Zew Pustki - Mateusz Piotrowski - ebook
NOWOŚĆ

Zew Pustki ebook

Mateusz Piotrowski

0,0

Opis

Kiedy wojskowy banita, Crenshaw, otrzymuje rozkaz eskortowania Jacka Prestona do militarnej placówki Corpusu w Minnsouth, nie zdaje sobie sprawy z tego, że prosta z pozoru misja stanowi element zawiłej intrygi. Tak rozpoczyna się wielowątkowa powieść z gatunku fantastyki naukowej utrzymana w nurcie dieselpunk, osadzona w stylistyce lat 20. i 30. XX wieku, gdzie króluje art déco, wodewil, nieme kino, swing i blues.

Uniwersum Zewu Pustki to świat pełen tajemnic i niewyjaśnionych zjawisk: niebezpiecznych hybryd, niezbadanych anomalii, atomusów umiejących bezpośrednio wpływać na otaczający ich świat.

Powieść usatysfakcjonuje Czytelnika szukającego w gatunku science fiction zabawy formą, ciekawych i wielowymiarowych postaci, zagadek, a także wartkiej i dynamicznej akcji przenikniętej duchem futuryzmu, symbolizmu i konwencji noir.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 510

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Tytuł: Zew Pustki

Copyright © Mateusz Piotrowski, Sosnowiec 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Redakcja i korekta: Zeter Zelke, Anna Dzięgielewska

Projekt okładki: Dawid Boldys – Shred Perspectives Works

Ilustracje: Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-24-8

Dla mojej ukochanej Ali, która jest początkiem wszystkich pięknych historii w moim życiu

ROZDZIAŁ 1NIEPRZEWIDZIANE KONSEKWENCJE

Obóz wojskowy Piechoty Północy,

Wertebrajsk, Krańce, ziemie zaanektowane

Choć wielu mogło uważać inaczej, Wertebrajsk był kolejną, zapomnianą przez bogów dziurą gdzieś na końcu świata. Ci odmiennego zdania dopatrywali się w tym miejscu oazy spokoju, azylu dla przytłoczonych doświadczeniami dusz z coraz prężniej rozwijającego się południa. Wszyscy jednak zgadzali się co do tego, że tutaj czas zawsze płynie wolno i ospale. Można się do tego albo przyzwyczaić, albo zwariować. Inne opcje nie istniały.

Stacjonujący w miejscowym obozie żołnierze, którzy akurat nie przygotowywali się do udziału w ćwiczeniach, szukali sposobów na zabicie czasu. Niektórzy grali w karty, inni przy entuzjastycznym dopingu kolegów z jednostki siłowali się na rękę. Ktoś wygrywał na harmonijce starą piosenkę o niespełnionej miłości. Leniwie wschodzące słońce oznajmiało właśnie nadejście kolejnego dnia, tak bliźniaczo podobnego do poprzedniego.

Sielankową atmosferę poranka zaburzyły podniesione głosy dochodzące z wnętrza kwatery oficerskiej. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i jeden z szykujących się do wyjścia mężczyzn stanął w progu, nie przerywając napiętej dyskusji.

– Nie powinno cię to obchodzić, Lenard! To akurat nie ma nic wspólnego z moim zesłaniem! Winters nie zastosował się do polecenia i nie zamierzam odpowiadać za jego niekompetencję!

– Uspokój się, Joseph, i wróć do środka, bo i ja zaraz stracę cierpliwość – odparł rozmówca.

– Chcesz spokoju, to podpisz ten pieprzony atestat przywracający moje prawa i pozwól mi odejść.

– Wejdź do środka – rozkazał dowódca głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Joseph po chwili wahania ostatecznie cofnął się do środka i zamknął za sobą drzwi. Zasiadający przy lepkim od brudu biurku, niewzruszony zachowaniem podwładnego major oparł łokcie na blacie i splótł palce w piramidkę, czekając, aż jego rozmówca trochę ochłonie, po czym kontynuował:

– Wiesz… już dawno doszedłem do wniosku, że kiedy podejmowano decyzję o przysłaniu cię tutaj, tak naprawdę chciano uprzykrzyć życie mnie, a nie tobie.

– Więc po jaką cholerę wciąż mnie tu trzymasz, Lenard?

– Bo nie chcę ci dać tej satysfakcji, że to ty ustalasz reguły.

– Tu nie chodzi o żadne reguły! Po prostu czas mojej kary minął i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę.

– Nie do końca. Miej na uwadze, że choć czas twojej banicji upłynął, pozwolono mi zadecydować, jak długo potrwa twoje szkolenie w tym miejscu. Poza tym zapominasz o najważniejszym. To była twoja decyzja. Zgodziłeś się na to wszystko z własnej woli. – Major oparł się wygodnie o oparcie fotela i prowokująco skrzyżował ręce za głową.

– Szkolenie? O czym ty mówisz, Lenard? Wpakowałeś mnie do kompanii karnej, mimo że nie musiałeś tego robić. Z czego niby miałem się szkolić wśród tych skazanych niedołęg? Jak dać się zajebać przy pierwszej wizycie na froncie?

Na Krańcach szkoliły się trzy plutony karne podporządkowane zasadom obostrzonego regulaminu wewnętrznego. Tak zwane kompanie drugiej szansy – skazańcom dawano możliwość odkupienia win, w tym skrócenia lub anulowania wyroków. Wsadzano tu również dezerterów oraz tych, którzy w najróżniejszy sposób łamali regulaminy wojskowe. Poza zwykłym udziałem w manewrach członkowie tych kompanii objęci byli obowiązkiem dodatkowych intensywnych zajęć z taktyki, kilkudziesięciokilometrowych wymarszów, a także ciężkiej pracy fizycznej w miejscowych manufakturach czy przy budowie dróg.

Sporą część skazańców wysyłano na najgorsze pola bitew w Tamagh Pardes czy Wyraju. Mogli liczyć na powrót do regularnej służby po dziesięciu miesiącach misji. Mało optymistyczna perspektywa wrzucenia w sam środek wojennego piekła gdzieś na drugim krańcu świata wzbudzała w nich poczucie, że na Krańcach szkolą się nie po to, by pokonać wroga, ale po to, by spróbować przeżyć do kolejnego zmierzchu, kiedy już wylądują na niegościnnej ziemi. A potem do kolejnego i jeszcze jednego, jeżeli tylko bogowie okażą się wystarczająco przychylni.

– Obaj wiemy, że minęło dostatecznie dużo czasu. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich – dodał Joseph, kiedy jego pytanie nie doczekało się odpowiedzi.

– Obaj wiemy również, że nie wyciągnąłeś żadnych wniosków z banicji ani służby – zauważył major.

– I nie wyciągnę. Dlatego przestańmy się już szarpać!

– Nie zapominaj, że to mnie pozwolono zdecydować, kiedy będziesz na tyle przystosowany, by wrócić do ojczyzny.

Trzy lata temu Joseph Crenshaw po raz pierwszy zwrócił się do władz Zjednoczonych Księstw Eshal, aby pozwolono mu odbyć, jak to nazwali w wyroku skazującym, „służbę przysposabiającą”. Mógł się o nią ubiegać po pełnych ośmiu latach spędzonych na obczyźnie i miała się stać przepustką do ojczyzny. Dziewięć kolejnych wniosków rozpatrzono negatywnie. Niektóre z prozaicznych powodów, takich jak niepoprawny stempel czy nieczytelny podpis. W ósmym z kolei odmowę uzasadniono niepokojem o to, czy Crenshaw nie stanowi zagrożenia społeczno-moralnego. W oszczędnych słowach wyrażono obawę dotyczącą jego negatywnego wpływu na lokalną społeczność. Utraciwszy wiarę w powodzenie w walce z machiną biurokratyczną Eshal, prawie przez miesiąc nie otwierał listu z odpowiedzią na dziesiąty wniosek. Jakże ogromne było jego zdziwienie, gdy okazał się on listem poborowym do jednostki szkoleniowej w obozie na Krańcach.

– Czy tobie naprawdę chodzi o te gierki? – spytał Joseph. – Myślisz, że nasze ciągłe utarczki dają mi aż taką frajdę?

– Tak – odparł major. – I to wrażenie nie opuszcza mnie od samego początku twojej obecności w moim obozie.

Moim. Wyraźnie zaakcentował to słowo – pomyślał Crenshaw. Tak to jest, gdy daje się zakompleksionemu harcerzykowi za dużo władzy. Na południu nikt by się z nim nie liczył, a tutaj bawi się w pana i władcę. I jeszcze ten portret wiszący za jego plecami. Za kogo on się ma? Żałosny skurwiel.

– I z tego właśnie powodu rozegramy to po mojemu… – kontynuował dowódca.

Więc jak to jest po twojemu? Na kolanach z fiutem w ustach?

Gdyby zwerbalizował tę myśl, czekałby go zapewne sąd wojskowy. Z drugiej strony znał przecież Lenarda jeszcze ze szkoły wojskowej, a ich relacja została zbudowana na autentycznym podziwie, który w przełożonym wzbudzały wybitne umiejętności wojskowe Crenshawa. Paradoksalnie te same cechy wywoływały w dowódcy zawiść. Ta mieszanka nieprzystających do siebie emocji sprawiała, że karał i upokarzał niesubordynowanego podwładnego zupełnie nieadekwatnie do winy, a jednocześnie pozwalał wchodzić sobie na głowę, nigdy nie wyznaczywszy odpowiedniej granicy. Joseph za każdym razem skrupulatnie to wykorzystywał, sprawdzając, jak daleko może się posunąć. Z czasem stało się to dla niego osobliwą formą rozrywki.

– W trakcie naszych ostatnich, nazwijmy to… hmm… – Lenard zawahał się nad doborem słowa – dyskusji, doszedłem do wniosku, że wysiłek wkładany w twoją rehabilitację jest niewspółmierny do efektów i lepiej, żebyś nie wywierał już więcej złego wpływu na ten posterunek. Jakiś czas temu byłem nawet gotów pozwolić ci odejść. Gdybyś potrafił trzymać język za zębami, dawno opuściłbyś Wertebrajsk. Poza tym uwierz, że miałem mnóstwo pomysłów na odegranie się, ale przez wzgląd na to, jakim szacunkiem darzyłem twojego ojca…

– Kto by pomyślał, że jesteś taki sentymentalny. – Crenshaw pokręcił głową z niesmakiem. Dobrze wiedział, że w tym przypadku wcale nie chodzi o ojca.

– Po prostu – kontynuował drażniącym, pouczającym tonem major – wybierz jeden z tych listów z rozkazami, które dzisiaj przyszły, wykonaj zawarte w nim polecenie i już więcej tutaj nie wracaj.

Tego Joseph się nie spodziewał. Był przekonany, że ta konfrontacja zakończy się podobnie jak poprzednie, a jedyne, co uda mu się ugrać, to zszargane nerwy dowódcy. Traktował przecież wkurzanie Lenarda jako swoiste panaceum na nudę w tym miejscu. Gdy jednak na stole pojawiło się pięć kopert, zrozumiał, że naprawdę jest szansa na wyrwanie się z Wertebrajska. Zbliżył się do biurka i przyjrzał uważnie listom. Dwa z pieczęciami Biura Dochodzeń Korpuskularnych – zwanego powszechnie Corpusem – dwa z pieczęciami Piechoty Północy i jeden z jakiegoś mało znaczącego ministerstwa. Wszystkie miały szare emblematy świadczące o najniższym priorytecie.

– Szare pieczęcie? Żartujesz sobie? – Zdegustowany, spojrzał z góry na dowódcę. – Przez prawie dwa lata wystarczająco często zlecałeś mi zadania, które stanowiły potwarz. Zapominasz, kim byłem i co zrobiłem dla tego kraju!

– Gdybyś mógł się nie zgodzić, nie sprawiałoby mi to takiej przyjemności. O niczym nie zapomniałem, a szczególnie o tym, co zrobiłeś dziesięć lat temu i co sprawiło, że wszystkie twoje dokonania zostały pogrzebane. Ile razy mam przypominać, że czasy twojej chwały dawno minęły? Nie jesteś już w paladynach. Z własnej winy zostałeś zdegradowany bez możliwości awansu, to po pierwsze; po drugie, wyższego rangą zadania bym ci nie zlecił, bo szczerze powątpiewam w twoje: rzetelność i motywację. Daję ci zadanie odpowiednie do rangi i obecnego statusu. – Dowódca podparł głowę, czekając na reakcję Josepha.

– Wyznacz kogoś innego. Podpisz adnotację i już więcej mnie tu nie zobaczysz.

– Nie! – warknął major, na jego chudej twarzy malowała się mściwa satysfakcja. – Mógłbym wymienić mnóstwo wad twojego charakteru, ale naiwność nigdy do nich nie należała. Czy naprawdę sądzisz, że po tych wszystkich latach wrócisz do siebie, jakby nic się nie stało? Gdybyś miał w sobie krztę pokory, doceniłbyś, że przez cały czas przymykałem oko na twoje parszywe zachowanie.

– Po co te głupie gierki, Lenard? – Ignorując pytanie, Joseph oparł się rękami na biurku i nachylił do rozmówcy.

Dowódca nawet nie drgnął.

– Bo taki mam, kurwa, kaprys – odparł. – Wybór należy do ciebie. Bierzesz zadanie i znikasz albo siedzisz tu przynajmniej kolejne dwa lata. Oferta mija za dziesięć sekund.

Wpatrywali się w siebie przez krótką chwilę.

– Sześć. Pięć…

Crenshaw bez zastanowienia chwycił kopertę. Pierwszą od lewej, z symbolem Corpusu. Major uśmiechnął się z zadowoleniem, dumny z drobnego zwycięstwa.

– Zapoznaj się z celami zadania, a potem odmelduj u porucznika Doolinga. Jak otrzymasz potwierdzenie wykonania zadania, będziesz mógł je wymienić w Ladisalen na atestat. Jak będziesz…

Nie zdążył dokończyć. Rozległ się głośny trzask drewnianych drzwi. Lenard odetchnął z ulgą.

֍

Idąc przez obóz, Crenshaw zastanawiał się, jakim cudem udało mu się wytrzymać tak długo w tym letargicznym, ciągnącym się za horyzont bezkresie traw i krzewów, spośród których niczym wrzody wyrastały pokryte kurzem i pyłem osady. Do tego wchodzący we wszystkie zakamarki piach i częste ulewy zamieniające obóz w jedno wielkie bagno. Monotonny krajobraz, zmienny klimat, ciągłe wrażenie zaszczucia i wrogie nastawienie tubylców stanowiły tu największe utrapienia codzienności, a szlachetny kolektywizm, zamiast łączyć, dzielił żołnierzy, prowadząc do konfliktów i frustracji. Nie sposób było nie dostrzec rosnącego napięcia, które przetaczało się przez obóz jak postępujący nowotwór. Joseph każdego dnia odliczał minuty do chwili, aż się stąd wydostanie i po latach tułaczki wróci do ojczyzny. Ten czas właśnie nadchodził.

Spojrzał na trzymany w ręku rozkaz.

Mam w dłoni bilet do domu, lecz nie wzbudza to we mnie wyczekiwanej ulgi – przeszło mu przez myśl. Czekałem na to ponad dziesięć pieprzonych lat. Dlaczego więc czuję się jak zwabiona zapachem sera mysz, na którą za moment opadnie pułapka?

Udał się na posiłek. Dzisiaj kuchnia serwowała omlety i mleko z ryżem. Niestety, bez informacji wypisanej kredą na sfatygowanej tablicy nie sposób było rozpoznać któregokolwiek z dań. Wziął tackę z jedzeniem i wybrał jeden z wolnych stolików. Szybkim ruchem rozerwał brzeg koperty.

Cel zadania wydawał się prosty, ale drobiazgowo ujęty. Joseph miał wyruszyć do miasteczka Nowart, odnaleźć tam Jacka Prestona i podstawionym automobilem przywieźć go do tymczasowej placówki Corpusu w Minnsouth. Tyle. Nie podano powodu, dla którego Jack musiał się pojawić w Minnsouth osobiście, natomiast droga do celu została pieczołowicie zaplanowana, opatrzona dokładną instrukcją na temat tego, którymi trasami powinna się poruszać eskorta. Poza tym dokument zawierał standardowy bełkot o tym, jak ojczyzna będzie wdzięczna za podjęcie się misji.

Kiedy skończył czytać, rozejrzał się po stołówce i zauważył porucznika, który podobno rozpętał ostatnią zadymę. Słyszał, że go zdegradowali. Poczuł do niego sympatię. Przeciwnik porucznika siedział w drugim końcu sali z pokiereszowaną twarzą. Crenshaw, próbując przełknąć pozbawiony smaku posiłek, zastanawiał się nad tą sytuacją i po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że gdyby wybór należał do niego, wybrałby degradację zamiast rozwalonego ryja. Spojrzał ponownie na byłego porucznika, a potem na tego drugiego. Żaden nie wyglądał na zadowolonego.

Tak naprawdę świadomość, że jego godziny w obozie są już policzone, zaczęła do Josepha docierać dopiero wtedy, gdy skierował się do magazynu po odbiór sprzętu i prywatnego wyposażenia, które musiał zdeponować zaraz po przybyciu. Czuł narastającą ekscytację i towarzyszącą jej ulgę. Minął grupkę żołnierzy szykującą się do wyruszenia na patrol. Spojrzał z dezaprobatą na czerwonego na twarzy oficera, który wydzierał się na podwładnych, doprowadzony do białej gorączki pytaniem jednego z żółtodziobów. Dowódca krzyczał, że rozkaz to rozkaz i im mniej wiedzą, tym krócej będą przesłuchiwani. W wypowiedź wplótł kilka wymyślnych epitetów zarzucających rekrutowi między innymi pasywne praktyki seksualne znamienne dla kobiet lekkich obyczajów. Słowa zagłuszyła przejeżdżająca kolumna opancerzonych pojazdów, ale z ruchu warg dało się bez problemu odczytać, do którego pokolenia wstecz doszedł oficer w inwektywach. Piechota Północy zawsze dzieliła się na lepszych i gorszych: oficerów i resztę pierdolonej hołoty.

Kwatermistrz z nieukrywaną zazdrością zareagował na wieść, że Crenshaw jest już właściwie jedną nogą poza obozem. Sam tkwił tutaj tak długo, że prawie stracił rachubę. Taszcząc sprzęt z magazynu, mamrotał coś pod nosem. Joseph poznał po niezadowolonej minie, że to jakiś kąśliwy komentarz i posłał mu spojrzenie pełne mściwej satysfakcji. W innych okolicznościach może żywiłby odrobinę współczucia i zrozumienia, ale niecałe dwa lata, które tu spędził, sprawiły, że wyzbył się niepożądanych cech. Zresztą nie on jeden.

Krańce od zawsze wystawiały mieszkańców na próby charakteru. Te niegościnne ziemie jeszcze niedawno należały do Imperium Kratońskiego i stanowiły jego największą jednostkę administracyjną. Pasmo druzgocących klęsk w wojnie z Eshal doprowadziło do tego, że Księstwa zaanektowały te tereny, obfite w najcenniejszy surowiec – ropę naftową. Mimo że Wertebrajsk w jednej chwili przestał być małym przygranicznym obozem i stał się centralnym punktem Krańców, nigdy nie wpłynęło to na poprawę jego trudnej sytuacji.

Biorąc pod uwagę ogrom kontynentu, miasteczko i sąsiadujący z nim obóz jawiły się niczym samotna oaza na bezkresnej pustyni. Kurz po wojnie nie zdążył opaść, co nie przeszkodziło Eshalczykom masowo migrować w te strony w poszukiwaniu zarobku. W miejscach, gdzie znajdowano złoża, naturalną koleją rzeczy wkrótce pojawiała się okazja do wzbogacenia. W kuluarach spekulowano, że niebawem Krańce staną się szóstym księstwem wchodzącym w skład Zjednoczonych Księstw Eshal. Zaczęto drukować już pierwsze mapy, na których terytorium Księstw rozrastało się kosztem wrogiego imperium, mimo że nowy książę elektor nie został jeszcze oficjalnie wybrany i zaprzysiężony.

Obecnie Krańce były pod okupacją, a problem z asymilacją ich mieszkańców rzucał się w oczy w każdym aspekcie życia. Szczególnie uwidaczniało się to wśród kolejarzy, członków służb mundurowych czy administracji, którzy wciąż nosili uniformy typu kratońskiego i ledwie posługiwali się językami urzędowymi Księstw. Nadal nie czuli się częścią Eshal i tylko dzięki dużemu rozproszeniu ich opór nie urastał w siłę. Powstańcze zapędy utrudniała również organizowana na szeroką skalę ekspatriacja lokalnej ludności.

Joseph dostrzegał, że paradoksalnie zabór dawał większe możliwości na lepsze życie niż ciągła harówka od świtu do nocy na nieprzyjaznej ziemi Krańców.

Po wyjściu od kwatermistrza Crenshaw skierował się w stronę platformy, gdzie miał czekać na ostatni odchodzący tego dnia pociąg. Nie zdziwiło go wcale, że nikt nie przyszedł go pożegnać. Dobrze wiedział, że nie będą za nim tęsknić, tak samo jak on nie poczuje najmniejszego żalu, opuszczając Wertebrajsk.

Zaczął sprawdzać, czy niczego nie brakuje w ekwipunku. Z zakurzonego pudełka wyjął wzmocniony rewolwer typu BSR, który dawno temu ochrzcił mianem „Grubasa”. Zawodny, hałaśliwy, do tego cena amunicji proporcjonalna do rozmiarów i odrzutu. Sprawdził, jak leży w dłoni i zakręcił bębenkiem, próbując sobie przypomnieć, kiedy dzierżył go po raz ostatni.

Schował broń i spojrzał na załączoną do rozkazów mapę.

No tak, ten skurwiel musi mnie na koniec przegonić przez pół kraju i raz jeszcze uczynić chłopcem na posyłki – uznał w duchu. W ogóle ten rozkaz zakrawał na farsę. Przecież Jacka mógł zgarnąć ktoś stacjonujący w Nowart. Marnotrawstwo czasu i środków. Centrala najwyraźniej ma to w głębokim poważaniu. No, chyba że ten rozkaz powinien trafić gdzieś dalej, a Lenard doskonale zdawał sobie z tego sprawę, kiedy wyłożył na stół te koperty. Znając go, nie jest to wykluczone.

Tak czy inaczej, czekała go długa i męcząca droga. Ladisalen musiało jeszcze trochę poczekać.

– Oby nie z deszczu pod rynnę. – Westchnął.

Obrócił w palcach złotą monetę, którą na odchodne otrzymał od sztabowego. Symboliczny, pamiątkowy medal. Na awersie umieszczone zostały: głowa niedźwiedzia i nazwa „Wertebrajsk”. Na rewersie wygrawerowano obozową maksymę: „Niszczyć, by przetrwać” i nazwę miejscowości, z której pochodził ukarany żołnierz – w przypadku monety Josepha litery układały się w wyraz „Ladisalen”. Na samym dole awersu liczba sześćset osiemdziesiąt dwa oznaczała dni spędzone w obozie. Prawie dwa lata. Przez ten czas przewinęły się przez obóz tysiące żołnierzy. Większość zapewne już gryzie piach gdzieś na dalekich koloniach należących do Eshal.

Z zamyślenia wyrwał go krzyk oficera:

– Z drogi, żołnierzu! Życie ci niemiłe?!

Crenshaw uskoczył, a dowódca posłał mu spojrzenie pełne politowania. Za nim, w równych odstępach, ciągnęli jeźdźcy. Konie tupały głośno, w jednym rytmie poruszając głowami, przy wtórze muzyki uderzających o strzemiona karabinów, pobrzękujących ostróg i zawieszonych na szyjach masek przeciwgazowych. Mimo widocznego zmęczenia manewrami żołnierze wciąż wspaniale prezentowali się w jasnoniebieskich, dopasowanych kurtkach i czarnych bryczesach z podwójnymi lampasami. Joseph pomyślał, że choć tak wytrwale ćwiczyli, nawet najgorszy poligon nie mógł przygotować ich na to, co szykował Wyraj. Żyli więc w mylnym przeświadczeniu, że nawet tam, pośród obłoków trującego gazu spowijających gęstą, mroczną dżunglę, wróg ulegnie przed ich bohaterską szarżą. Głupcy.

Kiedy głośny gwizd dał sygnał do odjazdu, Crenshaw wskoczył na platformę wagonu, po czym zerknął przez ramię. Nie pojawił się nikt, kto chciałby życzyć mu powodzenia.

֍

Przejście graniczne w Stadler, dystrykt Północne Ogrody, Księstwo Dásain, Zjednoczone Księstwa Eshal

Podając celnikowi paszport i dokumenty umożliwiające wjazd do ojczyzny, nieświadomie wstrzymał oddech. Przed przekroczeniem granicy dokładnie przejrzał papiery i uznał, że wszystko znajduje się na swoim miejscu: paszport, upoważnienia, rozkazy, zaświadczenia, poświadczenia, wszelkie zaświadczenia poświadczeń i poświadczenia zaświadczeń – czyli dokładnie to, czym tak lubi karmić się wiecznie głodna biurokratyczna bestia Księstw. Mimo to nie opuszczało go niepokojące wrażenie, że zaraz ta misja okaże się tylko kiepskim żartem Lenarda, a on, Crenshaw, nie dość, że nie przekroczy granicy, to na dodatek zostanie przymusowo zatrzymany i surowo ukarany za złamanie postanowień wyroku.

Przenikliwy wzrok celnika raz za razem wędrował między przybyszem a dokumentami; uważnie porównywał twarz ze zdjęciem w paszporcie. Joseph, gładko ogolony i krótko przystrzyżony według nowych wojskowych wymogów, ledwie przypominał siebie sprzed paru lat, kiedy nosił zadbaną brodę, a jego głowę zdobiły zaczesane na bok i pokryte pomadą gęste, kasztanowe włosy.

– Muszę jeszcze zadać kilka standardowych pytań – odezwał się celnik w taki sposób, że Crenshaw od razu zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z kolejnym służbistą, których odkąd pamiętał, zawsze było w administracji Eshal pod dostatkiem. Sprawy z pewnością nie ułatwiała pieczęć z napisem „banita” pokrywająca praktycznie każdy prezentowany przez Crenshawa dokument. – Proszę odpowiadać zgodnie z prawdą i w pełni z posiadaną przez pana wiedzą. Za złożenie fałszywego zeznania grozi odpowiedzialność karna, w tym kara pozbawienia wolności od dwóch do dziesięciu lat.

Joseph pomyślał, że w tej kwestii również niewiele się, niestety, zmieniło. Konieczność przestrzegania regulaminów, zasad i wymogów aparatu sprawiedliwości powodowała, że przed uzyskaniem jakiejkolwiek decyzji należało zazwyczaj zdobyć i przekazać setki dokumentów, po czym każda decyzja musiała zostać sprawdzona, a później sprawdzona powtórnie.

– Dobrze więc. Pierwsze pytanie. Powód przyjazdu?

– Powrót do rodzinnego kraju… A w zasadzie na polecenie Corpusu. Biura Dochodzeń Korpuskularnych znaczy się…

– Powrót do rodzinnego kraju na życzenie czy na rozkaz?

– Rozkaz. – Wręczył celnikowi kolejny dokument.

Ten zaczął czytać go wnikliwie, mierzwiąc dłonią długą kozią bródkę. Na jego twarzy pojawiła się konsternacja. Odwrócił się na pięcie i podszedł do kolegi, który akurat udzielał reprymendy opornemu staruszkowi, a następnie szturchnął go w ramię. Rozmawiali chwilę, razem analizując treść dokumentu, po czym ten pierwszy wrócił do Crenshawa.

– Jest pan świadomy, że ten dokument zezwala na jedynie trzytygodniowy pobyt w Księstwach? I w ramach tej przepustki nie zostanie pan objęty dekretem Herodów?

– Zdaję sobie z tego sprawę.

– Zostanie to odnotowane w dokumentach paszportowych i taka informacja dotrze do odpowiednich urzędów. No dobrze. Czy w przeciągu ostatnich trzech tygodni wszedł pan w kontakt z osobą chorą, której objawy wskazywałyby na uwiąd Parysa, czarny lub czerwony mór, cholerę, czarną ospę, gorączkę barosańską lub jakąkolwiek chorobę o silnie zaraźliwym charakterze?

– Nie.

– Posiada pan broń lub przedmiot, którego głównym przeznaczeniem są działania zaczepne i który można uznać za broń, ale nie wchodzi w skład wyposażenia wojskowego, na które ma pan odpowiednie uprawnienia?

– Nie.

– Czy w przeciągu ostatnich trzech tygodni był pan w kontakcie dłuższym niż dziesięciominutowy z obywatelem jakiegokolwiek kraju, z którym Zjednoczone Księstwa Eshal znajdują się w otwartym konflikcie militarnym, politycznym lub ekonomicznym?

Kolejny absurdalny przepis. Administracja zakładała, że wystarczy niecały kwadrans z wyszkolonym agentem obcego wywiadu, aby zostać zmanipulowanym i przeciągniętym na stronę wrogiego mocarstwa.

– Nie. Chyba że zaliczymy do tej kategorii kukłę na poligonie ubraną w mundur virgilski.

– Widzę, że żarty się pana trzymają. To ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że na podstawie moich obiekcji może pan nie zostać wpuszczony do kraju. Kolejne pytanie. Czy w przeciągu ostatnich trzech tygodni miał pan kontakt z osobą dysponującą wrażliwością atomową na poziomie czwartym lub wyższym albo nieoznaczoną, której umiejętności wpływania na cząstki elementarne mogłyby wskazywać na poziom czwarty lub wyższy?

– Nie.

– Czy w przeciągu ostatnich trzech tygodni miał pan kontakt z człowiekiem lub zwierzęciem wystawionym na działanie anomalii albo będącym ofiarą hybrydowania?

– Nie.

Jedno za drugim padały kolejne pytania z listy, która zdawała się bezkresna. Celnik jeszcze parokrotnie zwracał się o pomoc do kolegi, odprawa przeciągała się w nieskończoność, a Joseph zaczął wierzyć, że jego obawy zaraz się urzeczywistnią. Tak się jednak nie stało. Kiedy celnik uczynił swoją powinność, przybił kilka stempli i oddał Josephowi plik dokumentów.

– To już wszystko, panie Crenshaw. Witamy w Zjednoczonych Księstwach Eshal.

Dla dawnego wygnańca słowa te zabrzmiały niemal kuriozalnie; niczym zaklęcie otwierające wrota do skarbca pełnego niezwykłych, zapomnianych klejnotów. Gdy wybrzmiały, w głowie Josepha zakłębiło się wiele myśli, a serce niespodziewanie wypełniły gorycz i żal.

Na co liczysz? Minęło dziesięć lat. Nikt ani nic nie zwróci tego czasu i nie zrekompensuje utraty tego, co kiedyś miało dla ciebie znaczenie. Przestań się łudzić. Świat na ciebie nie zaczekał.

Choć wracał do domu, do tego, co powinno stanowić dla niego cichą przystań i schronienie, narastało w nim poczucie, że po wszystkim, co się wydarzyło, nie wraca jako długo wyczekiwany gość, ale jako niechciany intruz. Myśl ta była jak kamyczek w bucie, który z każdym krokiem coraz mocniej daje się we znaki.

֍

Klub dżentelmeński Kryterium, Nowart, dystrykt czarnobrzeski, Księstwo Dásain, Zjednoczone Księstwa Eshal

Kryterium było najbardziej prestiżowym klubem dżentelmeńskim w Nowart. Zrzeszał miłośników krykieta i golfa, a poza letnim sezonem również współczesnej literatury meandrycznej. To drugie zdawało się bardziej przykrywką dla hazardu i alkoholowych ekscesów niż rzeczywistą kwestią zainteresowań odwiedzających klub dżentelmenów. Tak czy owak, w bibliotece rzeczywiście zdarzało się znaleźć kilka cennych tomików poezji.

Według tego, co Crenshaw zdołał ustalić, cel poszukiwań mógł przebywać właśnie w tym miejscu. Kamerdyner nie wyglądał na zachwyconego niezapowiedzianą wizytą. Bardzo uważnie przyglądał się emblematom piechoty i zasypał przybysza gradem pytań o powody przyjazdu. W końcu mimo początkowego oporu poinformował, że pan Jack Preston jest tutejszym szefem kuchni i w tym momencie można go zastać albo przy pracy, albo odpoczywającego w pokoju bilardowym.

Klub nie wydawał się tak eminentny jak te w Ladisalen czy Decheret, ale na północy uchodził za najbardziej renomowany, a sposobność dołączenia do grona klubowiczów stawała się największą ambicją tutejszej elity. Pod względem okazałości i bogactwa pałacowych wnętrz nie miał sobie równych w tej części Eshal. Kilka sal jadalnych, sala teatralna, orkiestra, cieplarnie pełne najpiękniejszych storczyków, ogromne stajnie i, co nie pozostawało bez znaczenia, żaden inny klub nie mógł się pochwalić tak rozległymi polami golfowymi.

Elitarne lokale przeżywały właśnie drugą młodość, jeszcze bardziej umacniając rozwarstwienie społeczeństwa Zjednoczonych Księstw Eshal, a także stając się ulubionymi miejscami spotkań kół rządowo-dyplomatycznych. Joseph, kiedyś stały bywalec takich miejsc, teraz wolał od nich stronić. Doskonale jednak rozumiał, dlaczego członkowie elit chcieli spędzać czas w tym przepychu. Tutaj nawet schowek na szczotki był większy od mieszkania, w którym dorastał.

Szkoda tylko, że bogactwo materialne tych ludzi idzie w parze z ich umysłowym ubóstwem – pomyślał. Kiedyś wszystko wyglądało inaczej. Chociaż… Nie. Wszystko było takie samo jak przed wygnaniem. To mnie zmieniły lata tułaczki z dala od ojczyzny.

Szedł krok w krok za prowadzącym go po labiryncie pomieszczeń kamerdynerem. Minęli palarnię bogato wyposażoną bibliotekę, a następnie łaźnie termiczne i pokój bilardowy, w którym biesiadowało całkiem sporo osób. Kątem oka dostrzegł wśród gości wysokich rangą oficerów spędzających popołudnie na pogawędce i grze w brydża. Od niepamiętnych czasów z entuzjazmem zapraszano wojskowych na wszelkiego rodzaju cywilne imprezy. Ich obecność dodawała splendoru nie tylko balom i bankietom, ale także podtrzymującym rytm życia towarzyskiego popularnym popołudniowym herbatkom. Ci wytworni i szarmanccy wobec kobiet, świetni i wytrwali tancerze byli tutaj zawsze mile widziani.

Nic się nie zmieniło, od kiedy Crenshaw piastował wysoką pozycję w armii. Widok opowiadającego jakąś historię oficera, z gracją żonglującego filiżanką, spodeczkiem i łyżeczką, przywołał miłe wspomnienia rautów w Ladisalen, podczas których do białego rana pląsał kotyliony, walce i one-stepy, by o świcie, niewyspany i skacowany, wyruszyć na manewry. Dowódcy przymykali oko na widoczne zmęczenie żołnierzy, bo przecież sami książęta elektorzy wydawali zalecenia, aby oficerowie dokładali starań o jak najlepsze stosunki z cywilami.

Idąc za kamerdynerem, trafił w końcu do kuchni położonej tuż przy pokojach służby. W przestronnym pomieszczeniu zastał przy pracy kilku kucharzy, ale tylko jeden z nich idealnie pasował do rysopisu i był bez wątpienia tym, kogo poszukiwały władze Corpusu. Szczupły, niewysoki, o rozczochranych włosach w odcieniu szampańskiego blondu. W nieco za dużym kucharskim uniformie, który wyraźnie nie współgrał z jego wątłą sylwetką, trochę przypominał znanego aktora filmowego, Williama Barretta. Crenshaw przedstawił się, po czym spytał:

– Jack Preston? – Zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie.

– We własnej osobie! Witaj! – zawołał z uśmiechem, nie odrywając wzroku od deseru, który właśnie starannie przyozdabiał bitą śmietaną. – Mów mi Ardor. Wszyscy mnie tutaj tak nazywają. W czym mogę ci pomóc?

W pomieszczeniu unosił się aromatyczny zapach przypraw. Crenshaw dostrzegł na ramieniu kucharza niebieską opaskę z symbolem ciemnozielonego płomienia. Ten widok mocno go zaskoczył. Od razu powiódł wzrokiem w kierunku szyi mężczyzny. Znak widniejący pod prawym uchem potwierdził przypuszczenia.

– Oczywiście nie wspomnieli, że jesteś atomusem – mruknął Joseph z niezadowoleniem.

– To dość duże niedoinformowanie, nie sądzisz? – Ardor zadał pytanie, nadając słowom śpiewny, miękki, przeciągający głoski akcent.

Crenshaw typował, że to gwara braveńska albo kartaska.

– Dla mnie bez znaczenia.

Crenshaw czuł jednak, że to robiło ogromną różnicę. W każdym razie nie chodziło już o przypadkowego kucharzynę, lecz o kogoś obdarzonego umiejętnością kontroli cząstek elementarnych, a to wiązało się z większym lub mniejszym, ale zawsze z ryzykiem. Wyciągnął list z kieszeni kamizelki i rzucił na stół. Kucharz wytarł szybko ręce o fartuch i zaczął czytać dokument. Patrząc na tego chuderlawego człowieka, który w zamyśleniu z głupkowatą miną drapał się po głowie, Joseph zastanawiał się, czemu Biuro zadaje sobie tyle trudu, żeby sprowadzić do siebie Prestona.

Nikt w Minnsouth nie wie, jak przyrządzić zupę z karasków? – przeszło mu przez myśl.

– Wiesz, czego mogą ode mnie chcieć? – Jack złożył niedbale list i wsunął go do tylnej kieszeni spodni. – Do tej pory na kontrole wzywali mnie osobiście i nigdy nie potrzebowali do tego eskorty.

– Nie wiem, jakiego bałaganu narobiłeś, ale mam cię tam po prostu doprowadzić. Tyle wiem i reszta mnie nie obchodzi. Nie rób mi problemów i zacznij się zbierać.

– Skoro tak. – Preston nie wydawał się wybitnie przejęty zaistniałą sytuacją. – W zasadzie to nawet chętnie się z tobą wybiorę, bo nie ruszałem się z tych stron od dłuższego czasu. Ale pozwól, że dokończę przygotowywanie posiłku. Zaraz potem możemy ruszać.

Odwrócił się w stronę piecyka i wlał coś do stojącego na nim garnka. Następnie zamoczył palec i w jednej sekundzie zawartość naczynia się zagotowała. Crenshaw oparł się o blat i skrzyżowawszy ręce na piersi, beznamiętnie przyglądał się poczynaniom kucharza. Ardor nabrał łyżką odrobinę do spróbowania i, zadowolony ze smaku, zajął się dokańczaniem kolejnej potrawy. Nabił kawałek mięsa na metalowy szpikulec, przyłożył drugą dłoń do płomienia i pstryknął palcami. Jego ręka błyskawicznie zajęła się ogniem, który zaczął opiekać mięso. Wkrótce w pomieszczeniu uniósł się zapach idealnie przypieczonej dziczyzny.

– Wybacz, że nie zapytałem wcześniej. Zanim wyruszymy, może masz ochotę na coś do jedzenia? – zagadnął, dostrzegłszy, że Crenshaw podjada mięsne koreczki przeznaczone na przystawki dla gości.

– Nie jestem głodny – odparł Joseph z ustami pełnymi jedzenia, po czym wytarł wargi w rękaw.

– Dobrze, w takim razie to jest dla pana Jenkinsa. – Jack wręczył pieczeń młodej służącej, która pojawiła się w progu kuchni. – Aha, i przekaż, proszę, panu Mardinowi, że zamówienie na ten tydzień ma być dokładnie takie samo jak ostatnio – poinstruował jednego z pomocników, zarzucając ścierkę na ramię. – A my – kiwnął do Crenshawa – chodźmy jeszcze na chwilę do mojego mieszkania.

Wszyscy, których mijali, kłaniali się kuchmistrzowi z szacunkiem; niektórzy zagadywali, a gdy Jack informował o rychłej absencji, na ich twarzach rysowało się niezadowolenie. Podobno słynne już stały się jego występy, podczas których przygotowywał jedzenie przy użyciu atomusowych zdolności, bawiąc gości i wzbudzając szczery zachwyt, zarówno za sprawą swoich umiejętności, jak i smaku potraw. Widać było, że jest lubiany i świetnie odnajduje się w niezobowiązujących pogawędkach. Drażniło to Crenshawa, lecz nie wiedział dlaczego.

Gdy weszli do mieszkania, Joseph, nie czekając na zaproszenie, rozsiadł się na wygodnej kanapie, przeciągnął leniwie i rozejrzał po bardzo wysokim – co charakterystyczne dla budownictwa w Nowart – mieszkaniu, urządzonym ze smakiem, ale dość surowo. Uderzył go brak pamiątek, ozdób czy przedmiotów, które mówiłyby coś więcej o przeszłości lub upodobaniach właściciela. Mieszkanie przypominało raczej drogi hotelowy apartament niż domowe zacisze. Szybko jednak pozwolił ulecieć tej myśli.

– Nie sądziłem, że kucharza stać na takie lokum – stwierdził.

– Gotuję dla przyjemności, o pieniądze martwić się nie muszę. Nie zabrzmi to elegancko, ale bogato się ożeniłem, a teraz spijam korzyści. Hmm… Pomyślmy więc, co by tu zabrać… W ogóle jak daleko wybywamy?

– Według mapy to spory kawałek za Ziemią Niczyją, nad Zatoką Wertana. Wojaż trochę zajmie. Do Hatren powinniśmy dotrzeć w miarę szybko, ale reszta drogi już taka przyjemna nie będzie. Przygotuj się na dłuższą podróż. Bez przykrych niespodzianek znajdziemy się na miejscu w przeciągu czterech, pięciu dni.

– Mości kurwości… Zatoka Wertana to przecież kawał drogi. Że też im się chce mnie tam ściągać. Nic a nic więcej ci nie powiedzieli, skoro fatygują nas na drugi koniec kraju? Przecież tam zaczynają się chyba Marchie Dereńskie. Tam raki zimują i pieprz rośnie.

– Przekazali – skłamał Joseph – ale to akurat nie jest dla ciebie istotne. Rozkaz to rozkaz.

– No tak, służba nie drużba – rzekł Ardor i uśmiechnął się szeroko. – Słyszałem, że tamte strony są równie dzikie, co piękne. Nawet się cieszę, że otrzymam szansę zobaczyć zatokę! No i nie zapominajmy o Hatren, kolebce jazzu i wodewilu! Znajdziemy czas, aby pozwiedzać? Zawsze chciałem zobaczyć to miasto.

– Pozwiedzać? Kpisz sobie ze mnie? To nie wycieczka krajoznawcza. To poważna sytuacja, skoro Corpus angażuje członka armii do eskorty. Ty też tak ją potraktuj. Chcę szybko załatwić sprawę i wracać do siebie.

– Nie no, wiesz… Chodziło mi, czy będziemy przejeżdżać przez miasto i tak dalej – zreflektował się Preston.

– Tak… – Joseph spojrzał na mapę. – Planujemy nocleg w Hatren, ale nic sobie nie obiecuj – przykazał sucho.

Ardor kręcił się między pokojami, niekiedy wkładając coś do walizki lub z niej wyjmując. Po chwili zniknął w garderobie. Czekając, Crenshaw wertował leżący na stoliku trzeci tom Rycerza Dumasa z popularnej swego czasu serii wydawniczej. Zupełnie nie rozumiał fenomenu tego cyklu. Ot, infantylna, pełna oklepanych motywów historia o mścicielu w masce oraz o przyjaciołach stających się wrogami i wrogach, którzy stają się sprzymierzeńcami.

Joseph odłożył książkę, wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Podszedł do okna i rzucił okiem na ulicę. Z zewnątrz dochodził gwar tętniącego życiem miasta. Objął spojrzeniem rząd kamienic oblepionych kolorowymi szyldami, wewnątrz których od bladego świtu do późnych godzin nocnych wrzała praca. Spod sprawnych dłoni rzemieślników wychodziły krawaty, portmonetki, torebki i inne – cała masa kiepskiej galanterii, która zalewała rynek. Po deptakach przetaczał się tłum, a ulicą przejeżdżały sznury walczących o pierwszeństwo ładownych wozów popędzanych donośnym dzwonieniem zatarasowanych tramwajów. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zauważyć pełen przekrój społeczeństwa Nowart, gdzie do siedzib wielkich firm o milionowych obrotach tuliły się nędzne sklepiki, a na chodnikach, w bramach i podwórzach narzucali się ubodzy handlarze uliczni.

W końcu Ardor wynurzył się z garderoby.

– Jak czegoś zabraknie, to uzupełnimy zapasy po drodze – odezwał się Crenshaw. – Zbierajmy się, bo potrzebujemy jeszcze załatwić parę kanistrów paliwa. Nie lubię jeździć po zmroku.

– A może napiłbyś się ze mną whisky przed wyruszeniem? – zaproponował gospodarz, a na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech.

– Sam nie wiem… – Crenshaw się zawahał.

– Ależ, Josephie, urażasz moje poczucie gościnności! Jeden kieliszek nie zaszkodzi. Na pewno aż tak nam się nie spieszy!

Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się, by napełnić bursztynowym trunkiem stojące na barku eleganckie naczynia w kształcie tulipana i wręczył jedno gościowi. Joseph zatrząsł naczyniem, przyłożył do nosa, napawając się aromatem, po czym umoczył usta. Atomus znał się na rzeczy: odrobina cytryny i wody dodane do alkoholu idealnie wzbogacały jego smak, a stary rocznik już sam w sobie był wyśmienity. Crenshaw dawno nie pił czegoś tak dobrego. W obozie, pijąc kupowane u lokalnych mieszkańców samogony, tęsknił za tego typu szlachetnymi trunkami. Opróżnił kieliszek jednym haustem. Whisky smakowała wybornie.

– Taka sobie – stwierdził, odkładając szkło.

֍

Gdzieś pomiędzy Nowart a Hatren, Marchie Cezerskie, Księstwo Kelania, Zjednoczone Księstwa Eshal

Niegościnne stepy Krańców stawały się już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, do którego nigdy nie będzie chciał wracać myślami. Choć od domu wciąż dzieliły go setki kilometrów, świadomość, że znajduje się w ojczyźnie, działała pokrzepiająco. Oderwany od wojskowej rutyny, mógł w końcu odetchnąć i zastanowić się nad najbliższą przyszłością. Myśl o powrocie do Ladisalen z jednej strony rodziła w nim ekscytację, z drugiej jednak wzbudzała obawy. Zapewne sporo zdążyło się zmienić podczas jego nieobecności. Jak zareaguje ojciec? O ciepłym przyjęciu matki mógł co najwyżej pomarzyć, w końcu przestała uważać go za syna, kiedy okrył hańbą rodzinę. I co z Raylą? Czy została w Ladisalen po jego wygnaniu? Czy ułożyła sobie życie od nowa? Odpowiedzi na te pytania musiały jeszcze trochę poczekać.

Tymczasem przemierzał w towarzystwie Ardora gęsto usłane jeziorami tereny Marchii Cezerskiej i praktycznie nie zdejmując nogi z gazu, wyciskał całą moc z automobilu. Zmienność krajobrazu nie pozwalała na nudę. Droga wiodła pomiędzy ogromnymi plantacjami trzciny cukrowej, ryżu i kukurydzy, by później poprowadzić prosto przez środek bujnego lasu sosnowego, tuż obok niezbadanych bagien i mokradeł. Atomus przez większość podróży leżał na tylnej kanapie; nie dostał tam co prawda zbyt dużo miejsca, ale udało mu się znaleźć wygodną pozycję do delektowania się przejażdżką.

Mówi się, że każda pora roku ma swój zapach. Lato to zapach siana i nie sposób temu zaprzeczyć. Ardor z ciekawością przyglądał się trwającym sianokosom. Zaawansowane pojazdy i mechy rolnicze kroczyły między ludźmi, którzy rozrzucali za nimi ściętą trawę, aby szybciej wyschła. Z rur na grzbietach wielkich maszyn wystrzeliwały gęste obłoki ciemnego dymu. Z daleka te pokryte grubą warstwą smarów i olejów konstrukty wyglądały jak fantazyjne stworzenia z dalekowschodnich mitologii.

– Właśnie mi się przypomniało – przerwał ciszę Preston – że jak byłem mały i nie chciałem zjeść obiadu, babcia straszyła mnie Pożeraczem z cezerskich mokradeł. Dla dzieciaka wybór pomiędzy zjedzeniem zupy a skończeniem w paszczy potwora wydawał się oczywisty. – Zaśmiał się. – A czym straszono dzieciaki w Ladisalen?

Joseph nie odpowiedział. Ardor, stwierdziwszy, że próba rozpoczęcia niezobowiązującej rozmowy spełzła na niczym, podniósł się i nachylił w stronę kierowcy.

– Wiesz, póki nie dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi, musisz uznawać mnie za niewinnego, więc nie traktuj mnie jak złoczyńcy. Nie jestem przecież aresztowany. Ba! Nie jestem nawet o nic podejrzany! Nic nie stoi przecież na przeszkodzie, by pogadać. Czyś może takim gburem od urodzenia?

Crenshaw rzucił chłodne spojrzenie w lusterko wsteczne.

– Słuchaj, niańczenie ciebie nie jest częścią mojego zadania – stwierdził na odczepne.

– Rozumiem, że nie zgłosiłeś się do niego na ochotnika?

– To także nie twoja sprawa. – Joseph niemal warknął.

– No dobra, już dobra, ale… nie uważasz, że podchodzisz do tego za poważnie?

– A nie zastanawiałeś się nad tym, że to ty podchodzisz do pewnych spraw zbyt niefrasobliwie?

– Jeżeli nie chcesz gadać, chociaż włącz radio. Nie potrafię się skupić, jak słyszę turkotanie tych mechów.

Crenshaw niechętnie przekręcił gałkę pokaźnego radia i zaczął je dostrajać za pomocą wariometru. Po dłuższej chwili udało się złapać program drugi eshalskiego radia. Trafili na fragment prelekcji o stylach rzeźb za czasów arcyksięcia Viltona, następnie rozpoczęła się audycja na temat wykorzystywania irydologii w ocenie stanu zdrowia kupowanego bydła.

Ardor wyraził na głos zniesmaczenie tym, że w trosce o nieskazitelność etyczną słuchacze zostali skazani wyłącznie na treści do bólu szlachetne, podnoszące na duchu i kształcące. Za puszczenie w eter dowcipu politycznego, erotycznego lub wyszydzającego mniejszości groziły poważne reperkusje. Uznał, że Radio Eshal potrzebuje choćby minimalnej dawki humoru.

Audycja szybko dobiegła końca i rozpoczęło się popołudniowe wydanie wiadomości. Prowadzący z przejęciem opowiadał o kolejnych sukcesach eshalskiej dyplomacji. Z dumą zachwalał, że każde przybrzeżne miasto posiada znakomite fortyfikacje, a do sześciu eskadr wspaniałych krążowników i pancerników kontrolujących akweny mórz właśnie dołączyła kolejna. Ponadto spiker poinformował o sukcesach eshalskich szermierzy na mistrzostwach świata, a także o projektantach, których arcydzieła zdominowały światową rewię mody w stolicy sąsiadującego z Eshal Barros. Końcówkę praktycznie każdego serwisu poświęcano działaniom marszałka Leithaussera i jego osiągnięciom w kampanii wyrajskiej. Od paru tygodni najważniejszymi tematami były szansa na rozejm z Virgilczykami i rozpoczęcie rozmów pokojowych dotyczących nowo odkrytych ziem za oceanem.

– Dobra, nie chcę już tego słuchać. Tak zachwalają marszałka, że zaraz i ja się w nim zadurzę. Ani słowem nie wspomnieli o rozgrywkach hurlingu! Pewnie dlatego, że od paru sezonów Braveńczycy kopią dupska Eshalczykom na każdej większej imprezie. Wiesz, że kumplowałem się z Paulem Morriartym?

Crenshaw odwrócił się gwałtownie do leżącego za nim atomusa.

– Tym Paulem Morriartym?! Nie żartuj! Ależ gość ma uderzenie! – zawołał. – Pamiętam, jak w obozie słuchałem sprawozdania z zeszłorocznych finałów. Wyglądało to tak, jakby w pojedynkę pokonał reprezentację gospodarzy.

– W gazetach pisali o „zwycięskiej symfonii człowieka orkiestry” – dodał Jack. – Gość ma trzydzieści parę lat na karku, a dalej gryzie i szarpie jak młody wilk! Powinienem cię w takim razie z nim kiedyś poznać. Kto by pomyślał, że znajdzie się w Eshal miłośnik jego talentu. – Zaśmiał się. – A pamiętasz półfinały z Kratonią w dwudziestym szóstym?

Burzliwie dyskutując o ulubionym sporcie, nawet nie zauważyli, kiedy nastał wieczór. Crenshaw nie zastosował się do zaleceń podanych w rozkazie. Opracował własną trasę i w ten sposób pierwszego dnia podróży zmierzch zaskoczył ich z dala od jakiejkolwiek miejscowości, co spowodowało wymuszony nocleg w automobilu. Joseph utrzymywał jednak, że taki właśnie był plan. Nazbierał trochę chrustu i gałęzi, a Ardor rozpalił ognisko. Siedząc na masce pojazdu, wpatrywali się w płomienie i pałaszowali konserwy.

– No dobra, moja kolej. Ruth Wentlandt czy Norma Strenburg? – spytał Jack, co rusz przemieszczając papierosa między palcami.

– Nawet nie wiem, kiedy dałem się wciągnąć w te twoje gierki – mruknął Joseph. – Ale niech ci już będzie. Tylko doprecyzuj: Norma w Kryształowym labiryncie czy w Pani Richards?

– Oczywiście, że w Pani Richards. Wyglądała tam osza-ła-mia-ją-co! Byłem na tym filmie trzy razy tylko dla sceny w pociągu! Ha! No jasne, że kojarzysz! Nawet takiego zimnego drania jak ty nie stać na obojętność na jej obezwładniający czar. Chociaż prawdę mówiąc, zakochałem się w niej na zabój dopiero po premierze Miłości i miłostek. Ten uwodzicielski głos. Mmm… Mogłaby mnie rozebrać, tylko mówiąc z tą zmysłową chrypką! No i te nogi jak stąd do nieba! Powinno się im postawić pomnik!

– Chrypką? Zawsze sobie wyobrażałem, że jej głos brzmi raczej wysoko i piskliwie. Nie miałem okazji jej usłyszeć, bo tylko raz byłem w kinie na filmie dźwiękowym i źle to wspominam. Zupełnie nie umiałem się do tego przyzwyczaić. Wkurzało mnie ciągłe trzeszczenie aparatu, a głosy dudniły, jakby dochodziły z beczek.

– Widzisz, Josephie, wychodzi na to, że z ciebie konserwatysta nawet w tak nowoczesnej dziedzinie kultury jak kino. Od początku czułem, że jesteś jednym z tych facetów młodych ciałem, ale starych duchem, którzy kurczowo trzymają się tradycji. – Jack rzucił niedopałek papierosa w ognisko.

– Czasem lepsze jest wrogiem dobrego – odrzekł Crenshaw. – Wracając do pytania, zostaję przy Ruth. Zawsze wolałem blondynki.

– Teraz wiem już o tobie wszystko! To, w jakich kobietach gustuje mężczyzna, mówi o nim więcej niż cokolwiek innego!

– Więc co takiego mówi o mnie mój gust?

– Że jesteś przemądrzałym, zadufanym w sobie, nieliczącym się ze zdaniem innych, trochę przemocowym i cholerycznym, żyjącym przeszłością łapserdakiem, który jednak zachował na dnie zimnego serca małą rezerwę pozytywnych uczuć.

– Wielkie mi odkrycie – zakpił Joseph. Po raz pierwszy od opuszczenia Nowart jego twarz się rozpogodziła. – Wystarczy, że spędzisz ze mną pół godziny, żeby się o tym przekonać. A jeżeli chodzi o rezerwy pozytywnych uczuć, wyczerpałem je na to, żeby ci nie przyłożyć, kiedy fałszowałeś, nucąc Dylematy. Krew prawie pociekła mi z uszu.

– Przesadzasz. No może raz czy dwa nie trafiłem w odpowiednią tonację, ale poza tym wyszło całkiem znośnie!

– Tak. Znośnie. Dla kogoś bez gustu… i słuchu.

– Lepiej mi powiedz, jakie niesamowite atrakcje przygotowałeś nam na jutro? – spytał atomus.

– Prześpimy się parę godzin i w drogę. Chciałbym, żebyśmy jutro przed zmierzchem dotarli do Hatren; tam zrobimy sobie dłuższy postój. Może siądziesz na trochę za kierownicą? To nam pozwoli uniknąć dłuższych przerw.

– Niestety w tym przypadku nie pomogę. Podczas twojej nieobecności niewiele się zmieniło, jeżeli chodzi o stosunek do atomorfitów. W dalszym ciągu nie mogą prowadzić pojazdów, otrzymać wyższego wykształcenia czy choćby posiadać akcji w spółkach.

– Szmaragdowy dalej jest wrzodem na dupie?

– Taa… – przytaknął Preston niechętnie.

Zbiór ustaw Szmaragdowego Płomienia nazywany potocznie szmaragdowym ładem był ostatnią dyrektywą wydaną przez ustępującego arcyksięcia. Liczący prawie tysiąc czterysta artykułów kodeks regulował niemal wszystkie kwestie związane z wpływaniem na cząstki elementarne i ich kontrolowaniem. Wprowadzał mnóstwo nowych praw, regulacji, ograniczeń, a także szereg kar za ich nieprzestrzeganie. Egzekwowaniem zapisów zajmowało się między innymi Biuro Dochodzeń Korpuskularnych. Jednym z głównych celów tej instytucji było zapobieganie wpływom anomalii i ograniczenie pola ich oddziaływania. Biuro prowadziło kampanię dezinformacyjną, żeby utrzymać opinię publiczną w przekonaniu o nieistnieniu zjawiska. Nierzadko z pomocą sił specjalnych Corpus neutralizował zagrożenia ze strony atomusów, anomalii czy powstałych – często w wyniku działania tych ostatnich – niebezpiecznych hybryd.

Większe swobody otrzymały natomiast armia, agencje wywiadowcze i gwardie miejskie. W rękach sprawujących rządy książąt elektorów zbiór ustaw stał się potężną bronią wymierzoną w obdarzonych umiejętnością kontroli cząstek elementarnych. Przemyślany zabieg mający na celu poprawę nastrojów po długoletniej, wyniszczającej wojnie. Atomusi doskonale nadawali się do tego, by przekierować na nich kipiącą w ludziach frustrację, obezwładniający strach i narastające poczucie defetyzmu.

– W Braven było lepiej? – spytał Joseph.

– Pod kątem traktowania atomorfitów może i tak, ale pod wieloma innymi zdecydowanie gorzej… Braven to ojczyzna cwaniaków, hochsztaplerów i naciągaczy, gdzie bogaci się bogacą, a biedni popadają w coraz większą nędzę. Potrzeba lat i zmiany pokoleniowej, żeby braveńskie elity wyzbyły się hermetyczności i strachu przed otwarciem się na nowe możliwości. I przynajmniej dwóch kolejnych pokoleń, by pospólstwo wyszło z ciemnoty. Wyobraź sobie, że niedaleko miejsca, w którym mieszkałem, urodził się chłopiec bez oczu i uszu. Chłopi, przekonani, że to zwiastun nieszczęść, zażądali wydania dziecka, a kiedy zrozpaczona matka odmówiła, porwali je, by po konsultacji ze znachorem spalić na stosie w pobliskim lesie. Zacofane bydlęta.

– Wiele się mówi o przesądności i bogobojności Braveńczyków – zauważył Crenshaw – ale w każdym miejscu na świecie spotkasz ludzi gotowych posunąć się do najbardziej bluźnierczych praktyk. Nie mówię tutaj o Virgilczykach. Na Krańcach takie incydenty nie były rzadkością… – Urwał. Nie miał ochoty ciągnąć tematu. – No dobra, jakoś sobie poradzę z prowadzeniem. Zobaczymy, na ile pozwolą warunki i jak dopasujemy przerwy. Marchie Dereńskie wciąż są mocno w tyle do reszty Eshal.

– Ciekawy eufemizm na określenie miejsca, gdzie wrony zawracają, a psy szczekają dupami – uznał Jack. – A tak przy okazji, skąd wiesz, że nie spróbuję uciec lub nie zabiję cię, gdy będziesz spał?

– Spróbuj – odpowiedział spokojnie Crenshaw.

– Nie boisz się?

– Nie. Po pierwsze, zawsze mogę powiedzieć, że kiedy cię znalazłem, już nie żyłeś. – Wskazał najpierw na swój rewolwer, a potem na gruby sznur, którym planował skrępować atomusa na czas noclegu. – A po drugie, niełatwo mnie zabić.

– Spokojnie. Żartowałem przecież. Stoję po tej samej stronie… – Ardor westchnął. – Nie masz w ogóle poczucia humoru. Ale może to cię rozweseli.

Pstryknął palcami, po czym wyprostował dłonie i w tym samym momencie płomień w ognisku zaczął się poruszać zgodnie z życzeniem Jacka. Najpierw tylko drgał delikatnie, ale po chwili falował już w nienaturalny sposób, by w końcu przybrać kształt figlarnie tańczącej kobiety.

– Podoba ci się? Nazywam ją Enea.

– Tego was uczą podczas tych wszystkich lat trenowania wpływania na cząstki? – spytał Joseph z pogardą w głosie.

Nie chciał się zdradzić z tym, że zaskoczyła go łatwość, z jaką Preston manipuluje ogniem, oraz to, że wpływanie na atomy nie odcisnęło na nim żadnego widocznego piętna. Prawdę mówiąc, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miał do czynienia z tak dobrze wyszkolonym atomusem. Wiedział, że od tej pory powinien zachowywać jeszcze większą ostrożność.

– A czy w armii uczą was bycia takimi gburami? – odparł Jack przedrzeźniającym tonem.

– Bycie gburem jest przydatniejszą umiejętnością.

Ardor nie odpowiedział i zacisnął dłonie. Tancerka zniknęła.

– Nie zaimponujesz mi w ten sposób – dodał Crenshaw.

– Czymże więc można zaimponować wielkiemu panu ekspaladynowi? – W głosie Jacka pobrzmiewała uraza.

– Na przykład milczeniem – uciął Joseph.

Oparł się o szybę, zaplótł ręce za głową i zamknął oczy, wsłuchując się w dźwięk trzaskających w ogniu gałązek. Już niedługo wróci do Ladisalen. Pogra w rzutki, napije się lokalnego piwa i w końcu porządnie wyśpi. Na tę myśl kącik ust uniósł się w mimowolnym uśmiechu. Trzeba tylko odstawić Ardora. Kiedy tak dumał, po raz kolejny zaświtała w jego głowie wątpliwość dotycząca zasadności tej eskorty. Co tak ważnego jest w tym Minnsouth i po jaką cholerę do zawiezienia tam podrzędnego kucharza przydzielają wojskowego?

Chyba lepiej nie zadręczać sobie tym głowy – uznał w duchu. Niedługo wszystko się wyjaśni. Odrobina cierpliwości, Crenshaw. Wytrzymaj.

Westchnął głęboko.

Noc pachniała gorącym latem, a świerszcze w trawie cykały wesoło.

֍

Rynek miejski, Hatren, dystrykt magradzki, Marchie Cezerskie, Księstwo Kelania, Zjednoczone Księstwa Eshal

Hatren przywodziło skojarzenia z placem boju. To właśnie w tym mieście ścierały się kultury z całego świata w niekończącej się kanonadzie dialektów, w ciągłych wybuchach klaksonów i nieustającej strzelaninie trzewików uderzających o płyty szerokich chodników. Salwy okrzyków co rusz przecinały powietrze, po czym rozmywały się w gorączkowym, wielobarwnym tyglu gwar i argot.

Miasto umiłowali sobie w szczególności ludzie poszukujący twórczego natchnienia. Hatren z szeroko otwartymi ramionami witało ekspresjonistów, futurystów i kubistów, malarzy, prozaików i poetów, rzeźbiarzy i architektów, reżyserów i instrumentalistów – wszystkich, których przyciągał ten osobliwy artystyczny poligon doświadczalny, z którego mogli czerpać pełnymi garściami albo na nim polec. Gwałtowny rozwój miasta na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat wzbogacił je o kanalizację, telefony, lampy elektryczne, a nawet kolejkę miejską, co zachęciło do osiadania w Hatren, gdzie na piedestale niezmiennie stały sława, pieniądze i skandale.

Często żartowano, że Hatren jest najdalej wysuniętą na zachód prowincją Ryden. Nie dało się zaprzeczyć, że miasto przenikał duch swobody, który napływał do Księstw zza oceanu, wywierając coraz silniejszy wpływ na wszystkie aspekty życia.

– Mówiłem ci, że nie chcę nawet o tym słyszeć! – odburknął poirytowany Crenshaw.

– Piętnaście minut. Obiecuję! Tylko się przywitam, zamienię parę słów i wychodzimy. Jego pracownia jest po drugiej stronie rynku. Nigdy bym sobie nie wybaczył, że byłem w tym samym miejscu co on i nawet się nie przedstawiłem. No, nie daj się prosić…

– Chcesz tracić mój czas i narażać się Corpusowi tylko po to, żeby odwiedzić jakiegoś podrzędnego malarza?

– Podrzędnego? Joseph! To Hugo Tomassi! Ikona! Geniusz! Facet łączy surrealizm z symbolizmem i ekspresjonizmem w taki sposób, że patrząc na jego dzieła, twoje oczy dostają orgazmu! Taki talent rodzi się raz na epokę. To Paul Morriarty malarstwa! To… Błagam cię, muszę go poznać osobiście!

– Dziesięć minut. I ani minuty dłużej. – Crenshaw spojrzał z niezadowoleniem na zegar ratusza.

Pracownia Hugona Tomassiego znajdowała się na poddaszu wysokiej kamienicy ulokowanej w samym sercu miasta przy placu Proroków. Już w połowie wspinaczki Joseph zaczął żałować, że przystał na propozycję odwiedzenia sławnego artysty. W przeciwieństwie do Prestona nie rozumiał malarstwa, a już kompletnie nie potrafił pojąć zachwytów nad zyskującym popularność surrealizmem, w którym Hugo Tomassi podobno brylował i narzucał trendy.

Z góry dochodził coraz głośniejszy gwar. Same damskie głosy. Na szczycie klatki schodowej, tuż przed drzwiami pracowni, zgromadziła się pokaźna liczba kobiet w najróżniejszym wieku. Niektóre, wyraźnie znudzone i zrezygnowane, paliły papierosy wetknięte w długie lufki. Pozostałe, przekrzykując się, żywo nad czymś dywagowały. Widok ten zgoła potwierdził krążące plotki o tym, że chęć bycia uwiecznioną na płótnie przez Tomassiego przyciągała kobiety z całego miasta niczym potężny magnes. Niektóre z admiratorek potrafiły koczować przed jego drzwiami od samego rana, licząc na to, że zostaną namaszczone na nowe muzy ekscentrycznego artysty. Crenshaw poczuł lekkie ukłucie zazdrości.

Co one widzą w kimś takim jak Tomassi?

Kiedy próbowali utorować sobie drogę do pracowni, jedna z kobiet, zamiast ustąpić miejsca, z przestrogą pokiwała palcem.

– Hola, hola! Panowie! Mistrz jeszcze nie jest gotowy! Wciąż czeka na natchnienie i kategorycznie żądał, aby mu nie przeszkadzano. Wejście tam teraz byłoby istnym świętokradztwem!

– No właśnie, co to za niezapowiedziana wizyta? – wtrąciła się inna. – No troszeczkę szacunku dla geniusza i minimum kultury na pewno nie zaszkodzi, prawda?!

– Dokładnie tak! – zawtórowały jej towarzyszki.

Crenshaw w odpowiedzi jedynie cicho parsknął i nic nie robiąc sobie z ostrzeżenia, naparł na drzwi i wkroczył do środka, a Jack błyskawicznie wślizgnął się za nim. Tymczasem kobiety, zerwawszy się z miejsc niczym wygłodniałe hieny, stanęły tuż przy wejściu do pracowni, pragnąc choć na moment ujrzeć idola.

Obiekt ich pożądania stał na środku pokoju w otoczeniu przynajmniej tuzina różniej wielkości płócien. Na większości z nich trwał już proces twórczy. Prezentowały się przed artystą niczym wyprostowani na baczność żołnierze czekający na rozkazy, gotowi na skinienie udać się choćby i do piekła. Wiele innych, ukończonych już obrazów stało opartych o przeciwległą ścianę w oczekiwaniu, aż malarz zechce podzielić się nimi z resztą świata. Wedle słów Jacka Tomassi miał fanaberie; na przykład w jego odczuciu obraz potrzebował odtajać, zanim ujrzy światło dzienne. Traktował prace jak wypieki, które muszą poleżeć, nim osiągną pełnię smaku.

W pracowni panował zaduch i unosił się smród zwietrzałego alkoholu zmieszany z zapachem farby i wonią gorzkiego dymu opiumowego. Całość tworzyła trudny do zniesienia fetor.

Tomassi nie był sam. Tuż przy oknie, na dębowej beczce siedział mężczyzna. Ubrany w staromodny frak, nie odrywał wzroku od stronic trzymanej w rękach książki. Na szerokim parapecie niczym olbrzymi kocur leżał kolejny jegomość; wygrzewał się w promieniach słońca. Chociaż to stwierdzenie trochę na wyrost, gdyż przez brudne, pokryte plamami i smugami okna nawet w południe słońce ledwie się przebijało. Mężczyzna był słusznej postury, a olbrzymie gęste wąsy przysłaniały prawie całe jego lico. Pogrążony w półśnie, również nie zareagował na nagłe najście.

Joseph wrócił wzrokiem do artysty. Tomassi był tak przeraźliwie chudy, że mógłby z powodzeniem służyć za rekwizyt dydaktyczny do nauki anatomii. Odziany jedynie w cienki aksamitny szlafrok, nie przerywał porannego rytuału, który łączył w sobie rozciąganie z jakąś formą modlitewnej medytacji. Tomassi mruczał pod nosem z zamkniętymi oczami i przerwał dopiero po dłuższej chwili. Malujący się na jego twarzy spokój uleciał.

– No i chuj, kurwa! Wybiliście mnie z rytmu. Jak to szło? – Zacisnął palce na nasadzie nosa, próbując sobie coś przypomnieć. – Jebaństwo! – zawołał po paru sekundach. – Nie przypomnę sobie. Dobra. Pierdolę. Greeegoooryyy! – zwrócił się śpiewnie w stronę ucinającego sobie drzemkę towarzysza, rozkładając ramiona w teatralnym geście.

Mężczyzna ocknął się, uniósł się lekko na przedramionach i spojrzał tępym wzrokiem na półnagiego malarza, a następnie na dwóch niezapowiedzianych gości. Jack wyłonił się zza Josepha, postąpił naprzód, ale zaraz zastygł w miejscu, onieśmielony widokiem swojego idola.

– Co znowu? – spytał Gregory i głośno wypuścił powietrze z ust, jakby wiedział, co zaraz nastąpi.

– Jakie, kurwa, „znowu”? To chyba twoi koledzy. – Tomassi wskazał ręką przybyszów. – Znowu, kurwa, nie zamknąłeś za sobą tych jebanych drzwi! Pracownia to rzecz święta, a ty mi tu ściągasz jakieś zawszone przybłędy! Mówiłem ci, że jak się dobrze nie nastawię z rana, to potem pędzel zamiast sztuki rodzi srakę! Czy twój ptasi móżdżek w końcu pojmie, że przygotowanie do tworzenia arcydzieła jest równie ważne, jak sam proces twórczy? Ech… Czego ja, kurwa, oczekuję? Co taki prostak może o tym wiedzieć? A najgorsze w tym wszystkim jest to, że chuj ze mną, ale ludzkość nigdy ci nie podaruje, jeżeli udaremnisz mi próbę stworzenia opus magnum!

– Pojęcia nie mam, co to za typki. Dajże mi spać…

– Tylko byś spał, jadł i srał.

– I pił, i dupcył… – uzupełnił Gregory z uśmiechem i ponownie przyjął wygodną pozycję, zamykając oczy.

Artysta odwrócił się gwałtownie do pogrążonego w lekturze mężczyzny i skierował na niego czubek pędzla.

– A ciebie, Hira, nie pytam, więc ani słowa…

Towarzysz numer dwa nawet nie drgnął. Trudno było stwierdzić, czy lektura jest aż tak pasjonująca, czy też postanowił nie reagować na zaczepki malarza.

– Nie mam dzisiaj siły na twoje sarkastyczne żarciki – dodał Tomassi i spojrzał w stronę nieproszonych gości. – Czego, kurwa?

– To kretyn – szepnął Crenshaw, nachylając się do atomusa. – Zbierajmy się stąd.

– Zaraz – rzucił Ardor, po czym ruszył w kierunku mistrza z wyciągniętą dłonią. – Panie Tomassi, nie chcę się panu naprzykrzać, ale…

– Za kogo ty się uważasz, myśląc, że możesz tak po prostu wejść sobie do pracowni jak do publicznej toalety? Niech zgadnę: wleciałeś tu niczym natrętny komar, aby brzęczeć mi nad uchem o tym, jak to znalazłeś ukrytą głębię i nieoczywisty przekaz moich dzieł? – Popatrzył wrogo na wystawioną dłoń. Nie odwzajemnił powitania.

Jack cofnął rękę w niezręcznym geście.

– Nic z tych rzeczy, panie Tomassi. My tylko…

– Jasne, jasne. Stara śpiewka – przerwał Tomassi lekceważąco. – Wpadł tu ostatnio taki jeden jak ty. Dziennikarzyna z „Kuriera Hatreńskiego” czy innego szmatławca. Nie wydawał się nadętym bucem, więc myślę, a co mi tam, niech zostanie. Zwłaszcza że przyniósł ze sobą parę butelek piwa i przekąski. Zobaczmy, co ma do powiedzenia. A on od słowa do słowa zaczął mi prawić morały. „Panie Tomassi, dlaczego tyle pan pije i pali to świństwo?”, „To w końcu pana zniszczy, podobnie jak rozwiązłość! Nie jest pan już młodzieniaszkiem”. I wiesz, co mu powiedziałem? Tak, psiakrew, to mnie niszczy! Tak jak niszczyła mnie praca od świtu do nocy za piętnaście koron tygodniowo. Jak niszczyły mnie długi, głód i brak ogrzewania w mieszkaniu, w którym tylko wódka i grube kołdry chroniły od zamarznięcia we śnie. – Malarz złapał oddech, przełknął głośno ślinę, po czym kontynuował żale: – Jak taki zbolały kutas miał czelność mnie oceniać? Gdzie, kurwa, był, gdy wyjebali mnie z fabryki, bo poprosiłem o dwie korony podwyżki? Gdzie był, gdy pracowałem w rzeźni, myłem upierdolone gary, szorowałem wagony towarowe, posypywałem wiórkami ciastka w fabryce przez dwanaście godzin dziennie?

– Nie nakręcaj się. Oni są ode mnie, Hugo. Ja ich tu zaprosiłem – odezwał się pogrążony w lekturze mężczyzna, a Joseph i Jack spojrzeli po sobie ze zdziwieniem. Jego głos brzmiał nienaturalnie, okazał się pozbawiony akcentu. Przywodził na myśl mówiącą maszynę, którą Hira z pewnością nie był. Spojrzał znad książki, puścił oko, uśmiechając się szelmowsko, po czym ponownie zagłębił się w lekturze. Nawet z daleka dało się dostrzec, że jego lewa tęczówka jest wyraźnie jaśniejsza od prawej, ale w jakiś pokręcony sposób dodawało mu to uroku.

Zapadła krępująca cisza. Nie trwała długo, gdyż zaraz przerwała ją niespodziewana, nad wyraz entuzjastyczna reakcja Tomassiego.

– No to trzeba było tak, kurwa, od razu! To wszystko zmienia! Było mówić, że on was tu zaprosił. Nie strzępiłbym niepotrzebnie ryja. Ale spokojnie, nie ma tego złego. Zacznijmy od początku – zaproponował, po czym zaklaskał i podszedł do Ardora.

Objął Jacka ramieniem i obrócił w kierunku towarzyszy. Atomus, zmieszany zarówno zachowaniem mistrza, jak i jego prześwitującą golizną, przywodził na myśl mimowolnego świadka dziwnego przedstawienia. Joseph wycofał się pod ścianę, rozbawiony niezręczną sytuacją, w której znalazł się Jack.

– Siebie przedstawiać nie muszę, natomiast ta leniwa fujara, co tam leży do góry dupskiem, to Gregory Kenneth. Pseudopodróżnik i niby-odkrywca. W rzeczywistości mąciwoda i chwalidup jebany.

Mężczyzna odpoczywający na parapecie uniósł niedbale ramię w powitalnym geście; jego oczy pozostały zamknięte.

– A tego kurduplowatego dandysa, Hirę, jak się okazuje, dobrze znacie. Na czas pobytu w Hatren pełni nieoficjalną funkcję mojego błazna.

Na te słowa czytający spojrzał znad książki. Zdumiewająco delikatne, wręcz kobiece rysy oraz całkowicie pozbawiona zmarszczek i niedoskonałości cera sugerowały młody wiek i silnie kontrastowały z bijącą z oczu mężczyzny dojrzałością znamienną dla matuzalemów.

– Aż mnie korci spytać, gdzie się poznaliście. Od Hiry trudno coś wyciągnąć.

Różnooki się uśmiechnął.

– Stare dzieje, Hugo – rzekł. – Poza tym raczej nie chciałbyś wiedzieć.

Hira skłamał po raz drugi. Joseph widział go po raz pierwszy w życiu, ale z miejsca poczuł do niego sympatię za to, że pomógł im tym niewinnym kłamstwem zmienić nastawienie artysty.

– Typowy Hira i jego tajemnice! – podsumował malarz. – Tak czy inaczej, przyjaciele Hiry są moimi przyjaciółmi.

Wyciągnął dłoń do atomusa, którą ten niepewnie uścisnął, rzucając pytające spojrzenie w stronę Crenshawa. Żołnierz tylko wzruszył ramionami.

– Nazywam się Jack Preston, jak się pewnie domyślacie, jestem atomusem – zwrócił się Ardor do gospodarza i jego towarzyszy, wskazując na swoją opaskę. – A to mój kompan, Joseph Crenshaw. – Kiwnął głową na opartego o ścianę i dłubiącego za paznokciami wojskowego. – Na co dzień wybitnej klasy paladyn, ale w obecnej chwili, podobnie jak ja, zwykły włóczęga.

Kenneth i Tomassi wyraźnie się ożywili. Reputacja paladynów onieśmielała nawet najdufniejszych pyszałków. Hira pozostał niewzruszony.

– Ale spokojnie, to wizyta towarzyska, jesteśmy w Hatren tylko przejazdem – dodał Preston.

– Cóż za wyśmienity duet! – stwierdził spięty Gregory. – Paladyn i atomus. Kto by pomyślał? Duet prawie tak dobrany jak ja z moją pierwszą żoną. – Uśmiechnął się sztucznie i niezgrabnie zszedł z parapetu. Sięgnął po szklankę zimnej już herbaty. Albo ciepłej whisky. Nie było to takie oczywiste.

– Coś czułem właśnie, że ten poranek jest zbyt spokojny – odezwał się malarz. – Czułem w kościach, że coś się dzisiaj odjebie. Ale że znajomi Hiry, atomus i paladyn, popsują mi poranną medytację, na to bym nigdy nie wpadł! Nie ukrywam, że mi się podoba ten układ. Ta harmonia. Ten balans. Tacy jak ja tworzą, tacy jak on niszczą. A świat potrzebuje obu, by trwać w harmonii. Wszystko się miesza i przenika, co pozwala tworzyć, niszcząc i niszczyć, tworząc. To właśnie równowaga jest spoiwem wszechrzeczy. Skrajności rozpierdalają ten pojebany świat. Tych wszystkich krawędziowców, ekoświrów, eterofobów czy innych megalomanów-narodowców powinno się topić we wrzątku – podsumował gniewnie.

Joseph podszedł do malunków pod ścianą. Chciał zrozumieć, o co chodzi z tym całym geniuszem Tomassiego. Każdy obraz, choć wykonany w innym stylu i inną techniką, łączył wspólny mianownik. Było nim oblicze młodej, na oko dwudziestoparoletniej kobiety. Dopadło go wrażenie, że skądś kojarzy jej twarz, ale za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy ją widział. Najbardziej przypadł mu do gustu obraz, na którym kobieta jako bogini oceanów zsyła miażdżącą falę na dwóch potężnych tytanów próbujących stawić jej czoła. Dynamika starcia aż biła z płótna.

– Ale skrajności bywają też najbardziej kuszące – dodał mimochodem Hira.

– Nie lubię truizmów, ale zgodzę się ze stwierdzeniem, że prawda zawsze leży pośrodku – rzekł Ardor, po czym zwrócił się do malarza: – Jeszcze raz najmocniej przepraszamy, że zaburzyliśmy pana rutynę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jako ogromny miłośnik pańskiej twórczości nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym, witając w Hatren, nie spróbował złożyć panu wizyty. Tak jak powiedziałem…

– Nie ma już o czym mówić. Niewykluczone, że przesadziłem z reakcją, ale uwierzcie mi, że nie ma dnia, żeby ktoś tu się nie przypałętał, niesiony ambicją poznania wielkiego artysty. A ja każdego ranka po przebudzeniu zadaję sobie te same pytania. Czy cieszą mnie spektakularne sukcesy? Nie. Czy zamiast tego odnajduję szczęście w małych rzeczach i przyjemnych momentach? Również nie. A wiesz dlaczego?

– Nie bardzo…

– Bo za każdym razem ktoś mi się, kurwa, naprzykrza, przekonany, że potrafi więcej powiedzieć o moich obrazach niż ja sam! A wiesz, co ja bym chciał, żeby zrobił z tą swoją opinią?

– Domyślam się…

– Właśnie tak. Chciałbym, aby zapisał ją sobie małym druczkiem na małej karteczce, zwinął ją w rulonik, posmarował tłuszczem i wetknął sobie w dupę po samą dwunastnicę. Krytycy to jebana zaraza… Ale cała reszta wcale nie jest lepsza. Nie znoszę malarzy, redaktorów ani nikogo, kto chce rozmawiać o sztuce. Wiesz, ile zarobiłem na obrazach przez dwadzieścia lat malowania? Szesnaście jebanych koron. Rozumiesz to? Teraz mnie obsypują złotem, chwalą, klepią po plecach z uznaniem, ale gdzie byli ci samozwańczy koneserzy sztuki, kiedy mieszkałem w Mindston w obitej papą budzie pod mostem? Próbowałem malować po dwunastogodzinnej zmianie w fabryce i wniebogłosy przeklinałem bogów, krzyczałem, że wiem już o nich wszystko, że ich jedynym zajęciem jest dręczenie nas, poddawanie próbom… Te lata posuchy nauczyły mnie jednak czegoś cholernie ważnego: że zdanie motłochu zawsze trzeba traktować jako coś równie niebezpiecznego, jak rzeka pełna gówna i rzygowin…

– Nie znam się na sztuce, ale doskonale wiem, w jaki sposób dyskutuje się o niej na salonach. – Jackowi wreszcie udało się dojść do słowa. – Jeżeli malujesz coś, co umyka zbiorowej hipnozie i nie zalicza się do gładkiej, stonowanej ekspresji, uważają, że nie robisz tego właściwie. Ludzie chcą słyszeć to, co zawsze słyszeli, i patrzeć na to, co już dobrze znają. Zapominają, że co stulecie potrzeba kilku osób, aby wyrwać sztukę z banalności, tandety i martwoty.

– Właśnie tak! Zaczynam lubić tego gościa! – Mistrz emocjonował się coraz bardziej. – Dajmy sobie swobodę i prawo do obłędu, histerii! Te dupki tego nie potrafią. Są jak potężny karabin na trójnogu. Co z tego, że wygląda groźnie i jest kalibru, z jakiego można by poodstrzelać łby samym bogom, skoro strzela ślepakami? Ten świat jest zbyt chaotyczny i popierdolony, by zamykać go w wąskie ramy jedynej słusznej perspektywy. W tym momencie, kiedy toczą się dysputy o najwspanialszych ideach i wartościach, muchy rozbijają się o szyby automobilu, mięso zleżałej padliny powoli odchodzi od kości, kierownik zakładu rzuca się z dachu w swoim ulubionym garniturze, żona ćwiartuje męża i rozsyła jego członki do niczego nieświadomych kochanek, bezdomny dotyka dłonią anomalii i musi odgryźć sobie palce, aby ujść z życiem, chory starzec plami krwią i kałem świeżo wykrochmalone prześcieradło w szpitalu, trafiony pociskiem młokos pęka niczym przepełniony pęcherz lub zgniatany owoc, dziecko bezsilnie prosi o jedzenie nieprzytomną od nadmiaru koki matkę… À propos… komuś herbaty?

– Pozwólcie, panowie, że się tym zajmę! – Ardor wyczuł szansę na zaimponowanie towarzystwu.

Podszedł do piecyka i nim zdążyli mrugnąć, woda w imbryku już się gotowała. Zaczął międlić w rękach liście herbaty. Na sam koniec nalał napar do kubków, po czym podał je mężczyznom.

– Na Jasność, ale to jest pyszne! – zawołał Gregory, delektując się napojem i głośno przy tym siorbiąc. – Czapki z głów, panie Preston!

– Odpowiednia temperatura i ułożenie liści, by latem stworzyć wrażenie rześkiego chłodu, a zimą przytulności. Oto cała tajemnica!

– Nie sądziłem, że z tych liści można wyciągnąć tyle smaku! – skomentował Tomassi. – Majstersztyk! No, ale co to ja mówiłem? A tak, że wojna im na rękę, a Księstwa są bezpieczne i zaczynają ropieć, gnić i chorować. Obierasz jajko i skorupa odchodzi razem z białkiem. Nic nie smakuje jak kiedyś. Wszystko spowszedniało i jest mdłe.

– Dlatego tak wiele podróżuję – wtrącił Kenneth. – Nie chcę, żeby to eshalskie bagno mnie wciągnęło. Księstwa to miejsce, w którym dobrze się bywa, ale kiepsko żyje.

– Ja ostatnie lata spędziłem w Braven i z przykrością muszę stwierdzić, że tam wcale nie było lepiej – wyznał Ardor. – Wkoło tylko gasnący zapał i znużenie. Próbujemy zadowolić wszystkich i nikogo jednocześnie. To prosta droga do upadku.

– Możemy narzekać, ale to jedyny świat, jaki nam pozostał – włączył się Hira. Tym razem jego głos brzmiał, jakby odczytywał wcześniej przygotowaną wypowiedź. – Czy tego chcemy, czy nie, musimy zaakceptować jego prostotę i niedoskonałości. Jesteśmy pozostałością po jakimś wybuchu, szkieletami ubranymi w mięso i sterowanymi przez niewidzialnego ducha. Jesteśmy przypadkowym zderzeniem atomów, które nie miało prawa zaistnieć, więc dlaczego powinniśmy się czymkolwiek przejmować?

– Co prawda, to prawda! – przyznał Gregory. – Mój staruszek zawsze tak podchodził do życia. Trzeba oddychać pełną piersią. Nawet z dziewięćdziesiątką na karku codziennie pił drogą whisky, wypalał paczkę papierosów, a do tego jadł dużo i tłusto, nie żałował sobie też na damy do towarzystwa.

– I co się z nim stało?

– Musieliśmy go w końcu zabić, bo generował za duże koszty! – Kenneth wybuchnął rubasznym śmiechem, zadowolony z żartu.

Crenshaw, niezainteresowany udziałem w dyskusji, w dalszym ciągu z zaciekawieniem przyglądał się obrazom i uwiecznionej na nich postaci młodej kobiety. Na niektórych malunkach była chuda i koścista, na innych wręcz przeciwnie – wyjątkowo otyła. Ponadto jej ciało nie zawsze przybierało ludzką formę. Na jednym płótnie przerażała jako dzika harpia, by z innego obrazu, pokryta łuskami lub sierścią, łypać złowrogo. Swoją twórczością Tomassi łamał tabu. Szokujące bezeceństwa, groteskowa makabryczność czy profanacja świętości chwytały odbiorcę w szpony chorych fantasmagorii.

– O co chodzi z tą kobietą? – spytał w końcu, przerywając żywo toczącą się dyskusję.

Pierwszy zareagował Hira. Odłożył książkę i oparł ręce na swoich kolorowych, pasiastych spodniach.

– Naszym gościom należy się wyjaśnienie, prawda? O nie, nie, Hugo. – Pogroził palcem malarzowi, widząc jego rosnący zapał. – Pozwól, że tym razem my ich oświecimy. Otóż nasz przemiły Hugo w swoim uwielbieniu do młodszej kuzynki admirała Stocktona, Abelle Winslow, postanowił zorganizować wystawę, której motywem przewodnim będzie przedstawienie nietuzinkowego, skomplikowanego charakteru Abelle i uchwycenie niemal namacalnej półboskości, która stanowi podstawę jej jestestwa. Hugo po raz pierwszy podzieli się ze światem sztuką niezrodzoną z obsesji, a ze szczerego uwielbienia i namiętności. Najbliższy wernisaż, tu, w Hatren, będzie prezentem dla jego największej muzy.

– W twoich ustach brzmi to jakoś tak prześmiewczo – zauważył z niezadowoleniem malarz. – Ale powiedzmy, że tak mniej więcej wygląda prawda. Chcę pokazać światu, w jaki sposób jawi się w moim umyśle. Zawsze jej powtarzam, że gdyby mogła zobaczyć, jak wygląda w zwierciadle mojej duszy, oniemiałaby z zachwytu. Od trzech lat bezskutecznie próbuję uchwycić ten ideał; przenieść tak abstrakcyjny projekt wprost na płótno to największe wyzwanie, z jakim przyszło mi się mierzyć. Czasami tracę nadzieję, że uda mi się uchwycić ten boski element. Czy nieidealna istota zdolna jest zobrazować coś tak perfekcyjnego?

Joseph wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że odpowiedź nie do końca go usatysfakcjonowała, i wrócił do oglądania malunków.

Ładne malowanie farbkami to jedno, ale doszukiwanie się w tym metafizycznych doświadczeń to jak dla mnie zwykłe dorabianie piździe uszu – uznał w myślach.

– Tylko ta perfekcja i ideały – żachnął się Kenneth. – Nie one są najważniejsze. Jakbym czekał na swój ideał, do końca życia pozostałoby mi jedynie brandzlowanie się! Odkryłem kiedyś, że kobiety trzeba wybierać jak konie. I w pełni się z tym zgadzam. Trzeba unikać tych z grubym karkiem i krótkimi nogami. – Mówiąc to, wysypał z tabakiery na dłoń nieco proszku i wciągnął. Niemal od razu kichnął i spora ilość substancji osiadła na wąsie.

– Nie słuchajcie go. Pierdoli jak potłuczony. Jedyne, co udało mu się odkryć, to fakt, że nie sięgnie gębą do swojego fiuta, nieważne jak mocno by się wyginał. Idę się odlać, Kenneth, bo nie mogę tego słuchać.