Zofiówka - Justyna Jelińska - ebook + audiobook + książka

Zofiówka ebook i audiobook

Justyna Jelińska

2,8
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Jedyne, czego możesz być pewien, to własny strach

Najnowszy horror Justyny Jelińskiej

Grupa żądnych sensacji youtuberów wyrusza na kolejną wypra­wę urbexową. Ich celem jest Zofiówka – opuszczony zakład dla nerwowo chorych w Otwocku – miejsce owiane mroczną legendą, w którym wyczuwalna obecność ciemnych sił splata się satanistycznymi obrzędami. Zło czai się wszędzie.

Z pozoru rutynowy urbex błyskawicznie wymyka się spod kontroli. Gdy jeden z członków grupy znika bez śladu, a pozostali zaczyna­ją doświadczać niewytłumaczalnych zjawisk, zaciera się granica między przygodą a koszmarem.

Mroczne ruiny, które zmienią również Ciebie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 217

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 13 min

Lektor: Justyna Kurzypska

Oceny
2,8 (20 ocen)
4
3
2
7
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Clingy_Duck

Z braku laku…

Książka dla młodzieży, która próbuje być książka dla dorosłych.
00
Wierzby

Nie polecam

nie wiem czy gorszy ten gniot czy lektorka
00
Karola0607

Nie oderwiesz się od lektury

Przerażająca, ciekawa i niezwykle wciągająca. Polecam!
00
MariaWojtkowiak

Nie oderwiesz się od lektury

Dłuższe opowiadanie przedstawiające wypad do Zofiówki. Kto przeżyje? Przeczytaj.
00
kaszerek

Z braku laku…

Sztampowe.
00



Copy­ri­ght © by Justyna Jeliń­ska 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­tor pro­wa­dząca: Alek­san­dra Paw­liń­ska Redak­cja: Maria Lipow­ska-Wik­to­row­ska Korekta: Monika Kociuba / e-DYTOR, Maria Lipow­ska-Wik­to­row­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Karo­lina Żmi­jew­ska

Wydawca: TIME SA, ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8343-776-7

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Wszyst­kim tym, któ­rzy lubią zwie­dzać opusz­czone miej­sca

Zastrzeżenie

Histo­ria, którą oddaję w Wasze ręce, jest fik­cją lite­racką. Posta­no­wi­łam umie­ścić ją w real­nym miej­scu. Zofiówka ist­nieje naprawdę, a każdy, kto odwie­dził to miej­sce, potwier­dzi, że ma ono nie­po­wta­rzalną i tajem­ni­czą aurę. Byle szum czy kro­pla desz­czu spa­da­jąca z sufitu na pod­łogę mogą dawać poczu­cie czy­jejś obec­no­ści. Wiem, spraw­dzi­łam to, nie­jed­no­krot­nie odwie­dza­jąc to miej­sce w róż­nych porach roku. Co prawda obiekt został nieco prze­or­ga­ni­zo­wany na potrzeby mojej histo­rii i nie zawiera wier­nego opisu, jeśli cho­dzi o roz­miesz­cze­nie pomiesz­czeń, ale mimo to mam nadzieję, że ta histo­ria Was wcią­gnie. Opi­sane przeze mnie zda­rze­nia zro­dziły się wyłącz­nie w mojej wyobraźni na pod­sta­wie histo­rii, które udało mi się usły­szeć. Okra­si­łam je ele­men­tami bru­tal­no­ści i wąt­kami zwią­za­nymi z sza­tań­skimi obrzę­dami, ale żeby była mię­dzy nami jasność – to wyłącz­nie fik­cja. Ot, baja­nie, bujdy na reso­rach, opo­wiastki, jakimi możemy raczyć się w cie­płe noce przy trza­ska­ją­cych pola­nach w ogni­sku. Pra­gnę rów­nież pod­kre­ślić, że podo­bień­stwa w nazwach i oso­bach są cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Nie mia­łam złych inten­cji, pisząc tę histo­rię. Nie chcę i nie chcia­łam ura­zić niczy­ich uczuć ani zbru­kać tego miej­sca, wpla­ta­jąc w nie nieco grozy i krwi.

W niniej­szej książce znaj­dują się motywy i zacho­wa­nia, które mogą ura­zić wraż­li­wość czy­tel­ni­ków. Jeżeli motywy samo­bój­stwa, inte­rak­cji z demo­nami czy próby nawią­za­nia kon­taktu z zamiesz­ku­ją­cymi obiekt bytami nie są dla Cie­bie odpo­wied­nie, zale­cam ostroż­ność lub rezy­gna­cję z lek­tury.

Autorka

Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów Zofiówka

Zakład dla Ner­wowo i Psy­chicz­nie Cho­rych Żydów Zofiówka – nie­dzia­ła­jący obec­nie szpi­tal i sana­to­rium w pod­war­szaw­skim Otwocku, któ­rych budynki popa­dają w ruinę. Szpi­tal zawdzię­cza nazwę Zofii Endel­ma­no­wej, która prze­ka­zała swoją biżu­te­rię na zakup trzy­dzie­sto­mor­go­wego terenu. Miej­sce to ucho­dzi za jedno z naj­bar­dziej nawie­dzo­nych w Pol­sce; w cza­sie wojny zamor­do­wano tam ponad sto osób. Mówi się, że nie­spo­kojne duchy ofiar nawie­dzają ruiny budynku, dając o sobie znać prze­ra­ża­ją­cymi jękami i odgło­sami. Na jed­nym z kory­ta­rzy można podobno spo­tkać ducha sio­stry zakon­nej, która popeł­niła tam samo­bój­stwo. Wokół Zofiówki naro­sło wiele legend, mię­dzy innymi ta o zapar­ko­wa­nych w pobliżu samo­cho­dach, które nie odpa­lają, zmu­sza­jąc śmiał­ków do dłuż­szego pozo­sta­nia na miej­scu. Obiekt przy­ciąga fanów urbexu, któ­rzy poszu­kują adre­na­liny i dresz­czu emo­cji zwią­za­nego z kon­fron­ta­cją z mrocz­nymi histo­riami prze­ka­zy­wa­nymi przez osoby, które miały stycz­ność z para­nor­mal­nymi sytu­acjami na tere­nie opusz­czo­nego obiektu.

Rozdział pierwszy. Godzina siedemnasta

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

GODZINA SIE­DEM­NA­STA

1

Czarna Škoda Octa­via z przy­ciem­nio­nymi tyl­nymi szy­bami wje­chała ostroż­nie na plac usłany żwi­rem, suchymi liśćmi i potłu­czo­nym szkłem. Pod kołami zachrzę­ściły drobne kamyki, które niczym ostre poci­ski wystrze­liły spod opon.

Ruina.

Cie­kaw­skim oczom uka­zał się nisz­cze­jący obiekt, który przy­roda zaczy­nała coraz śmie­lej cho­wać w swych ramio­nach. Te były wyjąt­kowo kłu­jące, oble­czone jesien­nymi barw­nymi liśćmi, opa­da­ją­cymi przy lek­kim podmu­chu wia­tru i two­rzą­cymi sze­lesz­czący dywan ukry­wa­jący ostre odłamki szkła roz­bi­tych bute­lek. Jakby czy­hały, by prze­bić skórę śmiał­ków wcho­dzą­cych na teren daw­nego Zakładu dla Ner­wowo i Psy­chicz­nie Cho­rych Żydów.

Pano­wał tu dziwny spo­kój i cisza, jak gdyby całe zło, które się tu wyda­rzyło, zostało ukryte w naj­głęb­szych i szczel­nie zamknię­tych zaka­mar­kach.

Dag­mara Nowa­kow­ska zatrzy­mała samo­chód. Pochy­liła się nad kie­row­nicą i wyj­rzała przez przed­nią, nieco brudną szybę. Tam, gdzie nie się­gały pióra wycie­ra­czek, widać było mnó­stwo mar­twych owa­dów. Mieli za sobą długą drogę. Potra­fili poświę­cić bar­dzo dużo dla cie­ka­wej eks­plo­ra­cji. Zwłasz­cza takiej, która skry­wała mro­żące krew w żyłach sekrety.

W skry­to­ści ducha liczyli, że poznają wszyst­kie straszne legendy o tym miej­scu, krą­żące w cze­lu­ściach inter­netu.

Naj­bar­dziej nawie­dzony budy­nek w Pol­sce. Ten tytuł robił wra­że­nie. Zachę­cał śmiał­ków, któ­rzy zapusz­czali się nocami w opu­sto­szałe mury, byleby tylko poczuć mroczny i spe­cy­ficzny kli­mat Zofiówki. A ten, trzeba przy­znać, był ciężki i trudny do opi­sa­nia.

– Robi wra­że­nie, co? – zapy­tała, nie ukry­wa­jąc pod­nie­ce­nia. Jej głos aż wibro­wał.

– Myśla­łem, że to miej­sce będzie tro­chę mniej znisz­czone… – odparł Adam Kali­now­ski, dra­piąc się po rudej, wypie­lę­gno­wa­nej bro­dzie. Co chwilę popra­wiał zjeż­dża­jące z nosa oku­lary. Otwo­rzył drzwi auta. Jęk­nęły cicho, jakby zmę­czone podróżą ode­tchnęły z ulgą. Do środka wpa­dła mie­szanka rześ­kiego powie­trza zmie­szana z zapa­chem suchych liści i wil­got­nego betonu. Chłodna i spe­cy­ficzna, dokład­nie taka jak to miej­sce.

Na ścia­nach, z któ­rych pła­tami odpa­dał brudny tynk, gra­fi­cia­rze pozo­sta­wiali swoje tagi. Nie­które przy­bie­rały formę mrocz­nych i nie­po­ko­ją­cych napi­sów. Pen­ta­gramy, dzie­siątki roz­war­tych oczu z dłu­gimi rzę­sami, krwi­sto czer­wone, surowe napisy PIE­KŁO, SZA­TAN, ONA PATRZY spra­wiały, że widok nisz­cze­ją­cego budynku robił jesz­cze moc­niej­sze wra­że­nie. Zewsząd zer­kały na nich wiel­kie okna bez szyb, jak puste oczo­doły w czaszce, z któ­rej przed laty robac­two zja­dło wszyst­kie tkanki.

Cezary Dąbrow­ski prze­łknął gło­śno ślinę. Wysoki blon­dyn o haczy­ko­wa­tym nosie i nie­bie­skich oczach jako jedyny z całej czwórki nie cier­piał miejsc, które wiele osób uzna­wało za nawie­dzone. Nie trak­to­wał tego jako roz­rywki z dresz­czy­kiem. Miał ogromny sza­cu­nek do bytów i wie­rzył, że zabłą­kane dusze cho­dzą po ziemi i nie warto im prze­szka­dzać, mącąc ich spo­kój. Bał się, że przez wszel­kie sesje można zajść za skórę cze­muś, co nie jest fizyczne i nama­calne, ścią­ga­jąc na sie­bie zło, które już na zawsze pozo­sta­nie. Wie­dział, że duchy ist­nieją. Sam kie­dyś się o tym prze­ko­nał. Mimo że mija­jące lata zacie­rały wspo­mnie­nia, to jedne wbiły się w jego pamięć tak głę­boko, jakby bro­niły się przed zapo­mnie­niem.

Miał przy­ja­ciela, któ­rego nikt nie trak­to­wał poważ­nie, podob­nie jak nikt nie trak­to­wał poważ­nie kil­ku­let­niego Czarka. Chłopca, który potra­fił roz­ma­wiać z wyima­gi­no­wa­nym kolegą, przy­cho­dzą­cym do ich nie­wiel­kiego domu bez względu na porę dnia. Kaj­tek, bo tak nazwał kolegę mały Cezary, mimo że byli rówie­śni­kami, wie­dział o świe­cie zde­cy­do­wa­nie wię­cej od niego. Cza­sem opo­wie­ści Kajtka przy­pra­wiały Ceza­rego o ból brzu­cha i napady tor­sji. Pełne były krwi, nie­jed­no­krot­nie zdo­bią­cej ciało i ubra­nie wyima­gi­no­wa­nego przy­ja­ciela. Każ­dego trzy­na­stego dnia mie­siąca Kaj­tuś sta­wał obok Czarka w zakrwa­wio­nej piżamce z pętlą na szyi, pro­sząc, by przy­ja­ciel wycią­gnął wysta­jący z jego piersi nóż i zdjął pętlę, bo nie może przez nią zawo­łać swo­jej mamusi.

Cezary począt­kowo ogrom­nie się tego bał. Gdy pierw­szy raz zoba­czył Kajtka w zakrwa­wio­nej nie­bie­skiej piża­mie, ze stra­chu zmo­czył łóżko. Dostał wtedy burę od ojca, który tego dnia wró­cił do domu w sta­nie wska­zu­ją­cym. Płacz mie­szał się z krzy­kiem, gdy ojciec, wypro­wa­dzony z rów­no­wagi, ude­rzał go w pośladki gru­bym, skó­rza­nym pasem. Cezary nie lubił tego pasa tak, jak nie lubił taty, od któ­rego czuć było nie­przy­jemną, ostrą woń wódki, duszący smród papie­ro­sów i fetor kwa­śnego potu. Miał za złe matce, że nie sta­nęła wtedy po jego stro­nie. Jedy­nie zer­ka­jąc spode łba, z iry­ta­cją ścią­gała mokre prze­ście­ra­dło, klnąc cicho pod nosem i uda­jąc, że nie widzi tego, jak pupa syna robi się czer­wona z każ­dym pla­śnię­ciem pasa o nagą skórę.

Kaj­tek prze­stał przy­cho­dzić, gdy Cza­rek z rodzi­cami wypro­wa­dził się do mia­sta. W dzie­wię­cio­let­nim chłopcu poja­wiła się wów­czas mie­szanka smutku i ulgi. Z jed­nej strony cie­szył się, że nie będzie musiał oglą­dać zakrwa­wio­nego przy­ja­ciela, któ­rego nie widział nikt poza nim, z dru­giej zaś było mu żal, bo Kaj­tuś stał się dla niego tak ważny jak ulu­biona maskotka, którą zgu­bił pod­czas prze­pro­wadzki.

– Co Cza­rek, strach cię oble­ciał? – zare­cho­tał Bar­tek Zalew­ski, niski i krępy bru­net, który mimo swo­jej apa­ry­cji był nie­zwy­kle silny. Mię­śnie, wyrzeź­bione przez wiele godzin na siłowni, zwykł cho­wać pod luź­nymi koszul­kami. Od zawsze mówił o sobie, że jest scep­ty­kiem, jeśli cho­dzi o nawie­dzone miej­sca. Uwa­żał, że osoby rze­komo odczu­wa­jące nie­po­kój w opusz­czo­nych budyn­kach same nakrę­cają i potę­gują swój strach, wma­wia­jąc innym, że te par­cele zamiesz­kują byty nie z tego świata. Dla niego nie ist­niało życie po śmierci, tym bar­dziej takie, w któ­rym istoty nie­ma­te­rialne mogłyby krą­żyć po świe­cie, nawie­dza­jąc innych. Twier­dził, że duchy są jedy­nie wymy­słem kon­cer­nów fil­mo­wych, by można było czymś stra­szyć widzów z wiel­kich kino­wych ekra­nów. Bar­tek miał jed­nak jedną cechę, która sta­no­wiła ważny ele­ment ich zespołu: jego skru­pu­lat­ność i zaan­ga­żo­wa­nie w wyprawy były widoczne za każ­dym razem, gdy szy­ko­wali się do zwie­dza­nia kolej­nej opusz­czo­nej miej­scówki. Był gotowy na wszystko, słu­żył pomocą i sta­rał się nie psuć innym zabawy swo­imi prze­ko­na­niami, że gdy czło­wiek umiera, pewien etap się koń­czy i kolejny już się nie zaczyna. Tak jak pozo­stali z ich grupy, uwiel­biał urbex. Nakrę­cał go do dzia­ła­nia i łado­wał bate­rie. Kochał wcho­dzić tam, gdzie inni bali się posta­wić stopę. Żył tym.

– Dosko­nale wie­cie, że nie lubię takich miejsc… Nie mogli­śmy zwie­dzać Zofiówki w ciągu dnia? Serio trzeba było przy­jeż­dżać tu na noc? To chore… – jęk­nął, nie pró­bu­jąc ukry­wać stra­chu.

– Nie mogli­śmy, bo w dzień raczej nikt się z nami nie skon­tak­tuje – skwi­to­wała Daga, ostroż­nie omi­ja­jąc potłu­czoną butelkę. – A spe­cjal­nie zabra­łam swoje różdżki! I czy ci się to podoba, czy nie, zamie­rzam ich użyć.

Dag­mara była szczu­płą blon­dynką. Upór dziew­czyny draż­nił Czarka, który był jej zupeł­nym prze­ci­wień­stwem. Na doda­tek Daga oba­lała wszel­kie ste­reo­typy doty­czące głu­piut­kich blon­dy­nek. Wycho­dziła poza sche­maty tego, jak powinna zacho­wy­wać się taka drobna dziew­czyna. Jej inte­li­gen­cja i odwaga biły na głowę nie­jed­nego męż­czy­znę, z któ­rym pró­bo­wała wcho­dzić w intymne rela­cje. Wszy­scy odpa­dali w przed­bie­gach, gdyż jej prze­bo­jo­wość i styl życia ich prze­ra­stały. Swoim wyglą­dem przy­cią­gała męskie spoj­rze­nia. Wyta­tu­owane rękawy i kol­czyk w nosie doda­wały jej pazura, ale i swo­istego uroku; pod­kre­ślała go ide­al­nym maki­ja­żem, w któ­rym kre­ski na powie­kach były obo­wiąz­ko­wym ele­men­tem. Nie gry­zła się w język, co wie­lo­krot­nie wpę­dzało ją w kło­poty, ale jak zwinna kocica zawsze spa­dała na cztery łapy. Jako jedyna kobieta sztur­mem weszła do grupy chło­pa­ków z For­sa­ken­Pla­ces, nie­jed­no­krot­nie poka­zu­jąc im, że odwaga jest jej dru­gim imie­niem. Inte­re­so­wała się życiem po życiu, korzy­stała z róż­dżek, by móc poro­zu­mieć się z duszami zmar­łych. Kochała to i cie­szyła się, że dziś rów­nież będzie mogła sko­rzy­stać ze swo­ich umie­jęt­no­ści.

– Bierz­cie resztę sprzętu – rzu­cił Bar­tek. Wziął do ręki P-SB7 i SB11, zer­ka­jąc przy tym na maje­sta­tyczne budynki Zofiówki. Po krót­kim namy­śle odło­żył SB11. Doszedł do wnio­sku, że wystar­czy ulu­biony Spi­rit Box.

Nie­gdyś zakład uzna­wany za jeden z naj­no­wo­cze­śniej­szych szpi­tali w całej Euro­pie, teraz spra­wiał ponure i przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Jego mroczna, wojenna prze­szłość zda­wała się wypeł­zać z każ­dego kawałka cegły i odpa­da­ją­cego tynku. Cezary roz­glą­dał się ner­wowo, czu­jąc na karku zimny, wil­gotny oddech zamierz­chłych cza­sów, które prze­peł­niała krew nie­win­nych ofiar.

– Co tu się wła­ści­wie stało? Wiem tylko pobież­nie, ale kon­kre­tów nie znam, bo nie zdą­ży­łam się zorien­to­wać. Tak szybko wycią­gnę­li­ście mnie z domu… – Daga chwy­ciła swoje różdżki i kamerę ter­mo­wi­zyjną, po czym, gotowa do dzia­ła­nia, sta­nęła obok Adama.

Adam Kali­now­ski, oprócz miło­ści do urbexu, miał jesz­cze jedną ogromną pasję: histo­rię, zwłasz­cza tę mroczną, doty­ka­jącą setek ludzi. Łysy dwu­dzie­sto­ośmio­la­tek z rudą brodą popra­wił oku­lary, które wciąż zjeż­dżały mu z nosa. Każdą wyprawę do opusz­czo­nych miejsc trak­to­wał nie­zwy­kle poważ­nie, chcąc wyci­snąć z nich sto pro­cent. Wszystko po to, by dzie­lić się tą nie­ty­pową miło­ścią z innymi. W tym przy­padku byli to widzo­wie, któ­rzy tak jak on cenili sobie urbex i rys histo­ryczny opusz­czo­nych miejsc. Adam sta­nął w lek­kim roz­kroku, krzy­żu­jąc umię­śnione ręce na klatce pier­sio­wej. Zmru­żył oczy, jakby chło­nął to, co puste ściany budynku miały mu do powie­dze­nia. Wszę­dzie pano­wała cisza, tak prze­ni­kliwa, że zda­wała się draż­nić uszy.

– Dobrze, że zdą­ży­łaś się wypin­drzyć – zauwa­żył ze śmie­chem Bar­tek.

W odwe­cie Daga ude­rzyła go w ramię. Zawsze wyty­kał jej to, że szy­kuje się do wyj­ścia nieco dłu­żej niż reszta grupy, ponie­waż nie chciała wycho­dzić z domu bez ide­al­nie wyry­so­wa­nych kre­sek na powie­kach.

– Nie paja­cuj­cie. Nie wiem, czy zda­je­cie sobie z tego sprawę, ale de facto stą­pamy po cmen­ta­rzu… – Adam zaczął tajem­ni­czo, ganiąc towa­rzy­szy. Co jak co, ale nawet w takich sytu­acjach zale­żało mu na odda­niu nie­ży­ją­cym nale­ży­tego sza­cunku.

– Co ty pie­przysz, stary… – Cezary zła­pał się za głowę. Puls wyraź­nie mu przy­spie­szył. Krew dud­niła w żyłach. Czuł jej smak w ustach, a głu­che ude­rze­nia wyczu­wał nawet w skro­niach. Cmen­ta­rze przy­pra­wiały go o ciarki i mdło­ści. Ile­kroć wcho­dził na teren nekro­po­lii, czuł się nie­swojo. Odno­sił wra­że­nie, że zewsząd spo­glą­dają na niego dusze zmar­łych, pró­bu­jąc chwy­cić go mar­twymi kośćmi, gdzie­nie­gdzie oble­czo­nymi gni­jącą tkanką. Wzdry­gnął się mimo­wol­nie i gło­śno prze­łknął ślinę. Serce wciąż waliło mu jak mło­tem, cho­ciaż nie zaczęli jesz­cze eks­plo­ra­cji. Niczego tak nie pra­gnął, jak powrotu do domu.

– Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek się tym inte­re­so­wa­li­ście, ale na tere­nie Otwocka było kie­dyś getto. Mówi się, że część ludzi, któ­rzy zostali tu wymor­do­wani pod­czas wojny, w cza­sie jego likwi­da­cji, wciąż tutaj leży; nie zabrano ich zwłok, nie pocho­wano ich nale­ży­cie na cmen­ta­rzach, które odwie­dzamy cho­ciażby w dzień Wszyst­kich Świę­tych. Skoro więc ich ciała praw­do­po­dob­nie na­dal tu spo­czy­wają, jest duże praw­do­po­do­bień­stwo, że stą­pamy nie­jako po wiel­kim, sta­rym cmen­ta­rzu… A ich pomni­kiem, a wła­ści­wie zbio­rową mogiłą, jest Zofiówka. Tylko jak widać, zamiast palić tu zni­cze, ludzie robią coś zupeł­nie innego – powie­dział lekko, jakby cię­żar histo­rii nie robił na nim więk­szego wra­że­nia. Wszę­dzie walały się butelki, papiery, folie spo­żyw­cze, a nawet zużyte pre­zer­wa­tywy. Na te Adam spo­glą­dał z obrzy­dze­niem i rosną­cym obu­rze­niem.

– O cho­lera… Czyli… jeśli oni tu wszy­scy spo­czy­wają… to mogą chcieć się z nami skon­tak­to­wać? – zapy­tała Daga, nie kry­jąc pod­nie­ce­nia. W jej nie­bie­skich oczach tań­czyły maleń­kie, migo­czące ogniki. Kon­takt z bytami w takim miej­scu jawił się jej jako coś nie­zwy­kłego.

– Mogą, ale nie muszą – zaczął Bar­tek. – Wie­cie… wiele nawie­dzo­nych miejsc jest kre­owa­nych w taki spo­sób głów­nie przez nasze stra­chy, które zasad­ni­czo sie­dzą tylko w naszych gło­wach. Gdzieś strzeli jakaś gałązka, a my już przy­pi­su­jemy to nad­przy­ro­dzo­nym siłom. Bez­domny, chył­kiem opusz­cza­jąc pomiesz­cze­nie, zawa­dzi o jakiś przed­miot, robiąc przy tym rumor, a my od razu czu­jemy, że to demon. Uwa­żam, że to miej­sce wcale nie jest tak straszne, jak je malują. Gdyby fak­tycz­nie coś było na rze­czy, miej­scowi nie urzą­dza­liby tu sobie popi­jaw i spa­nia… I bzy­ka­nia – uznał Bar­tek, kopiąc leżącą przy aucie puszkę po piwie, która prze­tur­lała się po pustym opa­ko­wa­niu po pre­zer­wa­ty­wie. Nie rozu­miał, dla­czego ludzie pozo­sta­wiali po sobie taki chlew. Tyle mówiło się prze­cież o eko­lo­gii i czy­sto­ści.

– No dobra, ale powiedzmy, że to miej­sce jed­nak jest nawie­dzone. Jaką ma prze­szłość? Ale taką dokładną. Muszę wie­dzieć, jakie zada­wać pyta­nia pod­czas mojej sesji – dopy­tała Daga, chcąc zaspo­koić cie­ka­wość. Ukrad­kiem zacie­rała ręce na tę eks­plo­ra­cję.

– Cóż, histo­ria tego miej­sca jest bar­dzo cie­kawa, ale zara­zem mroczna – zaczął Adam tonem mędrca. – W tysiąc dzie­więć­set siód­mym roku z ini­cja­tywy Towa­rzy­stwa Opieki nad Umy­słowo i Ner­wowo Cho­rymi Żydami roz­po­częto tu budowę szpi­tala. Jego główną spon­sorką była Zofia Endel­ma­nowa. To ona, sprze­da­jąc swoją biżu­te­rię, kupiła bli­sko sie­dem­na­ście hek­ta­rów ziemi, na któ­rych sta­nął Zakład dla Ner­wowo i Psy­chicz­nie Cho­rych Żydów. W Zofiówce, bo to wła­śnie na cześć Endel­ma­no­wej nadano pla­cówce taką nazwę, leczono psy­chicz­nie cho­rych pacjen­tów nale­żą­cych do bied­niej­szych warstw spo­łecz­nych. Lecze­nie było dar­mowe, finan­so­wane głów­nie przez rodziny lub gminy czy pro­win­cje, z któ­rych pocho­dzili pacjenci. Począt­kowo Zofiówka miała około stu łóżek, z cza­sem jed­nak kom­pleks roz­rósł się i w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pią­tym roku mógł pomie­ścić już dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu pacjen­tów. Co warto pod­kre­ślić, nie sto­so­wano wów­czas dra­stycz­nych metod lecze­nia, sta­wiano na spo­kój i pracę. W tym samym roku zakład stał się rów­nież naj­więk­szym sana­to­rium na tere­nie Otwocka. Swoją drogą, to nie jedyne nie­czynne dziś sana­to­rium w tej oko­licy. Tuż obok jest jesz­cze tak zwany Olin, który powstał po tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym roku i był sana­to­rium dzie­cię­cym. Nomen omen, obec­nie też popada w ruinę, być może jesz­cze więk­szą niż Zofiówka.

Dag­mara zmarsz­czyła brwi.

– Coś mi tu nie gra. Prze­cież w lecze­niu pracą i spo­ko­jem nie ma nic, co mogłoby powo­do­wać taką dzi­waczną aurę tego miej­sca. A umówmy się… wyraź­nie czuć, że coś tu jest nie tak. Sama praca ich raczej nie zabiła, od niej się prze­cież nie umiera – uznała, patrząc ocze­ku­jąco na Adama.

– Bo dra­mat roze­grał się tak naprawdę w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku. – Uśmiech­nął się, znów popra­wia­jąc oku­lary. – To wtedy wszystko się zaczęło i myślę, że wła­śnie przez te wyda­rze­nia miej­sce to dziś ucho­dzi za nawie­dzone.

– Może­cie już skoń­czyć? – jęk­nął Cezary. Na czole chło­paka poja­wiły się lśniące kro­pelki potu. Pod pachami zaczy­nały roz­le­wać się plamy, któ­rych kwa­śny odór mie­szał się z wonią suchych liści zale­ga­ją­cych wokół budynku.

– Nie możemy. Cza­rek, po jaką cho­lerę tu przy­jeż­dża­łeś, co? Skoro jesz­cze nie weszli­śmy, a ty już srasz w gacie… Prze­cież na bank wie­dzia­łeś, dokąd jedziemy! – zde­ner­wo­wała się Dag­mara.

– Wie­dzia­łem, ale tak jak ty nie zdą­ży­łem prze­czy­tać nic kon­kret­nego o tym miej­scu. I teraz tego żałuję…

– To zostań w samo­cho­dzie. My zer­k­niemy na to i owo, a ty grzecz­nie pocze­kasz. – Do roz­mowy dołą­czył Bar­tek.

– Mowy nie ma! Nie zostanę tutaj sam! Po moim tru­pie! – zarze­kał się Cza­rek, a plamy potu coraz sze­rzej wykwi­tały pod jego pachami.

– Słusz­nie, też bym nie zosta­wał, mając takie obawy jak ty. Zna­jąc histo­rię tego miej­sca i legendy, które opo­wia­dają inni śmiał­ko­wie, zosta­jący tu na noc… – zaśmiał się Adam, kon­ty­nu­ując opo­wieść. Nie zwa­żał na to, że jego kolega robi się coraz bled­szy. – Wra­ca­jąc… W tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku Niemcy utwo­rzyli na oku­po­wa­nych tere­nach Otwocka getto, które swoim zasię­giem objęło rów­nież Zofiówkę. Nazi­stow­ski lekarz Jost Wal­bum prze­jął kon­trolę nad szpi­ta­lem. To wła­śnie wtedy warunki ule­gły dra­stycz­nemu pogor­sze­niu, pla­cówkę zaczęto trak­to­wać jak barak w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Zapa­no­wały tu głód, brud, chłód… Krótko mówiąc, warunki były nie­ludz­kie. W sierp­niu czter­dzie­stego dru­giego roku roze­grał się praw­dziwy dra­mat. Niemcy nie chcieli już dłu­żej zaj­mo­wać się cho­rymi pacjen­tami i per­so­ne­lem szpi­tala. W cza­sie likwi­da­cji otwoc­kiego getta zamor­do­wali około stu czter­dzie­stu osób. Część roz­strze­lano na miej­scu, resztę, która nie zdo­łała uciec, wywie­ziono do Tre­blinki. Po woj­nie budy­nek Zofiówki znowu odżył. Leczono tam pacjen­tów cho­rych na gruź­licę. Otwock sły­nął ze swo­ich „zie­lo­nych płuc” i maho­nio­wego powie­trza, które miało pomóc w powro­cie do zdro­wia. Szpi­tal w tam­tym cza­sie zmie­nił nazwę, lecz w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym roku powró­cono do wcze­śniej­szego nazew­nic­twa i znów zaczęto leczyć w Zofiówce scho­rze­nia neu­rop­sy­chia­tryczne. Głów­nymi pacjen­tami były wtedy dzieci i mło­dzież.

– O cho­lera… Fak­tycz­nie stą­pamy po cmen­ta­rzu… – szep­nęła Daga, przy­pa­tru­jąc się nisz­cze­ją­cemu budyn­kowi.

– Wokół tego szpi­tala powstało wiele legend. Mówi się o zakon­nicy, która popeł­niła tu samo­bój­stwo… Podobno po powro­cie z misji w Afryce popa­dła w schi­zo­fre­nię. Cho­roba wygrała, a kobieta posta­no­wiła ode­brać sobie życie. Ludzie mówią, że jej duch wraca do tego miej­sca, jakby nie mógł pogo­dzić się ze śmier­cią. Ponoć w cza­sach, gdy Zofiówka tęt­niła życiem, zjawa sio­stry zakon­nej stra­szyła na kory­ta­rzu, zrzu­ca­jąc ze ścian obrazy, które kie­dyś sama nama­lo­wała. Było to tak uciąż­liwe, że w szpi­talu odpra­wiono egzor­cy­zmy… Oprócz tego w oko­licy budynku, a także w jego wnę­trzu sły­chać krzyki, śmiech i płacz dzieci, a samo­chody po pół­nocy nie odpa­lają, nie pozwa­la­jąc odje­chać żąd­nym wra­żeń śmiał­kom. Cho­ciaż, jeśli mam być szczery, wydaje mi się, że z tymi autami to raczej bujdy na reso­rach. Chło­pa­kom z Urbex History samo­chód odpa­lił, ale z dru­giej strony, na nagra­niu widać, że sam z sie­bie mru­gnął w nocy świa­tłami.

– To tym bar­dziej nie został­bym przy aucie… – jęk­nął Cezary, ocie­ra­jąc pot z czoła. Chwy­cił EMF, który po włą­cze­niu nie wyka­zy­wał żad­nej aktyw­no­ści. Chło­pak ode­tchnął z ulgą. Miał nadzieję, że dioda urzą­dze­nia nie zmieni koloru z zie­lo­nego na czer­wony. Gdyby tak się stało, mogłoby to ozna­czać, że coś znaj­duje się z nimi w jed­nym pomiesz­cze­niu, a ta myśl sku­tecz­nie jeżyła mu włosy na karku.

– W takim razie musisz iść z nami. – Dag­mara wzru­szyła ramio­nami.

– Dobra. – Bar­tek kla­snął w dło­nie i potarł je kil­ku­krot­nie. – My tu gadu-gadu, a trzeba zro­bić pierw­sze nagrywki, póki jesz­cze coś widać. Puścimy drona, zdo­bę­dziemy kilka faj­nych ujęć, spraw­dzimy, gdzie naj­le­piej roz­sta­wić sprzęt, usta­limy plan dzia­ła­nia i ruszamy z eks­plo­ra­cją! Może nawet zro­bimy krótką trans­mi­sję na Tik­Toku, żeby nieco zanę­cić obser­wu­jące nas w necie rybki?

– Tak jest, panie kie­row­niku – zażar­to­wał Adam. Nie mógł się docze­kać wej­ścia w tajem­ni­cze mury opusz­czo­nego szpi­tala. Dużo o nim czy­tał i przy­go­to­wy­wał się do tej wyprawy wiele mie­sięcy, zbie­ra­jąc infor­ma­cje o obiek­cie i tym, co mogą w nim zna­leźć.

Nie­stety na jedno nie mógł się przy­go­to­wać. A wła­śnie to coś cze­kało w ukry­ciu, aż zapad­nie mrok, gotowe zaata­ko­wać, gdy nikt nie będzie się tego spo­dzie­wał.

2

Zofiówka zda­wała się robić wszystko, by prze­pę­dzić natręt­nych intru­zów. Wcho­dząc we współ­pracę z aurą, chciała zaznać spo­koju. Mury widziały zbyt wiele, tyle samo wycier­piały, chło­nąc krew, płacz i krzyk nie­win­nych ludzi. Wiatr hulał pomię­dzy drze­wami i ścia­nami, a puste miej­sca po oknach potę­go­wały wra­że­nie przy­gnę­bie­nia. Poru­szane gałę­zie poję­ki­wały raz za razem, wpra­wia­jąc Ceza­rego w coraz to więk­szy nie­po­kój, odbie­ra­jąc mu resztki poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, zanim jego stopy sta­nęły na usła­nym liśćmi placu. Grube kro­ple desz­czu zaczęły ude­rzać o zie­mię. Kawałki potłu­czo­nego szkła mokre od wody skrzyły się niczym roz­sy­pane dia­menty. Naj­gor­szy był jed­nak chłód. Przej­mu­jący, wdzie­ra­jący się przez war­stwy ubrań, nie­przy­jemny. Zło­wiesz­czy.

Dag­mara wró­ciła do samo­chodu po kurtkę, czapkę i chu­stę, która słu­żyła jej za sza­lik. Cie­szyła się, że posta­no­wiła ją ze sobą zabrać. O ile na nocną eks­plo­ra­cję okry­cie zabrał każdy z nich, o tyle tylko ona pomy­ślała o czapce i czymś, co chro­niło szyję przed zim­nem. I choć przez kilka pierw­szych kilo­me­trów trasy wysłu­chi­wała głu­pich dow­ci­pów kole­gów, że szy­kuje się na Sybir, a nie na urbex, to w duchu powta­rzała, że ci idioci jesz­cze będą jej zazdro­ścić roz­sąd­nego podej­ścia do zmien­nej, jesien­nej aury. Mówi się, że w marcu jest jak w garncu, ale rza­dziej wspo­mina się o jesieni. Bywa rów­nie kapry­śna. Raz słońce, raz deszcz, a cza­sem nawet spa­da­jące płatki śniegu, któ­rych czę­sto bra­ko­wało w grud­niu. Dag­mara była wiel­kim zmar­z­lu­chem. Nawet latem, gdy inni szu­kali cie­nia, by móc ukryć się przed spie­kotą, ona wysta­wiała swoje ciało na cie­płe pro­mie­nie. Nie zno­siła jesieni. O ile zimę jesz­cze tole­ro­wała, o tyle jesień co roku sta­wała się dla niej kosz­ma­rem. Na samą myśl o chłod­nych, wil­got­nych wie­czo­rach, desz­czu leją­cym się z nieba, prze­ni­kli­wym wie­trze i mgli­stych, szaro-burych poran­kach robiło jej się nie­do­brze. Z nie­do­wie­rza­niem krę­ciła głową, gdy dziew­czyny zwane „jesie­nia­rami” cie­szyły się z kub­kiem her­baty w ręku, otu­lały się kocy­kiem i patrzyły na deszcz dud­niący o para­pet. Z czego tak wła­ści­wie te dzie­wu­chy się tak cie­szą? Z zimna, prze­mo­czo­nych ubrań, poskrę­ca­nych od wil­goci wło­sów i braku ogrze­wa­nia, bo spół­dziel­nie miesz­ka­niowe cze­kały na więk­sze chłody? A może z tego, że rano było zimno i nale­żało ubie­rać się cie­plej, a gdy po połu­dniu pogoda się zmie­niała, do domu wra­cała spo­cona, jakby zamiast spa­ceru zaha­czyła o siłow­nię? Zimę jakoś akcep­to­wała, pod warun­kiem, że obfi­to­wała w śnieg. Na zewnątrz było jaśniej, czy­ściej dzięki pokry­wie śnież­nej, a mróz nie skrę­cał jej nie­sfor­nych wło­sów. Wie­działa, że zimą trzeba ubrać się cie­plej, a pogoda raczej nie zasko­czy ją nagłą zmianą. Co naj­waż­niej­sze, od zimy było już zde­cy­do­wa­nie bli­żej do wio­sny niż od wtedy, gdy za oknem w naj­lep­sze trwała jesień. Zimą żyła więc nadzieją, że mroźne dni ustą­pią miej­sca cie­plejszym, a ona znów poczuje się w pełni kom­for­towo.

– Byłem w środku. – Adam szedł w jej stronę, a na jego twa­rzy malo­wał się sze­roki uśmiech.

– Gra­tu­luję. Cze­kasz na brawa czy może jakiś medal? – odpo­wie­działa sar­ka­stycz­nie, pokle­pu­jąc go po ramie­niu. Nie bar­dzo wie­działa, dla­czego uśmie­chał się tak sze­roko. Nie nale­żał do stra­chli­wych osób, dla­tego trudno było jej zro­zu­mieć, skąd ta radość zwią­zana z wej­ściem do opu­sto­sza­łego obiektu.

– Możesz bić, czemu nie, cho­ciaż nie o to mi cho­dziło – dodał szybko, wyj­mu­jąc z samo­chodu sta­tyw scho­wany w czar­nym pokrowcu.

– To mnie oświeć.

– Wiesz, jaki tam jest nie­sa­mo­wity kli­mat? Czuć go tak mocno, że nawet naszemu scep­ty­kowi wło­ski na karku sta­nęły dęba. – Zachi­cho­tał. – A weszli­śmy na razie tylko do budynku recep­cji, bo ten główny zosta­wiamy chyba na póź­niej. I tak sobie pomy­śla­łem, że może tę trans­mi­sję pocią­gniemy dłu­żej.

– Ale ni­gdy tak nie robi­li­śmy. Zwy­kle nagry­wa­li­śmy krótką zapo­wiedź na sto­ries i na shortsy. Co się zmie­niło, że chcesz teraz poka­zy­wać na żywo część eks­plo­ra­cji?

Dag­mara nie podzie­lała tego entu­zja­zmu. Czuła lekki nie­po­kój, że zbyt szybko odsło­nią karty przed widzami, przez co nikt nie obej­rzy całego mate­riału. Nie­stety nie zara­biali na kanale koko­sów, ale każde wyświe­tle­nie było dla nich na wagę złota. Kasa wpa­dała, ow­szem, ale nie była na tyle duża, by zre­zy­gno­wać ze sta­łej pracy i poświę­cić się wyłącz­nie roz­wi­ja­niu kanału. Zdzi­wiło ją więc podej­ście Adama, który sam nie­jed­no­krot­nie powta­rzał, że naj­moc­niej­sze mate­riały powinny tra­fiać tam, gdzie można było naj­wię­cej na nich zaro­bić. Gdzie więc w tym wszyst­kim pla­so­wał się Tik­Tok? Nie miała poję­cia.

– To będzie taki eks­pe­ry­ment. Zarzu­cimy wędkę, poka­zu­jąc począ­tek eks­plo­ra­cji, a póź­niej będziemy łowić te wszyst­kie rybki, gdy mate­riał trafi na kanał.

– Ach, czyli taki jest twój plan… Nie czer­pać rado­ści z eks­plo­ra­cji, a wyłącz­nie wyci­snąć z mate­ria­łów jak naj­wię­cej kasy?

Nie potra­fiła zro­zu­mieć takiego zacho­wa­nia. For­sa­ken­Pla­ces było dla niej czymś wię­cej niż mone­ty­za­cją hobby. To miej­sce, w któ­rym chciała się dzie­lić swoją nie­ty­pową jak na kobiece zain­te­re­so­wa­nia zajawką. Kochała urbex, inte­re­so­wały ją inte­rak­cje z tym, co nie było nama­calne, i chciała poka­zy­wać to ludziom o podob­nych zain­te­re­so­wa­niach. Zaro­bek był jedy­nie przy­jem­nym dodat­kiem. Miała nor­malną pracę, która zapew­niała jej sta­bilne życie. Gdy usły­szała o łowie­niu rybek, poczuła, jak coś w niej pęka. Czy zatem to, co począt­kowo zakła­dali, miało jesz­cze jaki­kol­wiek sens? Liczyła się wyłącz­nie kasa? Oba­wiała się, że wła­śnie przez pogoń za pie­niędzmi eks­plo­ra­cje opusz­czo­nych miejsc stracą swoją war­tość i prze­staną mieć zna­cze­nie.

– Zaczy­namy trans­mi­sję? – krzyk­nął Bar­tek, wycho­dząc z budynku przez dziurę po oknie. Trzy­mał w ręku Spi­rit Boxa. Wiele osób nie do końca wie­rzyło w dzia­ła­nie tego urzą­dze­nia i Bar­tek mógłby z powo­dze­niem sta­nąć na czele tychże nie­do­wiar­ków. Jako scep­tyk uwa­żał, że Spi­rit Box, czyli P-SB7, to tylko zepsute radio, które ska­nuje nader szybko czę­sto­tli­wo­ści, a cha­rak­te­ry­styczne, nie­jed­no­krot­nie nie­zro­zu­miałe pik­nię­cia i wyrwane z kon­tek­stu słowa są jedy­nie wyni­kiem łapa­nia przy­pad­ko­wych fal radio­wych.

Zupeł­nie inną teo­rię miał Adam. Wie­rzył, że duchy są rodza­jem mate­rii, która potrafi oddzia­ły­wać na nie­które rze­czy, cho­ciażby na fale radiowe. Uwa­żał, że mani­pu­lują urzą­dze­niem i wręcz odci­skają swą ener­gię w bia­łych czę­sto­tli­wo­ściach fal radio­wych, dzięki czemu mogą się z nami komu­ni­ko­wać, prze­sy­ła­jąc zwię­złe komu­ni­katy. Nie­raz sły­szał, jak Spi­rit Box odpo­wia­dał na ich pyta­nia poje­dyn­czymi sło­wami. Cza­sem odpo­wie­dzi mro­ziły krew w żyłach, innym razem były nic nie­zna­czą­cymi prze­ryw­ni­kami cha­rak­te­ry­stycz­nych dla urzą­dze­nia pik­nięć.

– Widzę, że i ty się w to wkrę­ci­łeś? – zapy­tała Dag­mara, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia. Liczyła, że wszystko będzie szło utar­tym ryt­mem, do któ­rego zdą­żyła się przy­zwy­czaić. Nie zno­siła zmian, zwłasz­cza tych nagłych, do któ­rych nie była przy­go­to­wana. Nawet tak z pozoru nie­istot­nych jak trans­mi­sja; ni­gdy wcze­śniej nie zaczy­nali jej pod­czas eks­plo­ra­cji.

– Daga, cza­sem trzeba spró­bo­wać cze­goś nowego, by nie popaść w twór­czą sta­gna­cję – stwier­dził Bar­tek, popra­wia­jąc zsu­wa­jące się z czoła GoPro.

– Jak uwa­ża­cie… – wes­tchnęła, po czym wzięła swoje różdżki i ruszyła ku zim­nym murom Zofiówki.

Nim wkro­czyła do środka, unio­sła głowę, by spoj­rzeć raz jesz­cze na monu­men­talny, opusz­czony gmach. Dwie potężne kolumny pod­trzy­my­wały pię­tro budynku recep­cji. Nad jej głową znaj­do­wał się bal­kon, na któ­rym roślin­ność od dawna zaczęła two­rzyć wła­sne życie. Zatrzy­mała wzrok na dwóch beto­no­wych wspor­ni­kach. Widziała, jak duży cię­żar dźwi­gają. Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby cichutko poję­ki­wały, żaląc się na swój ciężki los. Pod bal­konem, dokład­nie mię­dzy dwiema kolum­nami, setki pacjen­tów oraz póź­niej­szych kura­cju­szy wcho­dziło do świet­nie pro­spe­ru­ją­cego budynku. Teraz, gdyby ktoś chciał tędy wyjść, odbiłby się od brud­nych cegieł, które praw­do­po­dob­nie w dniu zamu­ro­wa­nia wej­ścia miały kolor biały. Obec­nie były posza­rzałe i poba­zgrane przez wan­dali.

Dag­mara zwle­kała chwilę z podej­ściem do otworu okien­nego sta­no­wią­cego teraz jedno z głów­nych wejść do pierw­szego, nie­zbyt dużego budynku. Wzięła głęb­szy wdech i ruszyła przed sie­bie, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki. Wszę­dzie szkliły się resztki potłu­czo­nych bute­lek. Wsa­dziła różdżki mię­dzy zęby, po czym oparła dło­nie o coś, co kie­dyś z pew­no­ścią musiało być para­pe­tem. Ostroż­nie pod­cią­gnęła się i już po chwili zna­la­zła się w środku. Znisz­cze­nia, jakie tu zastała, były ogromne.

Dopiero teraz zro­zu­miała, co mieli na myśli jej kole­dzy, mówiąc o nie­zwy­kłym kli­ma­cie tego miej­sca. Puste, pokryte tagami ściany z zie­ją­cymi nico­ścią dziu­rami zamiast okien zda­wały się ema­no­wać mro­kiem i chło­dem tak sil­nym, że odru­chowo popra­wiła chu­stę, pró­bu­jąc ukryć w niej twarz. Przez moment miała nie­przy­jemne wra­że­nie, że coś zim­nego deli­kat­nie musnęło jej poli­czek. Wzdry­gnęła się. Ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czyła cze­goś tak nama­cal­nego. Mogłaby przy­siąc, że poczuła chłodny dotyk. Tak lodo­waty, że deli­katna skóra na rumia­nym policzku natych­miast ją zaszczy­pała.

– Co jest, Daga? Cykasz się, jak Cza­ruś? – zaśmiał się idący za nią Bar­tek.

– Nie – powie­działa zbyt szybko i oschle. Odchrząk­nęła i dodała nieco przy­jem­niej­szym tonem: – Po pro­stu czuję, że są tutaj o wiele więk­sze siły, niż począt­kowo myśla­łam. Z tych ścian aż bije strach i zło, nie czu­jesz tego?

Chło­pak podra­pał się po gło­wie. Wykrzy­wił nie­znacz­nie usta i uniósł brew. Rozej­rzał się po ruinie.

– No jakoś nie za bar­dzo. Może dla­tego, że nie do końca wie­rzę w te opo­wiastki o duchach? Pole­cam, naprawdę. Od razu prze­sta­niesz czuć coś, czego nie ma. Wiesz, jak się z tym lepiej żyje?

Dag­mara pokrę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową.

– Nie będę się z tobą kłó­cić, Bar­tek. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty. A już tym bar­dziej nie mam na to ener­gii, którą muszę spo­żyt­ko­wać na coś innego.

– Na te twoje poga­danki z duchami? – prych­nął, po czym zaśmiał się iro­nicz­nie.

– Skończ, okej? To, że jesteś zamknięty na to, co nas ota­cza, nie daje ci prawa do wyśmie­wa­nia osób bar­dziej otwar­tych na świat niż ty. Jeśli masz zamiar na każ­dym kroku dawać mi do zro­zu­mie­nia, że to, co robię, jest głu­potą, to po pro­stu zejdź mi z drogi i zaj­mij się eks­plo­ra­cją z dala ode mnie. To nam obojgu dobrze zrobi.

– Mamy inne poję­cie o robie­niu dobrze, więc nie zga­dzamy się rów­nież na innych płasz­czy­znach życio­wych – zare­cho­tał. Dag­mara prze­wró­ciła oczami i wes­tchnęła znu­dzona wymianą zdań. Przez moment pomy­ślała, że Bar­tek jest strasz­nie oble­śny. Miała nadzieję, że pod­czas eks­plo­ra­cji będzie szedł z dala od niej.

Chciała jak naj­szyb­ciej odda­lić się od niego. Bar­dzo dbała o to, by nie wcho­dzić w pole­mikę z oso­bami, które nie rozu­miały jej zain­te­re­so­wań. Każdą wymianę zdań, w któ­rej obie strony bro­nią swo­ich racji, uwa­żała za nie­po­trzebną stratę ener­gii. Nie odpo­wia­da­jąc na jego nie­smaczny komen­tarz, udała się do dużego pomiesz­cze­nia po pra­wej stro­nie. Pod nogami chrzę­ściły piach i suche liście, ciśnięte przez pory­wi­sty wiatr w otwory okienne. Tylko w kilku miej­scach zacho­wała się resztka posadzki, po któ­rej nie­gdyś cho­dzili per­so­nel i pacjenci. Białe i zie­lone kwa­draty musiały wów­czas two­rzyć nie­zwy­kłą, oka­załą mozaikę.

Gdy pró­bo­wała sku­pić się na ota­cza­ją­cej ją ener­gii, usły­szała nawo­ły­wa­nie z nie­wiel­kiego przed­sionka, z któ­rego schody pro­wa­dziły na pię­tro.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki