Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Kontynuacja Zmyślonego – romansu, który skradł Wasze serca oraz… Wasz spokój.
Weronika i Igor prowadzą pozornie spokojne życie. Pozornie, ponieważ ich myśli wciąż wracają do wiadomości pozostawionej w Radomicach. Czują oddech Kamila na plecach.
Pewnego dnia Weronika zostaje zaatakowana przez tajemniczego nożownika, a przeszłość powraca ze zdwojoną mocą. Zaczynają rozumieć, że pewnych spraw nie da się zamieść pod dywan.
Wracają do miejsca, w którym historia zatacza koło. Ktoś ich obserwuje, śledzi i zastrasza. Miłość, która miała być fundamentem, staje się ciężarem, a ich bezradność prowadzi do tragedii.
Morderca jest cały czas o krok przed nimi.
Czy tym razem nie czeka nas romantyczne i dobre zakończenie?
A może nic nie jest takie, jakie się wydaje?
Sprawdź…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojemu mężowi.
Dajesz mi natchnienie i przestrzeń do tego, bym mogła spełniać się w tej roli.❤
Copyright © Ewelina Dobosz 2026
Copyright © Wydawnictwo Werbel 2026
All right reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Redakcja:
Sara Rzeczycka
Korekta:
Angelika Kusek
Skład i łamanie:
Dorota Bębenek – Literackie Atelier
Projekt okładki:
Angelika Karaś
Zdjęcia na okładce zostały wykorzystane za zgodą Depositphotos.com oraz Unsplash.com
Zdjęcia w książce zostały wykorzystane za zgodą Depositphotos.com
ISBN 978-83-974915-6-4
Wydanie I, Zielona Góra 2026
Niniejsza powieść jest fikcją literacką.
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Prolog
3 lipca 2025
Igor
Podchodzę do dużego okna z widokiem na Wrocław i unoszę dłoń, w której trzymam filiżankę z espresso. Wypijam wszystko i zamykam oczy, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele.
– Igor, możemy jechać?
Uśmiecham się do odbicia w szybie, a potem odwracam.
Weronika stoi ubrana w ciemnozieloną ołówkową sukienkę. Włosy upięła w koński ogon. Jest piękna. Trzyma teczkę z materiałami, które zamierza pewnie jeszcze przeglądać w drodze. Nie powinna już zaprzątać tym sobie głowy.
– Jasne. Jestem gotowy.
Odkładam brudne naczynie na blat i podchodzę do kobiety, która od półtora roku jest dla mnie wszystkim. Jedną rękę kładę na jej talii i przyciągam do siebie.
– Poradzisz sobie.
– Pewnie, że poradzę – odpowiada z pewnością siebie, którą kocham w niej najbardziej, chociaż tym razem słyszę w tym zdaniu nutkę zawahania.
Całuję ją delikatnie, ale na tyle intensywnie, że zadziorny uśmiech pojawia się na jej twarzy.
Wera odwraca się i wychodzi z mieszkania. Zamykam drzwi na klucz i zatrzymuję się zaraz obok niej, przy windzie. Dostrzegam, jaka jest zdenerwowana, bo kolejny raz bez sensu wciska przycisk. Łapię ją za rękę i splatam nasze palce, by odwrócić chociaż trochę jej uwagę. Weronika zerka na mnie i przełyka ślinę.
– Denerwuję się – mówi, jakby chciała się usprawiedliwić.
– Normalne. Ale już nie ma sensu, żebyś się tym przejmowała. Co mogłaś, to zrobiłaś. Od kilku dni nie odkładałaś notatek nawet w toalecie, więc już wyluzuj.
Ewidentnie nieprzekonana kiwa głową i wsiada do windy. Kilka minut później jesteśmy już w drodze na uniwersytet medyczny, na którym Weronika studiuje od października. Jestem z niej cholernie dumny, że osiągnęła swój cel, chociaż naprawdę wiele ją to kosztowało.
– Poczekam w samochodzie – mówię i pozwalam, by dziewczyna wtuliła się we mnie i pocałowała z namiętnością, która, dzięki Bogu, z czasem w ogóle nie gasła.
– To może trochę potrwać. Nie chcesz w tym czasie pojechać do firmy?
– Nie trzeba. Wziąłem wolne, więc z przyjemnością się ponudzę, a potem zabiorę cię na obiad.
– To świetny pomysł! A teraz uciekam.
Patrzę na nią i kiwam głową.
– Jesteś najlepsza, wiesz?
– Próbuję o tym pamiętać.
Wysiadam z auta i odprowadzam Weronikę do drzwi. Patrzę, gdy znika w budynku i wzdycham. Odwracam się za siebie i spoglądam na drogę. Zaczyna padać, więc siadam na pobliskim zadaszonym murku i odpalam papierosa.
Wyciągam telefon, gdy ten zaczyna dzwonić.
– Hej, Tomek. Mów.
Zaciągam się i zerkam na przechodzące obok dziewczyny. Uśmiechają się do mnie, ale ja nie odpowiadam tym samym. Jedynie odprowadzam je wzrokiem i wsłuchuję się w to, co mój kolega ma mi do powiedzenia.
– Dyrektor więzienia w końcu łaskawie do mnie oddzwonił.
– Zgodził się? – Prostuję się, gaszę papierosa o murek i wrzucam go do śmietnika.
– Tak, chociaż nie tak od razu.
– Wybacz, ale to już zauważyłem. Staram się o to widzenie od pół roku.
– Nie zgrywaj się, bo dobrze wiesz, co mam na myśli.
– Kiedy? – Wstaję i wzdycham wymownie do mojego rozmówcy.
– Za godzinę.
– Słucham?!
– No za godzinę. Albo tak, albo w ogóle.
– Zajebiście – parskam, a później patrzę na budynek, w którym Weronika za moment podejdzie do egzaminu. – Dlaczego tak?
– Nie mam pojęcia, Igor. Nie możesz teraz? Przecież w chuj ci na tym zależało.
– Wera ma zaliczenie… Obiecałem, że na nią poczekam.
– Daj spokój, stary. Myślisz, że nie zrozumie?
– Ona nie ma pojęciao całej sytuacji. I lepiej, żeby tak zostało.
Słyszę, jak przyjaciel po drugiej stronie stęka z rezygnacją.
– Dobra, jakoś to ogarnę, okej? Nie mogę zmarnować tej szansy.
Rozłączam się, przeklinam i pocieram twarz. Ponownie zerkam na uniwersytet i decyduję się do niego wejść. Spotykam jakiegoś chłopaka w okularach. Trzyma w dłoniach dużo notatek, co sugeruje, że mógłby mi pomóc w lokalizacji miejsca, do którego potrzebuję się dostać.
– Hej, czy ty może wiesz, gdzie się odbywa teraz egzamin z genetyki?
– Tak, wiem, bo właśnie stamtąd wracam. – Student wzdycha wymownie, jakby niezadowolony, że przypomniałem mu o tym wydarzeniu, odwraca się i wskazuje mi drogę. – Nigdy nie pamiętam, który to pokój, ale musisz pójść na pierwsze piętro i korytarzem prawie do końca. Tam siedzi jeszcze sporo osób. Każdy wchodzi osobno.
Kiwam mu głową i idę w tym kierunku. Od razu dostrzegam Weronikę, która siedzi pod oknem z jakąś dziewczyną. Razem analizują notatki
– Kochanie… – mówię, zwracając na kilka sekund uwagę kilkorga osób.
Wera podnosi się i zakłada ręce na piersi. Podchodzi do mnie z wypisanym na twarzy niepokojem. Ewidentnie dostrzega, że coś jest nie tak. A ja już nie potrafię jej okłamywać. Chociaż w pewnym sensie nadal muszę to robić. Jest mi po prostu trudno.
– Co jest?
– Muszę pojechać coś załatwić. Odbijemy sobie nasz obiad za kilka godzin. – Staram się brzmieć naturalnie, ale myślę, że Weronika zna mnie już na tyle dobrze, że dostrzega ściemę.
– Wiesz, że nie robię dram za takie rzeczy, dlaczego więc patrzysz na mnie, jakbyś się bał?
– Nie chciałem cię zawieść.
– Igor, nie jestem małą dziewczynką i to w dodatku taką, która potrzebuje głaskania po plecach, żeby przeskoczyć jakąś przeszkodę. Powiedz mi tylko, co się stało?
– Pogadamy w domu, dobrze?
Weronika przełyka ślinę i lekko przechyla głowę. Dostrzegam, że zaciska palce na swoich przedramionach. Jest spięta, ale ostatecznie przytakuje i robi krok wstecz.
– Tylko uważaj na siebie, proszę.
Uśmiecham się do niej, a potem delikatnie ją całuję.
– To nic takiego. Po prostu pilna sprawa, którą mogę załatwić tylko teraz, zaraz.
– Więc jedź. Spotkamy się w domu?
– Tak. – Unoszę ręce i zaciskam kciuki. – Dasz radę. Kocham cię.
Kątem oka widzę, jak dwie dziewczyny uśmiechają się serdecznie na nasz widok, a potem odwracam się na pięcie i dosłownie wybiegam na zewnątrz. Wiem, że czas gra tutaj największą rolę. Wsiadam do samochodu i odjeżdżam na tyle agresywnie, że omal nie potrącam dwóch chłopaków. Zaciskam palce na kierownicy i próbuję się uspokoić. Wiem, że emocje w tej chwili są ogromne, ale jestem przekonany, że taki stan mi nie pomoże. Muszę być opanowany, ale to się okazuje trudniejsze, niż w ogóle przypuszczałem.
Pod zakład karny podjeżdżam dość szybko. Idę do środka i podaję swoje nazwisko. Sam dyrektor przychodzi do mnie i zaprasza do swojego gabinetu. Bez słowa wyciąga dokumenty, które najpierw muszę podpisać, a potem patrzy mi w oczy.
– Jesteś pewny, że to dobry pomysł?
– Pewny jestem tylko tego, że muszę płacić podatki, i tego, że kiedyś umrę. Jeśli chodzi o tę wizytę, wiem tylko, że potrzebuję tego jak tlenu.
– Będziecie pod pełną kontrolą – przypomina mężczyzna.
– Nie mam z tym problemu.
Wychodzę z pokoju i idę do miejsca, w którym zostaję przeszukany. Zostawiam przedmioty, których nie mogę wnieść do środka,i idę za funkcjonariuszem do sali widzeń. Nie dziwi mnie, że dostaliśmy jedynkę. Więźniowie tacy jak on nie przepadają za towarzystwem, i jestem przekonany, że – przynajmniej w tym przypadku – z wzajemnością. Podchodzę do okna, które zabezpieczono kratami,i próbuję sobie wyobrazić, jak to jest mieć taki widok codziennie do końca swojego życia.
– Przyjechałeś sprawdzić czy uciekłem? Czy może miałeś nadzieję, że powiedzą ci, że powiesiłem się na materiale swoich spodni?
Odwracam głowę i zaciskam zęby na widok adopcyjnego brata Weroniki. I wtedy też wracają moje wspomnienia. Mam ochotę zajebać go teraz własnymi rękoma. Chciałbym wypatroszyć oczy, którymi teraz się we mnie wpatruje. Niemal czuję ten ból, który rozrywał mnie na strzępy, gdy z bagażnika wyjąłem nieprzytomną Werę.
Ale nie mogę… Nie mogę stracić panowania nad sobą.
Klawisz sadza Kamila przy stole, upewniając się, że kajdanki na nogach i rękach trzymają dość mocno, a potem wycofuje się w róg sali, skąd będzie obserwować nas do końca widzenia.
Patrzę na jednego, a potem na drugiego z mężczyzn i zajmuję miejsce naprzeciwko osadzonego. Patrzymy na siebie wyzywająco.
W końcu jako pierwszy odpuszczam, bo nie po to przyjechałem. Jego mordy nie musiałem sobie przypominać. Z kieszeni wyciągam przykrą pamiątkę. Pokazuję pracownikowi z daleka, że to tylko fotografia i kładę ją na stół. Przesuwam zdjęcie w kierunku Kamila, a on z zaciekawieniem czyta treść po jego drugiej stronie.
– „To nie koniec, gołąbeczki. K.” – Chrząka i zaciska usta, a po chwili pyta: – Co to ma niby znaczyć?
Teraz to ja parskam śmiechem, zakładam ręce na piersi i odwracam głowę w bok. Wbijam spojrzenie w odrapaną ścianę.
– Wydaje ci się, że jesteś zabawny? – pytam i opieram się przedramionami o stół. Patrzę skurwielowi w oczy. – Jesteś bezpieczny, bo chronią cię mury tego więzienia, ale uwierz mi, że chętnie wymierzyłbym ci sprawiedliwość na swoich zasadach.
Kątem oka patrzę na klawisza, ale on udaje, że nie słyszy tego, co mówię. Pewnie o takich ludziach jak Kamil ma podobne zdanie.
– Żałuję, że dostałem dożywotkę, bo chętnie sprawdziłbym, co takiego masz mi do zaoferowania.
Uderzam w stół.
– Powiedz mi, co to znaczy, skurwysynu. – Wskazuję palcem na treść listu.
– Chyba mnie nie zrozumiałeś do końca, więc powtórzę: siedzę zamknięty od momentu, kiedy zabrali mnie spod starego szpitala. Jeśli masz jakiś problem z lękiem, to rozwiąż go sobie inaczej. Ja nie wiem, co to za świstek. Pierdol się.
Patrzę na słowa, które zostały napisane na wydruku znalezionym przeze mnie w domu Weroniki w dniu, w którym zabrała stamtąd swoje rzeczy.
To ostrzeżenie, które zostawił nam ten człowiek, dudni mi w głowie… bo od tego czasu nic się nie dzieje. Zupełnie, kurwa, nic. A ja odchodzę od zmysłów, bo wiem, że to nie jest koniec.
Dlatego jestem tutaj i patrzę na tego wstrętnego kutasa, niemal błagając go o jakąkolwiek wskazówkę. Ta walka jest nierówna. Boję się, że coś przeoczę.
Ale ostatecznie wiem, że nic więcej nie ugram.
– Chyba powinieneś wracać już do tej swojej dziuni. Opiekuj się nią, żeby ten ktoś, kto to napisał, nie był szybszy od ciebie.
Kamil uśmiecha się w sposób, który jedynie rozbudza we mnie agresję. Na szczęście funkcjonariusz decyduje o tym, że spotkanie należy zakończyć. Wychodzę pierwszy, z pieprzonym poczuciem porażki. Na korytarzu uderzam pięścią w ścianę, raniąc knykcie. Dyrektor patrzy na to zdarzenie i jedynie wzdycha, zapewne przekonany, że miał rację, a samo spotkanie w ogóle nie miało sensu. Zabieram swoje rzeczy i wychodzę z budynku.
Bezsilność.
Najgorsze, co może spotkać faceta. Zwłaszcza takiego faceta, który obiecał sobie, że zrobi wszystko, by ochronić kobietę, którą kocha.
Wyczuwam, że mój telefon zaczyna dzwonić. Nie udaje mi się jednak odebrać na czas i wtedy dostrzegam kilkanaście nieodebranych połączeń. Marynarkę rzucam na dach auta i sprawdzam wszystkie wiadomości. Weronika dzwoniła siedem razy. Kolejne połączenia są już z innego numeru.
Dzwonię do niej, ale nie odbiera.
Moje serce przyspiesza, bo wiem, że stało się coś złego.
Nieznany numer dzwoni i od razu przyjmuję połączenie.
– Kto tam?
– Jestem koleżanką Weroniki ze studiów – słyszę zapłakany kobiecy głos po drugiej stronie.
– Co się dzieje?!
– Ktoś zaatakował Werę w łazience! Ja ją znalazłam. Ona… – Dziewczyna wybucha płaczem.
– Co z nią?! – Opieram się plecami o samochód i czuję, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Jak ją zabierali… Nie wiem. Boże, ona chyba nie żyje!
Rozdział 1
Wrocław, 15 lipca 2025
Igor
Parkuję i zerkam w lusterko wsteczne. Wyglądam jak gówno. Jak gówno ubrane w eleganckie ciuchy. Nie mogę się pozbierać po tym wszystkim, co się stało. Chodzę do pracy, czasami oglądam seriale, a mimo to nie daję rady sam ze sobą. Zabijanie natrętnych myśli nie pomaga. Chyba po prostu nie potrafię tego robić. Chociaż nie powinienem narzekać. Już i tak jest lepiej. W ostatnim czasie odreagowywałem bardziej nerwowo. Rozwalony śmietnik pod moim blokiem jest tego dowodem. Próbuję się jakoś trzymać, ale nie jest łatwo. Zerkam na telefon, na który dzwoni klient. Nigdy tego nie robię, nawet wtedy, gdy jest już po godzinie szesnastej, ale tym razem odrzucam połączenie. Mam wyrąbane na wiele spraw. Te zawodowe tematy irytują mnie najbardziej. Nie zamierzam tracić na nie zbyt wiele cennej energii.
Wysiadam z samochodu i podwijam rękawy koszuli. Jest gorąco, a ja dopiero skończyłem pracę. Idę do budynku, w którym charakterystyczny zapach rozdziera moje nozdrza. Nienawidzę go, w związku z czym potrzebuję kilkunastu sekund, by się przyzwyczaić.
– Dzień dobry! – wykrzykuje kobieta w starszym wieku. Widujemy się prawie codziennie. – A pan dalej taki smutny?
Unoszę głowę i lekko się uśmiecham.
– No! Od razu lepiej! Taki przystojny pan jest, a z uśmiechem to już w ogóle!
– Jest pani bardzo miła, dziękuję – odpowiadam zdawkowo i wciskam przycisk windy.
Kobieta jednak zatrzymuje się obok mnie i wyciera panel windy, poniekąd trochę udając, że pracuje.
– Powiem panu, że po ostatniej akcji pan dyrektor zszedł tutaj i powiedział, że ten zakaz z wpuszczaniem pana do szpitala to tylko na niby.
Zalewam się wstydem, gdy wracamy do tej sytuacji. Przyszedłem tutaj pod wpływem alkoholu i nikomu się to nie spodobało. Byłbym zdziwiony, gdyby było inaczej. Zostałem wyproszony, a wtedy… Spuśćmy na moje zachowanie zasłonę milczenia.
– To miłe z jego strony. Mógł to rozegrać z gorszym dla mnie skutkiem.
– Nie, on jest dobrym człowiekiem. Rozumie pana. A tak poza tym, nic się nie zmieniło?
W odpowiedzi kręcę głową, a ona smutnieje i po krótkiej chwili po prostu odchodzi, co trochę mnie dobija. Jeśli tak optymistyczna osoba jak ona nie może wykrzesać z tej sytuacji odrobiny nadziei, to ja już nie wiem, skąd ją czerpać.
Wsiadam do windy, która wywozi mnie na właściwe piętro. Unoszę głowę, gdy w oddali widzę mężczyznę z dokumentacją w rękach. Gdy mnie widzi, zaskakująco się uśmiecha. Odkłada papiery i rusza w moją stronę, chociaż po ostatniej akcji spodziewałem się, że pójdzie raczej w drugą.
– Właśnie miałem do pana dzwonić.
– Do mnie? – Unoszę brwi, bo nie wiem, czego się spodziewać. – Chciałem bardzo przeprosić za ostatnią sytuację.
– Nie wracajmy do tego. Każdy z nas czasami przekracza granicę wytrzymałości.
Silę się na uśmiech, bo jestem mu go winien, a potem zerkam na otwarte drzwi do pokoju Weroniki. Łóżko jest puste. Mrowi mnie kark.
– Spokojnie – kontynuuje lekarz, widząc moje zdenerwowanie. – Pańska narzeczona się wybudziła. Zabraliśmy ją na kontrolny rezonans.
– Obudziła się?!
Upuszczam butelkę z wodą, po którą od razu się schylam, a potem biorę głęboki wdech, który jest jak ulga w cierpieniu.
– Tak, przed godziną. Obrażenia wewnętrzne były już na tyle zaleczone, że odważyliśmy się dzisiaj wybudzić ją ze śpiączki farmakologicznej. Nie chciałem panu wczoraj o tym mówić, żeby nie wzbudzać nadziei. Poza tym… mógłbym się z panem nie dogadać.
– Spieprzyłem swoją opinię zjawiskowo… Jak ona się czuje?
– Gdybym oceniał ludzi po ich jednorazowych wybrykach, to nikogo bym nie lubił. – Lekarz zaczyna się śmiać, a ja jakoś nie mogę za nim nadążyć. – Niech sam pan ją o to zapyta.
Przytakuję i wtedy słyszę jakiś hałas. Oglądam się za siebie i opuszczam ramiona, gdy widzę, jak dwie pielęgniarki pchają łóżko z leżącą pacjentką. Rozpoznaję ją z daleka.
– Jezu… – wyduszam z siebie cicho.
Podbiegam do łóżka i z lekkim wahaniem zatrzymuję się nad twarzą Weroniki. Milion myśli przebiega mi przez głowę. Tak naprawdę do tej chwili nie było wiadomo, w jakim stanie tak naprawdę była. Obrażenia były dość mocne. Czuję przebiegające po moim ciele ciepło, gdy cicho wymawia moje imię i łapie mnie za rękę. Nachylam się i delikatnie ją całuję, a potem pozwalam, by pielęgniarki mogły wykonać swoją pracę. W końcu zostajemy sami i siadam na krześle zaraz obok Wery. Dotykam jej twarzy. Nie radzę sobie z emocjami, więc nie wiem, co powinienem w tej chwili powiedzieć.
– Bałem się o ciebie – mówię wreszcie i pozwalam, by złapała mnie za rękę.
– Cały drżysz, Igor… Już wszystko okej.
Ponownie się uśmiecha, a ja zaciskam zęby, byle tylko nie pokazać jej po sobie, że jeszcze nigdy nic mnie tak nie złamało. Nigdy nie byłem takim mięczakiem. Źle mi w tej roli, zwłaszcza na oczach kobiety, która poznała mnie jako bezwzględnego gościa.
– Nic nie jest okej, Wera. – Przełykam ślinę. – Gdy dostałem telefon, że być może nie żyjesz…
– Ale żyję – wchodzi mi w słowo. – I mam się całkiem dobrze. Uderzyłam się w głowę przy upadku, ale rezonans ponoć nie wykazał żadnych zmian.
– Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy niż teraz, że jesteś cała i zdrowa, ale nie w tym rzecz.
Weronika smutnieje i odwraca wzrok, wlepiając go w okno.
Wzdycham i przez chwilę się waham, ale w końcu zbieram się na odwagę, bo bez tego nie uda nam się pójść dalej.
– Pamiętasz, co się stało?
Przymyka na moment oczy, a potem zaciska wargi.
– Nie wiem. To było bardzo dziwne. Po zdanym egzaminie weszłam do łazienki. Byłam przekonana, że jestem w niej sama. Nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzać. A gdy myłam ręce, zerknęłam w lustro i wtedy zobaczyłam kogoś w masce za moimi plecami. Potem był już tylko ból. – Dotyka miejsca, w które napastnik wbił jej nóż.
– Kurwa… – Pocieram twarz.
Nie mogę sobie poradzić z tym, że zostawiłem ją tam samą. Może mógłbym jakoś zareagować, gdybym był na miejscu? Może ten ktoś nie wszedłby do budynku, gdyby widział, że ja tam czekam? Jestem przekonany, że Kamil maczał w tym swoje brudne paluchy. Akurat wtedy zgodził się na to spotkanie…
– Igor, nie możesz się tak zadręczać. – Łapie mnie za ręce. – Ten ktoś dobrze wiedział, co robi. Ten facet…
– Facet? – Prostuję się. – Jesteś pewna, że to był mężczyzna?
– Tak, w ostatniej chwili w lustrze dostrzegłam męską zamaskowaną sylwetkę, a oprócz tego używał perfum podobnych do twoich.
– I bez problemu wszedłby do damskiej łazienki? Nikt go nie widział?
– Toalety są na drugim końcu korytarza, tam zazwyczaj jest pusto. Może kamery coś uchwyciły?
– Niestety, obejmują tylko schody. Ten ktoś musiał opuścić budynek windą. Na dole zazwyczaj są tłumy, więc nagrania mogą nic nie pokazać. To było zaplanowane.
– Kamil znowu chciał mnie zabić. – Jej dolna warga zaczyna drżeć. – Mój Boże, co ja mu takiego zrobiłam, że nawet będąc w więzieniu próbuje mnie wykończyć?
– On na pewno ma swoich ludzi, którzy mu w tym pomagają. Pytanie tylko, kto za tym wszystkim stoi po naszej stronie?
– Jestem w niebezpieczeństwie… – stwierdza Weronika, wpatrując się przy tym w sufit.
Zaczynam się śmiać i wstaję z krzesła.
– Myślisz, że po tym wszystkim ten skurwiel zamierza mnie oszczędzić? Przecież dobrze wie, że jeśli tylko bym mógł, to bym go wykończył. Obydwoje jesteśmy zagrożeni.
– Ale to ja jestem jego głównym celem, Igor. – Weronika wciska przycisk na panelu umieszczonym na łóżku i unosi lekko swoje oparcie, żeby wygodniej się nam rozmawiało.
– Nie powinnaś się teraz stresować. Zostaw to mnie. – Podchodzę do okna i chowam ręce do kieszeni.
– Co chcesz zrobić?
Wpatruję się w krajobraz i mrużę oczy, gdy zaczyna do mnie docierać powinność moich kolejnych kroków. Przyglądam się Weronice w odbiciu szyby.
– Igor, znam ten wzrok. Coś kombinujesz…
Odwracam się przez ramię i patrzę na kobietę, dla której byłbym w stanie zrobić wszystko.
Nawet zaryzykować własne życie.
