Wydawca: Pascal Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 62 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zezia i Giler - Agnieszka Chylińska

"""Nigdy bym nie przypuszczał, że pewnego dnia będę czytał swojej córce teksty Agnieszki Chylińskiej na dobranoc, przy okazji samemu świetnie się bawiąc. Świat naiwnej dziecięcej fantazji wymieszany z dorosłym, inteligentnym poczuciem humoru - ostatni raz przeżywałem coś takiego, mając w ręku przygody Mikołajka albo oglądając Shreka.""

Marcin Prokop

""Już dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak, bym nie mógł zasnąć do rana. Zwłaszcza książka dla dzieci. Przeczytałem ją jednym tchem. Agnieszka jest genialnym obserwatorem i potrafi naprawdę pasjonująco i barwnie opowiadać. Robi to dowcipnie i tak umiejętnie stopniuje napięcie, odkrywając kolejne tajemnice rodziny Zezików, że trudno przerwać czytanie. Ta książka to świetna zabawa dla rodziców i dzieci. Jej czytanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością.""

Robert Kozyra

""Agnieszka zaskakiwała, odkąd ją znam. Jako anonimowa ultrarockowa wokalistka na płycie demo zespołu jeszcze bez nazwy O.N.A. Potem gość koncertu MTV w Sopocie śpiewający fantastycznie klasykę disco. A teraz jako autorka książek dla dzieci. Dlatego zawsze jej byłem ciekaw. No to czytamy""!

Piotr Metz

Jeżeli ktokolwiek zastanawiał się, czym jeszcze zaskoczy nas Agnieszka Chylińska, tego nie przewidział na pewno. Książka dla dzieci. Ale jaka! Miałam szczęście być jedną z jej pierwszych czytelniczek. Uśmiałam się do łez i poryczałam, już wcale nie ze śmiechu. To książka o nas, pokoleniu, które wyrosło na Jeżycjadzie, w tęsknocie za ciepłym domem. O nas i naszych dzieciakach, które wychowujemy kompletnie inaczej niż wychowano nas. Śmieszy, wzrusza, ogrzewa jak kocyk. Agnieszko, świetna robota! 

Agnieszka Hetnał, redaktor naczelna Wydawnictwa Pascal


Agnieszka Chylińska debiutuje literacko!
Książka, o której wszyscy już mówili od kiedy Autorka ogłosiła, że ją pisze!
W serwisach plotkarskich huczało... Autobiografia? Książka dla dzieci? A może powieść?
Teraz jest już jasne: ""Zezia i Giler"", to książka dla dzieci, ale także dla rodziców.

Poznajcie perypetie 8-letniej Zezi. Dowiedzcie się czemu jej młodszego brata nazywają Gilerem i kto to jest IDŹSTĄD.
Zezia zdradzi Wam sekret na najfajniejszy na świecie sposób obierania ziemniaków i podpowie jak sprawić, by w szufladzie rycerze walczyli ze smokami.
Zacznijcie czytać, a pokochacie rodzinę Zezików!"

Opinie o ebooku Zezia i Giler - Agnieszka Chylińska

Fragment ebooka Zezia i Giler - Agnieszka Chylińska

Copyright for the text © Agnieszka Chylińska

Copyright for this edition © Wydawnictwo Pascal

Redakcja: Agnieszka Hetnał

Korekta: Justyna Tomas

Ilustracje i projekt graficzny: Marek Bogumił

Redaktor techniczny: Jarosław Jabłoński

Redaktor prowadząca: Zuzanna Klim

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2014

ISBN 978-83-7642-427-9

eBook maîtrisé parAtelier Du Châteaux

Pierwsze spotkanie

Ze­zia tak na­praw­dę nie ma na imię Ze­zia, tyl­ko Zu­zia.

Ze­zią na­zwał ją młod­szy brat Cza­rek, gdy Ze­zia, czy­li Zu­zia, wró­ci­ła z Ma­mą od opty­ka. Po raz pierw­szy mia­ła wte­dy na no­sie oku­la­ry, któ­re mu­sia­ła no­sić, bo bez nich nie wi­dzia­ła zbyt do­brze. Wszyst­ko by­ło tro­chę za­mglo­ne.

Że­by by­ło jesz­cze za­baw­niej, Ro­dzi­ce Ze­zi i Czar­ka, któ­re­go Zu­zia z ko­lei na­zy­wa­ła Gi­le­rem (dla­cze­go go tak na­zwa­ła, o tym trosz­kę póź­niej, do­słow­nie za mo­men­cik), no więc Ro­dzi­ce Ze­zi i Czar­ka mie­li na na­zwi­sko Ze­zik. Ze­zia na­zy­wa­ła się Zu­zan­na Ze­zik, ale z jej no­wym przy­dom­kiem brzmia­ło to rze­czy­wi­ście bar­dzo śmiesz­nie: Ze­zia Ze­zik.

Ze­zia nie mia­ła ża­lu do bra­ta, że na­zwał ją Ze­zią, bo nikt w do­mu nie miał o nic ża­lu do Gi­le­ra. Gi­ler miał pięć lat, a Ze­zia osiem. Gi­ler był in­ny niż wszyst­kie zna­ne Ze­zi dzie­ci. Mó­wił tyl­ko tro­chę i to bar­dzo nie­wy­raź­nie. Dla­te­go za­miast gnie­wać się na swo­je­go bra­ta, Zu­zia ucie­szy­ła się, że Cza­rek, czy­li Gi­ler, za­wo­łał na jej wi­dok: „O, Ze­zia!!!”.

A dla­cze­go Cza­rek zo­stał Gi­le­rem? Ze­zia na­zwa­ła go tak, bo Cza­rek nie umiał wy­smar­kać no­sa do chu­s­tecz­ki i bar­dzo czę­sto zda­rza­ło mu się cho­dzić „z gi­la­mi pod no­sem”, jak to za­wsze na­zy­wał Ta­ta Ze­zi i Gi­le­ra.

W ogó­le to Gi­ler był dziw­ny. Ca­ły czas miał ka­tar, co chwi­la się prze­zię­biał. Był za­wsze bar­dzo de­li­kat­ny i mu­siał być na die­cie. Du­żo róż­ni­ło Ze­zię i Gi­le­ra. Ze­zia mia­ła ciem­ne pro­ste wło­sy, któ­re Ma­ma Ze­zi zwią­zy­wa­ła w ku­cyk lub w dwie kit­ki. Gi­ler miał ja­sne krę­co­ne wło­sy, ale od ja­kie­goś cza­su Ta­ta Ze­zi i Gi­le­ra strzygł go ma­szyn­ką do wło­sów na bar­dzo krót­kie­go je­ży­ka. Gi­ler był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, bo lu­bił gła­dzić się po świe­żo ostrzy­żo­nych wło­sach. Mógł się tak gła­dzić bar­dzo dłu­go.

Ze­zia by­ła „do­brze od­ży­wio­na”. Tak mó­wi­ła o niej Bab­cia Ja­sno­wło­sa, Ma­ma Ta­ty, któ­ra by­ła za­wsze bar­dzo szczę­śli­wa, że Ze­zia zja­da wszyst­ko, co się jej przy­go­tu­je. Gi­ler z ko­lei był bar­dzo wy­so­ki jak na swój wiek, ale chu­dy jak słom­ka, więc Bab­cia Ja­sno­wło­sa cią­gle na­rze­ka­ła i wy­py­ty­wa­ła Ma­mę Ze­zi i Gi­le­ra, czy przy­pad­kiem nie gło­dzi swo­je­go syn­ka. Bab­cia Ja­sno­wło­sa by­ła prze­ciw­nicz­ką die­ty, na któ­rą mu­siał przejść Gi­ler, bo uwa­ża­ła, że to ja­kaś bzdu­ra, któ­ra po­zba­wia jej wnucz­ka, i tu pa­da mą­dre sło­wo, peł­no­war­to­ścio­wych skład­ni­ków. Ze­zia jed­nak uwa­ża­ła, że to do­brze, że Gi­ler jest na die­cie, bo przed­tem dzia­ły się z nim bar­dzo przy­kre rze­czy. Po­tra­fił się dra­pać przez ca­ły dzień, a na­wet nie spać w no­cy, a wów­czas nikt nie spał. Bo miesz­ka­nie Pań­stwa Ze­zi­ków nie by­ło za du­że.

Ca­ła ro­dzi­na plus kot­ka, któ­ra na­zy­wa­ła się Idź­stąd, miesz­ka­ła w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Gró­jec­kiej w War­sza­wie. Ze­zia bar­dzo lu­bi­ła to miesz­ka­nie i swój ma­lut­ki po­ko­ik, ale wie­dzia­ła, że Ma­ma nie jest za­do­wo­lo­na z tak nie­wiel­kie­go, i tu pa­da mą­dre sło­wo, me­tra­żu.

Ze­zia miesz­ka­ła w bar­dzo ma­lut­kim po­ko­iku, w któ­rym mo­gło się zmie­ścić tyl­ko pię­tro­we łóż­ko i biur­ko oraz krze­seł­ko. Gi­ler miał do dys­po­zy­cji zde­cy­do­wa­nie więk­szy po­kój. Miesz­ka­ły w nim rów­nież wszyst­kie za­baw­ki Ze­zi. Tak na­praw­dę w tym więk­szym po­ko­ju Ze­zia i Gi­ler zwy­kle ba­wi­li się ra­zem, choć tro­chę osob­no, ale wie­czo­rem Ze­zia szła spać do swo­je­go po­ko­iku, a Gi­ler zo­sta­wał w więk­szym. Miał pięk­ne łóż­ko w kształ­cie sa­mo­cho­du. Gi­ler uwiel­biał wszyst­kie po­jaz­dy, a szcze­gól­nie trak­to­ry. Bar­dzo lu­bił, gdy Ze­zia bra­ła je­go ulu­bio­ną książ­kę „Trak­to­ry świa­ta” i czy­ta­ła mu na głos na­zwy i mo­de­le trak­to­rów. Z cza­sem po­tra­fi­ła sa­ma bez pod­glą­da­nia na­zwać każ­dy po­jazd. To dżon dir do upraw rzę­do­wych, a to ma­sej fer­gu­son z pod­nie­sio­nym prze­świ­tem.

Ze­zia uwiel­bia­ła cof­nąć się tro­chę w dro­dze ze szko­ły i mi­nąć od­dział ban­ku, w któ­rym pra­co­wa­ła Ma­ma Ze­zi. Jej sta­no­wi­sko pra­cy by­ło tuż przy oknie, więc bar­dzo czę­sto Ze­zi uda­wa­ło się po­ma­chać Ma­mie, któ­ra od­ma­chi­wa­ła dys­kret­nie, gdy wła­śnie ob­słu­gi­wa­ła klien­ta lub gdy w po­bli­żu krę­ci­ła się Pa­ni Kie­row­nik. Rzad­ko, ale zda­rza­ło się, że Ma­ma ki­wa­ła Ze­zi, że mo­że wejść do środ­ka. Wte­dy pa­da­ły so­bie w ra­mio­na, jak­by nie wi­dzia­ły się ze dwa la­ta. Ze­zia wi­ta­ła się po­tem z ko­le­żan­ką Ma­my, któ­ra mia­ła biur­ko bar­dziej w głę­bi. Na­zy­wa­ła się We­ro­ni­ka Chu­chroń i by­ła Ma­mą Jul­ki, czy­li naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki Ze­zi. Jul­ka i Ze­zia cho­dzi­ły do tej sa­mej kla­sy i sie­dzia­ły ra­zem w ław­ce.

Ta­ta Ze­zi był rzeź­bia­rzem i pra­co­wał w do­mu. Ma­ma nie by­ła tym za­chwy­co­na, bo Ta­ta ro­bił za­wsze du­żo ba­ła­ga­nu, któ­ry aku­rat bar­dzo lu­bi­ła Ze­zia. Uwiel­bia­ła pa­trzeć, jak Ta­ta pra­cu­je. Ta­ta za­wsze po­zwa­lał Ze­zi sia­dać obok i też coś rzeź­bić. Ze­zia chcia­ła zo­stać rzeź­biar­ką jak Ta­ta, ale uwa­ża­ła, że mu­si się jesz­cze du­żo na­uczyć.

Gi­ler tak jak Ma­ma nie­na­wi­dził ba­ła­ga­nu. Kie­dy był młod­szy, po­tra­fił po­zbie­rać wszyst­ko z miej­sca pra­cy Ta­ty i wy­rzu­cić do śmie­ci. Ta­ta bar­dzo się wte­dy de­ner­wo­wał.

Pro­blem w tym, że Ta­ta tak na­praw­dę nie miał wy­zna­czo­ne­go miej­sca do pra­cy. Cza­sem roz­kła­dał na­rzę­dzia w ła­zien­ce, cza­sem w kuch­ni, a cza­sem w sa­lo­ni­ku. Żad­ne z tych miejsc nie po­do­ba­ło się Ma­mie. Bar­dzo czę­sto kłó­ci­li się o to, gdzie Ta­ta ma rzeź­bić. W koń­cu Ta­ta zna­lazł ja­kiś opusz­czo­ny ga­raż i prze­niósł tam część rze­czy. Więk­szość jed­nak trzy­mał w do­mu i u Bab­ci Ja­sno­wło­sej, o co też by­ły kłót­nie, bo Ma­ma mia­ła żal do Bab­ci Ja­sno­wło­sej, że za­miast wy­szy­ko­wać po­ko­je dla wnu­cząt, by je kie­dyś do sie­bie w koń­cu za­pro­sić (Ze­zia i Gi­ler ni­g­dy nie by­li u Bab­ci Ja­sno­wło­sej w do­mu), „ro­bi skład­ni­cę dla tych ha­sio­rów”.

Ja­ko że dru­ga Bab­cia mia­ła tak sa­mo na imię jak Bab­cia pierw­sza, Ze­zia do jed­nej mó­wi­ła Ja­sno­wło­sa, a do dru­giej Ciem­no­wło­sa. Ma­ma Ma­my Ze­zi by­ła Bab­cią Ciem­no­wło­są. Oprócz te­go Ze­zia mia­ła jesz­cze Dziad­ka, Ta­tę Ma­my. Dziad­ka na­zy­wa­no po pro­stu Dziad­kiem, bo Ze­zia nie mia­ła dru­gie­go. Dzia­dek Ze­zi był bar­dzo za­pra­co­wa­ny. Co­dzien­nie po śnia­da­niu i ćwi­cze­niach, któ­re od­by­wał za­wsze o tej sa­mej go­dzi­nie przez do­kład­nie dwa­dzie­ścia je­den mi­nut, wy­cho­dził z do­mu i wra­cał wie­czo­rem. Ze­zia jed­nak nie wie­dzia­ła, czym zaj­mo­wał się Dzia­dek ani gdzie pra­co­wał. Kie­dyś spy­ta­ła o to Bab­cię Ciem­no­wło­są, ale Bab­cia też nie wie­dzia­ła i wi­dać by­ło, że ten te­mat bar­dzo ją de­ner­wu­je, więc Ze­zia po­sta­no­wi­ła wię­cej nie py­tać. Ze­zia bar­dzo lu­bi­ła przy­jeż­dżać do Bab­ci Ciem­no­wło­sej i Dziad­ka na wa­ka­cje.

Ze­zia mia­ła jesz­cze Cio­cię Za­gra­ni­cę. Ni­g­dy jej nie wi­dzia­ła na oczy, ale do­sta­wa­ła od niej prze­pięk­ne pre­zen­ty w pacz­kach, któ­re przy­cho­dzi­ły na ad­res Ro­dzi­ców tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Cio­cia Za­gra­ni­ca, któ­rej imie­nia Ze­zia nie po­tra­fi­ła za­pa­mię­tać, bo Ma­ma każ­do­ra­zo­wo wi­ta­ła pacz­kę od Cio­ci sło­wa­mi: „O, Za­gra­ni­ca pacz­kę przy­sła­ła”, no więc Cio­cia by­ła sio­strą Ma­my. Po­dob­no daw­no, daw­no te­mu wy­je­cha­ła za gra­ni­cę, kie­dy jesz­cze by­ła mło­dą dziew­czy­ną. Wia­do­mo też, że zro­bi­ła to z mi­ło­ści. Ze­zia kie­dyś usły­sza­ła, że Cio­cia Za­gra­ni­ca nie ma dzie­ci i jest sa­ma. Chcia­ła bar­dzo spy­tać Ma­mę, cze­mu Cio­cia sie­dzi tam sa­ma i cze­mu nie mo­że wró­cić do Bab­ci i Dziad­ka, ale czu­ła, że Ma­ma nie lu­bi roz­ma­wiać na te­mat Cio­ci.

I to by by­ło ty­le, je­śli cho­dzi o naj­bliż­szą ro­dzi­nę Ze­zi i Gi­le­ra.

Kotka Idźstąd

Jak to już wcze­śniej zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, Ze­zia ra­zem ze swo­im młod­szym bra­tem Gi­le­rem, Ma­mą i Ta­tą oraz kot­ką Idź­stąd miesz­ka­ła w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Gró­jec­kiej w War­sza­wie. Kot­ka li­czy­ła so­bie dzie­sięć lat i po­ja­wi­ła się w ro­dzi­nie Ze­zi­ków, za­nim jesz­cze Ro­dzi­ce Ze­zi i Gi­le­ra zo­sta­li ich Ro­dzi­ca­mi.

Kot­ka przy­błą­ka­ła się któ­re­goś zim­ne­go je­sien­ne­go wie­czo­ru i wy­bra­ła so­bie aku­rat wy­cie­racz­kę pod drzwia­mi Pań­stwa Ze­zi­ków, by po­wić sześć pięk­nych ko­ciąt. Ko­cią ro­dzin­kę od­kry­ła Ma­ma Ze­zi ra­no, gdy wy­cho­dzi­ła do pra­cy. Ta­ta Ze­zi za­wsze po­wta­rzał, że ko­ty do­brze wie­dzą, kto się ni­mi naj­le­piej za­opie­ku­je.

Ze­zia uwiel­bia­ła słu­chać opo­wie­ści o tym, jak kot­ka zna­la­zła się w do­mu Pań­stwa Ze­zi­ków. Wie­lo­krot­nie pro­si­ła o opo­wia­da­nie hi­sto­rii kot­ki, aż w koń­cu zna­ła ją na pa­mięć i czu­ła się tak, jak­by to ona zna­la­zła swo­ją uko­cha­ną kot­kę Idź­stąd.

Opo­wieść koń­czy się za­wsze smut­no: kie­dy oka­za­ło się, że głów­ną przy­czy­ną okrop­nych dusz­no­ści Gi­le­ra, wy­syp­ki i je­go wiecz­ne­go ka­ta­ru jest wła­śnie kot­ka, któ­ra do nie­daw­na na­zy­wa­ła się Łat­ka, Ro­dzi­ce za­czę­li co­raz czę­ściej wo­łać do niej: „Idź stąd!”. Przez mo­ment roz­wa­ża­li na­wet od­da­nie kot­ki w do­bre rę­ce, ale to był tyl­ko mo­ment, bo Ze­zia bar­dzo ko­cha­ła Łat­kę. Kie­dy usły­sza­ła roz­mo­wę Ro­dzi­ców, któ­rzy za­sta­na­wia­li się, ko­mu mo­gli­by ją od­dać, za­czę­ła bar­dzo ża­ło­śnie pła­kać i po­czu­ła się bar­dzo, bar­dzo nie­szczę­śli­wa. Ro­dzi­ce Ze­zi zgo­dzi­li się za­trzy­mać zwie­rza­ka pod wa­run­kiem, że Ze­zia bę­dzie pil­no­wa­ła, że­by Łat­ka nie spa­ła w łóż­ku Gi­le­ra ani nie prze­by­wa­ła w je­go po­ko­ju.

Na szczę­ście kot­ka Łat­ka by­ła bar­dzo mą­dra i za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by do­brze ro­zu­mia­ła, o co Ro­dzi­ce pro­si­li Ze­zię. Ni­g­dy nie krę­ci­ła się w po­bli­żu Gi­le­ra i spa­ła tyl­ko w po­ko­iku Ze­zi. Od mo­men­tu, kie­dy czę­ściej wo­ła­no do niej: „Idź stąd!” niż „Łat­ko!”, kot­ka po pro­stu sta­ła się nie­wi­dzial­na.

Wi­dy­wa­ła ją tyl­ko Ze­zia, po­nie­waż da­wa­ła jej świe­żą wo­ło­win­kę, o któ­rą pro­si­ła Ta­tę, któ­ry co dru­gi dzień cho­dził do skle­pu mięs­ne­go. Ze­zia zmie­nia­ła jej co­dzien­nie wo­dę w mi­secz­ce, a raz w mie­sią­cu, bę­dąc z Ro­dzi­ca­mi w skle­pie zoo­lo­gicz­nym, przy­po­mi­na­ła im, że­by ku­pi­li spe­cjal­ną tra­wę dla ko­tów. Ze­zia od ra­zu po przyj­ściu do do­mu otwie­ra­ła pla­sti­ko­we pu­deł­ko z ziar­na­mi tra­wy i za­le­wa­ła je fi­li­żan­ką wo­dy, a po­tem przy­kry­wa­ła wiecz­kiem i od­sta­wia­ła po­jem­nik na szaf­kę w kuch­ni. Po kil­ku dniach na­le­ża­ło tyl­ko uchy­lić nie­co wiecz­ko, by tra­wa ro­sła pro­sto, a w na­stęp­nych dniach od­sło­nić cał­ko­wi­cie po­jem­nik, bo tra­wa ro­bi­ła się już na­praw­dę ta­ka, jak na­le­ży: dłu­ga i zie­lo­na. Ze­zia bar­dzo ko­cha­ła kot­kę Idź­stąd, a kot­ka Idź­stąd bar­dzo ko­cha­ła Ze­zię.

Ze­zia pa­mię­ta na przy­kład, jak kie­dyś bar­dzo roz­bo­lał ją brzuch, bo ra­zem z Gi­le­rem zje­dli ca­łe opa­ko­wa­nie pi­sta­cji. Ma­ma Ze­zi da­ła jej wte­dy ja­kieś le­kar­stwa, ale wie­le to nie po­mo­gło. Wte­dy kot­ka Łat­ka, czę­ściej zwa­na Idź­stąd, wsko­czy­ła do łóż­ka Ze­zi i po­ło­ży­ła się na jej brzu­chu. Ze­zia czu­ła jej cie­płe fu­ter­ko i tro­chę się uspo­ko­iła, a po­tem po pro­stu za­snę­ła. Kie­dy się obu­dzi­ła, kot­ka Łat­ka na­dal spa­ła na jej brzu­chu, któ­ry już w ogó­le nie bo­lał. Ta­ta Ze­zi po­wie­dział po­tem, że ko­ty wy­cią­ga­ją z lu­dzi wszyst­ko, co szko­dli­we. Ze­zia za­sta­na­wia­ła się wte­dy, jak uło­żyć ko­ta na Gi­le­rze, że­by w koń­cu prze­stał się wy­głu­piać i za­czął ład­nie mó­wić.

Kamienica

Ro­dzi­ce Ze­zi miesz­ka­li na pierw­szym pię­trze w sta­rej ka­mie­ni­cy, któ­ra mia­ła też in­nych lo­ka­to­rów. Nie­ste­ty, nie by­ło wśród nich żad­nej in­nej dziew­czyn­ki w wie­ku ośmiu lat.

Na sa­mej gó­rze miesz­kał Strasz­ny Pan. Strasz­ny Pan był si­wy i miał bro­dę. Wy­glą­dał tro­chę jak Świę­ty Mi­ko­łaj, ale nie­ste­ty nie był tak sym­pa­tycz­ny. Ma­ma bar­dzo nie lu­bi­ła Strasz­ne­go Pa­na, bo za­wsze był wo­bec niej nie­uprzej­my, ni­g­dy pierw­szy nie mó­wił: „Dzień do­bry” i gło­śno ko­men­to­wał na przy­kład to, co znaj­do­wa­ło się w siat­kach z za­ku­pa­mi Ma­my, gdy sta­wia­ła je przy win­dzie, by otwo­rzyć drzwi wej­ścio­we. Wte­dy Strasz­ny Pan zwy­kle był w po­bli­żu al­bo aku­rat scho­dził po scho­dach. Ni­g­dy nie ko­rzy­stał z win­dy, a je­go głów­nym za­ję­ciem by­ło – w za­leż­no­ści od po­ry ro­ku – od­śnie­ża­nie lub od­ku­rza­nie sta­re­go au­ta, któ­re sta­ło pod do­mem. Ze­zia, gdy aku­rat mia­ła wol­ną chwi­lę, lu­bi­ła pa­trzeć przez okno, jak Strasz­ny Pan do­kład­nie i po­wo­lut­ku czy­ści każ­dy za­ka­ma­rek, każ­de wgłę­bie­nie i wy­pu­kłość au­ta.

W trak­cie szo­ro­wa­nia sa­mo­cho­du Strasz­ny Pan ca­ły czas mó­wił do sie­bie na głos. Ta­ta Ze­zi po­wie­dział, że kie­dyś przy­pad­kiem prze­cho­dził obok Strasz­ne­go Pa­na, gdy ten pu­co­wał swo­je au­to, i usły­szał, że Strasz­ny Pan ni­by mó­wi do sie­bie, ale tak na­praw­dę – do swo­jej żo­ny. Bo Strasz­ny Pan miał żo­nę, Strasz­ną Pa­nią, któ­ra by­ła tak sa­mo nie­mi­ła jak on. By­ła nie­mi­ła przede wszyst­kim dla swo­je­go mę­ża. Strasz­ny Pan nie miał śmia­ło­ści prze­ciw­sta­wić się żo­nie, ale przy my­ciu au­ta mó­wił jej po­dob­no bar­dzo przy­kre rze­czy, tyl­ko że Strasz­na Pa­ni nie mo­gła te­go sły­szeć. Raz wy­chy­li­ła się z okna, gdy wy­jąt­ko­wo dłu­go Strasz­ny Pan zaj­mo­wał się sa­mo­cho­dem, i za­wo­ła­ła: „Lu­cjan! Lu­cja­aaan! Ty za­raz do rdzy te­go gra­ta ob­czy­ścisz! Do do­mu!”. Wte­dy Strasz­ny Pan z wes­tchnie­niem po­wo­li scho­wał wszyst­kie przy­bo­ry do czysz­cze­nia au­ta w au­cie i wró­cił nie­śpiesz­nie do do­mu, na trze­cie pię­tro.

Na­prze­ciw­ko Ze­zi i Gi­le­ra miesz­ka­ła Pa­ni Ar­tyst­ka wraz z cór­ką du­żo star­szą od Ze­zi. Ma­ma bar­dzo na­rze­ka­ła, że gdy Gi­ler miał za­pa­le­nie płuc i pła­kał w no­cy, to wszy­scy są­sie­dzi się skar­ży­li, ale gdy cór­ka Pa­ni Ar­tyst­ki śpie­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi na bal­ko­nie od pół­no­cy do ra­na, to ja­koś nikt jej nie sły­szał. Oprócz Ma­my.

Na par­te­rze miesz­ka­li Pań­stwo Den­ko i ich dwa psy: Prze­stań i Prze­stań Do Cho­le­ry. Pań­stwo Den­ko w każ­dy łi­kend, czy­li od piąt­ku do nie­dzie­li, kłó­ci­li się i tu­pa­li. Za­czy­na­li o szó­stej ra­no i koń­czy­li o dwu­dzie­stej dru­giej zgod­nie z prze­pi­sa­mi o ci­szy noc­nej. Przez ca­ły ten czas krzy­cze­li na sie­bie, a wte­dy ich psy za­czy­na­ły szcze­kać. Pan Den­ko wo­łał więc do jed­ne­go psa: „Prze­stań”, a Pa­ni Den­ko do dru­gie­go: „Prze­stań, do cho­le­ry!”. Po­mi­mo ta­kich awan­tur za­wsze na dru­gi dzień Pań­stwo Den­ko szli zgod­nie pod rę­kę do skle­pu spo­żyw­cze­go wraz z dwo­ma psa­mi. Ro­dzi­ce za­wsze po­wta­rza­li, że to do­brze, że Pań­stwo Den­ko nie ma­ją dzie­ci, ale Ze­zia uwa­ża­ła, że mo­że gdy­by je mie­li, nie mie­li­by cza­su ty­le się kłó­cić, bo mu­sie­li­by się za­jąć swo­imi dzieć­mi, tak jak Ro­dzi­ce Ze­zi zaj­mo­wa­li się nią i Gi­le­rem.

Na­prze­ciw­ko Pań­stwa Den­ko miesz­ka­nie wy­naj­mo­wa­li stu­den­ci. By­li w mia­rę spo­koj­ni. Cza­sem zda­rza­ło się im tro­chę ha­ła­so­wać, ale ge­ne­ral­nie Ma­ma i Ta­ta nie na­rze­ka­li na nich.

Ma­ma Ze­zi za­wsze bar­dzo ubo­le­wa­ła, że nie tra­fi­li z Ta­tą na lep­sze są­siedz­two.

Wła­ści­wie moż­na by by­ło tyl­ko Ze­zi współ­czuć, ale na szczę­ście miesz­ka­ła jesz­cze nad ni­mi Pa­ni Ania zwa­na przez Ze­zię Czar­ną Pa­nią. Czar­na Pa­ni nie mia­ła wła­snych dzie­ci. By­ła pięk­na i za­wsze cho­dzi­ła pięk­nie ubra­na. Ma­ma Ze­zi mó­wi­ła, że mu­sia­ła być jesz­cze pięk­niej­sza, gdy by­ła mło­da. Pa­ni Ania ko­cha­ła Ze­zię i Gi­le­ra, jak­by by­li jej dzieć­mi, ale nie za­po­mi­na­ła o tym, że Ze­zia i Gi­ler ma­ją już swo­ich Ro­dzi­ców. Ni­g­dy się nie na­rzu­ca­ła ze swo­ją po­mo­cą i po­ja­wia­ła się tyl­ko wte­dy, kie­dy Ro­dzi­ce Ze­zi ją o to pro­si­li. Ze­zia bar­dzo lu­bi­ła Pa­nią Anię. Gi­ler też nic prze­ciw­ko niej nie miał.

Na ko­niec po­zo­sta­je tyl­ko wspo­mnieć o Pa­ni Mo­del­ce, któ­ra miesz­ka­ła na­prze­ciw­ko Pa­ni Ani, i o Pa­nu Tramp­ku, któ­ry miesz­kał na­prze­ciw­ko Strasz­nych Pań­stwa. Pan Tram­pek był bar­dzo przy­stoj­nym i wy­spor­to­wa­nym pa­nem, któ­ry co­dzien­nie po pra­cy wsia­dał na ro­wer i jeź­dził pa­rę ład­nych go­dzin. Ma­ma za­wsze sta­wia­ła Pa­na Tramp­ka ja­ko przy­kład, a wte­dy Ta­ta Ze­zi i Gi­le­ra tyl­ko mil­czał. Pan Tram­pek pra­co­wał na si­łow­ni ja­ko tre­ner. Ze­zia pa­mię­ta, jak kie­dyś Ta­ta był bar­dzo zły na Ma­mę, bo za dłu­go je­go zda­niem roz­ma­wia­ła z Pa­nem Ma­riu­szem na ko­ry­ta­rzu. Bo Pan Tram­pek miał na imię Ma­riusz. Gi­ler za­wsze się bar­dzo oży­wiał na wi­dok Pa­na Ma­riu­sza, bo Pan Ma­riusz si­ło­wał się z Gi­le­rem tak na ni­by i Gi­ler wte­dy aż pisz­czał z ra­do­ści. Ta­ta też bar­dzo lu­bił Pa­na Ma­riu­sza, ale to wła­śnie on na­zwał go Pa­nem Tramp­kiem. Bo nikt Pa­na Ma­riu­sza nie wi­dział w in­nym obu­wiu. Ma­ma bro­ni­ła Pa­na Ma­riu­sza, od­po­wia­da­jąc Ta­cie, że z ko­lei je­go nikt ni­g­dy nie wi­dział w spor­to­wych bu­tach, a jak kie­dyś ku­pił ką­pie­lów­ki i go­gle do pły­wa­nia z za­mia­rem cho­dze­nia na ba­sen, to skoń­czy­ło się na tym, że Ma­ma uży­wa­ła tych go­gli do obie­ra­nia ce­bu­li. To zna­czy za­kła­da­ła go­gle, że­by nie pie­kły jej oczy, gdy trze­ba by­ło po­sie­kać ce­bu­lę na obiad.

Zo­sta­ła jesz­cze tyl­ko do opi­sa­nia Pa­ni Mo­del­ka, któ­ra by­ła bar­dzo chu­da i rzad­ko kie­dy się uśmie­cha­ła. Ze­zia by­ła wię­cej niż pew­na, że Pan Tram­pek, czy­li Pan Ma­riusz, jest w niej za­ko­cha­ny, ale Pa­ni Mo­del­ka by­ła za­wsze tak za­ję­ta roz­mo­wą przez ko­mór­kę, że nie mia­ła cza­su ro­zej­rzeć się wo­kół sie­bie, a co do­pie­ro za­uwa­żyć któ­re­go­kol­wiek z są­sia­dów. Cho­ciaż Ma­ma uwa­ża­ła, że za­wsze ja­kimś dziw­nym tra­fem Pa­ni Mo­del­ka wpa­da­ła na Ta­tę Ze­zi i Gi­le­ra. Ma­ma Ze­zi na­zy­wa­ła Pa­nią Mo­del­kę Ty­ką. Ze­zia czu­ła, że Ma­ma nie prze­pa­da­ła za Pa­nią Mo­del­ką, bo Ta­ta był wo­bec niej bar­dzo szar­manc­ki. Kła­niał się ni­sko, a na­wet kie­dyś po­ca­ło­wał ją w rę­kę, skła­da­jąc ży­cze­nia tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Pa­ni Ty­ka też mia­ła ko­ta, ale kot Pa­ni Ty­ki był ja­kiś dziw­ny. Kie­dyś pę­kła ru­ra w ła­zien­ce u Pań­stwa Ze­zi­ków i trze­ba by­ło wy­łą­czyć wo­dę w, i tu pa­da dziw­ne sło­wo, ca­łym pio­nie. Ze­zia mia­ła pójść do wszyst­kich są­sia­dów i prze­pro­sić ich, że przez pa­rę go­dzin nie bę­dzie wo­dy. Gdy za­pu­ka­ła do drzwi Pa­ni Ty­ki, po chwi­li uj­rza­ła ją we wła­snej oso­bie w to­wa­rzy­stwie ko­ta. Kot miał na imię Tur­kus. Ze­zia nie mu­sia­ła py­tać dla­cze­go. Je­go pięk­ne, choć zim­ne nie­bie­skie oczy uważ­nie ob­ser­wo­wa­ły każ­dy ruch Ze­zi. Pa­ni Mo­del­ka wes­tchnę­ła głę­bo­ko, wes­tchnął rów­nież Tur­kus i drzwi za­mknę­ły się Ze­zi przed no­sem. Ta­ta Ze­zi uwa­żał, że Pa­ni Mo­del­ka po­win­na zro­bić ka­rie­rę za gra­ni­cą, ale ku ra­do­ści Ma­my Ze­zi Pa­ni Mo­del­ka za­gra­ła w re­kla­mie her­bat­ki na za­twar­dze­nie. Ze­zia też się ucie­szy­ła, w koń­cu bądź co bądź Pa­ni Mo­del­ka by­ła jej są­siad­ką. Miesz­kać tak bli­sko zna­nej oso­by z te­le­wi­zji – to jed­nak by­ło coś. Jul­ka jed­nak mia­ła jesz­cze le­piej, bo miesz­ka­ła w tym sa­mym do­mu co zna­ny se­ria­lo­wy ak­tor, w któ­rym ko­cha­ły się wszyst­kie dziew­czyn­ki z kla­sy Ze­zi. No, mo­że po­za Ze­zią. W ser­cu Ze­zi by­ło miej­sce tyl­ko dla Wojt­ka Ko­ca, je­śli cho­dzi o te spra­wy.

Obowiązki Zezi

Ze­zia z cza­sem na­uczy­ła się, że mieć obo­wiąz­ki jest bar­dzo przy­jem­nie. Spraw­dzi­ła to kie­dyś, gdy tra­dy­cyj­nie Cio­cia Za­gra­ni­ca przy­sła­ła pacz­kę tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem i Ma­ma po­pro­si­ła Ze­zię, by naj­pierw wy­tar­ła wszyst­kie sztuć­ce i po­ukła­da­ła je w ku­chen­nej szu­flad­ce. Na po­cząt­ku Ze­zia by­ła bar­dzo roz­cza­ro­wa­na, że za­miast roz­wi­jać z ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru cu­dow­ny z pew­no­ścią pre­zent, ma przed so­bą ster­tę ły­żek, ły­że­czek, wi­del­ców, no­ży i dwie cho­chle do zu­py. Ale w mia­rę wy­cie­ra­nia ko­lej­nych ły­że­czek i wkła­da­nia ich do od­po­wied­nich prze­gró­dek Ze­zia wy­my­śli­ła wspa­nia­łą za­ba­wę.

Otóż wy­obra­zi­ła so­bie, że du­że łyż­ki to pięk­ne księż­nicz­ki, wi­del­ce to wspa­nia­li ry­ce­rze, no­że to źli roz­bój­ni­cy, a ma­łe ły­żecz­ki to cór­ki du­żych ły­żek – księż­ni­czek. Za­czę­ła więc z za­mknię­ty­mi ocza­mi wrzu­cać sztuć­ce do prze­gró­dek w szu­fla­dzie. Je­śli wi­de­lec tra­fił do prze­gród­ki z no­ża­mi, to ozna­cza­ło, że ry­cerz wpadł w za­sadz­kę złych roz­bój­ni­ków, je­śli wi­de­lec wy­lą­do­wał w prze­gród­ce z łyż­ka­mi, to Ze­zia wy­my­śli­ła, że ry­cerz wła­śnie zna­lazł się w kom­na­cie księż­nicz­ki. Od ra­zu za­ko­chi­wał się do koń­ca ży­cia i obie­cy­wał jej wier­ność i mi­łość. Gdy du­ża łyż­ka wpa­da­ła do prze­gród­ki z ma­ły­mi ły­żecz­ka­mi (choć to zda­rza­ło się rzad­ko, bo prze­gród­ka dla ły­że­czek by­ła ma­ła i Ze­zia mu­sia­ła tro­chę pod­glą­dać, by wrzu­cić do niej in­ny sztu­ciec niż ma­łą ły­żecz­kę), no więc to ozna­cza­ło, że ma­ma łyż­ka przy­szła ode­brać swo­ją cór­kę ły­żecz­kę ze szko­ły. Tak się to Ze­zi spodo­ba­ło, że kie­dy wy­tar­ła wszyst­kie sztuć­ce, chcia­ła roz­po­cząć ca­łą za­ba­wę od no­wa.

Na szczę­ście przy­po­mnia­ła so­bie o pacz­ce od Cio­ci Za­gra­ni­cy i z wiel­ką ra­do­ścią za­bra­ła się do roz­pa­ko­wa­nia swo­je­go za­wi­niąt­ka z ko­lo­ro­wym na­pi­sem ZU­ZAN­NA. Ze­zia by­ła bar­dzo szczę­śli­wa, bo do­sta­ła pięk­ny ró­żo­wy no­tat­nik na kłód­kę ze zło­tym klu­czy­kiem i już do koń­ca wie­czo­ru mo­gła za­pi­sy­wać w nim swo­je se­kret­ne my­śli, wie­dząc, że nie ma już żad­nych do­mo­wych prac do wy­ko­na­nia.

Oprócz wy­cie­ra­nia sztuć­ców i ukła­da­nia na­czyń do sza­fek Ze­zia umia­ła…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Łikend

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rodzice Zezi i Gilera

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Szkoła

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Życie z Gilerem

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Smutki Zezi

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Marzenia Zezi

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Nocne Łałaki

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Wakacje

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Święta

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej