Zemsta to za mało - Izabela Szolc - ebook + książka

Zemsta to za mało ebook

Izabela Szolc

2,5

Opis

Nie podnoś ręki na kobietę, bo możesz pożałować – to morał z najnowszego kryminału Izabeli Szolc, autorki powieści o hardych kobietach, które nie pozwolą robić z siebie ofiar.

Komisarz Anna zostaje wezwana do liceum: w szkolnej toalecie znaleziono martwego noworodka. To nie będzie łatwe śledztwo, bo jak to w szkole – wszyscy dobrze wiedzą, jak ukryć prawdę. Okrutna, budząca obrzydzenie zbrodnia, a w tle życie pani komisarz i jej sióstr – to napisana gniewem opowieść, wobec której nikt nie pozostanie się obojętny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 236

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,5 (11 ocen)
0
1
6
2
2

Popularność




1. Za wcze­śnie, choć za późno

Była jed­no­cze­śnie spo­kojna i sprę­żona do skoku. Ona jedna to potra­fiła. Kro­ple desz­czu, nie­zwy­kle duże kro­ple zimo­wego desz­czu, biły o karo­se­rię samo­chodu.

Anna Wilk nie lubiła pro­wa­dzić, z rado­ścią dawała się obwo­zić part­ne­rowi. Zma­to­wiałe świa­tła ulicz­nych latarni prze­glą­dały się w kału­żach, odbi­jały od asfaltu, który wyglą­dał teraz na roz­mię­kły. Nie było wcale późno. Pół­mrok oka­le­czył kolory. Naj­chęt­niej przy­ło­ży­łaby głowę do chłod­nej szyby i odle­ciała do wspo­mnień. Nie mogła.

Ulica przed liceum była zakor­ko­wana przez samo­chody zanie­po­ko­jo­nych rodzi­ców. „Kra­węż­nik” nie roz­po­znał w gra­na­to­wym volvo nie­ozna­ko­wa­nego samo­chodu poli­cyj­nego i zaczął się awan­tu­ro­wać. Anna ziew­nęła. Popa­trzyła na swoje ręce zło­żone na udach, wnę­trzem do góry. Zaczer­wie­nie­nia od kaj­da­nek już zaczęły ciem­nieć i wyle­wać się wrzo­so­wym cie­niem na te deli­katne pta­sie kosteczki nad­garst­ków i opu­szek dłoni.

Komi­sarz Sła­wek Jaro­siń­ski zawsze zaku­wał Annę za mocno, ale ona to lubiła. Nie wie­działa już tylko: czy to roz­kosz, czy pokuta? Volvo zatrzy­mało się pomimo wrza­sków poli­cjanta:

– Pro­szę odje­chać, ale to już!

Sil­nik umilkł, Sła­wek zwol­nił pas bez­pie­czeń­stwa.

Anna prze­cze­sała pal­cami jasno­brą­zową grzywkę ze śla­dami siwi­zny, wes­tchnęła i… wysia­dła. Nie była wysoka. Jej koloru oczu tylko się domy­ślano, za to miała pełne, pięk­nie wykro­jone usta, a pod­bró­dek jak u laleczki. Ciężko pra­co­wała na to, aby uznano ją za sukę. Ina­czej świat by ją, bez­bronną, zgła­dził, a tak tylko mor­do­wał po tro­chu.

– Pani nad­ko­mi­sarz… Nie widzia­łem pani… – zająk­nął się poli­cjant.

Dała mu znak ręką, że wszystko jest okej. Sły­szała, że trza­snęły drzwi volvo od strony kie­rowcy. Zakrę­ciła tył­kiem w ciem­nych dżin­sach, wie­dząc, że jej młod­szy part­ner podąża za nią. Uśmiech­nęła się do sekretu swo­jego serca i sekretu swo­jej cipki. Od wielu lat Anna była sama, samotna, ale rów­nież prze­ko­nana, że potrafi się chro­nić przed złym. Była uważna, cho­ciaż wola­łaby już – nie.

Prze­szła przez szkolny hol z por­tre­tem, Bóg jedyny wie jakiego patrona, i tabli­cami infor­ma­cyj­nymi. Rzu­ciła okiem na kamery moni­to­ringu. Kawa­łek dalej, gdzie kory­tarz roz­sze­rzał się w klatkę scho­dową, zoba­czyła grupki „odstrze­lo­nych”, roz­ga­da­nych dzie­cia­ków, choć jesz­cze nikt jej nie powie­dział, że ma prze­słu­chi­wać uczest­ni­ków dys­ko­teki. Sły­szała roz­pra­sza­jące brzę­cze­nie smart­fo­nów. Tomek, jej pod­ko­mendny, kędzie­rzawy młody blon­dyn z bla­chą na piersi, ode­rwał się od dwóch nauczy­cie­lek i pod­szedł do Anny.

– Zabierz dzie­cia­kom wszyst­kie komórki. Dzwoń do Poli, niech budzi rzecz­nika pra­so­wego, pew­nie i tak już jeste­śmy na Face­bo­oku. I wypuść ich do domu. Wyślemy im powiastki – roz­ka­zała.

Jakiś tatuś, tatu­sio-dzia­dek, z twa­rzą przy­po­mi­na­jącą golonkę i resztką wło­sów jak łabę­dzi puch, krzyk­nął do nich:

– Ile nas tu będzie­cie trzy­mać?!

– Sto­imy tu od godziny! My też mamy pracę – poskar­żyła się śniada, far­bo­wana blon­dynka w getrach i wło­cha­tym swe­trze, którą można było podej­rze­wać o to, że jedyną pracą, jaką zna, jest robie­nie loda kor­po­mę­żowi. Anna łaska­wie ją zigno­ro­wała.

– Na obec­ność sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych nie spraw­dzamy. Szkoda czasu – powie­działa Anna do Tomka.

Była już na scho­dach pro­wa­dzą­cych na pię­tro z salą gim­na­styczną, gdzie roz­po­częła i skoń­czyła się impreza, kiedy do Anny pode­szła kości­sta kobieta w oku­la­rach, w któ­rych pla­stik żało­śnie imi­to­wał sko­rupę żół­wia.

– Jestem dyrek­torką tej pla­cówki.

– Była pani tutaj pod­czas zaj­ścia? – zapy­tała Anna.

– Byłam w domu.

Sły­sząc to, Anna od razu prze­stała się nią inte­re­so­wać. Komi­sarz Jaro­siń­ski, bru­net o mio­do­wych oczach, z dłońmi poro­śnię­tymi czar­nym wło­sem, natych­miast prze­chwy­cił i uspo­koił panią dyrek­tor.

– Nie potrze­bu­jemy takiej sen­sa­cji…

Anna zatrzy­mała się. Tkwiła na stop­niach pod­rzęd­nego liceum, o któ­rym wie­działa, że nie­omal każdy słoik z pro­win­cji zaka­suje na star­cie do uni­wer­sy­tetu jego war­szaw­skich absol­wen­tów.

– Kto tutaj dowo­dzi? – zapisz­czała dyrek­torka.

– Ja – powie­działa Anna bar­dziej do sie­bie niż do tam­tej.

W łazience na pię­trze ktoś gło­śno wymio­to­wał. Anna gene­ral­nie mogła to zro­zu­mieć. Nawet jeśli trzy­mała to głę­boko w środku, aby nikt się nie domy­ślił, były rze­czy, przy któ­rych jej też się chciało rzy­gać. Na przy­kład kiedy myślała o sta­ro­ści, śmierci i miło­ści. Albo wyobra­żała sobie, że kie­dyś, w jed­nej chwili, krót­szej niż strzał z koń­skiego bicza, prze­sta­nie ist­nieć. Chciało jej się rzy­gać, kiedy myślała, że może nie ma życia po śmierci i ni­gdy już nie spo­tka istot, które za ich życia kochała. Wresz­cie chciało jej się rzy­gać, umie­rać i wyć, kiedy wspo­mi­nała uro­jone, nie­zre­ali­zo­wane miło­ści. I Mate­usza.

Sześć kabin, a naprze­ciwko sześć umy­wa­lek. Lustra. Ślady krwi na sza­chow­nicy pod­łogi. Nie­wiele, jakby ktoś już posprzą­tał. Nie patrz, Anno, w swoje odbi­cie!

Na spo­tka­nie Anny wyszedł wysoki, przy­po­mi­na­jący niedź­wie­dzia męż­czy­zna. Miał na butach ochra­nia­cze, a na dło­niach ręka­wiczki. Lat około sześć­dzie­się­ciu. Uśmiech­nął się na widok komi­sarz, a jego oczy zła­god­niały. Dawno, dawno temu, kiedy Anna była nie w for­mie, a pato­log Darek Mróz nie zbli­żał się tak gwał­tow­nie do wieku eme­ry­tal­nego, mieli „romans”. On to wspo­mi­nał z roz­rzew­nie­niem, ona z iro­nią i coraz czę­ściej z odro­biną zaże­no­wa­nia. Wsty­dzili się oboje.

Mróz wska­zał na kabinę, z któ­rej wydo­by­wał się zapach cze­goś żela­zi­stego i pier­wot­nego.

– Mar­twy nowo­ro­dek. Matka uro­dziła tutaj. Dziecko już poje­chało do kost­nicy.

– Żywe uro­dze­nie?

– Będę wie­dział po sek­cji, ale to na pewno wcze­śniak.

– Mało krwi – mruk­nęła.

– Pró­bo­wała posprzą­tać… Ale w kabi­nie nie. – Mróz podał Annie jed­no­ra­zowe ręka­wiczki. Nie omiesz­kał przy tym zła­pać ją za rękę. Nie patrzyła w jego twarz, kiedy lustro­wał jed­no­znaczne otar­cia na jej prze­gu­bach. Nie sądziła, by jej współ­czuł, że poszła aku­rat w taki seks, a nie inny. Może raczej zain­te­re­so­wał się, jaka część jej życia była kata­li­za­to­rem dla takich prak­tyk?

Anna Wilk wyrwała dłoń i z nie­chę­cią nacią­gnęła lateks. Zaj­rzała do kabiny, w któ­rej odbył się poród. W jed­nej chwili gwał­towną falą wspo­mnień zalała ją woń talku i oliwki. Wró­ciła pamięć o malut­kich paznok­ciach i skó­rze, tak cien­kiej i deli­kat­nej, że zda­wała się opa­li­zo­wać. I te słowa koły­sa­nek, śpie­wa­nych ochry­płym gło­sem: „Aaa, kotki dwa…” i „Ach śpij, kocha­nie…”.

– Udział osób trze­cich? – zapy­tała Anna.

– Ty mi powiedz. To mogło trwać przez kilka godzin.

– A pępo­wina?

– Prze­cięta ostrym narzę­dziem.

– Przy­go­to­wała się – powie­działa nad­ko­mi­sarz Anna. W takich chwi­lach nie­na­wi­dziła być kobietą. Czuła, jak Mróz i reszta zgro­ma­dzo­nych gapią się na nią. Jedyną cipkę tutaj. I gdzie są teraz te wszyst­kie inne dziew­czyny zacią­ga­jące się w owczym pędzie do poli­cji?

– Dla­czego w toa­le­cie? – Mróz myślał gło­śno.

– Może czuła się bez­piecz­niej. Pro­szę, zrób jak naj­szyb­ciej ana­lizy. A jeśli dziecko uro­dziło się żywe, to sprawdź zawar­tość żołądka. Chcę wie­dzieć, czy matka je nakar­miła.

– A po co ci to? – Pato­log Darek Mróz spoj­rzał na nią zdu­miony.

Wypro­sto­wała się, znowu miała ochotę popra­wić grzywkę, ale w porę przy­po­mniała sobie o ręka­wicz­kach. Nie chciała czuć pach­ną­cego kost­nicą lateksu na twa­rzy, wolała ten bana­nowy. „Gdzie jest Sła­wek? Czemu go tutaj nie ma?”, pomy­ślała.

– Głodne dzieci pła­czą – powie­działa spo­koj­nie.

– Była dys­ko­teka. Nie uwie­rzysz, jaki łomot.

– Nie uwie­rzę. Jesz­cze sama pamię­tam. – Uśmiech­nęła się sze­roko do Mroza.

Zatrzy­mał wzrok na jej ustach dłu­żej, niż powi­nien.

– Figlara – powie­dział ponuro. Teraz jej nie kochał, tylko nie­na­wi­dził.

Sła­wek stał na kory­ta­rzu szkol­nym i bacz­nie przy­glą­dał się dziew­czy­nie, która zna­la­zła mar­twego nowo­rodka. Ta koły­sała się na sto­pach, jed­no­cze­śnie tak trąc twarz, że ist­niało ryzyko, iż za chwilę wci­śnie sobie do mózgu gałki oczne. Ali­cja Michno drżała, mimo że ktoś przy­niósł jej srebrną kurtkę z szatni. Kiedy prze­sta­wała pastwić się nad twa­rzą, patrzyła bła­gal­nie na Jaro­siń­skiego albo pró­bo­wała się do niego uśmie­chać z zakło­po­ta­niem. Jej oczy były małe, krzywe, two­rzyły brzydki kom­plet ze zła­ma­nym nosem, ale trzeba przy­znać, że były rów­nież pełne bla­sku i ewen­tu­al­nej psiej wier­no­ści, która tylko cze­kała na prze­bu­dze­nie.

Sła­wek znał takie dziew­czyny: przy­le­piają się, sty­mu­lu­jąc sła­bość i uda­jąc zabawne, ponie­waż nie są ładne. Czu­jesz litość i relaks, a za chwilę jesteś zała­twiony.

Anna pode­szła do nich.

– Nagra­łaś mar­twe dziecko na tele­fon? – Panna wyglą­dała na laskę zapeł­nia­jącą swoje puste życie bzdur­nymi fil­mi­kami, pró­bu­ją­cymi aspi­ro­wać do rangi sztuki, skoro autorka nie mogła się pochwa­lić ani pier­sią, ani tył­kiem, ani choćby kotem. Wszystko to zalane sen­ten­cjami: What? Be or not to be. Dzi­siaj jest tak (nijak), zoba­czymy, co przy­nie­sie jutro (nic).

– Nie!

– Bra­łaś coś?

– Nie biorę.

– Piłaś? – Wystar­czyło pocią­gnąć nosem…

– Tro­chę.

– Oddaj tele­fon.

– Już mi oddała – powie­dział Sła­wek łagod­nie.

– Zadzwo­ni­łaś do rodzi­ców? – zapy­tała poli­cjantka.

Ali­cja mil­czała.

– Gdzie są twoi rodzice?

– W domu. Oni nawet nie przy­cho­dzą na wywia­dówki.

– To aku­rat nie jest takie złe. – Sła­wek raz-dwa wsko­czył w rolę „dobrego poli­cjanta”.

– Czy chcesz, żeby zba­dał cię nasz lekarz? – zapy­tała Anna uprzej­mie, widząc nara­sta­jący rumie­niec na twa­rzy dziew­czyny.

– Nie, dzię­kuję. – Lekarz mógłby stwier­dzić, że jest zdrowa jak byk i nie tak prze­ra­żona, jak mała zamie­rzała grać, i grała.

– Czy wiesz, kogo było to dziecko?

– Nie moje – powie­działa Ali­cja.

Anna poki­wała głową:

– W porządku. Komi­sarz Sła­wek Jaro­siń­ski dopil­nuje, żeby ktoś z naszych odwiózł cię bez­piecz­nie do domu. Ja nazy­wam się Anna Wilk i będę pro­wa­dziła tę sprawę. I nie dam się nabrać na żadne twoje sztuki, a jak spró­bu­jesz się posta­wić… Ech, niu­nia, co ja ci wtedy zro­bię…

– Zło­żysz zezna­nia u nas na poste­runku. – Ali­cja na słowo poste­ru­nek, które nie­uchron­nie koja­rzyło się ze sło­wami „odpo­wie­dzial­ność” oraz „pro­blemy”, na dobre zaczęła ryczeć.

2. Nie­chciane kró­le­stwo

Anna prze­su­nęła kartę przez czyt­nik iden­ty­fi­ka­cyjny i popchnęła cięż­kie drzwi. Jak zwy­kle poczuła szarp­nię­cie w nad­wy­rę­żo­nym łok­ciu. Splu­nęła gumą do żucia w garść i wyrzu­ciła ją do kosza za pro­giem.

Pozo­sta­wiła za sobą ponie­dział­ko­wych nie­szczę­śni­ków, któ­rzy przy­szli poskar­żyć się na zły los „panu wła­dzy”, pechowo ucie­le­śnio­nemu w postaci zie­wa­ją­cego całą gębą dyżur­nego. Był tu star­szy facet, któ­remu naj­wy­raź­niej zatrzy­mano samo­chód spro­wa­dzony z Dojcz­landu, oraz matka z twa­rzą szarą i zmę­czoną, na któ­rej tylko świeże limo nabie­rało kolo­rów. Jej dziecko, śmier­dzące kaszką i olej­kiem, wier­ciło się w wózku, zna­cząco odbie­ga­ją­cym stan­dar­dem od wóz­ków kupo­wa­nych dla swo­ich pociech przez ikony pol­skiej popkul­tury, takie jak Ania Lewan­dow­ska. Był także ali­men­ciarz i ćpun z kitką o wzro­ście kara­kana, który cze­kał pokor­nie, żeby w książce dozoru poli­cyj­nego zło­żyć wyuczony na lek­cjach pol­skiego pod­pis, kiedy był jesz­cze zło­tym chłop­cem, a nie kuta­siną. Jestem! Obecny!

Anna wes­tchnęła.

Jej spor­towe buty nie wyda­wały żad­nego dźwięku, kiedy szła po zie­lo­nym lino­leum. Popchnęła następne drzwi, już nie­za­bez­pie­czone kartą, zna­la­zła się w dużym pokoju, przy­po­mi­na­ją­cym open­space. Boksy i jej ekipa. Lubiła wła­dzę. Lubiła i w dodatku potra­fiła wziąć odpo­wie­dzial­ność i za sie­bie, i za ludzi, któ­rzy dla niej pra­co­wali. Poza tym nie wie­działa, kim była. A lustro codzien­nie rano poka­zy­wało obli­cze coraz bar­dziej obcej dla niej samej kobiety. Miała trzy­dzie­ści osiem lat i gdyby nie ta praca, to by się zabiła, bo dotąd nie udało jej się zna­leźć ani choćby okre­ślić swo­jego miej­sca na ziemi.

Cisza. Ta jedna chwila ciszy, kiedy pod­władni odno­to­wy­wali przy­by­cie Anny Wilk. Cze­kała na to. Syciła się tą chwilą. Podob­nie jak ukrad­ko­wymi spoj­rze­niami. Wie­działa, że nie jest lubiana. Ale była sza­no­wana. Nie­zły wyczyn jak na samotną, bez­dzietną kobietę, uro­dzoną i żyjącą w Pol­sce – kra­inie mio­dem i mle­kiem pły­ną­cej, kra­inie mia­ste­czek i wsi. Sztuczne pere­łeczki, sukie­neczki, pokora i tania ambi­cja, to tutaj było w cenie.

Anna ni­gdy się nie malo­wała, a sukienki zosta­wiała wyłącz­nie na seks. Długo ich nie prała, dla­tego w jej skrom­nej sza­fie po równo pach­niało lawendą i spermą.

– Dzień dobry, pani nad­ko­mi­sarz. – Zamel­do­wał się pod­ko­mi­sarz Tomek Bar­giel, a jego włosy wyglą­dały na jesz­cze bar­dziej kędzie­rzawe niż zwy­kle.

– Jak tele­fony? – zapy­tała Anna, myśląc o zawar­to­ści smart­fo­nów ode­bra­nych wczo­raj pecho­wym mało­la­tom.

– Robi się.

– Coś cie­ka­wego?

Tomek skrzy­wił się. Nie każdy musiał być tak zepsuty jak ona. Potrze­bo­wała w dru­ży­nie tych nie­win­nych z nie­na­gan­nie dzia­ła­ją­cym kom­pa­sem moral­nym. Nie­win­nych, naiw­nych i wystra­szo­nych. „Ale bez prze­sady…”, odno­to­wała w myślach, kiedy pode­szła do nich aspi­rantka Pola. Niska o ufar­bo­wa­nych na czarno wło­sach i kwia­to­wych tatu­ażach bie­gną­cych w głąb rękawa mun­duru.

Pola popa­trzyła na Annę. „Never, never nie będzie taka jak sze­fowa, nawet jeśli do końca życia ma nie awan­so­wać!”. Pola podzi­wiała Annę, ponie­waż nasłu­chała się wiele o jej pro­fe­sjo­na­li­zmie, widziała spo­soby zarzą­dza­nia i ambi­cję, która nie szu­miała w gło­wie. Ale prze­cież Anny nikt nie obda­rzał czu­ło­ścią, Anny nikt nie lubił, jej życie było jak puste pudełko po cze­ko­lad­kach. Trzeba być bar­dzo odważną, żeby zno­sić takie życie i się nie dać. W dodatku Anna ni­gdy nie byłaby jej sze­fową, dokład­niej p.o. sze­fową, gdyby komen­dant komi­sa­riatu poli­cji Boh­dan Hwie­rut, korzy­sta­jąc ze zna­jo­mo­ści i praw­nych krucz­ków, nie obsa­dził Anny Wilk na swoim sta­no­wi­sku. Tym­cza­sowo – dopóki nie wróci ze zwol­nie­nia lekar­skiego, które miało być krót­kie, a zda­wało się nie­po­ko­jąco prze­dłu­żać.

Hwie­rut na waka­cjach w Buł­ga­rii zła­pał gruź­licę, co gwa­ran­to­wało mu rok peł­no­płat­nego urlopu. Liczył na to, że wróci na stare śmieci wcze­śniej, ale nie minęło wiele czasu, jak jego pod­ko­mendni pod­dali się szcze­pie­niom BCG, kiedy u Sta­rego wykryto nowo­twór pro­staty. Lekarz oznaj­mił Hwie­rutowi, że zda­rza się, iż ane­ste­tyk uży­wany przy ope­ra­cji (usu­wano mu kawa­łek płuca) uru­cha­mia uta­jony dotąd pro­ces nowo­two­rowy. Gnił więc to w szpi­talu, to w swoim domu w Ani­nie, dopro­wa­dza­jąc do szału żonę, a Anna wciąż korzy­stała z niu­an­sów arty­kułu 6d Ustawy o poli­cji. Było w nim okre­ślone, że komen­danta komi­sa­riatu poli­cji powo­łuje komen­dant miej­ski po zasię­gnię­ciu opi­nii – w wypadku sto­licy – pre­zy­denta m.st. War­szawy. Boh­dan Hwie­rut dobrze się doga­dy­wał z ratu­szem, na tyle, że mógł zigno­ro­wać nie­sna­ski, jakie noto­rycz­nie miał z mun­du­ro­wymi pra­cow­ni­kami pałacu Mostow­skich.

Dalej rze­czona ustawa mówiła, że: „W razie cza­so­wej nie­moż­no­ści spra­wo­wa­nia funk­cji przez komen­danta komi­sa­riatu poli­cji komen­dant miej­ski poli­cji, do czasu usta­nia prze­szkody w spra­wo­wa­niu funk­cji przez dotych­cza­so­wego komen­danta, powie­rza peł­nie­nie obo­wiąz­ków komen­danta komi­sa­riatu poli­cji jed­nemu z jego zastęp­ców, a w razie braku zastęp­ców – innemu poli­cjan­towi”.

Hwie­rut zastęp­ców nie miał, bo by ich nie zdzier­żył. Potrze­bo­wał na cito p.o., czyli peł­nią­cego funk­cję, kogoś, kto będzie kom­pe­tentny, ale na tyle zafik­so­wany na „samej ulicy”, że nie odbije mu woda sodowa i osta­tecz­nie nie wygry­zie Sta­rego ze stołka.

Ustawa uści­ślała, że ów tajem­ni­czy „inny poli­cjant” musiał mieć szarżę ofi­cera lub aspi­ranta. Wią­zało się to tyle z wie­dzą, ile i ze sta­żem. Anna Wilk razem ze Sław­kiem Jaro­siń­skim i Toma­szem Bar­gie­lem nale­żeli do Kor­pusu Ofi­ce­rów Młod­szych Poli­cji. Anna była nad­ko­mi­sa­rzem i osobą naj­wyż­szą stop­niem po Boh­da­nie Hwie­ru­cie, który doro­bił się młod­szego inspek­tora (i jakoś nikt nie zamie­rzał dalej go awan­so­wać…), co sta­no­wiło szarżę Kor­pusu Ofi­ce­rów Star­szych Poli­cji. Jaro­siń­ski był komi­sa­rzem. A Bar­giel podkomi­sa­rzem. Z Kor­pusu Aspi­ran­tów Poli­cji mieli u sie­bie aspi­rantkę Apo­lo­nię Łódź, nato­miast z Kor­pusu Pod­ofi­ce­rów Poli­cji – jed­nego sier­żanta i „sze­re­gow­ców”: star­szych poste­run­ko­wych i poste­run­ko­wych. Jeden chuj! Ludzie przy­cho­dzący na komi­sa­riat i tak upo­rczy­wie zwra­cali się do gli­nia­rzy sło­wami: „pro­szę pana” albo nostal­gicz­nym zlep­kiem „panie wła­dzo”, a poko­le­nie wyra­sta­jące na seria­lach tele­wi­zyj­nych – „inspek­to­rze”. To ostat­nie okre­śle­nie wpie­niało wszyst­kich, bo więk­szość psów wie­działa, że „belki” inspek­tora zoba­czy na swo­ich pago­nach jak świ­nia niebo.

Anna Wilk jako nad­ko­mi­sarz była oto kobietą „czte­ro­gwiazd­kową”, o czym infor­mo­wały jej epo­lety, a jesz­cze bar­dziej postawa. Wie­działa, że już sama kobie­cość spra­wia, że w poli­cji zyskuje ksywę „Spód­nica”. Ale nawet naj­głup­szy „kot” poli­cyjny z kosza­rową sraczką miał tyle instynktu, by dbać o to, żeby Anna tego okre­śle­nia pod swoim adre­sem nie usły­szała. Przy­naj­mniej tak się łudziła.

Tak czy siak, w wyniku splotu odpo­wied­nich wypad­ków, zna­jo­mo­ści i sprytu Sta­rego Anna została p.o. komen­danta komi­sa­riatu poli­cji.

– W spra­wie wczo­raj­szych zajść wyzna­czono kon­fe­ren­cję pra­sową na trzy­na­stą… Raporty są już czę­ściowo wpro­wa­dzone w sys­tem. Pro­ku­ra­tor Jan Miko­łaj­czyk dostał kilka do para­fo­wa­nia – powie­działa Pola.

– Tak? – Zdzi­wiła się uprzej­mie Anna, a Polę oblał rumie­niec.

– Bo on w zasa­dzie to jest… w gabi­ne­cie pani nad­ko­mi­sarz.

Anna ski­nęła głową aspi­rantce i Tom­kowi. Bez­sze­lest­nie odda­liła się w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych do gabi­netu, który dzie­liła ze Sław­kiem Jaro­siń­skim. Jej duże biurko stało pod oknem. Jego, niby biu­reczko ubo­giego, zostało wci­śnięte kątem za drzwi. Który męż­czy­zna by to zniósł, Anno?

Przed jej biur­kiem, na nie­wy­god­nym krze­śle dla petenta, sie­dział, czy raczej pró­bo­wał utrzy­mać rów­no­wagę, pro­ku­ra­tor Jan Miko­łaj­czyk. Anna uśmiech­nęła się na ten widok.

Krze­sło było czarne, meta­lowe, prze­zna­czone do ogrodu. Wystar­czyło posie­dzieć na nim przez kwa­drans, żeby trza­skało w krzyżu. Pro­ku­ra­tor wier­cił się więc, a jego dłu­gie ciało o chu­dych koń­czy­nach falo­wało to w jedną, to w drugą stronę. Wyglą­dał mło­dziej niż na swoją czter­dziestkę, choć łysiał w naj­lep­sze. Ser­deczne oczy, zaska­ku­jące w tym zawo­dzie, i orli, wydatny nos pasu­jący jak ulał do fachu pro­ku­ra­tora – groźny i maje­sta­tyczny.

– Nie kor­ciło cię, żeby mnie pod­siąść? – zapy­tała Anna. Wma­sze­ro­wała do pokoju i klap­nęła na swoim wygod­nym, skó­rza­nym fotelu z róż­nymi regu­la­cjami – kupiła go za solidny kawa­łek pen­sji. Razem z ogro­do­wym krze­słem.

– Nie. – Obró­cił się do niej. Z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki wyjął cien­ko­pis Pilot Fri­xion Ball i zbyt gorącz­kowo zaczął pod­pi­sy­wać papiery, które przy­go­to­wała dla niego aspi­rantka Pola Łódź. – A cie­bie cza­sem korci w podob­nych sytu­acjach?

– Dobrze mi tu, gdzie jestem – powie­działa Anna, roz­pie­ra­jąc się w fotelu i deli­kat­nie go głasz­cząc.

Zoba­czyła, że siniaki po kaj­dan­kach, nie do pomy­le­nia dla ludzi robią­cych w prze­my­śle prawno-opre­syj­nym albo sado­maso, kwitną na kościach jej nad­garst­ków. Szarp­nęła ręka­wami swe­terka w dół tak, że było widać tylko wysu­szone paznok­cie.

– Z tymi tele­fo­nami to było konieczne?

Anna pomy­ślała ze zdzi­wie­niem, że dla pro­ku­ra­tora tele­fony nasto­lat­ków z brudno-rado­snymi fil­mi­kami wydają się teraz poważ­niej­szym kło­po­tem niż zwłoki nowo­rodka w szkol­nym klo­ze­cie.

– Tam były co naj­mniej trzy klasy… Rodzice są obu­rzeni…

– …bo nie kaza­łam dzie­ciom dmu­chać w balo­nik? – Pochy­liła się w stronę męż­czy­zny. – Pola usta­wiła kon­fe­ren­cję pra­sową. Będziesz wystę­po­wał jako nasz gość.

– Ale gospo­dyni nie będzie?

– Po co? – powie­działa rado­śnie gło­sem, jaki znali tylko nie­liczni. – Będzie pan pro­ku­ra­tor.

– To jest paskudna sprawa – wes­tchnął Jan. Sam miał trójkę dzieci. Anna mil­czała. Wie­dział, że komen­ta­rza się nie doczeka. – O któ­rej ta kon­fe­ren­cja? – zapy­tał pojed­naw­czo, bo wyczuł w pokoju nara­sta­jące napię­cie, które w ponie­dział­kowy pora­nek w ogóle mu się nie spodo­bało.

– O pierw­szej, panie pro­ku­ra­to­rze. W Cen­trum Kon­fe­ren­cyj­nym Poli­cji.

– Niech ci będzie.

– Dzię­kuję. – Twarz miała kamienną. Radość znik­nęła rów­nie szybko, co się poja­wiła.

– Ty też musisz iść na ustęp­stwa. – Anna cza­sem naprawdę potra­fiła Miko­łaj­czyka ziry­to­wać. Ukry­wał to. Jak jedną z wielu rze­czy. Cecha szcze­gólna czło­wieka doj­rza­łego, liczą­cego na poli­tyczną karierę. Kie­dyś tam w przy­szło­ści. Oby szybko. Póki jesz­cze ciało nie odma­wia.

– Oni mają teraz wycho­wa­nie sek­su­alne, prawda? – zapy­tała Anna. Gdyby sama miała dziecko, to choćby o to jedno nie musia­łaby pytać.

– Wycho­wa­nie do życia w rodzi­nie, tak.

„Czyli cał­kiem coś innego, pro­ku­ra­torku”, pomy­ślała Anna, a gło­śno powie­działa:

– Mogła zadzwo­nić do jakiejś grupy psy­cho­lo­gów typu „Pon­ton”. – Fun­da­cja „Pon­ton” i wolon­ta­riu­sze w niej dzia­ła­jący poma­gali nasto­lat­kom w tara­pa­tach, tłu­ma­czyli, że świeżo roz­dzie­wi­czona dzie­wica może zajść w ciążę, wytrysk w pępek nie zagraża niczemu, z wyjąt­kiem czy­sto­ści prze­ście­ra­dła, a na HIV się umiera.

– A tak przy oka­zji… – Jan nie chciał, ale znowu zaczął się krę­cić na tym kurew­sko nie­wy­god­nym krze­śle, wsta­wio­nym tu przez tę krnąbrną małpę, którą zasad­ni­czo lubił… Bał się jej jedy­nie od czasu do czasu, na przy­kład teraz… – Przy­sze­dłem w jesz­cze jed­nej spra­wie. – Nie cze­ka­jąc, aż Anna cokol­wiek odpo­wie, scho­wał cien­ko­pis Pilot Fri­xion Ball, wycią­gnął iPhone’a i mruk­nął do niego: – To zapra­szam panią do nas. Do gabi­netu komi­sa­rzy, na pię­trze.

Popra­wił kie­szeń i całą mary­narkę, po czym zaczął prędko mówić do Anny:

– Wiesz, że moja żona udziela się w tych wszyst­kich fun­da­cjach powią­za­nych z poli­tyką spo­łeczną Unii Euro­pej­skiej. Udało jej się wcią­gnąć twój poste­ru­nek w nie­za­leżny pro­gram pomocy dla ofiar prze­stęp­stwa.

– Nie lubię pro­fi­le­rów.

– Żad­nych pro­fi­le­rów! Pomoc dla ofiar.

– Nie stać mnie na to. Ani cie­bie – powie­działa Anna spo­koj­nie, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać napię­ciowy ból, który rap­tem wlazł w jej kark.

– To z fun­du­szu unij­nego. Nie­za­leżne…

– Jak bar­dzo nie­za­leżne? – Anna szczek­nęła. – Mówisz o pro­jek­cie „Sieci Pomocy Ofia­rom Prze­stępstw” reali­zo­wa­nym do spółki przez Mini­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści i Komi­sję Euro­pej­ską?

– Mówię, że to sta­no­wi­sko nie pod­lega ani pod komen­danta sto­łecz­nego poli­cji, ani pro­ku­ra­tora okrę­go­wego.

– Czyli, patrząc w dół hie­rar­chii, ani ja, ani ty nie mamy kom­pe­ten­cji…? – zapy­tała spo­koj­nie Anna, ale było to podłe posu­nię­cie z jej strony.

Na kory­ta­rzu dało się sły­szeć kroki. Dźwięki takie wydają przy­zwo­ite skór­kowe buty, na przy­zwo­icie niskim słupku. Oznaj­miały: jestem pro­fe­sjo­na­listką, ale i kobietą! Poukła­daną kobietą. Żoną, matką i fachurą, a przy­naj­mniej tak mi się wydaje. I tobie.

– Ty chyba kom­plet­nie oci­pia­łeś, żeby mi tu „kreta” wsa­dzać! – wrza­snęła Anna. I była teraz nie­odrodną uko­chaną córką swo­jego ojca, komu­ni­stycz­nego pro­ku­ra­tora Jerzego Wilka. Jan mógł to przy­siąc. Cho­dził do sta­rego Wilka na wykłady z prawa rzym­skiego.

– Ciszej, ona tu zaraz będzie – szep­nął Jan do Anny tonem zwy­kle zare­zer­wo­wa­nym dla jego oso­bi­stej, wście­kłej żony.

Klamka trza­snęła. Bez puka­nia do gabi­netu weszła kobieta, roz­sie­wa­jąc wokół sie­bie spor­towo-kiczo­waty zapach Dolce&Gab­bana Light Blue.

– Kiedy jest wście­kła, mil­czy. Zawsze tak było. Tylko myśli, że nie panuje nad sytu­acją. – Anna dosko­nale znała ten głos.

Jan pod­sko­czył na krze­śle jak kukiełka, ale nie pod­niósł się. Niech sobie kobiety same wszystko wyja­śnią.

– Tak. Zna­cie się od dawna. Ewa to twoja sio­stra, ale ponie­waż pozo­staje poza twoją zwierzch­no­ścią, nie widzę tutaj kon­fliktu kom­pe­ten­cji.

Anna męskim gestem prze­cią­gnęła ręką po nie­uma­lo­wa­nych policz­kach. Wes­tchnęła. I wbiła Janowi szpilę:

– Panie pro­ku­ra­to­rze, niech mi pan to, kurwa, wyja­śni, wszystko, jesz­cze raz.

Ewa Wilk-Sze­wiń­ska stała tylko i patrzyła na tych dwoje. Jedyne wolne miej­sce było za uczniow­skim biu­recz­kiem wci­śnię­tym za drzwi. A tam Ewa ani myślała wylą­do­wać. Była księż­niczką.

3. Maski

Komi­sarz Sła­wek Jaro­siń­ski pomy­ślał, że sze­fo­wej spodoba się, jeśli z dyrek­torką szkoły Anna poroz­ma­wia nie w gabi­ne­cie, ale w pokoju prze­słu­chań. Utrze nos temu bab­sku, które patrzyło ponad ramie­niem poli­cjanta i, popra­wia­jąc cien­kie włosy, prze­glą­dało się w lustrze wenec­kim. Sła­wek – patrząc na ner­wowe gesty kobiety, cią­głe popra­wia­nie oku­la­rów w szyl­kre­to­wej, niby to ele­ganc­kiej opra­wie, za któ­rymi ziały oczy ryby – był prze­ko­nany, że tak naprawdę kobieta nic nie widzi. Sta­rała się zacho­wać pozory suk­cesu, choć ner­wowo szar­pała apaszką, zza któ­rej wychy­lała się bli­zna po usu­nię­ciu tar­czycy. Niby nasto­latka strze­py­wała pyłki z gra­na­to­wej sukienki. Za ciemną czer­woną pomadką uka­zy­wały się wybie­lone, lśniące zęby. Wybie­la­nie zębów, krem Nivea, a na gwiazdkę koszy­czek kosme­ty­ków marki Avon, roz­pro­wa­dza­nych przez jakąś kuzynkę, któ­rej mniej powio­dło się w życiu…

– To jest sala kon­fe­ren­cyjna? – zapy­tała dyrek­torka szkoły, prze­ry­wa­jąc gęste mil­cze­nie.

Sła­wek podra­pał się po gło­wie:

– Nie, pro­szę pani. To jest pokój prze­słu­chań.

– Czy to konieczne? – Wle­piła spoj­rze­nie muli­stego kar­pia w lustro.

– Chce pani iść do kuchni?

– Nie, ale… – Trzep­nęła nóż­kami w mod­nych bot­kach, do któ­rych zakupu namó­wiła ją córka. – Mia­łam skargi na postę­po­wa­nie pana kole­żanki.

– Mojej prze­ło­żo­nej – powie­dział Sła­wek dobit­nie. – Nad­ko­mi­sarz Anny Wilk.

– Depry­mu­jące nazwi­sko. – Dyrek­torka pró­bo­wała strze­lić focha. Sła­wek nie­omal się nie roze­śmiał, widząc kro­pelki potu nad jej górną wargą.

– A ja myślę, że to nazwi­sko do niej pasuje – odpo­wie­dział uprzej­mie. – A lustro, które ma pani za ple­cami, to lustro wenec­kie.

– Czyli jestem obser­wo­wana? – Jej pod­nie­ce­nie, poczu­cie waż­no­ści, mało­mia­stecz­kowe kom­pleksy i strach były dla Sławka widoczne jak na dłoni.

– Nie­stety, nad­ko­mi­sarz Wilk nie mogła przyjść. Spo­rzą­dzi­li­śmy z wczo­raj­szego zaj­ścia notatkę służ­bową. Dosta­li­śmy od pani listę uczniów, jak i listę pra­cu­ją­cych nauczy­cieli.

Dyrek­torka, sły­sząc ofi­cjalny ton, któ­rego sama lubiła uży­wać, wypro­sto­wała się, poło­żyła dło­nie na bla­cie i, niczego nie­świa­doma, dała ujście swo­jemu syn­dro­mowi pry­mu­ski wyro­bio­nemu w małym gór­ni­czym mie­ście, pośród czer­wo­nych murów famuł.

– Trójka nauczy­cieli była wyzna­czona do opie­ko­wa­nia się uczniami na dys­ko­tece. I agen­cja ochrony miała patro­lo­wać…

Sła­wek prze­rwał, mar­ku­jąc poiry­to­wa­nie, jakby był jesz­cze bar­dziej znu­dzony, niż był w isto­cie. Zabo­lało.

– Dwie nauczy­cielki, jeden nauczy­ciel.

– Wuefi­sta. – Sta­rała się pod­li­zać Sław­kowi. Ten sze­le­ścił papie­rami.

– Ale on chyba nie był w ciąży? – powie­dział Sła­wek sar­ka­stycz­nie.

Pogu­biła się. Na zeschnię­tej twa­rzy poja­wił się rumie­niec:

– No, chyba nie podej­rze­wają pań­stwo ciała peda­go­gicz­nego.

– A to jest szkoła zakonna? – Sła­wek popa­trzył na kobietę i uśmiech­nął się łagod­nie i jasno.

– To dziecko podobno było cał­kiem duże!

– Jest pani pewna, że zauwa­ży­łaby każdy rosnący brzuch? – Sła­wek wle­pił w nią swoje nie­mę­skie zie­lone oczy, oko­lone gęstymi czar­nymi rzę­sami.

Teraz sio­stry Wilk stały naprze­ciwko sie­bie i patrzyły wil­kiem, co zda­rzało im się przez więk­szość życia.

– Nawet nie myśl, że cię opro­wa­dzę – wark­nęła Anna.

Ewa wzru­szyła ramio­nami.

– Pro­ku­ra­tor mi cię zosta­wił i zwiał – powie­działa Anna gorzko. I jed­nak z pew­nym nie­do­wie­rza­niem.

– Męż­czyźni boją się kobiet – wypa­liła tonem wyż­szo­ści Ewa.

Anna zorien­to­wała się, że przez te lata Ewu­nia stała się jesz­cze więk­szą nadętą pindą. Kom­plet­nie stra­ciła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, chro­niona przez dzia­nego męża, byłego pił­ka­rza.

– Ewa, a czy ty wiesz, jak kobiety potra­fią się bać męż­czyzn? – powie­działa Anna cicho. – Tutaj się dowiesz.

A w myślach dodała: „I pocze­kam na twoje kro­ko­dyle łzy, twoje chore emo­cje i na to, jak zaczniesz się rzą­dzić. Rzą­dzisz, maj­stru­jąc przy rela­cjach, wdzię­cząc się do mło­dych i sta­rych, odgry­wa­jąc to swoje voodoo, macha­jąc kup­nymi cer­ty­fi­ka­tami z coachingu, aż w końcu wyle­cisz na bruk, jak z każ­dej roboty odkąd pamię­tam. O ile w ogóle pra­co­wa­łaś, a nie lepi­łaś garnki na dro­gich zaję­ciach cera­miki, ćwi­czy­łaś jogę, pły­wa­nie czy co tam jesz­cze było po dro­dze…”.

– Chrze­śniaczka cię pozdra­wia. Obie moje córki już zapo­mniały, że mają cio­cię. – Odgry­zła się Ewa, a Anna pomy­ślała, że dla sio­stry rodzina, wypisz, wyma­luj jak z pla­katu IKEA, była naj­waż­niej­sza. Raz tylko Ewa otwo­rzyła się przed Anną, kiedy ojciec odszedł od ich matki Marii do młod­szej kochanki Jagody. I kiedy oka­zało się, że Jagoda spo­dziewa się dziecka. To dziecko, jesz­cze nie­na­ro­dzone, rap­tem stało się wro­giem numer jeden dla obu. Kasia. Trze­cia sio­stra!

– Uca­łuj je ode mnie. – Fak­tycz­nie, Anna powinna bar­dziej pamię­tać o dzie­ciach. Ale jeśli to robiła, czuła trudny do uko­je­nia ból. Ból, który można ukoić tylko bólem… Albo prze­mocą. – A mężowi uści­śnij dłoń.

– Co u taty? – Teraz Ewa sta­rała się nabrać pojed­naw­czego tonu, choć wybrała kon­tro­wer­syjny motyw. Ojcu odej­ścia ni­gdy nie wyba­czyła. I wciąż od nowa pul­so­wało w niej poczu­cie odrzu­ce­nia. Żyła w sil­nym posta­no­wie­niu, że swoją rodzinę utrzyma w cało­ści, za wszelką cenę. Na razie ową ceną były nuda i zapach obcych per­fum na twa­rzy męża. Plus mał­żeń­ski seks, do któ­rego musiała się zmu­szać.

– Sie­dzi na wsi. – Ojciec był synem wiej­skiego kościel­nego i na sta­rość zaczęło go cią­gnąć do zapa­chu trawy i koń­skiego łajna. Anna mogła przy­siąc, że stary Wilk pole­guje na tra­wie, gdy tylko przy­cho­dzą pierw­sze cie­płe dni. – Chyba jest mu z tym dobrze. Ale mar­twię się o Kasię. Ani on, ani jej matka nie potra­fią nad nią zapa­no­wać. A co u naszej mamy?

– Zapy­tam dziew­czy­nek – wyrwało się Ewie. Poczuła dys­kom­fort. Marzyła o papie­ro­sie. – Zosta­wiam jej wnuczki i ucie­kam. – Ucie­kała, a póź­niej paliła w samo­cho­dzie, choć wie­działa, że tego smrodu nie spo­sób się pozbyć.

Matka sióstr Wilk, też praw­niczka jak ojciec, stu­dencka miłość tatu­sia, poszła w kato­licki ciąg po roman­sie z komuną. Cią­gle wyba­czała cór­kom grze­chy nie­za­wi­nione, a za mał­żeń­stwo Ewy się modliła, o czym z bogo­bojną miną na pozba­wio­nej wieku pulch­nej twa­rzy wciąż pier­wo­rod­nej przy­po­mi­nała.

Anna mil­czała przez dłuż­szą chwilę, a póź­niej wypa­liła:

– Dla­czego mi nie powie­dzia­łaś?! – Nie­po­trzebne pyta­nie, cho­dziło o wła­dzę, ele­ment zasko­cze­nia i o to, żeby za wszelką cenę posta­wić na swoim oraz oka­zać się lep­szą.

Anna posta­wiła na życie zawo­dowe? Ewa jej pokaże, że można mieć rodzinę i być zawo­dową pro­fe­sjo­na­listką. Tak, „zawo­dową pro­fe­sjo­na­listką” – w czym­kol­wiek. Byle być.

– Nie roz­ma­wiamy ze sobą od dawna – ćwierk­nęła.

– Ja cie­bie tu, kurwa, nie chcę! Rozu­miesz?!

Na zewnątrz świe­ciło słońce, ale pozba­wione tego zło­tego kolo­rytu, który w tej czę­ści świata przy­nosi dopiero czer­wiec. To było zimne słońce. Czło­wie­kowi natych­miast zaczy­nało lecieć z nosa prze­zro­czy­stym, rzad­kim pły­nem, a palce, nawet w ręka­wicz­kach, prze­ni­kał chłód i zaraz potem ból. Pła­tek śniegu zawi­ro­wał gdzieś i spadł. Powie­trze było dziś cał­ko­wi­cie pozba­wione wil­goci.

Pola Łódź i Tomek Bar­giel palili papie­rosy, kuląc się jak czarne ptaki za doni­cami z jaki­miś wyjąt­kowo odpor­nymi na zimno, nie­zna­nymi im krze­wami, które two­rzyły szpa­ler przed komi­sa­ria­tem. Wokół roz­cho­dził się smród (bo nawet według nich był to smród) Che­ster­field Blue 100, zwa­nych po ame­ry­kań­sku „wię­zien­nymi faj­kami”. Były tanie, sycące, a gruby ust­nik dobrze trzy­mało się w zębach. Tomek spoj­rzał w białe niebo i jakby przez prze­korę idio­tycz­nie powie­dział:

– Kie­dyś czasy były pięk­niej­sze.

Pola wybu­chła śmie­chem i od razu zaczął dusić ją suchy kaszel.

– Nie żar­tuję sobie. Teraz trzeba być kry­mi­na­li­stą, żeby móc zapa­lić w środku. Bo oni są tacy ze-ze-ze-zestre­so­wani!

Pola prze­stała kasz­leć, a Tomek rap­tem spo­waż­niał:

– Dla­czego nie powie­dzia­łaś Annie?

– O czym? – Patrzyła na papie­rosa, który zwy­czaj­nie zgasł. Wyma­cała po kie­sze­niach parki zapal­niczkę. Była zie­lona, miała nary­so­waną gębę Nicolása Madury i napis po pol­sku, by­naj­mniej nie po hisz­pań­sku: „Zważ­cie, mamy tu nik­czem­nika”.

– Nie uprze­dzi­łaś, że jej sio­stra jest u nas.

– Nie mia­łam czasu. – Papie­ros nie chciał się od nowa roz­pa­lić.

– Kła­miesz!

Zgar­biła się, zasło­niła od wia­tru i wresz­cie się zacią­gnęła.

– Też mogłeś jej powie­dzieć.

Cisza. Tomek zro­bił krok w tył.

– Te dzie­ciaki mają na komór­kach wszystko, o czym można zama­rzyć.

Pola naj­chęt­niej wró­ci­łaby już do budynku.

Przed komi­sa­riat wyszła Ewa. Zapa­liła i, wie­dząc, że jest obser­wo­wana przez nie­życz­li­wych jej ludzi, pre­to­rian sio­stry, zwró­ciła się w ich stronę z uśmie­chem.

– Cześć – powie­działa modu­lo­wa­nym gło­sem młod­szej kobiety. Mil­czeli.

– Co? – Uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej. Było jej zimno i gdzieś głę­boko w sobie tra­ciła cier­pli­wość do tej całej szopki. Potrze­bo­wała roboty ze względu na pie­nią­dze. Koniec kropka. Ni­gdy się do tego nie przy­zna.

– Wie­cie, który papie­ros naj­le­piej sma­kuje? – zapy­tała Ewa.

– No? – Tomek miał dość tego mrozu.

– Wie­czorny. Ten po umy­ciu zębów. – Świad­czyło to o tym, że jest bun­tow­niczką czy że wie­czo­rami zasy­pia bez poca­łun­ków?

Anna pró­bo­wała nie pod­dać się fali gniewu, która ją zale­wała. Całe lata spę­dziła na tre­no­wa­niu swo­jej obo­jęt­no­ści. Uczu­cie wyja­ło­wie­nia, które w końcu do niej przy­szło, potrak­to­wała jako bło­go­sła­wień­stwo Boże.

Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy to, co czuje, to na pewno jest gniew, a nie strach? Obcy (para­dok­sal­nie bar­dziej obcy, bo zro­dzony z jed­nej macicy) wtar­gnął na jej oso­bi­ste tery­to­rium. Chore poczu­cie rywa­li­za­cji z Ewą, z czym musiała się zma­gać przez całe dzie­ciń­stwo, to jedno. Złość na nie­lo­jal­ność pro­ku­ra­tora Miko­łaj­czyka, to, że wił się pod pan­to­flem żony, która po uro­dze­niu trójki dzieci posta­no­wiła rap­tem mod­nie się „reali­zo­wać”, to dru­gie. Naj­gor­szy był nie­po­kój, że oto nie jest bez­pieczna na komi­sa­ria­cie, który stał się dla niej namiastką domu. Że jej wszyst­kie tajem­nice wyjdą na jaw, jakże banal­nie – przy auto­ma­cie do kawy.

Oczy­wi­ście, Ewa też miała swoje tajem­nice. Zaraz po matu­rze ucie­kła z domu, uprzed­nio wyj­mu­jąc z szu­flady z bie­li­zną matki plik bank­no­tów. Cudzo­ziem­ski kocha­nek, a były to jesz­cze czasy, kiedy Polki marzyły z wytę­sk­nie­niem o per­spek­ty­wicz­nych obję­ciach zagra­nicz­nia­ków, już na nią cze­kał. Nie musia­łaby nawet zabie­rać oszczęd­no­ści matki, bo chło­pak poznany na wycieczce do Kra­kowa był bogaty. Rów­nież dla­tego bie­gła do niego nasza mate­ria­listka, obec­nie sku­piona na mind­ful­ness. Syn ban­kiera z Genui, o imie­niu Donato. Przy­stoj­niak, wiel­bi­ciel blon­dy­nek i, nie­stety, jak się oka­zało, wiel­bi­ciel faszy­zmu, znacz­nie ostrzej­szego niż ten pre­zen­to­wany przez par­tię Fra­telli d’Ita­lia. Byli ze sobą dwa lata.

Dwa lata, które Ewa przed­sta­wiała jako uwi­kła­nie w sieć prze­mocy i stra­chu. Dwa lata, które skoń­czyły się tym, że ojciec Donato, Paolo, wsa­dził Ewę w samo­lot do War­szawy. Ją, luk­su­sowe ubra­nia i kopertę wypeł­nioną pie­niędzmi na otar­cie łez.

Anna patrzyła na powrót swo­jej sio­stry mar­no­traw­nej. Na jej stu­dia psy­cho­lo­giczne, pod­czas któ­rych zaszła w ciążę z pew­nym Niem­cem stu­diu­ją­cym filo­zo­fię. Miał być ślub, ale kiedy Wol­fgang wybrał się swoją czer­woną beemką do Ber­lina, aby przed­sta­wić rodzi­com sytu­ację, Ewa poro­niła. Nocna skro­banka uszko­dzo­nego płodu osta­tecz­nie otrzeź­wiła Ewę. Skoń­czyła z polo­wa­niem na face­tów, z rewe­la­cyj­nymi wyni­kami ukoń­czyła stu­dia i naj­póź­niej ze swo­ich kole­ża­nek z roku zało­żyła rodzinę. Nikt już nie pamię­tał jej prze­szło­ści, bo wtedy miej­sce czar­nej owcy zajęła Anna.

„Sze­fowa” roz­parła się wygod­nie w fotelu. Tyle tajem­nic, tyle bru­dów i nawet śmierć nie przy­nie­sie roz­grze­sze­nia. Zadzwo­niła komórka. Na wyświe­tla­czu poja­wiło się zdję­cie Darka Mroza. Uśmiech­nię­tego; z mordą posi­wia­łego psa gol­den retrie­vera, który odpo­czy­wał w obję­ciach pato­loga.

– Sły­sza­łem o two­jej sio­strze. – Z gło­śnika popły­nął głę­boki bas.

– Dobre wie­ści szybko się roz­cho­dzą. – Anna nie potra­fiła powstrzy­mać sar­ka­zmu.

– Ano – potwier­dził Darek, myśląc, że będzie chciała się wyga­dać. Anna mogła dzwo­nić do Darka ze swo­imi spra­wami w środku nocy, wie­działa o tym i dla­tego ni­gdy tego nie robiła. Tęsk­nił za nią. Bał się przy­znać, że brzy­dzi go myśl, że jesz­cze tro­chę i jedyne, co mu pozo­sta­nie, to smętne wale­nie konia albo seks ze zuży­tymi „pod­lot­kami” ze strony odloty.pl, zama­wia­nymi tak, jak zama­wia się tłu­stą, kieł­ba­sianą pizzę, wie­dząc, że zaszko­dzi i pozo­stawi w gar­dle tylko nie­smak.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki