Kłamstwa - Michael Grant - ebook

Kłamstwa ebook

Michael Grant

0,0
42,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Minęło już siedem miesięcy, odkąd wszyscy dorośli zniknęli. Siedem miesięcy w świecie, z którego nie ma powrotu.
Martwa dziewczyna wstaje z grobu i znów krąży pośród żywych. Zil i jego ekipa podpalają Perdido Beach, a pośród płomieni Sam dostrzega sylwetkę chłopaka, którego boi się bardziej niż kogokolwiek – Drake’a. Sam i Caine pokonali go razem z Ciemnością… albo tylko im się tak wydawało.
 
Podczas gdy miasteczko płonie, chaos rozlewa się na wszystkie strony: Astrid walczy z Radą, Ludzie Zila ruszają przeciwko mutantom, a Sam musi zmierzyć się nie tylko z dawnym wrogiem, lecz także z własną psychiką.
 
Tymczasem coraz szybciej szerzą się niebezpieczne plotki, podsycane przez prorokinię Orsay i jej tajemniczą towarzyszkę, Nerezzę. Mówią, że śmierć to droga ucieczki z RAMZ. Sytuacja jest gorsza niż kiedykolwiek, a głód i strach doprowadzają dzieciaki na skraj wyczerpaniaAle czy naprawdę uwierzą, że tylko śmierć może dać im wolność?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 441

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Lies

LIES. Copyright © 2010 by Michael Grant. Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Malwina Stopyra, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian

Redakcja: Agnieszka Ewa Zygmunt

Korekta: Robert Narloch, Małgorzata Tarnowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-54-8

WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

– O co chodzi z Orsay?

Sam wzruszył ramionami.

– Chyba jej się wydaje, że jest jakąś prorokinią.

– Prorokinią? Czyli coś jak ci starzy goście z Biblii?

– Zachowuje się tak, jakby miała kontakt z ludźmi po drugiej stronie. Rodzicami i w ogóle.

– To prawda? – zapytał Edilio.

– Nie wiem, stary. Wątpię. Przecież to niemożliwe, prawda?

– Zapewne powinniśmy zapytać Astrid. Ona się zna na takich sprawach.

– Tak, cóż. Wolałbym z tym poczekać.

– Momencik, Sam. Prosisz mnie, żebym o tym też jej nie mówił? Mam ukrywać przed radą dwie poważne sprawy?

– To dla ich własnego dobra – powiedział Sam. – Dla dobra wszystkich.

Dla Katherine, Jake’a i Julii

PIERWSZY

66 godzin, 52 minuty

Obsceniczne graffiti.

Powybijane okna.

Emblematy Ludzkiej Ekipy, ich logo i ostrzeżenia, żeby dziwolągi się wynosiły.

W oddali, na końcu ulicy, zbyt daleko, żeby Sam chciał ich gonić, znajduje się dwójka dzieciaków, może dziesięcioletnich, a może nawet nie. Ledwo było ich widać w świetle sztucznego księżyca. Tylko zarysy. Podawali sobie butelkę z rąk do rąk, każdy wypijał po łyku, zataczali się.

Trawa rosła wszędzie. Chwasty przebijały się przez pęknięcia w asfalcie. Śmieci: opakowania po chipsach, pierścienie od sześciopaków, plastikowe torby z supermarketu, przypadkowe kartki papieru, elementy garderoby, pojedyncze buty, opakowania po hamburgerach, zepsute zabawki, potłuczone butelki i zgniecione puszki – wszystko, co nie było jadalne – tworzyło przypadkową, kolorową kolekcję. Żałosne wspomnienie lepszych dni.

Ciemność tak głęboka, że w dawnych czasach trzeba by wejść w sam środek dziczy, żeby doświadczyć czegoś podobnego.

Żadnych latarni ani lamp na gankach. Elektryczność nie działała. Możliwe, że na zawsze.

Nikt już nie marnował baterii. Zresztą i tak zostało ich bardzo mało.

Niewielu próbowało zapalać świece albo palić śmieci. Nie po tym, jak ogień strawił trzy domy i poparzył jednego dzieciaka tak mocno, że Lanie, Uzdrowicielce, zajęło pół dnia, żeby go uratować.

Woda w kranach nie miała ciśnienia. Z hydrantów zupełnie nic nie leciało. W sytuacji pożarów nie można było zrobić nic, tylko zejść z drogi.

Perdido Beach w Kalifornii.

Przynajmniej kiedyś to była Kalifornia.

Teraz to było Perdido Beach w RAMZ. Niezależnie, co, gdzie i dlaczego ono istniało.

Sam miał moc tworzenia światła. Potrafił strzelać śmiercionośnymi promieniami z dłoni albo tworzyć stale świecące kule, które zawisały w powietrzu jak latarnie. Niczym piorun w butelce.

Ale niewiele osób chciało światła Sama, lub, jak dzieciaki je nazywały, Słoneczek Sammy’ego. Zil Sperry, przywódca Ludzkiej Ekipy, zabronił któremukolwiek ze swoich ludzi brać te światła. Większość normalnych się do tego stosowała, a część dziwolągów nie chciała tak jasno deklarować, za kim jest.

Strach się rozprzestrzeniał. Jak choroba. Przenosił się z człowieka na człowieka.

Ludzie siedzieli w ciemności, przerażeni. Ciągle przerażeni.

Sam był we wschodniej części miasta, najbardziej niebezpiecznej, tej, którą Zil ogłosił niedostępną dla dziwolągów. Musiał zademonstrować, że nadal tu rządzi. Pokazać, że nie podda się kampanii strachu prowadzonej przez Zila.

Dzieciaki tego potrzebowały. Musiały widzieć, że ktoś je chroni. A tym kimś był on.

Wzbraniał się przed tą rolą, ale ona i tak do niego przyszła. I był zdeterminowany, żeby ją odegrać. Zawsze, kiedy ustępował, kiedy tracił skupienie, kiedy próbował żyć inaczej, działo się coś okropnego.

Dlatego chodził po ulicach o drugiej w nocy, gotowy. Na wszelki wypadek.

Sam przeszedł niedaleko brzegu. Oczywiście nie było żadnych fal. Już nie. Żadnej pogody. Żadnych ogromnych fal przemierzających Pacyfik, by rozbić się majestatycznie o plaże Perdido.

Obecnie woda zaledwie delikatnie się poruszała. Szzz. Szzz. Szzz. Lepsze to niż nic. Ale niewiele lepsze.

Zmierzał w stronę Clifftop, hotelu i aktualnego domu Lany. Zil zostawił ją w spokoju. Dziwoląg czy nie, nikt nie zadzierał z Uzdrowicielką.

Clifftop znajdował się tuż pod murem RAMZ, stanowiącym granicę odpowiedzialności Sama i ostatni element jego obchodu.

Ktoś zmierzał w jego stronę. Spiął się, obawiając się najgorszego. Bez wątpienia Zil chciałby jego śmierci. A do tego gdzieś tam był jeszcze Caine, jego przyrodni brat. Caine był pomocny przy zniszczeniu gajafaga i tego psychopaty Drake’a Merwina. Ale Sam nie łudził się, że Caine się zmienił. Jeśli nadal żył, z pewnością spotkają się ponownie.

Bóg jeden wiedział, jakie jeszcze potworności czaiły się w blednącej nocy – ludzkie lub nie. W tych ciemnych górach, czarnych jaskiniach, na pustyni i w lesie na północy. A także zbyt spokojnym oceanie.

RAMZ nigdy nie odpuszczał.

Ale ta postać wyglądała jak dziewczyna.

– To tylko ja, Sinder – odezwał się głos, a Sam się rozluźnił.

– Co tam, Sinder? Trochę późno, co?

Była uroczą gotką, która dotąd trzymała się z dala od wszelkich wojen i frakcji wewnątrz RAMZ.

– Cieszę się, że na ciebie wpadłam – powiedziała. W jednej dłoni trzymała stalową rurkę z rączką zrobioną z taśmy klejącej. Nikt obecnie nie chodził bez broni, zwłaszcza nocą.

– Wszystko w porządku? Masz jedzenie?

To pytanie stało się standardowym powitaniem. Nie „Jak się masz?”, ale „Czy masz jedzenie?”.

– Tak, radzimy sobie – powiedziała Sinder. Upiornie blada skóra sprawiała, że dziewczyna wyglądała bardzo młodo i bezbronnie. Oczywiście ta rurka, czarne paznokcie i nóż kuchenny zatknięty za pasek nadawały jej nie do końca łagodny wygląd.

– Słuchaj, Sam. Nie jestem z tych, co lubią, no wiesz, donosić na ludzi czy coś takiego – powiedziała. Wyraźnie czuła się niekomfortowo.

– Wiem o tym – odparł i czekał.

– Chodzi o Orsay – wyjaśniła i obejrzała się przez ramię z poczuciem winy. – Wiesz, czasami z nią rozmawiam. Jest całkiem fajna, przez większość czasu. Nawet interesująca.

– Tak.

– Przez większość czasu.

– Jasne.

– Ale wiesz, może też trochę dziwna. – Sinder uśmiechnęła się krzywo. – Jakbym ja mogła oceniać.

Sam czekał. Usłyszał odgłos rozbijanej szklanej butelki i chichoty w oddali gdzieś za sobą. Dzieciaki rzucały opróżnioną butelką alkoholu. Chłopak imieniem K.B. został znaleziony martwy z butelką wódki w dłoni.

– Tak czy inaczej, Orsay jest przy murze.

– Przy murze?

– Na plaży, przy murze. Jest tak jakby... Myśli, że... Słuchaj, pogadaj z nią, dobra? Tylko nie mów, że ja ci powiedziałam. W porządku?

– Jest tam teraz? Przecież jest druga w nocy.

– Właśnie wtedy to robią. Nie chcą, żeby Zil albo... albo przypuszczam, że też ty, żebyście się ich czepiali. Kojarzysz to miejsce, gdzie mur schodzi od Clifftop do plaży? Te kamienie? Właśnie tam ją znajdziesz. I nie jest sama. Są z nią też inne dzieciaki.

Sam poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Przez ostatnie kilka miesięcy wykształcił w sobie całkiem dobry instynkt wyczuwania kłopotów. A to mu wyglądało na kłopoty.

– Dobra, sprawdzę to.

– Fajnie, dzięki.

– Dobranoc, Sinder. Trzymaj się.

Zostawił ją i ruszył dalej, zastanawiając się, jakie nowe szaleństwa czy niebezpieczeństwa go czekają. Wszedł na drogę biegnącą obok Clifftop i zerknął na balkon Lany.

Patrick, jej labrador, musiał go usłyszeć, bo szczeknął ostrzegawczo.

– To tylko ja, Patrick – powiedział.

W RAMZ pozostało już bardzo niewiele żywych psów i kotów. Jedynym powodem, dla którego Patrick nie skończył jako gulasz, było to, że należał do Uzdrowicielki.

Sam spojrzał ze szczytu klifu i wydawało mu się, że dostrzegł kilka osób na skałach, o których wiedział, że są niebezpieczne, kiedy w dawnych czasach on i Quinn brali tam swoje deski i czekali na dużą falę.

Sam nie potrzebował światła, żeby poruszać się po klifie. Mógłby to robić na oślep. Dawniej robił to, taszcząc cały swój sprzęt.

Kiedy dotarł do plaży, usłyszał ciche głosy. Jeden mówił. Jeden płakał.

Mur RAMZ, nieprzenikniona, nieprzepuszczalna bariera, która stanowiła granicę RAMZ, błyszczał prawie niezauważalnie. To nawet był nie błysk, a coś na znak przezroczystości. Szare i puste.

Na plaży rozpalono skromne ognisko, które rzucało słabe, pomarańczowe światło na mały krąg piasku, kamieni i wody.

Nikt nie zauważył nadejścia Sama, więc miał czas rozpoznać większość z pół tuzina dzieciaków, które tam były. Francis, Cigar, D-Con, kilku innych i sama Orsay.

– Coś widziałam... – zaczęła.

– Opowiedz mi o mojej mamie – wykrzyknął ktoś.

Orsay uniosła dłoń w uspokajającym geście.

– Proszę, zrobię co w mojej mocy, żeby się skontaktować z waszymi bliskimi.

– Ona nie jest telefonem komórkowym – warknęła ciemnowłosa dziewczyna, stojąca obok Orsay. – Dla Prorokini kontaktowanie się przez barierę jest bardzo bolesne. Dajcie jej trochę spokoju. I słuchajcie jej słów.

Sam zmrużył oczy, nie potrafił rozpoznać tej dziewczyny w migoczącym świetle ogniska. Jakaś koleżanka Orsay? Wydawało mu się, że zna wszystkie dzieciaki w RAMZ.

– Zacznij jeszcze raz, Prorokini – powiedziała ciemnowłosa dziewczyna.

– Dziękuję, Nerezzo – odparła Orsay.

Sam potrząsnął głową, zdumiony. Nie tylko nie wiedział, że Orsay miała taką moc, ale też że zyskała osobistą menedżerkę. Nie kojarzył w ogóle dziewczyny imieniem Nerezza.

– Coś zobaczyłam... – zaczęła ponownie Orsay, ale się zawahała, jakby oczekiwała, że zaraz ktoś jej przerwie. – Wizję.

To wywołało pomruki. A może to był tylko odgłos wody omywającej piasek.

– W wizji zobaczyłam wszystkie dzieciaki z RAMZ, starsze i młodsze. Widziałam je stojące na szczycie klifu.

Wszystkie głowy odwróciły się, żeby spojrzeć na klif. Sam przykucnął, ale zaraz poczuł się głupio: ciemność go ukrywała.

– Dzieciaki z RAMZ, więźniowie RAMZ, patrzyli w stronę zachodzącego słońca. Taki piękny zachód. Czerwieńszy i żywszy niż wszystko, co kiedykolwiek widzieliście. – Wydawała się urzeczona tą wizją. – Taki czerwony zachód słońca.

Cała uwaga ponownie skupiała się na Orsay. Tłumek nie wydał z siebie żadnego dźwięku.

– Czerwony zachód słońca. Wszystkie dzieci patrzyły w czerwone słońce. Ale za nimi znajdował się diabeł. Demon. – Orsay się skrzywiła, jakby nie mogła patrzeć na to stworzenie. – A potem dzieci uświadomiły sobie, że w tym czerwonym słońcu znajdują się wszystkie ich ukochane osoby. Stały z wyciągniętymi ramionami. Matki i ojcowie. Wszyscy razem, przepełnieni tęsknotą i miłością. Czekający z niecierpliwością, żeby powitać swoje dzieci w domu.

– Dziękujemy, Prorokini – powiedziała Nerezza.

– Czekają... – dodała Orsay. Uniosła jedną rękę i machnęła w stronę bariery. – Tuż za tym murem. Tuż za zachodzącym słońcem.

Usiadła ciężko, jak kukła pozbawiona sznurków. Siedziała tam przez jakiś czas, ze zwieszonymi rękami, dłońmi położonymi na kolanach, wnętrzem do góry i opuszczoną głową.

Ale potem podniosła się z drżącym uśmiechem.

– Jestem gotowa – powiedziała.

Przyłożyła dłonie do bariery RAMZ. Sam się wzdrygnął. Wiedział z doświadczenia, jak bolesne to może być. Jakby chwyciło się niezaizolowany kabel pod napięciem. Nie wyrządzało to człowiekowi żadnej krzywdy, ale z całą pewnością tak można było to odczuć.

Wąska twarz Orsay wykrzywiła się z bólu, ale kiedy dziewczyna się odezwała, jej głos był czysty, nieporuszony. Jakby odczytywała wiersz.

– Ona o tobie śni, Bradley – powiedziała.

Bradley to było prawdziwe imię Cigara.

– Śni o tobie... We śnie jesteś na Farmie Knott’s Berry. Boisz się wsiąść na konia... Pamięta, jak starałeś się być dzielny... Twoja matka za tobą tęskni...

Cigar pociągnął nosem. Miał przy sobie samodzielnie stworzoną broń – plastikową, zabawkową szablę, w której koniec wetknął dwustronne ostrze. Włosy miał związane w kucyk za pomocą gumowej opaski.

