbricha. Wiele o kobietach nie wiadomo, więc o Susannie Ulbrichowej z Biedermannów też nie wiadomo nic poza tym, że urodziła synów – Daniela, bliźniaki Johana i Christiana, oraz córkę Christianę. Mieszkała z mężem i pracowała w młynie Ulbrichów w Zdunach, piastowała dzieci, gotowała, prała i tam przeminęło jej życie. O pozostałych dwóch córkach Georga Biedermanna nie wiadomo nic, bo w czasach, kiedy przyszło im żyć, jedyną możliwością dla kobiety było zostanie ślubną żoną, opieka nad dziećmi i gospodarstwem, a o tym się nigdzie nie pisze i dokumentów nie tworzy. Często też po ślubie kobiety traciły własne imię i stawały się własnością męża. Określenie to wcale nie jest przesadne – mężczyzna decydował o wszystkim. Metryki wypisywane na np. Janową młynarzową czy Karolową z młyna pozwalają tylko domyślać się, że może to być ktoś z rodziny Biedermannów, ale pewności nie ma żadnej. Kobiety nie miały żadnych praw i nawet po śmierci pozostawały bezimienne, bo kto dziś dojdzie do tego, kim była zmarła Karolowa z młyna? Była

i przeminęła jak mąka zdmuchnięta przez wiatr. Ślad po młynarzowych pozostał tylko w ich potomstwie. Przyjrzyjmy się więc potomkowi Georga Biedermanna, młynarza ze Zdun, od którego pochodzi w prostej linii łódzka familia.

Georg Friedrich Biedermann

Nic nie wiadomo o Georgu Friedrichu poza tym, co mówią metryki. Nie wiemy, jaki był, jak wyglądał, co lubił robić. Na pewno wychowywał się pod okiem rodziców, szkolił się na młynarza, by tradycji rodzinnej stało się zadość. Za żonę pojął Annę Susannę z Hoffmannów, urodzoną 17 lutego 1733 roku. Ślub odbył się 15 maja 1770 roku w kościele ewangelickim w Zdunach. Oboje państwo młodzi przekroczyli już trzydziestkę.

Hoffmannowie mieszkali w Zdunach i również mieli wiatrak. Byli jednak napływowi, bo Daniel Hoffmann przybył do Zdun nie tak dawno, poświęcając się młynarstwu, a rezygnując z zaszczytnego stanowiska burmistrza w Weissen, miasta leżącego około 50 km od Reichenbach.

Związkiem małżeńskim Georga Friedricha Biedermanna i Anna Susanny z Hoffmannów połączono majątki i siły, by móc cieszyć się dostatkiem. Tak w tamtych czasach dobierano związki małżeńskie, aby pomnażać posiadane dobra i w jednej rodziniekontynuować tradycje rzemieślnicze. Młynarze wydawali córki za młynarzy, wdowy po młynarzach wychodziły często za dużo od siebie młodszych młynarczyków. Kobiety do powiedzenia nie miały nic – jednak energiczne i znające się na fachu panie, mimo braku odpowiedniego wykształcenia, zarezerwowanego przecież dla mężczyzn, mogły nabrać doświadczenia i doskonale zarządzać przedsiębiorstwem. Te bystrzejsze tak właśnie robiły – po (nie daj Boże!) śmierci małżonka same prowadziły firmy. Taka sytuacja wystąpiła u spokrewnionych z Biedermannami Handków – wdowa samodzielnie zarządzała majątkiem, zręcznie go pomnażając, wydała córki za innych młynarzy, sama ponownie wyszła za mąż bogato, i to za starego wdowca, który niebawem zmarł. Odziedziczyła po nim majątek, spłaciła dzieci, wyszła za mąż jeszcze raz, tym razem za młodszego od siebie o ponad 20 lat młynarza i sprytnie spisawszy testament, zabezpieczyła dzieci. Po jej śmierci bogaty i niestary jeszcze wdowiec poślubił młodziutką pannę, która dała mu potomka i dziedzica – i tak to wszystko się układało. Takie panowały zwyczaje i zgodnie z nimi upływało życie. Melodramatyczne historie o mezaliansach i walki o miłość zdarzały się rzadko – córki wykazywały posłuszeństwo wobec rodziców, a później mężów, i tak też wychowywały własne dzieci.

Samuel Gottlieb Biedermann

Samuel Gottlieb urodził się w Zdunach w 1771 roku. Można powiedzieć, że był prezentem urodzinowym dla swojej matki, Anny Susanny z Hoffmannów Biedermannowej. Pojawił się na świecie dokładnie w dniu jej 38 urodzin – 17 lutego. Zapewne był ogromnym darem dla swych niemłodych już rodziców. Otrzymał imię Samuel, co znaczy uproszony od Boga. Na drugie imię rodzice dali mu Gottlieb. Może więc rodzice prosili Boga o takiego właśnie syneczka, bystrego, lubianego przez ludzi. Mały Samuel rósł zdrowo ku radości całej rodziny, gdy 30 marca 1772 roku zmarł mu ojciec, Georg Friedrich.

14 czerwca 1772 roku przez Zduny przetoczyła się walka i wkroczyły wojska pruskie. Rozpoczął się I rozbiór Polski, a mieszkańcy Zdun stali się poddanymi pruskimi. Poddany pruski Samuel Gottlieb Biedermann rósł pod opieką matki, a pomagali jej brat zmarłego męża – Johan Christian żonaty z Anną Than, mający syna o tym samym imieniu – i dwie córki oraz teść, młynarz Georg.

W 1784 roku Johann z żoną zmarli. Anna Susanna z Hoffmannów Biedermannowa musiała więc zająć się sierotami po szwagrze, ale też starym teściem. Została sama z czwórką dzieci i sędziwym starcem wymagającym opieki. Życia łatwego nie miała!

Dwa lata później, w styczniu 1786 roku, Georg Biedermann, senior rodu, zmarł.

Samuel Gottlieb Biedermann stał się prawowitym dziedzicem rodowego wiatraka przez głowę swojego zmarłego ojca wraz z kuzynem Johannem, z którym się razem wychowywał.

W 1792 roku wybuchł ogromny pożar, który niemal doszczętnie zniszczył Zduny. Stało się to w czarny wtorek 23 czerwca. Ogień zaprószył podobno celnik, którego zmorzył sen; palił on w tym czasie fajkę. Oprócz strat oczywistych, jak domy i dobytek pokoleń, spłonęły księgi kościelne – strata nie do odtworzenia. W nowej księdze ksiądz zapisał, jakie były konsekwencje tego pożaru i nastroje w mieście.

Szukano winnego zaprószenia ognia, oskarżano się nawzajem i nic dziwnego, bo ludzie stracili dorobek życia, czuli się rozgoryczeni, bezradni i załamani. W powietrzu przesyconym dymem, szczypiącym w oczy, patrzyli na żarzące się jeszcze pogorzeliska; matki szukały dzieci, naprędce zbijano trumny, do których układano zwęglone szczątki.

W szpitalu i w każdym możliwym miejscu, w którym się dało ulokować rannych, jęczeli ludzie poparzeni, poturbowani. Ryczało bydło, wyły psy, a ludzie musieli zabezpieczyć ocalone mienie, zbudować lub znaleźć jakiś kąt, gdzie można się skryć i mieć schronienie, nakarmić dzieci, starych rodziców. Musiano zacząć życie od nowa. Trzeba było też odbudować kościół ewangelicki i przy okazji podjęto decyzję o przeniesieniu cmentarza. Usytuowano go na Górce Szpitalnej, gdzie pełnił swą funkcję aż do 1945 roku.

Życie ma to do siebie, że toczy się naprzód, cokolwiek by się nie stało. Dwa lata po tragicznym w skutkach pożarze, 6 maja 1794 roku, młynarz Samuel Gottlieb Biedermann ożenił się z Anną Suzanną Rothert, córką Samuela Rotherta i Anny Rosiny z domu Bertchold.

Rothertowie przybyli do Polski z Czech w okolicach roku 1630. Uciekali przed prześladowaniami z powodów religijnych. Osiedlili się początkowo się w okolicach Leszna, gdzie dziadek panny młodej prowadził warsztat szewski. Ojciec, Samuel Rothert, pracował jako rusznikarz. Zawód należał do elitarnych i świadczy to też o wysokiej pozycji Biedermannów w tym czasie – zapewne Rothertowie musieli odpowiednio córkę wyposażyć, oddając ją bogatemu młynarzowi. Najwidoczniej więc Anna Susanna Biedermannowa, wdowa po Georgu Friedrichu, musiała radzić sobie jako młynarzowa całkiem dobrze – rusznikarze nie oddaliby córki biednemu.

Anna Susanna (modne imię w tym czasie!) Rothertówna miała jeszcze pięcioro rodzeństwa. Rothertowie byli wykształconą i ciągle rozwijającą się rodziną. Potomkiem Rothertów z Kalisza, więc i Anny Susanny Biedermannowej, był między innymi słynny botanik Władysław Rothert i doktor honoris causa Politechniki Warszawskiej Aleksander Rothert. Wydawało się więc, ba! pewne było, że nie w Zdunach, tylko właśnie w Kaliszu można żyć godnie i kształcić dzieci. Wiadomo, że wykształcenie jest najważniejsze. Tą zasadą kierowali się też młodzi Biedermannowie i zaczęli rozważać możliwość przeprowadzki.

Trudno było opuścić rodzinne miasto, ale młyn nie dawał już możliwości zarobkowania dużej rodzinie, bo odkąd zamknięto komorę celną, obroty znacznie spadły.

Samuel i Anna Biedermannowie mieli już dzieci – Daniela Gottloba, Wilhelma Traugotta oraz Karola Friedricha, Joannę Helenę oraz bliźniaki – Johannę Susannę i Samuela Augusta. Chrzestnymi rodzicami Wilhelma i Daniela byli młynarz Jan Jerzy Handke i jego narzeczona Anna Elisabeth Schultz. Zaraz po chrzcinach Wilhelma pobrali się i wyjechali do Kalisza. Handke w Kaliszu kupił własny młyn i doskonale ustawił się finansowo. Tak dobrze, że postanowił nawet rozszerzyć działalność, otworzyć piekarnię, zatrudnić ludzi do pracy. Jak postanowił, tak uczynił i szybko odnosił sukces za sukcesem, wybudował nawet własną kamienicę i to nie jedną, kupował place, został inspektorem młynarskim – jednym słowem odniósł spektakularny sukces. A jeśli udało się Handkom, to mogło się udać i Biedermannom.

Kalisz oferował dostęp do szkół, różnorodnych zajęć pozaszkolnych, rozrywek i kultury. To przeważało, a kwestie sentymentalne należało odłożyć na bok.

Samuel Gottlieb Biedermann i Anna Susanna zdecydowali się na wyprowadzkę do Tyńca pod Kaliszem w roku 1808. Jan Jerzy Handke trzymał rękę na pulsie i pomógł Samuelowi objąć w posiadanie osadę młynarską znajdującą się właśnie w Tyńcu.

W wiatraku pozostał Jan Christian Biedermann, który nie chciał nigdzie wyjeżdżać. Uznał, że będzie kontynuował rodzinną tradycję i dalej trudnił się młynarstwem. Miał już narzeczoną, pannę Juliannę Dorotheę Gerlach, i szykowali się do ślubu.

Samuel z Anną przenieśli się do Tyńca obok Kalisza wraz z małymi dziećmi i rozpoczęli nowe życie. Do Zdun już nie wrócili i my też już je opuszczamy, podążając za nimi.

W Tyńcu i Kaliszu

Majster młynarski Samuel Gottlieb i Anna Susanna Biedermann przybyli do Tyńca, osady pod Kaliszem, i rozpoczęli życie od nowa. W Kaliszu czekali już na nich kuzyn Jan Jerzy Handke z żoną i dziećmi i zajęli się nimi serdecznie. Była taka pomoc potrzebna, by nie czuli się osamotnieni, w dodatku Anna była w ciąży, tuż przed rozwiązaniem, więc nie czuła się najlepiej.

Małżonkowie Biedermann z dziećmi zamieszkali w osadzie wiatracznej w Tyńcu i Samuel zaczął pracę na własny rachunek.

7 maja 1808 roku zmarło Biedermannom dziecię o imieniu Dorota Elżbieta, liczące dni 15. Tyle pozostało po piętnastodniowej dziewczynce Biedermannów – krótki wpis w księdze, bo kto po tylu latach pamiętałby o dwutygodniowym macierzyństwie Anny Susanny Biedermannowej z Rothertów. Zawsze w ludzkiej pamięci pozostają ci, co wiele osiągnęli lub zmarli tragicznie, maleńka Dorota Elżbieta zmarła cicho przy matczynej piersi i nie zdążyła nic osiągnąć, może tylko tyle, że nauczyła się pić mleko i zapamiętała twarz matki.

Dwa lata później narodził się Jan Ferdynand i matka drżała nad nim, by historia się nie powtórzyła, by ów Jan Ferdynand pił mleko, rósł, by ominęły go wszystkie pułapki czyhające na ówczesne niemowlaki, by nie dostał odwadniającej biegunki, zapalenia płuc, by przeżył choć kilka lat, bo jak przeżyje kilka lat, to będzie żył. To była codzienność ówczesnych matek. Opieka medyczna położnic nie istniała, i każdy poród mógł się zakończyć śmiercią i kobiety, i dziecka. Nowo urodzony Jan Ferdynand żył, pił mleko, patrzył na matkę niebieskimi ślepkami i zgasł przeżywszy trzy tygodnie. Samuel Biedermann akt zgonu syna podpisał własnoręcznie.

Działo się to w latach wielkich zapałów patriotycznych. Do Kalisza przybył książę Józef Poniatowski, co stało się nie lada sensacją, jak i to, że utworzył Legiony Polskie. Jednak to były sprawy mężczyzn – kobiety miały swój osobny świat, gdzie krew lała się równie często jak na polu walki, i równie często i nagle można było stracić życie. Anna Susanna spodziewała się kolejnego dziecka i wiedziała, co jej grozi. Na pewno czuła się bezradna wobec nawracających epidemii, które nawiedzały Kalisz i okolice. Widziała leżące na ulicach trupy osypane wapnem, składane na stosach, a później wywożone na cmentarz choleryczny i grzebane we wspólnej mogile. Trzeba było jak najmniej opuszczać dom, chronić dzieci i modlić się. Wszak kobieta miała też za zadanie być opiekunką domowego ogniska, podporą dla męża. „Zwiastun Ewangeliczny” mówi: co czynisz dla niego, czynisz dla Chrystusa.

W tej niezbyt przyjaznej atmosferze 17 marca 1811 roku narodziła się córka Rosina Elżbieta.

W lutym 1813 roku pod Tyńcem odbyła się ostra walka. Bitwa trwała siedem godzin, był luty, zimno, ciemno, trzeba było się gdzieś ukryć z dziećmi, które – jak to dzieci – nie umiały siedzieć cicho. Biedermannowie zapewne bali się, czy gospodarstwo przetrwa, czy jak to bywa w czasie wojny zostaną po nim tylko dymiące zgliszcza.

2 maja 1813 roku Anna Susanna umarła na skutek gorączki nerwowej. Gorączka nerwowa to inaczej tyfus. W tych czasach uważano, że tyfus jest konsekwencją między innymi stresu związanego z wojną, bo zachorowania rosły po walkach. Chorobę zaś roznosiły wojska przebywające w niehigienicznych warunkach, bez możliwości zachowania higieny, zawszawione. Zakażenia powodowały też muchy, przenosząc bakterie na żywność i wodę. Objawy tyfusu to właśnie bardzo wysoka gorączka, wysypka, dreszcze. Anna Susanna Biedermannowa pozostawiła gromadę dzieci i owdowiałego męża Samuela Biedermanna.

W tym samym roku owdowiał również Jan Handtke. Za zmarłą żonę wziął, jak to wtedy mówiono, jej siostrę – Joannę Helenę z Mittmannów, matkę chrzestną Wilhelma Biedermanna. Odczekał tylko, jak każdy przyzwoity człowiek, rok żałoby. Takie sytuacje zdarzały się bardzo często i przez wiele lat – po śmierci żony wdowiec potrzebował opieki i pomocy nad dziećmi i na ogół podejmowała się tego siostra zmarłej. Wdowiec zaś żenił się z nią nieco z wdzięczności za okazaną pomoc, a po części też dlatego, że nie wypadało mieszkać bez ślubu z kobietą. Kobiety zaś czuły się w obowiązku poświęcić się wychowaniu sierot po siostrze. Jan Jerzy Handke ożenił się więc powtórnie w 1814 roku, a świadkiem ślubu został Samuel Biedermann. Niemal w tym samym czasie Samuel wydał za mąż córkę Johannę Helenę. Wyszła za Jana Gotfryda Heckera, młynarza.

W 1815 roku zmarła Samuelowi Biedermannowi pięcioletnia córka Rosina. Pochowano ją obok matki i do młyna Samuela wprowadził się smutek.

Śmierć jakby się uwzięła na Samuela Biedermanna, młynarza na wsi Tyńcu. Postanowił on więc młyn sprzedać i przenieść się do Kalisza. Człowiek zawsze myśli, że zmiana miejsca do życia odmieni też los. I tak też pomyślał Samuel. Postanowił więc młyn sprzedać, kupić inny w Kaliszu i wynieść się z Tyńca. Nie zrobił tego, bo poznał Annę Wilmowską, również owdowiałą, i ożenił się z nią. Może na przekór tym smutnym wydarzeniom, a może z troski o dzieci, by miały lepszą opiekę. Zresztą, kto wie? Może uznał, że należy mu się trochę szczęścia, radości, może na stare lata zakochał się, stracił głowę? To zdarza się dziś i zdarzało się zawsze – mogło więc i przytrafić się Samuelowi Biedermannowi. Myśl o sprzedaży młyna odeszła w niebyt. Mieli po 45 lat, nadzieję na wzajemną o siebie troskę, wsparcie i opiekę na te i na stare lata oraz – czego w archiwach się nie znajdzie – mieli swoją drugą młodość. Jak świat światem tak było, jest i będzie i nie ma powodu, by odbierać Samuelowi te chwile szczęścia, gdy znów miał koło siebie kobietę, czuł się młodszy, silniejszy, spokojniejszy o dzieci, nie spędzał samotnie nocy. Anna secundo voto Biedermannowa, teraz już nie wdowa, tylko Samuelowa Biedermannowa, również musiała być szczęśliwa. Mogła cieszyć się ponownym małżeństwem.

Latem 1816 roku Samuel Biedermann pojechał do Zdun. Był gorący sierpień, trwały żniwa. Czy miał coś do załatwienia w Zdunach, czy po prostu chciał się spotkać z rodziną, odwiedzić żonatego już kuzyna Johanna, nie wiadomo; postanowił jechać i wyruszyli z żoną w drogę. Może po prostu stwierdzili, że niech się dzieje, co chce, jest piękna pogoda, robotnicy poradzą sobie sami, nic tylko zaprząc konie i jechać! Bo każdemu się należy chwila odpoczynku i wytchnienia.

W Zdunach Samuel doznał pęknięcia wątroby i zmarł. Miał tylko 45 i pół roku. Pochowany został w Zdunach, w rodzinnej kwaterze Biedermannów. Wdowa po Samuelu wróciła do Kalisza sama i żyła samotnie aż do 1836 roku. Dzieci wspólnych nie mieli.

Wróćmy jednak do 1816 roku, gdy umarł Samuel Biedermann, pozostawiając gromadę dzieci. Był przecież żonaty, więc dlaczego sierotami zajęli się krewni Jan Handke z żoną? Może dzieci nie lubiły macochy, a może sama ona nie była w stanie utrzymać rodziny? Nie dziedziczyła po mężu, więc jej sytuacja finansowa nie należała chyba do najlepszych. Powołana Rada Familijna zdecydowała, że dzieci przechodzą pod opiekę Handków.

Osada Tyniec przeszła prawem spadku na dzieci Samuela: Sukcessorowie Samuela Biedermana, młynarza, to jest: Joanna z Biedermanów, zamęžna Schicke, August Biedermann doletni, Karól Biedermann doletni, Wilhelm i Daniel nieletni Biedermann, wieczysto-dzierżawcy kawałka gruntu, płacą rocznie iak powyżsi. Wszyscy oni mieli swój skromny dochód z Tyńca, który dziedziczyli i za który należało wnosić opłatę roczną w wysokości 50 talarów.

Jan Jerzy Handtke był zamożnym, bardzo bogatym człowiekiem. Wziął pod opiekę gromadę dzieci zmarłych Biedermannów i zapewnił im nie tylko wyżywienie, opiekę i dach nad głową, ale i wykształcenie. Sieroty po Samuelu i Annie z Rothertów zamieszkały w domu Handtków wraz z jego dziećmi – synami Augustem i Juliuszem oraz córkami Rosalią i Krystianą. Chłopcy uczyli się w Korpusie Kadetów, a później wuj Handtke wystarał się o miejsce na studiach teologicznych dla Wilhelma i Daniela, Samuela Augusta zaś szkolił na piekarza. Wydał za mąż córkę Rosalie – wyszła za mąż za 30-letniego Wojciecha Bottnera.

W 1823 roku Jan Handke zmarł. Pozostawił po sobie ogromny majątek, i wierną żonę która dbała o dobro dzieci swoich i przysposobionych. Parafia ewangelicka straciła przełożonego, bo taką funkcję piastował Jan Jerzy.

Najstarszy syn Biedermannów, Samuel August, został piekarzem. Pozostał na stałe w Kaliszu i miał własną piekarnię. Poznał Joannę Seckl i ożenił się 13 października 1824 roku.

Secklowie byli szynkarzami w Kaliszu, mieszkali i pracowali przy Rynku. Znali się więc wcześniej z Samuelem Augustem, w dodatku Joanna miała siostrę Emilię, na którą spoglądał nieśmiało brat pana młodego, przyszły pastor Daniel Biedermann, szczupły młodzieniec o zadartym nosie i blond czuprynie. Tak jak brat Wilhelm był mocno zaangażowany w kaliskie sprawy patriotyczne. Oczywiście nie mówiło się o tym głośno, ale po zamknięciu okiennic i wielokrotnym sprawdzeniu, czy nikt nie podsłuchuje, omawiano bieżące wydarzenia polityczne i planowano nadchodzące. A plany były poważne, niebezpieczne, bo chodziło przecież o niepodległość Polski. I Daniel, i Wilhelm, i Handkowie byli tym tematem żywo zajęci. Pojęcie żywo zajęty pasowało szczególnie do Wilhelma, który był bardzo energiczny, prędki w mowie i uważał, jak większość młodych ludzi, że należy uderzać w stal czynów. W tym czasie ukończył już studia teologiczne i mieszkał w Kaliszu, przed otrzymaniem etatu. Udzielał lekcji, między innymi braciom Tripplinom, synom swego dawnego nauczyciela.

Samuel August Biedermann

Samuel August Biedermann został na stałe w Kaliszu, gdzie miał już ugruntowaną pozycję. Był piekarzem, i to nie byle jakim piekarzem – mieszkał w domu numer 30 na Głównym Rynku. Niestety, nie możemy zobaczyć tego domu, bo powstania i wojny zniszczyły zabudowę Kalisza, a podczas I wojny miasto spłonęło. Możemy jednak przysiąść w kawiarence na Rynku i delektować się kawą i świeżą bułką; przy odrobinie dobrej woli i wyobraźni zobaczymy piekarza Samuela Biedermanna oprószonego mącznym pyłem, zachęcającego do zakupu świeżego pieczywa. Może w rzeczywistości Samuel nikogo nie musiał zachęcać, ale jak każdy darzony szacunkiem piekarz na pewno był zagadywany przez klientów. Tak więc możemy zobaczyć Samuela, czując przepyszny zapach świeżo pieczonego kaliskiego chleba.

Trzeba też koniecznie wspomnieć o ważnej rzeczy. Kalisz był stolicą województwa, jednym z największych miast. Kwitło tu życie towarzyskie i kulturalne, naukowe i artystyczne, ale również silne było zaangażowanie patriotyczne i ruch wyzwoleńczy. Kiedy bracia Daniel i Wilhelm wyjechali już na swoje parafie i tam szerzyli niepodległościowe idee, w Kaliszu również w tej sprawie prężnie działano.

Samuel August zmarł na cholerę w 1852 roku wraz z synem Wilhelmem Juliuszem, młodym, 21-letnim cukiernikiem. Ten rok zapisał się w historii Biedermannów jako tragiczny. Rok pogrzebów i łez zabrał wiele osób z rodziny, nie tylko z Kalisza. Żona piekarza Samuela Julianna z Seklów przeżyła bez niego 10 lat i zmarła w 1862.

Kaliscy Biedermannowie, Samuel i Joanna z Secklów, piekarze, mieli dziewięcioro dzieci. Córki powychodziły za mąż, a z synów pozostał przy życiu tylko Karol August, który zajął się mydlarstwem. Jego potomkowie pracowali już w przemyśle włókienniczym, który i w Kaliszu gwałtownie się rozwinął.

Karol Friedrich Biedermann

Karol Biedermann, syn młynarza Samuela i Anny Susanny z Rothertów, urodził się w 1799 roku w Zdunach. Nauczył się młynarstwa i zamieszkał w Kole, gdzie był najpierw pracownikiem w młynie, a później kupił własny wiatrak i piękną posiadłość. Był wykształconym i mądrym człowiekiem, o spokojnym i zrównoważonym charakterze. Ceniono go i szanowano i z woli mieszkańców Koła objął urząd burmistrza miasta. Justyna Biedermannowa twierdziła, że został burmistrzem Koła z woli rządu i nie mógł odmówić ani zrezygnować.

Ożenił się z Krystyną Schuelke z domu, wdową Witt. Nie mieli dzieci i nie został po Karolu Biedermannie z Koła żaden potomek. Zmarł młodo, w wieku 38 lat, w roku 1837.

Wilhelm Traugott Biedermann

Wilhelm Traugott Biedermann urodził się, gdy całarodzina mieszkała jeszcze w Zdunach,22 grudnia 1801 roku. Ojciec, młynarz wietrzny Samuel Gottlieb Biedermann, ochrzcił syna zrodzonego z żony Anny Susanny Rothert dwojgiem imion – Wilhelm Traugott. Jak dalej toczyło się życie Wilhelma Biedermanna? Zapewne tak samo jak życie innych chłopców w Zdunach. Na pewno uczęszczał do szkoły niedzielnej, może lubił słuchać muzyki w kościele. Może dużo rozmyślał i postanowił zostać w przyszłości pastorem? Pewnie pod okiem matki uczył się czytać i pomagał ojcu w młynie. Jako siedmiolatek przeniósł się z rodzicami do Tyńca pod Kaliszem i poszedł do Korpusu Kadetów. Była to szkoła o wysokim poziomie nauczania i charakterze wojskowym.

Jednym z jego nauczycieli w Korpusie Kadetów był Friedrich Christian Ludwig Tripplin. Miał on duży wpływ na charakter Wilhelma, obudził w nim zainteresowania bibliofilskie, naukowe i archiwistyczne. Te ostatnie spowodowały podjęcie się pisania Księgi pamięci rodziny. Jako przyjaciel i nauczyciel wpisał się na pierwszej karcie właśnie profesor Tripplin.

Po śmierci rodziców Wilhelm przeszedł pod opiekę Jana Handkego, ale nauki nie przerwał. Wilhelm był bardzo zdolny, dlatego wuj Jan Handke zdecydował, że będzie się nadal uczył. Taką samą decyzję podjął wobec młodszego brata Daniela. Chłopcy zostali zgłoszeni do Komisji Rządowej Wyznań w Warszawie, która z okazji 300-lecia zaprowadzenia wiary ewangelickiej postanowiła ufundować pomnik. Tym pomnikiem miał być nie spiżowy posąg, tylko żywe dzieło – ustalono, iż z zebranej składki ufundują stypendium dla chłopców chcących zostać w przyszłości duchownymi. Zebraną kwotę ulokowano na kamienicy i zabezpieczono ją prawnie, po czym bracia Biedermannowie – 16-letni Wilhelm i 14-letni Daniel – wyjechali do Berlina na studia teologiczne. Był to dzień 18 grudnia 1819 roku. Wilhelm i Daniel studia ukończyli, wrócili do domu, do Kalisza. Niestety, nie było już wuja Jana Handkego – zmarł w 1823 roku, przeżywszy lat 49.

Maria von Busse z Biedermannów, córka pastora Wilhelma, wspomina:

Jest to ustny przekaz mojej dobrej zmarłej matki, który chciałabym zapisać. Moi dziadkowie Biedermannowie żyli w Zdunach (rodzice ojca, Samuel i Anna z Rothertów). Mieli pięcioro dzieci – czterech synów i jedną córkę. Dziadek był właścicielem młyna i prowadził dobre mieszczańskie życie. W Zdunach nie było żadnej szkoły, więc przenieśli się do Kalisza, gdzie żył jego szwagier i siostra. Rodzina Hanke żyła w bardzo dobrych warunkach i serdecznie zajęła się dziadkami. (…) Niestety, dziadkowie zmarli w krótkim czasie i osierocili swoich pięcioro dzieci. Dobry wuj Hanke wziął wszystkie dzieci do siebie i wychowywał je razem ze własną córką. Zanim dorosną obaj starsi synowie, mieli uczyć się rzemiosła, jak to w owych czas w mieszczańskich kręgach było w zwyczaju. Najstarszy August został piekarzem, był szczęśliwy i zadowolony ze swego zawodu i z czasem stał się majętnym i szanowanym obywatelem Kalisza. Drugi, imieniem Karol, został młynarzem, później właścicielem młyna w Kole, zamożnym i cenionym obywatelem.

Obaj młodsi synowie, Daniel i Wilhelm (mój drogi ojciec), uczyli się bardzo dobrze i skończyli gimnazjum w Kaliszu; dzięki wstawiennictwu wuja Hankego uzyskali królewską łaskę – bezpłatne miejsce na studia w Berlinie. Obaj studiowali tam teologię. Byli to ostatni studenci z Polski, którzy studiowali w Berlinie, później studiujący kierowali się do Dorpatu. Niestety, dobry wuj zmarł, zanim obaj bracia ukończyli studia. Ciotka w imieniu swego zmarłego męża troszczyła się i opiekowała w dalszym ciągu obu braćmi. Powrócili do Polski i otrzymali probostwa.

materiał archiwalny p. Karola Biedermanna

Wilhelm po powrocie do Kalisza był przez jakiś czas nauczycielem. Udzielał lekcji między innymi synowi swego dawnego wykładowcy, Tripplinowi, i oczywiście zaangażował się w działania powstańcze, jak inni znajomi i bliscy. Uczeń Wilhelma, Teodor Tripplin, był w powstaniu już jako porucznik, później podjął studia medyczne, pisał książki; jego młodszy brat Ludwik Tausilion również został pisarzem i dziennikarzem.

Wilhelm niebawem został wybrany proboszczem w Zduńskiej Woli. Był pierwszym pastorem. Parafia erygowana w 1827 roku była pod pieczą miejscowych ewangelików i księdza Jerzego Wendta. Z zebranych składek zakupili oni i translokowali na ulicę Stęszycką budynek, w którym urządzili kaplicę, szkołę i mieszkanie dla kantora. Były to początki kształtowania się struktur kościoła ewangelickiego na tym terenie.

Wilhelm Biedermann był młody, pełen zapału do posługi i jak każdy człowiek w jego wieku wierzył w to, że sumienną pracą osiągnie sukces. Panuje opinia, że miał on wybuchowy charakter, wszczynał awantury, nie przebierając w słowach. Czy ta opinia jest prawdziwa, czy taki był Wilhelm Traugott Biedermann? Czytając jego listy, odnosi się wrażenie, że pisał je człowiek niezwykle rozsądny, poukładany, ważący słowa.

On wiedział, czego chce, i miał jasno wytyczoną drogę życia, którą zamierzał kroczyć. Był stanowczy, prawdomówny, i bezkompromisowy. Parafię objął 20 września 1830 roku. Tego dnia wygłosił kazanie w językach niemieckim i polskim; zduńskowolska gmina ewangelicka oraz pastor Rothert uznali go za najlepszego kandydata na pastora. Szczególnie znajomość języka polskiego była pożądana, a że nowy pastor ją posiadał w doskonałym stopniu, od razu wyznaczono terminy, w których miały się odbywać nabożeństwa po polsku.

Wilhelm Traugott Biedermann, pastor w Zduńskiej Woli, dużo w tym czasie podróżował, bo parafia się rozwijała. Okoliczne podmiejskie kolonie, zasiedlone przez ewangelickich osadników mających w nich żyć i pracować, potrzebowały dostępu do kościoła. Niejednokrotnie nie mogli dotrzeć do Zduńskiej Woli, nie mówiąc już o tym, że dzieci miały utrudnioną naukę, bo szkoła znajdowała się przy parafii. Zaczęli więc zakładać kantoraty, szkoły, ale rzeczą wiadomą było, że takie miejsca musiał wizytować i nadzorować proboszcz, czyli Wilhelm.

W trakcie tych podróży po okolicznych kantoratach, które to podróże Wilhelm odbywał konno, a nie powozem jak inni księża, poznał w Konstantynowie Łódzkim rodzinę przybyłego z Prus farbiarza Jana Jehringa, który ofiarował niemałą kwotę na budowę nowej świątyni. Jan Jehring był dobrym, spokojnym i głęboko wierzącym człowiekiem, któremu Bóg wyznaczał ciężkie zadania. Miał bardzo chorą żonę, którą opiekował się i którą kochał całym sercem. Niektórych rzeczy jednak przy chorej robić nie mógł, nie wypadało, a nawet nie umiał – kobiece sprawy potrzebowały kobiecej ręki. Zwrócił się więc o pomoc do siostry, która z całym oddaniem pomagała mu i w opiece przy żonie, i pielęgnowała dzieci, prowadziła gospodarstwo.

Prócz tego, że owa siostra Jana Jehringa bardzo podobała się pastorowi Wilhelmowi, miała też inne cnoty, których szukał on w kobiecie – nie bała się trudu, a nawet uważała, że sprawy ważne muszą być trudne i niebezpieczne; była skromna, wrażliwa i jednocześnie silna, po prostu taka, jakiej potrzebował, jaką sobie wymarzył. A skoro Wilhelm Biedermann, pastor, spotkał wymarzoną niewiastę, oczywiście zakochał się i poprosił ją rękę. Uczucie zostało odwzajemnione i Wilhelm przestał być samotnym mężczyzną, kawalerem i stał się zaręczonym, poważnym człowiekiem, proboszczem parafii ewangelickiej w Zduńskiej Woli.

29 listopada 1830 roku gruchnęła wiadomość, że uderzono na Belweder – siedzibę wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza Romanowa, rozpoczynając tym samym powstanie listopadowe. Wielu znajomych i bliskich Wilhelma i Daniela czekało na znak – zaczęło się!

W 1831 roku pastor Wilhelm Biedermann podpisał akt na wierność Ojczyźnie i Rządowi Polskiemu.

Brat Daniel w Pabianicach już miał problemy. Nie zrezygnował jednak z patriotycznych kazań i działalności, zabezpieczył jedynie żonę i dziecko, umieszczając ich czasowo u Wilhelma w Zduńskiej Woli, gdzie wydawało się być nieco spokojniej niż Pabianicach.

Działano więc prężnie i z uporem godnym sprawy. Justyna Jehring zadanie miała trudne, bo była przecież zakochana, a jak człowiek jest zakochany, to myśli tylko o miłości. Była olśniona i zauroczona swoim narzeczonym. Obudził on w niej ogromny szacunek i autorytet. Nie było to jednak zwykłe młodzieńcze zauroczenie – Wilhelm miał w sobie jakiś dar, coś nadprzyrodzonego, jak uznała narzeczona. Uczęszczała ona na kazania przyszłego małżonka, na których mnóstwo ludzi chłonęło w milczeniu słowa padające z ambony. Wilhelm mówiąc, wyglądał, jakby spływało na niego boskie natchnienie – wszyscy słuchacze to odczuwali.

Ona sama w rozmowach z nim odnajdywała to, co jej wiarę rozwijało i pogłębiało, czuła, że jej życie nabiera innego wymiaru i innej wagi. Mogła dziękować Bogu, że takie właśnie życie jest jej przeznaczone, i chciała je przeżyć z Wilhelmem, dźwigać z nim wszystkie trudy i wspierać go tak, jak tylko mogła. Pokochała go bardzo, był dla niej autorytetem, odczuwała dumę, że ma zostać jego żoną. Czuła się wyróżniona.

Ślub odbył się 14 lipca 1831 roku o ósmej wieczorem, w domu brata panny młodej, Jana Jehringa. Ze względu na powstanie i na panującą cholerę nie można było iść do kościoła. Świadkami ślubu byli Jan Jehring, a ze strony pana młodego brat, pastor Daniel Biedermann. Była obecna też żona Jana Jehringa, która niecałe dwa miesiące wcześniej urodziła córeczkę Emilię Augustę. Siostra Justyny, Fryderyka Eleonora zamężna z Fryderykiem Richterem, 18 czerwca powiła synka Karola Fryderyka. Była szwagierka Emilia z synkiem. Na pewno więc Justyna jak każda młoda mężatka nie mogła doczekać się, aż sama zostanie matką, i wkraczała w nowe życie pełna nadziei i dobrych myśli. Otaczała ją rodzina, kochający i życzliwi ludzie, mający już małe dzieci, wierzący i odważni powstańcy, z zapałem nawet w tak trudnym czasie, w jakim przyszło Biedermannom żyć, bo młodość zawsze niesie z sobą wiarę i entuzjazm.

Od tego dnia Justyna Rosina Jehring była pastorową Biedermannową. Wkroczyła w nowe życie pełna zapału do nowych, wzniosłych czynów, a że charakter miała silny, czuła, że będzie mogła dokonać wielu ważnych rzeczy, oczywiście dla dobra świata i na chwałę Bożą.

Kim byli rodzice i rodzina Justyny Rosiny Jehring?

Jehringowie pochodzili z Pomorza. Ojciec Johanna Jehringa, Gottfried Jehring (dziadek Justyny), był profesorem szkół średnich w Prusach Starych pod Gdańskiem. Poślubił tam córkę aptekarza i przez kilka lat żyli szczęśliwi i zadowoleni z trójką dzieci. Jednym z dzieci był Johann, (przyszły ojciec Justyny).

Urodził się w 1755 roku i gdy poznał Annę Dorotheę z domu Timm, był już zamożnym farbiarzem, w wieku dojrzałym. Posiadał całkiem niezłe wykształcenie i nie chodzi tylko o zawód. Jako dziecko z rodziny nauczycielskiej, aptekarskiej, doskonale umiał pisać i czytać, pomimo że stracił oboje rodziców w wieku 13 lat. Utrata rodziców w tamtych czasach wiązała się na ogół z niemożnością kształcenia; w podobnej sytuacji dzieci zwykle musiały żyć na koszt bliskiej rodziny i szybko podejmować pracę.

U Jehringów było inaczej, na szczęście w nieszczęściu, które ich dotknęło.

Sieroty po Jehringach objęła opieką hrabina Zitzewitz, kierując ich nauką i losem. Była to rodzina od lat zaprzyjaźniona, najpewniej jeszcze z czasów, gdy Gottfried Jehring pracował jako nauczyciel.

Johan Jehring miał zostać urzędowym pisarzem, ale po trzech latach rzucił naukę, bo jakoś mu nie szło, jak oczekiwała pani hrabina, i nie czuł do tej pisaniny żadnego powołania. Interesowało go farbiarstwo. Przeniósł się do wuja, farbiarza, który postanowił nauczyć go zawodu. Mógł też zostać aptekarzem lub kupcem, a dowolność w wyborze zawodu przez sierotę będącego na utrzymaniu rodziny świadczy o wysokim statusie materialnym i dbałości o przyszłość podopiecznego, by był z losu zadowolony. Po ukończeniu nauki u wuja Johan Jehring wyjechał do Berlina, gdzie z hrabiną Zittewitz przebywały jego siostry a jeden z kuzynów uczył się medycyny. Cokolwiek by nie powiedzieć, życie młodego Jehringa nie toczyło się smutno i biednie.

Po powrocie z Berlina otworzył własną farbiarnię w Łobżenicy i ożenił się z wyżej już wspomnianą Anną Dorotheą z domu Timm. Było to w 1793 roku. Johan Jehring przeniósł farbiarnię z Łobżenicy do Szamocina.

Anna Dorothea, żona, pochodziła właśnie z Szamocina, z niedużej rodziny.

Małżeństwo, niestety, nie trwało długo, bo w 1808 roku Johan Jehring zmarł, ale żona zdążyła urodzić mu sześcioro dzieci. Pierwszym był, jak należy, syn – Johann Carl, później Samuel Gottlob, następnie córki Wilhelmina, Eleonora i najmłodsza – Justyna Rosina.

Anna Dorothea jak większość wdów starała się dobrze opiekować dziećmi, ale doskwierała jej zwyczajna bieda. Nauczyła się hodować warzywa i owoce, co dawało jakiś dochód, ale było trudno, bardzo trudno. Kobieta nie miała żadnych praw, rzadko która miała wykształcenie dające możliwość zarobkowania i utrzymania rodziny, gdyby, nie daj Boże, zabrakło głowy rodziny, małżonka i ojca.

Wdowa po farbiarzu Jehringu z Szamocina miała w opiece sześcioro dzieci, którym musiała dać jeść, zapewnić dach nad głową i wykształcenie, by w przyszłości mogły samodzielnie się utrzymać.

Rodzina przyjaźniła się z bardzo szanowanym człowiekiem, Wällmannem, celnikiem, i właścicielem nieruchomości w Szamocinie. Ponieważ był wdowcem, postanowili z Anną Dorotheą Jehringową się pobrać i wieść spokojne i dobre życie. Okazało się to nie najlepszym rozwiązaniem ze względu na dzieci Wällmanna, które nie aprobowały nowego związku ojca. Anna Dorothea doznawała wielu przykrości, ale jednak starali się wspólnie z mężem, by rodzina żyła zgodnie i spokojnie. Przeżyli razem 11 lat, później zaś mężczyzna zmarł i Anna z Timmów Jehringowa Wällmannowa drugi raz została wdową. Jednak była to już inna sytuacja i inna była też sama Anna. Nie miała już małych dzieci, nie musiała szarpać się, by dać im jeść, i miała więcej doświadczenia życiowego. Pozwoliło jej to spokojnie zająć się sprawami pogrzebowymi i spadkowymi, po czym jej dorośli już synowie mieszkający w Dąbiu przyjechali po nią do Szamocina, by otoczyć matkę opieką na resztę życia.

Najstarsza z sióstr Jehring, Dorota, wyjechała do ciotki Petzlaw, do Dąbia, gdzie znalazła dobrego męża. Wyszła za Gotfrieda Kunkla. Dorota była dwa lata starsza od męża, w chwili ślubu miała lat 22. Niestety, Dorota nie żyła zbyt długo, zmarła w wieku 38 lat, o godz. 10 wieczorem, 2 sierpnia 1831 roku. Osierociła pięcioro dzieci, samych synów.

Do Dąbia przyjechała też druga siostra, Renata Wilhelmina. W 1822 roku, 13 czerwca, wyszła za mąż za Karola Frydrycha Kleindiensta, farbiarza. Później wyjechali do Jedwabnego, gdzie Renata Wilhelmina zmarła. Jednak do dziś nazwisko w Jedwabnem i okolicach jest znane, gdyż potomkowie Karola i Renaty Wilhelminy wykazali się bohaterstwem i pielęgnowali polskie tradycje patriotyczne.

Wpisanie w 1820 roku Łodzi, Zgierza, Podrzeczy, Gostynina i Dąbia na listę osad fabrycznych stworzyło warunki do rychłego napływu do nich dużej liczby zagranicznych fachowców. Także Jan i Samuel, bracia Jehringowie, byli prekursorami przemysłu, ale jeszcze sprzed umowy zgierskiej. Umowa zgierska dopiero przeniosła ich – Jana do Konstantynowa, a Samuela do Ozorkowa. Później dotarli znajomi z Prus, i Jehringowie mogli być pomocni dla nowo przybyłych znajomych.

Johann Karol Jehring, brat pastorowej Justyny Biedermannowej, był żonaty z Augustą z Wegnerów, z którą doczekali się pięciorga dzieci. To właśnie u niego mieszkała Justyna, gdy poznała pastora Wilhelma Biedermanna. Jan Karol Jehring, który w Konstantynowie miał własną farbiarnię, urodził się w lutym 1799 roku w Szamocinie.

Żona Jana Jehringa, Augusta Klementyna Wegnerówna, pochodziła również z rodziny o tradycjach farbiarskich, i to nie byle jakiej rodziny – była córką Samuela Wegnera z Ozorkowa, jednego z pierwszych i najbogatszych farbiarzy w mieście. Wegnerowie przybyli do Ozorkowa z Królewca, gdyż Samuel Wegner był znakomitym farbiarzem, i Ignacy Starzyński, właściciel Ozorkowa i okolicznych ziem, zapewnił mu monopol na farbowanie tkanin wraz z mnóstwem przywilejów. Głupi by nie skorzystał, a Samuel Wegner głupi nie był; spakował dobytek swojego 40-letniego życia i przybył wraz z rodziną. Wszystko szło doskonale, wybudował największy w mieście dom, działała farbiarnia, pieniądze płynęły złotą strugą, aż nadszedł dzień, kiedy to wybuchł pożar i wszystko obrócił w zgliszcza. Wegner przeniósł się do Konstantynowa, gdzie dostąpił nawet zaszczytu bycia pełnomocnikiem Mikołaja Okołowicza, dziedzica miasta i okolicznych włości. Podpisał umowę z osadnikami, którzy mieli osiedlić się na tych ziemiach i podnieść, a w zasadzie na nowo rozwinąć przemysł dzięki znajomości nowoczesnych technologii nieznanych Polakom. Wykazywali się też sumiennością, obowiązkowością i pracowitością. Sprowadził Wegner więc ponad 150 osadników, wydał córkę za Jana Jehringa i postanowił wrócić do Ozorkowa, gdyż interesy szły słabo i dochody go nie zadowalały. Poza tym był farbiarzem, a nie urzędnikiem i zwyczajnie ciągnęło go do pracy. W Ozorkowie zastał nowego farbiarza, Wilhelma Wernera, i strasznie się oburzył, że ów Werner zajął jego miejsce. Powoływał się na podpisany przed laty kontrakt, doszło do rozprawy sądowej, którą sromotnie przegrał, bo przecież opuścił Ozorków, czego miał nie robić. Szamotał się i męczył, odbudowując spaloną farbiarnię, ale nie udało mu się już odnieść takiego sukcesu jak na początku swojej ozorkowskiej przygody. Zapewne Jan Jehring musiał mieć odpowiednie warunki bytowe, by dostać za żonę córkę bogatego farbiarza Samuela Wegnera z Ozorkowa. Ślub Jana Jehringa i Augusty Wegnerówny odbył się w Kazimierzu, bo w Konstantynowie, zwanym wówczas Żabicami Wielkimi, kościoła ewangelickiego jeszcze nie było. Miastem Konstantynów miał się stać dopiero za rok i dopiero po roku rozpoczęła się budowa świątyni sponsorowana przez Okołowicza, również ewangelika. Ślub odbył się 23 stycznia 1825 roku.

Ślubu udzielił ksiądz Antoni Twardowicz. I tak brat Justyny Jehringównej został człowiekiem żonatym, poważnym i szanowanym farbiarzem w Konstantynowie.

Augusta Jehringowa, żona Jana, często chorowała, ale dwa lata po ślubie wydała na świat pierworodnego Hermanna Adolfa Jehringa. W roku 1828 przyszła na świat córka Luiza Karolina, a w 1829 syn Karol Teodor.

Justyna Biedermannowa po latach wspominała:

Do Polski przyjechałam, mając 19 lat, do mojego dobrego brata Johanna Jehringa, farbiarza i mieszczanina w Konstantynowie. Przyjechałam do niego w tym czasie, aby pomóc w jego firmie i gospodarstwie. Miał bardzo dobry poziom życia, ale jego ukochana żona cierpiała na bardzo poważną chorobę. To była przyczyna, że musiałam opuścić moją dobrą matkę, która mieszkała spokojnie w Szamocinie. Kiedy moja dobra szwagierka była trochę zdrowsza, chciałam wrócić do domu mojej matki.

Archiwum rodziny Biedermannów, ze zbiorów APŁ

Do matki nie wróciła, bo los postanowił inaczej – wyszła za mąż za pastora Wilhelma Biedermanna.

W rodzinie brata Jana Jehringa nastąpił cały szereg nieszczęśliwych zdarzeń. Chora żona Augusta Jehringowa otrzymała wiadomość o śmierci siostry Luisy. 10 kwietnia 1832 roku umarł Samuel Wegner, ojciec, a 3 sierpnia umarła córeczka, Emilia Augusta, przeżywszy zaledwie rok i kilka miesięcy. Podkopało to całkiem zdrowie ciężko chorej kobiety. W 1834 roku urodziła Wilhelma Adolfa, ale choroba rozwinęła się z zajadłością.

9 czerwca 1834 roku Augusta Klementyna Jehringowa z Wegnerów zmarła. Odeszła z tego świata o wpół do pierwszej po południu, w gorący letni dzień. Miała tylko 28 lat. Zaraz po niej, 22 lipca, i też o pierwszej po południu, zmarł ośmiomiesięczny synek Wilhelm Adolf. Dziecko zmarło na zębienie, czyli na dolegliwości spowodowane ząbkowaniem. Ząbkowanie było bardzo niebezpieczne, bo dzieci gorączkowały, wkładały do buzi różne przedmioty, miały biegunki, a nie istniały jeszcze wówczas leki, które mogłyby szybko takiemu malcowi pomóc. Nie mówiąc już o powikłaniach przy procesie wyrzynania się zębów! Jakkolwiek by było, mały Wilhelm Adolf ząbkowania nie przeżył; spoczął koło swojej zmarłej matki na konstantynowskim cmentarzu. Akt zgonu dziecka wypisał wuj, pastor Wilhelm Biedermann.

Co zaś mogło spowodować, że młoda kobieta umarła, osierocając małe dzieci kilka miesięcy po porodzie? Być może cały szereg nieszczęść, które dotknęły ją w krótkim czasie. Przyczynę wyjaśnia akt zgonu Augusty Jehringowej. Augusta zmarła na pomieszanie zmysłów, czyli zapewne jakąś chorobę nerwową. Akt zgonu podpisał pastor Rothert rodem ze Zdun, krewny. W 1834 roku nie umiano leczyć schorzeń umysłowych czy chorób nerwowych, możemy więc wyobrazić sobie, jakich cierpień doznawała nieszczęsna kobieta. Zapewne jej schorzenie, jak wszystkie choroby psychiczne, było traktowane wstydliwie; chorych najczęściej zwyczajnie piętnowano. Nawet we wspomnieniach rodzinnych spisanych przez Justynę wiele lat później nie ma mowy o przyczynie cierpienia szwagierki, stoi tylko zapis o ciężkiej chorobie.

Po rodzinie Jehring zachowała się pamiątka z 1834 roku, na której widnieje podpis Familie von Johan Jehring. Jest to najprawdopodobniej dzieło Karola Jehringa, syna Jana, który przejawiał zdolności plastyczne. Do rodzinnego albumu pastora Wilhelma domalował pięknego motyla, możliwe więc, że sam lub z pomocą kogoś dorosłego wykonał pamiątkową wycinankę sylwetkową i pomylił się, pisząc nazwisko. Wycinanki sylwetkowe były w tym czasie niezwykle modne. Sylwetkowano wszystkich i co ważne – takie wycinanki dość wiernie oddają wygląd postaci. Tworzono je, obrysowując cień rzucany przez człowieka, korzystając z pomniejszającego obraz pantografu lub posługując się innymi technikami. Jedno jest pewne – wycinali wszyscy, dorośli i dzieci, na punkcie sylwetkowania ludzie oszaleli. Karol Jehring swoją wycinankę ozdobił dodatkowo złotą girlandą i podpisem. Wycinanki sylwetkowe były modne jeszcze bardzo długo, jednak bolesny cios zadało temu miłemu zajęciu wynalezienie fotografii.

Podczas podróży po domach Biedermannów napotykamy wiele ciekawostek, o których można opowiadać bez końca, jednak musimy skupić się na ludziach tworzących tę rodzinę. Wróćmy więc do 1835 roku, gdy 18 lutego do tej pory kawaler Samuel Gottlob Jehring, drugi i ostatni syn Johanna i Anny Doroty z Timmów, a brat Justyny Biedermannowej, pojął za żonę Joannę Busse, córkę zmarłego już Jana Bussego i Henrietty z Tentzków, z folwarku Górka. Świadkiem był oczywiście brat Jan Jehring i posesor Wilhelm Krygier. Samuel zabrał żonę do Ozorkowa, zamieszkali w domu numer 60. Doczekali się czwórki dzieci.

Samuel był farbiarzem, ale chyba nie osiągnął większego sukcesu. Może też wcale mu na tym nie zależało, niektórym wystarcza, że mają za co żyć, wychować dzieci i wcale nie pragną zawodowych sukcesów. Możliwe, że taki był właśnie Samuel Jehring. Możliwe też, że odnoszący sukcesy zawodowe, wesoły i ruchliwy brat – Jan Jehring z Konstantynowa – nieco go przyćmił. Możliwości jest dużo, a pewna jest jedna rzecz – Ozorków to mała miejscowość i przy takiej konkurencji jak Wegner, a później Werner, Samuel Jehring dużych szans na spektakularny sukces nie miał.

Samuel Gottlob i Joanna z Bussów Biedermannowie z Ozorkowa mieli czworo dzieci. Pierwszy był Gustaw, który ożenił się z Walerią Cudzińską w maju 1873 roku; zamieszkali w Przedborzu. Drugi to Juliusz, żonaty z Karoliną Walerią Melcherowicz w 1866 roku; mieli dzieci: Józefa Teofila urodzonego w 1868 roku, Romana Tomasza, Waleriannę Florentynę i Jana Władysława. Bracia, Gustaw i Juliusz, mieszkali niedaleko siebie, w okolicach Przypusty. Obaj byli leśnikami. Trzecie dziecko to Joanna Berta, zamężna z Ferdynandem Julianem Koehler. Mieli syna Stanisława, który został właścicielem tkalni w Łodzi; ożenił się on z Natalią z domu Stenzel. Czwarta była Matylda zamężna z Reinholdem Michalskim, szwagrem Augusta Napoleona Biedermanna. Małżeństwa więc związały cztery rodziny – Biedermannów, Jehringów, Michalskich i Henselmannów.

Wdowiec po Auguście, Jan Karol Jehring, 6 maja 1835 roku ożenił się z pochodzącą z Ozorkowa, również będącą w stanie wdowim, Karoliną Tugenreich z domu Marską. Najwidoczniej Jan Jehring odwiedzał zamieszkałego w Ozorkowie brata Samuela i tam poznał młodziutką, bo dwudziestojednoletnią Karolinę. Jan był w ogóle ruchliwy, ciągle pojawia się w metrykach, jak nie w Pabianicach, to w Łodzi, w Kaliszu. Jednak sama chęć przemieszczania się nie sprawiała, że proszono go na świadka uroczystości czy ojca chrzestnego – musiał być życzliwym i lubianym człowiekiem. I jak widać, nie odmawiał i zadawał sobie trud podróżowania, cenił więzi rodzinne. Świadkiem drugiego ślubu Jana Jehringa jest oczywiście brat Samuel, farbiarz, lat 31. 36-letni wdowiec Jan Jehring został więc mężem i ponownie ojcem, bo niebawem na świat przyszło dziecko, które chwilę po porodzie umarło.

W tym czasie w rodzinie pojawiło się bardzo dużo dzieci, ciągle odbywały się chrzciny, a jak nie chrzciny, to zaręczyny i śluby, tylko Janowi Karolowi Jehringowi, tak życzliwemu i lubianemu, życie nie układało się pomyślnie. Śmierć postanowiła być jego stałą towarzyszką i nie opuścić ani jego, ani jego potomków.

W lutym 1852 Jan Jehring umarł na cholerę.

W sierpniu 1852 roku umarł bezpotomnie jego syn, Teodor Jehring, również farbiarz.

Córka Lowiza Karolina w październiku 1852 roku wyszła za farbiarza Teodora Giutzelke i wyjechali z Konstantynowa. Skąd Szwed Giutzelke wziął się w Konstantynowie – nie wiadomo. I to bardzo bogaty Szwed, ze znanej kupieckiej rodziny!

Przeszukałam wiele źródeł, by znaleźć jakiś ślad po Lowizie, ale zmienna pisownia nazwiska Giutzelke utrudniła zadanie. Na forach genealogicznych kilka osób zajmuje się badaniem rodu Giutzelków, ale o Jehringównej nie ma ani słowa. Znalazłam informację o odkryciu nagrobka w Ystadt (pewno jak wiele innych nagrobków został zniszczony po wojnie, skoro ktoś go teraz nagle odkrył), aukcję gdzie wystawiono do licytacji kieliszki po konsulu Lundgrenie i jego żonie Magdalenie z Giutzelków. Bardzo ładne, z monogramem, ale ja nie chcę kupować kieliszków, tylko znaleźć ślad po Lowizie Karolinie. Niestety, nic! Znalazłam za to informację o garbarni Giutzelków w Ystadt i nawet zdjęcie! Cieszę się, bo budynek jest w doskonałym stanie i dzierżawi go Straż Pożarna. Cieszę się, bo podczas poszukiwań zawsze trafiam na jakieś opuszczone i zaniedbane, chylące się ku upadkowi obiekty, a tu piękny, ukwiecony dom!

Małżeństwo Giutzelków trwało do 20 stycznia 1859 roku, bo wtedy Teodor zmarł w Lund. Co działo się z Luizą Charlottą, nie wiadomo. Nie znalazłam żadnych śladów po niej. Może więc wyszła ponownie za mąż albo, jak to bywało, zmarła jako Teodorowa Giutzelkowa i nikt nigdy nie dowie się, że była to córka farbiarza Jehringa z polskiego, podłódzkiego Konstantynowa.

Znamy już całą rodzinę Jehringów, wróćmy więc do początków małżeństwa Justyny z Jehringów i Wilhelma, pastorostwa Biedermannów. W czasie gdy Wilhelm i Justyna złożyli przysięgę małżeńską, w Zduńskiej Woli i okolicach wybuchła epidemia cholery, która trwała kilka lat. Słabła i nabierała siły, ale ciągle trwała. I nie tylko w okolicach ludzie padali jak muchy, cholera zbierała żniwo właściwie w całej Europie. Przywlekli ją żołnierze rosyjscy i długo nie chciała ustąpić. Jej ohydny, słodkawy zapach budził przerażenie i długo wisiał w powietrzu. Cholera powodowała wyniszczającą biegunkę i wymioty, gorączkę, odwodnienie i w rezultacie – śmierć.

W takich trudnych okolicznościach Justyna i Wilhelm Biedermannowie doczekali się swego pierworodnego, ochrzczonego imieniem August Napoleon Aleksander. Było to 25 grudnia 1834 roku, zaś 25 sierpnia 1836 roku urodził się kolejny chłopiec, Ludwik Karol Robert. Wilhelm Biedermann, ojciec i pastor, w tym czasie zdecydował się zmienić swoje drugie imię. Nie chciał być niemieckobrzmiącym Traugottem, wybrał staropolski odpowiednik tego imienia – Bogufał.

Musieli Biedermannowie bardzo dbać o czystość w domu, ciągłe mycie rąk. Musiała Justyna bardzo tego pilnować, bo przecież mąż ciągle miał kontakt z chorymi, wypisywał akty zgonów, chodził na pogrzeby, bywał z ludźmi i mógł łatwo przynieść zarazę do domu. Wszystkie dzieci Biedermannów pozostały zdrowe, więc na pewno dołożyła starań, by wszystko szorować, parzyć wrzątkiem, by jeść tylko gotowane, pić zioła, mieć czystą wodę z dobrej studni. Mieszkali w pastorówce przy ulicy Maurycego, mieli więc zapewne własne źródło świeżej wody, którego pilnowali jak oka w głowie.

Biedermannowie angażowali się nie tylko w obowiązki rodzinne, ale również w posługę religijną. Pastor Wilhelm Biedermann wspólnie z żoną organizowali opiekę dla sierot, pomoc dla chorych, budowali zduńskowolski zbór od podstaw. Dzieła podjęte przez nich nie były potrzebą chwili, lecz wytyczonym na długie lata programem, który mieli rozwijać potomni i następcy. Chcieli stworzyć coś trwałego, co mogłoby służyć przyszłym pokoleniom.

W Zduńskiej Woli mieszkali już Józef Donatt i Józef Antrit – pierwsi przemysłowcy – zaczęli oni prawdziwą produkcję i handel, czyli nawiązali kontakty z Rosją i Chinami oraz sprzedawali swoje wyroby w pobliskiej Łodzi. Za jakiś czas Donat i Antrit połączą się z rodziną Biedermannów, na razie jednak Wilhelm z Justyną nawet o tym nie myślą. Mają małe dzieci i muszą podołać kłopotom, które właśnie nadciągają.

Wilhelm był dobrym człowiekiem, bardzo dbał o parafię, razem z żoną organizowali pomoc dla ludzi, cóż z tego jednak, gdy nie potrafił być dyplomatą. Ciągle wybuchały awantury z przełożonymi; Wilhelm uważał, że postępuje właściwie, pisał pisma wyjaśniające różne sytuacje, aż w końcu doszło do śledztwa superintendentury, które wykazało, że nauczyciel i kantor Jan Hoppe podburzał ludzi przeciwko Wilhelmowi, był hardy i nieposłuszny, należało wziąć go w karby. Zachowanie Hoppego miało podłoże polityczne – jako główny zarzut przeciwko Biedermannowi podał, iż ten wygłaszał kazania o nieodpowiedniej treści w czasie powstania. Oczywiście dodał kilka słów o niegospodarności, braku rozliczeń i ogólnie o zaniedbywaniu obowiązków. Osobiście czuł dużą niechęć do Wilhelma, więc nawet zwrócenie sobie uwagi opisał jako jego popędliwość i niegrzeczność.

Świadkowie zgłoszeni przez Hoppego zeznali, że kłamali na jego prośbę, a sam Hoppe podburzał społeczność gminy ewangelickiej, obrażał Wilhelma. Zdecydowano więc o przeniesieniu niesfornego nauczyciela na inną posadę. Sytuacja mimo pozornego załagodzenia stawała się coraz bardziej napięta, bo o ile polityczne zarzuty Hoppego pominięto w śledztwie, to opieszałość w wykonywaniu obowiązków religijnych zaczęto skrupulatnie sprawdzać. Wilhelm doznawał drobnych, ale uciążliwych przykrości, nie otrzymał wynagrodzenia. Takie donosy i pomówienia były w tym czasie częste i księży przenoszono z miejsca na miejsce, wszczynano śledztwa, prowadzono dochodzenia, które niewiele wyjaśniały, a generowały koszty dojazdu superintendenta Modla do różnych parafii. Ciągle sprawdzano rewolucyjną działalność pastorów. W końcu Wilhelm podjął decyzję o wzięciu udziału w konkursie na wakującą posadę w Dąbiu.

Był jeszcze drugi kandydat, ale wygrał Wilhelm jako doskonały mówca. Parafianie nie kryli zachwytu i chcieli tylko Wilhelma Biedermanna. Tylko Biedermann, i koniec!

Justyna przeżyła wyprowadzkę z miejsca, gdzie się zadomowiła, ale pójście za mężem należało do jej obowiązków. Odrzuciła więc sentymenty, pożegnała znajomych, przyjaciół i rodzinę. Tu, w Zduńskiej Woli, żyła zwykłym życiem żony i matki, choć przecież też stykała się z ludźmi na nieco innej płaszczyźnie, miała okazję i szansę zrobić coś dla innych, pomóc i sama się rozwinąć. Był to kolejny szczebel w jej rozwoju osobistym – Bóg zdecydował, że musi podjąć się nowego zadania.

Po latach córka Maria wspominała:

(…) mojemu biednemu ojcu los ułożył się niepomyślnie. Był on bardzo gnębiony przez swego przełożonego. Trochę liberalny i wolnomyślny, musiał być również dobrym mówcą, gdyż kościół pełen był skupionych słuchaczy. Kiedy (…) przybył do Dąbia, (…) mimo że tego nie chciał, wziął udział w próbnych kazaniach wraz z dwoma kandydatami. Ojciec tak się podobał, że cała gmina głosowała na niego. Z pozostałych kandydatów otrzymał 13 głosów syn superintendenta, a drugi cztery. Powstała wielka wrzawa, gdy okazało się, że w grę wchodzi tu intryga. Mój ojciec zrezygnował, bardziej wolał zostać w Zduńskiej Woli. Tu go lubiono, powołał tu wszystko do życia – gmina tamtejsza została przez niego stworzona. Ojciec był tam pierwszym pastorem.

Gmina Dąbie wytoczyła nawet proces, ponieważ chcieli go mieć u siebie, ale ostatecznie musieli się poddać. Superintendent stał się jego wrogiem, nie mógł mu zapomnieć klęski syna, jak również przebaczyć.

materiał archiwalny Karola Biedermanna

Biedermannowie opuścili Zduńską Wolę w roku 1837 i osiedli w Dąbiu. Nie dane im było żyć w spokoju. Wybuchł spór z burmistrzem, który ze względu na wakujący w zeszłym roku Urząd Stanu Cywilnego prowadził księgi. Prowadził niestarannie, co podlegało karze. Karą obciążono Wilhelma. Odwoływał się, tłumaczył, ale ponieważ był szybki w osądach, powodowało to oczywisty sprzeciw jego przeciwników. Uznano, że awantura w Zduńskiej Woli przeniosła się do kolejnej parafii, co świadczy o nerwowym usposobieniu pastora Biedermanna.

W Dąbiu na świat przyszło Biedermannom trzech synów: w 1838 roku Edward Juliusz Emil, w 1840 roku Paweł Gustaw Teodor, a w roku 1844 Jan Wilhelm Otto Bogufał.

Pastor Wilhelm Biedermann podjął się remontu kościoła i budynków parafialnych, które nie nadawały się już według niego do użytku. Co się dało, remontował sam, parafianie pomagali, jak mogli, ale zawsze nadchodzi moment, że potrzebny jest kompleksowy remont, bo drobne naprawy nic już nie dadzą. Napisał więc Wilhelm do Konsystorza prośbę o pieniądze na remont. Prosił, ale nie było na to środków albo nie nachodziła odpowiedź, więc znów pisał, prosił… Dostał w końcu upomnienie, że jest natarczywy. Kwestię remontu postanowiono rozpatrzeć, znów czekał, później pisał, aż w końcu stracił cierpliwość. Wyłożył swoje pieniądze, parafianie dopomogli pracą własnych rąk, wszystko zostało wyremontowane, wybudował piękną pastorówkę i wtedy nagle zjawiła się komisja żądająca rachunków za poniesione koszty. Oczywiście nie miał rachunków na wszystko, bo wiadomo, że jak ludzie się skrzyknęli i wyremontowali, to rachunku wystawić nie mogli, bo był to czyn społeczny, pomoc parafii. Zarzucono Wilhelmowi, że kombinuje, oszukuje, wszczęto śledztwo, co ludzi oburzyło, i sytuacja stała się bardzo poważna. Ojca otoczono intrygami i szykanami, mój dobry ojciec został w końcu przeniesiony przez Konsystorz do Babiaku, małej mieściny. Załamany i chory z trosk człowiek – wspominała Maria.

Cały świat zdawał się działać na przekór Biedermannom. Czy jednak nie tkwiło w tym trochę winy Wilhelma, trudno stwierdzić. Był doskonałym mówcą i zapewne wykorzystywał ten dar w kontaktach z przełożonymi. Opinia żony nie jest w tym przypadku miarodajna – jak każda dobra żona trzymała stronę męża i jeśli nawet nie przyznawała mu racji, to starała się rozwiązać problem na swój sposób. Jej wspomnienia są dość emocjonalne i choć spisane po wielu latach, widać, że lubiła podkreślać trudy życia, mało poświęcając uwagi chwilom dobrym. We wspomnieniach często odwołuje się do wydarzeń bolesnych i mimo twardego podejścia do życia nieco je wyolbrzymia. Zdecydowanie mąż i dzieci stanowili cały jej świat. Karne przeniesienie Wilhelma do Babiaku było dla niej osobistym policzkiem.

Stało się to w grudniu 1845 roku. Musieli się wynieść z dziećmi zimą na niepewny – jak osądziła Justyna – los, bo w Babiaku urzędował jeszcze pastor Kruschwitz, który miał objąć parafię w Sompolnie. Kruschwitz nie spieszył się jednak z wyprowadzką i zajmował budynki parafialne jeszcze do marca. Do tego nadal wypełniał obowiązki pastora i pobierał pensję oraz opłaty, Wilhelm pozostał więc z rodziną bez pieniędzy i domu; nie mógł doprosić się wypłaty kwot należnych mu za pierwszy kwartał i instalację na nowej parafii. Takie było zdanie pastorowej Biedermannowej, która ten trudny czas opisała szczegółowo.