Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kiedyś, jeśli miałeś kilka dolarów, wystarczyło podnieść słuchawkę telefonu, a pół godziny później pod drzwiami stawał dostawca z gigantyczną pizzą. Ciągnący ser, złocista, pęcherzykowata skorupka, tłuste pepperoni – ot, zwykła rzecz. Dziś dzieciaki z Perdido Beach oddałyby za taką pizzę własną duszę.
Trzy miesiące temu zniknęli dorośli, a od kilku tygodni wszyscy głodują. Z każdym dniem coraz więcej dzieci się zmienia – rozwijają się nadnaturalne zdolności, a napięcie rośnie, gdy nad miasteczko nadciąga chaos: normalni przeciwko mutantom i nawet ci „dobrzy” zaczynają zabijać.
Ale nadciąga coś jeszcze gorszego. Ciemność – złowroga istota pogrzebana głęboko w wzgórzach – zaczyna wzywać niektórych nastolatków uwięzionych w RAMZ, kusi ich, podsuwa myśli, manipuluje nimi.
Ciemność się przebudziła. I jest głodna.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 611
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: Hunger
HUNGER. Copyright © 2008 by Michael Grant. Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved. Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Malwina Stopyra, 2026
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska
Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian
Redakcja: Agnieszka Ewa Zygmunt
Korekta: Robert Narloch, Małgorzata Tarnowska
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl
Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-77-8
WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
– Nie gaś światła – powiedział Caine.
Sam mógł utrzymać włączone światło. Tyle był w stanie zrobić. Da radę. Światło.
Jego serce było, jak zardzewiały, umierający silnik, dudniło jakby miało się rozlecieć. Jego ciało było jak przypalane żelazo, gorące, sztywne, niemożliwe do poruszenia.
Ten ból...
Teraz go dopadł jak ryczący tygrys, rozrywający jego umysł i odbierający samokontrolę. Nie był w stanie z nim żyć. To zbyt okropne.
– Chodź, Sam – Duck szepnął mu do ucha.
– Aaaaa! – wykrzyknął Sam.
– To by było na tyle w kwestii zakradnięcia się do tego czegoś – stwierdził Caine.
To i tak wie, że tu jesteśmy, pomyślał Sam. Nie ma żadnego zakradania. Nie przechytrzymy go. To wie. Sam to czuł. Jak zimne palce, szturchające jego umysł, trącające, szukające jakiegoś wejścia.
To jest piekło, pomyślał Sam. To jest piekło.
Dla Katherine, Jake’a i Julii
Sam Temple był na swojej desce surfingowej. A wokół były fale. Najprawdziwsze, pędzące, rozbijające się, słone fale z białą pianą.
A on znajdował się jakieś sześćdziesiąt metrów od brzegu, w najlepszym miejscu do łapania fal, leżał twarzą w dół, z rękami i stopami w wodzie, prawie odrętwiały z zimna, a jednocześnie jego ubrane w piankę, przypiekane słońcem plecy parowały.
Quinn też tam był, dryfował obok niego, czekając na dobrą falę, która ich podniesie i zabierze w stronę plaży.
Sam obudził się gwałtownie i zakrztusił kurzem.
Zamrugał i rozejrzał się po suchej okolicy. Instynktownie spojrzał na południowy zachód, w stronę oceanu. Stąd go nie widział. A fal nie było już od dawna.
Sam byłby gotów zaprzedać duszę za możliwość przejażdżki na prawdziwej fali.
Otarł wierzchem dłoni pot z czoła. Słońce było jak palnik, zdecydowanie za gorące jak na tę porę dnia. Nie spał wiele. Miał zbyt dużo na głowie. Sprawy. Ciągle sprawy.
Gorąco, odgłos silnika i rytmiczne podskakiwanie Jeepa, który przemierzał drogę gruntową, sprawiły, że jego powieki znowu opadły. Zacisnął je mocno, a potem otworzył szeroko, zmuszając się do zachowania przytomności.
Sen z nim pozostał. Wspomnienie się z nim drażniło. Potrafiłby to znieść dużo lepiej, tak sobie powtarzał. Ten ciągły strach, niekończące się błahostki i rzeczy, za które był odpowiedzialny, gdyby tylko wciąż były fale. Ale od trzech miesięcy nie pojawiła się ani jedna. Żadnych fal, nic poza lekkimi zmarszczkami na wodzie.
Przez trzy miesiące od pojawienia się RAMZ Sam nadal nie nauczył się prowadzić auta. Nauka byłaby jeszcze jedną sprawą, jeszcze jednym kłopotem, jeszcze jednym wrzodem na tyłku. Dlatego Edilio Escobar prowadził Jeepa, a Sam trzymał strzelbę. Z tyłu siedział Albert Hillsborough, sztywny i milczący. Obok niego miejsce zajął dzieciak imieniem E.Z., który w tej chwili podśpiewywał do dźwięków swojego iPoda.
Sam przeczesał palcami włosy, które teraz były zdecydowanie za długie. Nie strzygł się od ponad trzech miesięcy. Spojrzał na dłoń, która okazała się brudna, pokryta kurzem. Na szczęście elektryczność w Perdido Beach wciąż działała, co oznaczało światło, a co jeszcze ważniejsze – gorącą wodę. Jeśli nie mógł posurfować, to przynajmniej weźmie po powrocie długi, gorący prysznic.
Prysznic. Może kilka minut z Astrid, tylko we dwoje. Jakiś posiłek. Cóż, nie posiłek, nie. Puszka czegoś glutowatego nie była posiłkiem. Jego pospieszne śniadanie stanowiła puszka kapusty pastewnej.
To niesamowite, co człowiek jest w stanie przełknąć, jeśli wystarczająco zgłodnieje. A Sam, jak wszyscy inni w RAMZ, był głodny.
Zamknął oczy. W tej chwili nie był już śpiący, chciał tylko wyraźniej zobaczyć twarz Astrid.
To była jego jedyna rekompensata. Stracił matkę, ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, prywatność, wolność i cały świat, który znał..., ale zyskał Astrid.
Przed RAMZ zawsze uważał ją za nieosiągalną. Teraz to, że byli parą, wydawało się czymś nieuniknionym. Ale zastanawiał się, czy kiedykolwiek zdecydowałby się na coś więcej niż patrzenie z dystansu, gdyby nie RAMZ.
Edilio zwolnił nieznacznie. Droga przed nimi była zniszczona. Ktoś ją rozkopał, jakby wytyczał w niej ostre linie.
Edilio wskazał na traktor z bronami. Leżał przewrócony na bok na samym środku pola. W dniu pojawienia się RAMZ rolnik zniknął wraz z pozostałymi dorosłymi, ale traktor jechał dalej, rozorał drogę i wjechał prosto na sąsiednie pole. Zatrzymał go dopiero rów melioracyjny, przez który przewrócił się na bok.
Edilio powoli przejechał przez żłobienia, a potem przyspieszył.
Po lewej i prawej nie było nic poza gołą ziemią, kępami trawy i – gdzieniegdzie – pojedynczym drzewem. Ale przed nimi rozciągała się zieleń.
Sam odwrócił się na swoim siedzeniu, żeby przyciągnąć uwagę Alberta.
– Czyli co to jest to przed nami?
– Kapusta – odpowiedział Albert, uczeń ósmej klasy, odznaczający się niezależnością; miał wąskie ramiona, ubrany był w wyprasowane spodnie khaki, jasnoniebieską koszulkę polo i brązowe mokasyny – dużo starsza osoba nazwałaby to „swobodnym stylem biznesowym”. Był dzieciakiem, na którego wcześniej nikt nie zwracał zbyt wiele uwagi, traktowano go tak samo, jak pozostałych kilku czarnoskórych uczniów szkoły w Perdido Beach. Ale teraz już nikt nie ignorował Alberta, ponieważ to on ponownie otworzył i prowadził McDonald’s w mieście. A przynajmniej do czasu, aż nie skończyły się burgery, frytki i kurczaki.
Nawet ketchupu już nie było.
Na samo wspomnienie hamburgerów Samowi burczało w brzuchu.
– Kapusta? – powtórzył.
Albert skinął w stronę Edilio.
– Tak mówi Edilio. To on znalazł wczoraj to miejsce.
– Kapusta? – Sam zapytał Edilio.
– Przez nią się pierdzi – powiedział Edilio, puszczając oczko. – Ale nie możemy być zbyt wybredni.
– Przypuszczam, że nie byłoby tak źle, gdyby zrobić sałatkę coleslaw – stwierdził Sam. – Prawdę mówić, z chęcią zjadłbym surową kapustę nawet teraz.
– Wiesz, co jadłem na śniadanie? – zapytał Edilio. – Puszkę succotash.
– A czym konkretnie jest succotash? – zapytał Sam.
– To puree z kukurydzy i fasoli. – Edilio zatrzymał się na skraju pola. – Nie może się równać ze smażonymi jajkami i kiełbaskami.
– To tradycyjne śniadanie w Hondurasie? – chciał wiedzieć Sam.
Edilio prychnął.
– Chłopie, tradycyjne śniadanie w Hondurasie, kiedy jesteś biedny, to tortilla kukurydziana, resztki fasoli, a przy dobrym dniu może banan. Przy kiepskim jest tylko tortilla. – Zgasił silnik i zaciągnął hamulec ręczny. – Nie pierwszy raz w życiu jestem głodny.
Sam wstał, przeciągnął się, a potem zeskoczył na ziemię. Był z natury atletyczny, ale nie można go było nazwać onieśmielającym fizycznie. Miał brązowe włosy ze złotymi akcentami, niebieskie oczy i był opalony. Możliwe, że był nieco wyższy niż większość chłopaków w jego wieku, może w trochę lepszej kondycji, ale nikt nie wróżyłby mu przyszłości w NFL.
Sam był jedną z dwóch najstarszych osób w RAMZ. Miał piętnaście lat.
– Hej. To wygląda jak sałata – powiedział E.Z., owijając kabel od słuchawek wokół iPoda.
– Oby – odparł Sam ponuro. – Jak dotąd mamy awokado, co jest w porządku, i melony, a to już wspaniała wiadomość. Ale znajdujemy o wiele za dużo brokułów i karczochów. Mnóstwo karczochów. A teraz kapusta.
– Może doczekamy się pomarańczy – powiedział Edilio. – Drzewa wyglądały dobrze. Po prostu owoce nie zostały zebrane i zgniły tam...
– Astrid mówi, że to dziwna pora na gnicie – oznajmił Sam. – To nie jest normalne.
– Jak Quinn lubi mawiać: „Do normalności nam bardzo daleko” – przypomniał Edilio.
– Kto to wszystko zbierze? – Sam zastanawiał się na głos. Astrid nazwałaby to pytaniem retorycznym.
Albert już miał coś powiedzieć, ale przerwał, kiedy odezwał się E.Z.
– Hej, pójdę przynieść jedną z tych kapust od razu. Umieram z głodu. – Rozwinął słuchawki i znowu wetknął je do uchu.
Kapusty rosły około trzydziestu centymetrów jedna od drugiej, w rzędach, a te były od siebie oddalone o około pół metra. Ziemia pomiędzy nimi była popękana i wyschnięta. Wyglądały bardziej jak rośliny pokojowe o grubych liściach niż jak coś, co można by było zjeść.
To pole nie różniło się zbytnio od tuzina innych, które Sam widział podczas objazdu gospodarstw.
Nie, Sam się poprawił, coś jednak jest innego. Nie mógł do końca pojąć, co to było, ale zdecydowanie wyczuwał jakąś różnicę. Zmarszczył brwi i próbował zrozumie to uczucie, które podpowiadało mu, że coś było... nie w porządku.
Może było ciszej.
Sam wypił łyk z butelki z wodą. Usłyszał, jak Albert przeliczał pod nosem, osłaniał oczy od słońca i mnożył.
– Licząc tak na oko, przy założeniu, że każda kapusta waży około kilograma, mamy tu jakieś trzynaście tysięcy kilo kapusty.
– Nawet nie chcę myśleć, ile to oznacza pierdów – wykrzyknął E.Z. przez ramię, wkraczając na pole pewnym krokiem.
E.Z. chodził do szóstej klasy, ale wyglądał na starszego. Był wysoki jak na swój wiek i nieco pulchny. Cienkie, jasnoblond włosy zwisały mu do ramion. Miał na sobie koszulkę Hard Rock Café z Cancún. E.Z. stanowiło dobre imię dla niego1, bo był łatwy w pożyciu i zwykle znajdował we wszystkim dobrą zabawę. Zatrzymał się jakieś dwa tuziny rzędów dalej i powiedział:
– Dla mnie to wygląda jak kapusta.
– Skąd to wiesz? – odkrzyknął Edilio.
E.Z. wyjął jedną słuchawkę z ucha, a Edilio powtórzył pytanie.
– Nie chce mi się dalej iść. To musi być ta właściwa. Jak mam ją zerwać?
Edilio wzruszył ramionami.
– Stary, chyba będziesz potrzebował noża.
– E tam. – E.Z. ponownie włożył słuchawkę, pochylił się i pociągnął za roślinę. W rezultacie skończył z garścią liści.
– Teraz widzisz, dlaczego tak powiedziałem – zauważył Edilio.
– Gdzie są ptaki? – zapytał Sam, gdy w końcu odkrył, co go niepokoiło.
– Jakie ptaki? – powiedział Edilio, ale zaraz przytaknął. – Masz rację, chłopie, na wszystkich innych polach aż się roiło od mew. Zwłaszcza rano.
W Perdido Beach populacja mew była pokaźna. Dawniej żywiły się resztkami przynęty zostawianej przez rybaków i jedzeniem rzuconym gdzieś obok śmietnika. W RAMZ nie było już resztek, więc mewy przeniosły się na pola, żeby konkurować z wronami i gołębiami. To jeden z powodów, dla których większość znalezionego przez nich jedzenia była zniszczona.
– Wygląda na to, że nie lubią kapusty – skomentował Albert. Westchnął. – Szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto by ją lubił.
E.Z. przykucnął obok kapusty, potarł dłonie, przygotowując się i wsunął je głęboko pomiędzy liście, żeby chwycić główkę. A potem upadł na tyłek.
– Au! – wykrzyknął.
– Nie takie łatwe, co? – zadrwił Edilio.
– A! A! – E.Z. poderwał się na nogi. Prawą ręką trzymał lewą i wpatrywał się w nią uważnie. – Nie, nie, nie.
Sam słuchał tylko jednym uchem. Jego myśli krążyły gdzie indziej, przeczesywał wzrokiem teren w poszukiwaniu ptaków, ale przerażenie w głosie E.Z. przyciągnęło jego uwagę.
– Co się stało?
– Coś mnie ugryzło! – wykrzyknął E.Z. – Au, au, boli. Boli. To... – E.Z. wrzasnął z bólu. Krzyk zaczął się słabo, a potem wzrastał i wzrastał, aż osiągnął poziom histerii.
Sam zobaczył coś, co wyglądało jak czarny znak zapytania na nogawce E.Z.
– Wąż! – Sam zawołał do Edilio.
Ramię E.Z. podskoczyło spazmatycznie i zadrżało gwałtownie. Wyglądało to tak, jakby jakiś niewidzialny olbrzym je trzymał i pociągał tak mocno i szybko, jak tylko mógł.
E.Z. krzyczał i krzyczał, podskakując przy tym jak szaleniec.
– Są w moich stopach! – zawołał. – Są w moich stopach.
Sam stał sparaliżowany przez kilka sekund, tylko kilka sekund – ale później w jego pamięci wszystko wydawało się trwać dużo dłużej. O wiele za długo.
Skoczył do przodu, pędząc w stronę E.Z. Edilio powalił go chwytem za nogi.
– Co ty wyprawiasz? – rzucił Sam, próbując się wyswobodzić.
– Stary, patrz. Patrz! – wyszeptał Edilio.
Twarz Sama znajdowała się zaledwie krok od pierwszego rzędu kapusty. Ziemia żyła. Dżdżownice. Robaki tak wielkie jak grzechotniki wyzierały spod gleby. Tuziny. Może nawet setki. Wszystkie zmierzały w stronę E.Z., który wrzeszczał nieprzerwanie, a cierpienie mieszało się u niego z dezorientacją.
Sam podniósł się na nogi, ale nie podszedł bliżej do skraju pola kapusty. Dżdżownice nie wychylały się poza pierwszy rząd wzruszonej ziemi. Równie dobrze mógł tam znajdować się mur, utrzymujący je po jednej stronie.
Potykając się dziko, E.Z. podszedł do Sama. Szedł, jakby coś raziło go prądem, wzdrygał się i machał rękami, niczym jakaś oszalała kukiełka z połową odciętych sznurków.
Kiedy znalazł się trzy, cztery kroki od niego, może na wyciągnięcie długiego ramienia, Sam zobaczył, jak spod skóry na gardle E.Z. wystrzelił robak.
Potem kolejny ze szczęki tuż przed jego uchem.
E.Z. już nie krzyczał. Osunął się na ziemię i siedział tam, bezwładny, że skrzyżowanymi nogami.
– Pomóż mi – wyszeptał. – Sam...
E.Z. wbijał w niego wzrok. Błagalny. Gasnący. A potem po prostu wpatrywał się w niego pustymi oczami.
Jedyne odgłosy pochodziły teraz od robaków. Miało się wrażenie, że setki ich paszcz wydawały jeden dźwięk; jedna wielka gęba, przeżuwająca z mokrym mlaskaniem.
Robak wypełzł z ust E.Z.
Sam uniósł dłonie, wnętrzem do przodu.
– Sam, nie! – wykrzyknął Albert. A potem dodał ciszej: – On już nie żyje. Już go nie ma.
– Albert ma rację, stary. Nie rób tego, nie pal ich, trzymają się pola, więc nie dawaj im powodu, żeby się na nas rzuciły – wysyczał Edilio. Jego silne dłonie nadal wbijały się w ramiona Sama, jakby go powstrzymywał, chociaż już nie próbował się wyrwać.
– I nie dotykaj go – zaszlochał Edilio. – Perdóneme, Boże wybacz mi, nie dotykaj go.
Czarne robaki wiły się po ciele E.Z. jak mrówki atakujące martwego żuka.
Wydawało się, że minęło bardzo dużo czasu, zanim się z niego zsunęły i zagłębiły się z powrotem w ziemi.
To, co zostawiły po sobie, w niczym nie przypominało już istoty ludzkiej.
– Tutaj jest lina – powiedział Albert, odsuwając się w końcu od Jeepa. Próbował przywiązać lasso, ale ręce trzęsły mu się jak szalone. Podał linę Edilio, który zrobił pętlę i po sześciu pudłach w końcu złapał to, co zostało z prawej stopy E.Z. Razem ściągnęli szczątki z pola.
Pojedynczy, spóźniony robak spełzł z niego i ruszył w stronę pola kapusty. Sam złapał kamień wielkości piłki do softballu i zmiażdżył jego ciało, które po chwili przestał się ruszać.
– Wrócę z łopatą – powiedział Edilio. – Nie możemy zabrać E.Z. do domu, chłopie. Ma dwóch małych braci. Nie powinni tego oglądać. Pochowamy go tutaj.
– Jeśli one się rozprzestrzenią... – zaczął Edilio.
– Jeśli rozprzestrzenią się na inne pola, umrzemy z głodu – powiedział Albert.
Sam walczył z potężną falą mdłości. Po E.Z. zostały głównie kości, ogryzione niezbyt dokładnie. Od początku RAMZ Sam widział już wiele okropnych rzeczy, ale nic tak odrażającego.
Wytarł dłonie o dżinsy. Chciał się zemścić, wysadzić to pole, spalić tyle, ile zdołałby dosięgnąć, aż wszystkie te robale spłoną na popiół.
Ale tam było jedzenie.
Sam przyklęknął obok szczątek leżących na ziemi.
– Byłeś dobrym dzieciakiem, E.Z. Wybacz. Naprawdę... przepraszam. – Cicha, ale rozpoznawalna muzyka nadal sączyła się z iPoda E.Z.
Sam podniósł błyszczące urządzenie i stuknął ikonkę pauzy.
Potem wstał i kopnięciem zsunął martwego robaka z drogi. Wyciągnął ręce, jakby zamierzał pobłogosławić ciało.
Albert i Edilio wiedzieli lepiej. Obaj się odsunęli.
Jasne światło wystrzeliło z dłoni Sama.
Ciało spłonęło i poczerniało. Kości trzaskały głośno, pękając od gorąca. Po jakimś czasie Sam przestał. Zostały tylko popioły, kupka czarno-szarych popiołów, która mogła równie dobrze być pozostałością po grillu.
– Nie mogłeś nic zrobić, Sam – powiedział Edilio, znając dobrze ten wyraz twarzy przyjaciela, to spojrzenie pełne poczucia winy. – To jest RAMZ, stary. To tylko RAMZ.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Obsceniczne graffiti.
Powybijane okna.
Emblematy Ludzkiej Ekipy, ich logo i ostrzeżenia, żeby dziwolągi się wynosiły.
W oddali, na końcu ulicy, zbyt daleko, żeby Sam chciał ich gonić, dwójka dzieciaków, może dziesięcioletnich, a może nawet nie. Ledwo było ich widać w świetle sztucznego księżyca. Tylko zarysy. Podawali sobie butelkę z rąk do rąk, każdy wypijał po łyku, zataczali się.
Trawa rosła wszędzie. Chwasty przebijały się przez pęknięcia w asfalcie. Śmieci: opakowania po chipsach, pierścienie od sześciopaków, plastikowe torby z supermarketu, przypadkowe kartki papieru, elementy garderoby, pojedyncze buty, opakowania po hamburgerach, zepsute zabawki, potłuczone butelki i zgniecione puszki – wszystko, co nie było jadalne – tworzyło przypadkową, kolorową kolekcję. Żałosne wspomnienie lepszych dni.
Ciemność tak głęboka, że w dawnych czasach trzeba by wejść w sam środek dziczy, żeby doświadczyć czegoś podobnego.
Żadnych latarni ani lamp na gankach. Elektryczność nie działała. Może już na zawsze.
Nikt już nie marnował baterii. Zresztą i tak zostało ich bardzo mało.
I niewielu próbowało zapalać świece albo palić śmieci. Nie po tym, jak ogień strawił trzy domy i poparzył jednego dzieciaka tak mocno, że Lanie, Uzdrowicielce, zajęło pół dnia, żeby go uratować.
Woda w kranach nie miała ciśnienia. Z hydrantów zupełnie nic nie leciało. W razie pożaru nie można było zrobić nic, tylko zejść z drogi.
Perdido Beach w Kalifornii.
Przynajmniej kiedyś to była Kalifornia.
Teraz to było Perdido Beach w RAMZ. Niezależnie, co, gdzie i dlaczego istniało.
Sam posiadał moc tworzenia światła. Potrafił strzelać śmiercionośnymi promieniami z dłoni albo tworzyć kule trwałego światła, które zawisały w powietrzu jak latarnie. Jak piorun w butelce.
Ale niewiele osób chciało światła Sama, lub, jak dzieciaki to nazywały, Słoneczka Sammy’ego. Zil Sperry, przywódca Ludzkiej Ekipy, zabronił któremukolwiek ze swoich ludzi brać te światła. Większość normalnych się do tego stosowała, a część dziwolągów nie chciała tak jasno deklarować, kim jest.
Strach się rozprzestrzeniał. Jak choroba. Przenosił się z człowieka na człowieka.
Ludzie siedzieli w ciemności, przerażeni. Ciągle przerażeni.
Sam był we wschodniej części miasta, najbardziej niebezpiecznej, tej, którą Zil ogłosił niedostępną dla dziwolągów. Musiał zademonstrować, że nadal rządzi. Pokazać, że nie pozwoli się zastraszyć kampanią strachu prowadzoną przez Zila.
Dzieciaki tego potrzebowały. Musiały widzieć, że ktoś je chronił. A tym kimś był on.
Wzbraniał się przed tą rolą, ale ona i tak do niego przyszła. I był zdeterminowany, żeby ją odegrać. Zawsze, kiedy ustępował, kiedy tracił skupienie, próbował żyć inaczej, działo się coś okropnego.
Dlatego chodził po ulicach o drugiej w nocy, gotowy. Na wszelki wypadek.
Sam przeszedł niedaleko brzegu. Oczywiście nie było żadnych fal. Już nie. Żadnej pogody. Żadnych ogromnych fal przemierzających Pacyfik, by rozbić się majestatycznie o plaże Perdido.
Obecnie woda zaledwie delikatnie się poruszała. Szzz. Szzz. Szzz. Lepsze to niż nic. Ale niewiele lepsze.
Zmierzał w stronę Clifftop, hotelu i aktualnego domu Lany. Zil zostawił ją w spokoju. Dziwoląg czy nie, nikt nie zadzierał z Uzdrowicielką.
Clifftop znajdował się tuż pod murem RAMZ, stanowiącym granicę odpowiedzialności Sama i ostatni element jego obchodu.
Ktoś zmierzał w jego stronę. Spiął się, obawiając się najgorszego. Bez wątpienia Zil chciałby jego śmierci. A do tego gdzieś tam był jeszcze Caine, jego przyrodni brat. Caine był pomocny przy zniszczeniu gajafaga i tego psychopaty Drake’a Merwina. Ale Sam nie łudził się, że tamten się zmienił. Jeśli nadal żył, z pewnością spotkają się ponownie.
Bóg jeden wiedział, jakie jeszcze potworności czaiły się w blednącej nocy – ludzkie lub nie. W tych ciemnych górach, czarnych jaskiniach, na pustyni i w lesie na północy. A także w zbyt spokojnym oceanie.
RAMZ nigdy nie odpuszczał.
Ale ta postać wyglądała jak dziewczyna.
– To tylko ja, Sinder – odezwał się głos, a Sam się rozluźnił.
– Co tam, Sinder? Trochę późno, co?
Była uroczą gotką, która dotąd trzymała się z dala od wszelkich wojen i frakcji wewnątrz RAMZ.
– Cieszę się, że na ciebie wpadłam – powiedziała. W jednej dłoni trzymała stalową rurkę z rączką zrobioną z taśmy klejącej. Nikt obecnie nie chodził bez broni, zwłaszcza nocą.
– Wszystko w porządku? Masz jedzenie?
To pytanie stało się standardowym powitaniem. Nie „Jak się masz?” ale „Czy masz jedzenie?”.
– Tak, radzimy sobie – powiedziała Sinder. Jej upiornie blada skóra sprawiała, że dziewczyna wyglądała bardzo młodo i bezbronnie. Oczywiście ta rurka, czarne paznokcie i nóż kuchenny zatknięty za pasek nadawał jej nie do końca łagodny wygląd.
– Słuchaj, Sam. Nie jestem z tych, co lubią, no wiesz, donosić na ludzi czy coś takiego – powiedziała. Wyraźnie czuła się niekomfortowo.
– Wiem o tym – odparł i czekał.
– Chodzi o Orsay – wyjaśniła i obejrzała się przez ramię z poczuciem winy. – Wiesz, czasami z nią rozmawiam. Jest całkiem fajna, przez większość czasu. Nawet interesująca.
– Tak.
– Przez większość czasu.
– Jasne.
– Ale wiesz, może też trochę dziwna. – Sinder uśmiechnęła się krzywo. – Choć chyba ja nie powinnam tego oceniać.
Sam czekał. Usłyszał odgłos rozbijanej szklanej butelki i chichoty w oddali gdzieś za sobą. Dzieciaki rzucały opróżnioną butelką alkoholu. Chłopak imieniem K.B. został znaleziony martwy z butelką wódki w dłoni.
– Tak czy inaczej, Orsay jest przy murze.
– Przy murze?
– Na plaży, przy murze. Jest tak jakby, myśli, że... Słuchaj, pogadaj z nią, dobra? Tylko nie mów, że ja ci powiedziałam. W porządku?
– Jest tam teraz? Przecież jest druga w nocy.
– Właśnie wtedy to robią. Nie chcą, żeby Zil albo... albo przypuszczam, że też ty, żebyście się ich czepiali. Kojarzysz to miejsce, gdzie mur schodzi od Clifftop do plaży? Te kamienie? Właśnie tam ją znajdziesz. I nie jest sama. Są z nią też inne dzieciaki.
Sam poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Przez ostatnie kilka miesięcy wykształcił w sobie całkiem dobry instynkt wyczuwania kłopotów. A to mu wyglądało na kłopoty.
– Dobra, sprawdzę to.
– Tak, fajnie.
– Dobranoc, Sinder. Trzymaj się.
Zostawił ją i ruszył dalej, zastanawiając się, jakie nowe szaleństwa czy niebezpieczeństwa go czekały. Wszedł na drogę biegnącą obok Clifftop i zerknął na balkon Lany.
Patrick, labrador Lany, musiał go usłyszeć, bo szczeknął ostrzegawczo.
– To tylko ja, Patrick – powiedział.
W RAMZ pozostało już bardzo niewiele żywych psów i kotów. Jedynym powodem, dla którego Patrick nie skończył jako gulasz, było to, że należał do Uzdrowicielki.
Sam spojrzał ze szczytu klifu i wydawało mu się, że dostrzegł kilka osób na skałach, które były niebezpieczne, kiedy w dawnych czasach on i Quinn brali tam swoje deski i czekali na dużą falę.
Sam nie potrzebował światła, żeby poruszać się po klifie. Mógłby to robić na oślep. Dawniej robił to, taszcząc cały swój sprzęt.
Kiedy dotarł do plaży, usłyszał ciche głosy. Jeden mówił. Jeden płakał.
Mur RAMZ, nieprzenikniona, nieprzepuszczalna bariera, która stanowiła granicę RAMZ, błyszczała prawie niezauważalnie. To nawet nie błysk, a coś na kształt przezroczystości. Szare i puste.
Na plaży rozpalono małe ognisko, które rzucało słabe, pomarańczowe światło na niewielki krąg piasku, kamieni i wody.
Nikt nie zauważył nadejścia Sama, więc miał czas rozpoznać większość z pół tuzina dzieciaków, które tam były. Francis, Cigar, D-Con, kilku innych, i sama Orsay.
– Coś widziałam... – zaczęła.
1 Wymowa jak przy angielskim słowie „easy” oznaczającym „łatwy” (przyp. tłum.) ↩