– Ona... wie, że tu jesteś... Wie... Chce, żebyś do niej przyszedł...

– Nie mogę – jęknął Cigar, a pomocnica Orsay, kimkolwiek była, położyła pocieszająco rękę na jego ramionach.

– ... kiedy nadejdzie czas... – powiedziała Orsay.

– Kiedy? – zaszlochał Cigar.

– Śni o tym, że będziesz z nią już wkrótce... Śni... tylko trzy dni, ona to wie, jest tego pewna... – Głos Orsay przybrał prawie ekstatyczny ton. – Widziała, jak inni to robią.

– Co? – zapytał Francis ostrym tonem.

– ... inni, którzy pojawili się ponownie – wyjaśniła Orsay sennym głosem, jakby sama miała zaraz zasnąć. – Widziała ich w telewizji. Bliźniaczki, te dwie dziewczyny, Anna i Emma... Widziała je... Udzielają wywiadów i opowiadają...

Orsay oderwała dłoń od muru RAMZ, jakby dopiero poczuła ból.

Sam pozostawał niezauważony. Zawahał się. Powinien się dowiedzieć, o co tu chodzi. Ale czuł się dziwnie, jak intruz wchodzący z butami w czyjąś świętą chwilę. Jakby wparował na mszę do kościoła.

Wycofał się z powrotem w najgłębsze cienie klifu, uważając, żeby nikt go nie usłyszał ponad cichym szumem wody.

– To koniec na dzisiaj – powiedziała Orsay i zwiesiła głowę.

– Ale ja chcę się dowiedzieć o moim tacie – nalegał D-Con. – Powiedziałaś, że zrobisz to dzisiaj. Teraz moja kolej!

– Jest zmęczona – pomocnica Orsay odezwała się poważnym tonem. – Nie rozumiecie, jakie to dla niej trudne?

– Mój tata prawdopodobnie jest gdzieś tam i próbuje się ze mną skontaktować – zawył D-Con, wskazując na konkretne miejsce na barierze RAMZ, jakby mógł sobie wyobrazić ojca stojącego dokładnie w tym miejscu, próbującego zobaczyć coś przez zaszronione szkło. – Zapewne jest tuż za murem. Najpewniej... – Zakrztusił się, nie był w stanie kontynuować, a Nerezza przyciągnęła go do siebie i pocieszała jego oraz Cigara.

– Oni wszyscy czekają – powiedziała Orsay. – Wszyscy tam są, tuż za murem. Tak wielu... tak wielu...

– Prorokini spróbuje ponownie jutro – oznajmiła pomocnica. Podniosła D-Cona na nogi. – A teraz idźcie wszyscy. Już. Już!

Grupa podniosła się niechętnie, a Sam sobie uświadomił, że będą zmierzali w jego stronę. Ognisko się zapadło, rozsypując deszcz iskier.

Wycofał się do szczeliny. Nie istniał ani jeden kawałek tej plaży i klifu, którego by nie znał. Czekał i obserwował, jak Francis, Cigar, D-Con i pozostali ruszają ścieżką i znikają w mroku nocy.

Wyraźnie wyczerpana Orsay zsunęła się z głazu. Orsay, prowadzona pod rękę przez swoją pomocniczkę, zatrzymała się. Spojrzała prosto na Sama, chociaż wiedział, że nie może być widoczny.

– Śniłam o niej, Sam – powiedziała. – Śniłam o niej.

Chłopak poczuł, że zaschło mu w ustach. Przełknął ciężko. Nie chciał pytać, ale nie potrafił się powstrzymać.

– O mojej mamie?

– Ona o tobie śni... i mówi... mówi... – Orsay opadła z sił, prawie osunęła się na kolana, ale pomocnica ją złapała.

– Mówi... Pozwól im odejść, Sam. Pozwól im odejść, kiedy nadejdzie czas.

– Co?

– Sam, przyjdzie taka chwila, kiedy świat nie będzie już potrzebował bohaterów. I wtedy prawdziwy bohater będzie wiedział, że powinien odpuścić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki