35 osób interesuje się tą książką

Opis

Mistrz kryminału retro powraca!

Kwiecień roku 1922. Zaginięcie ośmiolatki zakłóca codzienną pracę policji w Poznaniu. Mogłoby się wydawać, że dziewczynka wręcz rozpłynęła się w powietrzu w środku dnia. W tym samym czasie podkomisarz Antoni Fischer zajmuje się sprawą pewnego tajemniczego morderstwa.

Do Fischera trafia matka zaginionej. Kobieta mówi, że przysłała ją Greta – trzynastolatka, którą kilka lat temu policjant przygarnął z sierocińca i traktował jak własną córkę. Zdaniem Grety tylko Fischer może odnaleźć ośmioletnią Zosię.

Podkomisarz nie ma wyjścia i postanawia zaangażować się w sprawę. Nie tylko chce odnaleźć dziewczynkę, ale również wytropić i ukarać winnych. Rozpoczyna się niebezpieczna walka z czasem.

Czy sprawa zaginięcia Zosi i sutenerski biznes działający w Poznaniu, z którego korzystają wysocy rangą funkcjonariusze, mogą być ze sobą powiązane?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 566

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 38 min

Lektor: Grzegorz Wons

Popularność


 

 

 

 

Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Beata Mes

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Korekta: Katarzyna Smardzewska i Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Fotografia na okładce: © CollaborationJS | Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66553-50-7

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Wtorek

4 kwietnia 1922 roku

 

Godzina 10.15 przed południem

 

Rudy pies siedział koło śmietnika i uważnie obserwował podwórko. Ale niewiele się działo, bo i co mogło się dziać w takim ponurym miejscu, otoczonym z czterech stron szarymi, odrapanymi ścianami czynszówek. Gdyby podwórko było przechodnie, to co innego. Ruch byłby jak na ulicy, bo wiadomo, że niektórzy ludzie bardziej niż szerokimi chodnikami wolą przemykać w tych miejscach, w których niezbyt rzucają się w oczy. Tu jednak, gdy weszło się bramą od ulicy Poznańskiej, można było co najwyżej dostać się do jednej z trzech oficyn, w których o tej porze życie toczyło się utartym, dość leniwym rytmem.

Dopiero co stara Maryniakowa wywiesiła pierwsze dziś pranie na wieszaku koło śmietnika. Będzie tak wieszać jeszcze z pięć albo i sześć razy. Za jakieś dwie godziny, gdy szmaty obeschną, na sznur rozciągnięty między dwoma ramami z drewna trafi kolejna porcja pocerowanych i pozszywanych ręczników, prześcieradeł, poszew, poszewek, gaci, kalesonów i koszul. A tam na górze, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią, synowa z trzema córkami i przywołaną jeszcze do pomocy jej siostrą, mieszkającą dwie przecznice stąd, na Kościelnej, znów wezmą się za pranie na tarce w mydlinach, potem gotowanie w wodzie z krochmalem, a na koniec wyżymanie.

Takie pranie robione raz na dwa tygodnie dla całej ośmioosobowej rodziny było nie w kij dmuchał. Roboty na cały dzień, a później jeszcze dwa albo i trzy dni prasowania. No ale jak kto miał pełno dzieciaków, a ojciec rodziny nie zarabiał stale, lecz dorywczo, przy rozładunku na dworcu towarowym, to pieniądze, które przynosił, starczały ledwo na jedzenie. Na pranie i krochmalenie w maglu stać było tylko lepiej sytuowanych. Ci, którzy mieszkali w oficynach, musieli sobie radzić sami.

Szewc Wilhelm Bartosik, którego żona zmarła trzy lata temu na hiszpankę, sam nie wyprałby nawet chusteczki do nosa, więc swoje brudy oddawał do sąsiadki z drugiego piętra. Majewska prała samotnym panom, a prócz tego jeszcze gotowała dla nich smaczne, domowe obiady. Szewc miał więc wolną głowę od trosk aprowizacyjnych i opierunkowych i mógł ze spokojem oddawać się swojemu ulubionemu zajęciu – popijaniu wódki podczas pracy w warsztacie. Otworzył go już dwie godziny temu i z jego sutereny w lewej oficynie słychać było co chwilę rytmiczne uderzenia młotka. Po zimie trzeba było podzelować sporo znoszonych butów, żeby mogły jeszcze trochę posłużyć ich właścicielom. Jak zawsze po tym, jak śniegi spłynęły z ulic i chodników, dla Bartosika zaczynał się czas wytężonej pracy. Dzisiaj zdążył już obsłużyć trzech klientów, a czwarty właśnie przemierzał podwórko szybkim i zdecydowanym krokiem. Mężczyzna w wieku może czterdziestu lat, w wytartym paltocie, z niestarannie ostrzyżoną brodą i długimi wąsami, na głowie miał lekko sfatygowany kapelusz w stylu angielskim, z niewielkim okrągłym rondem i płaskim denkiem. Był dobrze zbudowany, w ramionach szeroki jak atleta. Pod pachą trzymał paczkę sporządzoną z gazety owiniętej konopnym sznurkiem. Wewnątrz musiały być sfatygowane trzewiki, bo co innego mógłby nieść do szewca.

Pies na jego widok zawarczał cicho i wcisnął się w kąt. Widać wolał zachować dystans. Pewnie już nieraz zarobił kopniaka od człowieka, do którego podszedł zbyt blisko.

Mężczyzna, przechodząc koło szeroko otwartych drzwi prowadzących na klatkę schodową do lewej oficyny, przystanął na moment. Jego spojrzenie zatrzymało się na drobnej, szczupłej postaci dziewczynki, ubranej w granatową kieckę i wełniany, robiony na grubych drutach brązowy sweterek.

Uśmiechnął się do niej, a uśmiech miał całkiem sympatyczny. Ona odpowiedziała niepewnym grymasem, za którym kryła się ostrożność połączona z nieufnością.

– A panienka nie w szkole? – zapytał takim tonem, jakby rzeczywiście się dziwił.

Pokręciła szybko głową.

– Nie można do szkoły, bo mama gorączkuje. Ktoś jej musi wodę podawać i kompresy robić. – Jakby dla uwiarygodnienia tego, co powiedziała, wskazała na aluminiowe wiaderko. – Muszę wody przynieść.

– To czemu panienka nie niesiesz?

– Bo nie idzie odkręcić kurka. Ktoś mocno zakręcił.

Mężczyzna rozejrzał się po podwórku. Kran był na ścianie oficyny naprzeciwko.

– Chodź, pomogę ci.

Dziewczynka chwyciła za rączkę wiadra i pobiegła do kranu. Nim brodacz podszedł, ona już zdążyła podstawić kubełek.

– A zakręcić dasz radę? – zapytał, odkręcając kurek. Woda polała się raźnym strumieniem. Pies natychmiast się ożywił i wyszedł ze swojego ukrycia. Ostrożnie, krok za krokiem, zaczął zbliżać się do wiadra.

– Co mam nie dać rady? Zakręcić to nietrudne zbytnio.

Znowu się do niej uśmiechnął, a potem sięgnął do kieszeni i wydobył metalowe, okrągłe pudełko. Otworzył wieczko i podsunął otwartą puszeczkę w kierunku dziewczynki.

– Weź se kilka.

– O, kanoldy! – ucieszyła się.

– No, kwaskowe – potwierdził.

Wzięła w palce trzy landrynki, jedną natychmiast wsunęła do buzi, a pozostałe schowała do kieszeni sukienki.

– Pan je cukierki? – zdziwiła się.

– A co to, nie można cukierków jeść? – spytał, robiąc przy tym śmieszną minę, taką jak to w cyrku klowni mają w zwyczaju robić, gdy chcą rozśmieszyć publikę.

– Hi, hi! – Udało mu się ją rozbawić. – Można, ino że panowie to raczej palą cygara i piją wódkę.

– Taki ze mnie pan, że wolę bombony. A kanoldy najlepsze.

– Prawda – potwierdziła, wkładając kolejnego cukierka do buzi.

– Jak się nazywasz? – zapytał, patrząc w jej zielone oczy.

– Zosia Węgorkówna.

– Do widzenia, Zosiu. Nic się nie martw. Mama będzie zdrowa, tylko się nią opiekuj!

– Dziękuję! – powiedziała trochę zbyt głośno i zaraz się odwróciła, bo usłyszała, że woda przelewa się przez krawędzie wiadra. Chciała zakręcić kurek, ale zobaczyła, że rudy pies zaczął chłeptać kranówkę, która zebrała się w niewielkim kamiennym korycie. Uśmiechnęła się.

– Pij se, Rudy, na zdrowie!

Zwierzak zastrzygł uszami, ale nie przestał pić. Widać był bardzo spragniony. Gdy koryto wypełniło się już po brzegi, zakręciła kran. Teraz koty, psy i gołębie będą mogły pić tu do woli.

Rozejrzała się po podwórku, ale tego miłego pana nigdzie nie było już widać. Zostawiła więc na chwilę wiadro i poszła rozejrzeć się w pobliże warsztatu szewskiego. Może gdy będzie stamtąd wychodził, jeszcze przez chwilę porozmawiają. No i może da jej kolejnego cukierka? Wydobyła z kieszeni ostatnią landrynkę, która zrobiła się już trochę wilgotna. Włożyła cukierka do ust i z rozkoszy aż zamknęła oczy. Rzeczywiście, te kwaśne kanoldy były najlepsze. Smakowały jak nic na świecie.

Naraz jej spojrzenie powędrowało ku jasnej smudze światła, która wlewała się wprost z ulicy do ciemnej bramy przez szparę w osadzonej w niej furtce. Widać ostatnia wchodząca osoba musiała zostawić ją niedomkniętą.

– A może by tak wyjrzeć na zewnątrz i popatrzyć, co się tam dzieje? – powiedziała Zosia sama do siebie. Pies chyba zrozumiał, w czym rzecz, bo ruszył przodem. Po chwili zgrabnie przecisnął się przez szparę i zniknął. Dziewczynka poszła za nim. Chwyciła klamkę i pociągnęła do siebie. Od razu zalał ją ostry strumień jasności. Przymrużywszy oczy, wyszła na chodnik. Spojrzała w prawo, potem w lewo… Nic ciekawego się nie działo. Już chciała zawrócić, gdy naraz dostrzegła dorożkę, którą ciągnęła srokata szkapa. Postanowiła więc poczekać jeszcze chwilkę, by popatrzeć sobie na konia. Bardzo lubiła zwierzęta. Rudy pies, który wysikał się pod bramą naprzeciwko, teraz wrócił do niej i usiadł przy jej nodze. Jego chyba też zainteresowała ta dorożka. Gdy się zbliżyła, zawarczał złowrogo, obnażając kły. Zosia spojrzała na niego zdumiona i zaraz położyła mu rękę na głowie.

– Cicho, głupi. Przecież to zwykła drynda.

Przestał warczeć, uspokojony delikatnym drapaniem za uchem.

Dryndziarz ubrany w gruby wojskowy szynel ściągnął lejce ku sobie.

– Prrr! Stój, stara! – zawołał, a szkapa posłusznie stanęła w miejscu.

Spod budy wychyliła się jakaś postać. Młoda, porządnie ubrana kobieta, w modnym kapeluszu o niewielkim rondzie, obrzuciła dziewczynkę ciekawym spojrzeniem. Na jej ustach natychmiast pojawił się uśmiech. Zosia od razu poczuła do niej sympatię.

– Lubisz cukierki? – zapytała kobieta i wyciągnęła w jej kierunku metalowe pudełko. Natychmiast je rozpoznała. Takie samo jak to, które miał tamten pan z podwórka. Przełknęła szybko ślinę. W ustach cały czas miała jeszcze ten cudowny kwaśny smak.

– No chodź, mała. Weź sobie kilka. Weź, ja mam ich dużo.

Pies znowu zawarczał ostrzegawczo, ale Zosia nie zwróciła na to uwagi. Śmiało podeszła do dorożki i wyciągnęła rękę w górę. Pudełko było zbyt wysoko.

– Podsadzę cię, bo żeś jest za mała. – Usłyszała męski głos za swoimi plecami. Silne dłonie chwyciły ją pod pachy i uniosły w górę. Poczuła silny zapach landrynek.

– O, chyba się trochę usmarkałaś – powiedziała do niej ta miła pani i przyłożyła jej do nosa chusteczkę. Dziewczynka poczuła, że wszystko wokół zaczyna wirować, a obrazy rozpływają się i zlewają w jedną szarą masę.

Dlaczego ten Rudy tak szczeka? zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim zamknęły się nad nią ciemności.

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

 

Środa

5 kwietnia

 

Godzina 3.30 w nocy

 

Na pustym, kiepsko oświetlonym trakcie słychać było stukot podkutych butów. Metaliczny dźwięk odbijał się od sprawiających ponure wrażenie, ciemnolicych ścian kamienic, wspinał na dachy i niknął w ciemnościach chłodnej nocy. Mężczyzna przystanął i obejrzał się za siebie, ale nikogo nie dostrzegł. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej papierosa. Przez chwilę walczył z nieco zawilgotniałymi zapałkami, ale w końcu udało mu się zapalić. W jasnym płomieniu widać było okrągłą twarz, ozdobioną krótko przyciętym wąsem, przypominającym swoim wyglądem ryżową szczotkę. Zaraz jednak płomień zgasł i przechodnia znów skryła ciemność.

Wąsacz, zaciągnąwszy się głęboko, wpuścił dym nosem, a potem rozejrzał się wokół. Na ulicy nic się nie działo. Najmniejszego ruchu, żadnych odgłosów kroków na kamiennym trotuarze czy turkotu kół na brukowanej jezdni. Widać mleczarze, którzy swój towar rozwozili najwcześniej, jeszcze grzali tyłki pod grubymi pierzynami. Bo i komu by się chciało wstawać tak wcześnie, zwłaszcza że na dworze, mimo że był to już kwiecień, cały czas czuć było zimowy chłód, a na nadwarciańskich łąkach gdzieniegdzie leżały jeszcze śnieżne poduchy.

Pewnie mi się zdawało, pomyślał i wzruszywszy ramionami, poszedł przed siebie, w kierunku Starego Rynku. Kto by tam chciał za mną iść? próbował racjonalnie wytłumaczyć swoje lęki, które przecież nie mogły być prawdziwe. Któż by się interesował takim człowiekiem jak on? Był co prawda dobrze odziany, ale odzienie to jeszcze nie powód, żeby ktoś za nim szedł. A o tym, że ma pieniądze z zaliczki za jutrzejszą transakcję w kieszeni, dość sporo pieniędzy, nie wiedział nikt oprócz niego. No może jeszcze prócz tej małej Francuzeczki…

Gdzieś w oddali, od strony Wielkich Garbar, a może jeszcze dalej, od nadrzecznego Chwaliszewa, poniosło się ujadanie psa. Upiorne wycie skończyło się naraz, tak jakby ktoś wyjące zwierzę nagle pozbawił życia.

Poczuł, że po karku i dalej w dół, między łopatkami, spływa mu zimna kropla potu. Plecy przeszył dreszcz. Właściwie to człowiek niczego nie mógł być tak do końca pewny. Dlatego jeszcze raz się odwrócił. Nic. Cisza. A to stukotanie butów to pewnie od jego własnych zelówek. Echo się niesie po pustej ulicy, bo o tej porze wszyscy normalni ludzie śpią. Nawet zziębnięte kurwy uliczne już poszły do domu. Tylko on nie spał, bo miał ważniejsze sprawy na głowie.

Wracał z pewnego przybytku przy Wielkich Garbarach, gdzie wydał sporo pieniędzy, ale za to napił się pierwszorzędnego szampana i do tego jeszcze zaznał rozkoszy w ramionach pewnej niezwykle pięknej kruczowłosej panny o niecodziennym imieniu Monique. Musiała być chyba Francuzką, bo na francuskiej miłości znała się jak mało kto. Dlatego, gdy już było po wszystkim, wyjął z kieszeni swój gruby portfel i bez większych ceregieli wydobył z niego plik banknotów, każdy o nominale dziesięciu tysięcy marek polskich. Fachowość trzeba doceniać, pomyślał, odliczając pięć banknotów i kładąc pieniądze na łóżku. Dziewczyna, dostrzegłszy tę fortunę, aż zapiszczała z radości.

– O kurwa! – jęknęła na widok pieniędzy wcale nie po francusku, a jej gość uśmiechnął się zadowolony.

– Dzisiaj jest szczęśliwy dzień, mój ptaszku. Proszę, oto twoja nagroda. Voilà! – Zwinąwszy pieniądze, podał je dziewczynie. Ta usiadła koło niego na łóżku, prawą ręką chwyciła banknoty i włożyła je szybko za gorset, a lewą położyła na jego kroczu. Uśmiechnął się radośnie, chwycił tę drobną dłoń i ucałował z gracją. Zostałby chętnie, ale niestety musiał wrócić do hotelu, żeby się jeszcze trochę przespać.

– Wiesz, Monique – mówił powoli, starannie dobierając słowa, bo język mu się trochę plątał. – Człowiek całe życie robi jak głupi, a prawdziwe bogactwo jest na wyciągnięcie ręki. O, widzisz? – Wskazał na swój portfel. – Jak człowiek ma łeb nie od parady, to wie, jak się zakręcić i ot tak – pstryknął palcami – raz-dwa fortuna w kieszeni

Postukał palcem w portfel i wsadził go do kieszeni marynarki.

– Ale po co ja ci to wszystko powiadam, jak ty nic po ludzku nie rozumiesz. No, rozumiesz, co mówię?

Dziewczyna pokręciła głową.

– Oui, oui, oui! Je t’aime.

– Tem-srem! Nie mogą te żabojady gadać po naszemu? – stwierdził, wstając, gotowy do wyjścia. Założył na głowę kapelusz i uśmiechnąwszy się do dziewczyny, wyszedł z pokoju.

Madame Alouette, korpulentna właścicielka ekskluzywnego domu dla panów, poderwała się z kanapy, gdy wkroczył do urządzonego z krzykliwym przepychem salonu. Z udawaną skromnością zasłoniła zwiewnym, czerwonym szlafrokiem swoje wielkie piersi, nie na tyle jednak szczelnie, by zakryć przed podpitym gościem wszystkie swoje wdzięki. Burdelmama znała się na swojej robocie, więc dobrze wiedziała, że gość, który właśnie skończył zabawę, może się jeszcze skusić na dodatkową rozrywkę, jeśli mu się tylko umiejętnie podsunie odpowiedni towar. A pełne, okrągłe cycki madame Alouette były specjałem, o którym niejeden szanowany mieszkaniec Poznania śnił po nocach, leżąc obok swojej kościstej małżonki.

– Chyba nie chce już nas pan opuścić, drogi… – Spojrzała uważnie na gościa, starając się w miarę trafnie ocenić jego profesję. Garnitur z dobrej wełny, lśniące czarne buty za kostkę i modny kapelusz, który trzymał w ręce, mówiły jej, że ma do czynienia z poważnym urzędnikiem. – …Drogi panie radco.

Uśmiechnął się, słysząc jej czysty berliński akcent. Jak większość poznaniaków z towarzystwa mówiła po niemiecku literackim językiem, takim, jaki wynosi się prosto ze szkoły.

– Pani wybaczy, ale śpieszę się, gdyż pociąg czekać nie będzie. Ale za miesiąc znów w podróż służbową do Posen się wybieram, więc może być pani pewna, że zawitam w jej progach, bo ta mała Francuzeczka Monique warta jest grzechu.

– Nie tylko Monique ma swoje zalety. – Szlafrok burdelmamy rozsunął się zupełnie przypadkowo, a wzrok gościa natychmiast spoczął na miejscu, na którym powinien był się zatrzymać. Widać mężczyzna nie był jednak na tyle pijany, by stracić panowanie nad sobą. Pokręcił głową, złożył pocałunek na pulchnej dłoni i wyszedł z salonu, tłumacząc, że musi skorzystać z toalety.

– Na lewo. – Burdelmama wskazała drogę.

Trafił bez problemów. Załatwił potrzebę, odświeżył twarz zimną wodą i wyszedł. W korytarzu było ciemno, ale wydawało mu się, że właściwie odnajduje kierunek. Ruszył przed siebie, ale zaraz się zatrzymał, bo coś go zaniepokoiło. Usłyszał jakby kwilenie dziecka. Nie, przecież to niemożliwe, pomyślał, ale cichy płacz się powtórzył. Zaczął nasłuchiwać. Teraz był już pewny. Za drzwiami po lewej wyraźnie szlochało dziecko.

Pociągnął za klamkę i stanął na progu zdumiony widokiem. Na łóżku siedziała chuda kobieta z mokrą szmatą w ręce. Obok niej leżała naga, może ośmioletnia dziewczynka. Jej uda i podbrzusze usmarowane były krwią. Podobnie jak szmata, którą kobieta obmywała dziecko. Dziewczynka przyciskała małe piąstki do oczu. Jej drobnym ciałem wstrząsały spazmy. Jęczała z bólu i przerażenia.

– Czego tu? – zapytała kobieta. – Jeszcze niegotowa! – warknęła, ale on i tak nic z tego nie zrozumiał. Stał przez chwilę jak słup soli, nie wiedząc, co ma zrobić. Wtedy dostrzegł może czterdziestoletniego, nagiego mężczyznę z blizną na policzku, który siedział w fotelu, na prawo od drzwi. Ten z całkowitą obojętnością spoglądał na dziewczynkę, paląc przy tym cygaretkę. W dłoni trzymał kieliszek szampana. W zakrwawionej dłoni. Bo obie jego ręce były całe uwalane krwią, podobnie jak brzuch i usta.

Dostrzegłszy konsternację przybysza, zakrwawiony „upiór” podniósł się, postawił szkło na niewielkim stoliku o okrągłym blacie i ruszył wolnym krokiem do wejścia. Zatrzymał się przed nim, uśmiechając się, jakby chciał w ten sposób powiedzieć: „Pan wybaczy, ale to nie pański interes”.

– To ty? – zapytał zdziwiony, bo naraz rozpoznał w oprawcy z blizną swojego dawnego znajomego z burszowskiej korporacji[1].

– Pan się pomylił – odburknął po niemiecku zapytany i zatrzasnął drzwi.

 

Po chwili był już na ulicy. Stanąwszy przed bramą, zaczął głęboko oddychać, by się uspokoić. Nerwowo rozejrzał się dookoła. Do hotelu miał spory kawałek drogi, a tu nie było widać żadnego dorożkarza. Poszedł więc na Wielką, bo tam czasami stawały nocą dorożki. Jak na złość dziś wszyscy wozacy jakby się zmówili i poszli albo pić, albo spać. Nie było co stać i się zastanawiać. Roztrzęsiony ruszył przed siebie. Pomyślał nawet, że spacer dobrze mu zrobi po tym, co zobaczył w burdelu. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkał się z czymś tak paskudnym. Ale nic nie mógł na to poradzić. Miał swoje sprawy i nie powinien zajmować się jakimiś zboczeńcami. Zresztą w jego sytuacji zawiadamianie policji nie było możliwe. Zaraz zaczęłyby się pytania, przesłuchania, a tej małej i tak pewnie nie zdołałby pomóc.

Dobrze znał drogę, bo w Poznaniu spędził całe swoje dzieciństwo, Wyjechał stąd wraz z rodziną zaraz po tym, jak miasto i całe wschodnie kresy Rzeszy dostały się pod polskie panowanie. Nie miał czego szukać w kraju, gdzie rozpanoszyli się obcy. Ale od pewnego czasu znów zaczął się tu pojawiać. Nie żeby na dłużej. Nic z tych rzeczy. Wpadał do Poznania tylko na chwilę, żeby załatwić swoje sprawy, a po ich sfinalizowaniu zaraz uciekał do siebie z pełnym portfelem. A że gotówki miał sporo, od czasu do czasu mógł jej trochę przepuścić, przeznaczając na rozrywki, które bardzo sobie cenił…

Z Wielkiej miał do siebie zaledwie kilka kroków. Zamierzał przejść rynek, dojść do placu Wolności, a stamtąd było już tylko o rzut kamieniem do hotelu przy Świętym Marcinie, w którym się zatrzymał. Gdyby panowały tu dawne porządki, za nic na świecie nie spałby w tym paskudnym Royalu, który schował się za fasadą destylarni win markowych Świtalskiego w obskurnym podwórku. Przed wojną zamówiłby pokój w De Rome przy Wilhelmplatz, który teraz nazwano placem Wolności. Wtedy był to najbardziej elegancki hotel w mieście. Teraz, szkoda gadać. Zrobili z niego jakąś budę z książkami. Zresztą wszystko się tu pozmieniało i dawny niemiecki Posen, który znał od dzieciństwa, stał się nagle polskim miastem w którym on, Niemiec z dziada pradziada, musiał się odnajdywać na nowo. Na szczęście niektóre miejsca były takie same jak zawsze, chociażby burdel madame Alouette. Ten nic się nie zmienił, tylko właścicielka jakby trochę się postarzała. Ale panny pierwsza klasa, zwłaszcza ta Francuzeczka… Tylko to zakrwawione dziecko burzyło cały ten piękny obraz dzisiejszej nocy. Trzeba będzie o tym szybko zapomnieć…

– Hast du Feuer?[2] – Drogę niespodziewanie zastąpił mu jakiś niewysoki człowiek w krótkiej marynarskiej kurtce i cyklistówce na głowie. Twarzy nie było widać zbyt wyraźnie, bo facet stał odwrócony plecami do bladej lampki oświetlającej narożnik kamienicy.

– Feuer? – zdziwił się nie tym, że ktoś go prosi o przypalenie papierosa, ale że mówi do niego po niemiecku. Skąd mógł wiedzieć, że ma do czynienia z Niemcem? To go zastanowiło. – Warten Sie, ich habe hier irgendwo Streichhölzer[3].

Wsunął rękę do kieszeni płaszcza.

– Skąd pan wie, że jestem Niemcem? – zapytał.

– Pierdol się, gnoju… – Ten mały chciał jeszcze coś powiedzieć, ale słowa zamarły mu na ustach na widok wycelowanego w brzuch pistoletu Luger.

– Kładź się, świnio, na ziemi i nie próbuj się ruszyć! – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu, nawykłym do wydawania poleceń.

Mężczyzna w cyklistówce zaczął powoli unosić ręce. Naraz zatrzymał je w pół drogi i uśmiechnął się pod wąsem.

Dostrzegł wyraźnie ten uśmiech, bo facet odwrócił głowę w lewo, wystawiając twarz na poświatę bladej latarni. Nagle zrozumiał, dlaczego ten się uśmiecha, ale na reakcję było już zbyt późno…

Silny cios w głowę sprawił, że natychmiast padł na kolana. Nie wypuścił jednak z ręki pistoletu. Powinien był spróbować się odwrócić i strzelić do tego, który zaatakował go od tyłu. Popełnił błąd. Niemal nie mierząc, pociągnął za spust. Huk wystrzału na pustej ulicy zagrał głośno jak salwa armatnia. Postrzelony w udo, ten w cyklistówce, pchnięty siłą wystrzału, przewrócił się na plecy. W tym momencie na głowę napadniętego mężczyzny spadł drugi, znacznie silniejszy cios, zadany cegłówką. Za jego przyczyną siły całkowicie go opuściły, a resztki świadomości uciekły, by za moment wrócić jeszcze na sekundę czy dwie, w chwili gdy mężczyzna zawył głosem rozpaczliwym i bolesnym, który zdawał się nie prośbą o pomoc, a skargą udręczonego człowieka na całą niesprawiedliwość tego okrutnego świata. Długi, wojskowy bagnet wszedł lekko w przestrzeń między żebrami i dla pewności został jeszcze sprawnie obrócony o sto osiemdziesiąt stopni.

– A zamknijcie te ryje, chłelerne wy szuszwole niemyte, bo zaraz tam na dół zlizę i zrobię z wami porzundek! – zawołała jakaś kobieta z okna na drugim piętrze, którą te hałasy musiały wyrwać ze snu.

– Halt die Klappe, du alte Hexe! – zawołał z dołu ten, który wyszedł ze starcia bez szwanku.

– Soll dich doch die Pest holen, du slender Dreckskerl. Dass Dir Vögel auf den Kopf scheißen und Hunde ans Bein pinkeln und das simmer wieder in Scheße trittst, am besten in die eigene Schweinebacke du Mistgeburt. – Kobieta płynnie przeszła na niemiecki.

– Das ist verrückt![4] – Postukał się palcem w czoło, ale kobieta najwyraźniej musiała wyrzucić z siebie złe emocje.

– Chłelerne gnoje! – Znów przeszła na polski. – Skaranie boskie z nimi. A idźta se w cholerę stąd! A jak nie pójdzieta, to ja tam zaraz do was zejdę i zrobię z wami co trzeba! – Splunęła jeszcze w dół, pogroziła pięścią i w końcu z bezsilności zatrzasnęła okno.

Postawny mężczyzna przestał się nią interesować. Z flegmatycznym spokojem chwycił swojego kompana pod ramiona i oparł go plecami o ścianę kamienicy. Szepnął mu coś do ucha. Tamten pokiwał głową na znak zgody.

Wrócił do ciała zabitego mężczyzny i wciągnął je w bramę prowadzącą na podwórko. Po chwili wyszedł stamtąd, ocierając umazane krwią dłonie o boki spodni. Pochyliwszy się nad swoim kompanem, z łatwością zarzucił go sobie na plecy. Minutę później przestrzeń ulicy wypełniła całkowita cisza. Na bruku w świetle księżyca spora plama krwi wyglądała, jakby ktoś rozlał w tym miejscu smołę.

 

 

Godzina 6.30 rano

 

Przodownik Edmund Walczak, czterdziestoletni, barczysty mężczyzna rozpiął rozporek, chwycił się za przyrodzenie i zaraz na ceglaną, czerwoną ścianę popłynął raźno strumień uryny, wzbijając w chłodnym powietrzu obłoczki pary. Policjant z ulgą spojrzał na niewielką kałużę, tworzącą się na udeptanej ziemi, tuż przy samych czubkach jego wyglansowanych i świecących się – co lubił powtarzać – jak psu jajka, czarnych butach z cholewkami. Z ulgą, bo wreszcie mógł sobie ulżyć. Sikać mu się chciało przynajmniej od godziny. Tyle że nie mógł się oddalić za potrzebą, bo policjantowi na służbie przecież nie wypadało tak lać gdzie bądź. Nie mógł jako dowódca trzyosobowego patrolu, przemierzającego dla strzeżenia porządku uliczki Starego Miasta, zwyczajnie zatrzymać dwóch podległych mu żółtodziobów, którzy dopiero niedawno zaczęli służbę w policji, i powiedzieć im: „Stójcie tu i czekajcie, bo ja idę sikać”. Nie wypadało, by podoficer wlazł w bramę jak miejscowy szuszwol, których to pełno było w okolicach Starego Rynku. Co to to nie. On musiał dawać przykład i pokazywać tym gołowąsom, że na służbie trzeba się zachowywać godnie. Dlatego gdy poczuł, że musi za potrzebą, zaczął rozglądać się za odpowiednim miejscem do opróżnienia pęcherza, ale jak na złość od strony Wielkich Garbar, tam, skąd właśnie szli, nijak takiego nie mógł znaleźć.

Najprostszym rozwiązaniem było skorzystanie z wychodka w jednej z knajp, które o tej porze już były otwarte. Od świtu bowiem chłopi, którzy przyjeżdżali handlować na rynku, musieli gdzieś odpocząć po trudach podróży. Ich kobiety prowadziły handel wprost z wozów, a oni w tym czasie szli pogadać o polityce przy kieliszku zimnej wódki. Jednak policjantowi na służbie ot tak wejść do knajpy nie wypadało, gdy nie było ku temu wyraźnego powodu. Nie mógł sobie wejść i nie wypić wódki, którą każdy właściciel na widok munduru natychmiast nalewał do szklanki. Co innego po służbie, wtedy jak najbardziej, jeden czy drugi szybki przy szynkwasie, i do tego za darmo, jak najbardziej. Ale nigdy nie na służbie – takich zasad uczył Walczak swoich młodych podwładnych. No i gdyby teraz wlazł, tak ni stąd, ni zowąd, choćby do tej winiarni po drugiej stronie ulicy, którą właśnie otwierał młody pomocnik właściciela, to co by sobie mogli pomyśleć jego podkomendni? Że gębę ma wypchaną kłamliwymi pomyjami, czyli co innego mówi, a co innego robi, i przy pierwszej okazji wskakuje na kielicha… Walczak był honorowym podoficerem i prędzej narobiłby w portki, niż wystawił na szwank swój piękny policyjny mundur.

W końcu, gdy jego myśli powoli zaczęły spływać na samo dno rozpaczy, a wyobraźnia malowała przemoczone w kroku spodnie, przyszedł mu do głowy pewien prosty pomysł. Tam gdzie Wielka zwężała się do szerokości niewielkiej uliczki, by tym dawnym wąwozem wpłynąć w przestrzeń rynkową, była szeroka brama, od dawna zniszczona i niezamykana, a zaraz za nią znajdował się obszerny śmietnik. Bramy nikt nie zamykał, odkąd stara czynszówka straciła właściciela. Abram Ferszt zmarł jakiś czas temu, a jego krewni nie mogli się dogadać, komu należy się spadek. No a jak nie było właściciela, to i nie było stróża, któremu by ktoś płacił. Więc kamienica i jej podwórko wyglądały wyjątkowo niechlujnie. I to było odpowiednie miejsce.

– No więc słuchajcie mnie wy oba. – Zatrzymał się i odwrócił do idących za nim posterunkowych. – W tym fyrtlu[5] to jest najbardziej dziadowska chata, bo nikt jej nie pilnuje. Ty, Mrugała, staniesz se tu z giwerą – wskazywał na uchyloną bramę – i będziesz czekał.

– Tak jest! – Mrugała nie dyskutował z rozkazami. Jak kazali stać, to stał.

– A ty, Ćwikła, zajdziesz do bramy od Żydowskiej i tam się zasadzisz.

– Niby na co się zasadzę, panie przodowniku? – Ten drugi był bardziej dociekliwy.

– Zasadzisz się, jakby kto z drugiej strony chciał uciekać, bo tu podwórek przechodni jest.

– Łe! – Zadowolony Ćwikła pokiwał głową. – Znaczy się, jakby kto chciał dać dyla, to go pierdalnąć kolbą i zatrzymać? – Domyślił się bystry posterunkowy.

– Zatrzymać! Zatrzymać tak, żeby został zatrzymany! – Przodownik pokiwał głową. – A teraz dalej mi, na stanowiska! – rzucił rozkaz i sam wszedł w bramę. Obejrzał się jeszcze, czy aby na pewno ten Mrugała tam stoi. Stał i patrzył w głąb podwórka. Mógł się tam gapić. Śmietnik był po lewej, więc nic nie zobaczy.

Policjant przelazł przez kupę śmierdzących śmieci ostrożnie, by nie zabrudzić błyszczących cholewek, i stanąwszy za murkiem, zaczął sikać. Poczuwszy w końcu ulgę, zamknął z błogości oczy. Gdy już skończył, usłyszał jakiś dziwny szmer w samym śmietniku. Coś się tam poruszało.

Kejter albo kociamber[6], pomyślał. Spojrzał uważniej i zaraz mu coś mignęło, bo śmietnik, mimo że murowany, miał kilka prześwitów, takich na jedną pustą cegłę. No więc zajrzał w jedną z tych dziur i ze zdziwieniem dostrzegł szeroko otwarte oczy jakiegoś człowieka.

– A ty to co tam robisz, łachudro? – zapytał groźnie. – Wyłaź mi tu zaraz – polecił. Oczy natychmiast zniknęły i po chwili na podwórku przed śmietnikiem stanął jakiś licho odziany, piegowaty, młody, może dwunastoletni chłopak w pocerowanym na połach paltociku i porządnym kapeluszu na głowie. Do tego na piersiach dyndały mu dwa czarne skórzane trzewiki, przewieszone na karku związanymi sznurówkami. Spojrzał na policjanta i naraz wybuchnął głośnym śmiechem.

– Trzym se ptoka, bo ci łodfrunie! – zawołał, wskazując na rozporek policjanta. Ten spojrzał w dół. Zupełnie zapomniał o tym, co robił przed chwilą, dlatego cały czas trzymał w ręce przyrodzenie.

– Ażeby cię jasno chłelera! – krzyknął, ale młodego już nie było. Wybiegł przez uchyloną bramę i sprytnie ominąwszy zdziwionego szeregowego Mrugałę, pobiegł w głąb Wielkiej, w kierunku Garbar. Dopiero gdy go minął, młody policjant zdjął z ramienia swojego mausera i tym karabinem pomachał za uciekającym, jakby widok broni mógł zatrzymać uciekiniera. Ale chłopak nawet nie próbował się obejrzeć. Po chwili nie było już po nim śladu. Policjant, straciwszy go z oczu, naraz przypomniał sobie o czymś i z niepokojem popatrzył w stronę podwórka. Od razu natrafił na twarde spojrzenie swojego dowódcy, który pogroził mu pięścią. Zaraz jednak odwrócił się do szeregowca plecami. Przeklinając pod nosem, zapiął po kolei wszystkie cztery guziki rozporka i już chciał iść do swojego podwładnego, żeby go obsztorcować za brak należytej uwagi, gdy naraz przyszło mu coś do głowy.

Skąd ten szczon miał taki ładny kapelusz? Takie fedory noszą przecież tylko eleganccy mężczyźni, a nie takie zasmarkane wywijasy. Pewnie komuś ukradł. Tak jak te trzewiki, co powiesił sobie na karku. Na giry ich nie wzuł, bo za wielkie dla niego. Na pewno zwędził. Tylko komu? Gdyby ten ćwok Mrugała był bardziej bystry, zaraz by się młodego wzięło na przesłuchanie, pasem dupę przetrzepało, toby powiedział, od kogo ten kapelusz…

Naraz uwagę przodownika przykuło coś dziwnego. Coś, czego w tym miejscu być nie powinno. Spojrzał uważnie w głąb śmietnika. W półmroku coś wyraźnie odbijało się swoją jasnością od sterty śmieci. Zrobił dwa kroki naprzód, odruchowo wstrzymując oddech. Ale zupełnie niepotrzebnie, bo przy niezbyt wysokiej temperaturze, jak ta dzisiejsza, smrodu czuć nie było, a i to, co dostrzegł, co go zaintrygowało, jeszcze śmierdzieć nie mogło…

Na smród rozkładu było zdecydowanie za wcześnie. Trupy bowiem nie śmierdzą od razu, stary policjant, a wcześniej frontowy żołnierz, wiedział to z doświadczenia. Przy takiej pogodzie zaczynają cuchnąć dopiero po trzech, czterech dniach. A ten tu truposz, którego białe, bose stopy wystawały spośród śmieci, nie wyglądał na bardzo zmęczonego leżeniem w tym śmietniku. Będzie ze dwie godziny miał. Albo trzy, ocenił go natychmiast Walczak i zaraz wydarł się najgłośniej jak mógł:

– Do mnie, Mrugała, ino mi tu migiem! – Ale wcale nie musiał krzyczeć, bo Mrugała stał tuż za nim, wpatrzony w twarz nieboszczyka jak w obraz święty i do tego żegnał się jeszcze kilka razy, jak to chłopi z Kongresówki mają w zwyczaju w obliczu ostateczności.

– O Jezusie, Maryjo, Józefie święty, nieboszczyk, świeć Panie nad jego duszą… – wyszeptał, ale zaraz wrócił do rzeczywistości, gdy poczuł, jak wielkie niczym imadło paluchy przodownika łapią i wykręcają jego ucho. – Auu! – zawył.

– Nad twoją dupą niech się świeci, ćwoku glapami futrowany. Jak chcesz się modlić nad nieboszczykami, to uniform zamień na sukienkę. Tu nie kruchta, ino policja, trąbo jerychońska. Leć no zaraz do apteki na Wielkiej i zatelefonuj… – Przodownik przerwał na moment, by spojrzeć na niezbyt lotną facjatę swojego podwładnego.

– Telefonował żeś już kiedy?

Zapytany pokręcił szybko głową.

– U nas w Szymankowie był telefon na poczcie – stwierdził z dumą. – Pocztowy Lisiak z nim gadał zawsze…

Walczak machnął ręką.

– Sam pójdę. A ty tu stój i pilnuj.

Naraz spojrzał w głąb podwórka. Z drugiej strony, od wejścia od strony ulicy Żydowskiej, spokojnym krokiem szedł drugi z jego młodych podwładnych, ten, który miał zabezpieczać tyły.

– A ty, Ćwikła, co tu robisz? Pozwolił ci kto zejść z posterunku? – zapytał Walczak, biorąc się pod boki.

– Nie, bo ja tego że właśnie… – Policjant próbował coś wytłumaczyć, ale nie było mu łatwo zebrać myśli pod ostrym spojrzeniem dowódcy.

– No długo mam czekać, chacharze sakramencki?

– Ja przez te baby. – Wskazał ręką za siebie. W bramie, z której wyszedł, stało pięć kobiet i wszystkie w napięciu obserwowały to, co dzieje się na podwórku.

– Co, bab żeś się przestraszył? – warknął z niedowierzaniem przodownik.

– He, he, he! – zaśmiał się jego kolega, ale zaraz zamilkł, gdy dowódca, marszcząc brwi, popatrzył na niego groźnie.

– Nie, ino one chciały tu wleźć na podwórek, tom im powiedział, że nie wolno i mają tam stać i czekać, aż je się przywoła.

– A niby po co się je przywoła?

– Bo ta w czerwonej chustce powiada, że ten, co uciekał ze śmietnika, to ona jego zna i chciała donieść, co to za jeden jest. A ta druga też powiadała, że go bez łokno widzioła. Obie jego widzioły.

– No to co tu jeszcze stoisz? Ale migiem leć mi po nie!

Posterunkowy Ćwikła zasalutował i natychmiast pobiegł po kobiety.

Po chwili przyprowadził obie. Podoficer wskazał palcem na chudą, z długim nosem, której głowę ozdabiała czerwona chustka w zielone kwiatki.

– Jak się nazywacie? – zapytał.

– Jańczak Genowefa, zez drugiego kija. O, tam mieszkam, panie oficerze. – Odwróciła się, by wskazać głową odrapaną fasadę budynku za swoimi plecami.

– Ja też tam mieszkam tak samo jak łona. Kulebiokowa Agnieszka. – Druga odezwała się niepytana. Walczak chciał do niej zagadać, ale nie zdążył. Była szybka jak karabin maszynowy Maxim.

– Jo tyż widzioła wszystko bez łokno. Obiedwie my wszystko widzioły.

– Prawda, prawda, wszyściutko – poparła ją znajoma.

– Że co niby…

– Że niby widzioły my, jak pan oficer lał pod murkiem i jak tyn szuszwol młody ze śmietnika wylecioł i jak jeszcze się śmioł…

– No, no! Ino mi tu pierdół nie gadać! – Pogroził kobietom palcem, ale one i tak wiedziały swoje.

– Jakich pierdół? My nie żadne pierduśnice. Pod Bogiem powiadam, że jak pan oficer już się wylał, to ten tam rudy wylecioł ze śmietnika, a on jest nam znany, bo niedaleko zamieszkuje, i jakby co, to my jego możemy wskazać względem tego, kto zabił…

Policjant zdziwiony pokręcił głową.

– A niby skąd to wiecie, że ktoś kogoś zabił? – zapytał podchwytliwie.

– Co mamy nie wiedzieć, że zabity jak nieboszczyk, o, tam se leży jak jako klofta. – Kulebiokowa wskazała głową, a Jańczakowa pokiwała na znak, że się zgadza całkowicie.

– To wiecie, kto onego zabił? – zapytał policjant.

– No a jakże. – Tym razem szybsza była Genowefa. – Tyn, co uciekoł, znaczy się tyn młody szczon Brodziak, co mieszka tu niedaleko, bo na Woźnej…

Usłyszawszy to, Walczak spojrzał na swojego podwładnego Mrugałę.

– Zostać na warcie i pilnować mi wszystkiego! – rozkazał. – A ja idę zatelefonować, że mamy tu do czynienia z morderstwem – obwieścił z dumą, tak żeby wszyscy dookoła usłyszeli.

– Niby czego pilnować, panie przodowniku?

– Pilnuj, żeby ci nieboszczyk nie zwiał.

– Spokojna głowa – stwierdził Mrugała, który chciał się zrehabilitować po ucieczce małego opryszka. Dlatego zdjął z ramienia swojego mausera, przeładował i wymierzył w opartą o ścianę śmietnika głowę. Teraz był już pewien, że powierzone mu zadanie wykona najlepiej jak się da, ku chwale ojczyzny i Policji Państwowej.

 

 

Godzina 8.20 rano

 

Na Starym Rynku, jak zwykle o tej porze, kłębił się tłum. Chłopi, baby, handlarze i handlarki, kupujący i sprzedający, a do tego jeszcze przechodnie przemierzający rynkowy plac w tę i z powrotem zlewali się w jedną gwarną, szaroburą masę. Najtłoczniej było przy pręgierzu, u stóp ratuszowych schodów, i dalej, przy krużgankach prowadzących od starego do nowego ratusza

– Łe jery, jak nieboszczyk?

– No normalnie, zastrzelony albo jakim innym knypkiem sprawiony. Nieżywy i do tego jeszcze goły jak świnty turecki.

– Goły? – zdziwiła się Gabriela Olbrachtowa, okrągłolica, rumiana handlarka, sprzedająca suszone zioła pod fontanną ozdobioną figurą bamberki z dwoma cebrzykami przewieszonymi na nosidle. Fontannę wystawił winiarz Goldenring jako reklamę swoich wyrobów, ale że było to już ponad dziesięć lat temu, mało kto pamiętał, że lejąca się z cebrzyków woda miała zachęcać do picia wina. Ludzi zapomnieli, a psy, które bardzo chętnie korzystały ze specjalnie dla nich przygotowanego u stóp fontanny poidełka, o winie nie miały zielonego pojęcia. Tak jak ten rudy kundel, który ugasiwszy pragnienie, patrzył teraz ciekawie na ubraną na czarno starą Frejmanową. Kobieta, machając swoim kościstym paluchem przed nosem siedzącej na ryczce Gabrieli, objaśniała jej całą złożoność dzisiejszej sensacji.

– Giry chude mu wystawają ze śmietnika, a jak giry gołe, to i wszystko musi być bez odzienia.

– Łe, to nic pewnego – prychnęła zielarka. Z gołymi girami wiara łazi po ulicach, ale z gołą dupą to już się nie zdarza. Choć w zeszłym roku, pamięta pani, latem, jeden student przeleciał od Ratuszowej przez Kurzą Nogę aż do Wrocławskiej, bo niby że zakład przegrał i musiał lecieć bez gaci, i tak szybko gnał, że szkieły nie dały rady jego chycić…

– To nie ten. – Frejmanowa pokręciła głową. – Tamten uciekł, a ten się został leżeć w tej gemeli. Biedaczek.

– A pani skąd niby to wszystko wie? – zainteresowała się Olbrachtowa, poprawiając chustkę na głowie.

– No jak skąd? No bo ja sama widziała wtedy, jak ten student uciekoł tym szkiełom…

– Nie o tym gadam. O tym, co to tam leży na Wielkiej.

– A, o tym… – Kobieta uśmiechnęła się i znów pomachała kościstą dłonią. – Wszyscy gadają. A najwięcej gada Kaczmarkowa, bo ona zaraz naprzeciwko mieszka i widziała, jak tam szkieły wlazły na podwórko i jak uciekał stamtąd tyn mały wywijas, tyn rudzielec piegowaty Brodziak, co to mieszka na Woźnej – mówiąc to, odwróciła się za siebie i wskazała na tę właśnie ulicę, oskarżycielsko dźgając powietrze palcem, jakby chciała powiedzieć, że cała ta Woźna to bandycka ulica, choć wszyscy dobrze wiedzieli, że najbardziej bandyckie jest Chwaliszewo, a Woźna dopiero druga w kolejności okolicznej niesławy.

– Brodziok, tyn od tego pijanicy Antka Brodzioka, co to cięgiem ino gorzołę chleje? Ale to jest juchciarz[7], a nie morderca. On by nikogo nie zabił. Nie może być, że to Brodziok.

– Tyn som, pani kochano. Tyn szczon uciekoł z gemeli[8] przed szkiełami w takim dużym kapelutku, a na śnurku to mioł przewieszone trzewiki. Lecioł, że tyn szkieł[9], co tam pilnowoł na ulicy, to ani się nie obejrzoł, jak tego młodygo już nie było, ino smród po nim się został – wyjaśniła wszystko dokładnie chuda Frejmanowa.

– Znaczy się, że on tam co nabroił? – zapytała na wszelki wypadek zielarka.

– On sam – potwierdziła jej znajoma. – Bo jakby nic nie nawywijoł, to po cholerę by uciekał?

– Bo kto by chciał mieć ze szkiełami okoliczność? – wtrącił się do rozmowy dryndziarz Kucharczyk, który właśnie wyprzągł swojego siwka z dorożki i podprowadził do fontanny, żeby zwierzę się napiło. A że też był, podobnie jak obie kobiety, osobą obytą w świecie, musiał się wtrącić w tę ciekawą rozmowę, bo w takich kwestiach, jak każdy dorożkarz, był człowiekiem na rzeczy się znającym. – Oni nawet niewinnego mogą wsadzić do aresztu i trzymać przez miesiąc albo i dłużej. Wiem, bo jak mojego szwagra zgarnęli, że niby węgiel z gazowni kradł, tutej zaraz na Grobli. – Wskazał głową kierunek, tak jakby kobiety nie wiedziały, jak do gazowni trafić. – A on w życiu węgla nie kradł, ino se leżał opity na tym węglu, bo do chaty nie mógł trafić, jak mu się rychtung pochachmęcił. No i onego przez tydzień trzymali w komisariacie na Garbarach, bo se o nim zapomnieli, aż moja siora nie wytrzymała i polecioła tam do nich i taką gemelę zrobiła…

– O tym wywijasie Brodziaku to nie zapomną, bo go od cholery wiary widziało, jak dawał dyla – stwierdziła z pełnym przekonaniem Frejmanowa.

– Jakim Brodziaku? – zapytał szczupły, ale jednocześnie dobrze zbudowany mężczyzna, ubrany w białą koszulę z porządnie wykrochmalonym kołnierzykiem i czarną krawatką pod szyją, bordową, połyskliwą kamizelkę i spodnie knykry za kolana. Kolorowe, kraciaste kolanówki i czarno-białe trzewiki dopełniały reszty. Popielate palto miał niedbale rozpięte, pewnie po to, żeby każdy mógł dojrzeć to, co ma pod spodem. A było czym się chwalić, bo fachowiec jego garderobę ocenić mógł bez większego trudu na jakieś sto tysięcy marek polskich. Baby nie musiały oceniać. Znały go dobrze i wiedziały doskonale, że ten elegant nie wypadł sroce spod ogona. Tolka Grubińskiego znało dobrze Stare Miasto, a o jego rozlicznych złodziejskich talentach krążyły opowieści w całym Poznaniu.

– Jak o jakim? O tym wywijasie Zenusiu Brodziaku gadamy, panie Tolku szanowny – wyjaśniła Frejmanowa.

Anatol Grubiński znany był na Starym mieście i nie tylko tutaj z tego, że pieniądze się go trzymały. Zawsze miał pełen portfel wypchany banknotami, a i schowek w jego pokoju na Mostowej też nigdy nie był pusty. Ludzie mówili, że ma więcej złota niż niejeden kupiec. Ale co się dziwić, skoro Anatol, do którego przyjaciele i koledzy mówili Tolek, zajmował się zawodowo i na co dzień przynoszeniem ulgi napęczniałym kupieckim sakwom. Trudnił się bowiem włamaniami do bogatych mieszkań, a jego specjalnością od pewnego czasu było opróżnianie domów do cna, czyli wynoszenie wszystkiego, co tylko wpadło mu w ręce.

Na ten pomysł wpadł dwa lata temu podczas włamania do mieszkania adwokata Alfonsa Majeranka, który mieszkał na Łazarzu, przy ulicy Grottgera. Tolek był jeszcze wówczas zwykłym złodziejem, okradającym mieszkania w pośpiechu i bez jakiegoś konkretnego planu. Ale był też człowiekiem wielkich ambicji i równie wielkich perspektyw. Wtedy to właśnie, podczas tego włamania, zaświtała mu w głowie myśl prosta, acz genialna. Gdy ładował do swojego złodziejskiego wora wszelkie wartościowe precjoza, srebrne lichtarze, talerze i sztućce z wytwornego, bogato rzeźbionego kredensu, naraz wzrok jego zatrzymał się na koniu.

– A ty na co się żeś tak zagapił? – zapytał Walek, jego rówieśnik i jednocześnie najstarszy z trójki braci Kaźmierczaków, którzy wraz z Grubińskim tworzyli złodziejską bandę.

– Na konia się gapię – wyjaśnił rzeczowo.

– Na jakiego konia? – Kaźmierczak spojrzał na kolegę, jakby ten postradał zmysły. Bo na konia to można się gapić, ile się chce, na ulicy albo w stajni, ale nie w porządnym mieszkaniu na drugim piętrze. Zaraz jednak zrozumiał, gdy jego wzrok powędrował wyżej. Koń był piękny, maści karej i najpewniej był to ogier dobrze zadbany, bo aż lśnił blaskiem takim, że w pierwszej chwili Walek aż przymknął oczy.

– Jak prawdziwy – jęknął.

– No – potwierdził Tolek. – A ten, co to siedzi na nim, to wygląda, jak jakiś kakalud w kapeluszu przekrzywionym.

– To nie kapelusz, ino jakby mu kto pieroga na łeb nasadził – odezwał się zza ich pleców średni z braci, Leon, który wszedł właśnie do jadalnego z sąsiedniego pokoju. – Ale chabeta niczego sobie.

– Nie chabeta, tylko ogierek piękny – zganił go Tolek. – Ale nawet całkiem niczego sobie wygląda. Bierzemy go – zdecydował.

– Jak bierzemy? – Nie zrozumiał w pierwszej chwili Walek. Obaj bracia spojrzeli na Tolka jak na wariata. Przecież zawsze kradli tylko to, co udało się im zmieścić do worków i ewentualnie weszło jeszcze do kieszeni, ale żeby wielki jak lustro u fryzjera obraz nieść przez miasto?

– Normalnie, bierzemy i już.

– Ale coś ty, chłopie, zwariował. Jak my z onym koniem i kakaludem na nim siedzącym drałować mamy po Poznaniu? No przecie pierwszy posterunkowy, jak nas zobaczy na ulicy, zaraz zatrzyma i się zapyta, skąd taki malunek mamy…

– Żeby zapytać, to najpierw musi nas z tym koniem zobaczyć, nie?

– A jak ma nie zobaczyć? Do kiejdy go schowasz, ha, ha? – zaśmiał się głośno Leon.

– Nie do kiejdy, ale porządnie, z fasonem się pojedzie, jakby my przeprowadzkę robili…

Tolek oczywiście improwizował, bo nie miał jeszcze przed chwilą pojęcia, jak obraz przetransportować, a poza tym nie wiedział najważniejszego – co z nim zrobić. No ale ten koń tak mu się spodobał, że nie potrafił się oprzeć. I wtedy narodził się genialny w swojej prostocie pomysł przeprowadzkowy.

Wyszli z mieszkania z trzema workami, pod ciężarem których uginał się Walek, a on i Leon znieśli po schodach obraz. Nikt nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi, bo mężczyźni znoszący płótno w bogatej, złoconej ramie wyglądali jak zwykli tragarze. W tym czasie najmłodszy Kaźmierczak, który dotąd stał na świecy na klatce schodowej, wtedy dziesięcioletni Krystek, poinstruowany przez starszego brata, pobiegł na sąsiednią ulicę Matejki i przyprowadził pod kamienicę towarową lorę, ciągniętą przez dwa perszerony. Tam bowiem, niedaleko skrzyżowania z Grunwaldzką, swój przystanek mieli wozacy, których wynajmowało się do przewozu towarów. No więc Tolek postanowił wynająć wóz i przejechać nim przez miasto, tak jakby cała ta operacja była jak najbardziej legalna. Przejechali przez most Teatralny i dalej aż na plac Sapieżyński, by przeciąwszy go, wjechać w zapełniony straganami plac Wroniecki. Tu, niedaleko potężnej bryły nowej synagogi, miał swój kantor znany dobrze Tolkowi handlarz Jacob Jakobsberg, u którego najczęściej na pniu sprzedawali cały swój urobek. Tolek lubił brodatego Kubę, bo ten w interesach był niezwykle konkretny. Wystarczyło mu rzucić okiem na towar i bez większych ceregieli płacił uczciwie, tak żeby opłacało się to obu stronom. Tym razem jednak było inaczej. Zapłacił za drobnicę, a obraz wziął, kręcąc nosem.

– Nie mój asortyment, panie Tolek szanowny, nie moja branża. Co ja z takim malunkiem mam zrobić? Przecie ja sobie konia z Napoliłonem w salonie nie powieszę, bo moja Sara będzie się bała, że jej ten koń wyskoczy prosto do talerza, bo on jest jak żywy. Trzeba by go gdzie sprzedać, żeby jego miał w domu ktoś, kto się takiego konia nie boi i tego Napoliłona również.

Trzy dni później Tolek poszedł sprawdzić, jak mają się sprawy. Okazało się, że obraz został sprzedany, a Kuba wypłacił za niego dwa razy tyle, ile za wszystkie przyniesione fanty z włamania. To dało Tolkowi do myślenia. Skoro za taki towar dostał tak dużo, to co by się stało, jakby przywiózł do kupca wszystkie obrazy, które wisiały w tym mieszkaniu? No a poza tym były tam przecież jeszcze piękne meble. Musiał to sprawdzić.

Do następnego skoku przygotował się jak nigdy. Najpierw wybrał w porozumieniu z pewnym stróżem odpowiedni lokal, wynajął duży magazyn w składzie węgla na Rybakach, a potem znalazł furmana z porządnym wozem, który za odpowiednią opłatą zgodził się wozić i o nic nie pytać. Kiedy właściciel mieszkania wraz z rodziną wyjechał na letnisko do Zoppot, banda Tolka Grubińskiego, wzmocniona przez kilku zawodowych tragarzy, przystąpiła do dzieła.

Wyprowadzka mebli, obrazów lamp i dywanów trwała cały dzień, ale na koniec efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Mieszkanie zostało opróżnione do gołych ścian, magazyn zapełniono po brzegi, a paser Jakobsberg towar musiał sprzedawać przez tydzień. Ale w końcu udało mu się upłynnić wszystko co do jednej sztuki.

Okazało się, że za ten jeden skok zarobili tyle, co przez ostatni rok, włamując się do kilkunastu mieszkań. Nie mieli więc wyjścia. Musieli powołać do życia własne przedsiębiorstwo przeprowadzkowe.

Jego właściciel, Anatol Grubiński, stał teraz tuż przy pomniku bamberki i wpatrywał się uważnie w handlarkę sprzedającą zioła.

– A niby tak w ogóle to co ten szczun nawywijał? – zapytał pozornie obojętnym tonem.

– Na Wielkiej, w podwórku, zadźgał jednego gościa i uciekł z jego lompami w łapie – stwierdziła Olbrachtowa z pełnym przekonaniem, choć jej wiedza pochodziła z trzeciej ręki. No ale skoro powiedziała to Grubińskiemu, trzeba było wszystko wyjaśnić, bo takim jak on ludziom mówi się wszystko dokładnie jak było. – Pistoletem odstrzelił i bajonetem zadźgał jakiegoś człowieka, zrabował mu co się dało, i nawiał.

– Zenuś Brodziak? – Tolek z powątpiewaniem pokręcił głową.

– Już go pewnie szkieły w całym Poznaniu szukają – stwierdził dorożkarz. – Nie wywinie się łachudra jedna. Ale wiadomo, że z rudego to nic dobrego nie wyrośnie. Rudy zawsze musi być fałszywy.

– A wy, panie Kucharczyk, chociaż na dryndzie jeździcie, to jednakowoż o życiu gówno wiecie. – Grubiński pokręcił głową i nie pożegnawszy się nawet, ruszył szybkim krokiem przed siebie, w kierunku ulicy Woźnej, która otwierała się przed nim szarymi ramionami fasad marnych kamienic, poznaczonych liszajami zmurszałego, odpadającego płatami tynku.

 

 

Godzina 8.30 rano

 

Słusznym wzrostem by się nie pochwalił, za to w wielkości brzucha z niejednym piwoszem mógłby pójść w zawody. Wywiadowca policyjny Seweryn Gil rzucił niedopałek papierosa pod nogi i przydeptał go czubkiem wysłużonego buta. Ubrany był w znoszone palto z futrzanym kołnierzem, na głowie zaś miał wyświechtany kapelusz typu homburg z wywiniętym do środka rondem. Wąsy starannie wypomadowane i lekko podkręcone ku górze dawały do zrozumienia wszystkim, którzy miewali z nim do czynienia, że nie przejmuje się on paryskim szykiem i nowymi modami, ale hołduje wartościom ponadczasowym, takim jak choćby wąs, który zawsze był ozdobą prawdziwego męskiego lica.

Efekt, jaki osiągał, był jednak nieco groteskowy, bo swoją facjatą Gil przypominał kiepsko opłacanego buchaltera z urzędu powiatowego, a nie szanowanego przedstawiciela Policji Państwowej. Jednak stary wyga dobrze wiedział, że w jego fachu sukces osiąga ten, kto potrafi się wtopić w tłum, nie budząc najmniejszych podejrzeń i skojarzeń. A niekiedy najlepszym sposobem na takie wtopienie jest drobny szczegół, który sprawia, że człowiek będący tego szczegółu posiadaczem, automatycznie staje się osobą poza wszelkim podejrzeniem.

Gil był policjantem z krwi i kości, który całe swoje dojrzałe życie spędził w policyjnych szeregach. Służbę zaczynał jako wywiadowca kryminalny jeszcze za czasów pruskich, by po wielkiej wojnie i powstaniu wielkopolskim zająć się tworzeniem w Poznaniu polskiej policji. A było co robić, bo w tym czasie, gdy władze w mieście obejmowali powstańcy, a później cywilna administracja, policja właściwie przestała istnieć. Porządku na ulicach pilnowała utworzona z byłych żołnierzy frontowych Straż Ludowa. Ale sprawami przestępczymi praktycznie nie miał się kto zajmować, bo zawodowych szkiełów w mieście nie było. Ci, którzy dotąd tropili przestępców – niemieccy policjanci kryminalni i obyczajowi – w większości wsiedli do pociągów i odjechali do Niemiec, nie chcąc mieć nic wspólnego z nowym państwem polskim. W komisariatach zostali nieliczni Polacy, przeważnie podoficerowie, tacy jak Gil właśnie. To im przypadła rola nauczycieli. Musieli dzielić się swoją nabytą przez lata pracy wiedzą z niedoświadczonymi oficerami, których oddelegowano z powstańczej armii do tworzenia zrębów policji. Każdy, kto miał jakiekolwiek pojęcie o prawie, był brany w ciemno przez przysłane z Warszawy dowództwo.

W ten sposób właśnie do policji trafił oficer, który z fajką w zębach nachylał się teraz nad trupem leżącym w śmieciach.

– Chodźcie no tu, panie Gil! – Machnął ręką, nie obracając się za siebie. Nie było w tym geście odrobiny lekceważenia. Gil był starszy i bardziej doświadczony, ale miał sporo szacunku dla starszego stopniem oficera, który już nieraz wykazał się dużą przenikliwością. Podszedł więc zaraz, drobiąc kroki.

– A co tam, panie komisarzu? Nie żyje na ament?

– Nieżywy, zimny jak dobra wódka w restauracji – stwierdził oficer. Zdjął z głowy czapkę i otarł wierzchem dłoni czoło, odsłaniając jasne, ostrzyżone na krótko, po wojskowemu, włosy. Wyglądał mniej więcej na trzydzieści lat. Ubrany był zgodnie z regulaminem służbowym w płaszcz mundurowy z dystynkcjami podkomisarza, spodnie bryczesy i lśniące czarne oficerki. Cały mundur, wraz z płaszczem, miał szyty na miarę, mimo to ubiór ten sprawiał wrażenie, jakby wszystko, w co był odziany, było na niego trochę za ciasne, jakby nieco zbyt na nim opięte. Wszystko przez mocno rozwinięte mięśnie karku i ramion oraz bicepsy, które wyhodował, ćwicząc codziennie z ciężarkami od najmłodszych lat. Później, w wieku już znacznie dojrzalszym, bo w czasach szkolnych, zapisał się do junackiej sekcji zapaśniczej i zapasy okazały się jego prawdziwą pasją. Dziś co prawda już nie brał udziału w walkach sportowych, ale ćwiczeń fizycznych nie zaniedbywał. Każdy dzień zaczynał od porannej gimnastyki, dla rozruszania mięśni. Mawiał, że ciało trzeba utrzymywać w gibkości i sprawności, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się to przydać, zwłaszcza w tej policyjnej robocie. Gil całkowicie się z nim zgadzał w tej kwestii, ale tylko w teorii. W praktyce zaś zbyt cenił sobie uroki suto zastawionego stołu i kufla piwa z pianką.

– Bym się nie przejmował – stwierdził Gil. Zabity człowiek w tym miejscu nie był niczym nadzwyczajnym i wywiadowca doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ale jego dowódca Fischer już taki miał charakter, że wszystko lubił mieć poukładane, na biurku i w głowie. Więc Gil wiedział dobrze, że trup miał szczęście. O ile w ogóle o szczęśliwym zrządzeniu okoliczności dla nieboszczyka można w tym wypadku mówić. A okoliczności były takie, że dziś na dyżurze dochodzeniowym był akurat Fischer, a to oznaczało jedno – zabójca mógł mieć pewność, że raczej prędzej niż później stanie przed obliczem sprawiedliwości.

– Już widziałem jego wcześniej. – Wywiadowca wskazał głową zabitego. – Akuratnie przechodziłem i jakem zobaczył, że się tu wiara kotłuje i jeszcze młody mundurowy stoi wew bramie, to weszłem rzucić okiem.

– I co żeście zobaczyli?

– Kosa pod żebra, znaczy się zwyczajnie po wojskowemu zaszlachtowany z obrotem w bebechach.

– Może i zwyczajnie, ale coś mi się widzi, że niezwyczajne jest to, że… – wtrącił się Walczak. Przodownik od momentu wezwania na miejsce dodatkowych sił z Dyrekcji Policji, którą poznaniacy w dalszym ciągu, tak jak za pruskich czasów, nazywali Prezydium, cały czas kręcił się w pobliżu, w razie gdyby ktoś poprosił go o jakieś bardziej szczegółowe informacje. Ale jak dotąd nikt o nic go nie pytał, więc sam postanowił zwrócić na siebieuwagę.

– No co tam widzicie niezwyczajnego? – zainteresował się komisarz Fischer, który właśnie skończył oględziny i wydobywszy z mundurowej marynarki kapciuch z tytoniem, zaczął nabijać swoją wygasłą już dawno fajkę. Widząc to, jego podwładni sięgnęli od razu po papierosy.

Gil podsunął zapaloną zapałkę swojemu koledze. Ten, zaciągnąwszy się, spojrzał na szefa.

– Nadzwyczajne, panie komisarzu jest to, że tak powiem, że na moje wychodzi, że jego tą kosą poczęstowali, jak już był na ament załatwiony.

– A po czym wnioskujecie? – pytał dalej Fischer, uśmiechając się lekko pod wąsem. Lubił jak jego ludzie samodzielnie wyciągali wnioski.

– A po tym, że łeb ma rozbity, a cegłówka zakrwawiona leży o, tam. – Wskazał palcem połówkę czerwonej cegły, na której widać było nieco ciemniejsze plamy.

– I co to oznacza? – pytał dalej Fischer.

– A no tyle że dostał w łeb i padł jak klofta. Znaczy się dostał cegłówką, padł i mógł nawet wyżyć, ale wtedy go ktoś nożem sprawił.

– Znaczy się pechowiec – stwierdził trzeźwo Gil.

– Więc podsumujmy, według was dostał po głowie od kogoś, a później, gdy już leżał, kto inny go dokończył?

– Jak dwa i dwa cztery. – Walczak był pewny swego. – Bo to jest tak, panie komisarzu, że jak kto weźmie w łeb i padnie na pysk, to po co go jeszcze nożem ciąć? Przecie takiego sprawionego można ze wszystkiego okraść. A on pewnie obrobiony, bo widzi mi się, że grosza przy nim nie ma wcale. A i widać, że mu też głabnęli trzewiki i kapelusz. Znaczy się ten rudy, com go tu widział, wziął to wszystko.

– Znaczy się jak? – Gil najwyraźniej się zgubił.

– Leżał se nieboraczek z rozbitym łbem i wtedy napatoczył się jeszcze jeden, co chciał mu wziąć resztę lompów. Zezuł mu buty i pewnie chciał płaszcz, ale ten tu się ocknął i zaczął się niepotrzebnie szarpać, to mu ten kosę pod ziobro zasunął.

– Niby kto? – Przodownik widać miał dziś kłopoty z kojarzeniem.

– No jak kto? Ten, co ja jego widział. Co to za jeden, to mnie powiedziały pod Bogiem baby, co tu mieszkają. Bo ja onego nie znałem dotychczasowo. Ale teraz już wszystko wiem w niniejszej sprawie, panie komisarzu.

– To co wiecie, Walczak?

– Wiem, że ten, co mu kosę sprzedał, to się nazywa Zenuś Brodziak, co mieszka tu niedaleko, na Woźnej.

– Na Woźnej, powiadacie?

– Ja melduję, że tak jest, panie komisarzu.

Fischer uśmiechnął się pod równo przyciętym wąsem, usłyszawszy ten osobliwy sposób meldowania. „Ja melduję” było prostym tłumaczeniem meldunku pochodzącego z armii pruskiej, gdy żołnierze stający na komendę przed oficerem mówili „Ich melde”. W armii powstańczej komendy wydawano już po polsku, tyle że były to polecenia niemieckie przetłumaczone na polski. Stąd to „ja melduję”, które w dwudziestym roku zgodnie z nowym regulaminem zastąpiono przez „melduję posłusznie”. Zastąpiono, ale jak wiadomo przyzwyczajenia trudno się pozbyć, więc dawni wojskowi, wywodzący się z pruskiej armii, meldowali się tak, jak się tego nauczyli dawniej. I dzięki temu od razu można było wśród podoficerów i szeregowców bezbłędnie wyłowić starych wiarusów. Fischer, który sam był podporucznikiem w armii pruskiej, a potem walczył w powstaniu, szczególnym sentymentem darzył takich właśnie nieregulaminowo meldujących się dawnych żołnierzy, niegdyś towarzyszy broni.

– No to jak wiecie, Walczak, kto się przy tym nieboszczyku kręcił i kto jest być może podejrzany, to powiedzcie mi, co wy tu jeszcze robicie?

– Że niby jak, panie komisarzu? Przecie na służbie jestem tutej…

– Że niby tak, że trzeba by tego szczona zaprosić na pogaduchy. – Uśmiechnięty od ucha do ucha Gil klepnął Walczaka w plecy.

– Znaczy się, że mogę iść go szukać?

Fischer założył czapkę na głowę, a potem wskazał otwartą szeroko bramę, za którą zebrał się spory tłum gapiów. Nikt jednak nie mógł dostać się do środka, bo przejścia pilnowali dwaj posterunkowi z karabinami na ramieniu.

– Idźcie, Walczak, i przyprowadźcie mi tego gówniarza do Prezydium. Pogadamy sobie z nim trochę i zobaczymy, co nam powie ciekawego.

– Ja już mu wytłumaczę, że nie kalkuluje się kłamać…

– To ja pójdę z nim, panie komisarzu, jednakowoż – zaoferował się Gil – bo mu jeszcze za dużo przetłumaczy.

Fischer pokiwał głową. Fajka mu się wypaliła więc uniósł lewą nogę i uderzył nią kilka razy w obcas, tak żeby opróżnić cybuch z resztek popiołu. Naraz zwrócił uwagę na coś, czego wcześniej nie dojrzał. Odwrócił się plecami do swoich podwładnych, jakby całkowicie o nich zapomniał, i ruszył w kierunku śmietnika. Podszedłszy do zwłok, pochylił się nad nimi. Zdjął białą chustę, którą przykryta była twarz zabitego. Sam ją tam położył, by utrudnić dostęp muchom, których coraz więcej zlatywało się z okolicy, zwabionych zapachem krwi. Przez chwilę wpatrywał się w twarz tego człowieka, a potem chwycił jego zwiniętą w pięść lewą dłoń. Wcześniej wydawało mu się, że garść ściśnięta została w śmiertelnym skurczu, ale przed chwilą dostrzegł z daleka coś jasnego. Dlatego wrócił do śmietnika, by sprawdzić, czy to nie jest przypadkiem złudzenie.

Z trudem udało mu się rozprostować palce zabitego i zaraz przekonał się, że jednak miał rację. Wewnątrz dłoni dostrzegł papierowe, płaskie, reklamowe pudełko zapałek, jakie restauracje i lokale rozrywkowe dają swoim klientom po to, by przypomnieć adres i miejsce, w którym ci spędzili przyjemne chwile. Na kolorowej etykiecie opakowania były obrazek przedstawiający tancerkę, nazwa klubu i adres. Fischer uśmiechnął się zadowolony. Sama nazwa mu wystarczyła. Adres znał bowiem doskonale.

 

 

Godzina 8.45 rano

 

– A ty to co jeszcze w chacie robisz? – zapytał zdumiony Tolek Grubiński na widok Zenusia. Chłopak siedział na taborecie i zadowolony zajadał pajdę chleba ze smalcem. Na widok gościa uśmiechnął się radośnie. Tolek też się uśmiechnął, bo widok był iście groteskowy. Poszukiwany przez policję i podejrzany o morderstwo chłopak, ubrany w kalesony i podkoszulkę, siedział sobie najspokojniej w świecie za stołem i majtał nogami. Do tego na głowie miał czarny kapelusz. Wyraźnie za duży.

– Że niby jak? A gdzie mam siedzieć? – zdziwił się.

– Jak gdzie? Wszędzie, ino nie w chacie.

– Ja nie mogę wyjść nigdzie, panie Tolku, bo mi mamusia pory uprała właśnie. – Wskazał na spodnie suszące się na sznurku rozwieszonym nad piecem. I koszulę też wyprała.

– A niby czemu ci musiała to pranie zrobić? – Grubiński wszedł do kuchni i usiadł na krześle po przeciwnej stronie pomalowanego na biało olejną farbą stołu.

– A bo się uślomprały – wyjaśnił.

– A od czego?

– Jak od czego. Normalnie, od brudu.

– Tak? No to ja ci powiem od czego. Od juchy masz lompy uwalane. Boś z jednym gościem miał okoliczność, co to leży w śmietniku na Wielkiej. Oto jest przyczyna. A kapelusz też jego. – Tolek oskarżycielsko wysunął palec, wskazując na nakrycie głowy Zenusia.

– Fedora – powiedział z dumą chłopak. – Prosto z Berlina. O, wew środku ma napis, że Berlin i coś tam jeszcze, ino że po niemiecku – mówiąc to, zdjął kapelusz i odwrócił go dnem w stronę gościa, by ten mógł się przekonać, że ma do czynienia z najnowszym berlińskim krzykiem mody.

– Ja nie przylazłem tu na kapelusz patrzeć, ino by ci powiedzieć, że masz zaraz się zrywać stąd, bo za chwilkę wlecą tu szkieły i już będzie po tobie.

– Jak szkieły? Do mnie przyjdą? A niby po co? – Chłopak wyglądał na autentycznie zdumionego.

– Aleś ty głupi jest, Zenuś. – Tolek z niedowierzaniem pokręcił głową. – Jak się idzie na robotę, to się tak robi wszystko, żeby nikt nic nie zobaczył, a ty nie dość, żeś na mokro gościa załatwił, to jeszcze gada o tym wiara w całym Poznaniu. Już baby na rynku wiedzą, że toś ty go sprawił.

– Jak ja? Pierdolą, głupie… – powiedział szybko i zaraz przerwał, jakby naraz coś sobie uzmysłowił. – Nie może być! – zawołał.

– Co nie może, jak może. Wypatroszył żeś jakiegoś gościa i teraz już cię będzie szukać cała policja w Poznaniu. Dziwne, że jeszcze ich tu nie ma.

– Jak Boga szczerze kocham, nikogom nie wypatroszył. Gość sprawiony leżał, to go ino przepatrzyłem i wzięłem, co się dało. Jeszcze więcej by się wzięło, jakby nie ten szkieł, co się napatoczył…

– To nie twoja robota? – Grubiński spojrzał na chłopaka uważniej.

– W imię Ojca i Syna, i Ducha. – Zenuś przeżegnał się szybko i złożył dłonie jak do modlitwy.

Tolek podjął decyzję.

– Ubieraj się i idziemy!

– Gdzie?

– Nie pytaj gdzie, ino się ubieraj. Zakładaj pory…

Zenuś wyciągnął rękę i wskazał mokre spodnie wiszące nad piecem. Musiały zostać wyprane przed chwilą, bo skapywały z nich krople wody, które z sykiem lądowały na rozgrzanych fajerkach.

– Mamusia dopiero co uprała. Jak w takich galotach mam po mieście łazić?

– Załóż drugie.

– Ni mom drugich.

– No to idziesz w kalesonach…

– Zaraz! – Zenuś poderwał się z krzesła i w dwóch susach dopadł do drzwi prowadzących z kuchni do drugiej izby. Do uszu Tolka natychmiast dobiegło charakterystyczne, pijackie pochrapywanie. Nie było wątpliwości, że ojciec chłopaka śpi po ciężkiej nocy spędzonej w towarzystwie kilku flaszek wódki. Zapach, który natychmiast wpłynął do kuchni, był tak charakterystyczny, że nie dało się go pomylić z niczym innym.

– Tatuś, pory mi są potrzebne. – Zenuś pochylił się nad nieprzytomnym Brodziakiem, ale żadnej reakcji się nie doczekał, więc pociągnął ojca za rękaw podkoszulki.

– Ostaw mnie, do cholery, ja… – Stary nie dokończył, zasypiając w pół zdania.

– Tatuś, bo szkieły mnie zaraz wsadzą do kozy!

– Łe tej… – Poszarpywany Brodziak odwrócił się twarzą do ściany, wypinając tyłek odziany w mocno znoszone, ale jednak suche spodnie.

– A ty po co starego budzisz? – Rozległ się głos dochodzący od drzwi prowadzących na schody. Brodziakowa wróciła właśnie z miasta z koszem pełnym ziemniaków i marchwi.

– Porów potrzebuję, mamusia!

– O, pan Tolek! – Kobieta ucieszyła się na widok gościa, który stał przy oknie, wpatrzony w ciemne podwórko.

– Dzień dobry, pani Brodziakowa. – Grubiński, zdjąwszy kapelusz, ukłonił się z gracją, a potem jak prawdziwy amant filmowy wziął w swoją rękę dłoń matki Zenusia i pochyliwszy się szarmancko, musnął ją ustami. Kobieta zachichotała.

– Pan to ale z kobietą się umi obejść jak jaki Valentino.

– Kobiecie się należy szacunek – stwierdził, uśmiechając się półgębkiem, tak jak to ów słynny aktor Rudolf miał w zwyczaju. Zaraz jednak spoważniał.

– A Zenuś musi dać dyla, bo zaraz szkieły będą go szukać. Znaczy się już pewnie szukają i