Ziemia i skrzydła - Piotr Wałkówski - ebook

Ziemia i skrzydła ebook

Piotr Wałkówski

0,0

Opis

Intrygująca fantastyka eklektyczna!

XXV wiek. Na wyniszczonym wojną atomową świecie panuje kruchy pokój. Nowe państwa zapewniły dobrobyt tylko nielicznym. Żyjące w nędzy masy niewiele jednak dzieli od rewolucji.

Europa. Pozbawiony tronu władca Cesarstwa Polskiego udaje się na emigrację. Dwugatunkowe społeczeństwo kraju, w którym wspaniałe pałace otoczone są przez morza slumsów, ma wreszcie szansę dokonać ogromnych zmian. Czy będzie to możliwe w obliczu zagrożenia zarówno ze strony ościennych mocarstw, jak i zwolenników starego porządku?

Ziemia i skrzydła” zręcznie łączy klimat postapo i cyberpunka ze smoczym fantasy oraz political fiction.

Poznaj dziwny świat w godzinie rewolucji!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




PROLOG

28 lutego 2422 roku

Niespokojny czas nastał w Cesarstwie Polskim. Powszednie życie z dnia na dzień niemal zamarło. Stanęła większość zakładów pracy, a najważniejsze ze strategicznego punktu widzenia miejsca pokroju aerodromów czy składnic wojskowych zajmowały smoki z brygadami dobrze uzbrojonych cywili na grzbietach. Od czasu do czasu dochodziło do krótkich powietrznych potyczek ze służbami porządkowymi, aczkolwiek wierne dotychczasowym władzom siły szybko poddawały się lub nawet dołączały do paramilitarnych smoczych formacji.

Zachariasz Kuźmiński nie urodził się ze szczególnym darem cierpliwości, a dwie dekady, jakie poświęcił na pracę w zawodzie powietrznego posłańca, nie sprzyjały umacnianiu stoickiej natury. Obcej zresztą większości spośród kilkunastu tysięcy gońców dostarczających przesyłki na obszarze całej Europy. Skądinąd ludzie wykonujący fach Kuźmińskiego mogli uchodzić przy swoich partnerach, małych smokach, za wzór cnoty zdyscyplinowania. Posłańcze rasy miały opinię łagodnych, ale rozbrykanych. Nie inaczej sprawa miała się ze smoczycą, którą Kuźmiński od niemalże piętnastu lat starał się wychować.

– Junona! – Kurier przywołał samicę, która myszkowała po pobliskich zaroślach. – Chodź do mnie!

Smoczyca od niechcenia zniszczyła łapą obwąchane kretowisko, po czym nieśpiesznie dołączyła do mężczyzny, rzucając mu wyczekujące spojrzenie, które spotkało się z pobłażliwym, ojcowskim uśmiechem.

– Kiedy wreszcie przyleci tutaj twój kuzyn? – spytała z irytacją samiczka. – Jestem strasznie głodna!

– Wiem. – Kuźmiński czuł, że i jego ssało w żołądku. – Szkoda, że na razie nic na to nie poradzimy. Konwój ma opóźnienie.

Niezadowolona Junona usadowiła się przy człowieku, domagając się pieszczot. Z racji przynależności do posłańczej rasy Pelmarisów była dwa razy większa niż dorosły koń pociągowy, dzięki czemu transportowanie na grzbiecie trzech dorosłych osób albo dużych worków wypełnionych przesyłkami nie sprawiało jej żadnego problemu.

Miejsce, które jeszcze o zachodzie słońca Kuźmiński wybrał na odpoczynek, wydawało się najrozsądniejszym przystankiem pośród porośniętej gęstym lasem okolicy. Tak przynajmniej było w świetle dnia, kiedy zabudowania opuszczonych wapienników sprawiały wrażenie doskonałej kryjówki do przeczekania zapowiadanej ulewy. Po zapadnięciu zmroku stary zakład pracy opanowała jednak ponura atmosfera. Kuźmiński żałował maratonu filmów grozy, który urządził dla siebie oraz Junony na krótko przed opuszczeniem Warszawy. Smoczyca również zaczynała się niepokoić. Kres oczekiwania miał na szczęście nadejść jeszcze przed północą, gdy na horyzoncie zamigotały światła.

– Już są! – ożywiła się samica.

– Widzę, moja droga. – Kuźmiński wyciągnął z kieszeni racę, po czym odpalił ją i rzucił przed siebie.

Konwój, który wylądował na placu przed wapiennikami, tworzyła para przedstawicieli rasy Mohtotów – jednych z największych na świecie smoków.

Przysłuchując się przez moment toczonej przez nich rozmowie, Kuźmiński wywnioskował, że prowadziły o coś zacięty spór. Nie było jednak czasu na dołączenie do dyskusji, ponieważ dowodzący konwojem oberbrygadier zadecydował, żeby po wysadzeniu pasażera nazwiskiem Wieczorek natychmiast ruszać w dalszą drogę do aerodromu w Koszycach.

– Janie! – Ucieszony Kuźmiński objął kuzyna. – Kopę lat żeśmy się nie widzieli! Wszystko u ciebie w porządku?

– Gdzie tam! – prychnął Wieczorek. – Ostatni raz w swoim nędznym życiu pracowałem dla tego skurwysyna Bogatki.

– Cześć! – przywitała się Junona, nieśmiało mrugając pomarańczowymi ślepiami.

Wieczorek pogłaskał stworzenie, a Kuźmiński zajął miejsce w smoczej uprzęży, przypinając się pasem z karabińczykami.

– Wskakuj! – rzucił do kuzyna. – Pora wreszcie zawitać do cywilizacji, gdzie będziemy mogli porządnie odpocząć.

Moment później Junona wzbiła się w powietrze, obierając wskazany przez Kuźmińskiego kurs na północny zachód.

– Powiedz mi, co się dzieje w tym przeklętym kraju – poprosił Wieczorek. – Od parunastu dni jestem odcięty od Euronetu.

– To ty o niczym nie wiesz? Doskonale rozumiem, że im dalej na wschód, tym trudniej o najświeższe wieści, ale do twoich zwierzchników musiało przecież coś dotrzeć.

Wieczorek zmarszczył czoło, dziwiąc się podekscytowanemu tonowi krewnego.

– Kilka dni temu doszło w Warszawie do starć – wyjaśnił Kuźmiński. – Połowa Cesarskich Sił Podniebnych zbuntowała się przeciwko władcy.

– Niech mnie kule biją! – Wieczorek zagwizdał z wrażenia. – A co z pozostałymi miastami w Cesarstwie? Nie wierzę, żeby stary Kazik nie zdołał zdławić buntu.

– Jeśli faktycznie byłoby to takie proste, to dlaczego do tej pory mu się nie udało? Walki rozlały się już po całym kraju. Cesarskie Siły Podniebne podobno przegrywają ze zwykłymi robolami i wieśniakami.

– Cesarz przebywa jeszcze w stolicy?

– Straszny z niego tchórz, więc wątpię. Zapewne wolał na jakiś czas uciec do Krakowa albo Budapesztu, gdzie zdecydowanie mniej go nienawidzą. Natomiast pewne jest, że wierne mu siły odpierają ataki puczystów na Górną Warszawę. Prawie całe państwo zostało odcięte od sieci. Czasem, jeśli dopisze szczęście, można na wschodzie wysłać wiadomość tekstową. Przekaźniki w Kołomyi jeszcze działają, ale nikt nie ma pojęcia, jak długo to potrwa.

– W Warszawie jest teraz bardzo niebezpiecznie – wtrąciła Junona, odwróciwszy łeb. – Zastanawiałam się, czy nie powinniśmy polecieć do naszego drugiego domu. Tego we Lwowie.

Kurier znał bojaźliwe skłonności swojej smoczycy. Tym razem jednak Junonie należało przyznać rację. Obranie kursu na spokojniejsze, a przy tym znacznie bliżej położone miasto wydawało się całkiem rozsądną propozycją.

– Nie mam nic przeciwko – zgodził się Kuźmiński. – Kuzynie, chcesz lecieć do Warszawy, tak jak było wcześniej umówione, czy wolisz zatrzymać się we lwowskim lokum mojego zmarłego szwagra?

– Niestety nie. W stolicy muszę załatwić pewną sprawę.

– Niby jaką?

– Oberbrygadier Strechaj poprosił mnie o dostarczenie przesyłki jego znajomemu, który przebywa gdzieś na Bielanach.

– Kim jest adresat?

– Strechaj mówił, żeby pytać o Wolfganga Brauna.

– Wolfganga Brauna?

– Znasz go?

– Nie z widzenia, aczkolwiek o panu Braunie słyszy się to i owo. To były powietrzny partyzant, który zadaje się teraz z EPPK.

– Komunista?

– Raczej naiwny dzieciak, z którego Europejska Powszechna Partia Komunistyczna nie ma chyba większego pożytku. No, może oprócz tego, że pewien Mohtot imieniem Azrukal wybrał go na swojego oberbrygadiera. Założę się, iż przesyłka od Strechaja jest tak naprawdę przeznaczona dla Azrukala albo kogoś ważniejszego z EPPK. Nie zastanawiałeś się nad otwarciem koperty?

– Jeszcze nie zwariowałem! – obruszył się Wieczorek. – W dzisiejszych czasach lepiej nie narażać własnego tyłka.

*

Marcowy poranek był rześki i słoneczny. Junona powoli pokonywała kolejne kilometry dzielące ją od Warszawy. Dla Kuźmińskiego latanie było chlebem powszednim, dlatego przez większość podróży drzemał, budząc się jedynie podczas lądowań. Jego kuzyn z kolei bywał na smoczym grzbiecie stosunkowo rzadkim gościem, więc godzinami chłonął piękne widoki, za nic mając zmęczenie.

Cesarstwo Polskie sprawiało wrażenie bardzo biednego kraju. W zrujnowanych miasteczkach ludzie w fatalnych warunkach gnieździli się ze smokami. Większość miejscowości łączyła licząca sobie przeszło czterysta stuleci, zniszczona sieć szos i autostrad. Między dużymi miastami biegły nieużywane od dawna, zarośnięte chaszczami linie kolejowe, kontrastujące z zanieczyszczonymi rzekami, na których trudno było o przeprawę. Zresztą nikt specjalnie nie przejmował się brakiem mostów, ponieważ podróżowanie lądem należało do rzadkości. Wszystkie towary transportowały smoki, a żyjący przez lata obok olbrzymich, inteligentnych stworzeń ludzie nie odczuwali strachu przed lotem na majestatycznym Mohtocie albo ziejącym ogniem Perycie.

– Zachariasz! – Wieczorek poklepał po ramieniu siedzącego przed nim krewnego. – Myślałeś kiedyś o tym, jak funkcjonowała Polska przed trzecią wojną światową?

– Nie! – odburknął poirytowany przebudzeniem z drzemki Kuźmiński. – Mam ważniejsze sprawy na głowie. Historycznych pierdół o tym, co było czterysta lat temu, nie czytam nawet do poduszki. Po co mi wiedza o świecie bez smoków, ale za to z jakimiś zasobożernymi, niebezpiecznymi pojazdami?

– Może jednak powinieneś od czasu do czasu zastanowić się, kim byli ludzie żyjący tu przed nami i co po sobie pozostawili – ciągnął Wieczorek, nie zważając na niezadowolenie kuzyna.

– Stary świat już nie wróci i możemy nad tym ubolewać. Nuklearna wojna definitywnie nas od niego odcięła. Szkoda tylko, że minęło już tyle lat, a my nawet porządnie nie wysprzątaliśmy tego kraju.

Wieczorek westchnął smętnie. Z własnego doświadczenia wiedział, jak żmudnym zadaniem była rekultywacja obszarów dotkniętych efektami trzeciej wojny światowej. Jednocześnie nie dawało mu spokoju, że owoce jego ciężkiej, niezdrowej pracy zgarnia ktoś inny, niewiele w zamian płacąc. Cesarstwo Polskie opierało się na wielkiej własność ziemskiej, więc nie mógł liczyć na to, że na starość osiądzie na własnym gospodarstwie. Co bogatsi chłopi, którzy nie pracowali w posiadłościach obszarniczych, opłacali czynsz za wynajmowaną od dziedzica ziemię, lecz najemny robotnik rolny mógł tylko o tym pomarzyć.

*

Smętne rozważania Wieczorka nad nienapawającą optymizmem przyszłością dobiegły końca, dopiero gdy Junona doleciała nad przedpola Warszawy. Już znad obrzeży dało się zauważyć, że w mieście dzieje się coś niedobrego. Kominy fabryk nie dymiły, a przestrzeń powietrzna była pusta, chociaż o poranku zwykle widywano ciężkie smoki, dostarczające surowce do zakładów przemysłowych.

– Jest jeszcze gorzej niż cztery dni temu – stwierdził Kuźmiński.

– Lećmy w kierunku Placu Centralnego – zaproponował Wieczorek. – Może tam czegoś się dowiemy.

Doleciawszy nad strefę ubogich dzielnic mieszkalnych, Junona obniżyła pułap. Jej ślepiom ukazał się nędzny obraz baraków, wzniesionych wokół niedbale wybrukowanych placów stanowiących miejsce bytowania dla smoków, zwykle pracujących gdzieś razem z zajmującymi zabudowę ludźmi. Czasami, zamiast baraku, widywało się jeszcze lichszy kontener albo nawet namiot. Najbiedniejszym pozostawało koczowanie w stojących gdzieniegdzie, zrujnowanych budynkach sprzed trzeciej wojny światowej.

Kuźmiński wyciągnął z torby podróżnej lornetkę i przystawił ją sobie do oczu. Zaczął rozglądać się na wszystkie strony, wypatrując zagrożenia. Wieczorek patrzył na mijane budowle oraz podwórza, które w pierwszej chwili wydały mu się tak samo opustoszałe, jak drogi między miastami. Dopiero dłuższa obserwacja pozwoliła na dostrzeżenie czekających tu i ówdzie smoków oraz krzątających się wokół nich ludzi.

– Może powinniśmy polecieć do Górnej Warszawy? – przerwała milczenie zaniepokojona Junona. – Przez skórę czuję, że tutaj prędzej czy później wpadniemy w jakieś kłopoty.

– Wolę nie ryzykować – odparł Kuźmiński. – Jeżeli tam jeszcze trwa walka, to mogą nas ostrzelać bez ostrzeżenia.

Rozpościerająca się nad opuszczonymi od dekad, zamienionymi w gigantyczne śmietniska obszarami Białołęki i Targówka Górna Warszawa była dzieckiem techniki w służbie cesarza. Białe, eklektyczne budowle, wzniesione na lewitujących, połączonych ze sobą platformach ze specjalnymi bateriami antygrawitacyjnymi, wyglądały niczym mityczne rezydencje Olimpu.

Miasto na niebie stanowiło ozdobę Cesarstwa Polskiego. To właśnie tam znajdował się Pałac Monarchy oraz wille najważniejszych dostojników zarówno świeckich, jak i kościelnych. Za największą chlubę Górnej Warszawy uchodziły jednak przybytki kulturalne, czyli najlepsze w kraju teatry, filharmonie, kasyna oraz ekskluzywne kluby dla dżentelmenów. O pełne brzuchy bogaczy dbały restauracje serwujące przysmaki z całego świata, a świetne miejsca na piknik zapewniały pokaźnych rozmiarów ogrody botaniczne.

Wszystkie wspaniałości powietrznego miasta ludzie pokroju Wieczorka mogli znać jedynie z plotek. Swobodny wstęp do Górnej Warszawy mieli tylko przedstawiciele najwyższych warstw społeczeństwa. Na czas pracy wpuszczana była również służba. Kuźmiński odwiedził Górną Warszawę zaledwie kilka razy w zastępstwie za chorego kuriera, który miał urzędowe zezwolenie na dostarczanie przesyłek na obszary ograniczonego dostępu.

Pełna obaw Junona leciała w stronę Placu Centralnego Dolnej Warszawy. Kuźmiński zastanawiał się, czy nie powinni zawrócić i poszukać bezpiecznego miejsca na przedpolach, aby bezpiecznie przeczekać do zmroku i dopiero wtedy podjąć próbę dolecenia na Żoliborz.

– Hej, tam coś się pali! – Kurier dostrzegł chmurę dymu, która niespodziewanie buchnęła znad Placu Centralnego.

– Niech to szlag! – zaklął Wieczorek. – Myślę, że dość już widzieliśmy. Proponuję zwiewać stąd, dopóki jeszcze możemy.

Junona, skłaniając się ku propozycji swojego pasażera, zawróciła na południe.

Gdy Kuźmiński był już niemal pewien, że bez przeszkód odlecą znad stolicy, na horyzoncie pojawiły się trzy ciężkie smoki.

– Para Vukatali w towarzystwie Mohtota. – Kurier zacisnął palce na lornetce. – Chyba zostaliśmy przez nich dostrzeżeni.

– To Cesarskie Siły Podniebne? – zapytał Wieczorek.

– EPPK. – Kuźmiński wziął głęboki oddech. – Mają czerwone bandery z białą gwiazdą.

– Skąd się tutaj wzięli?

Zanim kurier zdążył odpowiedzieć, w podłączonych do radia słuchawkach nieoczekiwanie zatrzeszczał męski głos, w którym wyraźnie pobrzmiewał niemiecki akcent.

– Tu Larionimo do niezidentyfikowanego Pelmarisa, tu Larionimo do niezidentyfikowanego Pelmarisa! Zgłoście się!

– Tu kurier Kuźmiński na Junonie! Słucham cię, Larionimo!

– Co tu robicie? Nie słyszeliście naszych ostatnich przekazów radiowych?

– Przykro mi, ale żaden do nas nie dotarł. Być może to wina tych przeklętych zakłóceń, które utrudniają komunikację w promieniu stu kilometrów od Warszawy.

– Psiakrew! Parszywe skurwysyny znowu majstrują przy łączności!

– Czy powinniśmy stąd odlecieć?

– Nie tak prędko! Dostałem jasny rozkaz, żeby sprawdzać każdego, kto nie powinien się tutaj znaleźć. Lądujcie w Parku Łazienkowskim!

Kuźmiński wydał swojej smoczycy polecenie skierowania się nad pozostałości po Łazienkach. Dalszy lot przebiegł pod eskortą jednego z Vukatali, który odłączył się od swojej formacji.

Łazienki były ponurym miejscem. Historyczny park zatracił dawny reprezentacyjny charakter, a jego piękne niegdyś zabytki popadły w ruinę, stając się niewiele wartą kupą gruzu, porośniętą przez zmutowaną roślinność, która opanowała prawie cały teren.

– Mam nadzieję, że w twoim bagażu jest licznik Geigera albo chociaż dozymetr – mruknął do kuzyna Wieczorek, kiedy Junona wylądowała nad brzegiem brunatnego, niemiłosiernie cuchnącego szlamem bajora.

– Wystarczy, iż będziemy trzymali się z daleka od tych powykręcanych drzew – odparł Kuźmiński, który już wcześniej miał nieprzyjemność odwiedzić Park Łazienkowski i wiedział czego powinno się w nim unikać.

Eskortujący Junonę smok również znalazł dogodne miejsce do wylądowania, co nie było takie proste, ponieważ mierzące jedenaście metrów w kłębie Vukatale zaliczały się do większych smoczych ras. Wprawdzie nie dorównywały wielkością Mohtotom, jednak dzięki długiemu, poskręcanemu porożu sprawiały wręcz onieśmielające wrażenie. Nie bez znaczenia pozostawała również ich bardzo gruba, ciemnobrunatna łuska oraz wielkie żółte ślepia, przeszywające wszystkich charakterystycznym, świdrującym spojrzeniem.

– Nie ruszajcie się z grzbietu, dopóki do was nie podejdziemy! – zawołał przez megafon ktoś z brygady Vukatala.

Kuźmińskiego niezbyt ucieszyła konieczność słuchania rozkazów wydanych przez ludzi, których nie poważał. Byle powietrzny bojówkarz EPPK nie zaliczał się do osób mających prawo czegoś od niego żądać.

– Oberbrygadier Nedo na Svetezorze! – przedstawił się szczupły młodzieniec, podchodząc do Junony w obstawie dwóch kompanów dzierżących pistolety maszynowe. – Powtórzcie, z kim mamy przyjemność!

Kuźmiński taksował wzrokiem brudnych, odzianych w robocze drelichy mężczyzn. Nie przypominali mu wyszkolonych przez Cesarskie Siły Podniebne aeronautów, a raczej odciągniętych od maszyn obszarpańców.

– Nedo! – ucieszył się Wieczorek, rozpoznając znajomą twarz. – Niech mnie kule biją, chłopie! Kopę lat!

– Janie! – Oberbrygadier uścisnął z radością dłoń staremu kompanowi. – Nie sądziłem, że się jeszcze kiedykolwiek spotkamy.

– Ja też nie. Wydawało mi się, iż po ostatnim kontrakcie chciałeś na zawsze wrócić do domu, do Dalmacji.

– To prawda, ale rozsądek kazał z tego zrezygnować, kiedy w Warszawie dostałem nową pracę. – Na twarzy Nedo pojawił się smutek. – W domu bywam rzadko, mimo że na dobrą sprawę nie leży wcale za granicą. Trzeba oszczędzać każdy grosz.

– A to kto? – Wieczorek wskazał głową na Vukatala. – Kiedy, u licha ciężkiego, udało ci się zostać smoczym oberbrygadierem?

– Przedwczoraj! – Nedo uśmiechnął się do swojego smoka, wyraźnie zirytowanego nieprzewidzianym lądowaniem w Łazienkach. – Wprawdzie Svetezora poznałem już w dniu przydziału do kombinatu, lecz dopiero niedawno nadarzyła się sposobność do wykoncypowania czegoś ciekawszego od męczącej roboty przy transporcie skrzyń z surowcem.

– Mógłby mi pan wyjaśnić, co się wyprawia w tym mieście? – zabrała głos Junona, uprzedzając Kuźmińskiego zamierzającego zadać Nedo to samo pytanie. – Kto tu teraz z kim walczy?

– Cesarskie Siły Podniebne walczą przeciwko nam wszystkim, jednak to już długo nie potrwa. Tchórzliwe trepy uciekają z kraju, a my wreszcie stajemy się wolni!

– Co pan wygaduje, panie Nedo? – zirytował się Kuźmiński. – Skąd macie tę broń i nielegalną komunistyczną banderę? Byłem przekonany, że wymierzonym w cesarza zamachem stanu dowodzi marszałek Ostrowiecki, a przecież ten człowiek jest znany ze swojego chorobliwego antykomunizmu.

– Ostrowiecki należy do przeszłości, bandera jest już legalna, a uzbrojenie dostaliśmy w Aerodromie Trójcy Świętej, który zajęli nasi bracia. Rany, ludzie, wy naprawdę musieliście przez ostatnich kilka dni przebywać w innym świecie!

– Razem z Junoną wybieramy raczej mało uczęszczane szlaki powietrzne, a śpimy pod gołym niebem jak wszyscy oszczędni kurierzy. Niby jakim cudem EPPK tak szybko zebrało swoje siły? Przecież partyzanci już dawno zostali wyparci poza Wschodnią Rubież i mogli tylko dogorywać na napromieniowanych terenach.

– Tak twierdziła propaganda – odezwał się rudowłosy mężczyzna towarzyszący Nedo. – To prawda, że część walczących od lat towarzyszy musiała wycofać się daleko na wschód, jednak to wcale nie oznaczało porzucenia naszej sprawy. Epepekowska konspiracja cały czas działała w miastach, dzięki czemu szybko sformowaliśmy powietrzne bojówki.

– To wy jesteście taką bojówką, co? – Kuźmiński spojrzał krytycznie na rudowłosego.

– Świeżo sformowaną, lecz już mającą pierwsze sukcesy. Wyparliśmy stąd większość lojalistów, a te niedobitki, które jeszcze się bronią, wkrótce również będą musiały uciekać.

– Nie obawiacie się, że Cesarskie Siły Podniebne niedługo zbiorą się do kupy i wzmocnione posiłkami z aerodromów na południu podejmą kontratak na wasze pozycje?

– Nie działamy w pojedynkę, panie kurier! – Nedo roześmiał się. – Cały czas wspierają nas towarzysze ze Zjednoczonej Europejskiej Konfederacji Pracy. Dostaliśmy cynk, iż w ciągu najbliższej doby otoczą Warszawę powietrznym kordonem, przez który nie przedrą się żadni pieprzeni lojaliści.

– A co z cesarzem? – Wieczorek zmarszczył czoło. – Jesteście pewni, że skurwiel już dał dyla ze stolicy?

– Jeśli ruszył na północ, to być może wpadnie na smocze formacje ZEKP, a gdyby jednak został w Warszawie, my go dopadniemy.

– Jak długo jeszcze będziemy musieli się tutaj kisić? – Svetezor warknął na swojego oberbrygadiera. – Larionimo mówił, żebyśmy sprawdzili tych intruzów najszybciej, jak to tylko możliwe i natychmiast do niego wracali. Kończ te pogaduszki!

– Nie wiem, czy jest sens przetrzepywać wam bagaże – stwierdził Nedo, wzruszając ramionami. – Naprawdę nie wydaje mi się, żebyście parali się dywersją albo posiadali cokolwiek, co mogłoby zostać uznane za ważne dla EPPK.

– Nie znasz się na ludziach, przyjacielu – odrzekł serdecznie Wieczorek. – Tak się składa, że mam przesyłkę dla waszego towarzysza, Wolfganga Brauna.

– Od kogo?

– Wręczył mi ją oberbrygadier Józef Strechaj, kiedy tylko mu wspomniałem, iż lecę do Warszawy.

– Daj mi kopertę, a osobiście przekażę ją Braunowi.

Wieczorek bez większych oporów spełnił prośbę Nedo. Co prawda Strechaj nalegał, żeby list został dostarczony bezpośrednio do rąk odbiorcy, jednakże staremu znajomemu wstyd było nie okazać zaufania.

– Możemy teraz odlecieć? – spytał Kuźmiński. – Nie będzie problemu z przedostaniem się stąd na Żoliborz?

– A nie zamierzacie nam pomóc? – Nedo pokręcił głową z niedowierzaniem. – Jeżeli nie, to w takim razie odeskortujemy was do bezpiecznej strefy.

– Warto byłoby pomyśleć o odnowieniu kontaktów – powiedział Wieczorek. – Kupiłeś sobie wreszcie elektrohend?

– Pewien ekskluzywny sklep zaledwie wczoraj świętował wizytę swojego stutysięcznego klienta, którym okazała się moja skromna osoba. Otrzymałem parę ciekawych drobiazgów całkowicie za friko.

Kuźmiński odburknął coś z niesmakiem, lecz zrobił to tak cicho, iż ani jeden ze stojących przy Junonie mężczyzn go nie usłyszał.

– W drogę! – zawołał Wieczorek, machając na pożegnanie Nedo, odchodzącemu właśnie w stronę Svetezora.

Chwilę później smoki ponownie znalazły się nad Warszawą. Junona leciała kilkanaście metrów przed nieufnym Vukatalem, niezamierzającym spuścić jej z oczu nawet na moment.

– Tutaj oberbrygadier Nedo, odbiór! – rozbrzmiał głos w słuchawkach Kuźmińskiego. – Obierzcie kurs na północny wschód i pod żadnym pozorem z niego nie schodźcie. Rozstaniemy się za Platformą Cat-Mackiewicza.

– Przyjąłem – potwierdził kurier.

Platforma Cat-Mackiewicza była najbardziej wysuniętym na południe obszarem Górnej Warszawy. Pełniła funkcję punktu kontrolnego przeznaczonego dla wszystkich smoków, których oberbrygadierzy musieli, w obecności policyjnych inspektorów lub funkcjonariuszy Agencji Pinkertona, potwierdzić swoje uprawnienia do przelotów w obrębie powietrznego miasta.

– Uch... – Kuźmiński skrzywił się, gdy poczuł odór spalenizny. – Co się tam, u diabła, tak fajczy?

Unosząca się znad Placu Centralnego chmura gęstego dymu zdążyła już zasnuć spore połacie Dolnej Warszawy.

– Podaj mi lornetkę! – poprosił swojego kuzyna Wieczorek.

Otrzymawszy pożądany przedmiot, mężczyzna spojrzał na Plac Centralny, na którym wzniesiono największy rzymskokatolicki kościół w Cesarstwie Polskim, czyli Bazylikę Najświętszej Marii Panny Odkupicielki.

– Kurczę! – zachichotał złośliwie Wieczorek. – Kumple Nedo jednak postarali się o porządne fajerwerki.

– Co ty wygadujesz?

– Bazylika i pół Placu Centralnego idą równo z dymem. – Wieczorek oddał kuzynowi lornetkę. – Patrz!

Wszystkie nawy budowli ogarnął pożar. Nad świątynią latało kilkanaście walczących ze sobą smoków. Powietrzna bitwa rozgorzała na dobre, a Kuźmiński miał nadzieję, że przemkną obok niej niezauważeni.

*

W lokum Kuźmińskiego panowały warunki typowe dla mieszkań niezamożnych warszawiaków. Wszystkie wygody zapewniała jedna izba, do której gospodarz wstawił zarówno meble kuchenne, jak i sypialniane. Wyposażenie było kiepskiej jakości, a szarobure ściany w niektórych miejscach porastał grzyb. Brakowało również łazienki, którą zastępowały współdzielony ze śpiącymi na podwórzu smokami, wykopany za budynkiem dół kloaczny oraz rozklekotana pompa przy bramie. Jedynym cennym przedmiotem w skromnym mieszkanku był holowizor.

– Nie będę ci przeszkadzał? – Wieczorek obserwował, jak Junona bez skrępowania zagląda do środka przez otwarte okno, aby obwąchać blat kuchenny.

– Spokojnie! – Kuźmiński wyciągnął z szafki czajnik, żeby zagotować wodę na herbatę. – Zawsze będziesz dla mnie miłym gościem. Powiedz lepiej, kuzynie, czy przelali ci na konto wypłatę za ostatnie zlecenie? Przydałaby się nam z Junoną mała pożyczka.

– Sądzę, że jakoś się dogadamy! – zaśmiał się pobłażliwie Wieczorek. – Tylko przyznaj, że wydałeś na ten holowizor więcej, niż zakładałeś!

– Właściciel podniósł niedawno czynsz. Poza tym nie zdziwiłbym się, gdyby przez tę aferę w kraju poszły w górę ceny zwierząt i nie będziemy mieli z Junoną co do pyska włożyć. Jeśli masz kilka cyfrozłotych na zbyciu, to chętnie zdradzę ci tajemnicę, gdzie można najtaniej w Warszawie zakupić uczkiera.

– Koniecznie musisz mu o tym mówić?! – zapiszczała Junona. – Przecież tamten sprzedawca nie ma ich wcale tak dużo.

– Och, nie bądź taką egoistką! Gwarantuję ci, że dla nas nie zabraknie.

– Dobrze – odburknęła smoczyca, nie do końca przekonana słowami Kuźmińskiego. – Możemy teraz pooglądać holowizor?

Kurier włączył urządzenie pilotem, lecz okazało się, iż nie działa żaden program. Radio zaś nie odbierało niczego oprócz szumu. W takiej sytuacji jedyną rozrywką pozostawała rozmowa przy herbacie.

– Mam wrażenie, że budynek jest pusty. – Wieczorek ostrożnie wziął kubek z gorącym napojem. – Cicho tutaj jak makiem zasiał.

– Zaczekajcie – rzekł Kuźmiński, po czym podniósł się z dziurawej kanapy. – Sprawdzę, czy sąsiedzi są w swoich izbach.

Wieczorek odprowadził wzrokiem wychodzącego na zewnątrz kuzyna, a następnie wyjrzał przez okno na brudne podwórze, po którym wiatr roznosił zalegające od wielu dni śmieci. Nigdzie nie bawiło się ani jedno dziecko, ani nie odpoczywał żaden smok.

– Pusto – oznajmił Kuźmiński, powracając do swojego lokum. – Pukałem do każdych drzwi. Nawet u Orosza nikogo nie ma, a to bardzo dziwne, bo ten stary dziadyga nigdzie nigdy nie wychodzi.

– Może lepiej byłoby opuścić miasto? – zaproponowała nieśmiało Junona.

– To nie jest głupi pomysł – rzekł Wieczorek. – Cholera wie, kto niedługo może tutaj wpaść, kuzynie.

Kuźmiński już zamierzał przyznać krewnemu rację, gdy wtem ze stojącego na kuchennym stole radia dobiegła podniosła, rewolucyjna muzyka.

– Mieszkańcy Cesarstwa Polskiego! – przemówił ochrypły, niewyraźny głos. – Ostatnie dni wypełnione były strachem i niepewnością, ale dzisiaj nie ma żadnych wątpliwości...

Transmisję zaczęła przerywać seria szumów, przez które dało się usłyszeć tylko urywki.

– Cesarz stracił władzę, a nieliczne wierne mu jeszcze siły składają broń albo uciekają w stronę granicy... EPPK i ZEKP dominują już prawie we wszystkich regionach... Zdecydowano o powołaniu Tymczasowego Dyrektoriatu, który zastąpi Rząd Cesarski... Wolne wybory parlamentarne są kwestią...

– Spróbuję podregulować ten szmelc. – Wieczorek położył dłoń na gałce trzeszczącego radia.

– Wątpię, czy cokolwiek zwojujesz – odparł sceptycznie Kuźmiński. – Zakłócenia są na pewno od nich.

– ...na mocy amnestii wszyscy więzieni za przekonania zostaną wypuszczeni z obozów karnych. Drugą decyzją Tymczasowego Dyrektoriatu jest natychmiastowe zamrożenie czynszów oraz wstrzymanie zwol...

– Teraz powinno być dobrze – rzekł Wieczorek, kończąc regulację odbiornika.

– Naszymi celami: wolność, równość, sprawiedliwość! – Spiker zdawał się kończyć przemowę. – Wierzymy, że wszyscy, wedle własnych możliwości, zrobią, co tylko się da, abyśmy mogli jak najszybciej zacząć nowe, lepsze życie.

Przemówienie zakończyła melodia jakiejś wzniosłej pieśni, która zarówno Kuźmińskiemu, jak i Wieczorkowi wydała się dziwnie znajoma, ale żaden z nich nie potrafił przypomnieć sobie ani jednego jej słowa.

ROZDZIAŁ I

– Jutro powinniśmy dopłynąć do Hamburga. Albaram, jak myślisz, co tam zastaniemy?

Fulgus opierał się skrzydłami o burtę. Zapytany towarzysz uśmiechnął się, wystawiając twarz ku promieniom słońca, padającym na pokład Triumphatora.

– Nie będę owijał w bawełnę i powiem, że totalny burdel. Od czasu ucieczki cesarza cały kraj opanował chaos, z którym Tymczasowy Dyrektoriat ledwo sobie radzi. Epepekowcy oraz zetekapowcy utworzyli własne bojówki, a lojaliści tkwią w swoich jamach i nie zamierzają rozmawiać z nowymi władzami.

Fulgus skwitował słowa Albarama kiwnięciem głowy. Tamtego popołudnia rozmowa niespecjalnie się kleiła, a trudne tematy nie wpływały dobrze na atmosferę wśród pasażerów Triumphatora.

– Ach, tu jesteście! – rozległ się wesoły głos dobrze zbudowanego, czarnoskórego mężczyzny w drelichu Marynarki Republiki Wszechamerykańskiej.

Fulgus otworzył przymknięte powieki, skupiając wzrok na Zacku Buffordzie-Odeonie, idącym w jego kierunku.

– W czym możemy pomóc, kapitanie? – zapytał Albaram.

– Aleście dzisiaj sztywni! – Bufford-Odeon zachichotał. – Mówiłem już, żebyście zwracali się do mnie po imieniu.

– Pomyślimy o tym. – Fulgus uśmiechnął się, obnażając kły. – Czego sobie życzysz?

– Przyszedłem tylko powiedzieć, że Miragomor cię woła.

– Natychmiast do niego idę. Później porozmawiamy, ale nie myślcie sobie, iż kolejną noc spędzę na strzelaniu do mew. To już dawno zrobiło się nudne.

– Będziecie się teraz uczyli? – Albaram uniósł szyderczo brwi. – Nie jesteś odrobinę za stary na odrabianie lekcji?

– Mam raptem dwadzieścia osiem lat, co ze smoczej perspektywy można uznać za młodociany, jeśli nie pisklęcy wiek.

– Jednak ty jesteś półsmokiem.

Fulgus wzruszył ramionami, po czym ruszył na rufę, gdzie ulokowano smoczy pokład.

Spacer miał chwilę zająć. Triumphator był sporym statkiem, przystosowanym do transportu nawet kilku smoków należących do największych ras. Ponadto na stanie okrętowego wyposażenia znalazły się porządne działa, dzięki którym można było nie tylko prowadzić obronę przed atakami z powietrza, ale także skuteczny ostrzał innych morskich jednostek.

Powinienem zrobić coś z włosami, pomyślał Fulgus, przyglądając się własnemu odbiciu w wypełnionym wodą kuble.

W wiadrze odbijał się, pokryty szaroniebieską, łuskowatą skórą, przeszło dwumetrowy młodzieniec z błoniastymi skrzydłami. Jego wielkie, bursztynowe oczy przypominały smocze ślepia. Twarz nie różniła się jednak od ludzkiej, a przyjaciele przyznawali, że wygląda całkiem sympatycznie. Było tak za sprawą pary podobnych do dżdżownic, mierzących kilkanaście centymetrów wąsów, wyrastających z kącików ust, a także długiej koziej bródki. Pocieszna wydawała się również popielata, rozczochrana fryzura, której kosmyki opadały swobodnie, zakrywając czoło oraz niewielkie uszy.

Skromne ubranie Fulgusa nie zachwycało wyglądem, aczkolwiek on sam czuł się w nim całkiem dobrze. Nie potrzebował nic ponad uszytą na miarę koszulę z otworami na skrzydła, stworzony zgodnie z takim samym zamysłem płaszcz oraz sztruksowe spodnie z dziurą na smoczy ogon. Ważnymi, przytroczonymi do pasa dodatkami były kabura i ładownica. Za nieco bardziej eleganckie elementy stroju mogły uchodzić okulary przeciwsłoneczne, a także zrobione z prawdziwej, a nie syntetycznej skóry buty.

Na smoczym pokładzie Triumphatora panowała błoga cisza, przerywana z rzadka pojedynczymi chrapnięciami wydobywającymi się z nozdrzy Columbii. Smoczycy należącej do średniej wielkości rasy zwanej Azmazuri.

Columbia przez większość rejsu spała, co było zamierzonym efektem podawanego jej na wyjątkowo ostrą chorobę morską leku. Podczas nielicznych przerw od snu strasznie się męczyła, wychylając łeb za burtę, kiedy dopadały ją mdłości. Zajmujący miejsce tuż obok niej przedstawiciel pokaźnej, osiągającej około jedenastu metrów w kłębie rasy Platypus, noszący imię Odeon, spędzał całe godziny poza Triumphatorem. Wylatywał polować na walenie, za których mięsem przepadał zarówno on, jak i większość ludzi służących w jego smoczym poczcie.

– Tu jesteś, Fulgusie! – usłyszał półsmok, wchodząc na rufę.

Słowa te wypowiedział wygrzewający się na słońcu Miragomor.

Swoją majestatyczną, ponad dziesięciometrową posturą mógł uchodzić za podręcznikowy przykład smoczej rasy Nifretich. Większość jego cielska pokrywała ciemnoniebieska łuska. Wyjątek stanowiła jedynie ciągnąca się od podbrzusza aż po klatkę piersiową plama o białawej barwie. Jaskrawożółte ślepia kontrastowały z prawie czarnym łbem, przyozdobionym niewielkimi rogami. Charakterystyczną cechą fizjonomii tego dojrzałego płciowo samca Nifreti były długie, zwisające z chrap wąsy, łudząco przypominające te noszone przez Fulgusa. Ponadto miał podobną kozią bródkę.

– Coś wcześnie wróciłeś z polowania – zauważył Fulgus.

– Wystarczająco już rozprostowałem skrzydła – odparł Miragomor. – Zresztą sam wiesz, że nie wolno przemęczać się z pustym żołądkiem, a mi brakuje cierpliwości do łowów na morskie stworzenia. Poza tym nie cierpię latać bez ciebie. Jak się teraz czujesz? Rano byłeś jakiś taki niewyraźny.

– Ze mną wszystko w porządku.

– Może coś przeczytamy? O ile mnie pamięć nie myli, to ostatnio zapoznawaliśmy się z dziełami Fouriera.

– Musimy? – Półsmok zrobił zbolałą minę. – Nie lepiej skorzystać z audiobooka? Strasznie ciężko czyta się te bzdety.

– Owszem, musimy. Gdybyśmy mieli polegać na samych audiobookach, to do dzisiaj nie nauczyłbyś się czytać.

– Nie mam ochoty.

– Co się z tobą dzieje? Odkąd wypłynęliśmy z Nowego Jorku, nic tylko mnie lekceważysz.

– Przemyślałem kilka spraw. Powiedz, Miragomorze, czy rzeczywiście powinniśmy wracać do Europy? Co nas niby tam teraz czeka?

– Sądziłem, że już o tym rozmawialiśmy – westchnął Nifreti. – Nie miałeś nic przeciwko, kiedy pytałem, czy chciałbyś wrócić z emigracji.

– Nie miałem wyboru! – warknął Fulgus, machając nerwowo ogonem.

– Myślałem, iż nie podoba ci się w Republice Wszechamerykańskiej. Narzekałeś, że jest zbyt monotonnie.

– To prawda, ale... – Fulgusowi załamał się głos. – Ale mimo to spędziliśmy tam trzy lata we względnym bezpieczeństwie, jakiego nigdy przedtem niedane nam było zaznać. Cholera wie, co się dzieje w Europie. Może niedługo będziemy musieli wrócić na Wschodnią Rubież?

– Fulgusie... – Miragomor opuścił łeb, zbliżając pysk do półsmoka, który po chwili konsternacji delikatnie go pogłaskał. – Spokojnie. Obiecuję, że nigdy już nie będziemy musieli włóczyć się po Wschodniej Rubieży.

– Przepraszam – wyszeptał Fulgus. – Chociaż nie wydaje ci się, iż Azrukal zaprosił nas pod wpływem dawnych przyjaciół i koniec końców nie będziemy mogli się z nim pogodzić? Teraz on i Saptorys siedzą w EPPK. Sądzisz, że i my powinniśmy wstąpić do tej partii?

– Nie wykluczam takiej możliwości, aczkolwiek mam kilka własnych pomysłów, które epepekowcom niekoniecznie muszą się spodobać. Omedelbar Hjälp będzie dla nas lepszą alternatywą.

– Nie wiem. – Półsmok pogładził wąsy. – Oni w ogóle przylecieli do Cesarstwa? Chyba nie jest tam jeszcze na tyle bezpiecznie, aby mogli bez większych obaw działać.

Do rozmówców dołączył Albaram, który z okrętowej nadbudówki usłyszał toczącą się dyskusję.

– W Cesarstwie podobno nie jest już aż tak źle – wtrącił. – Ludzie i smoki pomału sami urządzają sobie życie, jak im się żywnie podoba, słuchając co najwyżej mądrzejszych wskazówek Tymczasowego Dyrektoriatu. Ziemiaństwo zwiewa, a miejscowi przejmują ziemię, na której dotychczas tylko pracowali.

– Jednak bez odpowiednich ustaw wszystkie wywłaszczenia są nic niewarte – zauważył cierpko Miragomor.

– Na zmianę prawa jeszcze przyjdzie czas.

Fulgus, który nie miał ochoty słuchać sporu o sens ekspropriacji, postanowił zrobić sobie spacer.

Po godzinie poświęconej na włóczęgę po okręcie półsmok usłyszał dzwonki sygnalizujące porę kolacji. Na smoczym pokładzie Columbia zbudziła się z drzemki i oblizała pysk, dając Miragomorowi do zrozumienia, że tego wieczoru czuje się już wystarczająco dobrze, aby nie zrezygnować z rzuconych na pożarcie cieląt. Odeon również sprawiał wrażenie zaaferowanego posiłkiem, głośno podkreślając, jak głód nie daje mu spokoju.

– Hej, Fulgusie! Zjesz z nami na smoczym pokładzie? – zapytał Albaram, niosąc wypełnioną jedzeniem tacę.

– Nie jestem głodny.

– Może jednak chciałbyś za jakiś kwadrans postrzelać do mew? James domaga się rewanżu. No, nie bądźże dzikusem! W końcu to nasze ostatnie godziny na tym okręcie.

– Dobra, już dobra...

Fulgus spędził w Republice Wszechamerykańskiej wystarczająco dużo czasu, aby przekonać się, jak może wyglądać świat, którego tak pragnął, żyjąc na Wschodniej Rubieży Cesarstwa Polskiego. Świadomość rychłej konfrontacji z trudną rzeczywistością opuszczonego przed kilkoma laty państwa sprawiała, że półsmokowi ciarki przebiegały między skrzydłami. Co prawda spokojne życie emigranta mogło na dłuższą metę sprawiać wrażenie nudnego, jednak instynkt podpowiadał, żeby nacieszyć się ostatnimi chwilami na Triumphatorze.

*

James Lax-Columbia nie należał do najprzyjemniejszych ludzi. Był chłodnym dogmatykiem, starającym się rozwiązać każdy problem przy pomocy nawet najbzdurniejszych wskazówek zamieszczanych na forach Komunistycznej Partii Obydwu Ameryk. Jego decyzje nie grzeszyły roztropnością, a wszelką krytykę swoich poczynań odbierał jako osobistą zniewagę, przez co wyjątkowo trudno się z nim współpracowało.

– Piękny strzał, Fulgusie! – pochwalił Albaram, gdy półsmokowi, przy pomocy karabinu wyborowego bez lunety, udało się zabić mewę lecącą dobrych trzysta metrów na południe od statku.

– Całkiem nieźle – rzekł z podziwem Bufford-Odeon. – Powiedz, czy dałbyś radę skutecznie strzelać pod słońce?

– Chyba tak. – Fulgus zmrużył oczy. – Nie byłaby to dla mnie pierwszyzna. Na Wschodniej Rubieży różnie bywało. Zwłaszcza kiedy zginęły mi okulary przeciwsłoneczne, a nowych nie zdobyłem przez kilka miesięcy.

Lax-Columbia z niesmakiem wysłuchał słów Fulgusa. Sam nigdy nie miał okazji wziąć udziału w prawdziwych walkach, toteż wyjątkowo trudno było mu poradzić sobie z wypełniającą serce zawiścią.

– Co powiesz na zakład, półsmoku? – zapytał. – Strzelaj pod słońce! Jeżeli nie uda ci się za pierwszym razem trafić mewy, to oddasz mi piwo, które zostało ci z kolacji.

– Zgodzę się pod jednym warunkiem – odparł chytrze Fulgus. – W razie mojego zwycięstwa postawisz w Hamburgu coś znacznie lepszego niż ten marniutki porter, który serwują na Triumphatorze.

– Umowa stoi!

Chwilę później na horyzoncie pojawiły się trzy mewy lecące w stronę statku. Szanse trafienia którejkolwiek z nich były dosyć mizerne, jednak i tym razem się udało.

– Wracam do formy! – zakrzyknął półsmok, zabiwszy jednego ptaka.

Wściekły z powodu porażki Lax-Columbia udał, że nie widzi wyciągniętej do uściśnięcia dłoni i po odłożeniu karabinu oddalił się szybkim krokiem. Pozostała trójka rozmawiała jeszcze przez niecałą godzinę, dopóki się nie ściemniło. Potem każdy poszedł spać.

Po powrocie na smoczy pokład Fulgus wymościł sobie z koców i poduszek posłanie u boku Miragomora, który od dłuższego czasu głęboko spał. Niemający zbytniej ochoty na sen półsmok wyciągnął z płaszcza elektrohend z zamiarem obejrzenia filmu. Przeglądając kolejne pozycje, nie znalazł jednak niczego, co byłoby warte seansu. Przez zaaferowanie powrotem do Europy od kilku dni nie miał głowy, aby załatwić sobie jakąś ciekawą nowość albo przynajmniej nieznanego klasyka przedwojennej kinematografii.

Zły na własne roztrzepanie westchnął głośno, po czym wyłączył urządzenie i wtulił się w bok Miragomora, usiłując złapać parę godzin snu.

*

Z drzemki Fulgusa wyrwał dźwięk włączonego na pokładzie Triumphatora alarmu. Półsmok przetarł zaspane oczy i spojrzał na Miragomora, który już w pełni przebudzony spokojnie czekał na rozwój wypadków. Podobną postawę przybrał również Odeon, a niedoświadczona Columbia rozglądała się nerwowo za ludźmi ze swojego smoczego pocztu.

– Co się dzieje? – Fulgus zerknął w kierunku nadbudówki, skąd dobiegały pełne uniesienia rozkazy wydawane przez Laxa-Columbię.

– Zaczekaj, zaraz się dowiemy – odparł Miragomor, po czym zagadnął Odeona, który w odpowiedzi wycharczał, że gdzieś na południu zauważono pirackie statki.

– Psiakrew! Miragomorze, czuwaj i w razie zagrożenia atakuj bez powietrznej brygady! Wrócę najszybciej jak to tylko możliwe.

Półsmok pobiegł do nadbudówki.

Najwidoczniej już wydano rozkaz zaciemnienia, ponieważ wnętrze spowijał mrok. Wymijając krzątających się członków smoczych pocztów, Fulgus zmierzał na mostek.

– Zack! – zawołał, o mały włos nie zderzając się ze zziajanym Buffordem-Odeonem na mostku. – To prawda, że przyczepiły się do nas jakieś pirackie szumowiny? Czy może to tylko spaczone poczucie humoru twojego smoka i tak naprawdę odbywamy teraz rutynowe ćwiczenia?

– Myślisz, że zawracałbym wam głowę jakimiś wkurzającymi alarmami próbnymi?! Mamy na ogonie co najmniej dwie łajby piratów!

Nieco zirytowany opryskliwym tonem Bufforda-Odeona Fulgus podszedł do radaru.

Na czarnym ekranie urządzenia migały trzy kropki. Największa, umieszczona pośrodku, symbolizowała pozycję Triumphatora. Wzrok półsmoka przyciągnęły jednak dwie mniejsze, w dolnej części holomonitora. Oznaczały niezidentyfikowane obiekty szybko zbliżające się od południowego wschodu.

– Jak żeśmy na nich wpadli, do jasnej cholery?! Nie kazałeś swoim ludziom prowadzić tej nocy nasłuchu radiowego?

– Przez cały rejs ktoś siedzi na słuchawkach. Na wysokości Emiratu Portugalii co pewien czas zgłaszał się z komunikatem identyfikacyjnym jakiś transportowiec albo łódź patrolowa Światowego Imperium Islamskiego – wytłumaczył podniesionym głosem Bufford-Odeon. – Bajzel zaczął się pół godziny temu. Sam zobaczył na radarze dwie jednostki, które w pierwszej chwili określiły się jako transport żywego inwentarza, ale kiedy tylko nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, padła z ich strony komenda, żebyśmy natychmiast się zatrzymali, bo inaczej zaatakują. Obraliśmy kurs na północ, włączając najszybszy bieg. Jeżeli dopisze nam fart, to niedługo znikniemy we mgle otaczającej irlandzkie wybrzeże.

– Skąd wiesz, czy to są rzeczywiście piraci? Może ścigają nas korsarze Światowego Imperium Islamskiego?

– E tam! – Machnął ręką Bufford-Odeon. – Ostatnimi czasy wypracowaliśmy sobie względnie poprawne stosunki z tymi dzikusami. Niby dlaczego mieliby je zepsuć głupim atakiem na wszechamerykański statek na wodach międzynarodowych?

– Przeraża mnie twoja naiwność – westchnął Fulgus. – Dobra, później sobie pogadamy. Pora zająć się tym, czym powinniśmy. Masz kilkunastu zbędnych ludzi, z których mógłbym sformować powietrzną brygadę dla Miragomora?

– Mam. Jednak co z uprzężą?

– Tym się nie martw. W naszym bagażu przetrwała jeszcze stara z czasów, kiedy szaleliśmy po Wschodniej Rubieży.

– Ale czy nie jest przypadkiem uszkodzona? Wiesz, czuję się odpowiedzialny za życie każdego człowieka i smoka podróżującego tym transportowcem i nie chciałbym...

– Sprawdziłem ją parokrotnie w Nowym Jorku, zanim została załadowana na pokład! Przydzielisz mi paru swoich strzelców i może abordażystów?

– Abordażystów przydzielę. Strzelców nie. Mam ich za mało.

– Trudno, chyba jakoś dogadam się z Laxem-Columbią! Pędzę do ładowni po uprząż.

Każdy smoczy poczet dzielił się na dwie brygady: pomocniczą naziemną oraz powietrzną, której członkowie zajmowali miejsca na grzbiecie swojej bestii. Podczas bitew pełnili funkcje strzelców albo abordażystów, starających się przedostać na grzbiet wrogiego smoka, aby wymusić na jego oberbrygadierze rozkaz lądowania. Czasem do brygady powietrznej dołączano bombardierów. Byli to ludzie zajmujący stanowiska tuż pod smoczym brzuchem, w specjalnej sieci transportowej, z której zrzucali materiały wybuchowe na wybrany cel.

– Mark! Cletus! – Bufford-Odeon zawołał do sanitariuszy, siedzących tuż przy wejściu na mostek. – Pomóżcie oberbrygadierowi Fulgusowi! Za kwadrans chcę was wszystkich widzieć na smoczym pokładzie!

W drodze do ładowni Fulgus z sanitariuszami wciąż na kogoś wpadali, co tylko wzmacniało przekonanie o panującym na statku chaosie, którego Bufford-Odeon nie był stanie opanować.

Załogantom na Triumphatorze brakowało doświadczenia. Na domiar złego półsmokowi sprawiało trudność porozumienie się z większością z nich, ponieważ prawie nie znał angielskiego. Mimo nacisków ze strony Miragomora, który osobiście udzielał mu lekcji, nie opanował dobrze tego języka, czym jednak na co dzień nie musiał się przejmować, gdyż raczej obracał się w towarzystwie osób znających esperanto. Język doceniony przez ludzkość dopiero po trzeciej wojnie światowej. Dzięki prostocie każdy mógł go łatwo opanować, co w świecie odbudowującym się po nuklearnej apokalipsie było wyjątkowo przydatne.

Korzystając z pomocy sanitariuszy, Fulgus zabrał uprząż i pośpieszył na smoczy pokład z nadzieją, iż jeszcze nie nastąpił atak.

– Albaram! – wołał po drodze, nigdzie nie widząc swojego wiceoberbrygadiera. – Człowieku, gdzie ty znowu polazłeś?!

Albaram gdzieś przepadł. Półsmok liczył, że spotka go na smoczym pokładzie, jednak tak się nie stało.

– Wreszcie jesteś, Fulgusie – powiedział Miragomor. – Załóżcie mi uprząż i będę gotowy na starcie z piratami!

– Nie tak prędko! Brakuje nam ludzi do brygady.

– Już zgłosiło się paru chętnych – odparł Nifreti, pozwalając się pogłaskać jednej z kobiet, oczekującej z bronią na rozkazy.

– My dear... – Obecny na smoczym pokładzie Lax-Columbia zwrócił się do Columbii, która natychmiast schyliła łeb. – Let’s talk for a moment.

Mimo kiepskiej znajomości angielskiego Fulgus zrozumiał kontekst rozmowy.

Lax-Columbia miał pretensję, że smoczyca namówiła cześć członków swojej brygady powietrznej, aby tymczasowo przyłączyli się do Miragomora. Oburzenie jednak nie dało oberbrygadierowi niczego, ponieważ w kwestii pocztu ostateczna decyzja należała do starszego, czyli w tym przypadku smoka.

– W porządku – wydukała w esperanto Columbia. – W razie czego zajmą się tobą, Miragomorze, sanitariusze z brygady naziemnej Odeona.

– Dziękuję – odrzekł Nifreti.

– Obyś nie musiał trafić pod opiekę moich ludzi – mruknął Odeon. – Już wystarczy, że ja muszę się z nimi czasem użerać.

Fulgus wydał rozkaz, aby przydzieleni mu ludzie dosiedli Miragomora. Gdy sam sprawdzał, czy ma dodatkową amunicję w ładownicy, zgłosiła się do niego ochmistrzyni, czuwająca nad zbrojownią na Triumphatorze.

– Wallard-Odeon! – Półsmok uniósł podejrzliwie brew. – Co ty tu robisz? Zack cię zwolnił ze stanowiska?

– Chodzi o twojego wiceoberbrygadiera, Albarama.

– Gdzie on, do cholery, się podział?!

– Został ranny – odrzekła kobieta, wycierając sobie zakrwawione dłonie chusteczką. – Przypadkowo postrzelił się w zbrojowni. Że też musiał trafić na jakiś felerny egzemplarz karabinu! Udzieliłam mu pierwszej pomocy i...

– Postrzelił się?!

– Niegroźnie, ale nie da rady polecieć. Jeżeli nie masz nic przeciwko, to chętnie go zastąpię. Znam esperanto, więc mogę tłumaczyć twoje rozkazy na angielski. Poza tym już kilkukrotnie latałam jako wiceoberbrygadierka.

– Dobra. – Nie do końca przekonany zapewnieniem ochmistrzyni Fulgus skinął głową. – Witaj w brygadzie!