Złapani dla Boga - Milena Kończak - ebook + książka

Złapani dla Boga ebook

Milena Kończak

0,0

Opis

Czasem walka o siebie oznacza rezygnację ze wszystkiego, co znaliśmy do tej pory

Nie trzeba nikogo zmuszać. Wystarczy sprawić, by bał się odejść. Reszta dzieje się sama.

Autorka przez kilkadziesiąt lat była częścią organizacji Świadków Jehowy. Dzieli się swoimi doświadczeniami życia we wspólnocie, opowiada o lęku, poczuciu winy i zasadach, które potrafią rozdzielić najbliższych, oraz o miejscu, jakie miało dać odpowiedzi na wszystkie pytania, lecz z czasem coraz skuteczniej zagłuszało własne sumienie.

To nie jest książka wymierzona w czyjąkolwiek wiarę. To próba zrozumienia świata, który dla jednych jest drogą do zbawienia, a dla innych miejscem, z którego trudno się wydostać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 161

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Milena Kończak

Złapani dla Boga

Ta książka powstała dzięki mojemu mężowi.

Jego wiara w jej sens dała mi siłę, by ją napisać.

Niech będzie świadectwem misji, którą nosił w sercu – aby każdy człowiek miał prawo wybrać własną drogę.

Wstęp

Byłam świadkiem Jehowy. Zostałam wykluczona ze społeczności, ale i tak jestem szczęściarą.

Przez kilkadziesiąt lat uczestniczyłam we wszelkich aktywnościach organizacji oraz brałam udział w czynnym werbunku nowych adeptów. Potrafię szczegółowo wyjaśnić, jak wyrafinowane i misternie utkane są sieci zależności między członkami wspólnoty. Obudzona w środku nocy, mogę wyrecytować wyćwiczone kiedyś regułki służące jako forma reklamy kultu. Znam duchowe nagrody i precyzyjnie wymierzane przez władze kary – akty miłości prowadzące do pełnego posłuszeństwa wobec „Boga”. Wszystko, o czym piszę w tej książce, jest przerażające – sama się sobie dziwię, że to przetrwałam. I że tak długo należałam do organizacji, a w dodatku – że teraz o tym piszę. Dla Świadków Jehowy moja obecna postawa jest nie do pomyślenia. Wpojono im: „Nie chcesz z nami być – to nie bądź. Zajmij się swoim życiem i nie mów, jak było ani jak działamy. Milcz”. To jedna z informacji podprogowych, które władze regularnie przekazują wiernym. I działa, bo faktycznie setki tych, którzy odeszli, mają tę zasadę tak głęboko w sercu, że po odejściu milczą. Choć, jak sami widzicie, nie zawsze tak się dzieje. Książka, którą trzymacie w rękach, jest tego najlepszym dowodem.

Co się zmieniło, że postanowiłam zacząć mówić? Dlaczego – choć czułam, że powinnam być cicho – zdecydowałam się napisać książkę? I co wobec tego obejmuje jej „zakazana” treść?

Nie jest to zbiór nauk, wierzeń, dogmatów czy ich biblijnych interpretacji. Nie jest to także mój życiorys. To opis złożonych mechanizmów manipulacji psychologicznych, którym systematycznie są poddawani wierni wewnątrz organizacji i wszyscy ci, którzy mają z nimi styczność.

Dlaczego właśnie na tym mi zależy? To była wola mojego męża. Pragnął, bym napisała książkę, której treść choć trochę wesprze innych w odważnym, świadomym podejmowaniu decyzji życiowych. Pomoże przełamać strach przed odrzuceniem, zaufać własnemu osądowi czy stawić czoła wynikającym z tego niepewnościom. Traktować te wyzwania jako szansę, a nie zagrożenie. Odzyskać głos, który miał zostać zabrany. Mówić, gdy ma się coś do powiedzenia.

Dlaczego jeszcze to robię?

Jako były zaangażowany członek Świadków Jehowy czuję się wręcz zobowiązana do poruszenia tak ważnych tematów, jak izolacja społeczna, ostracyzm, poczucie winy, wstyd i strach za wyimaginowane nieposłuszeństwa wobec władz organizacji. W ramach tej książki zawrę opis skrzętnie przygotowywanej machiny służącej do łapania nowych i zatrzymywania obecnych członków w szczelnej grupie „wybranych”. Poza tym bardzo współczuję osobom, które są w organizacji, bo wiem, ile wysiłku i wyrzeczeń kosztuje ich werbowanie innych. A jeszcze bardziej współczuję tym, którzy zamierzają dołączyć do tego grona. Chcę ich przestrzec i zwrócić im uwagę na kwestie, o których nie usłyszą od wzorowych świadków. Wybór oczywiście należy do nich samych – ale dobrze, by go w ogóle mieli.

Na samym początku opiszę swój „upadek” – jak powiedzieliby świadkowie – a więc wykluczenie z organizacji. Bo od tego prawie wszystko się zaczęło.

Kogo poruszy treść tej książki? I kto w ogóle po nią sięgnie?

Tej treści najbardziej potrzebują wierni, by uświadomić sobie, w jakim procesie biorą udział każdego dnia. Niestety z góry wiem, że z niej nie skorzystają. Nie chcą. Nie mogą… Gdy tylko dowiedzą się o premierze, będą omijać szerokim łukiem księgarnie, i to przez kilka miesięcy. Nawet spojrzenie na tytuł nie wchodzi w grę, bo są obserwowani przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dlaczego tak trzymają się na baczności? O tym też opowiadam w kolejnych rozdziałach.

Adresatami tej pozycji są byli członkowie organizacji lub ci, którzy dopiero zamierzają do niej wejść, a także osoby, które powoli zaczynają sobie uświadamiać, w jakiej machinie zależności się znaleźli. Sama dobrze pamiętam, jak szukałam takich treści na półkach księgarni i forach internetowych przy moich pierwszych próbach odejścia. Pamiętam, jak marzyłam, by cokolwiek o tym przeczytać. By posłuchać podcastów z udziałem byłych świadków, by zobaczyć, czy to ja zwariowałam, czy inni też czują się oszukani. I wiem, jak olbrzymim wsparciem było znalezienie takich materiałów. To dlatego postanowiłam wzbogacić już istniejący księgozbiór o osobistą perspektywę.

Największą grupą odbiorców tej książki będą, mam nadzieję, osoby interesujące się tematyką psychologiczną oraz mające w kręgu znajomych, członków rodziny czy sąsiadów czynnych świadków. Dlaczego tak mi na nich zależy? Bo to oni mogą wnieść wiele refleksji do tak zaprogramowanej społeczności. Często osoby spoza organizacji pytają: „Jak to możliwe, że ktoś w ogóle należy do tak destrukcyjnej grupy? Przecież z góry wiadomo, że nosi ona znamiona sekty. I co to za problem z niej wyjść?”. A właśnie wyjście z niej to największy problem. Dlatego mimo opisów działań wspólnoty, które przedstawiam niejako zza kulis i w ramach ostrzeżenia, chciałabym podkreślić, że świadkowie Jehowy to osoby z własnymi historiami, lękami i nadziejami. Wielu z nich kieruje się wiarą i chęcią czynienia dobra. Inni po prostu wychowali się w tej religii i nie mieli wyboru – nie znają innego świata. Nasz brak zgody na ich teorie czy wierzenia nie powinien wykluczać szacunku, wyrozumiałości i współczucia wobec nich. Warto spojrzeć na ich świat przez pryzmat tych wartości. Wielu świadków mierzy się z presją środowiska, konfliktami rodzinnymi i odrzuceniem z powodu swojej wiary. To wywołuje przytłaczające emocje i generuje spore wyzwania. Jeśli więc będziemy świadomi mechanizmów działających w tej grupie, będziemy potrafili pomóc jej członkom. Zamiast ich wyśmiać czy zlekceważyć, możemy zadać im pytania, skłonić ich do refleksji i wysłuchać. Dzięki temu grono ludzi wyzwolonych spod jarzma tak precyzyjnie zorganizowanego systemu religijnego będzie coraz większe.

CZĘŚĆ I

Wykluczenie

Komitet Sądowniczy[1]

27 marca 2022 roku, godzina 23.40. Słyszymy: „Nie jesteście już świadkami Jehowy. Oboje zostaliście wykluczeni. Macie siedem dni na złożenie odwołania od tej decyzji, jeśli uznacie, że doszło do poważnych błędów w ocenie sytuacji przez Komitet Sądowniczy”. Cóż za bezduszna regułka wypowiedziana przez pięć robotów… przepraszam, starszych zboru – mężczyzn rzekomo mających dawać przykład innym.

Nie zachęcali mnie ani mojego męża do pisania zażaleń ani nas do tego nie zniechęcali. Po prostu nas o tym poinformowali. Bez emocji, bez krzty sympatii wynikającej z lat współpracy na rzecz wspólnoty. Niegdyś, jak sądziłam, działaliśmy razem z poczuciem misji i darzyliśmy się ciepłymi uczuciami. Dziś usłyszeliśmy suchy komunikat, pokrętną próbę wmówienia nam, że wszystko, co się stało, jest naszą winą – a zarazem bożą pomocą w oczyszczeniu zboru z takich niegodziwych postaw. Słowa „twoja wina” to chyba pierwsze słowa, jakie pamiętam z najmłodszych lat spędzanych na zebraniach. Wszystko jest winą – oczywiście zawsze twoją.

Po wysłuchaniu decyzji wstaliśmy z krzeseł. Nigdy wcześniej nie byliśmy w takim szoku. Gdy zakładaliśmy płaszcze, było już późno, musieliśmy szybko jechać do domu po leki, których potrzebował mój mąż Henryk – tylko to miałam w głowie. Albo do szpitala, bo znajdował się bliżej – od domu dzieliło nas około dwustu kilometrów. Ból nie odpuszczał. A od starszych słyszeliśmy już tylko milczenie, które huczy mi w głowie do dziś. Tak nienaturalne, a jednocześnie tak perfekcyjnie wytrenowane, wręcz… wytresowane. Wtedy tego nie rozumiałam, ale dziś umiem to nazwać, opowiedzieć, a nawet opisać.

Szykowaliśmy się do wyjścia, a oni z uśmiechem zaproponowali, że otworzą bramę, by nam pomóc. Nie mogłam uwierzyć, że ci sami ludzie, którzy piętnaście minut wcześniej byli jak bezduszne roboty, teraz się śmiali, silili na uprzejmość. Było po wszystkim, więc w końcu mogli zachowywać się jak ludzie i żartować, klepać się po plecach i gratulować sobie dobrze wykonanej roboty. A my? Kim – albo czym – jesteśmy? Byłam skołowana. Być może inni czuli się podobnie po tak abstrakcyjnym „sądzie” w wykonaniu działaczy Świadków Jehowy. Dlaczego? Forma, atmosfera, infantylność argumentów, których starsi używają podczas takich spotkań, powodują, że człowiek ma wrażenie, jakby to nie działo się naprawdę. A jednak się wydarzyło. Jak to wyglądało? Szczerze mówiąc, od razu to wyparłam. Być może biologiczna reakcja obronna wzięła górę. Zdecydowałam jednak, że na potrzeby książki i w ramach przestrogi odświeżę w pamięci tamte sytuacje, nawet jeśli nadszarpnę przy tym swoje zdrowie.

Przed tymi wydarzeniami otrzymaliśmy telefon: „Chcemy się spotkać, by udzielić wam pomocy duchowej”. Trudno mi opisać emocje, które poczułam po usłyszeniu tego komunikatu. A dziś trudno mi opisać ten lincz – bo tylko tak mogę określić podobne spotkanie, które w normalnym świecie jest niedorzecznością. Już sama jego koncepcja wydaje się niesprawiedliwa z uwagi na układ sił. Pięciu wspaniałych i nasza niegodziwa dwójka. Przed spotkaniem nie znaliśmy składu Komitetu, nikomu nie przyszło nawet do głowy zapytać nas o zgodę w tej kwestii. Role, jak sądzę, zostały z góry przypisane; wiadomo było, kto jest dobrym bohaterem, a kto złym. Spotkanie miało niewiele wspólnego z prawowitym sądem – brakowało adwokata, obserwatorów. Sędziowie trzymali na kolanach dwie książki: Biblię na prawym, Paście trzodę bożą – tajną księgę wydawnictwa Świadków Jehowy – na lewym. Tę pierwszą położył ostentacyjnie, drugą, której treści nie mamy prawa znać – bardziej dyskretnie. To miało pokazać, że sędziowie nie kierują się własnym zdaniem, tylko prawem Jehowy i zasadami organizacji. Które przepisy okażą się ważniejsze?

Spotkanie trwało około sześciu godzin. Gdy wyjeżdżaliśmy z Sali Królestwa Świadków Jehowy, było kwadrans przed północą. Nie wiedzieliśmy, czy w takim stanie dojedziemy do domu – mój mąż cierpiał na poważną chorobę stawów, której objawy nasiliły się przez wielogodzinne siedzenie i stres. Co się jednak stało, że w ogóle zostaliśmy wezwani, że tylu rzekomych sędziów przesłuchiwało nas tyle godzin?

Zazwyczaj sędziów jest trzech, a naprzeciwko nich – jeden winowajca. Nas była dwójka, może dlatego niemal podwoili skład Komitetu. A może chodziło o to, że byłam z innego zboru? Nie wiem. Wydało mi się to dziwne, tak jak cały ten spektakl. Starsi z mojego nowego zboru w ogóle mnie nie znali. Kiedy się przeprowadziłam, miałam poznać się z nimi wirtualnie – był to czas pandemii. Starsi otrzymali już z poprzedniego zboru moją kartę głosiciela z opinią na mój temat od grona osobników pełniących w nim takie same funkcje. Podczas krótkiej rozmowy sama przyznałam, że nienajlepiej czuję się w nowym miejscu, że coś mnie gryzie. Ale ich obietnica spotkania okazała się obietnicą bez pokrycia, bo nigdy do niego nie doszło. A gdy w końcu sama zadzwoniłam do starszych i powiedziałam, że wyszłam za mąż – choć wcześniej nie wspomniałam im ani słowem o narzeczeństwie – od razu się pojawili. Voilà. Można. Na spotkanie Komitetu, by wydać wyrok, dotarli punktualnie. To zabawne, co okazało się ważniejsze. Gdy prosiłam o pomoc – zderzyłam się z milczeniem. Gdy trzeba było wymierzyć karę, aż pięciu mężczyzn znalazło czas na wydanie wyroku podpartego mądrością z książek leżących na ich kolanach. Nie chcę demonizować – może po prostu tak trafiłam. Może niektórzy korzystają na takich spotkaniach, wspominają je z wdzięcznością, odzyskują po nich sens życia, a wszelkie ich boleści emocjonalne znikają. Może tak. A w moim wypadku? Moje zmartwienia nie zniknęły ani się nie zwiększyły. One dopiero wtedy się pojawiły.

Do dziś nie wiem, dlaczego to spotkanie było tak długie. Miało stanowić swego rodzaju przesłuchanie. Wersja zdarzeń mojego męża i moja wersja zdarzeń. Ich kamienne twarze, na których pojawiały się grymasy, kiedy zadawali nam pytania. Dziś nie pamiętam dokładnie tych pytań. Pamiętam natomiast, że już na samym początku mój mąż nie czuł się najlepiej. Nie wzięliśmy ze sobą leków, ponieważ sądziliśmy, że spotkanie może potrwać godzinę, maksymalnie półtorej. Początkowo mój mąż im odpowiadał, ale nie mówił tego, co chcieli usłyszeć. Mówił o pedofilii u Świadków Jehowy, o Komisji Królewskiej w Australii, o błędach w przekładzie Biblii i licznych „pomyłkach” Ciała Kierowniczego. Chciał i próbował ich zapytać, co sądzą o tych zdarzeniach. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że nie tego dotyczy nasze spotkanie. Henryk jednak nie przestawał. Dopytywał – w końcu byliśmy przyjaciółmi, mogliśmy porozmawiać także o tym. Nie zeszli z trzymania się własnego kursu. Ich oblężenie skupiło się na mnie. Dziwna sytuacja: pięciu mężczyzn patrzy na ciebie, z właściwą dla nich modulacją zadaje podchwytliwe pytania, brzmiące nienaturalnie życzliwie. Odpowiadałam zdawkowo, pod nich, żeby dali mi spokój. Wszystko byleby zatrzymać tę farsę. Potem na ich wskazanie wychodziliśmy na przemian – albo mąż zostawał, a ja byłam odseparowana, albo starsi chcieli zostać sami, więc wyprowadzali nas do innego pokoju i zamykali wszystkie możliwe drzwi. W małej salce czekaliśmy na ich nieomylne wyroki, które bywają różne – w zależności od tego, co podpowie im „duch boży”. Do dziś jest to dla mnie rebus, którego nie zamierzam rozwiązywać.

Za każdym razem, kiedy Henryk od nich wracał, czuł się gorzej. Prosiliśmy o skrócenie spotkania i o wodę – przynieśli wodę. Ponowiliśmy prośbę o zakończenie Komitetu i o tabletkę – dali nam Apap. Znowu poprosiliśmy, żeby naradzali się szybciej – nie posłuchali. Miałam myśl, by wezwać karetkę, ale w głowie kołatały mi świadkowskie obawy: „Nie! Co pomyślą sąsiedzi mieszkający w pobliżu? To będzie złe świadectwo. Będą się zastanawiać, co tu się dzieje, że aż potrzebna jest pomoc medyczna”. (To typowe myślenie świadka – na organizację nie powinien paść żaden cień). I wiecie co? Nie wezwałam karetki. Dziś wiem, że powinnam była zadzwonić – ale po policję.

Gdy o tym wszystkim piszę, czuję zażenowanie i zatrwożenie na przemian z niedowierzaniem. Kłębią się we mnie różne myśli, a zarazem stawiam sobie proste pytania: Jak dorośli ludzie mogą doprowadzić do takiej sytuacji? Jak mogą brać udział w czymś takim? Jak mogą zgodzić się na wykonywanie poleceń starszych? Świadek, przez dekady podlegający ciągłej indoktrynacji, nie widzi innego rozwiązania, niż pojawienie się na spotkaniu w wyznaczonym terminie i umówionym miejscu. Mało tego – jest w pełni uległy. A Henryk zakłócał przebieg spotkania. Opowiadał o rzeczach niewygodnych, a nawet odstępczych, takich jak książka Kryzys sumienia napisana przez byłego członka Ciała Kierowniczego, zakazana dla zboru. Odstępcze treści są dla Świadków Jehowy najgorszymi możliwymi grzechami. Ale o tym, że mój mąż ma taką wiedzę i patrzy na organizację jak na sektę, starsi dowiedzieli się dopiero na spotkaniu. Co więc było pierwotnym powodem zorganizowania obławy?

Nasz ślub – zgodny z polskim prawem oraz z wytycznymi urzędu stanu cywilnego, ale niezgodny z regułami organizacji. A jeżeli czyjeś działania nie są zgodne z przepisami Świadków Jehowy i ich własną interpretacją wersetów biblijnych, to taka osoba staje przed Komitetem Sądowniczym. Nie można wziąć kolejnego ślubu bez zgody organizacji, jeżeli uprzednio nie przedstawiło się dowodów zdrady jednego ze współmałżonków, co jest konieczne do rozwiązania poprzedniego małżeństwa. Henryk nie przedstawił im dowodów na rozwód przeprowadzony według powyższych zasad. Ponadto – choć teoretycznie nie musieliśmy prosić nikogo o zgodę na małżeństwo – według niepisanych zasad para planująca ślub powinna poinformować starszych i braci o narzeczeństwie. My tego nie zrobiliśmy.

Powody

Świadkowie Jehowy mogą się rozwieść, ale nie mogą ponownie zawrzeć związku małżeńskiego, jeżeli nie przekażą starszym dowodów na zdradę jednego z małżonków. To oni mają ocenić, co, jak, kiedy, gdzie i z kim zaszło. Oni – grono mężczyzn niemających kompetencji, by przyglądać się takim sytuacjom, nie mówiąc już o decydowaniu w tak intymnych, skomplikowanych i delikatnych sprawach jak pożycie małżeńskie innych ludzi. Jeżeli nie dostarczysz im dowodów, możesz być rozwodnikiem i nadal należeć do zboru, ale nie możesz wziąć kolejnego ślubu. Wyjaśnię to tak, jak robią to świadkowie – na przykładach. W organizacji zasady tłumaczy się właśnie w ten sposób, by nie zostawiać świadkom pola do własnej interpretacji.

Może to być zaskoczeniem, ale częstym powodem rozwodów wśród świadków jest sfera seksualna – brak dopasowania w tych sprawach. To wcale nie jest rzadki przypadek. Świeże małżeństwo dwudziestopięciolatków wygląda następująco: ona pragnie mieć gromadkę dzieci, a on nie, albo oboje mają różne oczekiwania względem pożycia małżeńskiego. Nie mogli ustalić tego wcześniej w pełni, bo nie powinni rozmawiać na takie tematy. Świadków obowiązuje mnóstwo zasad i przepisów – szczególnie w kwestii seksualności. A co ma zrobić kobieta, która wie, że nie chce tak żyć, bo nie po to brała ślub? Może pozostać w białym małżeństwie. Żadnych rozwodów, żadnych złych opinii o Świadkach Jehowy – to dla organizacji priorytet. A jeśli taka osoba chce żyć zgodnie ze swoimi pragnieniami? Musi zdradzić męża – wtedy weźmie rozwód i zostanie wykluczona, gdy zacznie żyć z innym mężczyzną, a nie daj Boże z kobietą. Chyba że mąż wybaczy żonie ten postępek i ocali ją od wykluczenia i ostracyzmu. Nie rozwiodą się, bo już nie będzie ku temu przesłanek. Wszyscy nadal będą nieszczęśliwi – patowa sytuacja. Opisuję to bardzo sucho, bez emocji, ale zdaję sobie sprawę, ile bólu przysparzają takie doświadczenia. Ile zawiłości, rozczarowań i smutku. Ile zniewagi i plotek – zwłaszcza plotek. U świadków informacje rozchodzą się z prędkością światła.

Kolejna sytuacja. Młode małżeństwo świadków rozwodzi się, mimo że nie doszło do zdrady. Żadne z byłych małżonków nie może wejść w kolejny związek małżeński z uwagi na strach przed wykluczeniem, a nie z powodu braku kandydatów. Żyją tak przez jakiś okres, a z czasem życie pisze swoje scenariusze. Nierzadko zdarza się, że któreś z nich zapada na przewlekłą chorobę wymagającą opieki osób trzecich. Taka osoba mogłyby zawrzeć związek małżeński, otrzymać wsparcie od ukochanej osoby, która wyraziła na to zgodę – ale wtedy zostałaby wykluczona, odrzucona w chorobie, bez społeczności, rodziny i przyjaciół.

Jeszcze inna sytuacja. Małżonkowie po prostu się nie dogadują. Jedna strona bierze winę na siebie, składa pozew rozwodowy, sąd udziela rozwodu. Co dzieje się z nimi w zborze? Nic. Nie zostaną wykluczeni. Żyją osobno, ale nie mogą założyć nowych rodzin – czekają więc, aż jedno z nich umrze (śmierć kończy małżeństwo) albo znajdzie sobie kogoś wbrew przepisom. Bo przepisy mówią jednoznacznie:

Jeżeli osoba rozwiedziona ponownie wstępuje w związek małżeński, nie mając do tego biblijnego prawa – innymi słowy, jeśli nie doszło do cudzołóstwa oraz odrzucenia przez stronę niewinną – to zawarto małżeństwo cudzołożne. W oczach Jehowy ktoś taki pobrał się, pozostając związany węzłem małżeńskim z kimś innym. Wymaga to podjęcia działań sądowniczych[2].

Zgodnie z zasadami panującymi w organizacji nie powinnam mieć pretensji, że zorganizowano Komitet. I nie mam. Chcę jedynie pokazać, jak wygląda taka krucjata. Zaprezentować jej przebieg, wewnętrzną logikę – a raczej jej brak. Jak mówią sami starsi: nie ma większego znaczenia, kto, za co i jak jest wykluczany. Więc co się liczy?

Posłużę się przykładem. Jeżeli ktoś pali papierosy – czego świadkom Jehowy robić nie wolno – ma kilka opcji. Może sam się przyznać, że popala – albo jego współbracia (członkowie zboru) będą od niego szybsi. W ramach miłości wzajemnej wywąchują oni występki innych i donoszą o nich starszym. Wtedy palacz trafia przed Komitet Sądowniczy. Jeżeli przestanie palić, czyli zaniecha grzesznego postępowania, zostanie w zborze. Tak samo jest z piciem nadmiernej ilości alkoholu czy braniem udziału w wyborach – świadek ma ograniczyć picie i zrezygnować z pójścia do urny wyborczej w przyszłości. Ale co w naszej – i dziesiątek, jeśli nie setek innych osób w zborach – sytuacji? Jak ma wyglądać nasza skrucha? Palisz – przestajesz palić. Pijesz – przestajesz pić. Pobrałeś się – masz się rozwieść? To jest całkowicie nielogiczne. Czy wykluczenie to wtedy kara dla przykładu, tak by inni członkowie zboru na przyszłość wiedzieli, co ich czeka za taką samowolkę? Żeby już więcej nikt nie zrobił nic bez zgody starszych? Nieposłuszeństwo, które utrudnia im kontrolowanie sfery prywatnej świadków, nie może ujść na sucho.

Z drugiej strony – jak okazać żal za dany postępek, jeśli się nie żałuje, że poślubiło się ukochanego? Dwa tygodnie między naszym ślubem a tym linczem, gdy nikt o niczym nie wiedział, to był najpiękniejszy czas. Nikt się nie wtrącał. Nikt w nic nie ingerował. Jak mogłabym żałować, że poślubiłam dobrą, mądrą i troskliwą osobę? Człowieka odważnego, szlachetnego i z niezwykłym poczuciem humoru, jaką był mój mąż? No jak? Nie mogłabym. I nie żałuję tego do dziś. Mieli więc rację – nie ma żalu, nie ma posłuszeństwa, nie ma dla nas miejsca w świętej organizacji. To dlaczego tak mnie to porusza?

Rzecz w tym, że wtedy nie chciałam zostać wykluczona. Miałam inne plany. Oboje z mężem chcieliśmy odejść sami, na własnych warunkach. Mieliśmy napisać listy do przyjaciół ze zboru, by poinformować ich, że rezygnujemy z chodzenia na zebrania – nie chcieliśmy, żeby się martwili albo czuli odtrąceni i porzuceni, gdy będziemy stopniowo znikać z ich życia. Wielu świadków jest naprawdę wierzących i mogłoby się niepokoić o nasz stan duchowy. Planowałam po prostu napisać albo powiedzieć im o kilku(set) rzeczach w organizacji, które naszym zdaniem były destrukcyjne, na które dłużej nie chcieliśmy się zgadzać. Nie zdążyliśmy. Starsi zrobili to za nas – w swoim stylu. W suchym komunikacie podczas zebrania poinformowali, że nie jesteśmy już świadkami. Dla wszystkich obecnych było jasne: żadnego kontaktu z wykluczonymi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Złapani dla Boga

ISBN: 978-83-8423-786-1

© Milena Kończak i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Kinga Kosiba

KOREKTA: Marta Jakubowska | Słowa na warsztat

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek