ZAŚWIATY opowieści o nieprzemijaniu - Fedorowicz Krzysztof - ebook

ZAŚWIATY opowieści o nieprzemijaniu ebook

Fedorowicz Krzysztof

3,9

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Wielu jest winiarzy na świecie, lecz tylko niektórzy wytwarzają naprawdę dobre wina. Wielu ludzi pisze książki, lecz niewiele z nich zasługuje na przeczytanie. Krzysztof Fedorowicz od lat wytwarza świetne wina, a teraz napisał wybitną książkę. Takie rzeczy się niemal nie zdarzają (Robert Makłowicz).

 

Makłowicz ma rację. Tylko wrażliwy poeta, pisarz i winiarz mógł napisać wybitną książkę o świecie wina, który komunistycznym barbarzyńcom niemal udało się wyrzucić na śmietnik.

W swej konstrukcji Zaświaty przypominają Biegunów Olgi Tokarczuk. Książka składają się z opowieści na pozór nie związanych ze sobą, których akcja dzieje się na przestrzeni kilkuset lat, między wojną trzydziestoletnią, a współczesną pandemią. Tak jak motywem przewodnim u Tokarczuk jest ruch, tak tutaj – korzenie. Nawet, gdy czytamy o podróży do Australii – żeglujemy w głąb czasu, bohaterów i przyszłości, bo korzenie dają moc nieprzemijania.

Nie bez znaczenie jest miejsce akcji. „Ten kawałek ziemi - gdzie Odra płynąc na północ zwraca się na zachód - jest w nieco innym czasie niż pozostała część globu” – pisze Fedorowicz.

Karol Maliszewski zauważa, że Czytelnikowi pozwala się zapomnieć o podziale na niemieckie i polskie, obce i swoje, bo w tej opowieści wszystko śląskie, ludzkie, poetyckie. Erudycyjna i eseistyczna, gęsta od metafor i materii skumulowanego czasu, proza dla smakoszy dobrego wina i kunsztownego stylu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (8 ocen)
4
0
3
1
0

Popularność




Czas teraźniejszy i czas, który minął,

Razem obecne są chyba w przyszłości,

A przyszłość jest zawarta w czasie, który minął.

Jeżeli wszelki czas jest teraźniejszy wiecznie,

Niczym okupić nie daje się czas.

Co mogło było być, jest abstrakcją

I ciągle trwa jako możliwość.

Jedynie w świecie spekulacji.

Co mogło było być i to, co było,

Jeden ma kres, teraźniejszy wiecznie.

Echo stąpania dudni nam w pamięci

Przejściem, w któreśmy sami nie wchodzili nigdy,

Ku drzwiom zamkniętym, których nie otwieraliśmy nigdy,

Do różanego ogrodu. 

T. S. Eliot, Burnt Norton, tłumaczenie Czesław Miłosz

CZĘŚĆ PIERWSZA

AUGUST GREMPLER

Ciepły wiatr wpada do pokoju przez uchylone okno, unosi firanę jak żagiel. Taka jest końcówka osiemnastego stulecia: nieustający wiosenny wieczór jak kielich wina po brzegi wypełniony ukojeniem.

Puchowa kołdra jak mech przykrywa zgiełk porodu, który trwał nieco ponad pół godziny. Jeszcze zanim się ściemniło na świat przyszedł August Grempler.

Dom stoi nieopodal cmentarza świętego Jana. Maria Dorota oddycha głęboko, z ulgą. Czerwone nabiegłe krwią usta, mocne jak snop siana jasne włosy. Piersi powoli podnoszą się i opadają, jak morze. Bezkres, gładkość ciała.

Księżyc pachnie snem. Christian Friedrich do pokoju wchodzi na palcach. August jest drobny. Kropla ciała jak kropla potu na policzku Marii. Christian Friedrich wypełnia się troską. Wreszcie może położyć się, zasnąć ze schowanym pod powiekami obrazem – morza, które wyrzuciło na brzeg kroplę, nieruchomej fali i odbitego światła.

Zasypia, zasnuwa się. Poranna rosa plami buty. Idąc przez cmentarz, słyszy szmer, głuchy szept wydobywający się spod ziemi. Prawy but zatrzymuje się w powietrzu, jakby słuch miał się wyostrzyć dzięki oderwanej od podłoża nodze. Niemożliwe, myśli Grempler, i całą stopą staje w trawie, następuje na wypukłość wielkości ludzkiej dłoni.

Stopa następuje na czyjąś dłoń ukrytą pod powierzchnią piasku, a potem niesione w dłoniach nogi gwałtownie przyspieszają. Poruszają się sprężyście, pewnie. Przez głowę przebiega myśl, że do miejsca zaklętego w nazwie cmentarz pewność nie pasuje. Christian Friedrich oczami wyobraźni widzi kręgosłupy, piszczele, czaszki. Kości dłoni, po których stąpa, są jak trampolina, silniejsze od refleksji.

Cmentarz jest otoczony murem z kamienia i cegły, wzniesiony jeszcze przed lokacją miasta. Mężczyzna idzie z północy na południe, od furty do furty. Gdy wychodzi na drogę, z ulgą spogląda za siebie, i nagle, jak piorun z jasnego nieba, ogarnia go fala niepokoju. Widzi strzygi. Zgarbione postaci ludzkie, którym udało się wydostać z grobu. Zamiast palców mają szpony, stopy są krzywe, krwawią. Jakaś uboga rodzina, ojciec, matka, troje dzieci – dwoje nastolatków i raczkujące niemowlę. Nagie wychudzone ciała pokrywa brunatny nalot i czarne krosty.

Christian Friedrich woli patrzeć przed siebie. Za drogą wzgórze jak pierś leżącej na wznak Marii Doroty. Stoki równomiernie opadają we wszystkich kierunkach. Winnica dumnie pnie się krzewami przypiętymi do palików. Że August, Augustus brzmi dumnie? To imię od aury tego wzgórza.

Na szczycie powstanie niewielka, wpisana w kwadrat winiarnia. Wysokie okna otworzą widok na cztery strony świata. Wzrok skupiony na kieliszku wina wzniesie się niby latawiec i podda wiatrom. Wróci, bo piwnica zmieści zaklęte we flaszkach najlepsze roczniki. Archiwum win jest jak port, zawraca, nie pozwala daleko odejść.

August, rysując parterowy budynek, nakryje go kapeluszem. Czterospadowy dach, błyszczący czerwienią szlachetnej dachówki, zwieńczy taras. Każdy August lubi dalekie perspektywy, zwłaszcza gdy wzrok ma obejmować z rozmachem rozplanowane interesy.

Na razie wino to dodatkowe źródło dochodu. Christian Friedrich Grempler jest mydlarzem. Jego mydło, oparte na kamieniu winnym i suszonych wytłokach, jest poszukiwane przez kobiety w całej ziemi śląskiej, od Oświęcimia do Zgorzelca. Wieść niesie, że odżywia i odmładza ciało.

August – również z myślą o kobietach – stworzy sekta. Wino, dla którego wzorem jest szampan. Drobne jak śnieg bąbelki dają iluzję lekkości i elegancji.

Zanim sekt trafi na rynek, roześle darmowe egzemplarze i ankietę. Dowie się, że daje przyjemność i rozkosz, czasem – rozkosz i słodycz.

W 2020 roku August obchodzi nieprawdopodobny jubileusz dwieście dwudziestych siódmych urodzin. Po drugiej wojnie światowej stracił fortunę. Przeszłość poznaje z książek jak człowiek, który ostrożnie, małymi krokami wraca do rzeczywistości. Skupuje stare akcje swoich spółek, kolekcjonuje listy, butelki po sekcie, ryciny i fotografie. I kopie, odkopuje, wygrzebuje spod ziemi słowa i kości.

Winnica firmy Grempler &CO. Autor nieznany, początek XX wieku. Fotografia ze zbiorów Tymoteusza Sejwy.

Przy placu Matejki miasto buduje parking. Grempler ma w swoim archiwum mapę z 1812 roku z zaznaczonym cmentarzem świętojańskim. Jak przez mgłę przypomina sobie o strzygach, o których opowiadał mu ojciec. Kierując się intuicją, wykopuje szkielety z czaszkami złożonymi na klatce piersiowej.

To tak zwani pacjenci zero. Pierwsi, którzy zapadli na czarną ospę. Jeszcze żyli, gdy grabarze zakopali ich w jednej mogile. Szybko by się podusili, gdyby nie akcja ratunkowa ojca trojga dzieci – jakimś cudem ręka mężczyzny przebiła ziemię niczym źródło. Najpierw wygrzebał niemowlę, potem żonę i starsze dzieci. Półprzytomni, zataczając się, szli w kierunku domu, kiedy sąsiad jednym ruchem powalił ich na ziemię. Zaraz zjawili się grabarze i odcięli łby strzygom, by te na dobre rozstały się z życiem, dłużej nie roznosiły zarazy.

Gdy August znajduje ich w ziemi, niemowlę też ma odciętą i cienką jak papier główkę. Jak u pozostałych z odwróconą do dołu szczęką, by słońce i świat widzialny nie kusiły. Wątły szkielet leży obok szkieletu matki. Stopy skierowane na wschód. Grób jest krótki, co oznacza, że ciała pozbawiono głów przed pochówkiem. Na biodrze kobiety Grempler dostrzega wgłębienie, takie jak po uderzeniu tępym narzędziem.

Urodziny Augusta przypadają czternastego marca. W tym dniu masowo budzą się biedronki. Jest ich pełno w domach i zaraz zasiedlają nagie jeszcze pnie i pędy winorośli. Towarzyszą winnym gronom aż do winobrania, by potem wraz z winnicą zapaść w sen.

OSTATNI DZIEŃ WINOBRANIA

W roku 1859 Friedrich Seydel organizuje sześćdziesiąte szóste winobranie. Jak co roku, towarzyszy mu sto kobiet, nazywanych gwardią Seydela.

Ojciec przekazał mu kilka parceli, gdy ten ukończył dwudziesty rok życia i od tamtej pory pracuje wyłącznie na siebie, systematycznie powiększa areał. Wreszcie słynie jako właściciel czterdziestu winnic, które niczym wieniec otaczają miasto.

Zaczął od małych kawałków ziemi na Rodelandzie – gdzie w pracy mógł podglądać stryja – i w położonym nieco niżej rewirze Zuckerland. A że jego matka otrzymała jako wiano stare krzewy na Grünbergshöhe, to i tutaj gospodarował, korzystając z dobrodziejstw tłoczni oraz piwnicy, zbudowanych jeszcze przez kantora i rysownika Johannesa Nippe.

Apetyt Friedricha rósł, pochłaniał kolejne uprawy, kupując je od wdów i spadkobierców winiarzy, którzy nie mieli dość umiejętności, ambicji i samozaparcia. Trzeba wiedzieć, że wino samo nie rośnie. Seydelowie przekonywali się o tym od dziecka. W rygory systematycznej pracy wprowadzają rodzice, wiedza wyssana z mlekiem matki jest najwięcej warta.

Jednak czterdzieści rozrzuconych winnic to czyste szaleństwo. Każda inna, wymagająca osobnych zabiegów i przeglądów. Wszędzie trzeba być naraz, wszystkich doglądać, w okresie wegetacji wszystkie tak samo domagają się pielęgnacji, w zasadzie bez przerwy. Na szczęście Friedrich miłość do wina łączy z miłością do koni. Porusza się wierzchowcem, czasem w pojedynkę, czasem z synem, najczęściej jednak właśnie z grupą kobiet.

Według dzisiejszej miary, droga szlakiem jego upraw liczy przeszło dwadzieścia cztery kilometry. A trzeba wiedzieć, że w 1807 roku Grünberg podzielono na trzynaście okręgów winiarskich – rozciągających się ze wschodu na północ, z północy na zachód, z zachodu na południe i z południa na wschód. Z tym że nie był to regularny kwadrat, raczej wspomniany wieniec.

Plantacje zbliżały się do śródmieścia wszędzie na tyle, na ile pozwalała zabudowa. Nie rosły w oddaleniu od średniowiecznych murów i bram, za parkiem czy plantami. Latorośl wchodziła na podwórka, wspinała się na mury kamienic. Parcele wina stanowiły naturalne ogrody, czasem niewielkie, a czasem kilku albo kilkunastohektarowe – jeśli znów użyć współczesnej miary, bo wtedy nikt nie znał kilometra czy hektara. Zbiory przeliczano na ćwierci, wino na wiadra, a miarę długości stanowiła stopa. Więc na początku dziewiętnastego wieku – podobnie zresztą jeszcze sto lat później – na terenie Grünberga rosło dwa tysiące dwieście winnic, zajmujących siedemset hektarów.

A.D. 1859. Seydel ze swoją gwardią przystępuje do ataku już piątego września, by ostatnie owoce zebrać z krzaków po niemal sześciu tygodniach. Ostatni dzień winobrania jest ostatnim dniem życia Johanna Friedricha Seydela.

Czternastego października osiemdziesięciopięcioletni Fryc budzi się u boku Esel. Dużo przymiotników: dwa razy młodsza, zwinna, gładka, inteligentna. Lewą pierś przyciska swoim ciałem, prawą ściska w dłoni, całując, ssąc i lekko gryząc sutek. Ten tężeje, ciemnobrązowy, prawie czarny, zamieniając się w fragment skały. Gryź – szepcze ona – mocniej, żeby zabolało. Kiedy Fryc jest gotowy, ona chce by wciąż jej dotykał. Bierze jego dłoń i kciuk kładzie na waginie. Lubi znajdować pod palcami jej kształt i słuchać przyspieszonego oddechu, wprost do ucha. Zaraz jego usta są między ciepłymi nogami, spija sok, który dreszczem wystrzeliwuje z jej ciała. Ten dreszcz, jak delikatne wyładowania elektryczne znajduje też ustami gdzieś na szczycie a może u dołu tego gorącego, okrytego ciepłem soczystego owocu róży. Friedrich za każdym razem nie może się nadziwić ekspresji ciała, które zdaje się nie istnieć bez drugiego. Przez ten rok uzależnił się od niej, od jej słów, zapachu, wnętrza, które jest bramą, kształtu, który jest na kształt otwarty. W zasadzie on nie bardzo pojmuje, co się z nim w takich chwilach dzieje, ona zresztą też nie, potem zaś tylko wzrusza ramionami. Esel przekracza jego wyobraźnię, czego kulminacją nie jest huk podobny burzy, ale jakiś rodzaj błądzącej w przestworzach, w ramionach Drogi Mlecznej, nieważkości umysłu. Biel ciemnych ud, opór i uległość piersi, które budzą się w jego dłoniach, znajomy zapach potęgujący pragnienie i czułość, pożądanie i moc. Friedrich – szepcze ona, oddychając coraz szybciej. Tuż-tuż Friedricha, który patrzy, jak Esel szybuje, płynie na wietrze. Wysoko nad ziemią, wniebowzięta i tutaj raczej nieobecna, już bliżej tam niż tutaj, tej ziemi. Czemu śmierć nie jest takim stanem, lecz sprawia ból, co nieraz trwa miesiące albo lata, a czasem przebiega gwałtownie jak dreszcz. Więc Esel już prawie odchodzi tam, skąd nie ma szans powrotu, jak latawiec, który zerwał się ze sznurka. A jednak ta kobieta zdaje się kontrolować ten lot, pełna skupienia i powagi. Nie uśmiecha się w takich chwilach. Fryc ma obawy, że jego uśmiech jej przeszkodzi, wyrwie z patrzenia w dal, zapatrzenia w to miejsce, gdzie ziemia łączy się z niebem. Więc pozwala płynąć, delikatnie ją kołysze, unosi w dłoniach. Ona potrafi tak długo, gdy nagle fale są wyższe, nie pozwalają zaczerpnąć powietrza. Esel lewą dłonią, która jest obok prawego ramienia – tak że łokieć ma nad głową – szuka jego dłoni, i ściska ją gwałtownie. Friedrich zatrzymuje się, pozwala jej zapaść się, zapomnieć. W takiej chwili ciało Esel przypomina kamień rzucony do jeziora Tschetsch, Tschetsch See. Długo, w zwolnionym tempie spada w przejrzystej wodzie, zanim nie zatrzyma się na piaszczystym dnie. Osiada i zastyga, lekko skurczona z białymi kolanami przy białych łokciach, które budzą czułość, troskę, tak że chciałby ocalić je na zawsze, przed upływającym czasem, przed przyszłością i przeszłością, przed śmiercią, przed dzisiejszym dniem. Ale ona znów się porusza. Wraca do świata żywych, zaczyna miłość od nowa. Potem nieruchomieją oboje. On wsparty ciałem o jej plecy, albo ona o jego, albo na boku i przodem do siebie, obejmując się jeszcze dłońmi i stopami.

Słońce wstaje w momencie, kiedy Friedrich rozpala w piecu. Zaraz opiera plecy o kafle, szukając ciepła, niecierpliwie, bo ogień dopiero zajmuje drewno. Akacja pęka, trzaska i strzela, szumi jak strumień. Języki ognia jak wiatr – myśli Seydel – żywioły wieszczą życie albo zagładę. Odsuwa się od pieca, gdy ciemny sweter przypala się na wysokości ramienia. Jasne drewno pokrywa się białym nalotem niemal identycznym jak trawa po mroźnej nocy. „Czuję smród włosia, ale nie czuję gorąca. Wszystko jest kwestią czasu i wieku. Ostatnio chłód i wilgoć szybko zagnieżdża się w kościach, zimując w nich od jesieni do słonecznych dni wiosny”. Z radością przygląda się proporcjom Esel. Ona jest jak dzieło geniusza architektury. Wysokie czoło, silne ramiona. Długie rzęsy i gęste brwi przeciwstawią się śniegom. Płynne linie, co łączą części ciała w jeden kształt bez końca i początku, bo wracając do jednego punktu, na przykład małego palca u lewej ręki trudno na tym poprzestać. Tak, domeną Esel jest nieskończoność. Poznał ją na bożonarodzeniowym jarmarku, w połowie grudnia ubiegłego roku. W grupie tureckich kupców sprzedawała przyprawy. Wziął pieprz i kminek. Gdy płacił, jej źrenice gwałtownie się powiększyły i pociemniały. I od tej pory Esel nie odstępuje Friedricha, jakby miała jakieś tajemne zadanie.

Na śniadanie gotowane jaja, chleb, masło. Friedrich otwiera okno, by ręką dać znać, że zaraz zejdzie. Mężczyźni ładują na wozy kadzie i wiadra. Winobraniowy dzień zaczyna się i domyka na Berlinerstraße, na tym podwórku. Z lewej dom, z prawej tłocznia z prasą, a pod budynkami rozległe piwnice, które łączy przestronny korytarz, taki na szerokość beczki.

Seydel stojąc przy wozie oczami wyobraźni wyznacza wszystkie stacje, robi trasę dzisiejszej wyprawy. Właśnie: zatoczy koło wokół miasta, czy pójdzie śladem nieregularnego wieńca złożonego z pędów winorośli?

Podnosi z ziemi kawałek łozy i rysuje na piasku. Najpierw pójdzie na północ. Kierunki świata nie są tu bez znaczenia. Kalkuluje, że na początku lepiej odwrócić się do ściany: zacząć od ciemnej i chłodnej północy, by potem głowę skierować na wschód i południe. Ostatni zastrzyk energii pojawi się wraz z czerwonym zachodem słońca w winnicy w kwartale upraw określanych imieniem Linde.

Dziś zbiór weißburgundera, ostatniej odmiany. Owoce są teraz żółte, czasem pokryte miodowym nalotem, a jeszcze dwa tygodnie temu były zielone i twarde jak groch. Nie ma co czekać, jeśli wino ma wabić subtelnym aromatem, nienachalnie, tak by oczarować. Bo Seydel takie właśnie stawia przed nim zadanie: dać rozkosz zmysłom i przekonać do piękna. Abstrakcyjnego i konkretnego. Istniejącego w dziewięćdziesięciu procentach w tym co ulotne i subiektywne. Takiego co pozostawia spore pole wyobraźni, prowadząc jednak do kształtu. Kształtu ud Esel czy ziemi pod stopą na wzgórzu o nazwie Schillerhöhe. Albo struktury tego tu piasku, po którym długim patykiem z drzewa wiśniowego rysuje trasę marszruty.

Najpierw więc cygańska karawana winiarza i stu winiarek idzie Berlinerstraße, by za ratuszem skręcić w lewo. Jeśli w domu kuchenny zegar tyka na północnej ścianie, dwunasta wyznacza rzeczoną północ. Ósma rano, idziemy do dwunastej. Na mapie Reichela z 1807 roku szósty okręg winiarski, winnice o połyskującej nazwie Goldene Krone. Teren delikatnie opada, zatrzymuje się na dłużej na płaskiej i urodzajnej półce z gliny i rudy darniowej, osłoniętej od wiatrów, szczelnie porośniętej krzewami winnymi, co jakiś czas oddzielonymi od siebie pasami drzew owocowych.

Słychać tylko ciszę, szczękanie nożyczek ścinających grona i głuchy dźwięk owoców nurkujących w wiadrach. Zalec w trawie, nie ruszać się, zostać, zemrzeć. Zamienić się w źdźbło trawy, biedronkę o niezbyt zdecydowanych ruchach, takich, że nawet jak z trudem wzniesie się na krótki moment w powietrze, to zdaje się, że leci do tyłu. Cofa czas, a przynajmniej taśmę, przestrzeń, a przynajmniej nie przyspiesza.

Gęsta siatka domów i ulic, potem drzewa owocowe, potem winnice, wieniec winnic. O dłuższych bokach od wschodu i południa, gdzie ziemia się urywa, spada. Strome stoki mniej więcej od Grünbergshöhe w południowo-wschodniej części miasta przez Schillerhöhe, gdzie skłony na kilku planach, wyżej i niżej, bliżej i dalej, bo tutaj ziemia zdaje się być w ruchu. Dalej Hohenberg albo Hohnberg, urwiste wzgórze tak w kierunku południowym, północnym, zachodnim i wschodnim, od czego może zakręcić się w głowie, jeśli szybko – w jednej chwili – spróbujesz objąć cały świat jedną migawką spojrzenia. Stąd daleko polecisz w kierunku południowym – rozbijając się dopiero o góry – i po rzekę, która swoją masą wyryła głęboką dolinę od północy. Od Hohnberg – któż nie lubi wyzwania w postaci zbitki spółgłosek – pasmo wzgórz wygina się lekko na północny zachód, by w pewnym momencie znów spojrzeć na południowy wschód i południe masywem Koscheberg albo Kascheberg z dwunastohektarową połacią winnic i winiarnią. I dalej na zachód ziemia niebezpiecznie się podnosi, perspektywy coraz dalsze, tak że łatwo zatracić tu i teraz, wyjść przed szereg albo wręcz przed siebie, i tak aż po Meiseberg, górę sikorek, najwyższą pośród wszystkich. I skąd wreszcie ziemia urywa się także w kierunku zachodnim.

Południowa granica miasta jest najwyżej. Kulminacje wzgórz i dalekich perspektyw. Wieże, tarasy widokowe wycinają, wypiętrzają przybywających tutaj ludzi z otaczającego świata, z tamtego świata, stamtąd, gdzie zlewają się w masę, jedność, gdzie grzęzną. Wyciągając jednostkę z roju żab, wywyższają ją, skazują na samotność ptasiej perspektywy. Karmią złudzeniem wolności i ucieczki. Tak, Friedrich ma w ustach ten smak, kusi go status zbiega. Wyznaczył trasę wokół miasta, które pozostaje na środku stołu jak tort albo jakiś lunapark i w istocie mało go obchodzi. Ciekawsze są oczywiście obrzeża, antypody. Stąd można wrócić na Berlinerstraße, albo i nie wrócić.

Friedrich jedynie myślą wybiega na przód, na południe. Na razie jak ta biedronka – która więcej cofa się niż posuwa w swym locie do przodu – wciąż pozostaje na Goldene Krone. Na północy, na godzinie dwunastej, głową do ściany. Niewielkie pagórki, a przed nim – jeszcze dalej na północ – szeroka dolina. Mniej więcej stąd, z tego progu skoczni niezbyt mocno wyniesionej nad okolicę, teren łagodnie opada ku rzece, by na wprost ukazać się grzbietem wynurzającego się suma. To wzgórze jest na wschód od Lansitz. Pokryte winnicami i tak samo dobrze widoczne z Grünbergshöhe – tylko stąd jest bliżej, i większe, osobne. Rzeźba pagóra – tak właśnie: długi grzbiet suma – odznacza się w krajobrazie jak pieczęć. W uformowanej przez lodowiec plastycznej przestrzeni, pełnej czarnych plam, szarości i światła.

Goldene Krone to winnice w trójkącie między prowadzącymi ze środka miasta drogami w kierunku Lansitz i Rothenburga. Pierwsza z nich na północy, na dwunastej, druga na północnym zachodzie – na tarczy miasta między dziesiątą i jedenastą. I tam bliżej zachodu krzewy winogron dużymi stadami przekraczają linię drogi, pasą się po drugiej stronie. Lecz Seydel z Goldene Krone zwróci się na wschód. Dobrze widać to na mapie i w głowie Friedricha, którego stopy przebyły tę drogę wiele razy i przebywają właśnie sześćdziesiąty szósty rok z rzędu.

Chodzi boso, więc tym lepiej nogi przekazują głowie informacje o kształcie Grünberga. Mimo słusznego wieku wciąż jest spragniony bezpośredniego kontaktu z piaskiem, spękaną gliną i żwirem. Nierówności przechylają korpus to na wschód, to na zachód, północ i południe, a ile razy w którym kierunku, trudno zliczyć. Na pewno można to uznać za rodzaj gimnastyki umysłu i pamięci. Wchodząc w bezpośredni kontakt z naturą, przede wszystkim z żywiołem ziemi i powietrza, ale też słońcem i potokiem Maugscht, integruje się z konkretnym kosmicznym miejscem. Przestrzenią zamkniętą w wieńcu winnic i wychodzącą z niego. Świat Seydela jest tym tutaj, tym tu. Grünberg jest osobną planetą z sosnowymi dolinami północy, bezkresem wschodu, ciepłą atlantycką zimą i stromym brzegiem śródziemnomorza. Można chcieć więcej? Może jeszcze Esel, której kształt zaprasza do tak samo cielesnej i duchowej podróży. Tak samo opartej na wzroku, smaku, zapachu, dotyku. O czym wiedzą najlepiej, gdy kochają się w ciemności.

Maugscht, Maugscht Berg, maugschtberger. Spółgłoski. Nazwa tak samo szeleszcząca w Maukisch, Mauckich, Maucksch, które Adam zapisał w kronice. Maugschtberger to wino niemal wyłącznie z böhmischera, czyli pinot noir, ale Friedrich przyszedł po weiβburgundera. Jedyny cel dzisiejszej podróży po antypodach miasta-winnicy. Stok w kierunku północ południe mierzy jakieś dwieście metrów i dość stromo opada do rzeczki. Z kolei na osi wschód zachód ma jakieś sześć kilometrów. Jest szeroki, rozłożysty jak dąb. Biegnie od tej drogi na dwunastą, tej na Lasnitz aż do szosy prowadzącej na północny wschód, czyli na godzinę pierwszą, do Küchnau, i to dopiero jest jego połowa. Maugscht Berg, gdzie majaczy sylwetka Friedricha, jest w środku. Prawe ramię wzniesione na zachód, lewą dłoń kładzie na ciepłym, piaszczystym grzbiecie o nazwie Patzgall, części tego samego pasma, tylko po wschodniej stronie drogi na Küchnau.

Północ, wschód, południe, zachód: tak 14 października 1859 roku, w ostatnim dniu życia obraca się ciało Johanna Friedricha Seydela. Jakby mechanicznie i na pamięć, ale zupełnie nie tak: z niebywałą świadomością korzeni, które w przypadku wina i człowieka właśnie tutaj, nad potokiem Maugscht, wrastają najgłębiej, sięgając jądra świata.

ŻYWOT KORZENI

CZĘŚĆ DRUGA

SZUM

PIACHY I POCHYŁOŚCI

FÖRSTERLAND

DZIENNIK ADAMA SEYDELA

SIŁA KORZENI

DRZEWO

CZĘŚĆ TRZECIA

KALLESKE

HOC EST ENIM CORPUS MEUM

HILL OF GRACE

LUSTRO

KARABIN

ZAKOLE ODRY

HOC ERAT IN VOTIS

NASZ ZAPRZĘG JECHAŁ POWOLI

ŚLADY

ZAPACH JESIENI

WINOBRANIE

CZĘŚĆ CZWARTA

VLASTA VESNA

CZĘŚĆ PIĄTA

CZASY SIĘ MIESZAJĄ

STAN WOJENNY

KALORYFER I KATEDRA

ALEJA

I AM WHAT I DO

MOSTY

KONIEC ROKU

POST SCRIPTUM

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.