Zniknięcia - Michael Grant - ebook

Zniknięcia ebook

Michael Grant

0,0
47,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Seria, która wychowała pokolenie, powraca.
 
W jednej chwili świat przestaje działać. Dorośli, nauczyciele, rodzice – znikają bez śladu. W Perdido Beach zostają tylko dzieci. Samotne, zagubione… uwięzione pod tajemniczą kopułą, która odcina ich od reszty świata. Nie ma pomocy, nie ma ratunku, jest tylko chaos, strach i widmo śmierci.
W nowej rzeczywistości bez zasad wybucha walka o władzę. Silni rządzą słabymi, a niektórzy odkrywają w sobie niezwykłe zdolności – moce, które mogą uratować lub zniszczyć każdego z nich. Nie ma już niewinności. Jest głód, przemoc i mrok. A z każdą godziną zło tylko się rozprzestrzenia.
 
„Gone” to wybuchowy thriller postapokaliptyczny, w którym tempo nie zwalnia ani na chwilę – połączenie pełnego napięcia horroru z pasjonującą opowieścią o dorastaniu w świecie bez zasad, gdzie granica między bohaterem a potworem się zaciera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 588

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Gone

GONE. Copyright © 2008 by Michael Grant. Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Malwina Stopyra, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian

Redakcja: Agnieszka Ewa Zygmunt

Korekta: Robert Narloch, Małgorzata Tarnowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-32-7

WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ta dziewczynka miała taką moc. Taką, jak miał Sam, a przynajmniej coś w tym stylu.

Moc, której użył w panice, żeby stworzyć nieprawdopodobne światło.

Moc, której kiedyś użył i którą prawie kogoś zabił.

Moc, której właśnie użył ponownie i którą skrzywdził osobę, chociaż tak bardzo starał się ją uratować.

Nie był jedyny. Nie był jedynym dziwakiem. Była – cóż, do niedawna – przynajmniej jeszcze jedna osoba.

I ta świadomość w pewnym sensie wcale nie była pocieszająca.

Dla Katherine, Jake’a i Julii

PIERWSZY

299 godzin, 54 minuty

W jednej chwili nauczyciel opowiadał o wojnie secesyjnej, a w następnej już go nie było.

Tak po prostu.

Zniknął.

Żadnego „puf”. Żadnego błysku światła czy eksplozji.

Sam Temple siedział na trzeciej lekcji, historii, wpatrując się pustym wzrokiem w tablicę, ale myślami był daleko stąd. W wyobraźni znajdował się na plaży, on i Quinn. Mieli z sobą swoje deski i krzycząc, przygotowywali się do pierwszego skoku w zimne wody Pacyfiku.

Przez chwilę myślał, że wyobraził sobie zniknięcie nauczyciela. Przez moment miał wrażenie, że osunął się w sen na jawie.

Sam odwrócił się do Mary Terrafino, która siedziała po jego lewej stronie.

– Widziałaś to, prawda?

Mary wpatrywała się w miejsce, gdzie przed chwilą stał nauczyciel.

– Yy, gdzie jest pan Trentlake? – odezwał się Quinn Gaither, najlepszy i możliwe, że jedyny przyjaciel Sama. Quinn siedział tuż za Samem. Obaj woleli miejsca przy oknie, bo czasami, jeśli wychwyciło się właściwy kąt, można było zobaczyć przebłysk mieniącej się wody pomiędzy budynkami szkolnymi i domami za nimi.

– Na pewno wyszedł – powiedziała Mary, chociaż nie brzmiało to, jakby w to wierzyła.

Edilio, nowy dzieciak, który wydawał się Samowi potencjalnie interesujący, powiedział:

– Nie, stary. Puf. – Wykonał palcami gest, który było dość dobrym zilustrowaniem tego konceptu.

Dzieciaki wpatrywały się w siebie nawzajem, wyciągały szyje w różne strony i chichotały nerwowo. Nikt się nie bał. Nikt nie płakał. Wszystko wydawało się dość zabawne.

– Pan Trentlake pufnął? – powiedział Quinn, a w jego głosie było słychać powstrzymywany śmiech.

– Hej – rzucił ktoś – gdzie jest Josh?

Wszyscy zaczęli się odwracać.

– Był tu dzisiaj w ogóle?

– Tak, był. Siedział tutaj, obok mnie. – Sam rozpoznał ten głos. Bette. Bombowa Bette.

– On po prostu, no wiesz, zniknął – powiedziała Bette. – Tak jak pan Trentlake.

Drzwi na korytarz się otworzyły. Skupiły się na nich wszystkie oczy. Pan Trentlake miał zaraz przez nie wejść, może z Joshem, i wyjaśnić, jak udało mu się wykonać tę magiczną sztuczkę, a potem wrócić do opowiadania swoim pełnym ekscytacji, napiętym głosem o wojnie secesyjnej, która nikogo nie obchodziła.

Ale to nie pan Trentlake, tylko Astrid Ellison, znana też jako Genialna Astrid, bo była... cóż, była geniuszką. Astrid uczęszczała na wszystkie zajęcia rozszerzone, jakie oferowała szkoła. Z niektórych przedmiotów robiła kursy online ze studiów.

Astrid miała blond włosy do ramion i lubiła nosić wykrochmalone białe bluzki z krótkim rękawem, które zawsze przyciągały wzrok Sama. Astrid była poza jego ligą i dobrze o tym wiedział. Ale nie było żadnego prawa, które zabraniałoby mu o niej myśleć.

– Gdzie jest wasz nauczyciel? – zapytała Astrid.

Wszyscy wzruszyli ramionami.

– Wyparował – odparł Quinn, jakby to miało być zabawne.

– Nie ma go na korytarzu? – spytała Mary.

Astrid pokręciła głową.

– Dzieje się coś dziwnego. Moja grupa z matematyki... było nas tylko troje i nauczycielka. Wszyscy właśnie zniknęli.

– Co? – rzucił Sam.

Astrid spojrzała prosto na niego. Nie mógł odwrócić wzroku, jak zrobiłby dotąd, ponieważ nie patrzyła na niego wyzywająco czy sceptycznie jak zwykle. Teraz była wystraszona. Jej dotychczas wnikliwe niebieskie oczy teraz były szeroko otwarte i wyzierało z nich o wiele za dużo białka.

– Nie ma ich. Wszyscy po prostu... zniknęli.

– A co z waszą nauczycielką? – zapytał Edilio.

– Też jej nie ma – odparła Astrid.

– Zniknęła?

– Puf – rzucił Quinn, chociaż tym razem już tak nie chichotał, bo chyba zaczął myśleć, że to może jednak nie żart.

Sam wychwycił dźwięk. W zasadzie więcej niż jeden. Z miasta dochodziło odległe wycie alarmów samochodowych. Wstał, czując się zakłopotany, jakby to nie należało do niego, i na sztywnych nogach ruszył do drzwi. Astrid się odsunęła, żeby mógł ją wyminąć. Wyczuł zapach jej szamponu, kiedy przeszedł obok.

Sam spojrzał w lewo, w stronę sali 211, gdzie spotykały się matematyczne kujony Astrid. W następnych drzwiach, 213, zobaczył dzieciaka wystawiającego głowę na zewnątrz. Jego twarz wyrażała mieszankę strachu i ekscytacji, jak u kogoś, kto właśnie wsiadał na rollercoaster.

Po drugiej stronie, w 207, dzieciaki śmiały się o wiele za głośno. Nienaturalnie głośno. Piątoklasiści. Po drugiej stronie korytarza z sali 208 nagle wypadło trzech szóstoklasistów, ale zatrzymali się na korytarzu jak wryci. Zapatrzyli się na Sama, jakby miał zaraz na nich nawrzeszczeć.

Szkoła Perdido Beach była małomiasteczkową placówką, w której wszyscy od przedszkola do dziewiątej klasy mieli zajęcia w jednym budynku, szkoła podstawowa i gimnazjum razem. Szkoła średnia znajdowała się godzinę drogi stąd, w San Luis.

Sam podszedł do sali, w której Astrid miała zajęcia. Ona i Quinn szli tuż za nim.

Sala była pusta. Krzesła przy ławkach i miejsce nauczyciela, wszystko puste. Książki do matematyki leżały otwarte na trzech ławkach. Zeszyty również. Komputery, rząd sześciu starych Maców, wszystkie pokazywały puste, migoczące ekrany.

Na tablicy dość wyraźnie widać było zapisane „Wiel”.

– Pisała właśnie słowo „wielomian” – powiedziała Astrid podniosłym szeptem.

– Tak, jasne, zgadłbym – odpadł Sam ironicznie.

– Miałem kiedyś wielomian – dodał Quinn. – Mój lekarz go usunął.

Astrid zignorowała tę słabą próbę poprawy nastroju.

– Zniknęła w samym środku pisania „o”. Patrzyłam prosto na nią.

Sam wykonał niewielki ruch, wskazując. Kawałek kredy leżał na podłodze, dokładnie w miejscu, gdzie by upadł, gdyby ktoś pisał słowo „wielomian” – cokolwiek to znaczyło – i zniknął, zanim dopisał „o”.

– To nie jest normalne – powiedział Quinn. Był wyższy i silniejszy od Sama, ale surfował przynajmniej równie dobrze. Jednak Quinn, z jego na wpół szalonym półuśmiechem i tendencją do noszenia czegoś, co zasługuje na miano kostiumu – dzisiaj były to workowate szorty, wojskowe buty w piaskowym kolorze, różowa koszulka z golfem i szary kapelusz z rondem, który Quinn znalazł na strychu u dziadka – miał wokół siebie tę aurę dziwaka, która sprawiała, że jedni się od niego odsuwali, a drudzy się go bali. Quinn był paczką sam dla siebie i może właśnie dlatego on i Sam się spiknęli.

Sam Temple wolał się nie wyróżniać. Trzymał się dżinsów i prostych koszulek, wszystkiego, co nie przyciągało uwagi. Większość życia spędził w Perdido Beach, uczęszczając do tutejszej szkoły, i wszyscy wiedzieli, kim był, ale niewiele osób wiedziało, czym był. To surfer, który nie trzymał się z surferami. Był bystry, ale nie był tęgim umysłem. Przystojny, ale nie na tyle, żeby dziewczyny uważały go za ciacho.

Jedną rzeczą, którą wszystkie dzieciaki wiedziały o Samie Temple, było to, że był Samem z Autobusu Szkolnego. Zasłużył na tę ksywkę, kiedy był w siódmej klasie. Byli właśnie w drodze na wycieczkę szkolną, gdy kierowca autobusu dostał zawału. Jechali właśnie autostradą nr 1. Sam wyciągnął mężczyznę z jego siedzenia, zjechał autobusem na pas awaryjny i zatrzymał go bezpiecznie, a potem spokojnie wykręcił numer alarmowy z telefonu kierowcy.

Gdyby zawahał się chociaż przez sekundę, autobus zjechałby z klifu prosto do oceanu.

Jego zdjęcie pojawiło się w gazecie.

– Pozostali dwaj uczniowie i nauczycielka zniknęli. Wszyscy poza Astrid – powiedział Sam. – To zdecydowanie nie jest normalne. – Starał się nie zająknąć przy jej imieniu, ale bezskutecznie. Właśnie taki miała na niego wpływ.

– Tak. Trochę tu cicho, brachu – stwierdził Quinn. – Dobra, teraz już jestem gotowy się obudzić. – Chociaż raz Quinn nie żartował.

Ktoś krzyknął.

Całą trójką wypadli na korytarz, teraz pełen dzieciaków.

Osobą, która krzyczała, była szóstoklasistka imieniem Becka. Trzymała w dłoni telefon.

– Nie dzwoni. Nie dzwoni – krzyczała. – Zupełnie nic.

Wszyscy zamarli na dwie sekundy. Potem rozległ się szelest i tuziny palców zaczęły stukać w tuziny telefonów.

– Nic się nie dzieje.

– Moja mama jest w domu, odebrałaby. W ogóle nie ma sygnału.

– O mój Boże, nie ma też internetu. Mam zasięg, ale nic nie działa.

– Ja mam trzy kreski.

– Ja też, ale nic się nie dzieje.

Ktoś zaczął zawodzić, tak upiornie, że wywoływało to gęsią skórkę. Wszyscy mówili jednocześnie, rozmowy przeszły we wrzaski.

– Spróbujcie na numer alarmowy – zażądał ktoś przerażonym głosem.

– A myślisz, że gdzie dzwoniłem, pajacu?

– Numer alarmowy też nie działa?

– Nic nie działa. Sprawdziłem już połowę numerów, które mam na szybkim wybieraniu, i nic.

Korytarz był tak pełen dzieciaków, jak podczas przerwy, ale nikt nie zmierzał do swojej sali, nie bawił się ani nie przekręcał numerków szyfru na szafce. Ludzie nie mieli żadnego celu, stali tylko jak stado krów czekających, żeby uciec w popłochu.

Zadzwonił dzwonek, głośny jak eksplozja. Ludzie się wzdrygnęli, jakby nigdy wcześniej go nie słyszeli.

– Co robimy? – zapytało kilka głosów.

– Musi być ktoś w sekretariacie – wykrzyknął ktoś inny. – Przecież zadzwonił dzwonek.

– Jest ustawiony na czas, kretynie. – To Howard. Był małym robalem, ale to również pierwszy przydupas Orca, a Orc to wściekły ósmoklasista, góra tłuszczu i mięśni, którego bali się nawet uczniowie dziewiątej klasy. Nikt nie krytykował Howarda, bo jakakolwiek zniewaga wobec niego była uznawana za atak na Orca.

– W pokoju nauczycielskim jest telewizor – powiedziała Astrid.

Sam i Astrid, z Quinnem depczącym im po piętach, popędzili w stronę pokoju nauczycielskiego. Zbiegli po schodach na parter, gdzie było mniej sal i dzieciaków. Sam położył dłoń na klamce do pokoju nauczycielskiego i wszyscy zamarli.

– Nie powinniśmy tam wchodzić – oznajmiła Astrid.

– Przejmujesz się tym? – rzucił Quinn.

Sam pchnął drzwi. Nauczyciele mieli lodówkę. Była otwarta. Opakowanie jogurtu jagodowego leżało na podłodze, a zawartość wylała się na zniszczony dywan. Telewizor był włączony, ale nie wyświetlał żadnego obrazu, tylko zakłócenia.

Sam rozejrzał się za pilotem. Gdzie on się podział?

Quinn go znalazł. Zaczął skakać po kanałach. Nic, nic i nic.

– Dziewiątka zawsze odbiera – powiedział. – Nawet bez kablówki.

Odezwała się Astrid:

– Nauczyciele, kilku uczniów, kablówka, programy, sieć telefoniczna, wszystko zniknęło w tym samym czasie? – Zmarszczyła brwi, próbując to rozgryźć. Sam i Quinn czekali, jakby mogła udzielić im jakichś odpowiedzi. Jakby miała zaraz powiedzieć: „Och, jasne, teraz rozumiem”. Przecież to Genialna Astrid. Ale ona stwierdziła tylko:

– To nie ma żadnego sensu.

Sam podniósł słuchawkę telefonu, wiszącego na ścianie, stacjonarnego.

– Nie ma sygnału. Jest tutaj jakieś radio?

Nie było. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadli dwaj chłopcy, piątoklasiści. Ich twarze wyrażały dziką ekscytację.

– Szkoła jest nasza! – wykrzyknął jeden z nich, a drugi zawiwatował w odpowiedzi.

– Otworzymy automat ze słodyczami – oznajmił chłopak.

– To chyba nie jest dobry pomysł – odparł Sam.

– Nie możesz nam mówić, co mamy robić. – Zachowywał się wojowniczo, ale wcale nie był pewny siebie i tego, co robił.

– Masz rację, młody, ale słuchaj, może wszyscy spróbujemy się trochę opanować, zanim rozgryziemy, co się tu dzieje? – powiedział Sam.

– Jak chcesz, to się opanuj – wrzasnął dzieciak. Drugi mu zawtórował i wybiegli razem.

– Przypuszczam, że poproszenie o przyniesienie mi Twixa byłoby niewłaściwe – wymamrotał Sam.

– Piętnaście – powiedziała Astrid.

– Ej, co ty, mogli mieć najwyżej dziesięć – odparł Quinn.

– Nie oni. Ludzie z mojej klasy. Jink i Michael. Obaj byli geniuszami z matmy, ale mieli problemy z nauką, dysleksję i przez to zostali w tyle. Obaj byli trochę starsi. Ja jako jedyna miałam czternaście lat.

– Myślę, że Josh z naszej klasy mógł mieć piętnaście lat – powiedział Sam.

– No i?

– No i miał piętnaście lat, Quinn. I tak po prostu... po prostu zniknął. Pstryk i już go nie było.

– Nie ma mowy – odparł Quinn, kręcąc głową. – Wszyscy dorośli i starsze dzieciaki w szkole znikają? To nie ma żadnego sensu.

– Nie chodzi tylko o szkołę – przypomniała Astrid.

– Co? – warknął na nią Quinn.

– A telefony i telewizja? – zapytała Astrid.

– Nie, nie, nie, nie, nie. – Quinn kręcił głową, lekko uśmiechnięty, jakby ktoś opowiedział mu kiepski żart.

– Moja mama – rzucił Sam.

– Stary, przestań – odpowiedział Quinn. – Dobra? To nie jest zabawne.

Po raz pierwszy Sam poczuł lekką panikę, jak mrowienie u podstawy kręgosłupa. Serce łomotało mu w piersi, jakby właśnie biegał.

Przełknął ciężko. Wciągnął powietrze, ale był w stanie nabierać tylko płytkie oddechy. Spojrzał na twarz przyjaciela. Nigdy nie widział Quinna tak przerażonego. Quinn nadal miał na sobie okulary przeciwsłoneczne, ale usta mu drżały, a po szyi wspinała się różowa plama. Jednak Astrid pozostawała spokojna, zmarszczyła brwi i skoncentrowała się, próbując znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.

– Musimy to sprawdzić – powiedział Sam.

Quinn westchnął, chociaż przypominało to szloch. Już się odwracał, ale Sam złapał go za ramię.

– Puść mnie, brachu – burknął Quinn. – Muszę iść do domu. Muszę zobaczyć.

– Wszyscy musimy iść zobaczyć – powiedział Sam. – Ale chodźmy razem.

Quinn zaczął się odsuwać, ale Sam zacisnął rękę.

– Quinn. Razem. Dalej, stary, to jak upadek na fali, wiesz? Jak cię wciągnie, to co robisz?

– Starasz się nie zostać pod wodą – wymamrotał Quinn.

– Dokładnie. Zawsze utrzymujesz się głową w kierunku powierzchni. Zgadza się? A potem płyniesz w kierunku światła słonecznego.

– Surfingowe metafory? – zapytała Astrid.

Quinn przestał się opierać.

Wypuścił drżący oddech.

– Dobra, tak. Masz rację. Razem. Ale najpierw mój dom. To wszystko jest pochrzanione. Tak bardzo pochrzanione.

– Astrid? – zapytał Sam. Nie był jej pewny i nie wiedział, czy chciała pójść z nim i Quinnem. Miał wrażenie, że pytanie jej o to było zuchwałe, ale niezapytanie byłoby niewłaściwe.

Spojrzała na Sama tak, jakby miała nadzieję odnaleźć coś w jego twarzy. Nagle uświadomił sobie, że Genialna Astrid nie wie lepiej niż on sam, co zrobić ani dokąd pójść. To wydawało się niemożliwe.

Usłyszeli narastającą kakofonię głosów dobiegających z korytarza. Głośne, przerażone, niektóre paplały bez sensu, jakby przekonane, że wszystko będzie dobrze, o ile nie przestaną mówić. Inne głosy były po prostu dzikie.

To nie brzmiało dobrze. Było przerażające samo w sobie.

– Chodź z nami, Astrid, okej? – powiedział Sam. – Razem będziemy bezpieczniejsi.

Astrid skrzywiła się, słysząc słowo „bezpieczniejsi”, ale przytaknęła.

Ta szkoła była teraz niebezpieczna. Przerażeni ludzie robili przerażające rzeczy, nawet dzieciaki. Sam wiedział to z doświadczenia. Strach potrafił być niebezpieczny. Mógł sprawić, że ludziom stanie się krzywda. A w tej szkole teraz królował strach.

Życie w Perdido Beach się zmieniło. Wydarzyło się coś wielkiego i okropnego.

Sam miał nadzieję, że to nie on jest tego przyczyną.

DRUGI

298 godzin, 38 minut

Dzieciaki wylewały się ze szkoły, same albo w małych grupkach. Niektóre dziewczyny szły trójkami, obejmując się nawzajem, łzy płynęły im po twarzach. Część chłopaków szła przygarbionych, krzywiąc się, jakby niebo mogło się na nich zawalić, chociaż oni się nie przytulali. Wielu z nich również płakało.

Sam przypomniał sobie, jak w wiadomościach mówiono o strzelaninach w szkole. Teraz panowała podobna atmosfera. Dzieciaki były oszołomione, przerażone i histeryzowały albo ukrywały histerię pod śmiechem lub awanturowaniem się.

Bracia i siostry trzymali się razem. Przyjaciele również. Część naprawdę małych dzieci, tych z przedszkola i pierwszej klasy, kręciła się wkoło, nie wiedząc, dokąd iść. Były jeszcze za małe, żeby znać drogę do domu.

Przedszkolaki z Perdido Beach wcześniej chodziły do Żłobka Barbary, budynku w centrum ozdobionego wyblakłymi malunkami przedstawiającymi bohaterów z bajek. Znajdował się obok sklepu z narzędziami Ace’a i po przeciwnej stronie rynku niż McDonald.

Sam zastanowił się, czy nic się nie stało tym maluchom u Barbary. Zapewne nie. To nie jego odpowiedzialność, ale musiał coś powiedzieć.

– A co z małymi dzieciakami? – odezwał się. – Wyjdą na ulicę i ktoś je rozjedzie.

Quinn zatrzymał się i zaczął rozglądać. Tyle że nie patrzył na dzieci, a na ulice.

– Widzisz jakieś jeżdżące samochody?

Światła zmieniły się z czerwonego na zielone, ale żaden samochód nie czekał, żeby przejechać. Odgłos alarmów samochodowych był teraz donośny, na pewno trzy lub cztery wyły naraz. Może więcej.

– Najpierw sprawdzimy, co z rodzicami – powiedziała Astrid. – Przecież to nie tak, że nigdzie nie ma żadnych dorosłych. – Nie wydawała się tego pewna, więc się poprawiła. – To znaczy, mało prawdopodobne, że nie ma dorosłych.

– Tak – zgodził się Sam. – Dorośli muszą gdzieś być. Prawda?

– Moja mama najpewniej albo jest w domu, albo gra w tenisa – oznajmiła Astrid. – Chyba że ma jakieś spotkanie czy coś. Mój młodszy brat z pewnością jest z nią albo z tatą. Tata jest w pracy. Pracuje w PBNP.

PBNP to Perdido Beach Nuclear Power. Elektrownia znajdowała się jakieś piętnaście kilometrów od szkoły. Teraz nikt w mieście już za wiele o niej nie myślał, ale dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych, wydarzył się w niej wypadek. Szalony wypadek, jak go nazywano. Przypadek jeden na milion lat. Nie było się czym martwić.

Ludzie mówili, że to dlatego Perdido Beach nadal jest małym miastem i dlatego nigdy nie rozrosło się tak jak Santa Barbara trochę dalej na wybrzeżu. Ludzie nazywali Perdido Beach Radioaktywną Aleją. Niewielu ludzi chciało się przeprowadzić do miejsca nazywanego Radioaktywną Aleją, chociaż wszelkie ślady po radioaktywnym opadzie zostały usunięte.

Cała trójka, na czele z Quinnem przebierającym szybko swoimi długimi nogami, zmierzała przez Aleję Sheridana, a potem skręcili w prawo w Alameda.

Na skrzyżowaniu Alei Sheridana i Alameda stał samochód z włączonym silnikiem. Auto uderzyło w zaparkowanego SUV-a Toyoty, którego alarm włączał się i wyłączał, skrzeczał przez minutę, a potem umilkł.

Poduszki powietrzne w Toyocie wystrzeliły i teraz wisiały sflaczałe na kierownicy i desce rozdzielczej.

W SUV-ie nikogo nie było. Para unosiła się spod powyginanej maski.

Astrid odezwała się pierwsza:

– Drzwi są nadal zamknięte. Spójrzcie na klamki. Gdyby ktoś był w środku i wysiadł, drzwi byłyby otwarte.

– Ktoś jechał i po prostu zniknął – powiedział Quinn. Nie mówił tego tak, jakby miało być zabawne. Czas na śmiechy już minął.

Dom Quinna znajdował się jakieś dwie przecznice dalej wzdłuż Alameda. Chłopak starał się wytrzymać i zachowywać nonszalancko, jak wyluzowany Quinn. Ale ni z tego, ni z owego zaczął biec.

Sam i Astrid popędzili za nim, ale był szybszy. Kapelusz spadł mu z głowy, więc Sam pochylił się, żeby go podnieść.

Zanim go dogonili, Quinn zdążył już otworzyć drzwi swojego domu i wejść do środka. Sam i Astrid zrobili zaledwie kilka kroków do kuchni i zatrzymali się.

– Mamo. Tato. Mamo. Hej!

Quinn był na górze i nawoływał. Jego głos stawał się donośniejszy z każdym krzykiem. Głośniejszy i szybszy, coraz wyraźniej było w nim słychać szloch, a Sam i Astrid nie mogli już udawać, że go nie słyszeli.

Quinn zbiegł po schodach, nadal nawołując rodzinę, ale odpowiadała mu tylko cisza. Wciąż miał na sobie okulary przeciwsłoneczne, więc Sam nie widział jego oczu, ale łzy płynęły mu po policzkach i wybrzmiewały w jego urywanym głosie. Sam praktycznie czuł gulę w gardle przyjaciela, bo w swoim miał taką samą. Nie wiedział, co zrobić, żeby pomóc.

Położył kapelusz Quinna na blacie.

Quinn zatrzymał się w kuchni. Oddychał ciężko.

– Nie ma jej tu, chłopie. Nie ma jej. Telefony nie działają. Zostawiła jakąś wiadomość czy coś? Widzisz jakąś karteczkę? Poszukaj czegoś.

Astrid włączyła światło.

– Prąd nadal działa.

– A co, jeśli oni nie żyją? – zapytał Quinn. – To nie może się dziać. To musi być jakiś koszmar czy coś. To... nawet nie jest możliwe. – Podniósł telefon, wcisnął przycisk poczty głosowej i nasłuchiwał. Ponownie wcisnął guzik i przyłożył słuchawkę do ucha, potem wybrał numer, dźgał guziki palcem wskazującym i cały czas coś mamrotał.

W końcu odłożył telefon i zapatrzył się w niego, jakby spodziewał się, że w każdej chwili może zacząć dzwonić.

Sam bardzo pragnął pójść do swojego domu. Czuł desperację i strach, chciał wiedzieć, a jednocześnie się tego bał. Ale nie mógł popędzać Quinna. Jeśli zmusiłby teraz przyjaciela do opuszczenia domu, to byłoby jak powiedzenie mu, żeby się poddał, bo jego rodziców już nie ma.

– Wczoraj wieczorem pokłóciłem się z tatą – powiedział Quinn.

– Nie zaczynaj tak myśleć – odparła Astrid. – Wiemy jedno: ty tego nie spowodowałeś. Nikt z nas tego nie zrobił.

Położyła dłoń na ramieniu Quinna i wyglądało to tak, jakby chłopak właśnie dostał sygnał, że może się rozpaść. Zaszlochał otwarcie, zdjął okulary i upuścił je na podłogę.

– Będzie dobrze – powiedziała Astrid. Brzmiała tak, jakby próbowała przekonać nie tylko Quinna, ale też samą siebie.

– Tak – dodał Sam, chociaż wcale w to nie wierzył. – Oczywiście, że będzie dobrze. To tylko jakieś... – Nie potrafił dokończyć tego zdania.

– Może to Bóg – powiedział Quinn i podniósł wzrok, nagle ogarnięty nadzieją. Miał czerwone oczy i patrzył z nagłą, maniakalną energią. – To był Bóg.

– Może – odparł Sam.

– Bo przecież co innego? W-więc... więc... więc... – Quinn zaczął się jąkać, spanikowany. – Więc będzie dobrze. – Myśl, że istniało jakieś wyjaśnienie, jakiekolwiek, wydawała się pomagać. – No oczywiście, że będzie dobrze. Totalnie dobrze.

– Teraz dom Astrid – powiedział Sam. – Jest najbliżej.

– Wiesz, gdzie mieszkam? – zapytała.

To nie byłaby najlepsza chwila, żeby przyznać, że kiedyś poszedł za nią, kiedy szła do domu, bo chciał z nią porozmawiać, może zaprosić ją do kina, ale zabrakło mu odwagi. Sam wzruszył ramionami.

– Pewnie cię kiedyś widziałem.

Do domu Astrid szło się dziesięć minut. Był to dwupiętrowy, raczej nowy budynek z basenem na tyłach. Astrid nie była bogata, ale miała dużo ładniejszy dom niż Sam. Przypominał mu ten, w którym mieszkał, zanim odszedł jego ojczym, który też nie był bogaty, ale miał dobrą pracę.

Sam czuł się dziwnie, przebywając w domu Astrid. Wszystko w nim było ładne i nieco wyszukane. I to wszystko było też zabezpieczone. Na wierzchu nie leżało nic, co można było rozbić. Stoły miały małe, plastikowe poduszeczki na rogach. Gniazdka zabezpieczono nakładkami. W kuchni noże umieszczono w przeszklonej szafce z uchwytem zabezpieczonej przed dziećmi, a kuchenka miała pokrętła odporne na użytkowanie przez dzieci.

Astrid zauważyła, że się temu przygląda.

– To nie ze względu na mnie – rzuciła opryskliwie. – Tylko na małego Pete’a.

– Wiem. On jest... – Nie znał odpowiedniego słowa.

– Ma autyzm – odparła Astrid bardzo śmiało, jakby to nie było nic wielkiego. – Cóż, nikogo tu nie ma – oznajmiła. Jej ton wskazywał, że się tego spodziewała.

– Gdzie jest twój brat? – zapytał Sam.

Astrid wrzasnęła, chociaż nawet nie wiedział, że umie to zrobić.

– Nie wiem, dobra? Nie mam pojęcia, gdzie on jest. – Zakryła usta dłonią.

– Zawołaj go – zaproponował Quinn dziwnym, ostrożnym, formalnym głosem. Był zażenowany swoim załamaniem, ale jednocześnie nie skończył jeszcze panikować.

– Zawołać go? Przecież nie odpowie – powiedziała Astrid przez zaciśnięte zęby. – On ma autyzm. I to poważny. On nie... nie nawiązuje kontaktów. Nie odpowie, dobra? Mogę krzyczeć jego imię przez cały dzień.

– W porządku, Astrid. Sprawdzimy wszystko – powiedział Sam. – Jeśli tu jest, znajdziemy go.

Astrid przytaknęła, walcząc ze łzami.

Przeczesali dom kawałek po kawałku. Pod łóżkami. W szafach.

Poszli do domu naprzeciwko, do pani, która czasami zajmowała się małym Pete’em. Tam też nikogo nie było. Przeszukali każdy pokój, a Sam czuł się jak włamywacz.

– Musi być z moją mamą albo może mój tata zabrał go z sobą do elektrowni. Czasami tak robi, kiedy nie ma innego wyjścia. – Sam słyszał desperację w jej głosie.

Minęło może pół godziny od tego nagłego zniknięcia. Quinn nadal zachowywał się dziwnie. Astrid mogła w każdej chwili się załamać. Nie było jeszcze nawet pory lunchu, ale Sam już zaczął się bać nocy. Dni trwały krótko, był 10 listopada, prawie Święto Dziękczynienia. Krótkie dni, długie noce.

– Ruszajmy dalej – powiedział. – Nie martw się o małego Pete’a. Znajdziemy go.

– To miało być zapewnienie pro forma czy konkretna obietnica? – zapytała Astrid.

– Przepraszam?

– Nie, to ja przepraszam. Chciałam tylko zapytać: czy pomożesz mi znaleźć Peteya? – spytała Astrid.

– Jasne. – Sam chciał dodać, że pomógłby jej wszędzie, zawsze i na zawsze, ale to tylko strach przez niego przemawiał, sprawiając, że chciał pleść bez sensu. Zamiast tego ruszył w stronę swojego domu, wiedząc już teraz bez żadnej wątpliwości, co tam zastanie, ale i tak musiał sprawdzić to i jeszcze coś innego. Musiał przekonać się, czy oszalał.

Musiał upewnić się, że to wciąż tam jest.

To wszystko było szaleństwem. Ale dla Sama szaleństwo zaczęło się już dawno temu.

Po raz setny Lana odwróciła głowę, żeby spojrzeć za siebie i sprawdzić, co z jej psem.

– Nic mu nie jest. Przestań się martwić – powiedział dziadek Luke.

– Mógł wyskoczyć.

– Owszem, jest durny, ale nie sądzę, żeby wyskoczył.

– Nie jest durny. To mądry pies. – Lana Arwen Lazar zajmowała miejsce pasażera wysłużonej, niegdyś czerwonej furgonetki swojego dziadka. Patrick, jej żółty labrador, siedział z tyłu, jego uszy powiewały na wietrze, a język wystawał z pyska.

Patrick otrzymał swoje imię na cześć Patricka Stara, niezbyt bystrego bohatera bajki SpongeBob. Chciała, żeby siedział z nią z przodu, ale dziadek odmówił.

Dziadek włączył radio. Muzykę country.

Był stary. Wiele dzieciaków miało dość młodych dziadków. W zasadzie drudzy dziadkowie Lany, ci z Las Vegas, byli dużo młodsi. Ale dziadek Luke był stary i strasznie pomarszczony. Jego twarz i dłonie były brązowe, częściowo od słońca, a częściowo dlatego, że był Indianinem z plemienia Chumash. Nosił poplamiony od potu kapelusz słomkowy i ciemne okulary przeciwsłoneczne.

– Co mam robić przez resztę dnia? – zapytała Lana.

Dziadek Luke zrobił manewr, żeby uniknąć dziury w drodze.

– Rób, co chcesz.

– Nie masz telewizora, DVD, internetu, niczego.

Tak zwane ranczo dziadka Luke’a znajdowało się na kompletnym odludziu, a staruszek był tak skąpy, że jedyną elektroniką, jaką posiadał, było stare radio, które wyłapywało tylko stacje religijne.

– Przywiozłaś jakieś książki, prawda? Możesz uprzątnąć stajnię. Albo wspiąć się na wzgórze. – Skinął głową we właściwą stronę. – Rozciąga się stamtąd piękny widok.

– Widziałam kojota na tym wzgórzu.

– Kojoty są nieszkodliwe. W większości. Stare są zbyt bystre, żeby zbliżać się do ludzi. – Mówił z silnym akcentem.

– Siedzę tutaj już od tygodnia – powiedziała Lana. – Czy to nie wystarczająco długo? Ile jeszcze mam tu zostać? Chcę jechać do domu.

Staruszek nawet na nią nie spojrzał.

– Twój tata przyłapał cię na wykradaniu wódki z domu dla jakiegoś chuligana.

– Tony nie jest chuliganem – wypaliła Lana.

Dziadek Luke wyłączył radio i zaczął mówić swoim wykładowym tonem.

– Chłopak, który wykorzystuje dziewczynę w taki sposób i wciąga ją w swój bałagan, jest chuliganem.

– Gdybym mu jej nie przyniosła, spróbowałby wykorzystać fałszywy dowód i mógłby wpakować się w kłopoty.

– To akurat pewne. Piętnastolatek pijący wódkę z pewnością wpakuje się w tarapaty. Ja zacząłem pić, kiedy byłem w twoim wieku, miałem czternaście lat. Trzydzieści lat życia utopiłem w butelce. Teraz jestem trzeźwy od trzydziestu jeden lat, sześciu miesięcy i pięciu dni, dzięki Bogu wszechmogącemu i twojej babci, świeć, Panie, nad jej duszą. – Ponownie włączył radio.

– A poza tym najbliższy sklep monopolowy znajduje się piętnaście kilometrów stąd, w Perdido Beach.

Dziadek Luke się zaśmiał.

– Tak, to też pomaga.

Przynajmniej miał poczucie humoru.

Furgonetka podskakiwała szaleńczo na drodze prowadzącej do wąwozu, biegnącej trzydzieści metrów w dół do piaszczystej plaży porośniętej bylicą, zdeformowanymi sosnami, dereniami i uschniętą trawą. Kilka razy do roku, jak powiedział jej dziadek Luke, padał tu deszcz i wtedy woda wpływała do wąwozu, czasami rwącym strumieniem.

Ciężko jej było to sobie wyobrazić, kiedy wpatrywała się beznamiętnie w długie zbocze.

I wtedy, bez ostrzeżenia, furgonetka zjechała z drogi.

Lana wpatrywała się w puste miejsce, gdzie jeszcze ułamek sekundy temu siedział jej dziadek.

Zniknął.

Furgonetka jechała prosto w dół. Lana szarpnęła za pas.

Furgonetka nabierała prędkości. Uderzyła w młode drzewo i złamała je.

Zjeżdżała w kłębach kurzu, podskakując na wybojach tak mocno, że Lana uderzyła w podsufitkę, a jej ramię trafiło w okno. Zagrzechotały jej zęby. Próbowała chwycić kierownicę, ale ta podskakiwała szaleńczo i nagle furgonetka przetoczyła się na bok.

Toczyła się, toczyła i toczyła.

Lana wypadła z pasa i miotała się bezradnie po kabinie. Kierownica uderzała w nią jak mieszadło w wirniku. Gruchnęła ramieniem w przednią szybę, a twarzą w dźwignię zmiany biegów, wsteczne lusterko rozbiło się o tył jej głowy.

Furgonetka się zatrzymała.

Lana leżała twarzą w dół, jej ciało było powyginane, ręce i nogi rozrzucone na wszystkie strony. Kurz utrudniał oddychanie. Usta miała pełne krwi. Jedno oko miała zapuchnięte i nic nie widziała.

To, co była w stanie zobaczyć jednym sprawnym okiem, nie miało żadnego sensu. Leżała do góry nogami, wpatrując się w niskie kaktusy, które wydawały się wyrastać pod takim samym kątem, pod jakim ona się znajdowała.

Musiała wyjść. Rozejrzała się jak mogła i sięgnęła do drzwi.

Jej prawa ręka nie chciała się ruszyć.

Spojrzała na nią i wrzasnęła. Prawe przedramię, od łokcia do nadgarstka, nie tworzyło już prostej linii. Było wykręcone jak spłaszczona litera V i obrócone tak, że wnętrze jej dłoni było skierowane na zewnątrz. Poszarpane krawędzie złamanej kości wyglądały tak, jakby mogły w każdej chwili przebić skórę.

Zaczęła się rzucać w panice.

Ból był tak potworny, że oczy uciekły jej w głąb czaszki i zemdlała.

Ale nie na długo. Nie na dość długo.

Kiedy się obudziła, ból w jej ręce, lewej nodze, plecach, głowie i szyi sprawił, że poczuła mdłości. Zwymiotowała na coś, co zapewne było zniszczoną podsufitką furgonetki.

– Pomocy – wychrypiała. – Pomocy. Niech ktoś mi pomoże!

Ale nawet w agonii wiedziała, że nie było tu nikogo, kto mógłby jej pomóc. Znajdowali się daleko od Perdido Beach, gdzie mieszkała aż do zeszłego roku, kiedy jej rodzice przeprowadzili się do Las Vegas. Ta droga prowadziła tylko na ranczo. Może raz w tygodniu ktoś się tu pojawiał, jakiś zagubiony turysta albo starsza pani, która grywała w warcaby z dziadkiem.

– Umrę – powiedziała Lana w przestrzeń.

Ale jeszcze nie była martwa, a ból nie ustępował. Musiała wydostać się z furgonetki.

Patrick. Co się stało z Patrickiem?

Wychrypiała jego imię, ale nic się nie wydarzyło.

Przednia szyba była popękana i pognieciona, ale nie zdołałaby wybić jej jedną sprawną nogą.

Jedyną szansą było okno po stronie pasażera, znajdujące się za nią. Wiedziała, że nawet próba odwrócenia się będzie potwornie bolesna.

I wtedy pojawił się Patrick, szturchnął ją czarnym nosem, dyszał i skomlał, zaniepokojony.

– Dobry piesek – powiedziała.

Patrick pomachał ogonem.

Nie był jakimś fantastycznym psem, który nagle nauczył się, jak być mądry i bohaterski. Nie wyciągnął Lany z wraku auta. Ale został z nią, kiedy przez piekielną godzinę wypełzała na piasek.

Położyła się w cieniu bylicy, a Patrick zlizywał krew z jej twarzy.

Zdrową ręką zaczęła oceniać swoje obrażenia. Jedno oko pokrywała krew z rany na czole. Jedna noga była złamana, a przynajmniej wykręcona tak, że nie mogła jej używać. Coś ją bolało w dole pleców, w okolicy nerek. Górna warga była zdrętwiała. Wypluła zakrwawiony kawałek ułamanego zęba.

Jednak najgorzej wyglądała jej prawa ręka. Nie mogła nawet na nią patrzeć. Od razu porzuciła próby podniesienia jej: ból był nie do zniesienia.

Ponownie zemdlała i obudziła się dużo później. Słońce było bezlitosne. Patrick leżał zwinięty obok niej. A na niebie zobaczyła pół tuzina sępów, z szeroko rozłożonymi skrzydłami. Krążyły, czekając.

TRZECI

298 godzin, 5 minut

– Tamta furgonetka – powiedział Sam, wskazując. – Kolejna stłuczka.

Auto kurierskie FedEx przebiło się przez żywopłot i zatrzymało się na wiązie na czyimś podwórku. Samochód chodził na jałowym biegu.

Wpadli na dwójkę dzieciaków, czwartoklasistę i jego młodszą siostrę, bawiących się niemrawo w berka na trawniku przed domem.

– Naszej mamy nie ma – powiedział chłopiec. – Mam jechać po południu na lekcje pianina, ale nie wiem, jak się tam dostać.

– A ja mam lekcje stepowania. Dostaniemy kostiumy na przedstawienie – dodała dziewczynka. – Będę biedronką.

– Wiecie, jak dotrzeć na rynek? W mieście? – zapytał Sam.

– Chyba tak.

– Powinniście iść tam.

– Nie wolno mi wychodzić z domu – oznajmiła dziewczynka.

– Nasza babcia mieszka w Laguna Beach – powiedział czwartoklasista. – Mogłaby po nas przyjechać. Ale nie możemy się do niej dodzwonić. Telefon nie działa.

– Wiem. Może jednak pójdziecie na rynek i tam zaczekacie, co? – Kiedy chłopiec tylko się w niego wpatrywał, Sam powiedział: – Hej, nie martwcie się za bardzo, dobrze? Macie w domu jakieś ciastka albo lody?

– Chyba tak.

– Cóż, teraz nie ma nikogo, kto zabroniłby wam zjeść ciastko, prawda? Myślę, że wasi rodzice niedługo się zjawią. Ale w międzyczasie weźcie sobie ciastka, a potem przyjdźcie na rynek.

– To twoje rozwiązanie? Zjeść ciastka? – zapytała Astrid.

– Nie, moim rozwiązaniem jest ucieczka na plażę i ukrycie się, dopóki to wszystko nie dobiegnie końca – powiedział Sam. – Ale ciastko nie zaszkodzi.

Ruszyli dalej, Sam, Quinn i Astrid. Dom Sama znajdował się na zachód od śródmieścia. On i jego mama mieszkali w małym, ciasnym, jednopiętrowym domu z maleńkim ogrodzonym podwórkiem z tyłu i chodnikiem z przodu. Matka Sama nie zarabiała zbyt wiele jako pielęgniarka na nocnych zmianach w Coates Academy. Jego ojciec był nieobecny od zawsze. Stanowił tajemnicę w życiu Sama. A w zeszłym roku odszedł również jego ojczym.

– To tutaj – powiedział. – Nie wierzymy w popisywanie się dużymi domami i w ogóle.

– Cóż, mieszkasz niedaleko plaży miejskiej – stwierdziła Astrid, wskazując jedyną zaletę tego domu i okolicy.

– Tak. Dwie minuty pieszo. Mniej, jeśli przejdę przez podwórko domu gangu motocyklowego.

– Gangu motocyklowego? – spytała Astrid.

– To nie cały gang, tylko Killer i jego dziewczyna Accomplice. – Astrid zmarszczyła brwi, a Sam dodał: – Wybacz. Kiepski żart. Okolica nie jest za ciekawa.

Teraz, kiedy już tu był, Sam nie chciał wchodzić do środka. Jego matki tam nie będzie.

A w domu było coś, czego ani Quinn, ani zwłaszcza Astrid nie powinni widzieć.

Poprowadził ich po trzech wyblakłych od słońca, pomalowanych na szaro drewnianych stopniach, skrzypiących, kiedy się na nich stawało. Weranda była wąska, a kilka miesięcy temu ktoś ukradł krzesło bujane, które jego matka wystawiła, żeby wieczorami móc w nim siedzieć i bujać się, zanim pójdzie do pracy. Teraz musieli wynosić krzesła z kuchni.

To zawsze była dla niech najlepsza pora dnia, początek dnia pracy jego matki i zakończenie dnia pracy Sama. Wracał do domu ze szkoły, a ona się budziła po przespaniu większej części dnia. Robiła sobie herbatę, a Sam brał colę albo sok. Pytała go, jak minął dzień w szkole, a on w zasadzie nie mówił jej wiele, ale świadomość, że mógł jej powiedzieć, gdyby chciał, zawsze była miła.

Sam otworzył drzwi. W środku panowała cisza, nie licząc odgłosu lodówki. Sprężarka w niej była stara i hałaśliwa. Ostatnim razem, kiedy rozmawiali na werandzie, z nogami opartymi o balustradę, mama zastanawiała się, czy powinni oddać sprężarkę do naprawy, czy może taniej byłoby kupić używaną lodówkę. I jak mieliby ją przewieźć do domu bez auta?

– Mamo? – powiedział Sam, wchodząc do pustego pokoju dziennego.

Nie było żadnej odpowiedzi.

– Może poszła na wzgórze – zasugerował Quinn. „Na wzgórze” to było określenie używane w mieście, odnoszące się do Coates Academy, prywatnej szkoły z internatem. Wzgórze było bardziej górą.

– Nie – odparł Sam. – Zniknęła, jak wszyscy inni.

Kuchenka była włączona. Patelnia spaliła się na węgiel. Nic na niej nie było. Sam przekręcił kurek, żeby wyłączyć gaz.

– To problem dotyczący całego miasta – powiedział.

– Tak, włączone kuchenki i samochody – dodała Astrid.

– Ktoś musi przejść od domu do domu i sprawdzić, czy wszystko jest powyłączane, a małe dzieci są pod opieką. W domach na pewno są też leki, alkohol, a niektórzy trzymają nawet broń.

– W tej okolicy niektórzy ludzie mają całą artylerię – powiedział Sam.

– To musiał być Bóg – stwierdził Quinn. – No bo przecież jak inaczej, prawda? Nikt inny nie zdołałby tego zrobić. Sprawić, żeby wszyscy dorośli zniknęli?

– Wszyscy od piętnastego roku życia wzwyż – poprawiła Astrid. – Piętnaście lat to nie dorosłość. Zaufaj mi, byłam z nimi w jednej klasie. – Przechadzała się niepewnie po salonie, jakby czegoś szukała. – Mogę skorzystać z łazienki, Sam?

Przytaknął z wahaniem. Był przerażony jej obecnością tutaj. Zarówno Sam, jak i jego matka niechętnie zajmowali się porządkami. Ich dom był mniej więcej czysty, ale na pewno nie tak, jak u Astrid.

Dziewczyna zamknęła drzwi do łazienki. Sam usłyszał odkręcaną wodę.

– Co myśmy zrobili? – zapytał Quinn. – Właśnie tego nie mogę pojąć. Co zrobiliśmy, żeby wkurzyć Boga?

Sam otworzył lodówkę. Wpatrywał się w jedzenie znajdujące się w środku. Mleko. Kilka puszek coli. Połowa małego arbuza, leżąca odciętą stroną na talerzu. Jajka. Jabłka. Cytryny do herbaty mamy. To, co zwykle.

– Bo przecież zrobiliśmy coś, żeby na to zasłużyć, prawda? – powiedział Quinn. – Bóg nie robi takich rzeczy bez powodu.

– Nie sądzę, żeby to był Bóg – oznajmił Sam.

– Stary. Musiał być.

Astrid wróciła.

– Może Quinn ma rację. Nie ma niczego, no wiecie, normalnego, co mogłoby to spowodować – stwierdziła. – Prawda? To nie ma żadnego sensu. To niemożliwe, a jednak się wydarzyło.

– Czasami niemożliwe rzeczy się zdarzają – powiedział Sam.

– Wcale nie – sprzeczała się Astrid. – Wszechświat ma swoje prawa. To wszystko, czego uczymy się na przyrodzie, wiesz, jak zasady dynamiki i to, że nic nie może się poruszać szybciej od prędkości światła. Albo grawitacja. Niemożliwe rzeczy się nie dzieją. Dlatego właśnie są niemożliwe. – Astrid przygryzła wargę. – Wybaczcie. To nie jest odpowiednia pora na wykłady, prawda?

Sam się zawahał. Gdyby im pokazał, przekroczył tę granicę, już nigdy nie byliby w stanie tego zapomnieć. Naciskaliby go, aż powiedziałby im wszystko.

Patrzyliby na niego inaczej. Byliby przerażeni, jak on.

– Pójdę zmienić koszulkę, dobrze? Do swojego pokoju. Zaraz wrócę. W lodówce jest coś do picia. Poczęstujcie się.

Zamknął za sobą drzwi do pokoju.

Nienawidził tego miejsca. Okno wychodziło na ulicę, a szyba była półprzezroczysta, więc właściwie nie było nic przez nią widać. W pokoju panował mrok nawet w słoneczny dzień. W nocy było kompletnie ciemno.

Sam nienawidził ciemności.

Mama kazała mu zamykać dom na noc, kiedy była w pracy.

– Teraz jesteś głową rodziny – mawiała – ale i tak czułabym się lepiej, wiedząc, że drzwi są zamknięte.

Nie podobało mu się, kiedy mówiła o nim jako głowie rodziny. Głowie rodziny teraz.

Teraz.

Może tak naprawdę nie chciała nic przez to powiedzieć, ale jak mogłaby nie chcieć? Minęło osiem miesięcy, odkąd jego ojczym uciekł z ich dawnego domu. Sześć miesięcy, odkąd Sam i jego matka przenieśli się do tej obskurnej chałupki w kiepskiej okolicy, a ona została zmuszona do przyjęcia słabo płatnej pracy w fatalnych godzinach.

Dwie noce temu była burza i światła wszędzie wysiadły na jakiś czas. Siedział w zupełnej ciemności, przecinanej tylko słabymi poświatami błyskawic, które zmieniały wszystkie znajome rzeczy w pokoju w coś upiornego.

Udało mu się na chwilę zasnąć, ale potężny grzmot go obudził. Wyrwany z przerażającego snu, nagle znalazł się w zupełnej ciemności w pustym domu.

Takie połączenie to było zbyt wiele. Wołał matkę. Duży, twardy dzieciak jak on, czternasto... prawie piętnastoletni, wrzeszczał „mamo” w ciemności. Wyciągnął rękę, napierając na ciemność.

I wtedy... światło. Pojawiło się nie do końca wewnątrz szafy. Mógł je ukryć, zamykając drzwi. Ale kiedy spróbował je zamknąć całkowicie, światło po prostu przez nie przeniknęło. Jakby drzwi wcale tam nie było. Więc były tak jakby zamknięte, ale nie do końca. Zawiesił kilka koszul na drzwiach, żeby zasłonić większość światła, ale ta słaba przykrywka nie wytrzyma długo. W końcu jego mama zobaczy... Cóż, kiedy wróci.

Otworzył drzwi szafy. Kamuflaż opadł.

Wciąż tam było.

Światło było małe, ale przeszywające. I wisiało tam, nieruchome, nieprzytwierdzone do niczego. Żadnej lampy ani żarówki, tylko maleńka kula czystego światła.

To było niemożliwe. Coś, co nie mogło istnieć. A jednak tu było. Światło, które się po prostu pojawiło, kiedy Sam go potrzebował, i do tej pory nie zniknęło.

Dotknął go, ale nie naprawdę. Jego palce przez nie przeszły i poczuł tylko ciepło, niewiększe niż podczas kąpieli.

– Tak, Sam – wyszeptał do siebie – wciąż tu jest.

Astrid i Quinn myśleli, że dzisiaj to był początek, ale Sam wiedział lepiej. Normalne życie zaczęło się rozpadać osiem miesięcy temu. Potem znowu przyszedł moment normalności, a teraz to światło.

Czternaście normalnych lat życia Sama, a potem normalność gdzieś się ulotniła.

Dzisiaj zaś normalność roztrzaskała się i spłonęła.

– Sam?

To Astrid wołała go z salonu. Zerknął w stronę drzwi, zaniepokojony, że przyjdzie tutaj i zobaczy. Pospiesznie zrobił co mógł, żeby ponownie zakryć światło, i wrócił do swoich towarzyszy.

– Twoja mama pisała na laptopie – powiedziała Astrid.

– Zapewne sprawdzała maile. – Ale kiedy usiadł przy stole i spojrzał na ekran, zobaczył otwarty dokument Worda, a nie przeglądarkę.

To był pamiętnik. Tylko trzy akapity na tej stronie.

To się wydarzyło znowu ubiegłej nocy. Chciałabym móc pójść z tym do G. Ale ona uzna mnie za wariatkę. Mogłabym stracić pracę. Pomyśli, że chodzę naćpana. Gdybym mogła założyć wszędzie kamery, mogłabym zdobyć dowody. Ale nie mam żadnych, a „matka” C jest bogata i hojna dla CA. Wywaliliby mnie. Nawet jeśli powiem komuś całą prawdę, wezmą mnie tylko za zestresowaną matkę. Prędzej czy później C albo jeden z pozostałych zrobią coś poważnego. Komuś stanie się krzywda. Tak jak S z T. Może skonfrontuję się z C. Nie sądzę, żeby się przyznał. Czy to by coś zmieniło, gdyby wiedział wszystko?

Sam wpatrywał się w tę stronę. Nie została zapisana. Zaczął przeglądać pulpit komputera i znalazł folder opisany jako „Dziennik”. Kliknął na niego. Był chroniony hasłem. Gdyby jego matka zapisała tę ostatnią stronę, ona też byłaby zabezpieczona hasłem.

„CA” było łatwe. Coates Academy. A „G” to zapewne dyrektorka szkoły, Grace. „S” też było łatwe: Sam. Ale kim był „C”?

Jedna linijka wydawała się wyróżniać, kiedy się w nią wpatrywał: „Tak jak S z T”.

Astrid czytała mu przez ramię. Próbowała być subtelna, ale wyraźnie podglądała. Zamknął laptop.

– Chodźmy.

– Dokąd? – zapytał Quinn.

– Wszędzie, byle dalej stąd – odparł Sam.

CZWARTY

297 godzin, 40 minut

– Chodźmy na rynek – powiedział Sam. Zamknął drzwi do swojego domu, przekręcił klucz i wsunął go do kieszeni dżinsów.

– Dlaczego? – zapytał Quinn.

– Zapewne tam właśnie pójdą ludzie – stwierdziła Astrid. – Nie ma innego miejsca, prawda? Chyba, że z powrotem do szkoły. Jeśli ktoś cokolwiek wie albo jeśli są jacyś dorośli, będą właśnie tam.

Perdido Beach zajmowało cypel na południowy zachód od nadbrzeżnej autostrady. Po jej północnej stronie ostro wznosiły się wzgórza, brązowe z kępkami zieleni, i formowały szereg grani, które wpadały do morza po północno-zachodniej i południowo-wschodniej stronie miasta, ograniczając je do tej małej przestrzeni, zamykając na tym skrawku terenu.

Miasteczko miało raptem trochę ponad trzy tysiące mieszkańców – teraz o wiele mniej. Najbliższa galeria handlowa znajdowała się w San Luis. Najbliższe duże centrum handlowe mieściło się trzydzieści kilometrów stąd, w dół wybrzeża. Na północ, w górę wybrzeża, góry przyciskały się tak blisko do morza, że nie było w ogóle miejsca na budowanie, poza wąską przestrzenią, gdzie znajdowała się elektrownia jądrowa. Za nią rozciągał się park narodowy, las starych sekwoi.

Perdido Beach pozostało sennym miasteczkiem z prostymi ulicami, wzdłuż których rosły drzewa, i głównie starszymi domkami parterowymi w hiszpańskim stylu z dachami spadzistymi i pomarańczowymi albo płaskimi w starszym stylu. Większość ludzi miała trawnik, dobrze przystrzyżony i zielony. Większość miała też ogrodzone podwórko na tyłach. W maleńkim śródmieściu główne miejsce stanowił rynek z palmami i wieloma skośnymi miejscami parkingowymi.

Perdido Beach miało resort hotelowy na południe od miasta i Coates Academy na wzgórzu, a także elektrownię, ale poza tym tylko garstkę firm: sklep z narzędziami Ace’a, McDonald, kawiarnię Bean There, Subway, kilka małych sklepików, jeden spożywczak i stację Chevron na autostradzie.

Im dalej Sam, Astrid i Quinn docierali, tym napotykali więcej dzieciaków idących w stronę rynku. Tak jakby wszyscy w mieście nagle doszli do wniosku, że chcą być razem. W ilości siła. A może chodziło o przytłaczającą samotność domów, które nagle nie były już takie przytulne.

Pół przecznicy dalej Sam wyczuł dym i zobaczył uciekające dzieciaki.

Rynek był małą, otwartą przestrzenią przypominającą park, z zielonymi miejscami i fontanną, która prawie nigdy nie działała, w środku. Były tam ławki, brukowane chodniki i kosze na śmieci. Na jednym końcu placu stały obok siebie skromny ratusz i kościół. Sklepy okalały rynek, część z nich była zamknięta na zawsze. Nad niektórymi znajdowały się mieszkania. Dym wydobywał się z jednego na drugim piętrze, nad niedziałającą kwiaciarnia i obskurną agencją ubezpieczeniową. Kiedy Sam zatrzymał się, zdyszany, z okna buchnęły pomarańczowe płomienie.

Kilka tuzinów dzieciaków stało, obserwując. Tłum wydawał się Samowi naprawdę dziwny, aż dotarło do niego, dlaczego: nie było w nim żadnych dorosłych, tylko dzieci.

– Jest tam ktoś? – zawołała Astrid. Nikt nie odpowiedział.

– Może się rozprzestrzenić – powiedział Sam.

– Nie można zadzwonić na numer alarmowy – zauważył ktoś.

– Jeśli się rozprzestrzeni, może pochłonąć połowę miasta.

– Widzicie gdzieś jakiego strażaka?

Bezradne wzruszenie ramionami.

Żłobek dzielił ścianę ze sklepem z narzędziami, a oba te miejsca od płonącego budynku oddzielała tylko wąska alejka. Sam uznał, że mają czas, żeby wydostać dzieciaki ze żłobka, jeśli będą działać szybko, ale sklep z narzędziami to coś, czego nie mogli stracić.

Przynajmniej czterdzieści osób stało, gapiąc się. Nikt nie próbował nawet czegokolwiek zrobić.

– Świetnie – powiedział Sam. Podszedł do dwóch dzieciaków, które tak jakby znał. – Hej, chłopaki, idźcie do żłobka. Zorganizujcie ewakuację maluchów.

Dzieciaki wpatrywały się z niego bez ruchu.

– Już, idźcie. Ruszcie się! – rzucił, a oni puścili się biegiem.

Sam wskazał na dwie kolejne osoby.

– Ty i ty. Idźcie do sklepu z narzędziami i znajdźcie najdłuższy wąż, jaki tam mają. Weźcie też dyszę rozpylającą. Wydaje mi się, że w alejce jest kran. Zacznijcie spryskiwać wodą bok sklepu z narzędziami i dach.

Ta dwójka równie gapiła się na niego pustym wzrokiem.

– Chłopaki: nie jutro. Teraz. Teraz. Ruszcie się! Quinn? Lepiej idź z nimi. Chcemy zmoczyć sklep z narzędziami, bo wiatr właśnie tam poniesie płomienie.

Quinn się zawahał.

Ludzie tego nie rozumieli. Jak mogli nie widzieć, że muszą coś zrobić, zamiast tylko tam stać?

Sam przepchnął się na przód tłumu i odezwał się donośnym głosem:

– Hej, słuchajcie, to nie jest Disney Channel. Nie możemy po prostu patrzeć, jak to się dzieje. Nie ma żadnych dorosłych. Nie ma straży pożarnej. To my jesteśmy strażakami.

Edilio stanął obok niego i powiedział:

– Sam ma rację. Czego potrzebujesz? Jestem z tobą.

– Dobra. Quinn. Węże ze sklepu z narzędziami. Edilio? Ściągnijmy te wielkie węże z remizy i podłączmy je do hydrantu.

– Będą ciężkie. Potrzebuję silnych chłopaków.

– Ty, ty, ty i ty. – Sam złapał każdego za ramię, potrząsnął i pchnął, żeby się ruszyli. – Dalej. Ty. Ty. Chodźmy!

I wtedy rozległo się zawodzenie.

Sam zamarł.

– Ktoś jest w środku – jęknęła jakaś dziewczyna.

– Cicho – syknął Sam, a wszyscy umilkli, nasłuchując ryków i trzasków pożaru, odległego alarmu samochodowego, a potem krzyku:

– Mamusiu.

I znowu.

– Mamusiu.

Ktoś zaczął przedrzeźniać głos falsetem.

– Mamusiu, boję się.

To Orc, który uznał całą sytuację za zabawną. Dzieciaki odsunęły się od niego.

– Co? – zapytał ostrym głosem.

Howard, który nigdy nie oddalał się od Orca, zaszydził.

– Bez obaw, Sam ze Szkolnego Autobusu uratuje nas wszystkich, prawda, Sam?

– Edilio. Idź – powiedział Sam cicho. – Przynieś wszystko, co zdołasz.

– Stary, nie możesz tam iść – stwierdził Edilio. – W remizie na pewno mają zbiorniki z tlenem i inne rzeczy. Czekaj, wszystko przyniosę. – Już biegł, prowadząc przed sobą ekipę silnych dzieciaków.

– Hej, ty tam na górze – krzyknął Sam. – Dzieciaku. Dasz radę dojść do drzwi albo okna?

Patrzył w górę, wyciągając szyję. Na piętrze na przedzie budynku znajdowało się sześć okien i jedno od strony alejki. Ogień wydobywał się z tego najdalej po lewej, ale teraz dym unosił się też przy drugim. Czyli pożar się rozprzestrzeniał.

– Mamusiu! – odezwał się głos. Był wyraźny, nie krztusił się od dymu. Długo nie wytrzyma.

– Jeśli zamierzasz tam iść, owiń sobie twarz tym. – Astrid pożyczyła od kogoś szmatkę i ją zamoczyła.

– Czy ja mówiłem, że zamierzam tam iść? – zapytał Sam.

– Nie pozwól, żeby stała ci się krzywda – powiedziała Astrid.

– Dobra rada – rzucił Sam ironicznie i owinął mokrą szmatkę wokół głowy, zakrywając nos i usta.

Złapała go za ramię.

– Posłuchaj, Sam, to nie ogień zabija ludzi, tylko dym. Jeśli nawdychasz się go za dużo, twoje płuca obrzmieją i wypełnią się płynem.

– Ile to jest za dużo? – zapytał, a jego głos był stłumiony przez materiał.

Astrid się uśmiechnęła.

– Nie wiem wszystkiego, Sam.

Chciał złapać ją za rękę. Potrzebował kogoś, kto użyczyłby mu trochę odwagi. Chciał ująć jej dłoń, ale to nie była odpowiednia chwila. Udało mu się tylko uśmiechnąć krzywo i powiedzieć:

– No to idę.

– Dajesz, Sam – krzyknął jakiś głos, zachęcając go. Z tłumu rozeszły się urywane okrzyki.

Wejście do budynku było otwarte. Wewnątrz znajdowały się skrzynki na listy, tylne drzwi do kwiaciarni i ciemna, wąska klatka schodowa, prowadząca na górę.

Sam dotarł prawie na szczyt schodów, zanim wpadł na mętną ścianę wirującego dymu. Mokra szmata nic nie pomogła, jeden wdech i padł na kolana, krztusząc się i prawie wymiotując. Łzy napłynęły mu do oczu.

Przykucnął i udało mu się nabrać powietrza.

– Mały, słyszysz mnie? – wychrypiał. – Krzycz, muszę cię słyszeć.

„Mamusiu” tym razem rozległo się słabo, z końca korytarza po lewej, w połowie drogi na drugi koniec budynku. Może dzieciak wyskoczyłby przez okno w czyjeś ramiona, Sam przekonywał samego siebie. Byłoby głupio dać się zabić, gdyby tamten mógł po prostu wyskoczyć.

Smród dymu był nie do zniesienia, okropny i wszechobecny. Miał w sobie jakąś kwaśność, jak dym połączony ze zsiadłym mlekiem.

Sam pozostał na kolanach i popełzł dalej korytarzem. Było dziwnie. Upiornie. Wysłużony chodnik w korytarzu wydawał się taki normalny: orientalne wzory, wystrzępione brzegi, trochę okruszków i martwy karaluch. Żarówka była włączona, rzucała blade światło, które ledwo przebijało się przez złowieszczy dym.

Dym wirował i powoli opadał coraz niżej, napierając na niego i zmuszając, żeby schylał się coraz bardziej, by złapać powietrze.

Musiało tu być sześć lub siedem mieszkań. Nie miał pojęcia, które było tym właściwym, dzieciak już nie krzyczał. Ale mieszkanie, które płonęło, to zapewne to po jego prawej. Dym wydobywał się spod drzwi, gęsty, szybki i wściekły, jak górski strumień. Miał zaledwie kilka sekund, nawet nie minut.

Przetoczył się na plecy. Dym wydobywający się spod drzwi był jak odwrócony wodospad, unosił się kaskadami. Sam kopnął w drzwi, ale na nic się to nie zdało. Zamek znajdował się wyżej, więc jego kopnięcie tylko wstrząsnęło drzwiami. Żeby je wyłamać, musiałby wstać i zanurzyć się w morderczym dymie.

Bał się i był wściekły. Gdzie byli ludzie, którzy powinni to robić? Gdzie byli dorośli? Dlaczego to on musiał się tym zajmować? Przecież był dzieckiem. I dlaczego nikt inny nie był na tyle szalony, na tyle głupi, żeby wbiec do płonącego budynku?

Był wściekły na nich wszystkich, a jeśli Quinn miał rację i to coś, co zrobił Bóg, to na niego też był zły.

Ale jeśli Sam to spowodował... Jeśli to przez niego do tego doszło... nie mógł się złościć na nikogo, poza sobą samym.

Nabrał tyle powietrza, ile zdołał, poderwał się na nogi i uderzył w drzwi, wszystko jednym, gorączkowym ruchem.

Nic.

Uderzył ponownie.

Nic.

I znowu, teraz już musiał oddychać, musiał, ale dym był wszędzie, w nosie, w oczach, oślepiał go. Zrobił to ponownie, a drzwi się otworzyły, więc wleciał do środka i opadł na podłogę twarzą w dół.

Dym uwięziony w pokoju teraz wpadł do korytarza, uwolniony niczym lew z klatki. Przez kilka sekund na poziomie podłogi pojawiła się warstwa powietrza zdatnego do oddychania, więc Sam wziął oddech. Musiał walczyć, żeby wszystkiego nie wykaszleć. Gdyby to zrobił, umarłby, dobrze o tym wiedział.

Przez sekundę w mieszkaniu nieco się przejaśniło. Jak przerwa między chmurami, dzięki której możesz rzucić okiem na czyste niebo, zanim ponownie zasunie się ciemna zasłona.

Dziecko leżało na podłodze, krztusząc się i kaszląc, mała dziewczynka, najwyżej pięcioletnia.

– Jestem tu – powiedział Sam zduszonym głosem.

Musiał wyglądać przerażająco. Wielki kształt, spowity dymem, z zasłoniętą twarzą, sadzą we włosach i osmaloną skórą.

Z pewnością wyglądał jak potwór. To było jedyne wytłumaczenie, bo ta mała dziewczynka, ta przerażona, spanikowana mała dziewczynka uniosła obie dłonie, spodem do niego, i z jej pulchnych, małych rączek buchnęła fala, eksplozja, strumienie czystych płomieni.

Płomienie. Wystrzeliwały z jej rączek.

Płomienie!

Wycelowane w niego.

Fala ledwo go ominęła. Przeleciała obok jego głowy ze świstem i uderzyła w ścianę za nim. To było jak napalm, paliwo w żelu, płynny ogień: przywarł do ściany, w którą uderzył, i płonął z szaloną intensywnością.

Sam przez sekundę mógł tylko patrzeć, zupełnie osłupiały.

Szalone.

Niemożliwe.

Dziewczynka wykrzyknęła z przerażenia i ponownie uniosła dłonie. Tym razem nie chybi.

Tym razem go zabije.

Nie myśląc, tylko reagując, Sam wyciągnął ramiona i uniósł dłonie. Nastąpił błysk światła, jasny niczym eksplodująca gwiazda.

Mała opadła na plecy.

Sam podpełzł do niej. Cały drżał, miał ściśnięty żołądek i chciał krzyczeć, myśląc: nie, nie, nie, nie.

Wziął małą w ramiona, obawiając się jednocześnie, że się obudzi i że nie odzyska przytomności. Podniósł się.

Ściana po jego prawej stronie zawaliła się, jakby była z tektury. Beton odpadał, ukazując strukturę ściany, płyty i kantówki. Ogień płonął wewnątrz ściany.

Podmuch gorąca, jakby ktoś otworzył piekarnik, sprawił, że Sam aż się zatoczył. Astrid mówiła, że to nie ogień zabija ludzi. Cóż, nie widziała tego ognia, nie miała też pojęcia, że mała dziewczynka jest w stanie strzelać płomieniami z dłoni.

Sam trzymał dziecko w ramionach. Ogień za jego plecami i po prawej stronie osmalił jego rzęsy i przypiekał ciało.

Okno przed nimi.

Zatoczył się w przód. Opuścił dziecko jak worek ziemniaków i uderzył w okno obiema dłońmi. Dym kłębił się wokół niego, ogień ścigał go w kierunku świeżego źródła tlenu.

Sam w mroku szukał dziecka po omacku i znalazł je. Podniósł dziewczynkę i nagle, jakimś cudem, znalazła się para rąk, oczekująca, żeby zabrać dziecko. Ręce wyłoniły się spośród dymu, wyglądały prawie ponadnaturalnie.

Sam osunął się na szybę, w połowie zwisając z okna, gdy nagle ktoś go złapał, szarpnął i ściągnął w dół po aluminiowej drabinie. Jego głowa uderzała w szczeble, ale nie przeszkadzało mu to ani trochę, bo tutaj było jasno, miał powietrze i przez zmrużone, załzawione oczy widział błękitne niebo.

Edilio zawołał dzieciaka imieniem Joel, żeby położył Sama na chodnik.

Ktoś oblał go wodą z węża. Wydawało im się, że płonął?

Naprawdę płonął?

Otworzył usta i zaczął łapczywie pić zimną wodę, która spłynęła mu po twarzy.

Ale nie mógł utrzymać świadomości. Odpływał. Płynął na plecach na delikatnej fali.

Jego matka tam była. Siedziała na wodzie tuż obok niego. Oparła brodę na kolanach. Nie patrzyła na niego.

– Co? – powiedział do niej.

– Pachniało jak smażony kurczak – oznajmiła.

– Co? – spytał.

Matka wyciągnęła rękę i uderzyła go mocno w twarz.

Gwałtownie otworzył oczy.

– Wybacz – powiedziała Astrid. – Musiałam cię obudzić.

Klęknęła obok niego i przyłożyła mu coś do ust. Plastikową maseczkę. Tlen.

Zakaszlał i wziął wdech. Odsunął maseczkę i zwymiotował prosto na chodnik, zwijając się w kłębek jak pijak w alejce.

Astrid dyskretnie odwróciła wzrok. Później będzie się czuł zażenowany. Teraz cieszył się tylko, że mógł zwymiotować.

Wciągnął więcej tlenu.

Quinn trzymał wąż ogrodowy. Edilio biegł, żeby zamontować jeden z większych węży do hydrantu. Popłynął cienki strumyczek, a potem Edilio pociągnął długą rączkę i otworzył hydrant całkowicie. Dzieciaki po drugiej stronie musiały siłować się z wężem, jakby walczyły z pytonem. W innej sytuacji to byłoby zabawne.

Sam usiadł. Nadal nie mógł mówić.

Skinął w stronę miejsca, gdzie pół tuzina dzieciaków klęczało wokół małej podpalaczki. Była czarna, nie tylko ze względu na rasę, ale też pokrywającą ją sadzę. Włosy po jednej stronie zniknęły, kompletnie spalone. Po drugiej miała kitkę związaną różową gumką.

Sam już wiedział, widząc pełen szacunku sposób, w jaki tam klęczeli. Wiedział, ale i tak musiał spytać. Jego głos był cichy i zachrypnięty.

Astrid potrząsnęła głową.

– Przykro mi, Sam – powiedziała.

Sam skinął głową.

– Jej rodzice zapewne mieli włączoną kuchenkę, kiedy zniknęli – powiedziała Astrid. – Najpewniej to wywołało pożar. A może papieros.

Nie, pomyślał Sam. To nie było to.

Ta dziewczynka miała taką moc. Taką, jak miał Sam, a przynajmniej coś w tym stylu.

Moc, której użył w panice, żeby stworzyć nieprawdopodobne światło.

Moc, której kiedyś użył i którą prawie kogoś zabił.

Moc, której właśnie użył ponownie i którą skrzywdził osobę, chociaż tak bardzo starał się ją uratować.

Nie był jedyny. Nie był jedynym dziwakiem. Była – cóż, do niedawna – przynajmniej jeszcze jedna osoba.

I ta świadomość w pewnym sensie wcale nie była pocieszająca.

PIĄTY

291 godzin, 7 minut

W Perdido Beach nastała noc.

Latarnie uliczne włączyły się automatycznie, chociaż niewiele to dało w obliczu ciemności. Głównie rzucały cienie na przerażone twarze.

Około setki dzieciaków krążyło po rynku. Każdy wydawał się mieć w ręku batonik i puszkę napoju. Mały sklepik, ten, w którym sprzedawano głównie piwo i chipsy, został rozgrabiony. Sam wziął sobie baton PayDay i puszkę Dr Peppera. Wszystkie Reese’s, Twixy i Snickersy zdążyły zniknąć, zanim tam dotarł. Zostawił dwa dolary na ladzie jako zapłatę. Pieniądze wyparowały w ciągu kilku sekund.

Kamienica spłonęła do połowy, zanim ogień stracił swoje paliwo. Dach się zawalił. Połowa górnego piętra nie istniała. Parter wyglądał, jakby miał wytrzymać, chociaż witryna sklepu była osmalona od środka. Dym unosił się teraz cienkimi wiązkami, nie kłębami, a smród był wszędzie.

Ale sklep z narzędziami i żłobek zostały uratowane.

Ciało dziewczynki nadal leżało na chodniku. Ktoś okrył ją kocem. Sam był za to wdzięczny.

On i Quinn usiedli na trawie, niedaleko środka rynku, w pobliży niedziałającej fontanny. Quinn kołysał się w przód i w tył, obejmując kolana rękami.

Bombowa Bette podeszła i zatrzymała się niezręcznie przed Samem. Był z nią jej młodszy brat.

– Sam, sądzisz, że to bezpieczne, żebym poszła do domu? Muszę coś stamtąd wziąć.

Sam wzruszył ramionami.

– Bette, wiem praktycznie tyle, co ty.

Przytaknęła, zawahała się i odeszła.

Wszystkie ławki w parku były zajęte. Niektóre małe rodziny zarzuciły prześcieradła na oparcia, tworząc koślawe namioty. Wiele dzieciaków poszło do pustych domów, ale inni potrzebowali być wśród ludzi. Niektórzy znajdowali pocieszenie w tłumie, inni musieli sprawdzić, co się dzieje.

Dwaj chłopcy, których Sam nie znał, zapewne piątoklasiści, podeszli i zapytali:

– Wiesz, co się teraz stanie?

Sam pokręcił głową.

– Niestety, chłopaki, nie wiem.

– To co mamy robić?

– Chyba po prostu pokręcić się przez jakiś czas.

– Pokręcić się tutaj?

– Albo idźcie do swojego domu. Wyśpijcie się we własnym łóżku. Cokolwiek wydaje się wam właściwe.

– Nie boimy się ani nic.

– Nie? – zapytał Sam z powątpiewaniem. – Ja jestem tak przerażony, że się posikałem.

Jeden z chłopców się uśmiechnął.

– Wcale nie.

– Racja. Ale strach jest w porządku, chłopie. Każdy z tu obecnych się boi.

I tak było co chwilę. Dzieciaki przychodziły do Sama i zadawały mu pytania, na które nie miał odpowiedzi.

Chciałby, żeby przestały.

Orc i jego kumple wyciągnęli krzesła ogrodowe ze sklepu z narzędziami i ustawili je na samym środku tego, co kiedyś było najbardziej ruchliwą ulicą Perdido Beach. Siedzieli tuż pod światłami ulicznymi, które wciąż zmieniały się z zielonego w żółte, a potem czerwone.

Howard ochrzaniał któregoś z lizusów niższej rangi, który wylał podpałkę na drewno i próbował zrobić ognisko. Ekipa Orca przyniosła kilka drewnianych rączek do siekier i kijów baseballowych ze sklepu i bezskutecznie starała się je podpalić.

Wyniosła również kilka metalowych pałek i młotów, ale te sobie zatrzymała.

Sam nie wspomniał o dziewczynce, która nadal tam leżała, bo gdyby zaczął o niej mówić, musiałby coś z nią zrobić. Wykopać grób i ją pochować. Odczytać fragment z Biblii albo powiedzieć kilka słów. Nawet nie znał jej imienia. Chyba nikt jej nie kojarzył.

– Nie mogę go znaleźć. – To Astrid. Pojawiła się ponownie po przynajmniej godzinie nieobecności. Poszła szukać młodszego brata. – Peteya tu nie ma. Nikt go nie widział.

Sam podał jej napój.

– Proszę. Zapłaciłem za niego. A przynajmniej próbowałem.

– Zwykle nie piję takich rzeczy.

– A widzisz tu cokolwiek, co się „zwykle” dzieje? – warknął Quinn.

Nie spojrzał na nią. Był niespokojny, przeskakiwał wzrokiem z jednej osoby na drugą, z rzeczy na rzecz, jak nerwowy ptak, nie patrząc nikomu w oczy. Wyglądał na dziwnie odsłoniętego bez swoich okularów i kapelusza.

Sam martwił się o niego. Z nich dwóch to zawsze Sam był tym poważnym.

Astrid zignorowała niegrzeczne zachowanie Quinna.

– Dzięki, Sam. – Wypiła pół puszki, ale nie usiadła. – Dzieciaki mówią, że to jakaś operacja wojskowa, która się nie powiodła. Albo terroryści. Albo kosmici. Albo Bóg. Wiele teorii, żadnych odpowiedzi.