Znamię rodu - Katarzyna Kuśmierczyk - ebook
NOWOŚĆ

Znamię rodu ebook

Katarzyna Kuśmierczyk

5,0

21 osób interesuje się tą książką

Opis

 Są korzenie, których nie da się odciąć. I klątwy, przed którymi nie ma ucieczki.
Znamię rodu to folk horror zanurzony w słowiańskim cieniu – powieść, w której mroczne legendy Mazur ożywają na granicy światów, splatając się z ludzkim przeznaczeniem.
   Akcja rozgrywa się w dwóch przeplatających się płaszczyznach czasowych – współcześnie oraz w bliżej nieokreślonych czasach przedchrześcijańskich.
Centrum wydarzeń stanowią okolice Rezerwatu Borki w Puszczy Boreckiej, miejsc od pokoleń osnutych lokalnymi legendami. Autorka nadała im jednak nowe znaczenia, splatając historię regionu, dawne wierzenia i własną wizję w jedną, niepokojącą opowieść.
   Po śmierci matki Łucja wraca do rodzinnego domu ukrytego pośród lasów. Chce sprzedać siedlisko, które przez lata próbowała wymazać z pamięci. Zamknąć przeszłość i odejść raz na zawsze.
   Jednak dom nie pozwala o sobie zapomnieć. W jego ścianach wciąż żyją stare szepty, a Puszcza coraz wyraźniej przypomina Łucji o tym, kim naprawdę jest.
Kiedy w okolicy zaczynają ginąć ludzie, a nad jeziorem Walisko pojawiają się niewytłumaczalne ślady, kobieta odkrywa, że należy do rodu Klucznic – strażniczek tajemniczego przechodu ukrytego głęboko w lesie.
Naznaczona symbolem splątanych korzeni i związana z tym miejscem silniej, niż chciałaby przyznać, będzie musiała zmierzyć się z mrokiem starszym od ludzkiej pamięci. Zwłaszcza że granica między światem żywych a tym, co od wieków próbuje przedostać się na drugą stronę, zaczyna pękać...
   Katarzyna Kuśmierczyk po raz kolejny sięga po motywy, które stały się znakiem rozpoznawczym jej twórczości - silne kobiece bohaterki, rodzinne tajemnice oraz ślady przeszłości odciskające piętno na kolejnych pokoleniach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 383

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Poczytajzemna

Nie oderwiesz się od lektury

Czy można uciec od przeznaczenia zapisanego we krwi, jeśli ono od pokoleń cierpliwie czeka na nasz powrót? Sięgając po najnowszą powiść Katarzyny Kuśmierczyk, weszłam w świat w którym poczułam, że nie będzie to zwykła podróż literacka. Od debiutu śledzę twórczość autorki i z ogromną przyjemnością obejmuję patronatem jej kolejne książki, bo wiem, że za każdym razem czeka mnie historia pełna emocji. Autorka ma niezwykły dar budowania nastroju, pisząc obrazowo, subtelnie dawkuje napięcie i sprawia, że granica między tym, co realne, a tym, co ukryte w ludzkiej pamięci i legendach, zaczyna się zacierać. Tym razem jednak zaskoczyła mnie jeszcze bardziej. „Znamię rodu” jest zupełnie inną powieścią niż wszystkie wcześniejsze. To historia folk horror... Autorka zabiera nas na Mazury, w okolice Puszczy Boreckiej, gdzie las skrywa znacznie więcej niż tylko drzewa i ścieżki. Po śmierci matki Łucja wraca do rodzinnego siedliska z zamiarem jego sprzedaży i definitywnego zamknięcia bolesnego rozd...
00



Plik zabezpieczony znakiem wodny z danymi kupującego

Katarzyna Kuśmierczyk

ZNAMIĘ RODU

Jegliniszki – kwiecień 2026

© Copyright by Katarzyna Kuśmierczyk

Grafika na okładce:

Katarzyna Kuśmierczyk z wykorzystaniem AI

Wydawnictwo:

VENEFICA

[email protected]

Korekta:

Bożena Sigismund

Janusz Sigismund

Przygotowanie do emisji EPUB:

VENEFICA

ISBN: 978-83-979337-5-0

Wszelkie opisy miejsc, ich historii i znaczeń mają charakter literackiej interpretacji, a przedstawione w powieści postacie i wydarzenia są fikcyjne i nie stanowią opisu stanu faktycznego ani historycznego.

Wszystkim kobietom moich rodówsilnym i złamanym, obecnym i wymazanym,Tym, które zgubiły drogę,i Tym, które ród przestał nieść…

JAROMIRA

niegdyś

Rozdział I

– Dobromira! Radomir! – krzyknęła w otwarte drzwi zezłoszczona kobieta. – Cięgiem się ino wałkonią, nijakiej wyręki z nich ni ma – sarkała pod nosem Jaromira, otrzepując dłonie z mąki i kierując się w stronę wyjścia.

Jeszcze rosa nie obeschła, tyla co świtać zaczęło, wysłała dziatki do puszczy, Radomir miał chrustu nanieść na rozpałkę, a jego siostra nazbierać poziomek i malin do podpłomyków. Latosi bór był łaskawy, nie skąpił ni zwierza, ni miodu, ni owoców, a i ziemia rodziła obficie. To miał być dobry rok, Mokosz szczodrze darzyła, coby ludziska komory zapasami zapełnili i w długie zimowe wieczory mogli sobie smak lata przypomnieć.

Teraz słońce wysoko stojało, a dzieciny jeszcze nie wróciły.

Jaromira przestąpiła próg i zmrużyła oczy, porażona jasnością ze świata bijącą. Na niebie błękitnym niczym pole niezabudek ni jednej chmurki nie było, jeno słonko błyszczało jak jaki klejnot prześliczny.

Powietrze przesiąknięte żywicznym zapachem drżało od świergotu ptaków różnorakich i bzyczenia pszczół miodnych, a lekki wietrzyk pochylał zioła rosnące w ogrodzie. Pachniało piołunem, wrotyczem i szałwią, zmieszanymi z wonią macierzanki i rumianu.

Kobieta obtarła ręce w zapaskę i osłoniła oczy. Chata ich stojała na samym skraju puszczy, tuż obok ino wiedząca starucha mieszkała, co ludzi leczyła i o święty gaj dbała. Reszta dymów nieco niżej w dolinie położona widoczna teraz jak na dłoni była. Stamtąd dobiegał śmiech i wesołe pokrzykiwaniadziatek. Jaromira wytężyła wzrok, ale wśród rozbawionej gawiedzi nie dostrzegła swoich. Odwróciła się w stronę puszczy, lecz droga ginąca w gąszczu splecionych drzew zaś pustką świeciła.

– Dobromira! Radomir! – powtórzyła wołanie mocniejszym głosem. – Dobromira! Radomir! – spróbowała raz jeszcze, kierując się w stronę boru.

Nie znała przyczyny swego niepokoju, ale poczuła, że serce trzepać się w niej poczęło. Zatchnęło ją i ból przemożny poczuła, tak jakby kto kleszczami piersi jej ścisnął, ani zipnąć nie mogła.

– Dobromira! Radomir! – Teraz nie było to już tylko wołanie zniecierpliwionej maci, a jej głos przesiąknięty był bojaźnią wielką.

Dobrze wiedziała, że puszcza, choć łaskawa i chętnie dzieląca się swymi darami, zbyt śmiałych i nieszanujących bogów pochłonąć potrafiła, w nicość obracając. Od małego dziatki we wsi uczone były, coby w poważaniu bór i zwierza miały, a wyznaczanej, bezpiecznej granicy, nigdy przekroczyć się nie poważyły. Starzyki prawili, co nawet Leszy trzymał się z daleka od mrocznej przestrzeni w samym środku lasu przyczajonej i czyhającej na nieuważnych, a toć on przecie pan borów wszelakich.

– A dyć czego to tak wrzeszczysz? – Podskoczyła, jegdy znienacka usłyszała głos staruchy.

Tuż za nią stała Czębira – drobna, przygarbiona, z włosami szarymijak popiół z ogniska, wymykającymi się spod białej, płóciennej chustki i ślepiami w kolorze ziemi, co jak jaki jastrząb spozierały, tak głęboko, że nikt niczego skryć przed nią nie potrafił. Teraz jej ogorzałą, pociętą zmarszczkami twarz wykrzywiał grymas niezadowolenia.

– Dziecka mi z boru nie wróciły, a skoro świt ich posłałam. Miały z drogi nie zbaczać, w gęstwinę się nie zapuszczać ino chybcikiem…

Czębira nie słuchała dalej, niczym pies, co tropu szuka, odwróciła się w stronę lasu i wyciągając pomarszczoną szyję, węszyć poczęła. Oczy na wpół przymknęła tak, że ino bielmem połyskiwały, a bezzębnymi ustami szeptała słowa, których Jaromira posłyszeć nie potrafiła.

Kobieta w napięciu patrzyła na babkę, a kiedy tamta wpół się zgięła i zachwiała na nogach, osłaniając sękatym kosturem, jakby broniła się przed czym, poczuła jak lód wypełnia jej trzewia od gęby po podołek.

– Coście tam dojrzeli? – wyszeptała przez ściśnięte strachem gardło.

Stara w milczeniu patrzyła na zbolałą kobietę. Jaromira młoda jeszcze była, ledwie trzeci krzyżyk jej szedł, a już tyla nieszczęścia doznała. Pierwej jej rodziciele na zarazę padli, potem wybranka, jegdy tylko zrękowinyprzybili, wilcy rozszarpali, a przeszłego roku ślubny z wyprawy w puszczę nie wrócił, zostawiając ją samą z dwójką drobiazgów. Jak jej teraz powiedzieć, że kolejna pustka w domostwie zagości?

– Do Tego co nigdy nie śpi, poszli. – Stara odwróciła spojrzenie. – Rado przez bór ku nam bieży, ale Dobruchna przepadła…

– Co wy gadacie? Jak? Nie może to być… – bełkotała Jaromira. – Taż wszystkie od maluśkiego przykazane mają prawidła. Nawet najmłodsze pacholęta wiedzą, że zbliżać się do szczeliny nie wolno. Moje nie poszłyby tam z własnej woli… – przerwała, słysząc rumor dobiegający od strony boru.

Pisk i zawodzenie, zmieszane z odgłosem łamanych gałęzi, sprawił, że Jaromira zamarła z półotwartymi ustami, a jej niebieskie jak bławatki oczy zaszkliły łzy. Drżącą dłonią chyciła ramię staruchy, jak gdyby ta miała dodać jej sił w bezmiarze rozpaczy.

Czębira ani drgnęła. Dobrze wiedziała, co z boru wyskoczy. Od chwil kilku czuła wielką bojaźń malca, słyszała jego chrapliwy oddech i przyspieszone bicie serca, a mimo to widok chłopaczka sprawił, że żal ogromny ją ogarnął.

Radomirowi ledwie siódma wiosna szła, ale będąc dwa roki starszy od siostry, zawsze robił poważną i chełpliwą minę, jak na jej opiekuna i jedynego męża w rodzinie przystało. Teraz za to wyglądał jak spłoszona sarna, którą nagonka zagnała wprost pod siekiery i łuki myśliwców. Jasne kosmyki były skołtunione i mokre od potu, brud na licu mieszał się ze łzami i śluzem z nosa cieknącym, a ręce i kolana poklejone miał zaschniętą posoką cieknącą z ran pociętych ostrymi gałązkami jeżynisk i cierni. Biała koszulina świeciła dziurami, a tu i ówdzie wystały z niej gałązki głogu, przytulii i jałowca.

– Matuluuu! – wyrwał mu się z piersi ni to jęk, ni wrzask, jegdy tylko stojące kobiety dojrzał. – Matulu, ratujcie! – Chlipał, przypadając jej do kolan i obłapiając co sił w rękach. – Dobrusię Złe dopadło…

* * *

Niewiela czasu potym Rado leżał w cieniu starej gruszy, kilimkiem lekkim okryty i mlekiem makowym z miodem napojony. Tuż obok zebrała się niemal cała osada, a Mysłomir raz po raz uciszał zebranych.

– Wszystkie wiemy, że co jak co popadnie do Tego co Otwiera i Zamyka, to jego jest! Takie prawo! – Odwrócił głowę, żeby nie patrzeć na zawodzącą Jaromirę. – Od wielu wiosen nikt z naszych nie zginął, ale nie pierwsza Dobromira do rozłupu wpadła, a nikt, kto tamoj trafił, na powrót do żywych nie wrócił…

– Nie wpadła! – zawyła Jaromira. – Zwabiło ją! Przyzwało śmiechem i śpiewem dziatek. Radomir gadał, że jak zaczarowana za głosem poszła. Ratować ją trzeba! Weźta cepy, widły, kije, tak nie może to być… – zawodziła zrozpaczona, szukając zrozumienia w oczach sąsiadów.

Ale ludziska jedno wzrok odwracali i głowy w ramionach kulili. Żal im było wdowy i jej dziecek, lecz nikt nie poważyłby się ręki na Władcę Cieni podnieść. Mysłomir dobrze prawił, jak wiek wiekiem, pakt między ludźmi a Panem Spodu zawarty był – co w otchłań trafi, do martwych należy.

Mroczna zapaść, brama graniczna między światami, różnym siłom żer dawała, ale by mogła trwać i ludzka energia potrzebna jej była. A przecie i tak, choćby kto i pomóc chciał, nic by nie wskórał. Z bogami zwady szukać? Kto śmiałby rękę podnieść na Tego, co między światami sądzi? Taż za to i całą osadę z ziemią zrównać by mogli!

– Nie! – Głos Mysłomira był twardy i doniosły. – Teraz jeno opłakać ją możesz. Nikaj nie pójdziemy, nie dam na zatracenie całej osady sprowadzić dla jednego dzieciaka. Źle córę wychowałaś, że do ciemna poszła. – Jego słowa kłuły Jaromirę jak sztylety. – Poproś staruchę, coby modły odprawiła i światło jej dała. Tyle jeno możesz zrobić. A teraz zbierajta się ludzie na łąki, zlewa idzie, a siano w stogi nie ściągnięte!

* * *

Wszystkie do chat się rozeszły, jeno Czębira tkwiła przy otępiałej z bólu matce. Nie martwiło jej, że wiatr targa im włosy i pierwsze ciężkie krople na twarzy siadają. Jeno Rado do chałupy wniesły, tak i pociągnęła Jaromirę za próg.

– Nie sroż się na sąsiadów, nie naprzeciw tobie robią, jeno paktu wieczystego pilnują. Jegdy weszliby na czarną ziemię, kamień na kamieniu z osady by nie ostał, a i tak nic by nie zwojowali. Ale jakem jeszcze młódką była, Sędzimira prawiła – wspomniała imię poprzedniej staruchy – co zanim przymierze z Panem Spodu zawarto, często dziatki z wioski znikały. Naówczas nie tylko to, co na martwe pole weszło, zabierał. Jego sługi, cień niosący, porywali wszystko co do kniei zabłądziło. Takoż i razu pewnego dziewkę nadobną wzięli, a córa to była jedyna starszego osady. Jak i ty teraz, jej mać zaklinała sąsiadów, coby z odsieczą ruszyli, lecz nawet jej mąż słuchać tych błagań nie chciał. Wiedział, że swoją butą i złością zagładę na dymy ściągnie. – Na te słowa Jaromira oczy otarła i uszu uważniej nastawiła. – Ale serce matki jeno dla tej dziewki biło. Gdy wieś do snu się ułożyła, ona pod osłoną nocy, do szczeliny poszła. Nikt nie wie, co tamoj się zadziałało, ale rankiem dziewucha doma wróciła, a o matuli słuch zaginął…

– Czekajcie! – przerwała niecierpliwie Jaromira. – Wybłagała zamianę? Miast córki siebie dała? – dopytywała rozpalona.

– Widać tak. – Starucha smutno pokiwała głową. – Miłość bezgraniczna być to musiała.

– Zajmiecie się moim potomstwem? – Kobieta zerwała się na równe nogi, gotowa w każdej chwili ruszyć do boru. – Dopilnujecie ich? Nie dacie ukrzywdzić? – Głos jej się łamał jegdy na synka spojrzała.

– Idź, dziecko. – Czębira lekko pchnęła ją pomarszczoną dłonią. – Zrób, co musisz. Póki mnie stanie, twoje dziadki głodu ni chłodu nie zaznają.

* * *

Jaromira nie wiedziała, jak długo szła przez knieję. Deszcz dawno ucichł, a słońce, choć ciągle jeszcze wysoko na niebie świeciło, ledwie przebijało przez gęstwinę zwartych, potarganych gałęzi. Drżące światło nie białe było, lecz złotozielone i tam gdzie padało, rozjaśniało cień kładziony przez powyginane wiatrami, omszałe pnie drzew. Wszędzie indziej znaki widome były,że to nie tylko bór zielony, przez Leszego strzeżony, ale i dom bogów, starszych niźli świat, co go stworzyli.

W miejscach, do których promienie nie docierały, czaił się mrok: gęsty, wilgotny, ciężki i oblepiający niczym głodna materia pulsująca ciemnym rytmem, co żywiciela szuka. Spowijał kamienie, wywroty i plątaninę krzewów, a stamtąd sączył się chłód, nie taki zwykły, ale na wskroś gnaty przeszywający. Dookoła pachniało ściółką, grzybami, gnijącym drewnem i żywicą balsamiczną z kory, niczym z ran wyciekającą.

W puszczy nigdy cicho nie było, ale im bardziej w gęstwinę wchodziła, tym i mniej ptaków słychać między gałęziami. Zwolna cichło skrzeczenie srok, pogwizdywanie wilg i wesołe kukanie kukułki, nawet kruki i wrony coraz rzadziej się odzywały. Za to zewsząd otaczały ją głosy lasu: trzeszczeniekory, szelest liści i trzask łamanych gałęzi. Były jak cichy śpiew kniei, która nigdy nie zasypia, czasem tylko przerywany głuchym postukiwaniem dzięcioła.

Nogi pokłute miała od jeżynisk, przedramiona obolałe od smagających gałęzi, oczy zalewał pot, a w piersi zaczynało brakować tchu, ale z zaciśniętymi ustami i nadzieją w sercu, parła naprzód bez ustanku i odpocznienia.

Dobrze wiedziała, że jest już blisko. Puszcza z zielonej i żyjącej stawała się coraz bardziej głucha i martwa. Teraz mniej było drzew do słonka gałęzie wystawiających, a więcej drzewnych rumowisk, splątanych tak, że żadna siła rozdzielić ich nie mogła. Pnie, złamane wpół i wyrwane z korzeniami, spoczywały jeden na drugim, czarne od wilgoci, spowite poczerniałym, pogniłym mchem i obklejone obślizgłymi grzybami. Gdzieniegdzie między kłodami woda stojała, nieruchoma i ciężka, pochłaniająca wszystko co obumarło w lesie. Korzenie sterczały w powietrzu, poskręcane, z resztkami ziemi i liści, jak ręce wyciągniętepo pomoc, której nikt dać im nie chciał. Z każdym krokiem powietrze gęstniało, całkowicie zniknął zapach sosen i świerków, a wkoło unosiła się woń zgnilizny i śmierci, przesycona chłodem, co mroził nie członki człowiecze, ale duszę.

Puszcza zwierała ramiona, gałęzie splatały się i zamykały, ziemia nie chciała pokazać, co skrywała w swych trzewiach. Mimo że drzewa były tu potężniejsze, to nie wyglądały jak żywe. Ich kora była gruba, pocięta siecią bruzd, a spomiędzy nich sączyły się czarne, oleiste krople, przypominające łzy pomarłych. Pnie powyginane niczym diabelskim tańcem, liście i ściółka miały kolor popiołu, a korzenie wystające spod ziemi przypominały palce potępionych, co o modlitwę błagają.

Ale najgorsza była cisza. Puszcza, która nigdy nie zasypia, teraz milczała. Nie było szumu wiatru, brzęczenia owadów, szelestu drzew, nawet pękające pod stopami gałązki nie wydawały najcichszego trzasku. Bór trwał w bezruchu, jakby całkiem dech stracił i w martwocie zawisł, a mrok osadzał się na wszystkim, czego dotknął.

Jaromira już z oddali dostrzegła wyrwę. W rozlewisku otaczającej czerni pulsowała krwistą, mroczną poświatą, niczym chory, głodny organizm węszący żer. Nie miała gładkich brzegów, była jak poszarpana rana, pęknięcie, którego ziemia nie chciała, tak stare, że nikt z ludzi nie pamiętał, kiedy się rozwarło. Wokół ziejącej grozą rozpadliny nie było niczego – drzew, krzewinek, kamieni – ino ruda glina, co wyglądała jak ogniem spalona, niczym popiół z posoką zmieszany.

Jaromira wiedziała, że jest u kresu wędrówki. Choć jej oczy po raz pierwszy ujrzały rozłup, każdą częścią swojej istoty czuła to miejsce. Dotarła tam, gdzie kończy się wszystko, a zaczyna to, co niepojęte. Drogi, z której powrotu nie będzie.

* * *

Kobieta przez chwilę trwała w głuchej ciszy, uważnie wpatrując się w miejsce, które budziło przestrach – otchłań czarną i bezdenną, ziejącą chłodem i czymś, czego nazwać nie potrafiła, a co tętniło pod spękaną skorupą.

Nie była pewna cóż teraz zrobić powinna? Starzyki prawili, że co w krąg wejdzie – Jego jest! Jeśli chciała wymiany, siebie za córkę ofiarować, to granicy przekroczyć nie mogła. Stała więc jak przykuta, nie mogąc postąpić do środka, ni cofnąć się do kniei.

Wiedziała, że już o niej wie. Wyczuł ją, zanim do celu dotarła. Teraz musi przyczaił się i z ukrycia podpatrywał jej poczynania. Prawem niepisanym, a od wieków szanowanym przez wszystkich, tylko to, co samo wlezie do środka, zabrać mógł. Ofiara z własnej woli wstąpić do jamy musiała, dlatego ludziom w głowach mieszał i zwidy na nich sprowadzał, jegdy mu iskry żywych brakować zaczynało.

– Witajcie, Panie Głębi i Ciemności – wyszeptała przez zaciśnięte bojaźnią gardło i zamarła w oczekiwaniu.

Nic się nie stało. Powietrze ani drgnęło, cisza nadal kłuła w uszy, a z wnętrza rozpadliny nic na wierzch nie wylazło.

– O czcigodny, przyszłam prosić cię o zmiłowanie i ofiarę złożyć – spróbowała raz jeszcze mocniejszym głosem.

Pierwej poczuła chłód, który spowił ją niczym wilgotny całun, docierając do każdego zakamarka ciała. A potym zmieniła się cisza… Powietrze zgęstniało i zadrżało niczym najcieńsza skóra na żerdziach napięta. Jaromira była niemal pewna, że jak dłoń wyciągnie, to opór napotka, albo i co gorsze ręki wyjąć nie zdoła. Ale za nic to miała. Nie dbała o to, co się z nią stać może, jeśli tylko zdoła dziecię uratować.

Bez zastanowienia padła na kolana, chylając się jak najbliżej ziemi. Nie czuła już lęku, a serce jej wypełniało błaganie i nadzieja. Jeśli na zatracenie pójść musi, niech i tak będzie, byle córę oddał.

– Panie mój! – zawyła jak zwierz dziki. – Nie przyszłam się tu targować, jeno z błaganiem uniżonym. Zlituj się, oddaj co nie twoje jest! Moją krew, serce moje, Dobrusię ukochaną, a ja ci w zamian siebie ofiaruję! Zdrowam, sił jeszcze mam wiela, ręce mocne… – łkała. – Co chcesz uczyń ze mną, ino dziecię oddaj.

Z rozpadliny żaden głos nie dobiegł, jeno ziemia nagle zadrżała i ugięła się lekko. Ciemność w głębi otchłani poruszała się i zafalowała, a z jej trzewi pogłos głuchy poszedł, niczym smrodliwy wyziew dusz potępionych. A potym jeden po drugim, cienie wypełzać poczęły. Bez kształtu, twarzy i życia. Poczerniałe, wyblakłe, upiorne. Przyczajone w gotowości, wpatrywały się w nią uporczywie, choć oczu żywych nie miały.

Pełzły wolno, ciężko, jakby każdy ich ruch był pamięcią dawnego bólu. Jedne sunęły tuż przy ziemi, ciągnąc za sobą smugi chłodu i wilgoci, inne chwiały się wysoko, niby dym nad dogasającym ogniskiem.

Jaromira wiedziała, czym są. Były tam topichy, co we wodę ludzi ciągną i oddech kradną, spaleńce, czarne od ognia, których dusz dym nie oczyścił, baby cmentarne, pochylone, cicho zawodzące przy mogiłach, paskudniki bezimienne, zrodzone z lęku i choroby. Były strzygi rozdarte między życiem a śmiercią, południce blade jak popiół, licha przynoszące zgubę i mamuny, które cudzym płaczem się karmią. Wszystko, co śmierć i niedolę niosło – Jemu służyło.

Ale pośród roju paskudztwa, co wychynął z niebytu, dostrzegła i inne: cichsze, mniejsze, nieśmiałe – dusze potępione, krwawych ofiar zwabionych, oddanych nie z woli, lecz z podstępu, by moc wejścia w zaświaty utrzymać. Nie krzyczały i nie jęczały, jeno stały nieruchomo, skupione, niczym nadal trwające w chwili własnej śmierci.

Jaromira zadrżała, czując, że ostatnia godzina na nią przyszła, lecz ani o krok się nie cofnęła. Wiedziała bowiem, że kto raz stanął u tej jamy i został naznaczony spojrzeniem bez oczu, temu odwrotu już nie dano. I wtedy pojęła, że nie przyszły po nią, a jeno sprawdzić, czy ofiara jest prawdziwa i z duszy płynąca.

W tej jednej chwili majaki znikły, niczym dym po polach się rozeszły, śladu po sobie nie dając, a miast tego śmiech usłyszała. Dziecinny, beztroski, niewinny – umiłowany śmiech Dobrusi.

– Córcia moja – wyszeptała zbielałymi ustami. – Dam ci wszystko, co zechcesz, tylko oddaj ją. – Chlipała, ślazami spopielałą ziemię kropiąc, a gdzie łza jej spadła, tam źdźbło zielone z pomarłej skorupy wyrastało.

– Możeś ty i coś warta – usłyszała nagle głos dochodzący z otchłani. Był głuchy jak rozbity dzban, ale mocny i twardy, taki co słowa wypowiedziane na zawsze zostawia w głowie człowieczej. – Jeszcze tu nikt taki nie zbłądził, co jego miłość moc miała tak wielką, że potępieńcom nadzieję przyniosła, cień śmierci od siebie odsuwając.

Głos umilkł równie niespodziewanie, jak się pojawił, a z wnętrza rozpadliny buchnął chłodny powiew, co woń świeżą niósł i nadzieję. Na chwil zaś kilka wszystko w bezruchu zamarło, a potym nagle na brzegu głębi pojawiła się dziewuszka złotowłosa, wesoła, bez uszczerbku żadnego, jakby przed chwilą bawić się skończyła. Nie oglądając się za siebie, do granicy kręgu podbiegła.

– Głodnam, matulu. – Uśmiechnęła się szczerbatymi usteczkami i wtuliła całym ciałem w ramiona Jaromiry.

– Mojaś ty – pogłaskała małą po główce, z trudem dźwigając się z kolan. – Leć w stronę chaty, tam Czębira i Rado cię już wypatrują i strawę na wieczerzę warzą…

– Obie ostańcie! – Głos spod ziemi niemal ogłuszył je swoją mocą. To nie była prośba, ale rozkaz, co wolę odbierał i do posłuszeństwa zmuszał.– Nie wezmę cię do siebie, inny plan mam. Puszczę was wolno, ale od dziś ród wasz, aż do końca dni swoich służyć mi będzie…

ŁUCJA

współcześnie

Rozdział II

– Jesteś pewna? – głos męża wyrwał Łucję z zadumy. – Może powinnaś z tym poczekać?

Kobieta z niechęcią oderwała wzrok od białych płatków wirujących za oknem, pierwszych zwiastunów zimy, które topniały, zanim zdążyły okryć zrudziałą trawę, i przeniosła roztargniony wzrok na Igora. Jego ciepłe, brązowe oczy wpatrywały się w nią z troską i oczekiwaniem.

Po dwudziestu trzech latach małżeństwa aż za dobrze znała tę minę. Mimo że w głosie brzmiało pytanie, to zmarszczone czoło, zaciśnięte szczęki i lekko wykrzywione kąciki ust, krzyczały – odpuść!

– A kiedy według ciebie mam pojechać? Kupiec chce zobaczyć dom zaraz po nowym roku, do świąt pozostało ledwie trzy tygodnie, więc to chyba najlepszy moment? Sam wiesz, że tego nie planowałam. Zresztą myślę, że tydzień powinien mi wystarczyć na uporządkowanie wszystkich spraw…

– Nie o to pytam – mężczyzna przerwał jej stanowczym głosem. – Naprawdę jesteś pewna, że chcesz sprzedać ten dom? To dobra lokata kapitału, ceny nieruchomości na Mazurach rosną z roku na rok, przetrzymajmy go jeszcze. A może Lena zechce tam kiedyś zamieszkać?

– Wcale nie jestem pewna – kobieta westchnęła ciężko. – Ale nie byliśmy tam od czterech lat, a niezamieszkany, nieogrzewany dom dziczeje i popada w ruinę. Cena, jaką zaproponował ten człowiek, jest bardziej niż korzystna. Powiedziałabym, że znacznie przewyższa wartość rynkową domu. To okazja. – Zakończyła zmęczona bezprzedmiotową dyskusją, jaką prowadzili od kilku dni.

– Ale… – Igor nie zamierzał odpuścić.

– To mój dom – przerwała obcesowo argumentem, którego nie powinna używać. – A ty dobrze wiesz, że Lena nigdy nie wyprowadzi się z Wrocławia. Nieraz podkreślała, że za nic nie będzie mieszkać na prowincji. – Przytoczyła zdanie wielokrotnie wypowiadane przez ich córkę, która bezgranicznie zakochała się w mieście, w którym właśnie kończyła studia.

– Rób, jak chcesz – teraz w głosie męża zabrzmiała uraza i rezygnacja.

– Właśnie taki mam zamiar. Wzięłam cały zaległy urlop i wyjeżdżam jutro z samego rana. – Zakończyła konfrontacyjnie.

Igor spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale tym razem nie pozwolił sobie na żaden komentarz. W milczeniu sięgnął po leżącą na stole książkę i włożył na głowę staromodne słuchawki.

Łucja wiedziała, że w ten sposób odcina się od świata i tłumi emocje. Mogłaby się założyć o każdą sumę, że w jego uszach dudnił jakiś utwór Szostakowicza. Pewnie „Babi Jar”, który mąż uwielbiał.

Patrzyła jak w rytm utworu postukuje szczupłymi palcami spoczywającymi na oparciu fotela i nagle przyszło jej do głowy, jak bardzo oddalili się od siebie przez te wszystkie lata. Kiedyś pokłóciliby się zawzięcie, a potem równie namiętnie godzili, ale od dawna wszystko między nimi było letnie, niczympocałunek z obowiązku. Lubili się, szanowali, chyba nawet przyjaźnili, ale żar, jaki niegdyś płonął, dawno wygasł.

A dom był jej i tylko jej. Odziedziczyła go cztery lata temu po śmierci matki i po raz ostatni była tam właśnie na jej pogrzebie. Nie miała rodzeństwa, ojciec zostawił je, kiedy miała niespełna dwa latka. Nawet testament nie byłby potrzebny, chociaż przezorna rodzicielka i tak go spisała.

Łucja była jedyną spadkobierczynią, a teraz zamierzała sprzedać siedlisko.

– Posłuchaj! – Delikatnie zsunęła słuchawki z głowy Igora. – To naprawdę spora szansa. Nie sądziłam, że ktoś będzie chciał go kupić, szczególnie po tym, co wydarzyło się dwa lata temu – nadal szukała zrozumienia w jego oczach.

– Może masz rację – przytaknął bez przekonania – ale jeżeli nabywca chce zapłacić półtora miliona za taki dom, to zapewniam cię, że wart jest o wiele więcej…

– Tak myślisz?! – Łucja znowu przerwała mu bezceremonialnie. – Tylko jak to się ma do cen w okolicy? Żaden dom, i to w dużo lepszym stanie, nie sprzedał się za tyle. Przecież tam nawet nie ma jeziora, w którym można się kąpać. – Starała się zachować spokój.

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Zresztą Walisko jest – dodał niechętnie.

– Cały ty. – Kobieta ledwie pohamowała wybuch złości. – Nie wiesz, ale jak zwykle, wiesz lepiej! – Rzuciła mu słuchawki na kolana. – Nie przekonałeś mnie, a teraz idę się pakować!

* * *

Łucja była potwornie zmęczona. Od kilku dni wałkowali ten temat z równie kiepskim rezultatem.

Kupiec odezwał się do niej z końcem listopada. Poprosiła o kilka dni zwłoki – musiała się zastanowić – ale prawdę powiedziawszy, decyzję podjęła niemal natychmiast. Sprzeda ten cholerny dom i wszystkie problemy z nim związane.

Na własne wspomnienia mogłaby machnąć ręką, były tylko jej. Żadennabywca nie mógł zajrzeć do jej głowy. Ale historia sprzed ponad dwóch lat kładła się cieniem na tym miejscu, a niezwykłe opowieści i dość nietypowa okolica, mogły tylko obniżyć cenę, a nie ją podbijać.

Pamięta jak dziś, właśnie minął rok i osiem miesięcy od chwili gdy pochowała matkę, kiedy zadzwoniła do niej Urszula, koleżanka jeszcze z liceum. Jedna z nielicznych, z którymi przez te wszystkie lata nadal utrzymywała kontakt.

Ulka skończyła biologię, była uznanym w środowisku naukowym mykologiem i miała poprowadzić jakieś ważne badania w Puszczy Boreckiej. Łucja nie pamiętała już czego dotyczyły, a jedynie to, że koncentrowały się wokół Rezerwatu Borki. Podekscytowana koleżanka wielokrotnie powtarzała słowo: zlichenizowane – cokolwiek znaczyło – i błagała ją o wynajęcie domu na miesiąc.

Łucja nie miała najmniejszej ochoty go udostępniać, ale nie potrafiła odmówić przyjaciółce. Wiedziała, że ich siedlisko leży najbliżej terenu prac i lepszego miejsca na kwaterę nie znajdą. Wprawdzie tuż przy Diablej Górze była stacja badawcza, w której czasem nocowali pracownicy monitoringu środowiska, ale terminy zaplanowane przez Ulkę nieszczęśliwie zbiegły się z jakimś ważnym, międzynarodowym programem pomiarów klimatycznych, więc o miejscach noclegowych mogła zapomnieć.

 Ich grupa była niewielka. Ula miała przyjechać ze swoim partnerem – równie znanym lichenologiem i dwoma stażystami, którzy mieli pomagać im w pobieraniu i opisywaniu materiału badawczego.

Łucja w końcu się zgodziła, wysłała instrukcję, jak uruchomić wodę, gaz i prąd, za który z niewiadomych przyczyn nadal płaciła, nie potrafiąc zdecydować się na odłączenie, i powiedziała, gdzie schowane są zapasowe klucze. Odmówiła też przyjęcia całkiem sowitej zapłaty, bo czuła, że gdyby wzięła te pieniądze, matka nigdy by jej nie darowała.

Na początku nic nie wskazywało na nadciągającą tragedię. Dwa pierwsze tygodnie upłynęły im na intensywnej pracy: gromadzeniu próbek, sporządzaniu opisów, zbieraniu materiału fotograficznego oraz eksploracji terenów bagiennych, do których, ze względu na zakaz wstępu i surowe kary administracyjne nakładane na niepokornych, docierali tylko nieliczni.

To był schyłek lata, jeden z ostatnich dni sierpnia, kiedy Ula i Sławek zakończyli pierwszy etap badań, a uczcili to dniem wolnym i wycieczką rowerową. To był też ostatni dzień, kiedy ktokolwiek ich widział. Kiedy zapadł zmrok zaniepokojeni stażyści zgłosili zaginięcie.

Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. Ich rowery odnaleziono nieopodal jeziora Walisko, ale bez żadnych śladów wskazujących na użycie przemocy. Stały pod rozłożystym dębem, tak jakby czekały na powrót właścicieli, którzy rozpłynęli się w kniei. Jeszcze ciekawszy był fakt, że wraz z nimi zniknęły wszystkie prowadzone zapiski i zdjęcia. Zostały ubrania, rzeczy osobiste, drogi sprzęt elektroniczny. Zniknęły tylko laptopy i notesy.

Mnożyły się plotki, cała okolica żyła tym niewyjaśnionym zniknięciem, a kilkunastu turystów odwołało swoje rezerwacje w pensjonatach.

Jeżeli Igor uważa, że ta historia nie jest powodem do obniżenia ceny, to grubo się myli – rozmyślała, kończąc pakowanie.

Rozdział III

Łucja zjechała z trasy szybkiego ruchu i ledwie minęła Stare Juchy, gdy z nieba posypały się kłęby białego, wilgotnego puchu.

– Cholera jasna, jeszcze i to – syknęła, włączając wycieraczki i ogrzewanie tylnej szyby.

Przed wyjazdem dokładnie sprawdziła prognozy. Zarówno te długoterminowe, jak i te godzinowe na dzisiaj, zapowiadały słońce i lekki plus. Ale rzeczywistość spłatała jej niemiłą niespodziankę. Termometr w aucie wskazywał minus dwa stopnie, a mokry, ciężki śnieg leciał grubymi płatami i szczelnie obklejał wszystko, co napotkał na drodze.

Szosa natychmiast pokryła się mazistą breją, zwolna zmieniającą się w szklistą ślizgawkę. Brak aut jadących przed nią i asfalt szczelnie otulony białą okrywą, nie poprawiały jej humoru. Wiedziała, że o pługu i piaskarce może zapomnieć. Skoro opadów nikt się nie spodziewał przez kilkanaście najbliższych dni, to sprzęt pewnie nawet jeszcze nie przeszedł przeglądu przed sezonem zimowym. A droga na Wolisko nie była w pierwszej kategorii odśnieżania. Cóż – nie była nawet w dziesiątej. Tu czas, miejsca i ludzie rządzili się zupełnie innymi prawami, a śnieżycę najlepiej było przeczekać w domu.

– Pięknie, po prostu cudownie! – jęknęła, kiedy auto podskoczyło na niewidocznej pod śniegiem dziurze i niebezpiecznie zjechało do lewego pobocza.

Łucja mocniej zacisnęła ręce na kierownicy i w myślach pogratulowała sobie pomysłu podmiany samochodu. Zostawiła jęczącemu Igorowi swoją zgrabniutką Yariskę, a w zamian zażądała kluczyków od jego Land Cruisera.

Wychowała się na Mazurach, dobrze wiedziała, że bez napędu 4X4 daleko nie zajedzie, a szczególnie późną jesienią, zimą i wczesną wiosną, kiedy wiele lokalnych dróg zamieniało się w surwiwalowe szlaki, pełne błota, kolein i połamanych gałęzi. Jedyny minus zmiany auta to ręczna skrzynia biegów, a od tego już trochę odwykła. W głowie ciągle dźwięczały jej ostatnie słowa męża: – Tylko delikatnie z nią… – krzyczał, kiedy zamykała drzwi.

 Jak gdyby w odpowiedzi na tę myśl coś zachrobotało zgrzytliwie, kiedy próbowała zredukować bieg, ale auto nadal parło do przodu niczym czołg.

Czas miała bardzo dobry, dopiero minęła dziewiąta. Z Warszawy do Ełku dojechała w dwie i pół godziny. Ze Starych Juch zostało jej niewiele ponad dwadzieścia kilometrów, ale już wiedziała, że ten odcinek będzie najtrudniejszy i czasowo najgorszy do pokonania. Wlekła się więc niecałe czterdzieści kilometrów na godzinę i modliła w duchu, żeby nic gorszego się już nie wydarzyło.

* * *

Kiedy tylko wjechała do Puszczy Boreckiej, poczuła dziwne kłucie w okolicy serca, niepokój mieszał się z radością, że w końcu wraca do domu. Odpędziła te myśli i skupiła się na drodze, która w gęstwinie poplątanych drzew stawała się coraz węższa i bardziej wyboista. Nagle wszystko spowolniło: krajobraz, oddech, wspomnienia. Nawet śnieg przestał padać, jakby wirujące płatki mogły zaburzyć jej postrzeganie tego niezwykłego miejsca.

Patrzyła na mijane, poprzyginane do ziemi i oblepione porostami drzewa, jakich próżno szukać w innych polskich lasach. Ich poskręcane pnie wyglądały jakby rosły w bólu i pod ciężarem czegoś, co kryło się w zwartej, puszczańskiej gęstwinie. Cienkie gałęzie spowijały szarozielone pasma, które zwisały niczym wilgotne, omszałe włosy, podrygując przy każdym podmuchu wiatru. Niektóre, całkowicie porośnięte szarymi porostami, zdawały się uginać pod ich ciężarem, błagając, by ktoś zdjął z nich ten balast.

Nie była tu przez tyle lat, a mimo to potrafiła odtworzyć każdy zakręt, ścieżkę i bagno. Czuła, że wraz z kolejnym przejechanym kilometrem zbliża się do czegoś, co jest jej i co dobrze zna, ale do czego wcale nie chce i nie powinna wracać.

Łucja potrząsnęła głową, chcąc odgonić ponure myśli i włączyła radio, od zawsze nie znosiła ciszy. Miała uczucie, że czai się w niej coś złego i prastarego. Zamiast muzyki usłyszała jedynie biały szum, przerywany cichymi trzaskami. Spojrzała na wyświetlacz, zakres był ustawiony prawidłowo i wskazywał pasmo wybranej stacji, ale pewnie i tak nie złapie zasięgu w środku lasu. Niezadowolona przeniosła wzrok na drogę.

– Matko jedyna! – jęknęła i w ostatniej chwili wbiła nogę w pedał hamulca.

Auto zakołysało się, jakby chciało tańczyć, a potem, jak w zwolnionym tempie, wykonało pełny obrót i zatrzymało się o kilka centymetrów przed ogromnym czarnym jeleniem.

Łucja czuła jak wali jej serce, była niemal pewna, że jego łomotwypełnia echem okolicę i stworzenie, które zagrodziło jej drogę, też go słyszy. Z trudem przełknęła ślinę przez ściśnięte strachem gardło i dopiero wtedy dokładnie przyjrzała się zwierzęciu, które stało przed maską.

Powiedzieć, że to był jeleń, to nic nie powiedzieć. Nigdy w życiu nie widziała takiej istoty. Musiał mieć ponad dwa metry wzrostu, był zwalisty i potężny. Jego czarna jak sadza sierść skrzyła się drobinami lodu, który okrywał go niczym dera, a z wieńca srebrzystych rogów mógłby obdzielić ze trzy kozły. Ale najbardziej niezwykła była głowa. Nie przypominała typowego jelenia. Jego ciemne, ogromne oczy miały w sobie upiorną poświatę mroku, a z pyska – bardziej wilczego niż jeleniego – buchały kłęby pary i kapała spieniona, brunatnoczerwona ślina.

Łucja zamarła w bezruchu. Powinna być przerażona, ale po pierwszej fali strachu spowodowanej poślizgiem, powoli wracało opanowanie. Nie umiałaokreślić, ile to trwało, ale zachłannie wpatrywali się w siebie, nie potrafiąc oderwać od siebie oczu. Jak dwoje przeciwników mierzących swoje możliwości i siły. Instynktownie czuła, że stwór przyszedł sprawdzić, czy to rzeczywiście ona wraca do domu i przywitać ją na progu rodzinnego gniazda. Gdzieś w tyle głowy czaiła się myśl, że to nie było ich pierwsze spotkanie…

Głośne trąbienie wyrwało ją ze stanu odrętwienia. Spojrzała we wsteczne lusterko. Tuż za nią stał niewielki bus oklejony logo znanej firmy przewozowej, a kierowca nerwowo wymachiwał rękami. Już miała krzyknąć, żeby przypadkiem nie wysiadał z auta, kiedy przeniosła wzrok na przednią szybę.

Tam gdzie stał jeleń, nie było nic, nawet najmniejszego śladu po kopytach. A śnieg znowu zaczął prószyć.

* * *

Łucja odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła dachy czerwieniące się pośród czerni bezlistnych gałęzi. Miejsce, do którego zmierzała nie było nawet wsią. Wolisko to niewielka osada części Możdżan, w której mieszkało zaledwiekilkadziesiąt osób, a po drugiej stronie jeziora znajdowała się tutejsza atrakcja turystyczna – pokazowa zagroda żubrów.

Siedlisko należące do jej rodziny było pierwszym od puszczy. Stało na samym jej skraju, niemalże wrastało w knieję, albo raczej puszcza nie chciała go puścić ze swoich kleszczy. Na nic były wszelkie próby wykarczowania pobliskich drzew. Na miejscu jednego pojawiało się kilka kolejnych, które rosły dużo szybciej niż wszystkie rośliny w okolicy. Las nie pozwalał odebrać sobie tego, co do niego należało.

Podobnie rzecz się miała z ogrodem, wszelkie wysiłki zmierzające do jego uszlachetnienia spełzały na niczym. Miejsce, które zwykle przyciąga zadbanym trawnikiem lub grządkami warzyw i kwiatów ozdobnych, tu porośnięte było dzikimi smosiejkami, ziołami, trzmieliną, leśną różą i wilczym łykiem. Tylko wczesną wiosną omszałe podłoże, bardziej przypominające ściółkę leśną niż domowe rabaty, pokrywało się biało-fioletowym dywanem zawilców i przylaszczek, a latem gdzieniegdzie połyskiwały purpurowe koszyczki lilii złotogłów i fioletowe orliki.

Las nawet domu nie zostawił w spokoju, duży, przeszklony ganek i płot graniczny porastał bluszcz, którego wiecznie zielone, pięcioklapowe liście przypominały małe dłonie mocno zaciskające się na starych belkach, bezgłośnie oznajmiając – to miejsce jest moje!

Teraz Łucja, mijając siedlisko, nie odwróciła nawet głowy. Poza wczesnym dzieciństwem nie łączyły jej z tym miejscem żadne dobre wspomnienia, a przez najbliższe kilka dni będzie musiała tam przesiadywać po kilka godzin dziennie. Ale dziś zmierzała do domu najbliższej sąsiadki, której gospodarstwo położone było kilkaset metrów dalej.

Ciocia Wiesia była pierwszą osobą, o której pomyślała, planując wyjazd. Dobrze wiedziała, że rodzinny dom będzie wyziębiony i zawilgocony. Cztery lata dla drewnianej chaty to szmat czasu. Bała się, że mogły wkraść się tam jakieś drobne gryzonie albo ptaki, a sprzęty i pościel nie będą nadawały się do użytku. Wolała więc zanocować u sąsiadki, która tak naprawdę nie była żadną ciocią, ale najlepszą, o ile nie jedyną, przyjaciółką jej matki, no i miała na górce dwa pokoje do wynajęcia.

Rydzewscy wyremontowali strych w czasach covidu, kiedy cała „cywilizowana Polska” szturmem ruszyła na agroturystyczne wakacje. Niestety eldorado skończyło się równie szybko, jak się zaczęło, a dwa pokoje z łazienkami, małym aneksem kuchennym i osobnym wejściem, świeciły pustkami. Dla Łucji to było idealne rozwiązanie. Dokupiła śniadania i obiadokolacje – na razie tylko na dwa dni, ale jeżeli nie dałoby się zamieszkać w jej rodzinnym domu, to z opcją przedłużenia pobytu nawet do świąt – i wiedziała, że jedzie do suchego, ciepłego i przytulnego miejsca.

Mimo że zabudowania oddalone były o „rzut beretem”, tu wszystko wyglądało już inaczej. Ładnie zagospodarowana posesja, formowane krzewy, otulone włókniną hortensje, drewniana huśtawka, wygracowane ścieżki – sprawiały, że wjeżdżając na podwórko czuło się tylko spokój przesycony normalnością. Drewniany dom niedawno obłożono świeżą deską, a białe firanki w oknach i pachnący drewnem dym buchający z komina, czyniły to miejsce oazą bezpieczeństwa.

Kobieta zaparkowała auto na podjeździe, kiedy drzwi otworzyły się i wyszła z nich gospodyni. Posiwiała, lekko przygarbiona, ale postawna, z zaróżowioną od pieca twarzą poprzecinaną delikatną siateczką zmarszczek, prostymi brwiami i świdrującymi oczami – tutejszym zwyczajem opatulona była grubą, wełnianą chustą. Uśmiechała się szeroko do swojego gościa i natychmiast chwyciła jedną z toreb, które dźwigała przyjezdna.

– No jesteś wreszcie. Dzień dobry! – Zanim Łucja zdążyła odskoczyć, ucałowała ją siarczyście w oba policzki, a wolną ręką prawie zgniotła w niedźwiedzim uścisku. – Ile to już lat? – pytała, ciągnąc ją za kurtkę i najwyraźniej wcale nie czekając na odpowiedź. – No chodź, chodź, bo zimnica. Tu postaw! – Jak tylko zamknęła drzwi, wyjęła resztę bagaży z jej rąk. – Potem pokażę ci pokój, a teraz siadaj, zagrzej się trochę i opowiadaj. Upiekłam drożdżówkę, zaraz herbatę zaparzę. Naszą, z lipy, liści malin i porzeczki – wyrzucała z siebie zdania z szybkością karabinu maszynowego – a nie jakieś kupne śmieci. I miód mam spod lasu, wrzosowy, pyszny… – zachwalała, nie dając dojść do głosu Łucji. – Ładnie wyglądasz, służy ci ta Warszawa – paplała, krzątając się przy piecu. – A u Lenki co? Dalej w tym Wrocławiu siedzi?

– Dalej – w końcu wykrztusiła z siebie Łucja, nie mając pojęcia skąd sąsiadka jest tak dobrze poinformowana. – Dziękuję, ale ja nie jestem głodna – próbowała zaprotestować. – Chciałabym się rozpakować i pójść napalić w…

– Głupstwa gadasz – nie dała jej skończyć gospodyni. – Po takiej drodze i głodna nie jesteś? Też coś – prychnęła, podsuwając jej ciepłą jeszcze bułkę z kruszonką i gliniany garnuszek z płynnym, złocistym miodem. – To czemu przyjechałaś? – Nagle zamilkła, wpatrując się w Łucję wyczekująco.

– Mam kupca na dom. – Uciekła spojrzeniem w stronę okna, za którym białe płatki zastąpiły szarobure strugi deszczu obficie spływającego po szybach.– Przyjechałam go uporządkować. Nie byłam tu od śmierci mamy – westchnęła ciężko.

– Raczej od dwudziestu sześciu lat, odkąd wyjechałaś na studia! – W głosie Wiesławy zabrzmiała przygana. – Przecież po pogrzebie nawet nie weszłaś do chałupy. Wpadliście jak po ogień, ani nawet na różańcu nie byliście – utyskiwała. – Matki i ludzi żeście nie uszanowali. Bez pożegnania? Bez stypy? Tak się nie godzi – przymawiała bez ogródek. – A zaraz po pogrzebie w samochód wsiadłaś i tyle cię widzieli. Do domu nie weszłaś, do mnie nie zajrzałaś. Wstyd, dziewczyno!

Łucja oderwała wzrok od zaparowanego okna i spojrzała na starą. W oczach Rydzewskiej zaszkliły się łzy. Nie udawała, była naprawdę przejęta.

Wiedziała, że nie powinna dać się tak traktować. Miała prawo do własnych wyborów i nie musiała się z nich nikomu tłumaczyć, a mimo to nagle posmutniała.Już dawno nauczyła się bycia stanowczą i asertywną. W pracy ją szanowali, sąsiedzi z osiedla kłaniali się w pas pani doktor, która nigdy nie odmawiała pomocy, a tu dostaje burę od starki, która uważa, że wciąż ma prawo ją pouczać. A mimo to wiedziała, że tamta ma rację. Powinna zostać i pożegnać matkę z szacunkiem, a ona uciekła jak pies z podkulonym ogonem.

– Wiem, ciociu – odezwała się po chwili. – Ale tego już nie cofnę. Muszę uporządkować do końca swoje sprawy związane z tym miejscem. – Zamilkła na chwilę, znowu odwracając spojrzenie od bacznych oczu Rydzewskiej. – I muszę sprzedać ten dom – dodała ciszej.

– Rób, co musisz, dziecko. – Ciotka nalała jej herbaty z pękatego, glinianego imbryka, który pamiętała jeszcze z dzieciństwa. – Rób, co musisz, to twoje dziedzictwo – powtórzyła smutno, ale w jej głosie nie było aprobaty. – Pij, bo zziębnięta jesteś, a potem zaprowadzę cię do pokoju. A może chcesz, żebym z tobą do chałupy poszła?

– Nie, ale dziękuję za propozycję. Sama muszę to załatwić – dodała stanowczo.

– A Igor czego z tobą nie przyjechał? – Zainteresowała się nagle ciotka.

– Pracuje. – Łucja wepchnęła do ust ostatni kęs bułki, popiła parzącą herbatą i poderwała się z krzesła. – To możemy iść na górę.

– To chodźmy. – Wiesława wstała, ale w jej głosie nie było entuzjazmu.

Rozdział IV

Łucja mocowała się z zamkiem i klęła pod nosem. Była na siebiewściekła. Spacerów jej się zachciało! W ciągu niecałych pięciu minut, kiedy szła do siedliska, przemokła do suchej nitki. Po wcześniejszym śniegu nie było już ani śladu, zamiast tego przebrnęła przez kałuże pełne błota i zastanawiała się, czemu nie została meteorologiem? W takiej pracy nic nie musiało się sprawdzać – deszczu też nie nadawali w ciągu kilku najbliższych dni.

Jej smętne rozważania przerwał zgrzytliwy chrobot. Zapadka odskoczyła i w końcu udało jej się otworzyć drzwi. Uchyliła je nieśmiało, jakby nie była pewna, czy dom pozwoli jej wejść do środka. Wzięła głęboki wdech i siłą woli zmusiła się do przekroczenia progu.

Zaskoczyła ją woń, która otuliła ją już w sieni. Spodziewała się ciężkiego, stęchłego zapachu zbutwiałego drzewa, przesyconego wilgocią, kurzem i odorem myszy. Ale dom pachniał tak, jak gdyby gospodyni przed chwilą z niego wyszła. Świeżym dymem z paleniska, suszonymi ziołami, szarym mydłem – bo matka innego nie uznawała – i świeżo upieczonym chlebem.

– Ja chyba śnię. Przecież to jakiś absurd – mruknęła, próbując przekręcić staromodny włącznik światła.

Mimo że ledwie przeszło południe, dom tonął w mroku. Z tego wszystkiego zapomniała szerzej otworzyć okiennice, a nie uśmiechało jej się ponownie wychodzić na zacinającą, lodowatą ulewę, która znowu właśnie przeszła w śnieg z deszczem.

Włącznik przeskakiwał, ale światło się nie zaświecało. Przez chwilę stała skonsternowana, marszcząc czoło, a potem przypomniała sobie rozmowę na cmentarzu. Ciotka mówiła jej, że kiedy mamę zabrało pogotowie, to wykręciła korki i wyłączyła hydrofor, a klucz włożyła do skrytki przy schodach. Potem, kiedy wynajmowała dom Uli, wszystko zostało uruchomione, ale po ich zaginięciu, klucze od stażystów znowu odbierała Rydzewska, więc pewnie i tym razem wszystko powyłączała.

Z nadzieją cofnęła się do sieni i przyświecając sobie światłem z komórki, namacała licznik. Tuż nad nim, na drewnianej, zakurzonej półce stały trzy kremowe, ceramiczne korki. Delikatnie wkręciła je, jeden po drugim, i jeszcze raz pstryknęła włącznikiem.

Staromodny żyrandol ozdobiony pająkiem z bibuły, zapłonął mlecznym blaskiem, a Łucja z ulgą wypuściła powietrze.

Dopiero teraz mogła się rozejrzeć. Przez te wszystkie lata nic się tu nie zmieniło. Dom wyglądał prawie dokładnie tak samo, jak w dniu, kiedy wyjeżdżała na studia.

Stała w obszernej kuchni z pięknym piecem z białych, szkliwionych kafli. Obok tradycyjnych fajerek wbudowana była wnęka na duchówkę. Poza tym w pomieszczeniu znajdował się zlew, stary dębowy stół przykryty płócienną serwetą haftowaną w pęki polnych różyczek, masywne stołki i pasujące do kompletu szafki kuchenne, a pod oknem stała rozkładana kanapa nakryta pasiastym kilimem. Na ścianach zawieszono ceramiczne, ręcznie malowane talerze pokryte kobaltowymi motywami roślinnymi, a pomiędzy nimi poutykano pęki suszonych ziół. Na wymytych do białości deskach, na których próżno szukać było kurzu, leżał niewielki dywanik tkany jeszcze przez babcię Łucji.

Pomieszczenie było podobne do setki innych w okolicy, jedyne, co je różniło, to brak obrazów świętych na ścianach i krzyża przy wejściu.

Łucja delikatnie otworzyła przeszkloną szafkę. Wszystko wyglądało tak, jakby czekało na powrót gospodyni. Pudełka z kawą, herbatą, solą i cukrem były pełne, poustawiane równiutko kubki gotowe do użycia. W szufladzie leżał ryż i makaron, a w spiżarni stało kilka konserw, worek mąki, trochę przetworów i zgrzewka butelkowanej wody. Śmiało mogła się wprowadzać.

Z drżeniem serca pchnęła drzwi prowadzące do kolejnego pomieszczenia. W pokoju matki również zmieniło się niewiele, tu odmalowano jedynie ściany i wymieniono zasłonki, których żywe geometryczne wzory rozjaśniały trochę to ponure miejsce.

Najwięcej przestrzeni zajmowały kaflowy piec i trzyskrzydłowa, lakierowana na wysoki połysk szafa, stojąca w samym kącie. Tuż obok ustawiono utrzymany w podobnym stylu kredens nadbudowany przeszkloną nadstawką, obok stało niezbyt szerokie małżeńskie łóżko z drewnianym zagłówkiem zdobionym w kwietne rozetki i małe biurko z metalowym krzesłem, nakrytym ulubioną, wełnianą chustą matki.

Nikt nie odgadłby, że mieszkała tu kobieta. Brakowało jakichkolwiek osobistych akcentów: zdjęć, bibelotów, a nawet kwiatów, które uschnięte powinny smętnie tkwić w doniczkach. Tu nie było niczego zbędnego. Pokój matki zawsze był zimny i bezosobowy, całkiem jak ona sama. Jedyny wyjątek stanowił stary zegar z kukułką, wiszący na ścianie, który pewnie został tylko dlatego, że poza funkcją ozdobną miał i użytkową.

– No w to, to już na pewno nikt mi nie uwierzy – wyszeptała, jak zaczarowana, wpatrując się w ciągle pracujący czasomierz.

Odruchowo spojrzała na zegarek, nadal chodził idealnie!

Czując, jak zjedzony niedawno placek podchodzi jej do gardła, nacisnęła kolejną mosiężną klamkę trochę mniejszych drzwi, schowanych za zasłonką z chrzęszczących, drewnianych koralików. Uchyliła je delikatnie, a w odpowiedzi usłyszała dobrze znane, przeciągłe skrzypienie.

 Klitka, do której prowadziły, była jej panieńskim pokojem. W porównaniu z tym maleństwem, pokój matki można było uznać niemal za salon. Tu mieściło się zaledwie wąskie, jednoosobowe łóżko, regał z książkami i wbudowanym mikroskopijnym blatem, przy którym odrabiała lekcje, stary, drewniany fotel na biegunach i kilka drewnianych półek zawieszonych dookoła upstrzonego plamami lustra, gdzie niegdyś trzymała kosmetyki, a które teraz świeciły pustkami. Na szafę czy komodę zabrakło już miejsca, wszystkie swoje ubrania zawsze trzymała w pokoju matki.

Nie miała pojęcia, czym tak naprawdę był ten pokój i do czego używano go wcześniej, ale nie znosiła go jeszcze bardziej niż pozostałych części domu. Nie wstawiono tu nawet pieca, matka uważała, że skoro ściana przylega do głównego komina, to daje jej wystarczająco ciepła. Za całe zaś doświetlenie służył niewielki lufcik, przez który nawet w najbardziej słoneczne dni nie docierało zbyt wiele naturalnego światła.

Pomieszczenie wyglądało raczej na składzik niż pełnoprawną sypialnię i rzeczywiście, całe życie Łucja odnosiła wrażenie, że matka traktowała ją jak kogoś, kto pojawił się w tym domu tylko na chwilę i nie mogła się doczekać, kiedy w końcu z niego zniknie.

Wbrew sobie podeszła do łóżka i pogładziła lekko wybrzuszony, kraciasty pled. Nawet tu nie było ani odrobiny wilgoci. Wszystko pachniało czystością. Woń mydła mieszała się z sosnowym dymem i aromatem czegoś, czego nie mogła sobie przypomnieć, trochę jak jaśmin połączony z fiołkami.

– Coś podobnego. – Lekko się uśmiechnęła. – Ale jakim cudem? – Rozglądała się, szukając logicznego wytłumaczenia zagadki.

Właśnie do niej dotarło, że w pomieszczeniu ciągle unosił się zapach jej perfum, które dostała na osiemnaste urodziny. Najbardziej zbytkownej i wymarzonej fanaberii, jaką kiedykolwiek miała w Woliskach.

– Kukuu, kuku…

Ostry dźwięk dochodzący z pokoju matki sprawił, że poderwała się na równe nogi. Nawet teraz ten zegar miał magiczną moc i potrafił zmusić Łucję do działania. Strzepnęła nieistniejący okruch z biurka i opuściła pokój.

Została jej do sprawdzenia łazienka i uruchomienie hydroforu w piwnicy. Uporała się z tym w pięć minut, a pół godziny później siedziała w kuchni przy rozgrzanym piecu i popijając herbatę, próbowała ułożyć jakiś logiczny plan działania.

Najchętniej odwołałaby rezerwację i jeszcze dzisiaj przeniosła się do rodzinnego domu, ale nie chciała tego robić Rydzewskim. Wiedziała, że liczy się u nich każdy grosz, więc jakoś wytrzyma te dwie noce, a żeby zrekompensować im szybką wyprowadzkę, wykupi na cały tydzień obiadokolacje. Ciotka i tak codziennie gotuje, a ona nie ma teraz do tego głowy.

Nie była nawet pewna, czy będzie tu mieszkać cały tydzień, tak jak to wcześniej planowała. Nieruchomość była w zaskakująco dobrym stanie, wystarczyło usunąć rzeczy osobiste i można podpisywać umowę sprzedaży. A na to wystarczyłyby jej góra trzy dni.

Zamierzała zacząć jeszcze dziś i to od ubrań matki. Szybko dopiła herbatę i przygotowała dwa worki: jeden na rzeczy, które jeszcze można było komuś oddać, drugi na te, które zamierzała wywieźć na PSZOK. Trzeciego worka nie było. Sobie nie zamierzała zostawiać niczego!

Złapała za uchwyt szafy i instynktownie zamarła w oczekiwaniu, tak jakby spodziewała się, że za moment usłyszy kolejną połajankę. Przez chwilę w jej głowie ożyły wszystkie zapomniane zdania: Nie pozwalam… Nie dotykaj… Ile razy mam to powtarzać… – dudniło echo dawnych zakazów.

Odkąd sięgała pamięcią nie wolno jej było ruszać rzeczy rodzicielki. Nie tylko ubrań, ale czegokolwiek co należało do niej: otwierać listów, przeglądać dokumentów, zaglądać do szuflad… Teraz czuła mściwą satysfakcję, że z całym tym majdanem może zrobić wszystko, na co tylko przyjdzie jej ochota.

Zacisnęła zęby i metodycznie poczęła wyciągać odzież. Nie czuła przy tym nic, żadnych emocji. Mechanicznie układała ubrania w zgrabne stosy, a potem pakowała je do worków. Ani jedna z tych rzeczy nie wywołała u niej fali wspomnień i rozrzewnienia. Do pierwszego wora zapakowała bieliznę, rajstopy i wszystko to, co wydawało się zbyt zużyte, do drugiego poszła cała reszta – i zgodnie z jej przewidywaniem, dwa worki w zupełności wystarczyły.

Równie szybko uporała się ze swoją częścią szafy, zresztą niewiele w niej zostawiła. Dwie sukienki, dres, kilka koszulek… wyblakłe, lecz namacalne ślady, że jednak kiedyś tu mieszkała.

Zawiązała torby i ustawiła przy wyjściu, zabierze je jak będzie wyjeżdżała i po drodze podrzuci do Kruklanek. Zadowolona rozejrzała się po pomieszczeniu, już tylko zasypać piece na noc i może wracać do domu ciotki.

Kilkanaście minut później Łucja skończyła pracę, zgasiła górne światło i już miała wyciągnąć klucze, kiedy poczuła, że w domu zaszła jakaś zmiana. Nie potrafiła jej nazwać, ale cisza, przerywana natrętnym cykaniem zegara, nagle stała się zbyt dojmująca, dusząca i natarczywa, jak gdyby ktoś próbował zamknąć ją w szczelnym kokonie, oddzielając od świata i jego emocji.

Wręcz fizycznie czuła, jak przestrzeń przed nią zaczyna falować i drżeć, niczym żywa istota, która zwiera siły, żeby zagrodzić jej drogę. Najpierw poczuła lodowaty powiew na karku, a potem chłód ogarniający całe ciało. Był tak dojmujący, że zdołał przeniknąć zimową kurtkę, w którą była już ubrana.

Instynktownie obejrzała się przez ramię. Zatrzeszczały deski starej podłogi, a ona kątem oka zauważyła ruch w pokoju matki. Przez krótki ułamek sekundy wydawało jej się, że widzi sunący w jej kierunku rozmyty, wydłużony cień.

W tej samej chwili wróciły wspomnienia nocy, kiedy naciągała kołdrę na głowę, nawet w te najbardziej gorące. Wtedy też widywała zarys ciemnej postaci i czuła czyjąś obecność. Ale kiedy opowiadała o tym matce, tamta tylko wzruszała ramionami i nazywała małą kłamczuchą…

– Nie wariuj – potrząsnęła głową, próbując sobie dodać animuszu. – To tylko twoje wspomnienia – powtórzyła głośniej, jak gdyby słowa wypowiedziane na głos mogły rozwiać oblepiającą ciszę i zagnać stare demony do szafy, z której wylazły.

Wzięła głęboki oddech i jeszcze raz skierowała się w stronę wyjścia. Tym razem nie mogła udawać, że niczego nie czuje. To nie był już tylko chłód, a wilgotny, śliski uścisk, wyciskający z piersi ostatni dech. Coś próbowało wpełznąć nie tylko pod ubranie, ale pod skórę, wnikając w każdą kom