Złapać oddech - Ewelina Dobosz - ebook
NOWOŚĆ

Złapać oddech ebook

Ewelina Dobosz

4,0

203 osoby interesują się tą książką

Opis

Niektóre szczyty zdobywa się siłą mięśni, inne – siłą serca.

Liwia ma wszystko, co powinno dawać poczucie bezpieczeństwa: pracę, w której świetnie sobie radzi, narzeczonego o ugruntowanej pozycji i precyzyjny plan na przyszłość. A jednak coraz wyraźniej widzi, że jej życie nie należy do niej, a każdy kolejny krok wymaga czyjegoś pozwolenia. Kiedy w progu firmy pojawia się Daniel Terlecki, znany himalaista poszukujący wsparcia finansowego dla swojej wyprawy na Everest, Liwia dostrzega szansę na to, by dokończyć swój projekt i podejmuje decyzję, która zaskakuje nawet ją samą. Zgadza się im pomóc. Stawia jednak warunek: chce wziąć udział w ekspedycji. Chce zrobić coś tylko dla siebie. Chce w końcu zacząć oddychać.

Daniel uważa, że to kaprys bogatej sponsorki. Ona jednak widzi w nim człowieka, którego determinacja ma w sobie coś niebezpiecznie pociągającego. Wkrótce rodzi się między nimi napięcie, które trudno zignorować – zwłaszcza wysoko w górach, gdzie każdy gest ma większą wagę, a każde niewypowiedziane słowo brzmi głośniej. Ale Liwia ma narzeczonego. I ma przeszłość, która nie pozwala o sobie zapomnieć. A Everest nie jest miejscem, w którym można przed czymkolwiek uciec – tu trzeba zmierzyć się także z tym, co nosi się głęboko w sercu. 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 293

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
2
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Li­wio, có­recz­ko, mo­żesz wszyst­ko!

Pro­log

Mój cięż­ki od­dech od­da­wał wy­czer­pa­nie. Nie mo­głem ru­szać pal­ca­mi, a wscho­dzą­ce słoń­ce bo­le­śnie ra­zi­ło mnie w oczy. Na­su­ną­łem go­gle na twarz, by móc ro­ze­znać się w oto­cze­niu. Pod­nio­słem się do po­zy­cji sie­dzą­cej i ro­zej­rza­łem.

Ni­ko­go przy mnie nie było. Od­wró­ci­łem twarz w kie­run­ku szczy­tu i do­pa­dło mnie prze­raź­li­wie nie­przy­jem­ne uczu­cie w pod­brzu­szu.

Czy osią­gnę­li­śmy swój cel? Czy zdo­by­li­śmy K2? Ból gło­wy, któ­ry mnie za­ata­ko­wał, przy­po­mi­nał, że wciąż znaj­do­wa­łem się zbyt wy­so­ko, by czuć się bez­piecz­nie. Moja po­zy­cja na pew­no prze­kra­cza­ła sie­dem ty­się­cy me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Wszyst­ko za­le­ża­ło od tego, gdzie znaj­do­wał się obóz, a tego w tym mo­men­cie nie wie­dzia­łem. By­łem je­dy­nie świa­do­my, że do nie­go nie do­tar­łem.

Po­wo­li wsta­łem, pod­pie­ra­jąc się o naj­bliż­szą ska­łę. Ro­zu­mia­łem, że mu­szę iść w dół. Mu­sia­łem zna­leźć swo­ich to­wa­rzy­szy, gdzie­kol­wiek byli. Mu­sia­łem iść w dół… Wal­ka o swo­je ży­cie to prio­ry­tet.

Ale co, je­śli coś im się sta­ło? Je­śli zo­sta­łem sam?

– Kur­wa… – jęk­ną­łem. – Be­ata, gdzie je­steś…

To ona była wte­dy dla mnie naj­waż­niej­sza. Mia­łem się jej oświad­czyć na sa­mej gó­rze, ale, do cho­le­ry, ni­cze­go nie pa­mię­ta­łem. Ab­so­lut­nie ni­cze­go.

By­łem przy­go­to­wa­ny. Pier­ścio­nek w tej sy­tu­acji był­by sła­bym po­my­słem. Na ta­kiej wy­so­ko­ści ścią­gnię­cie rę­ka­wi­czek gro­zi­ło ka­ta­stro­fą, a mi nie za­le­ża­ło na tym, by na­rze­czo­na od­mro­zi­ła so­bie pal­ce. Przy­go­to­wa­łem dla niej chust­kę na szy­ję, któ­rą przez całą wspi­nacz­kę mia­łem na so­bie. Na ma­te­ria­le było na­dru­ko­wa­ne na­sze zdję­cie ze szczy­tu pierw­sze­go ośmio­ty­sięcz­ni­ka z pię­ciu, któ­re za­ło­ży­li­śmy so­bie zdo­być – z Bro­ad Pe­aku.

Od­ru­cho­wo zła­pa­łem się za szy­ję, szu­ka­jąc chust­ki, ale jej nie zna­la­złem, a to ozna­cza­ło tyl­ko jed­no…

Zno­wu spoj­rza­łem na szczyt, tym ra­zem z lek­kim prze­ra­że­niem. Za­drża­ły mi war­gi, gdy chcia­łem wy­krzy­czeć imię Be­aty. Nie zro­bi­łem tego, bo la­wi­na była wte­dy ostat­nim, cze­go po­trze­bo­wa­łem.

W tym mo­men­cie cia­ło przy­po­mnia­ło mi, jak nie­wie­le mam już sił. Jest taki mo­ment w wy­so­kich gó­rach, gdy trze­ba my­śleć już tyl­ko o ra­to­wa­niu swo­je­go ży­cia. Ru­szy­łem więc przed sie­bie, czu­jąc, że od­mro­że­nia, któ­rych do­zna­łem, ra­czej da­dzą mi w kość.

By­le­bym tylko do­tarł do obo­zu, je­śli ja­kiś w ogó­le jesz­cze ist­nie­je.

Zro­bi­łem kil­ka kro­ków przed sie­bie, a wte­dy zo­ba­czy­łem coś, co zmie­ni­ło mnie na za­wsze.

Wi­dok pu­cho­wej kurt­ki, na któ­rej ple­cach wy­szy­ty zo­stał na­pis „Do­pó­ki od­dy­cham, nie tra­cę na­dziei”, spra­wił, że wstrzy­ma­łem po­wie­trze. Mu­sia­łem przejść nad cia­łem, by spoj­rzeć na twarz; by się upew­nić, że to nie było to, co my­śla­łem. Że to nie był ktoś, kogo nie chcia­łem wi­dzieć…

Kuc­ną­łem i od­chy­li­łem jej kap­tur.

– Śpisz, ko­cha­nie… – Prze­łkną­łem łzy. – Ty tyl­ko śpisz, praw­da?

Prze­su­ną­łem ręką po jej zmro­żo­nej twa­rzy i do­tar­łem do chust­ki na szyi. Chust­ki, któ­rą mu­sia­ła przy­jąć, go­dząc się na zo­sta­nie moją żoną. Chust­ki, któ­rą mu­sia­ła do­stać po zdo­by­ciu tej pier­do­lo­nej góry.

Z nie­na­wi­ścią spoj­rza­łem na szczyt góry, któ­ra za­bra­ła mi wszyst­ko, co ko­cha­łem.

Wszyst­ko. W jed­nej se­kun­dzie.

Oka­za­ła się za­bor­czą suką, któ­ra sta­wia wa­run­ki każ­de­mu, kto po­sta­wi na niej swo­je sto­py.

Udo­wod­ni­ła, że je­ste­śmy tyl­ko go­ść­mi, któ­rzy wpa­da­ją, kie­dy chcą, ale to do niej na­le­ży wy­bór, kto zo­sta­nie na za­wsze, a kto bę­dzie mógł wró­cić.

To nie przy­pa­dek de­cy­du­je o na­szym ży­ciu, tyl­ko góra. Za­wsze góra.

Nie wiem, jak dłu­go pła­ka­łem, ale mu­sia­łem wziąć się w garść, je­śli nie chcia­łem umrzeć tam ra­zem z Be­atą. Po­ca­ło­wa­łem ją ostat­ni raz i obie­ca­łem, że po nią wró­cę, cho­ciaż nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek tak na­praw­dę wie­rzy­łem, że to re­al­ne.

Skie­ro­wa­łem się w dół, by do­trzeć do naj­bliż­sze­go obo­zu.

– Nie chcia­łam. Nie chcia­łam cię za­wieść – usły­sza­łem dziew­czę­cy głos i za­mar­łem. Ciar­ki prze­szy­ły całe moje cia­ło, spra­wia­jąc, że zro­bi­ło mi się jesz­cze zim­niej.

Przy­sta­ną­łem i wstrzy­ma­łem na se­kun­dę od­dech. Otwo­rzy­łem sze­ro­ko oczy i zno­wu usły­sza­łem tyl­ko szmer wy­do­sta­ją­cy się z mo­ich płuc. Wy­ko­na­łem ob­rót wo­kół wła­snej osi i ni­ko­go nie do­strze­głem, cho­ciaż dźwięk gło­su tej dziew­czyn­ki był tak wy­raź­ny, jak­by sta­ła za­raz za mną. Za­ło­ży­łem moc­niej kap­tur i za­czą­łem w mia­rę moż­li­wo­ści szyb­ciej prze­bie­rać no­ga­mi.

Mniej­sza wy­so­kość. My­śla­łem tyl­ko o tym. Mu­sia­łem zejść ni­żej. Ha­lu­cy­na­cje czy gło­sy to po­cząt­ko­wy ob­jaw cho­ro­by wy­so­ko­ścio­wej. Mu­szę ucie­kać. Ta myśl mi po­ma­ga­ła. Pod­da­nie się w ta­kiej chwi­li, ozna­cza­ło tyl­ko jed­no – śmierć.

Ła­pa­łem się na tym, że co kil­ka­na­ście me­trów od­wra­ca­łem się w stro­nę Be­aty. Jej cia­ło ro­bi­ło się co­raz mniej­sze i le­ża­ło co­raz wy­żej. Wie­dzia­łem, że to nie czas na ża­ło­bę. Że roz­pacz jesz­cze nie­jed­no­krot­nie spró­bu­je ro­ze­drzeć mnie od środ­ka. Jesz­cze moje ży­cie zdą­ży się roz­paść na mi­lio­ny ka­wał­ków. A te­raz bie­gnij w dół, czło­wie­ku!

Po dłu­gich go­dzi­nach w koń­cu na­tra­fi­łem na żół­te na­mio­ty. Ulga spra­wi­ła, że do oczu na­pły­nę­ły mi łzy. Moje roz­grza­ne do bólu mię­śnie przy­spie­szy­ły, że­bym jak naj­szyb­ciej mógł się schro­nić.

Za­uwa­ży­łem Mar­ka, któ­ry wra­cał wła­śnie do na­mio­tu. Na mój wi­dok sta­nął w bez­ru­chu.

– Kur­wa, Da­niel?! – Zwie­sił ra­mio­na, upusz­cza­jąc coś na zie­mię.

Pod­sze­dłem do nie­go, a on wcią­gnął mnie do środ­ka, gdzie resz­ta chło­pa­ków wy­glą­da­ła, jak­by zo­ba­czy­ła du­cha.

Po­sa­dzi­li mnie i po­mo­gli mi się roz­grzać. Nie do­cie­ra­ło do mnie nic, co mó­wi­li. Zdą­ży­łem je­dy­nie za­re­je­stro­wać, że my­śle­li, że nie żyję. Po szczy­to­wym ata­ku spo­tka­ła nas bu­rza śnież­na. Każ­dy scho­dził po omac­ku, a do­pie­ro w obo­zie za­uwa­żo­no, że nie ma dwóch osób, Be­aty i Ra­fa­ła. Ten dru­gi zja­wił się po go­dzi­nie. Po­noć, gdy tyl­ko po­go­da się po­pra­wi­ła, po­sze­dłem w nocy po­now­nie jej szu­kać i prze­pa­dłem bez śla­du.

Kie­dy zro­bi­ło mi się cie­plej, cia­ło po­zwo­li­ło dojść umy­sło­wi do gło­su. Za­czą­łem pła­kać. Prze­raź­li­wie pła­kać. Do­słow­nie czu­łem, jak mój świa­to­po­gląd się zmie­nia. Jak wszyst­kie uczu­cia, któ­re w so­bie mia­łem, kłę­bią się i ewo­lu­ują. Nie­na­wiść i żal prze­peł­nia­ły każ­dy cen­ty­metr mo­je­go cia­ła.

Do­pó­ki nie po­zna­łem Be­aty, naj­bar­dziej na świe­cie ko­cha­łem naj­wyż­sze góry. Po tym, jak tra­fi­łem na nią na jed­nym ze spo­tkań au­tor­skich zna­ne­go hi­ma­la­isty, po­dzie­li­łem to uczu­cie po rów­no.

Mówi się, że mi­łość jest pięk­na. Dla mnie w tam­tej chwi­li mi­łość sta­ła się kosz­ma­rem.

Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, że ni­g­dy nie uda mi się spro­wa­dzić cia­ła Be­aty na zie­mię, cho­ciaż… prze­czu­wa­łem, że tak wła­śnie bę­dzie.

Roz­dział 1

Li­wia

Osią­gnię­ty przed kil­ko­ma dnia­mi szczyt Acon­ca­gua znaj­do­wał się na przed­ostat­nim miej­scu na li­ście, któ­rej wy­czer­pa­nie wią­za­ło się ze zdo­by­ciem Ko­ro­ny Zie­mi. De­ter­mi­na­cja za­wsze była moją ogrom­ną za­le­tą, ale wąt­pli­wo­ści na­pły­wa­ją­ce z ze­wnątrz tłu­mi­ły moją pew­ność sie­bie. Gdy­by wszyst­ko za­le­ża­ło tyl­ko ode mnie, już daw­no osią­gnę­ła­bym swój cel. Nie­ste­ty śro­do­wi­sko, w któ­rym ży­łam, nie­wie­le mi uła­twia­ło. Wręcz prze­ciw­nie.

Naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem mo­jej pa­sji był… mój na­rze­czo­ny Ro­bert. Iry­to­wał się za­wsze na samo wspo­mnie­nie o gó­rach. Dla nie­go to była tyl­ko nie­bez­piecz­na za­ba­wa, dzię­ki któ­rej pró­bo­wa­łam coś ko­muś udo­wod­nić.

Mie­li­śmy za­pla­no­wa­ny ślub, któ­ry miał być spo­rym wy­da­rze­niem wśród lu­dzi biz­ne­su, i Ro­bert tyl­ko o tym lu­bił roz­ma­wiać. Poza kasą, oczy­wi­ście. Chcia­łam wie­rzyć, że cho­ciaż mnie ko­chał bar­dziej od pie­nię­dzy.

By­li­śmy dość zna­ną biz­ne­so­wą parą, któ­ra rów­nież poza mu­ra­mi fir­my spró­bo­wa­ła wspól­ne­go ży­cia. W od­po­wied­nim mo­men­cie na­wią­za­li­śmy kon­tak­ty z ko­re­ań­skim kon­tra­hen­tem, w związ­ku z czym zaj­mo­wa­li­śmy się dys­try­bu­cją naj­lep­szej kla­sy oświe­tle­nia na całą Pol­skę.

Dla Ro­ber­ta prio­ry­te­tem były sta­bi­li­za­cja, roz­wój i bez­pie­czeń­stwo fi­nan­so­we. Zna­li­śmy się od cza­su stu­diów, więc nasz zwią­zek miał so­lid­ne fun­da­men­ty. Co praw­da po­cząt­ki były trud­ne, ale obo­je uzna­li­śmy, że nie war­to pa­trzeć wstecz. Cał­kiem szyb­ko zro­zu­mia­łam, jak bli­ski mi jest ten męż­czy­zna. Zro­bił dla mnie wię­cej, niż mu­siał, i za to mia­łam być mu do­zgon­nie wdzięcz­na.

Nie od razu zo­sta­li­śmy parą. Po­cząt­ko­wo łą­czy­ły nas tyl­ko re­la­cje przy­ja­ciel­skie. Ro­bert co rusz wy­sy­łał mi sy­gna­ły, że jest mną za­in­te­re­so­wa­ny. Nie wy­ko­ny­wał jed­nak żad­nych ru­chów. Po­szli­śmy do łóż­ka z mo­jej ini­cja­ty­wy, cho­ciaż przez pe­wien czas upie­ra­łam się, że nie je­stem za­in­te­re­so­wa­na ni­czym wię­cej. I tak to trwa­ło – seks za sek­sem, roz­mo­wa za roz­mo­wą, aż za­mie­ni­li­śmy ten prze­lot­ny ro­mans w zwią­zek. Tak po pro­stu wy­szło.

Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, ta cała re­la­cja funk­cjo­no­wa­ła na za­sa­dzie „tak ja­koś wy­szło”. Bez fa­jer­wer­ków, bez tych prze­re­kla­mo­wa­nych mo­tyl­ków w brzu­chu. Mój fa­cet na po­cząt­ku był po pro­stu tro­skli­wy, ko­cha­ją­cy i przy­stoj­ny. W su­mie nie po­trze­bo­wa­łam ni­cze­go wię­cej. Był w po­rząd­ku. Do­słow­nie ura­to­wał mi ży­cie, ale ni­g­dy nie ocze­ki­wał ni­cze­go w za­mian. W koń­cu go po­ko­cha­łam. Z cza­sem ogień po­mię­dzy nami za­czął tlić się tak, jak­by miał sta­ły do­stęp do pa­li­wa. Było sta­bil­nie. Chy­ba tego po­trze­bo­wa­łam naj­bar­dziej – sta­bi­li­za­cji.

Jego śród­ziem­no­mor­ska uro­da urze­ka­ła zresz­tą nie tyl­ko mnie. Więk­szość ko­biet na uli­cy się za nim od­wra­ca­ła, ale nie by­łam ty­pem za­zdro­śni­cy, ob­da­rzy­łam go za­ufa­niem.

Je­dy­ną prze­szko­dą w tej ide­al­nej hi­sto­rii była moja pa­sja.

Góry.

Skraj­ne nie­bez­pie­czeń­stwo, głu­po­ta, bra­wu­ra, ego­izm, bez­myśl­ność… i wie­le in­nych temu po­dob­nych słów, któ­ry­mi moje wspi­na­nie opi­sy­wał Ro­bert. Ra­czej ni­g­dy nie mia­łam z jego stro­ny wspar­cia na tej płasz­czyź­nie. Wy­wra­cał ocza­mi na­wet wte­dy, gdy wpa­try­wa­łam się w wia­do­mo­ści, w któ­rych re­la­cjo­no­wa­no zdo­by­cze in­nych al­pi­ni­stów.

Jak w ta­kim ra­zie mo­gła­bym na­mó­wić go na zgo­dę, by wejść na Eve­rest? Bo nie­ste­ty ta­ko­wą mieć po­win­nam – na czas tak dłu­giej, bo kil­ku­mie­sięcz­nej, wy­pra­wy mu­sia­ła­bym znik­nąć z fir­my. Nie cho­dzi­ło o samo wyj­ście w góry. Pry­wat­nie ni­g­dy nie wy­ra­ził­by apro­ba­ty. Po­trze­bo­wa­łam jego zgo­dy jako wspól­ni­ka.

– Przy­nio­słem ci rano te pie­przo­ne pa­pie­ry do wy­peł­nie­nia, dłu­go mam jesz­cze cze­kać?

Oto i on! Miły i sym­pa­tycz­ny od­twór­ca głów­nej roli w mo­ich prze­my­śle­niach.

Za­po­mnia­łam do­dać, że ostat­ni czas nie był dla nas naj­ła­twiej­szy. Po­ja­wi­ła się obo­jęt­ność, któ­ra mo­gła za­gro­zić na­wet naj­lep­szym. Naj­pierw była przy­jaźń, po­tem mi­łość, a te­raz od pew­ne­go cza­su nasz zwią­zek na­zwa­ła­bym chy­ba przy­krym obo­wiąz­kiem. Nie mam po­ję­cia, dla­cze­go tak się sta­ło i co się zmie­ni­ło.

Spoj­rza­łam przez ogrom­ne okno w kie­run­ku Pa­ła­cu Kul­tu­ry i Na­uki, a po­tem od­wró­ci­łam się na krze­śle w stro­nę Ro­ber­ta. Stał z rę­ko­ma w kie­sze­ni, a jego zi­ry­to­wa­na mina je­dy­nie po­twier­dza­ła, że ta wred­na bar­wa gło­su nie była przy­pad­ko­wa. Był na mnie wście­kły, a ja nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go.

Wsta­łam i de­li­kat­nie po­pra­wi­łam spód­ni­cę, na któ­rą zer­k­nął. Wzrok mu zła­god­niał. Przy­kra spra­wa – bez wzglę­du na ja­kość na­szej re­la­cji cały czas po­cią­ga­łam go fi­zycz­nie, i je­śli mia­ła­bym ocho­tę w tam­tej chwi­li na szyb­ki nu­me­rek, po­rzu­cił­by wszyst­kie obo­wiąz­ki, by to ze mną zro­bić. Gdy­bym jed­nak po­wie­dzia­ła, że mam chan­drę, wy­śmiał­by mnie i ka­zał­by mi za­pi­sać się do psy­cho­lo­ga. Ta­kie mo­men­ty zmu­sza­ły mnie do za­sta­no­wie­nia się, czy na pew­no wła­śnie z ta­kim męż­czy­zną chcę za­ło­żyć ro­dzi­nę… Chy­ba zbyt czę­sto my­ślę o tym w ten spo­sób.

– Mó­wię do cie­bie, Li­wia! – wark­nął znie­cier­pli­wio­ny, a ja tyl­ko zmarsz­czy­łam czo­ło. Za­czy­nał mnie iry­to­wać.

– Nie tym to­nem, Ro­bert – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie i chwy­ci­łam fi­li­żan­kę z zim­ną kawą.

– Je­że­li za chwi­lę ła­ska­wie nie zło­żysz pod­pi­sów na tych cho­ler­nych do­ku­men­tach, wstrzy­ma­ją nam cały trans­port na po­łu­dnie Pol­ski. – Wes­tchnął i oparł ręce na bio­drach; do­strze­głam, jak bar­dzo ze sobą wal­czy. – Li­wia, ko­cha­nie…

Po­de­szłam do czar­nej tecz­ki z na­dru­ko­wa­nym lo­giem na­szej fir­my. Ner­wo­wo wy­cią­gnę­łam do­ku­ment i ku jego nie­za­do­wo­le­niu mia­łam czel­ność go jesz­cze te­raz prze­czy­tać, tra­cąc bez­cen­ny czas.

– Prze­cież cię nie oszu­kam! Pod­pi­suj!

Odło­ży­łam spo­koj­nie kart­kę i spoj­rza­łam mu w oczy. Ob­li­za­łam war­gi, a moje roz­sze­rzo­ne noz­drza za­pew­ne zdra­dza­ły już moje zde­ner­wo­wa­nie.

– Nie je­stem tu­taj two­im ro­bo­lem, Ro­bert. Jesz­cze raz ode­zwiesz się do mnie w taki spo­sób, a gorz­ko tego po­ża­łu­jesz – wark­nę­łam.

– Masz ra­cję, skar­bie. Prze­pra­szam. Po pro­stu się spie­szę, a wiesz, że gdy je­stem pod pre­sją, by­wam im­pul­syw­ny. Nie lu­bię tego, ale jesz­cze bar­dziej nie lu­bię pła­cić kar za nie­speł­nie­nie wa­run­ków umo­wy.

Bez sło­wa na­chy­li­łam się nad biur­kiem i pod­pi­sa­łam do­ku­men­ty, po czym wy­szłam ze swo­je­go ga­bi­ne­tu. Zo­sta­wi­łam Ro­ber­ta sa­me­go. Za­trzy­ma­łam się obok Jo­asi, któ­ra była na­szą se­kre­tar­ką, i po­in­for­mo­wa­łam ją, że do koń­ca dnia będę nie­obec­na.

Ką­tem oka do­strze­głam Ro­ber­ta, któ­ry z rę­ko­ma w kie­sze­niach sta­nął w drzwiach i ob­ser­wo­wał moje ru­chy. Nie mo­głam roz­gryźć jego wy­ra­zu twa­rzy. Na szczę­ście nie pró­bo­wał mnie za­trzy­mać.

Wy­szłam na ko­ry­tarz i zła­pa­łam win­dę, któ­rą zje­cha­łam do ga­ra­żu pod­ziem­ne­go. Skie­ro­wa­łam się w stro­nę swo­je­go Audi i gdy za­mknę­ły się za mną jego drzwi, za­czę­łam bez­gło­śnie pła­kać. Nie chcia­łam, by Ro­bert wi­dział, że jego za­cho­wa­nie spra­wia mi ból. By­łam wście­kła, że ta­kie sy­tu­acje w ogó­le mia­ły miej­sce. Nie po­win­ni­śmy roz­ma­wiać ze sobą w taki spo­sób. Prze­cież by­łam jego ko­bie­tą.

To tak nie może wy­glą­dać… Czy na­praw­dę ta­kie­go ży­cia dla sie­bie pra­gnę?

W koń­cu wzię­łam głę­bo­ki wdech i chu­s­tecz­ką star­łam roz­ma­za­ny ma­ki­jaż. By­łam zre­zy­gno­wa­na i za nic w świe­cie nie wie­dzia­łam, do­kąd je­chać. Cof­nę­łam fo­tel, by się wy­god­nie roz­ło­żyć i przez chwi­lę po­my­śleć. Za­mknę­łam oczy i pró­bo­wa­łam zwi­zu­ali­zo­wać so­bie, że w tej chwi­li je­stem gdzieś wy­so­ko w gó­rach. Nic mi tak bar­dzo nie po­ma­ga­ło jak to.

Mój spo­kój zo­stał jed­nak za­bu­rzo­ny. Spo­dzie­wa­łam się, że to Ro­bert, ale do­strze­głam imię se­kre­tar­ki.

– Tak, Jo­an­no? – za­py­ta­łam od nie­chce­nia.

– Wiem, że mó­wi­ła pani, że wy­cho­dzi, ale prze­oczy­łam coś w ka­len­da­rzu… Wła­śnie za­czę­ło się spo­tka­nie.

– Ja­kie spo­tka­nie? – Zmru­ży­łam oczy i wy­cią­gnę­łam z to­reb­ki ka­len­darz. Upew­ni­łam się, że nic nie mam w nim na dziś za­pi­sa­ne.

– Re­kla­mo­we, pani Li­wio. Da­łam cia­ła, bo za­po­mnia­łam zak­tu­ali­zo­wać w sys­te­mie. Prze­pra­szam. Ci pa­no­wie już tu cze­ka­ją. Są wście­kli, że zo­sta­li…

– Jezu, do­brze – prze­rwa­łam jej. – Idę do góry. Zrób im, Jo­asiu, po ka­wie i po­wiedz, że wy­sko­czy­łam opła­cić par­king, albo wy­myśl coś bar­dziej wia­ry­god­ne­go. Za mi­nu­tę będę.

Wy­sia­dłam i po­pę­dzi­łam w kie­run­ku win­dy. Przy re­cep­cji wy­ła­pa­łam tyl­ko smut­ne spoj­rze­nie Jo­an­ny. Po­krę­ci­łam gło­wą, bo mój na­rze­czo­ny pew­nie nie zo­sta­wił­by na niej su­chej nit­ki. Ja nie za­mie­rza­łam jej da­wać re­pry­men­dy. Je­ste­śmy, cho­le­ra, tyl­ko ludź­mi.

Otwo­rzy­łam drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej i spo­strze­głam dwóch męż­czyzn w gar­ni­tu­rach. Je­den z nich sie­dział ty­łem do mnie i na dźwięk mo­je­go gło­su je­dy­nie lek­ko od­chy­lił gło­wę.

– Bar­dzo pa­nów prze­pra­szam. Se­kre­tar­ka pew­nie wy­ja­śni­ła po­wód mo­jej nie­obec­no­ści.

– Tak. Na mi­gre­nę po­le­cam aku­punk­tu­rę – po­wie­dział męż­czy­zna sto­ją­cy na wprost mnie, a po­tem wy­cią­gnął do mnie rękę, któ­rą de­li­kat­nie ści­snę­łam. – Ma­rek Ma­kło­wicz. Jest ze mną mój przy­ja­ciel, Da­niel Ter­lec­ki.

Za­mar­łam, gdy usły­sza­łam to na­zwi­sko. Nie­mal od razu prze­nio­słam wzrok na męż­czy­znę, któ­ry po­cząt­ko­wo był do mnie ty­łem. Ści­snę­ło mnie w gar­dle, gdy spoj­rza­łam mu w oczy.

– To dla mnie za­szczyt – wy­du­si­łam, do­ty­ka­jąc ręki tego le­gen­dar­ne­go już czło­wie­ka.

Da­niel Ter­lec­ki był w tam­tym mo­men­cie naj­zdol­niej­szym pol­skim hi­ma­la­istą, któ­re­go wy­czy­ny śle­dzi­łam przez ostat­nie lata. Po tra­gicz­nej wy­pra­wie na K2, kie­dy to stra­cił swo­ją part­ner­kę, znik­nął na ja­kiś czas w cze­lu­ściach ża­ło­by i prze­stał się wspi­nać. To była wiel­ka szko­da, bo był dla mnie naj­więk­szą in­spi­ra­cją. Ce­cho­wa­ły go nie­zwy­kła siła, zwin­ność i moż­li­wo­ści, któ­rych nie po­wsty­dził­by się na­wet Szer­pa.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dział su­cho i od­wró­cił wzrok w kie­run­ku okna.

Przyj­rza­łam mu się; był na­praw­dę przy­stoj­nym męż­czy­zną z nie­ba­nal­ny­mi ry­sa­mi twa­rzy. Miał ciem­no­blond wło­sy i cha­bro­we oczy w nie­co ko­cim kształ­cie. Ce­cho­wa­ła go ja­kaś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­na dzi­kość, któ­ra ide­al­nie zgry­wa­ła się z jego oso­bo­wo­ścią. Fa­scy­no­wał mnie, choć nie wy­da­wał się spe­cjal­nie wy­lew­ny.

Po­pro­si­łam męż­czyzn, by usie­dli, i za­ję­łam miej­sce przy środ­ko­wej czę­ści sto­łu, by móc mieć ich obu w za­się­gu wzro­ku. Moi go­ście wpa­try­wa­li się w sie­bie, jak­by li­cy­to­wa­li się, kto ma za­cząć tę roz­mo­wę. Po­sta­no­wi­łam ich wy­rę­czyć.

– Słu­cham pa­nów. Po­dob­no ma­cie dla mnie ja­kąś pro­po­zy­cję. Do­my­ślam się, że nie przy­szli­ście tu­taj tyl­ko po­sie­dzieć.

– Pani Li­wio, je­ste­śmy hi­ma­la­ista­mi… – za­czął Ma­kło­wicz.

– Znam was. In­te­re­su­ję się te­ma­ty­ką al­pi­ni­zmu. Sama rów­nież cho­dzę w wy­so­kie góry – wtrą­ci­łam, wie­rząc, że w ten spo­sób zy­skam u nich ja­kąś apro­ba­tę. Nie wiem, dla­cze­go mi na tym za­le­ża­ło. Być może po pro­stu chcia­łam po­czuć z kimś więź pod tym wzglę­dem. Nie­ste­ty mi­ni­mal­ny uśmiech na twa­rzy Ter­lec­kie­go spra­wił, że wca­le nie po­czu­łam się tak, jak chcia­łam. Mia­łam wra­że­nie, że był to odro­bi­nę szy­der­czy gest z jego stro­ny.

No tak, nie twój po­ziom…

– Okej, w ta­kim ra­zie, je­śli pani rów­nież ko­cha góry, chcie­li­by­śmy po­roz­ma­wiać na te­mat moż­li­wo­ści, ja­kie by­ła­by w sta­nie za­ofe­ro­wać nam pań­stwa fir­ma – za­czął Ma­kło­wicz.

– To zna­czy? – Unio­słam z za­cie­ka­wie­niem brew i zer­k­nę­łam na Da­nie­la, któ­ry ba­wił się swo­imi man­kie­ta­mi wy­sta­ją­cy­mi spod rę­ka­wa.

Skar­ci­łam się w my­ślach za to, że w ogó­le zwra­cam uwa­gi na ta­kie szcze­gó­ły.

– Chce­my za­koń­czyć pro­jekt Ter­lec­ki Ad­ven­tu­re. Sły­sza­ła pani o nim?

– Każ­dy o nim sły­szał… – od­par­łam nie­co za­in­try­go­wa­na i za­ło­ży­łam ręce na pier­siach.

– Świet­nie. Bra­ku­je nam tyl­ko jed­ne­go szczy­tu. Po­zo­stał Mo­unt Eve­rest – pod­su­mo­wał star­szy z męż­czyzn.

W tym mo­men­cie Da­niel uniósł gło­wę i spoj­rzał na mnie tak, że po­czu­łam prze­pły­wa­ją­ce przez cia­ło cie­pło. Wy­pu­ści­łam po­wie­trze i za­czę­łam się ner­wo­wo ba­wić pal­ca­mi.

Boże, co się ze mną dzie­je?

– Ile po­trze­bu­je­cie pie­nię­dzy? – Za­mru­ga­łam i skie­ro­wa­łam po­now­nie wzrok na Ma­kło­wi­cza.

– Trud­no jesz­cze to wszyst­ko do­kład­nie osza­co­wać, ale dwie­ście ty­się­cy zło­tych to ab­so­lut­ne mi­ni­mum, któ­re­go nam bra­ku­je.

Po­ki­wa­łam gło­wą i opar­łam się wy­god­nie o krze­sło, za­ło­żyw­szy nogę na nogę. Da­niel chy­ba na mnie zer­k­nął, a może po pro­stu mi się wy­da­wa­ło. Nie­po­trzeb­nie sku­pia­łam na nim swo­ją ener­gię. Za­czę­łam ana­li­zo­wać wszyst­ko i na­gle po­my­śla­łam, że taka szan­sa może się już ni­g­dy nie po­ja­wić.

– Prze­pra­szam was, pa­no­wie. Mu­szę na chwi­lę wyjść.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dzie­li ra­zem, choć Ter­lec­ki z wy­raź­nym ocią­ga­niem.

Za­mknę­łam drzwi i po­de­szłam do Jo­an­ny. Spoj­rza­ła na mnie wy­cze­ku­ją­co.

– Mu­szę wy­ko­nać szyb­ki te­le­fon – po­in­for­mo­wa­łam ją i wy­bra­łam nu­mer do księ­go­wej. Roz­mo­wa za­ję­ła mi krót­ką chwi­lę.

– Czy mogę w czymś po­móc? – za­py­ta­ła se­kre­tar­ka, gdy się roz­łą­czy­łam.

– Nie trze­ba. Gdy­by Ro­bert o coś py­tał, uda­jesz, że nic nie sły­sza­łaś. To pry­wat­na spra­wa.

Kiw­nę­ła gło­wą, a ja po­pra­wi­łam spód­ni­cę i wró­ci­łam do sali. Męż­czyź­ni spoj­rze­li po so­bie, a po­tem sku­pi­li na mnie peł­ną uwa­gę, cho­ciaż przez cały czas od­no­si­łam nie­od­par­te wra­że­nie, że Da­niel nie do koń­ca kom­for­to­wo się czu­je; tak jak­by w ogó­le nie chciał tu być.

– Do­brze – za­czę­łam i otwo­rzy­łam no­tes, by za­pi­sać w nim kwo­tę, któ­rą przez te­le­fon po­da­ła mi księ­go­wa. – To jest suma, któ­rą mogę wam prze­ka­zać, je­śli bę­dzie taka po­trze­ba.

Prze­su­nę­łam kart­kę w ich stro­nę. Star­szy z męż­czyzn chrząk­nął i sze­ro­ko otwo­rzył oczy.

– Nie po­trze­bu­je­my aż tyle…

– Tego to jesz­cze nie wie­my. Ocze­ku­je­cie kasy, a ta­kiej wy­pra­wy ni­g­dy nie da się za­pla­no­wać w stu pro­cen­tach, praw­da? – Spoj­rza­łam na Da­nie­la, ale on tyl­ko za­ci­snął moc­no szczę­kę i wbił spoj­rze­nie w blat sto­łu. – Ro­zu­miem, że mie­li­by­śmy zo­stać głów­ny­mi spon­so­ra­mi?

– W tej sy­tu­acji to chy­ba je­dy­ny­mi. Za ta­kie pie­nią­dze mogę się okle­ić wa­szym lo­giem – stwier­dził Ma­kło­wicz.

– Chęt­nie po­mo­że­my, ale pod jed­nym wa­run­kiem. – Te­raz albo ni­g­dy. – Weź­mie­cie mnie ze sobą.

Da­niel

Ja się chy­ba, kur­wa, prze­sły­sza­łem!

– Bar­dzo prze­pra­szam, że wtrą­cam się w tę ab­sur­dal­ną roz­mo­wę, ale czy pani wła­śnie po­wie­dzia­ła, że chce wejść z nami na naj­wyż­szy ośmio­ty­sięcz­nik? W za­mian za pie­nią­dze? – Prych­ną­łem roz­ba­wio­ny, bo to prze­cież mu­siał być żart. – To nie biu­ro tu­ry­stycz­ne.

Ma­rek uniósł brew, a pani Ład­na Buź­ka wy­dę­ła ner­wo­wo usta.

– Da­niel… – Ma­rek wes­tchnął i po­krę­cił gło­wą. Nie miał ze mną lek­ko, ale to­tal­nie mnie to nie ob­cho­dzi­ło.

– Nie wi­dzisz, że to pa­ra­no­ja? – za­py­ta­łem go, lecz on tyl­ko zwie­sił gło­wę. Był prze­ko­na­ny, że na­sza szan­sa na za­koń­cze­nie mi­sji wła­śnie zni­ka bez­pow­rot­nie.

Za­ci­sną­łem moc­no po­wie­ki i na­bra­łem tle­nu w płu­ca. Może fak­tycz­nie po­wi­nie­nem się uspo­ko­ić. Spoj­rza­łem na ko­bie­tę, któ­ra nie mia­ła zie­lo­ne­go po­ję­cia, o czym mówi. To za­pew­ne ko­lej­na tu­ryst­ka, któ­ra po zdo­by­ciu Ry­sów my­śla­ła, że może wszyst­ko.

– Miło, że w koń­cu się pan ode­zwał, pa­nie Da­nie­lu. – Zro­bi­ła pau­zę, a ja nie za­mie­rza­łem wy­ko­rzy­stać tego, by coś po­wie­dzieć. W za­sa­dzie po­wie­dzia­łem już wszyst­ko. Teo­re­tycz­nie po­win­ni­śmy byli w tym mo­men­cie za­koń­czyć roz­mo­wę, ale ona kon­ty­nu­owa­ła: – Wbrew temu, co pan so­bie o mnie my­śli, nie je­stem la­ikiem.

Za­dzwo­nił te­le­fon Mar­ka, co na krót­ką chwi­lę nas roz­pro­szy­ło. Uniósł rękę, by za­zna­czyć, że mamy so­bie nie prze­szka­dzać, od­rzu­cił po­łą­cze­nie i po­now­nie sku­pił się na roz­mo­wie.

– Pro­szę, niech pani mówi da­lej – ode­zwa­łem się, bo osta­tecz­nie coś w tej ko­bie­cie wzbu­dza­ło moją cie­ka­wość. Po­sła­łem jej de­li­kat­ny uśmiech, cho­ciaż i tak z pew­no­ścią mia­ła mnie za skur­wie­la.

– Tak… – Po­pra­wi­ła się na sie­dze­niu, wy­raź­nie za­kło­po­ta­na. – Więc… ja sama rów­nież mam ja­kieś osią­gnię­cia. Dla mnie Eve­rest tak­że jest ostat­nią górą do zdo­by­cia.

Ścią­gną­łem usta i za­ło­ży­łem ręce na pier­siach.

– Ko­ro­na Zie­mi? – wtrą­cił Ma­rek.

– Do­kład­nie – od­po­wie­dzia­ła z ulgą Li­wia. Chy­ba po­czu­ła się zro­zu­mia­na.

– To wspa­nia­le! – Ma­rek kla­snął w dło­nie i spoj­rzał na mnie bła­gal­nie. Men­tal­nie klę­kał przede mną i pro­sił o wspar­cie.

– Wy­klu­czo­ne – wark­ną­łem, a ko­mór­ka Mar­ka zno­wu się roz­dzwo­ni­ła. – Wyjdź i od­bierz ten pier­do­lo­ny te­le­fon!

– Od­bio­rę, ale bła­gam, spuść z tonu i za­cznij się nor­mal­nie za­cho­wy­wać.

Ola­łem jego uwa­gę, roz­pią­łem tyl­ko gór­ny gu­zik ko­szu­li. Ma­rek wstał i, wy­cho­dząc, ode­brał po­łą­cze­nie.

Mo­men­ta­mi za­czy­na­łem mieć dość tych swo­ich hu­mor­ków. Wy­ko­rzy­stu­jąc nie­pla­no­wa­ną prze­rwę, wsta­łem z krze­sła, wsu­ną­łem dło­nie do kie­sze­ni i pod­sze­dłem do du­że­go okna.

– Dla­cze­go to dla pana aż tak duży pro­blem? – Usły­szaw­szy te sło­wa, lek­ko od­wró­ci­łem gło­wę.

Ko­bie­ta po­de­szła do mnie i za­trzy­ma­ła się tak bli­sko, że mo­głem po­czuć za­pach jej per­fum. Coś za­ła­sko­ta­ło mnie w pod­brzu­szu. Coś, co pew­nie przy­po­mi­na­ło mi, że po­wi­nie­nem zna­leźć so­bie ja­kąś la­skę, cho­ciaż na jed­ną noc, bo za­czy­na­łem świ­ro­wać od ta­kich dro­bia­zgów.

– To wy­pra­wa do­świad­czo­nych lu­dzi. Nie może pani so­bie z nami wy­ru­szyć, jak­by­śmy or­ga­ni­zo­wa­li wy­ciecz­kę na Śnież­kę.

– Zdo­by­wa­łam już wy­so­kie szczy­ty – wark­nę­ła w od­po­wie­dzi, czym mnie tyl­ko roz­ju­szy­ła.

– Ale nie ośmio­ty­sięcz­ni­ki! – Sta­ną­łem z nią twa­rzą w twarz. – Praw­da?!

Spoj­rze­li­śmy so­bie głę­bo­ko w oczy i na mo­ment za­mar­łem, gdy w jej ciem­nych tę­czów­kach zo­ba­czy­łem coś wię­cej… Coś, cze­go nie mo­głem okre­ślić. Ja­kąś wy­jąt­ko­wość, któ­ra wzbu­dzi­ła moje za­in­te­re­so­wa­nie. Za­mru­ga­łem i ob­li­za­łem spierzch­nię­te war­gi. Nie na­bio­rę się na ta­nie sztucz­ki. Pod­sze­dłem do sto­łu, byle tyl­ko się od niej od­su­nąć. Ona jed­nak wca­le nie skoń­czy­ła tej po­pie­przo­nej roz­mo­wy.

– Nie, ale prze­cież w tak wy­so­kie góry nie da się przy­go­to­wać, praw­da? Pierw­sze ta­kie wej­ście za­wsze jest szo­kiem dla or­ga­ni­zmu.

– Samo to, że pani tak mówi, świad­czy o tym, że nie po­win­na tam pani wcho­dzić.

– Pan do­brze wie, o czym ja mó­wię, tyl­ko pró­bu­je pan ze mnie zro­bić idiot­kę. Prze­cież po to jest akli­ma­ty­za­cja! Umiem się po­ru­szać w Hi­ma­la­jach. Mam na­praw­dę so­lid­ną wie­dzę i do­bre przy­go­to­wa­nie fi­zycz­ne. Nie na­le­żę do gru­py tu­ry­stów, któ­rzy wy­ku­pu­ją wej­ście na Eve­rest z ko­mer­cyj­ny­mi gru­pa­mi.

– A może to nie był­by taki zły po­mysł? – Zmarsz­czy­łem brwi.

Usia­dła na­prze­ciw­ko mnie. Moja uwa­ga, o dzi­wo, wca­le jej nie roz­ju­szy­ła. Chy­ba była bar­dziej opa­no­wa­na ode mnie.

– Nie chcę. – Unio­sła dum­nie gło­wę i spoj­rza­ła na mnie wy­zy­wa­ją­co. – Każ­dą górę zdo­by­wa­łam z sza­cun­kiem. Tak samo bę­dzie z Eve­re­stem.

Zdję­ła ma­ry­nar­kę i rzu­ci­ła ją na stół. Jej bia­ła ko­szu­la na­pię­ła się tak nie­bez­piecz­nie, że przez mo­ment mo­głem do­strzec ka­wa­łek ko­ron­ki wy­sta­ją­cy przez szpa­rę mię­dzy gu­zi­ka­mi. Unio­słem jed­nak wzrok, by nie za­cho­wy­wać się jak gów­niarz.

– Każ­dą górę zdo­by­wa­li­śmy sta­łym skła­dem. Nie chcę, by ktoś obcy mie­szał się w na­szą wy­pra­wę. – Za­gra­łem do­syć wred­nie, ale chy­ba bra­ko­wa­ło mi ar­gu­men­tów.

– Część gru­py prze­cież zgi­nę­ła – po­wie­dzia­ła, po czym za­ci­snę­ła war­gi. – Prze­pra­szam, nie po­win­nam była tego mó­wić.

Od razu zro­zu­mia­ła, że prze­kro­czy­ła gra­ni­cę, ale ja i tak po­czu­łem wszech­ogar­nia­ją­cą wście­kłość.

– Pani obec­ność nie jest war­ta tych pie­nię­dzy – wy­plu­łem z sie­bie ze zło­ścią.

– Tego już za wie­le – rzu­ci­ła, na­chy­li­ła się w moim kie­run­ku i zmie­ni­ła ton. – Po co tu wła­ści­wie przy­sze­dłeś?

W tym mo­men­cie do sali wró­cił Ma­rek, któ­ry od razu wszedł nam w sło­wo:

– Prze­pra­szam, ale moja cór­ka mia­ła ja­kiś wy­pa­dek w szko­le. Praw­do­po­dob­nie zła­ma­ła nogę. Zgrab­na to ona chy­ba jest po ma­mu­si. – Zo­rien­to­wał się, że nikt się nie za­śmiał, więc wy­pu­ścił gło­śno po­wie­trze i mó­wił da­lej: – Moja żona jest poza mia­stem w de­le­ga­cji, więc mu­szę wra­cać. Da­nie­lu, zo­sta­niesz sam?

– Spo­tka­nie za­koń­czo­ne. Szu­ka­my in­ne­go spon­so­ra – skwi­to­wa­łem i wsta­łem z krze­sła.

Wy­cią­gną­łem rękę, by się po­że­gnać. Li­wia pod­nio­sła się i po pro­stu spoj­rza­ła mi w oczy. Pa­trzy­łem na nią o kil­ka se­kund za dłu­go, cof­ną­łem dłoń, a po­tem po pro­stu wy­sze­dłem. Ru­szy­łem do win­dy, gdzie do­go­nił mnie roz­złosz­czo­ny ko­le­ga.

– Jak ty się za­cho­wu­jesz, Da­niel?! Ja pier­do­lę! Mie­li­śmy już w kie­sze­ni prak­tycz­nie ca­łość kasy! A na­wet wię­cej! – wark­nął, gdy drzwi się roz­su­nę­ły.

Na­wet nie za­mie­rza­łem na to od­po­wia­dać. By­łem w szo­ku, że oka­zał się tak głu­pi, by chcieć sprze­dać na­szą ideę za go­tów­kę. Wolę prze­rwać pro­gram, niż mar­twić się o ży­cie ja­kiejś zbłą­ka­nej owiecz­ki, któ­ra ma aspi­ra­cje do cze­goś, cze­go ro­bić nie po­win­na. Kil­ku­krot­nie ude­rzy­łem w przy­cisk, by dźwig w koń­cu ru­szył w dół.

– Od­po­wiedz mi, do cho­le­ry!

– Spier­da­laj, Ma­rek! Nie za­mie­rzam brać od­po­wie­dzial­no­ści za coś tak dur­ne­go.

Gdy zna­leź­li­śmy się na dole, od razu opu­ści­łem bu­dy­nek. Igno­ro­wa­łem gde­ra­ją­ce­go fa­ce­ta przy moim boku.

Na Chmiel­nej zna­łem cał­kiem przy­zwo­itą knajp­kę i z ra­do­ścią od­kry­łem, że mimo wcze­sne­go po­po­łu­dnia była już otwar­ta. Wsze­dłem, zło­ży­łem za­mó­wie­nie przy ba­rze, by nie tra­cić cza­su, i usia­dłem na ka­na­pie. Nie­ste­ty ko­le­ga usiadł na­prze­ciw­ko mnie, co ozna­cza­ło, że nie za­mie­rzał mi tak ła­two od­pu­ścić. Chy­ba jed­nak za­po­mniał, że po­tra­fię być bar­dziej upar­ty od nie­go.

– Spo­koj­nie, Da­niel. Wy­ja­śnij mi spo­koj­nie, jaki ty masz tak na­praw­dę pro­blem.

– Ta kre­tyn­ka za­su­ge­ro­wa­ła, że może wejść na górę za­miast Be­aty!

– Tak do­kład­nie po­wie­dzia­ła? – Zmarsz­czył brwi z iry­ta­cją, a ja prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– Nie, w ogó­le nie uży­ła ta­kich słów, ale od­nio­sła się do tego, że część eki­py zgi­nę­ła. – Po­krę­ci­łem gło­wą, bo już chy­ba sam się po­gu­bi­łem w swo­ich my­ślach.

Kum­pel od­szedł na chwi­lę, by so­bie rów­nież za­mó­wić coś do pi­cia, a po­tem spoj­rzał na mnie nie­co spo­koj­niej niż wcze­śniej.

– Czło­wie­ku, wy­bra­li­śmy so­bie jed­ną z gor­szych pa­sji. Be­ata do­sko­na­le wie­dzia­ła, z czym się ona wią­że. Tyl­ko mi­nę­ło już dużo cza­su, a ty mu­sisz ru­szyć da­lej. My­ślisz, że chcia­ła­by pa­trzeć, jak się przez nią za­tra­casz?

Kel­ner po­sta­wił przed nami za­mó­wio­ny al­ko­hol; od razu wy­pi­łem pół por­cji. Wzią­łem głę­bo­ki wdech i spu­ści­łem gło­wę. Uspo­ka­ja­łem się, bo sło­wa przy­ja­cie­la za­czy­na­ły do mnie do­cie­rać.

– Cią­gle się za­sta­na­wiam, czy to do­bry po­mysł. Czy po­win­ni­śmy igrać z gó­ra­mi, kie­dy one już raz nas tak po­trak­to­wa­ły. Za­bi­ły mi­łość mo­je­go ży­cia, a z czymś ta­kim nie da się po­go­dzić. – Ma­rek ner­wo­wo prze­łknął śli­nę i ścią­gnął usta. Cała ak­cja, do któ­rej do­szło na K2, wbi­ła się w nas wszyst­kich tak moc­no, że trud­no było o tym roz­ma­wiać. – Obaj jed­nak wie­my, że wej­dę tam z wami, bo obie­ca­łem Be­acie, że bez wzglę­du na wszyst­ko nie prze­rwie­my swo­je­go dzie­ła, i te­raz po pro­stu nad­szedł czas, by móc ru­szyć da­lej.

– Po­win­ni­śmy zdo­być tę górę i za­mknąć ten roz­dział.

Uśmiech­ną­łem się de­li­kat­nie.

– Tak, do­kład­nie. Cią­gle czu­ję, że część mnie tkwi w tym wy­zwa­niu, a ja nie chcę tak żyć. Kur­wa… – Prze­tar­łem twarz dłoń­mi i wy­pi­łem ko­lej­ny łyk whi­sky. – Be­ata by nie chcia­ła… – Nie mo­głem do­koń­czyć. Coś mnie blo­ko­wa­ło.

– Nie chcia­ła­by, że­byś cią­gle był sam. Nie chcia­ła­by też, że­byś prze­stał się wspi­nać. To była ży­wio­ło­wa ko­bie­ta. Je­stem prze­ko­na­ny, że w tej chwi­li, w tym swo­im nie­biań­skim miesz­kan­ku, wkur­wia się, że prze­cho­dzisz ża­ło­bę dłu­żej, niż po­wi­nie­neś.

Za­śmia­łem się lek­ko, bo wy­obra­zi­łem so­bie tę sce­nę. To było bar­dzo re­al­ne.

– Nie chcę, ale chy­ba mu­szę się z tobą zgo­dzić, Ma­rek.

– Bo ja mam za­wsze ra­cję. – Pu­ścił do mnie oczko. – W ta­kim ra­zie co złe­go jest w pro­po­zy­cji So­snow­skiej?

Skrzy­żo­wa­łem ra­mio­na na pier­siach i cięż­ko wes­tchną­łem.

– Uwa­żasz, że na­sza gru­pa po­win­na w taki spo­sób ewo­lu­ować?

– Nie pieprz. Nie o to cho­dzi. Bo­isz się ją za­brać, praw­da?

– To nie o to… – Za­gry­złem po­li­czek i spoj­rza­łem w bok, gdzie ja­kiś fa­cet ca­ło­wał swo­ją za­smu­co­ną ko­bie­tę. Od­wró­ci­łem od nich wzrok. – Tak, Ma­rek. Nie wiem, czy dam radę zno­wu wziąć na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za czy­jeś ży­cie.

– Ech, to jaka jest two­ja pro­po­zy­cja? Nie mam już po­my­słu. Wszy­scy inni po­ten­cjal­ni spon­so­rzy na­wet nie chcie­li nas do sie­bie za­pro­sić. Na­sza wy­pra­wa dla wie­lu jest już prze­szło­ścią. Może jesz­cze to prze­myśl? Je­steś kie­row­ni­kiem wy­pra­wy, masz naj­więk­sze moż­li­wo­ści.

Do­koń­czy­łem drin­ka, zo­sta­wi­łem na sto­le pie­nią­dze i wy­szli­śmy. Taka ilość al­ko­ho­lu oka­za­ła się wy­star­cza­ją­ca, by cho­ciaż odro­bi­nę uko­ić moje ner­wy i te naj­głę­biej scho­wa­ne żale. To nie był od­po­wied­ni czas, by do tego wra­cać.

Sta­ną­łem przy jed­nej z ła­wek i prze­cze­ka­łem, aż omi­nie nas więk­sza grup­ka tu­ry­stów.

– Ju­tro je­stem umó­wio­ny u do­rad­cy kre­dy­to­we­go. W tej pie­przo­nej kor­po­ra­cji za­ra­biam cał­kiem ład­nie, więc może uda mi się wziąć kre­dyt.

– Chcia­łeś ku­pić za to dom, Da­niel…

– Na dom przyj­dzie czas. Nie mogę za­mknąć tej hi­sto­rii bez tego.

Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu i od­sze­dłem w kie­run­ku me­tra. Miesz­ka­łem na Ur­sy­no­wie, w miesz­ka­niu, któ­re zo­sta­wi­li mi ro­dzi­ce w mo­men­cie, gdy wy­bu­do­wa­li so­bie dom w Za­ko­pa­nem. Jest duża szan­sa, że mi­łość do gór wy­ssa­łem z mle­kiem mat­ki. Stam­tąd po­cho­dzi­li i tam chcie­li wró­cić na star­sze lata. Mój tata zmarł nie­dłu­go po prze­pro­wadz­ce, ale to nie zmie­ni­ło de­cy­zji mamy. Zo­sta­ła tam i do tej pory pro­wa­dzi nie­wiel­ki ga­bi­net sto­ma­to­lo­gicz­ny. Wie­dzia­łem, że zła­mię jej ser­ce, gdy do­wie się, że zno­wu wy­ru­szam w góry, ale mia­łem ja­kieś pod­skór­ne prze­czu­cie, że ni­g­dy tego nie po­wie. Jej ogrom­ne wspar­cie było ewe­ne­men­tem. Wie­lu wspi­na­ją­cych nie mo­gło się tym po­chwa­lić, bo nie­któ­re ro­dzi­ny wręcz nie po­tra­fi­ły się po­go­dzić z pa­sją jed­ne­go z człon­ków. Tacy też byli ro­dzi­ce Be­aty. Ni­g­dy nie za­po­mnę oczu jej mat­ki, gdy przy­je­cha­łem do Szcze­ci­na, by od­dać im jej pry­wat­ne rze­czy, któ­re po­zo­sta­wi­ła w ba­zie. Chwy­ci­ła wte­dy tor­bę, któ­rą mia­łem w ręku, i ucie­kła do sa­lo­nu, pła­cząc tak bar­dzo, że i mnie coś zno­wu ści­snę­ło. Jej oj­ciec wy­szedł do mnie i przy­po­mniał mi, że obie­ca­łem ją chro­nić. Po­czu­łem się, jak­bym do­stał od nie­go w twarz – zno­wu się zła­ma­łem i mie­sią­ca­mi pi­łem, ob­wi­nia­jąc się o jej śmierć.

Nad­szedł jed­nak mo­ment, gdy zro­zu­mia­łem, że nie by­łem win­ny temu, co ją spo­tka­ło. Obo­je ko­cha­li­śmy góry i świa­do­mie po­dej­mo­wa­li­śmy każ­dą de­cy­zję o wyj­ściu. To za­wsze wią­za­ło się z ogrom­nym ry­zy­kiem. Wie­dzie­li­śmy, że pew­ne­go razu tyl­ko jed­no z nas może wró­cić do domu. Ale to była tyl­ko teo­ria, w prak­ty­ce ze­tknię­cie się z tym było naj­trud­niej­szym do­świad­cze­niem, z ja­kim przy­szło mi się mie­rzyć. Ni­g­dy nie za­po­mnę tego bólu, któ­ry czu­łem, gdy wsia­da­łem do he­li­kop­te­ra. Mia­łem od­mro­że­nia, któ­re po­zwo­li­ły mi zejść tyl­ko do naj­bliż­sze­go lą­do­wi­ska. Od­ry­wa­łem nogi od zie­mi i mia­łem wra­że­nie, że roz­ry­wam nić, któ­ra trzy­ma­ła mnie z Be­atą. Wpa­try­wa­łem się w okno i pró­bo­wa­łem zlo­ka­li­zo­wać miej­sce, w któ­rym le­ża­ło jej cia­ło – co było nie­re­al­ne.

Po ja­kimś cza­sie uda­ło mi się zdo­być pie­nią­dze, by spro­wa­dzić ją na dół, co wią­za­ło się z nie­sa­mo­wi­cie trud­nym i ry­zy­kow­nym przed­się­wzię­ciem. Chcia­łem to jed­nak zro­bić, by móc ją god­nie po­cho­wać. Nie­ste­ty, Szer­po­wie ni­g­dzie jej nie zna­leź­li. Praw­do­po­dob­nie zsu­nę­ła się gdzieś w szcze­li­nę, gdzie spo­czę­ła już na za­wsze. Naj­pierw czu­łem wście­kłość, a po­tem po­my­śla­łem, że może tego wła­śnie chcia­ła – zo­stać tam, gdzie ko­cha­ła być naj­bar­dziej. Mie­wa­łem jed­nak kosz­ma­ry, w któ­rych Be­ata woła mnie o po­moc i przy­po­mi­na, jak bar­dzo nie lubi być tam sama.

Od­su­ną­łem od sie­bie wspo­mnie­nia, gdy go­dzi­nę póź­niej wsze­dłem do swo­je­go miesz­ka­nia. Od razu chwy­ci­łem lap­to­pa, by usiąść z nim na ka­na­pie. Gdy ten się uru­cha­miał, po­pa­trzy­łem na zwi­sa­ją­ce na ścia­nie ka­ble od te­le­wi­zo­ra, któ­re­go wciąż nie ku­pi­łem. Wy­cią­gną­łem wy­god­nie nogi i uru­cho­mi­łem por­tal spo­łecz­no­ścio­wy, na któ­rym w kil­ka se­kund od­na­la­złem pa­nią Ład­ną Buź­kę. Nie­zbyt wie­le się do­wie­dzia­łem. Jej zdję­cie pro­fi­lo­we fak­tycz­nie mo­gło su­ge­ro­wać, że po­tra­fi się wspi­nać, ale przede wszyst­kim spodo­ba­ło mi się, jak sek­sow­nie wy­glą­da w uprzę­ży. Za­mkną­łem kom­pu­ter i wy­sze­dłem na nie­wiel­ki ta­ras. Mu­sia­łem po­my­śleć.

Roz­dział 2

Li­wia

Wpa­try­wa­łam się w ciem­ne płyt­ki, gdy sto­ją­cy za mną męż­czy­zna trak­to­wał mnie jak pierw­szą lep­szą. Na szczę­ście gdy skoń­czył, od razu się ode mnie od­su­nął. Ką­tem oka wi­dzia­łam, jak ob­my­wa się pod prysz­ni­cem, a po­tem spod nie­go wy­cho­dzi. Od­wró­ci­łam się i sta­nę­łam bez­po­śred­nio pod stru­mie­niem wody, aby zmyć z sie­bie ten do­tyk.

Ro­bert przy­szedł do mnie, gdy się ką­pa­łam. Za­ini­cjo­wał zbli­że­nie, a po­tem w żad­nym stop­niu nie brał pod uwa­gę tego, co chcę, co czu­ję. Coś ta­kie­go wy­da­rzy­ło się pierw­szy raz i nie po­tra­fi­łam się w tym od­na­leźć.

Czy to ja­kaś ze­msta za to, że w pra­cy po­ka­za­łam pa­zur­ki? Je­śli tak, to jest to dla mnie jak ogrom­na, groź­nie po­wie­wa­ją­ca czer­wo­na fla­ga.

Opar­łam czo­ło o płyt­ki, pró­bu­jąc zga­sić obrzy­dze­nie, któ­re do sie­bie po­czu­łam. Prze­cież po­win­nam ja­koś za­re­ago­wać! Po­sta­wić gra­ni­cę…

Tyl­ko że­bym mo­gła to zro­bić, coś po­win­no wy­zwo­lić taką re­ak­cję. A ja, co dziw­ne, by­łam wy­peł­nio­na obo­jęt­no­ścią, któ­ra jest naj­gor­szym pro­gno­sty­kiem dla związ­ku. Z gnie­wu moż­na się oczy­ścić. Dojść do po­ro­zu­mie­nia. Na­to­miast obo­jęt­ność zde­cy­do­wa­nie nie­ła­two za­stą­pić czymś in­ten­syw­nym. Jest jak mgła wy­peł­nia­ją­ca całe oto­cze­nie; trud­na do wy­chwy­ce­nia i jesz­cze trud­niej­sza do usu­nię­cia. Cza­sa­mi po­ma­ga wpusz­cze­nie świe­że­go po­wie­trza…

– Ko­cha­nie, przy­go­to­wa­łem dla cie­bie kawę. Śnia­da­nie zjem po dro­dze, bo już je­stem spóź­nio­ny – usły­sza­łam, gdy za­krę­ci­łam wodę.

Czy to jest obo­jęt­ność? Gdy uko­cha­ny robi do­brą kawę? Może tyl­ko jed­no­stron­na.

Wy­szłam zza szy­by i sta­nę­łam z Ro­ber­tem twa­rzą w twarz, cho­ciaż trud­no mi było spoj­rzeć mu w oczy. Po­cią­gnął mnie za rękę i z uśmie­chem na twa­rzy owi­nął moje cia­ło ręcz­ni­kiem. Wpa­try­wa­łam się w nie­go z nie­zro­zu­mie­niem. Mia­łam nie­od­par­te wra­że­nie, że w ogó­le nie znam tego czło­wie­ka, że te wszyst­kie lata, któ­re nas łą­czy­ły, nie mia­ły żad­ne­go zna­cze­nia. Bo­lał mnie brzuch na samą myśl o tym, że prze­cież nie­dłu­go mia­łam zo­stać jego żoną. Ale może wąt­pli­wo­ści na tym eta­pie są czymś na­tu­ral­nym?

– Dzię­ku­ję. – Do­tknę­łam jego po­licz­ka i wy­szłam do gar­de­ro­by, w któ­rej cze­ka­ła na mnie bia­ła fi­li­żan­ka z po­dwój­nym espres­so. Usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwia­mi, a więc Ro­bert na­wet się nie po­że­gnał.

To tyl­ko przed­wcze­sny stres przed ślu­bem. Je­stem tego pew­na.

Wło­ży­łam gar­ni­tur w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­le­ni i zwią­za­łam wło­sy w wy­so­ki ku­cyk. Pod­kre­śli­łam oczy ma­ska­rą, a usta po­ma­lo­wa­łam be­żo­wą po­mad­ką. Nie lu­bi­łam moc­ne­go ma­ki­ja­żu. Wy­pi­łam kawę i wy­szłam.

Na pod­jeź­dzie spo­tka­łam Ka­się, któ­ra od kil­ku mie­się­cy zaj­mo­wa­ła się na­szym do­mem. Zde­cy­do­wa­li­śmy się na ko­rzy­sta­nie z ta­kich usług, bo dużo pra­co­wa­li­śmy, a dom był ogrom­ny – od po­cząt­ku uwa­ża­łam, że za duży. Nie­mniej Ro­bert uparł się na ten pro­jekt i te­raz mu­sie­li­śmy za­trud­niać oso­by do po­mo­cy.

– Pani Li­wio, dzi­siaj przy­go­tu­ję pie­czo­ny schab. Czy tak bę­dzie okej?

– Pew­nie! – Uśmiech­nę­łam się do ko­bie­ty i wsia­dłam do sa­mo­cho­du.

Gdy kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej wje­cha­łam win­dą na pię­tro, na któ­rym urzę­do­wa­li­śmy, za­trzy­ma­łam się w pół kro­ku. Mój uśmiech­nię­ty na­rze­czo­ny opie­rał się o blat re­cep­cji, a sie­dzą­ca po dru­giej stro­nie Jo­an­na nie wy­glą­da­ła na za­wsty­dzo­ną. Wy­glą­da­ło na to, że za­lo­ty sze­fa jej od­po­wia­da­ły.

– Nie­win­ny flir­cik? Dop­pio espres­so! – fuk­nę­łam, kła­dąc swo­ją to­reb­kę przed no­sem re­cep­cjo­nist­ki, któ­ra na­tych­miast ze­rwa­ła się z pa­ni­ką w oczach i znik­nę­ła na za­ple­czu, by przy­go­to­wać mi kawę.

Ro­bert oparł się jed­ną ręką o blat i skie­ro­wał na mnie zi­ry­to­wa­ne spoj­rze­nie.

– Co to za hu­mo­rek z rana?

– Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam, żeby ktoś tak szyb­ko zbladł – po­wie­dzia­łam z iro­nicz­nym śmie­chem, igno­ru­jąc py­ta­nie.

– Dla­cze­go nie od­po­wia­dasz?

Wes­tchnę­łam i wy­mow­nie zaj­rza­łam w swój te­le­fon. Gdy Ro­bert wy­rwał mi go z ręki, burk­nę­łam w jego stro­nę:

– Zejdź mi dzi­siaj z oczu, okej?

Dziew­czy­na po­ja­wi­ła się po­now­nie z fi­li­żan­ką w ręku.

– Za­nieść do pani ga­bi­ne­tu?

– Nie trudź się. – Za­bra­łam kawę i od­wró­ci­łam się, by odejść, ale wte­dy Ro­bert mnie za­sko­czył:

– Po­ran­ne rżnię­cie ra­czej po­win­no po­pra­wiać hu­mor, a nie go psuć. Chy­ba że ci mało? – rzu­cił z uśmie­chem, ma­jąc za­pew­ne na­dzie­ję, że roz­ba­wi mnie tym pro­stac­kim tek­stem. Se­kre­tar­ka z za­wsty­dze­niem opu­ści­ła gło­wę.

– Może gdy­byś był mniej­szym dup­kiem, za­uwa­żył­byś, że na­wet nie mia­łam na to ocho­ty – od­po­wie­dzia­łam w jego sty­lu, cho­ciaż wca­le nie by­łam z sie­bie dum­na. – A te­raz wy­bacz, za pół go­dzi­ny mam pil­ne spo­tka­nie z in­we­sto­rem, mu­szę się przy­go­to­wać. Ktoś tu musi pra­co­wać.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Zła­pać od­dech

isbn: 978-83-8423-436-5

© Ewe­li­na Do­bosz i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Wo­ło­szyn-Cępa

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.