Zmowa obojętnych - Jasieński Bruno - ebook

Zmowa obojętnych ebook

Bruno Jasieński

5,0
9,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Co miał na myśli Bruno Jasieński dając powieści tytuł "Zmowa obojętnych"? Odpowiedzią są słowa jednego z bohaterów książki, Ernesta Heila, wypowiedziane na paryskim wiecu. Wzywając wszystkich ludzi pracy do zjednoczenia się w jednolitym froncie przeciw groźbie faszyzmu, Ernest mówi:

"Wrzód faszystowski zniknie z oblicza ziemi dopiero wówczas, kiedy przestaną okazywać pomoc katom samym faktem swojej neutralności". Słowa te są odpowiednikiem motta poprzedzającego powieść: "Nie bój się wrogów - w najgorszym razie mogą cię zabić. Nie bój się przyjaciół - w najgorszym razie mogą cię zdradzić. Strzeż się obojętnych - nie zabijają i nie zdradzają, ale za ich milczącą zgodą mord i zdrada istnieją na świecie." Ernest, któremu udało się szczęśliwie uniknąć faszystowskiej pułapki, przyjeżdża do Moskwy jako delegat na kongres Kominternu. Spotkawszy przypadkiem na ulicy zdrajcę na żołdzie faszystów, Relicha, Ernest współdziała w jego zdemaskowaniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 374

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jasieński Bruno

Zmowa obojętnych

SAGA Egmont

Zmowa obojętnych

Copyright © 1962, 2018 Bruno Jasieński i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711662656

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Nie bój się wrogów —

w najgorszym razie mogą cię zabić.

Nie bój się przyjaciół —

w najgorszym razie mogą cię zdradzić.

Strzeż się obojętnych —

nie zabijają i nie zdradzają,

ale za ich milczącą zgodą

mord i zdrada istnieją na świecie.

Robert Eberhardt: Cesarz Pithekanthropus Ostatni

Rozdział pierwszy

1

31 grudnia 1934 roku na czwartej części globu ziemskiego leżał śnieg. W miastach zmiatały go z ulic mechaniczne szczotki, a pokrywę lodową odbijano ręcznie ostrymi skrobaczkami. Śniegu jednak nie ubywało, prószył bez przerwy. W stolicach solono obficie chodniki i jezdnie, posypywano je piaskiem. Siedem i pół miliona ludzi od rana do wieczora zajmowało się wyłącznie tą nieproduktywną robotą. Przechodnie ślizgali się, przewracali, otrząsali ze śniegu i biegli dalej przytupując.

Pod wieczór w miastach na fasadach budynków płonęły rurki niebieskie i czerwone — argon i neon. Oba te gazy wynalazł niedawno angielski chemik Ramsay i wkrótce wypierając żarówki znalazły zastosowanie jako tania reklama świetlna.

Tego wieczora w większości krajów ludzie, wedle bardzo starego obyczaju, zbierali się w restauracjach i domach prywatnych, dużo jedli i pili spoglądając co chwila na zegarki. Równo o północy wśród wrzawy i bicia dzwonów wznosili toasty za nowy, nadchodzący rok. Wszyscy prawie sądzili, że rok ubiegły był wyjątkowo zły i ciężki, ale że nowy będzie na pewno lepszy. Tak samo zresztą myśleli rok temu.

Następnego poranka dziesiątki milionów ludzi wstaną z bólem głowy i zgagą, będą łykały herbatę z cytryną, wodę mineralną, sodę, różne pigułki — i z zamętem w głowie pójdą do pracy. Zacznie się nowy, lepszy rok.

Tak więc, kiedy duża wskazówka zbliżała się do dwunastej, gdzie już czekała na nią mała, była ona, jak lubią mawiać dziennikarze, „ośrodkiem uwagi całego świata”.

W jednym tylko mieście duży zegar na wieży ratuszowej wskazywał niezmiennie 8.26. Miasto zwało się Santa Rita i leżało w Ameryce Środkowej, w republice Honduras. Zegar ten wszakże wskazywał 8.26, nie dlatego, że to był czas miejscowy, ale ponieważ dwa tygodnie temu w małym miasteczku Santa Rita zdarzyło się wielkie trzęsienie ziemi i wszystkie domy leżały w gruzach. Nie wiadomo czemu ocalała jedynie wieża ratuszowa z zegarem, który stanął na zawsze, znacząc godzinę i minutę nieszczęścia, jakie nawiedziło miasto. Pozbawieni dachu nad głową santaritanie wraz z ludnością innych zniszczonych miejscowości uciekli w góry Guatemali i Nowy Rok witali pod gołym niebem przy świetle ognisk. Nowy rok nie wróżył nic dobrego.

Zresztą w innych krajach również wiele ludzi nie patrzało tej nocy na zegar.

W Polsce w Zagłębiu Dąbrowskim padał śnieg. Przed bramą kopalni „Baśka” przez całą noc aż do rana stał tłum kobiet — wiele kobiet w chustkach. W kopalni działy się dziwne rzeczy. W osiedlach mówiono o tym szeptem. Gdy dyrekcja postanowiła zamknąć kopalnię, górnicy oświadczyli, że nie opuszczą jej dobrowolnie — nie mieli dokąd iść. Ostatnia zmiana, składająca się z osiemdziesięciu ludzi, została pod ziemią. Strajkujący zdjęli windę z lin i ogłosili głodówkę.

Na drugi dzień woda runęła z kopalni „Dorota” na „Baśkę”. Zatopiła pokład A. Osiemdziesięciu ludzi, cofając się po pas w wodzie, umocniło się w chodniku 12. W chodniku silnie czuć było gaz.

Piątego dnia strajkującym pod ziemią została już tylko jedna lampa i bardzo mało karbidu. Na górze milczący policjanci pilnowali wejścia do szybu. Na interpelację związku zawodowego dyrekcja odpowiedziała, że nie da się ocalić kopalni.

31 grudnia o jedenastej wieczorem zgasła ostatnia lampa w chodniku 12. Ludzie zostali w ciemnościach.

W mieście Saarbrücken panowało tego wieczora niezwykłe ożywienie. Wszyscy „prawdziwi Niemcy” witali Nowy Rok jako rok oswobodzenia Saary spod francuskiej okupacji i przyłączenia do macierzy — do Niemiec. W małych piwiarniach i winiarniach prawdziwi patrioci wyrażali gotowość wzniesienia toastu na cześć kanclerza Rzeszy, Hitlera, i otrzymywali darmo szklankę reńskiego wina oraz piwo w nieograniczonej ilości.

Robotnik Karol Luksemburger nieraz w rozmowie oświadczał swoim przyjaciołom, że nie podoba mu się ustawodawstwo pracy w Niemczech. Ostatecznie jest przecież Alzatczykiem i z dwojga złego woli okupację francuską niż narodowosocjalistyczną.

Tego dnia robotnik Karol Luksemburger był w szczególnie dobrym humorze. Po długich staraniach zdobył wreszcie paszport francuski. Teraz gwiżdże na te świnie! Nie ma z nimi nic wspólnego, bo jest obywatelem francuskim.

Dla większego bezpieczeństwa postanowił spędzić Nowy Rok w kółku rodzinnym z żoną i dwuletnią córeczką. Wracał późnym wieczorem do domu objuczony sprawunkami. Nad ulicami niby sklepienie zawisły girlandy elektrycznych lampek. Miasto, jak w czasie wojny światowej, pełne było oficerów wszystkich sprzymierzonych armii, z tą jedynie różnicą, że oprócz Anglików i Włochów pojawili się jeszcze Holendrzy i Szwedzi. Tej nocy Włosi okupowali hotel „Mesmer”, a Anglicy zajęli pozycję w barze „Excelsior”. Na progu baru długonogi kapitan armii indyjskiej, przyodziany w czerwony smoking i zielone spodnie w żółtą kratę, wojowniczo potrząsał w powietrzu sześciocalowym pociskiem do mieszania koktaili. Robotnik Luksemburger splunął i minął bar.

Gdy w domu zasiadł z rodziną do stołu i zabrał się do odkorkowywania butelki niedrogiego, ale uczciwego wina — brzęknęły szyby, rozległo się kilka strzałów. Karol Luksemburger został zabity na miejscu, a żonę i córkę w ciężkim stanie przewieziono do najbliższego szpitala.

„Spokojny bądź, o kraju nasz!

Nad Renem wierna czuwa straż!”

W tym czasie w Związku Socjalistycznych Republik Rad, w mieście Moskwie nadawano właśnie audycję radiową dla zimujących na Arktyce.

„Halo, halo, tu mówi Moskwa! Tu mówi Moskwa! Radiostacja imienia Kominternu… Przy mikrofonie przewodniczący Centralnego Komitetu Wykonawczego ZSRR Michaił Iwanowicz Kalinin”:

„Towarzysze pracownicy Arktyki! Jesteście rozproszeni w odległych, bezludnych miejscowościach, pośród surowej przyrody, gdzie zjawienie się człowieka, szczególnie zimą, uważane było za niezwykłe bohaterstwo poszczególnych jednostek, niezwykłe bohaterstwo męczenników nauki, albo też gdzie ludzie znajdowali się tylko w wyniku katastrofy jakiejś ekspedycji polarnej…”

Na stacji polarnej Marre-Sale, na zachodnim wybrzeżu półwyspu Jamal, w ciepłej izbie gromada ludzi z zapartym tchem stała przy aparacie radiowym.

Wczoraj wieczorem na składy żywnościowe stacji napadły myszy polarne — lemingi. Wygłodzone rude lemingi, podobne do bezogoniastych szczurów, rzuciły się, by pożreć przygotowane na zimę zapasy żywności, które miały wystarczyć aż do przybycia nowych statków. Z północy waliły nowe, niezliczone stada.

Przez cały dzień wrzała na stacji robota. Znoszono żywność do szop zbudowanych wysoko nad ziemią na drewnianych słupach. Szalała zamieć. Nocą lemingi zdobyły słupy.

Nie doczekawszy końca audycji ludzie rzucili się do szop, aby bronić drogocennych zapasów.

2

W mieście N., wielkim ośrodku wielkiego kraju zagubionego wśród śnieżnych bezmiarów ZSRR, już w południe zapalono latarnie.

W mieście N. była wielka fabryka, oznaczona pewnym numerem, położona na uboczu, o jakieś piętnaście kilometrów od centrum.

W klubie fabrycznym, na scenie, gdzie wśród pochylonych czerwonych chorągwi stał ogromny Lenin, dwa razy większy od człowieka przeciętnego wzrostu — długi stół nakryto płomiennoczerwonym suknem. Tam, między karafkami z wodą i popielniczkami pełnymi niedopałków, w sinym tytoniowym dymie, w nerwowym blasku lamp zasiadają dzisiaj wybitni pracownicy fabryki.

Część oficjalna zbliża się ku końcowi. Po przerwie — duża część artystyczna, a potem tańce zachodnioeuropejskie i narodowe. „Bufet obficie zaopatrzony”. „Z racji Nowego Roku słodkie wina wszelkich możliwych gatunków”.

Jutro Dzień Przodowników Pracy — dobrze byłoby uczcić ojczyznę ustanawiając taki czy inny rekord. O wielkiej pijatyce nie może być mowy: jakaż to praca po przepiciu?

Ale po pierwsze — nie wszyscy pracują w rannej zmianie, a po wtóre — łyknąć parę kieliszków, to jeszcze nie jest żadne pijaństwo.

Kłopot tylko, że lokal klubu nie jest obliczony na taką ilość ludzi. Gdzież tu tańczyć! Właściwie nie ma się nawet gdzie obrócić.

Toteż pokręciwszy się trochę młodzież zaczyna się rozchodzić do tych, którzy mają większe mieszkania: do domów drewnianych lub murowanych, gdzie czekają nakryte stoły, pośpiesznie zastawione składkowym jedzeniem.

Jurij Garanin, jak przystoi redaktorowi fabrycznej gazety „Bojowe Tempo”, ma aż dwa pokoje w nowym murowanym domu. Szura Mingalewa otrzymała jako nagrodę patefon marki „Tizpribor”. Inni przyniosą po kilka płyt: Kostia Cebenko ma całego Utiosowa, Guga Żmakina kolekcjonuje Irmę Jaunzem, Wasia Korniszyn ma „Oczy czarne”.

Tylko dwanaście osób: komsomolcy, korespondenci fabryczni, współpracownicy gazety — zasadniczo „swoja paczka”. Po zebraniu egzekutywy obiecał przyjść Filifierow, drugi sekretarz komitetu rejonowego. Szkoda, że Karabut, pierwszy sekretarz, przebywa w Soczi; przyszedłby z całą pewnością. Trudno, niech się leczy, wypijmy za jego zdrowie!

Już osiem osób krząta się koło nierównego stołu, pomysłowo zmontowanego z trzech różnej wielkości stolików; oglądają pod światło karafki pełne białego, żółtawego i purpurowowiśniowego nektaru, każdy po kolei z rozmachem kręci korbę patefonu, jak by rozgrzewał na mrozie silnik ciężarówki, a patefon, dusząc się od mechanicznych łez, ryczy, że wiele jest pięknych dziewcząt na świecie, wiele pieszczotliwych przezwisk dla nich, i żadne serce nie pragnie spokoju.

W tej chwili ktoś znowu wali nogą w drzwi. To hasło dzisiejszego wieczoru. Zapraszając Borię Fiszkinda, Cebenko powiedział mu na pożegnanie:

— Przychodź około dziesiątej i wal nogą w drzwi.

— Czemu nogą? — zdziwił się Boria.

— Bo spodziewam się, że ręce będziesz miał zajęte.

Wszyscy podchodzą do drzwi. Kostia Cebenko we własnej osobie! Istotnie ręce ma zajęte. Pod obiema pachami butelki „Ba jana”, W rękach kilka płyt i konserwy — wątróbka z miętusa. Z lewej kieszeni wysuwa swą żyrafią szyję kiełbasa, z prawej sypią się na podłogę karmelki „Jazz”.

Zbliża się do patefonu… („… Dziękuję, serce, że umiesz kochać tak…”) chwyta za gęsią szyjkę, zatrzymuje ją zgrabnie i bez zgrzytu. Patefon milknie. Cebenko zdejmuje płytę i zakłada nową, którą przed chwilą przyniósł.

— Uwaga! Oto świetna płyta! Cud, miód! Ostatnia nowość! I dla nóg, i dla serca.

„Karabin przy twarzy, Kachowka się pali, cwałuje przez świat echo salw…”

— A gdzie jest właściwie Garanin?

— Wszyscy są na posiedzeniu komitetu rejonowego. Dostali nagłe wezwanie w jakiejś bardzo ważnej sprawie. Na pewno wkrótce skończą. Obiecali, że nie później niż o jedenastej. Przyjdą razem z Filifierowem.

A oto Piet’ka Prużaniec, czyli poeta Sergiusz Fartowy, fabryczny Majakowski.

— Witaj, towarzyszu poeto! Czytałem dziś w klozecie twój ostatni utwór… Ależ nie, wcale go nie mam zamiaru obrażać! Sam przecież rozwiesił swój plakat we wszystkich klozetach.

— Racja, racja, czytaliśmy! Czekaj no, jak to idzie? Aha: „Ty palisz w godzinach pracy, a spróbuj obliczyć, bracie, z łaski swojej: każdy papieros pomnożony przez załogę to wielogodzinne w fabrykach przestoje!”

— Czego od niego chcecie? Wcale nieźle. W każdym razie sens jest.

— Ale człowiek chciałby choć w klozecie odpocząć od jego twórczości.

— Ależ skąd! Odwrotnie! Zauważ, że nigdzie tyle rymów nie przychodzi do głowy co w klozecie. Przecież dawniej wszystkie ściany zapisywano wierszykami.

— Czy to aby nie ty tworzyłeś te wierszyki?

— Oho, uwaga, Guga gryzie! Lepiej daj spokój Pieti. — I Sioma Porchaczow dla załagodzenia sytuacji nastawia patefon.

„W upalnym poranku, w oślepłym wieczorze szły wojska wśród dolin i gór. My ludzie spokojni, lecz mamy na torze pancerkę gotową na szturm…”

Niby burżuazyjny fokstrot, a jednak nadzienie nasze.

Piet’ka Prużaniec się nie obraża. Dosyć jeszcze w fabryce nygusów, którzy co najmniej dwie godziny dziennie palą papierosy w klozecie. Czemuż nie trzepnąć ich rymowanym hasłem i to właśnie w miejscu przestępstwa? Czyż można zresztą gniewać się na Kostię Cebenko? Są przecież najserdeczniejszymi przyjaciółmi. W głębi duszy Kostia jest bardzo dumny z poetyckich sukcesów Piet’ki.

Zresztą Piet’ka może mieć żal chyba tylko do siebie samego — jeżeli ktokolwiek i kiedykolwiek zaczyna mówić o jego wierszach, Piet’ka zawsze czerwieni się jak panienka. Idiotyczne, ale tak jest. I nic na to nie można poradzić. Głupia omyłka natury, która obdarzyła go delikatną, niemal dziewczęcą powierzchownością, jaskrawo kontrastującą z rodzajem jego twórczości. Wiersze Piet’ki brzmią jak hasła, są rąbane, trzeba je wygłaszać basem. A Piet’ka ma wysoki, dziewczęcy głos. Toteż wstydzi się występować publicznie, a jeśli się go do tego zmusza, czerwieni się jeszcze bardziej. Słuchacze myślą, że chłopak ma tremę, i klaszczą — pewno ze współczucia.

Teraz Piet’ka, zatrzymawszy się chwilkę przy szachistach, którzy dyskutują nad rezultatami czwartej tury turnieju w Hastings (prowadzą Ive i Thomas, na trzecim miejscu — Capablanca, Botwinnik wygrał z Wierą Mienczyk), niepostrzeżenie przeciska się do okna, że niby chce otworzyć lufcik (duszno, dym!), ale naprawdę po to, żeby się zbliżyć do Gugi. Znów się dziś pokłócili. Właściwie zaczęło się to już wczoraj. Guga wróciła z miasta wściekła. Chciała sobie uszyć spódnicę, obiegła całe miasto — nigdzie ani szpilki, ani zatrzaski czy haftki. Jak tu szyć? Skandal! Wkrótce trzeba będzie robić spódnice z blachy falistej, na nitach!

Piet’ka rozgniewał się — co za drobnomieszczańskie gadanie! I to ma być komsomołka! Oczywiście, metale potrzebne są do budowy maszyn. Obchodziliśmy się bez ważniejszych rzeczy, obejdziemy się bez haftek!

Cały wieczór potem nie rozmawiali.

Dziś rano Guga podeszła do Pięt’ki i bez słowa położyła na warsztacie świeżą „Prawdę” z podkreślonym artykułem: „Szpilki i zatrzaski”. Artykuł mówił, że brak elementarnych drobiazgów galanteryjnych jest wynikiem niedbalstwa pewnych czynników gospodarczych, które nie zadały sobie trudu, aby zużytkować na to odpady przemysłu metalowego.

Podczas przerwy obiadowej Pietia spotkał Gugę w stołówce. Rozmawiali spokojnie, jak by nigdy nic.

— Nie gniewaj się za wczorajsze — bąknął Pietia pod koniec rozmowy biorąc Gugę za rękę. — Nie siedzę w ministerstwie, skąd mogę wiedzieć, ile oni mają odpadów? „Prawda” lepiej się orientuje.

— A czy ty w ogóle masz własne zdanie o jakiejkolwiek kwestii, zanim nie wyczytasz o tym w „Prawdzie”? — powiedziała Guga wzruszając w rozdrażnieniu ramionami.

— Jak to rozumiesz?

— Po prostu. Niech się „Prawda” choćby o trzy dni spóźni, nawet wiersza nie potrafisz napisać. Musisz czekać na ostatni wstępniak.

Zaśmiała się niedobrym, krótkim śmiechem, wstała i odeszła.

Pod wieczór Pięt’ka nie wytrzymał i wstąpił do hotelu robotniczego, w którym mieszkała Guga, żeby z nią pomówić, ale jej nie zastał. Spotkali się dopiero tutaj, u Garaninów.

Siadł obok niej na parapecie, pogładził ją ostrożnie po plecach. Guga zesztywniała, ale nie zaprotestowała. Pochylił się do jej ucha.

— Złośnica! Wiesz przecież, jak cię kocham.

Ale w tej chwili akurat trzasnęły drzwi — wpada Boria Fiszkind i uwalniając się od paczek krzyczy już od progu:

— Wiecie, kto okazał się zajadłym trockistą? Nigdy byście nie zgadli.

— No, no?

— Gadaj, nie wygłupiaj się!

— Gramberg!

— Zastępca dyrektora do spraw zaopatrzenia?

— Niemożliwe!

— Ukrył to w czasie czystki!

— A kto go zdemaskował?

— Relich. Właśnie z tego powodu dziś jest specjalne posiedzenie egzekutywy.

— Chłopcy, wiecie, która godzina? Za trzy minuty dwunasta!

— Nalewaj kieliszki!

— No, a gdzie Garanin, Filifierow? Trzeba na nich poczekać!

— Przesuniemy Nowy Rok! Cofnąć wskazówki!

— Towarzysze!

— Ciszej, Cebenko ma głos!

— Towarzysze! Nie wiadomo kiedy Garanin i Filifierow skończą zebranie. Jak tylko będą mogli, na pewno przyłączą się do nas i dopędzą, jak przystało uczciwym marynarzom.

— Słusznie!

— Zuch Kostia!

— Życie nasze to bajka! Republika rozwija się i idzie naprzód. Nikt nie ma prawa zatrzymać jej choćby na minutę…

— Słusznie!

— Toteż i Nowy Rok zaczyna się u nas o dwunastej, a nie pięć po dwunastej. Proszę więc nie grymasić i nalać kieliszki.

— Rozkaz, nalać kieliszki!

— Towarzysze, co roku tak się składa, że witamy Nowy Rok nie w tym samym składzie co poprzednio. Jedni wyjechali na naukę do stolicy, inni do wojska, a jeszcze inni gdzie indziej. Pewien starożytny filozof mówił, że po pięciu minutach nawet woda w rzece już nie jest ta sama, co przedtem, a cóż dopiero płyn w kieliszku. Na pewno więc przyszłego Nowego Roku niejeden z nas nie będzie mógł powitać w tym samym gronie. Na przykład Żenia Garanina skończy szkołę lotniczą, będzie uprawiać akrobacje w lotnictwie wojskowym, zapomni o nas wszystkich i o całej naszej fabryce. Piet’ka Prużaniec skończy szkołę partyjną i da nogę do Moskwy. Tam podobno tacy jak on stoją w kolejce do sławy — komu się powiedzie, ten natychmiast dostaje w nagrodę talon na pomnik. Guga najprawdopodobniej machnie się za nim, bo, jak wam wiadomo, tych dwoje towarzyszy żywi dla siebie pewną ilość szacunku. No i czy spotkamy się jeszcze kiedykolwiek przy jednym stoliku, niepewne, a raczej wątpliwe. A jeśli się nawet spotkamy, to chyba za kilka lat. Niektórzy z nas złożą już może do tego czasu swoje gnaty na japońskim czy niemieckim terytorium, w zależności od tego, gdzie wypadnie nam się bronić. A ci, którzy zostaną przy życiu, może nawet nie od razu się poznają. Żenia będzie już wtedy Bohaterem Związku Radzieckiego. Jurka Garanina przemianują chyba do tego czasu na Tupolewa. Piet’ka Prużaniec, przepraszam, Sergiusz Fartowy, ludowy poeta Republiki, będzie poklepywać po ramieniu i ugaszczać wódką młode talenty z prowincji. Ja zaś, jak uczciwym marynarzom przystało, będę budować elektrownie wodne gdzieś na biegunie północnym lub południowym, w zależności od pory roku. A jeśli się spotkamy, będziemy się dziwić, że wyszliśmy z jednego inkubatora… Dlaczego z inkubatora? Nie przeszkadzaj, zaraz ci to wyjaśnię… Kładzie się do inkubatora tępe, nieświadome jajko, stwarza mu się odpowiednią temperaturę i wychodzi z tego, o dziwo, zupełnie ukształtowana kura… Słusznie, niekoniecznie kura, czasem kogut… I proszę, czyż takim właśnie inkubatorem nie była dla nas nasza fabryka? Przyszliśmy tu jako analfabeci, kloce nieociosane, jedni w łapciach, drudzy nawet bez łapci, a niektórzy, jak ja, z podbitym okiem i pod konwojem. A jak się teraz porozłazimy po świecie, to każdy z nas będzie w pełni ukształtowaną osobą. W ogóle żaden ze mnie specjalista od gadania, powinienem zawsze przemawiać razem z Piet’ką: ja od strony sensu, a on obrazami i różnymi takimi… Słowem, rozgadałem się na całego, a chciałem tylko wznieść toast: wypijmy, przyjaciele, za naszą fabrykę!

Zadźwięczały szklaneczki, w przenośni zwane kielichami, podniósł się nieopisany zgiełk i hałas. „Wspomnijmy swą młodość bitwami owianą, wypijmy za krwawy swój szlak…”

Pili potem za rok 19-35, jakby to był numer telefonu ukochanej, za przyjaźń, za sekretarza komitetu rejonowego Karabuta, który po chorobie przebywa na rekonwalescencji w Soczi, za Żenię Garaninę i za nieobecnych.

W hałasie i rozgwarze nikt nie zauważył, że do pokoju wszedł Wołodia Iczkutkin i wywołał Piet’kę do przedpokoju, że Piet’ka wrócił i gestem wywołał Cebenkę, że Cebenko wywołał do przedpokoju Fiszkinda, a Fiszkind — Wasię Korniszyna. Zorientowali się dopiero wtedy, kiedy nagle za stołem zrobiło się pusto i cicho. Boria Fiszkind już stoi w przedpokoju w czapce, a Wasia Korniszyn wkłada palto.

— Co to, chłopcy? Co się stało?

I oto z przedpokoju wychodzi Kostia Cebenko i zbliża się do Żeni Garaniny. Ma jakiś niezwykły, surowy wyraz twarzy i niespokojne, pełne litości oczy.

„Czego on tak na mnie patrzy?”

— Co to? Czy coś się stało?

I już serce stuka: tak, tak, stało się, na pewno coś się stało!

— Żeniu — mówi Cebenko — wszyscy lubimy cię jako towarzysza i mamy do ciebie całkowite zaufanie…

Cóż za śmieszne słowa!

— Do czego zmierzasz, Kostia?

— Musisz więc nas, jako komsomołka, zrozumieć…

— Co mam zrozumieć? Cóż to za jakiś górnolotny wstęp?

— Dzisiaj egzekutywa usunęła Garanina z partii…

— Coo? Niemożliwe! Za co?

— Mówią, że za trockizm.

— Cóż to za bzdura! Poczekaj no, mówisz serio? Przecież on nigdy nie był w żadnej opozycji. Co z niego za trockistą? Ma dwadzieścia pięć lat…

— Żeniu, jesteś przecież komsomołką. Jeśli egzekutywa usunęła go z taką motywacją, to muszą przecież być jakieś dane.

— A ja ci mówię, że to bzdura. Znam przecież Jurija!

— Jeżeli motywy okażą się nie wystarczające, podstawowa organizacja może je odrzucić. I potem jeszcze pozostaje komisja kontroli partyjnej. A tymczasem nikt z nas, ani ja, ani ty, nie ma prawa kwestionować uchwał naszej egzekutywy. A egzekutywa usunęła Garanina jako wroga partii.

— Po co, Kostia… po co od razu takie okropne słowa?

— Żeniu, ciężko ci. Wierz mi, nam też. Ale sama rozumiesz: po tym, co zaszło, pić w jego domu… Sama przecież rozumiesz…

— Myślałam, że to również i moje mieszkanie.

— Wszyscy cię znamy, Żeniu, jako oddanego towarzysza… Nikt z nas nie wątpi, że jakikolwiek obrót weźmie sprawa Garanina, ty postąpisz tak, jak powinna postąpić komsomołka.

— Oczywiście nikogo nie zatrzymuję — mówi cicho Żenia. — Macie całkowitą słuszność. Tylko… to wszystko spada na mnie tak nieoczekiwanie…

— Poczekajcie, tak nie można! — wstawia się Kostia. Jest nieco zmieszany. — Sądzę… żebyś nie została tak zupełnie sama… może Guga i Szura pobędą u ciebie…

— Nie, dziękuję, bardzo jesteście dobrzy. Ale ja właśnie wolę teraz zostać sama. Muszę pomyśleć… Muszę przecież zrozumieć. Idźcie już, towarzysze!

— Nie, Żenieczko, zostanę tu z Szurką.

— Zrozumcie, dziewczęta, chcę być sama. Idźcie!

— Nie gniewasz się na nas, Żeniu?

— Cóż znowu, Pietia! Czyż nie rozumiem? Wszystko rozumiem. Tylko jest mi teraz trochę ciężko. Kiedy zwali się wielkie nieszczęście, człowiek jest zawsze tak bardzo sam…

— Masz wielu towarzyszy, Żeniu, którzy cię naprawdę kochają i w ciężkich chwilach zawsze są przy tobie. Gdybym nie miał jeszcze nadziei, że wszystko jakoś się wyjaśni i na lepsze obróci, pierwszy bym ci powiedział: Żeńka, chodź z nami! W kolektywie zawsze jest lżej.

— Dziękuję, Kostia, za dobre słowo. I ja myślę, że to się jeszcze wyjaśni.

— Do widzenia, Żeniu.

Już są na korytarzu. Jak cicho idą! Ani śmiechu, ani głosów, ani zwykłego dudnienia po schodach… Jak z pogrzebu… I już ich nie ma. W dole trzasnęły drzwi. „My ludzie spokojni, lecz mamy na torze pancerkę gotową na szturm…”

3

Teraz jest zupełnie sama. Na stole opróżnione do połowy karafki, srebrzysty korek od szampana „Bajan”, dzwonko śledzia na widelcu, nie otwarte pudełko konserw, niedopałki, niedopałki, dym.

„Co to się stało? Co robić?”

Krąży po pokoju zawadzając o krzesła. Bezradnie trzaskają stawy w palcach, a pionowa zmarszczka na czole staje się coraz głębsza. Pierwsza w nocy. Na pewno zebranie dawno się już skończyło. Czemu Jurija dotąd nie ma?

Gorączkowo i długo stuka haczykiem telefonu. Pukajcie, a będzie wam otworzone.

— Halo, proszę mieszkanie Filifierowa. Arsenij, to ty? Tu mówi Żenia! Arsenij, koniecznie muszę się z tobą zobaczyć. Natychmiast! Przyjdź, jeśli możesz. Albo ja zaraz przyjdę do ciebie… Tak, wiem już wszystko. A raczej nic, nic nie wiem. Powiedz, czy dawno skończyło się zebranie? Godzinę temu? Nie, nie wrócił. Nie wiesz, gdzie jest? Więc przyjdziesz? Dobrze, czekam. Tylko proszę, pośpiesz się.

Słuchawka buja się na haczyku.

Nie minęło dziesięć minut, a już Filifierow puka do drzwi. Żenia otwiera. Jest spokojna i opanowana. Tak jej się przynajmniej zdaje. Ale Filifierow widzi jasno: Żenia strasznie źle wygląda. „Jak się człowiek może w pół godziny zmienić! Uff, trudna sprawa! Bardzo, widać, kocha swojego Jurija”.

— Garanin nie wrócił?

— Nie, nie wiem sama, gdzie go szukać. Arsenij, tak się boję!

— Ech, co za głupstwa! — gdera Filifierow uspokajającym basem. Długo szuka krzesła, które stoi pod ręką. — Garanin nie jest dzieckiem, żeby robić głupstwa. Włóczy się pewno gdzieś po ulicy. Trudno po takiej historii od razu wracać do domu…

Filifierow ociera chusteczką chore, zaczerwienione powieki. Ma chroniczne zapalenie spojówek. Jak tylko się zdenerwuje, natychmiast powieki zaczynają go piec. Po tej łaźni na dzisiejszej egzekutywie pieką, że trudno wytrzymać.

Wyciąga paczkę papierosów „Boks” i długo zapala jednego. Zapałki gasną jak na deszczu.

Wreszcie Żenia traci cierpliwość.

— Wytłumacz mi, Arsenij! Powiedz, o co chodzi? Czy ty uważasz Jurka za trockistę? Przecież to bzdura!

— Po pierwsze, wiedz o tym, że ja nie głosowałem za usunięciem Garanina…

— A kto wystąpił z takim oskarżeniem? Przecież nie można rzucać takich oskarżeń bez żadnej podstawy!

— Obojętne, kto wystąpił. Informować cię o tym, co się dzieje u nas na egzekutywie, nie mam obowiązku ani nawet prawa. Podstawy zresztą były. Obiektywnie wziąwszy, podstawy były chyba wystarczające.

— Ale jakie, jakie? To chyba nie tajemnica?

— Więc najpierw — Gramberg. Kto wiedział, że Gramberg jest trockistą? Nikt. Ukrył to, łotr, przed partią. Udawał nieugiętego bolszewika. Żaden z nas go nie rozgryzł. A, jak się okazuje, dwa razy był usuwany z partii. Relich zdemaskował go całkowicie. Przyparł do muru, nie było wyjścia. No, a sama wiesz, że Garanin utrzymywał z Grambergiem bardzo bliskie stosunki.

— Ale przecież wszyscy utrzymywaliście z Grambergiem bliskie stosunki. Sam mówisz, że nikt nie wiedział o jego trockistowskiej przeszłości. Pewno i Relich nie wiedział, jeżeli go wcześniej nie zdemaskował. Skądże Jurij mógł wiedzieć?

— Stosunki wprawdzie utrzymywaliśmy, ale nie wszyscy drukowali jego trockistowskie artykuliki, a Garanin drukował.

— Jakie artykuliki? Kiedy?

— Uspokój się, Żeniu. Nie można się tak denerwować. Powtarzam ci, że ja osobiście nie wierzę, żeby Garanin robił to świadomie. Ale wobec faktu nic się nie poradzi. Wydrukował w ubiegłej sześciodniówce. Z powodu zniesienia kartek na chleb Gramberg dowodził w swoim artykuliku, że wprowadzenie systemu kartkowego było wynikiem słabości partii w walce z kułakiem. Oczywiście mówił o tym w mocno zawoalowanej formie, ale sens był właśnie taki. Wszyscyśmy to przegapili, a teraz człowiek czyta i puka się w czoło.

— Ale sam przecież mówisz, że wszyscy to przegapili, nie tylko Garanin.

— Czy myślisz, że mnie nie wlepili nagany? Sam za tym głosowałem.

— To dlaczego Jurija…

— Bo on bezpośrednio odpowiada za gazetę. Ale gdyby było tylko to, skończyłoby się na ostrej naganie. Może usunięto by go z gazety…

— Czyż jest jeszcze coś?

Filifierow kiwa głową. Ach, jakże go oczy pieką! Może to od dymu? Ależ tu nakopcili!

— We wstępniaku samego Garanina jest takie bardzo śliskie miejsce. Dowodzi on tam, że młodzież fabryczna reaguje o wiele ostrzej na nieporządki w produkcji niż ludzie starsi, nawet ludzie starsi na kierowniczych stanowiskach. Niby że starsi zdążyli już przyzwyczaić się do nieporządków. Dlatego też my wszyscy powinniśmy zwracać baczną uwagę na sygnały pochodzące od młodzieży…

— A czyż nie ma racji? Co w tym złego?…

— Jeśli: „my wszyscy”, to znaczy i organizacja partyjna, i cała nasza partia, i „ludzie starsi na kierowniczych stanowiskach”, jak tam jest powiedziane. A czymże się to różni od starej trockistowskiej teorii barometru?

— Ależ Jurij wcale nie chciał tego powiedzieć! Niezręcznie się wyraził, to wszystko.

— W słowniku politycznym nie ma takiego określenia: „niezręcznie się wyraził”. Garanin jest dostatecznie wykształcony, aby wyrażać się poprawnie.

— Ale przecież ty również tego nie zauważyłeś?

— Dlatego też dostało mi się, że nie zauważyłem. Zapewne usuną mnie i dadzą jakieś niższe stanowisko.

— I to wszystko, o co go oskarżają?

— Nie, nie wszystko. Kiedy w zeszłym roku Garanin kształcił się w szkole dziennikarskiej, był tam pewien wykładowca, niejaki Szczuko. Jest teraz aresztowany. Garanin był u niego na seminarium. Sam się przyznał, kiedy go Relich wprost zapytał. Mówił, że ze dwa razy wstępował do niego do domu po książki. A potem ni z tego, ni z owego rzucił szkołę dziennikarską i wrócił do fabryki. A więc ten kontakt z Szczuką, nagły powrót do fabryki… Nasza fabryka pracuje dla wojska… A w dodatku mówią, że podobno Garanin kiedyś — ja zresztą o tym nie wiedziałem — wystąpił, czy też oświadczył, że wystąpi z Komsomołu. Słowem, zebrano wszystko razem…

— Ale przecież Jurij nic z tym nie ma wspólnego! Jak możecie go w to wplątywać?

— Uspokójże się, uspokój — mówi miękko Filifierow. — Oczy pieką strasznie. Ależ nadymili! — Arsenij podchodzi do okna i otwiera lufcik. — Nie zaszkodzi ci, nie przeziębisz się? Narzuć coś na siebie.

Ale Żenia nie słyszy jego słów.

— Powiedz mi, Arsenij! Czy ty osobiście wierzysz w winę Jurija? Rozumiesz chyba, że usunięto go bez powodu. Co postanowiłeś zrobić, żeby naprawić tę omyłkę? — I nie doczekawszy się odpowiedzi: — Trzeba natychmiast, natychmiast depeszować do Karabuta! Niech zaraz przyjeżdża, zaraz!

Milknie zrozumiawszy, że zabrzmiało to niezręcznie. Filifierow może się obrazić; jak gdyby w czasie nieobecności Karabuta sam nie potrafił niczego przedsięwziąć! Więc Żenia, aby naprawić niezręczność, dodaje natychmiast:

— Tobie przecież też będzie łatwiej.

— Depeszowałem już do Karabuta zaraz po zebraniu. I tak już nic z jego urlopu. Będzie musiał wypić to piwo.

— Kiedy może tu być?

— Za pięć, sześć dni, nie wcześniej.

— A czy można jakoś wszystko odwlec do jego powrotu i nie przekazywać tej sprawy zebraniu partyjnemu?

— Żartujesz chyba? Za takie rzeczy rozwiązano by od razu całą egzekutywę.

— Więc co robić?

— Pojadę jutro do komitetu krajowego. Poproszę Adrianowa, żeby mnie przyjął. Przedstawię mu całą sprawę. On może zażądać bliższego zbadania sprawy albo w ogóle uchylić decyzję egzekutywy… A więc tak to przedstaw Garaninowi. Niech tymczasem nie wariuje. — Filifierow wstaje ze znużeniem. — Wiesz, może włożyłabyś płaszcz i wyjrzała na ulicę. Na pewno Garanin kręci się tu gdzieś w pobliżu. Weź go do domu. Ja pójdę położyć się trochę. Głowa mnie boli. Jutro Dzień Przodownika, będę miał mnóstwo roboty…

Rozstają się na rogu. Śnieg skrzypi pod kaloszami Filifierowa. Z pobliskiego okna dobiega histeryczne zawodzenie patefonu: „Moje serce nie pragnie spokoju…” Oh i jak bardzo pragnie… Śnieg prószy. Jutro rozmowa z Adrianowem. Nie ma co, wesoło się zaczął nowy rok.

4

… Lekko, wesoło wirują płatki śniegu — tyle śniegu nawet przez całą noc się nie przyśni. Drobne płatki siadają na jej złotych rzęsach jak pszczoły…

Idzie prędko rozglądając się dokoła i z niepokojem zagląda w twarze przechodniom. Już parę razy spotkała się z jakimś grubiańskim żartem. Ktoś przygarbiony idzie przed nią, ma ruchy podobne do Jurija. Czarny płaszcz z futrzanym kołnierzem. Żenia dogania go przy latarni i gwałtownie przytula się do jego ramienia. Nieznajoma wąsata twarz spogląda na nią niechętnie i z wyrzutem.

— Przepraszam, omyliłam się — szepcze przerażona i przedziera się dalej przez zamieć jak przez gęsty brzeźniak.

Łzy powoli napływają do gardła. „Gdzie szukać? Może pójść do szpitala? Taki wariat!… Och, wszystko, tylko nie to!”

A śnieg sypie. Duży zegar na wieży miasta Santa Rita jak poprzednio pokazuje 8.26. W kopalni „Baśka” kobiety nadal tłoczą się przed bramą. W kopalni jest ciemno i cicho. Tylko w jednym budynku jasno pali się światło. To palacze-ochotnicy pracują nadal w kotłowni, żeby towarzysze pod ziemią mogli się zagrzać koło rur z parą… W kostnicy miasta Saarbrücken leży robotnik Luksemburger. „He-he, przybiliśmy mu wizę na jego francuskim paszporcie!” Pod wieczór przyniesiono tu jeszcze czterech. „Nikt im tu nie przeszkodzi, mogą zrobić małe posiedzenie swego komitetu rewolucyjnego. Heil Hitler! Saara na zawsze zostanie niemiecka!”

A Żenia skręca w wątły lasek, zwany Parkiem Kultury i Wypoczynku. „Robotnikom radzieckim zazdrości niejeden, że pracują nie dziesięć godzin, ale siedem…” To plakaty Piet’ki dotarły aż tutaj i powiewają nad aleją zamokłymi literami.

Pod latarnią siedzi na ławce mężczyzna. Na czapce narosła mu śniegowa poducha, na ramionach — śnieżne epolety. Ławeczka miękko obita śniegiem. Mężczyzna zapala papierosa od papierosa.

— Jurku! Szukam cię wszędzie! Jak mogłeś? Chodźmy prędko do domu. Nawet nie pomyślałeś o mnie!…

Wstaje niechętnie. Żenia strzepuje z niego śnieg. Bierze go pod rękę i prowadzi. Jest tutaj, żyje, co za szczęście!

Idzie posłusznie jak ślepy. Żenia przytula się do niego mocno, jak może najmocniej. Przecież z pewnością przemarzł. Chciałaby powiedzieć mu coś takiego, od czego od razu zrobiłoby mu się ciepło i spokojnie. Ale takich słów nie ma. Więc tylko na ucho, jak wyznanie, żeby nikt nie usłyszał:

— Tak się niepokoiłam!

Nareszcie są w domu. Już od progu spojrzenie jej pada na stół, na nie dopite kieliszki, na rozrzucone karmelki „Jazz”. I nagle robi się jej jakoś przykro. Zaczyna sprzątać ze stołu. Albo nie!

— Przemarzłeś przecież! Zaraz ci zagrzeję herbaty. Albo wiesz co, napij się trochę wódki. No wypij, proszę cię! Zaraz się rozgrzejesz.

Siedzi nieruchomo jak skamieniały. Znów sięga po papierosa. A jej już wstyd własnych słów. Wszystko to nie tak! I nagle — łzy. Przywarła mokrymi policzkami do jego kolan. Ramiona drżą.

— Jurek!…

Ale już po chwili: „Co ja robię? Czy tak trzeba?”

Nie ma już łez. Oczy suche, rysy napięte, spokojne.

— Słuchaj, Jurku. Rozmawiałam przed chwilą z Filifierowem. Depeszował do Karabuta. Za dwa, trzy dni Karabut tu będzie. Jutro Arsenij idzie do Adrianowa. Ma zamiar mówić o twojej sprawie. Adrianow na pewno uchyli postanowienie egzekutywy. Jeszcze się nie stało nic strasznego. Nie można się tak od razu poddawać! No, dostaniesz naganę. Wielka mi rzecz!

Po godzinie siedzą przy stole. Garanin pije małymi łykami gorącą herbatę przegryzając papierosem.

— Filifierow to niedołęga. A Relich wiadomo, do czego zmierza. Chce spowodować usunięcie Karabuta.

— Tak, ale przecież Karabut rzeczywiście przegapił sprawę Gramberga?…

— Wszyscyśmy przegapili. Jeden Relich dokopał się prawdy, to fakt. Któryś z jego towarzyszy pracował w 1925 roku z Grambergiem w Uzbekistanie i był obecny, jak go usuwano z partii. Relich dowiedział się o tym przypadkowo. To jego bezsporny atut w grze przeciwko Karabutowi. A tu jeszcze ja mu się nawinąłem: przegapiłem artykulik Gramberga… No i ma teraz wszystkie atuty w ręku: Karabut otoczył się podejrzanymi ludźmi, powierzył im gazetę, opierał się na nich w walce z dyrekcją. Teraz nawet Adrianow nie będzie bronił Karabuta. To sprawa przesądzona…

— Ale Arsenij będzie jutro u Adrianowa i wszystko mu opowie. Był przecież przeciwny usunięciu ciebie.

— A to sobie znalazłaś obrońcę! Filifierow! Przede wszystkim Filifierow nie głosował przeciw usunięciu mnie, wstrzymał się tylko od głosu. Że niby trzeba tę sprawę jeszcze zbadać. Po wtóre Filifierow od wieku wieków jest człowiekiem Relicha. Relich zawsze wyciąga go za uszy. Karabut zrobił z niego drugiego sekretarza, żeby w fabryce przestano plotkować o tym, jakoby komitet rejonowy był z dyrekcją na noże. Wziął więc naumyślnie faworyta Relicha i zrobił z niego swego zastępcę.

— Nie, nie masz racji! Arsenij jest bardzo przywiązany do Karabuta i zawsze działał po jego myśli.

— Oczywiście, w ciągu półrocznej pracy w komitecie rejonowym ogładził się trochę i zaczął naśladować Karabuta. Ale zawsze siedział na dwóch stołkach. A teraz Relich i jego nastraszył: „Widzisz, na kim się opierałeś!” A najważniejsze, że Filifierow to niedołęga. Sam nie wie, co ma robić. Gdyby Karabut tu był, może by się Arsenij jeszcze jakoś trzymał. Ale gdy został sam, stchórzył. Relich go naciska. Filifierow nie jest autorytetem dla egzekutywy…

— A ja mimo wszystko wierzę, że będzie z Adrianowem mówił na twoją korzyść.

— Relich ma w ręku decyzję egzekutywy. Cóż tu może zrobić Filifierow. Musztarda po obiedzie.

— A właściwie dlaczego byś sam nie zapisał się w dniu przyjęć do Adrianowa? Jeśli uważasz, że Arsenij nie przedstawi sprawy, jak należy… Jestem pewna, że Adrianow cię przyjmie. Opowiesz mu wszystko, jak komunista komuniście. Adrianow zawsze popierał Karabuta. Dlaczego miałby od razu uwierzyć pierwszemu słowu Relicha? Spróbuj, co ryzykujesz?

— Głupstwo! Adrianow mnie nie przyjmie. Myślisz, że będzie przyjmował każdego wyrzuconego z partii? A poza tym, co ja mu powiem? Że przegapiłem? Że źle się wyraziłem?

— Słuchaj, Jurij! A co to za sprawa z tym Szczuką? Czy rzeczywiście byłeś z nim w bliskich stosunkach?

— Bzdura! Znałem go tak, jak każdy student zna swego wykładowcę. Historyk — historyka. Nie ja jeden byłem na jego seminarium.

I oto znów Żenia miota się z kąta w kąt. Głośno tyka zegar. Już czwarta. Jurij siedzi wsparłszy głowę na rękach i tępo patrzy w filiżankę. Za oknami zamieć, a na szybach, jak wyraźny negatyw, pojawiają się paprocie — przedpotopowa flora. (Powiadają, że na Wenus obecnie krzewią się bujnie rośliny, jeszcze nie tknięte stopami pierwszych zwierząt.)

— Słuchaj, Jurku, ale słuchaj spokojnie i nie złość się. Pójdę jutro do Relicha, był mi zawsze życzliwy. Pogadam z nim. Powiem jak towarzyszowi i członkowi partii, że nie można zabijać człowieka za to, że się omylił. Niech ci dadzą naganę.

— Oszalałaś! Zabraniam ci mieszać się do moich spraw! Tego tylko brakowało: pójdziesz płakać przed Relichem!

Odsuwa krzesło i wychodzi do drugiego pokoju. Przynosi stamtąd komplet gazet.

— Kładź się spać, Żeniu. Już późno. Zostaw mnie samego.

Zaczyna przerzucać stronice gazety „Bojowe Tempo”, zatrzymuje się, czyta jeszcze raz, zaznacza ołówkiem.

— Kładź się, Żeniu, bardzo cię proszę. Już piąta!

Odchodzi posłusznie, nie ma sensu teraz z nim rozmawiać. Najważniejsze w tej chwili — do stołu. Tam w bocznej szufladzie leży rewolwer. Schować, schować jak najgłębiej! Kto wie, co może wymyślić ta szalona głowa! Potem gasi światło i siada na krześle twarzą do drzwi. W szparze widać głowę Jurka nad stosem starych gazet.

5

… Zegar wskazuje siódmą. Jurek śpi, złożywszy głowę na wielkiej stercie gazet. Za oknem świt, pada śnieg. Powietrze w pokoju jest błękitnawe od gęstego dymu z papierosów.

Wśród tego dymu jak we mgle Żenia snuje się cicho, żeby nie zbudzić Jurka. Pójdzie zaraz do Relicha. Relich to nie smok. Jurek trochę przesadza. W istocie Relich jest dobrym komunistą i niezgorszym dyrektorem. Był dla niej zawsze bardzo opiekuńczy i serdeczny, awansował ją, pomagał zdobywać wyższe kwalifikacje…

Teraz już siódma. Trzeba pójść do niego do domu. O ósmej Relich wyjeżdża do fabryki. Tam nie będzie można z nim porozmawiać — ciągle pełno ludzi.

Lekko dotyka ustami głowy śpiącego Jurka i narzuciwszy futro cicho zamyka za sobą drzwi. W korytarzu nasłuchuje przez chwilę. Nie, nie zbudził się. Poprawia czapeczkę, nastawia kołnierz i na palcach schodzi po schodach. Trzeba ocalić Jurka! Ocalić za wszelką cenę!

Idzie po śniegu. Śnieg chwyta ją za pantofle. Wyciąga stopę w samej pończosze, schyla się, wyciąga pantofel razem z kaloszem, nakłada i idzie dalej. Prędzej, prędzej! Już zaraz za rogiem, na prawo.

Koło bramy wielkiego domu stoją dwa samochody. Byle się nie spóźnić! Złapać go choćby na schodach! Szybko biegnie po stopniach! Drugie piętro. Tabliczka: „K. N. Relich”. Zdyszana naciska dzwonek.

Najpierw cisza, potem czyjeś kroki. (Och, jakże serce bije!)

Pomocnica domowa otwiera drzwi.

— Do kogo?

— Przyszłam do Konstantina Nikołajewicza, w bardzo ważnej sprawie. Nazywam się Astafiewa.

To jej nazwisko, choć towarzysze częściej nazywają ją Garanina.

— Konstantin Nikoła jewicz nie przyjmuje rano w domu. Proszę przyjść za pół godziny do zarządu fabryki.

— Bardzo proszę, ja bardzo proszę — szepcze błagalnie Żenia — wytłumaczcie Konstantinowi Nikołajewicżowi, że na ósmą muszę iść do pracy. A mam strasznie, strasznie pilną sprawę!

Kłamie. Dzisiaj pracuje na wieczorowej zmianie. Ale musi natychmiast zobaczyć Relicha. Oczy jej patrzą tak szczerze i pełne są tak prawdziwej rozpaczy, że pracownica ustępuje.

— Proszę wejść i poczekać.

Odchodzi w głąb milczącego nieznanego mieszkania, szczelnie zamykając za sobą drzwi.

W korytarzu jest ciemno, na wieszaku brązowe palto Relicha i czapka z uszami. „Czy trzeba zdjąć płaszcz?” Zdążyła tylko zdjąć kalosze.

— Proszę. Drugie drzwi na lewo.

W pokoju pali się światło. Zza ogromnego niskiego stołu, tak wielkiego, że zajmuje niemal pół pokoju, podnosi się wysoki mężczyzna o nieco kanciastej wojskowej postawie, w szarym, dobrze skrojonym, a jednocześnie luźnym garniturze. Ma siwiejące skronie, duże brunatne czoło i szare przenikliwe oczy. Jakiś nieuchwytny błysk, jakiś dobroduszny ogieniek kryje się w tych oczach i stają się przez to miękkie jak aksamit… Mężczyzna wstaje zza stołu odsuwając krzesło.

— Witaj, Żeniu — mówi wyciągając dużą, trochę chłodną rękę, a w oczach ma tyle prawdziwej życzliwości, że Żeni robi się od razu lżej na sercu. — Chyba masz jakiś interes, bo nigdy tu nie zaglądasz.

Zmieszała się. Mruczy zażenowana, że ciągle brak czasu, jest zapracowana, na oddziale mnóstwo roboty, a wieczorami — nauka…

— A wy zresztą też chyba nie macie głowy do gości…

Siada w miękkim głębokim fotelu, jak by rzeczywiście przyszła ot tak sobie, z wizytą. A Relich pyta już o oddział fabryczny: jak sobie radzi Morgawinow? Czy nadążą ze spawaniem? A jak Piotr Bałaszow? Przecież to właśnie Piotr stale uważał spawanie za szykanę i wiecznie rwał się do montażu… A jak tam orły Kostii Cebenko? Wzleciały już, czy dopiero sposobią się do lotu? A jej uczeń Artiuchow? Będzie co z niego? Może przenieść go do nitowania? A Szura Mingalewa? Czy ciągle jeszcze gardzi chłopakami po nieudanym doświadczeniu z Wołyńcem? Może czas już posłać do niej swaty? Bo ten Sapiegin z montowni po prostu wariuje, chce podobno uciec z fabryki. Gdyby go tak ożenić z Szurą? Byłaby świetna para — najlepsi przodownicy fabryki. We dwoje starczyliby za całą brygadę!

I Żenia odpowiada. Najpierw uśmiechając się nieśmiało, potem jeszcze chwila, a roześmieje się na głos. Ten Relich potrafi tak dowcipnie i celnie każdego scharakteryzować.

— Widzę, Konstantinie Nikołajewiczu, że znacie nasz oddział i ludzi nie gorzej ode mnie. Cóż nowego mogę wam powiedzieć?

A potem od razu poważnie, niemal surowo, bez uśmiechu, jakby zesztywniała:

— Ale ja przecież przyszłam do was w pewnej sprawie…

— No więc mów. Jesteś przecież prawie moją wychowanką. Będzie się czym pochwalić na stare lata. Jeśli ci się coś przydarzyło w trudnej chwili życia, jak mówią poeci, dobrze zrobiłaś, żeś przyszła do mnie.

Zawahała się. Jak by mu to powiedzieć najprościej, w tym samym przyjaznym tonie? Tak, przyszła po pomoc. Nigdy z niczym się do niego nie zwracała, ale teraz stawia całe życie na jedną kartę. Nie, tak nie można! Trzeba prosto, szczerze, jak do starszego towarzysza.

Na stole książki, mnóstwo książek, rysunki, stos niemieckich czasopism technicznych. Pali się światło elektryczne. W popielniczce pełno świeżych niedopałków. Wstał z pewnością nie później niż o piątej. Pracuje. A bała się przyjść za wcześnie, myślała, że go obudzi! Tak, trzeba mówić szczerze, jak ze starszym towarzyszem — członkiem partii.

— Konstantinie Nikołajewiczu, przyszłam do was w sprawie Garanina.

Od razu badawczo zwęziły mu się oczy.

— Rozumiem. Jesteś przecież jego żoną. Wybacz, jakoś mi to wyskoczyło z głowy. Tak, rozumiem, to ciężka, bardzo Ciężka próba… — Bębni palcami po stole. — I słusznie zrobiłaś, że przyszłaś się poradzić starszego towarzysza.

— Tak właśnie myślałam, Konstantinie Nikołajewiczu.

— Widzisz, Żeniu, jesteś nie tylko żoną, ale i komsomołką. I chyba przede wszystkim komsomołką, a potem dopiero żoną. Prawda?

— Tak, Konstantinie Nikołajewiczu.

— Komsomolec, Żeniu, to przyszły członek partii. I dlatego, żeby przejść z Komsomołu do naszej partii, nie trzeba pisać żadnych prac dyplomowych… Pracą dyplomową komsomolca jest jego bezgraniczne oddanie sprawie bolszewizmu. Trzeba każdej chwili, jeżeli partia tego zażąda, wykazać gotowość poświęcenia osobistego życia w imię interesów partii, interesów swojej klasy…

— Tak, jeśli partia tego zarząda… — powtarza chłodno Żenia.

— Wiesz doskonale, Żeniu, że partia to nie klasztor i nie żąda od nikogo wyrzeczenia się szczęścia osobistego. Przeciwnie, im bogatsze jest wewnętrzne osobiste życie człowieka, tym cenniejszy jest on jako członek społeczeństwa i jako członek partii. Ale nasza partia to partia walcząca, otoczona wrogami. Jesteśmy krajem walczącym, który w pierścieniu blokady broni interesów całej ludzkości. I jeśli w naszym kraju, jeśli w naszej partii znajdzie się wróg, który przyczaił się tylko po to, żeby wsadzić nam nóż w plecy, ktokolwiek by to był — mój ojciec, mój syn, mój przyjaciel, moja żona — im bardziej udało mu się mnie oszukać, im chytrzej wkradł się w moje zaufanie, tym bezwzględniejszy musi być mój wyrok! Mówię o tym wewnętrznym wyroku, którego nie trzeba nikomu podawać do wiadomości. Ale dla nas samych, gdyby się to nawet działo na bezludnej pustyni, wyrok ten to nasza moralna legitymacja partyjna. Po czyjej jestem stronie? Partii czy jej wrogów?

— Konstantinie Nikołajewiczu, Garanin nie jest wrogiem partii! To człowiek bezgranicznie oddany partii. Mógł się mylić, ale przecież partia uczy nas naprawiać błędy. Partia nie odrzuca oddanych ludzi. Ja go przecież dobrze znam!

— Widzicie, Żeniu, tę rozmowę możemy prowadzić dwojako. — Oczy Relicha, jeszcze przed chwilą tak wszystko rozumiejące, takie życzliwe, skryły się teraz do połowy pod ciężkimi powiekami. Zdarza się tak czasami, że ktoś, nie obejrzawszy nas dokładnie w ciemnej klatce schodowej, otworzy usłużnie drzwi, żeby za chwilę, wyczuwszy petenta, zatrzasnąć, je nam przed nosem ze stereotypowym mruknięciem: „Nie ma w domu”.

O, Żenia od razu dosłyszała to „widzicie”. No cóż, gotowa jest przyjąć walkę na dowolnych warunkach.

— Niezupełnie was rozumiem, Konstantinie Nikołajewiczu…

— Mogę z wami mówić jak z żoną Garanina…

— Nie mówię jako żona Garanina, tylko jako jego towarzysz.

— Nie wątpiłem — oczy Relicha raz jeszcze otwierają się gościnnie — iż Żenia Astafiewa tak właśnie mi odpowie. Znam cię zbyt dawno, nie można się omylić co do takich ludzi jak ty.

— Jako komsomołka i towarzysz Garanina twierdzę, że nigdy nie był on i nie może być wrogiem partii.

— Dawno go znasz?

— Od trzydziestego pierwszego roku.

— Czy wiesz, że w końcu dwudziestego dziewiątego roku chciał wystąpić z Komsomołu?

— Nie znałam go w tym okresie, ale wiem, co było powodem, że chciał wystąpić. Zwalili na niego dwanaście różnych funkcji. Czym to on jednocześnie nie był: i propagandzistą komsomolskim, i organizatorem grupy, i kierownikiem kółka marksizmuleninizmu, i kandydatem na członka egzekutywy, i członkiem rady rejonowej — trudno wszystko spamiętać! A w tym samym czasie uczył się w instytucie przemysłowym. Sami wiecie, że to była wówczas nagminna bolączka Komsomołu. Nawet „Komsomolska Prawda” o tym pisała. Garanin przedstawił egzekutywie, że trudno mu w takich warunkach zdobywać wyższe kwalifikacje i że bezpartyjni dawno go przegonili. Jego działalność polega na tym, że innych namawia do czytania, podnoszenia kwalifikacji technicznych, a sam nie może tego robić. Koledzy to widzą i na pewno uważają go za obłudnika i niepoważnego gadułę. Pytał, czy Komsomołowi rzeczywiście potrzebni są tacy pracownicy? Stawiał to zagadnienie, sygnalizował niebezpieczeństwo, które groziło nie jemu jednemu — lecz nie występował. Ani chwili nie był poza Komsomołem.

— Uczyłaś się historii partii i pamiętasz, w jakiej to chwili Garanin chciał wystąpić z Komsomołu — mówi miękko Relich. — Jeśli tego nie pamiętasz, przypomnę ci. Było to tuż przed otwarciem wielkiego frontalnego ataku na kułactwo. Musisz chyba pamiętać, choćby z naszej beletrystyki, że partia rzuciła wtedy na wieś, na najbardziej odpowiedzialne odcinki, dziesiątki tysięcy najlepszych komsomolców. Tysiące ich zginęły wtedy na posterunku — polegli ugodzeni podle zza węgła kułacką kulą. Właśnie na ich bohaterskich mogiłach wyrosła nasza socjalistyczna wieś. Jedną z najtrudniejszych walk, kiedy ważyły się losy socjalizmu w naszym kraju, wygraliśmy, być może, głównie dzięki bezprzykładnemu bohaterstwu tych bezimiennych szeregowych członków partii i Komsomołu. A cóż byś powiedziała o komsomolcu, który by w tej decydującej chwili rzucił swoją legitymację komsomolską, oświadczając: „Ja tymczasem będę się uczyć, skończę wyższe studia, a kiedy wy już ostatecznie wyjaśnicie, kto bierze górę, znowu wrócę do was”. Jak się to twoim zdaniem nazywa? Zdrada czy pęd do nauki?

— Myślę… myślę po prostu, że Garanin jako zwykły komsomolec nie zdawał sobie sprawy… I w końcu przecież nie wystąpił z Komsomołu!

— Nie wystąpił, bo go zawstydzono, obiecano mu wszelkie ulgi w pracy. Inni po prostu odchodzili solidaryzując się z kułakami. To było przynajmniej szczere i do pewnego stopnia uczciwsze. Garanin nie zdobył się na to. Wolał szantażować swoją młodą, nieliczną organizację komsomolską groźbą odejścia. Tak, właśnie szantażować. Widzisz, nie uważał za stosowne opowiedzieć ci tego. A ty zapewniasz, że znasz Garanina lepiej niż ktokolwiek inny! Wierz mi, partia zna go o wiele lepiej.

— Wcale nie ukrywał przede mną tego epizodu. Mówiłam wam przecież, że po prostu inaczej to rozumiałam. Jestem przekonana, że Garanin nie zdawał sobie sprawy, że popełnia poważne przestępstwo. Miał wtedy przecież zaledwie dziewiętnaście lat! Mało to rzeczy robi się w tym wieku z głupoty, bez zastanowienia?!

— Nie trzeba się zakłamywać, Żeniu! Poznałaś Garanina! zaledwie dwa lata później. Wiesz doskonale, że w dwudziestym dziewiątym roku nie był już bynajmniej jakimś niewyrobionym, zwykłym komsomolcem. Wprost przeciwnie, w tym okresie był to jeden z najbardziej wyrobionych komsomolców w swojej organizacji. Sama mówisz, że powierzono mu kierownictwo kółek marksizmu-leninizmu, był zastępcą członka zarządu koła Komsomołu, całkowicie dojrzałym pracownikiem, zdolnym do wszechstronnego, politycznego przemyślenia każdego swego czynu. Czyż zresztą tylko o ten epizod chodzi? Zeszłego roku w szkole dziennikarskiej Garanin nawiązał bliskie stosunki z niejakim Szczuką…

— To nieprawda! Nie był z nim w żadnych bliskich stosunkach!

Mówi szybko, łykając sylaby jak łzy. Spojrzenie Relicha jest uważnie obojętne. Żenia broni się przed tym spojrzeniem gradem wzburzonych słów, jak bronią się w ogromnym porywie rozpaczy ludzie pokonani, straciwszy wszelką nadzieję zwycięstwa. Policzki jej pałają. Szara barankowa czapeczka zsunęła się do tyłu.

— Skąd wiesz?

— Sam mi to powiedział.

— Sam powiedział? A kiedyż to?

— Dziś w nocy.

— Ach, dzisiaj w nocy! A czy po powrocie z Moskwy opowiadał ci coś o obywatelu Szczuce?

— N-nie. A może nawet opowiadał. Nie pamiętam.

— Pamiętasz, Żeniu, pamiętasz! Nic ci nie opowiadał. Nawet nie napomknął.

— Ale ja myślę, Konstantinie Nikołajewiczu, że w szkole dziennikarskiej miał dziesiątki wykładowców. Nic w tym dziwnego, że nie opowiadał mi o każdym z nich oddzielnie! Szczególnie o tych, którzy niczym specjalnie się nie wyróżnili.

— Naiwny z ciebie człowiek, Żeniu! Przecież sam się przyznał, że był na seminarium u tego Szczuki. Student sam wybiera sobie seminaria, nikt mu ich nie narzuca. Garanin powiada, że wybrał Szczukę, ponieważ potrafił zainteresować go swoimi wykładami. To znaczy, że ze wszystkich wykładowców, na których wykłady Garanin uczęszczał, właśnie Szczuko czymś się w jego oczach wyróżnił. Spotykał się z nim częściej niż z innymi…

— Przecież Garanin sam to opowiedział! To znaczy, że nie ma nic do ukrywania.

— Droga Żeniu, Garanin dotąd jeszcze nie wie, co my właściwie wiemy o jego powiązaniach ze Szczuką. Gdyby spróbował wypierać się wszystkiego, od początku do końca, ryzykowałby, że w każdej chwili zostanie przyłapany na kłamstwie. Wobec tego musi przyznawać się przynajmniej do tych rzeczy, które bez wielkiego trudu możemy sprawdzić w inny sposób.

Za oknami budzi się zaspany styczniowy poranek, cały w gęsim puchu śnieżnych płatków. W słabym jak herbata z cytryną świetle elektrycznym twarz Żeni zdaje się trupio żółta. Relich podchodzi do ściany i wyłącza światło.

— Wytworzyliście sobie obraz Garanina jako skończonego łajdaka — mówi Żenia prostując się. — Wszystko, co mówił czy zrobił, tłumaczycie sobie z tego z góry ustalonego punktu widzenia. A taki punkt widzenia można przyjąć w stosunku do każdego.

— Przeciwnie, Żeniu, to ty stworzyłaś sobie obraz swojego Garanina niepodobny w niczym do człowieka, który nosi to nazwisko. Próbujesz ślepo bronić tego płodu twojej wyobraźni wbrew wszelkim oczywistym faktom… Nie płacz, Żeniu. Rozumiem cię lepiej, niż ty sama siebie… Przyszłaś tu bronić swej miłości, swej wiary w bliskiego człowieka. Uważasz, że jeśli odbierze ci się to zaufanie, zwyczajne ludzkie zaufanie do męża, nic ci już nie pozostanie, tylko pustka. To nieprawda, Żeniu. Nie jesteś po prostu kobietą, jesteś kobietą z naszej klasy. I dlatego, żeby uratować właśnie to, co jest w tobie najcenniejsze, operacja ta jest niezbędna.

— Gdybym się przekonała, Konstantinie Nikołajewiczu, że mnie oszukiwał, byłoby to takie okropne… okropne… Jak wtedy żyć? Nie można żyć bez wiary w ludzi!

— O, widzisz, tak właśnie myślałem. I to jest najniebezpieczniejsze. Nie wolno na podstawie tragicznego wypadku z naszego osobistego życia tworzyć zbyt daleko idących uogólnień. Z tego faktu, że miałaś nieszczęście pokochać człowieka podłego i obcego nam, który cię oszukał, przywdziewając maskę porządnego członka partii, nie wypływa jeszcze wniosek, że wszyscy ludzie noszą maski. Zdemaskować utajonego obłudnika, czyli dwulicowca, jak my to nazywamy, nie tak trudno. Wystarczy nieco więcej doświadczenia. Już na podstawie tych znanych ci faktów dotyczących Garanina można z łatwością stworzyć sobie jego właściwy obraz. Tylko nie trzeba zasłaniać sobie oczu i nazywać tego „wzajemnym zaufaniem”, bez którego rzekomo niemożliwe jest w ogóle życie, a w szczególności życie rodzinne. Bolszewik, droga Żeniu, nawet w życiu rodzinnym musi zachować pewną dozę nieufności i krytycyzmu. Ten szósty zmysł nazywamy w naszym języku partyjnym czujnością. I jeszcze jedno: nie wolno cierpieć na zanik pamięci. Każdy fakt traktowany oddzielnie, w oderwaniu od innych, może zawsze wydawać się przypadkowy, ale jeśli w ciągu lat zauważymy w życiorysie tego samego człowieka trzy, cztery, pięć takich przypadkowych faktów i spróbujemy je połączyć, można prawie zawsze stwierdzić, że te „przypadkowe” fakty pasują do siebie tak ściśle jak kamienie domina…