Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Robert Surda prowadzi pozornie zwyczajne życie – do chwili, gdy zaczyna tracić pamięć i kontrolę nad codziennością. Jego żona, Bogumiła, milczy o dramatycznej diagnozie, a dorosła córka skrywa własne tajemnice. Ich dom, który miał być bezpiecznym azylem, powoli przestaje spełniać swoją funkcję.
Choroba, ciąża i strach splatają się w gęstą sieć zdarzeń. Każdy próbuje chronić bliskich, nawet za cenę utraty własnego spokoju. Po śmierci Bogumiły nic już nie jest takie jak wcześniej. Robert staje się coraz bardziej nieprzewidywalny, a granice rzeczywistości zaczynają się zacierać.
Córka i jej partner desperacko szukają równowagi, lecz trudne wybory pociągają za sobą konsekwencje, przed którymi nie mogą uciec. Każdy dzień to walka – o zrozumienie, o przetrwanie…
Wojciech Burdelak pokazuje, że gdy wszystko się rozpada, miłość, wystawiona na najcięższą próbę, zdolna jest ocalić to, co najcenniejsze – rodzinę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 483
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WSPOMNIENIE
Kochałam tak bardzo, że bardziej nie można
Myśli moje jak zapachy podrażniały nozdrza
A obrazy twej twarzy cukrem przyozdobione
Krzyczały do mnie spod niebios, kocham moją żonę!
Wspomnienia się wychylają z odmętów nicości
I chociaż już cię nie ma, jednak u mnie gościsz
Przybywasz codziennie, spotkań tych bez liku
A ja je sortuję, by nie słuchać krzyków.
Jedynie to, co miłe przez próg swój zapraszam
Wchodzisz do mnie i siadasz, i nie trudna praca
Z tobą wtedy mnie czeka, uśmiech twój wystarczy
Reszta jest jak rzeka, która nie zawraca.
Biorę cię w ramiona, nie zamierzam czekać
Wszystko zaraz się skończy i sen mną zawładnie
Nie zapyta o zgodę, nie zrobi to składnie,
Tylko oczy mi zamknie, świadomość odłączy.
Lecz ja go oszukam, bo co Bóg raz złączył
To nigdy żadna siła rozerwać nie zdoła
Jestem słabą kobietą, dmuchawcem na wietrze
Wiatr ze mnie żartuje, a ja krzyczę, jeszcze!
I w swoim śnie przebiegle na palcach się skradam
Chowając się przed tobą, ślady pozostawiam
Abyś mnie odnalazł, ale nie za prędko
Wszak tak czynią kochankowie, w taką grę się bawią.
Nigdy cię nie zapomnę, masz me przyrzeczenie
Jestem jak ta róża w głębokim wazonie
Jest nas tam bez liku, chociaż od nich stronię
Wszystkie zanurzone w wilgotnym błękicie
Czekam na zbawienie nim upłynie życie.
Autor
Wstęp
– Kto chce złapać promocję, zapraszam do mnie! Ludzie, ludzie, wyprzedaż przez wielkie Wu! – Ktoś darł się w niebogłosy dosłownie kilka metrów od niego, a on już tylko pragnął opuścić ten przybytek zdzierstwa i hipokryzji.
– Do dupy z tym – warknął i zdenerwowany pokręcił głową. – A co, gdybym umarł, robiąc pieprzone zakupy? O to niby ma chodzić w tym popierdzielonym życiu? Promocje, promocje i jeszcze raz wyprzedaże?
Nie wiedział, ile osób podzielało w tej chwili jego poglądy, ale coś czuł, że większość z zebranych w tym miejscu przypominała nietypowe zombie, które zamiast ludzkim mięsem żywiły się reklamami i promocjami, a sens życia kręcił się wokół sposobu na ograniczenie wydatków.
Jużjakiś czas temu z przykrością zauważył, że ludzie zupełnie postradali rozumy i zapadli na dziwną, ale bezsprzecznie groźną chorobę, na którą jedynym panaceum było „złowić” coś w promocji. Za punkt honoru przyjął sobie opuścić ten niegościnny teren i jak najszybciej znaleźć się w swoim aucie.
Robert Surda właśnie został wypluty przez standardowe, obracane drzwi i po przejściu kilku metrów zatrzymał się, zdezorientowany. Opuścił zatłoczony pasaż i chciał jak najprędzej znaleźć się w samochodzie, aby ruszyć w drogę powrotną do domu. Trzymał w dłoniach dwie pękate reklamówki zakupów i cieszył się w duchu, że udało mu się nie zrealizować całej listy, jaką zafundowała mu Bogumiła, bo wtedy taszczyłby jeszcze jedną, a może nawet dwie nadmiarowe torbiska. Pod pewnym względem miał bardzo specyficzną żonę. Nie znał innej kobiety, która czułaby taką awersję do zakupów. Wybranka jego serca nie lubiła gwaru i tłoku, a może zwyczajnie – bała się go.
Był niskim facetem ze sporą nadwagą, a pokaźna łysina również nie dodawała mu uroku. Jego osobisty czar prysł dobrych trzydzieści lat temu i teraz, patrząc w swoje odbicie w lustrze lub szybie, otrzymywał pokaźną dawkę negatywnych emocji. Nie lubił siebie, swojego wyglądu, a zwłaszcza tego, co w życiu osiągnął. Często łapał się na tym, że „gdyba”. Co by było, gdyby poszedł do innej szkoły, co by było, gdyby nie słuchał kumpli, co by było, gdyby był rozsądniejszy i mniej pił? Tego rodzaju przemyślenia do niczego nie prowadziły, a tylko pogłębiały frustrację.
Parking przed galerią handlową był naprawdę spory. Mógł pomieścić na pewno kilkaset pojazdów, jeśli nie tysiąc. Było to uzasadnione, bo w końcu w dzisiejszych czasach niemal każdy miał auto, a ludzie uwielbiali odwiedzać tego rodzaju miejsca. Ciągły ruch pojazdów przypominałchaos, ale to było tylko złudzenie. Samochody jeździły, a ich właściciele wypatrywali wolnych miejsc. Żadne miejsce nie zwalniało się jednak na długo, ponieważ w godzinach szczytu coś tu ludzi ściągało na zakupy, jak magnez przyciąga opiłki żelaza. Być może działał tak zwany odruch stadny, kiedy to przedstawiciele homo sapiens w dużej grupie czują się po prostu pewniej. A może w grę wchodziła praktyczność i wygoda, bo galerie oferowały całe mnóstwo sklepów różnego rodzaju?
Stał w bezruchu, torby ciążyły, a obok przechodzili ludzie, nie zwracający na niego najmniejszej uwagi. I dobrze, pomyślał. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ktoś życzliwy zapytał: czy coś mu dolega albo co się stało, że tak stoi jak odlany z metalu? A bezsprzecznie potrzebował pomocy. Dopiero po wyjściu uzmysłowił sobie, że w pośpiechu pomieszanym z emocjami nie zwrócił uwagi, gdzie zaparkował citroëna.
Poczuł się bezradny, bo po pierwsze; nikt mu nie przyjdzie z pomocą i nie wskaże, w którym miejscu stoi jego białe Picasso. Po drugie, takich aut mogło być kilka, a jego nie posiadało niczego charakterystycznego oprócz tablicy rejestracyjnej. Raz już przeżywał coś podobnego, kiedy po wyjściu z Biedronki podszedł do samochodu, próbując otworzyć drzwi, ale immobilizer nie reagował. Pomyślał wtedy, że będzie problem, bo pewnie padła mu bateria. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że wnętrze nie jest takie, jakim być powinno. Na tylnym siedzeniu leżało jakieś duże pudło, a on czegoś takiego nie woził. Okazało się, że pomylił autai że gdyby od razu zerknął na tablice, zaoszczędziłby sobie czasu i nerwów. Było znacznie gorzej, bo parkowało tu kilkanaście razy więcej pojazdów niż przed tamtym marketem.
Patrząc na widoczne setki fragmentów karoserii, kontynuował liczenie. Plac podzielono na ponumerowane sektory i jedyny sposób na w miarę szybkie odszukanie swojego wozu to systematyczne przeglądanie poszczególnych jego części.
– Na czym skończyłem? Aha, na dwójce – tym razem już wyszeptał i w nosie miał, czy ktoś to usłyszy. Skupił się na wyliczaniu przeszkód zamiast ruszyć w teren i szukać zguby.
A po trzecie, co zrobić z torbami? Powrócił do trybu bezdźwiękowego. Najlepiej by było gdzieś je zostawić, ale gdzie? Rozejrzał się raz jeszcze, lecz tym razem interesowało go bliższe otoczenie. Obok był stragan z warzywami i owocami, ale sprzedawczyni wyglądała na zdenerwowaną albo zwyczajnie nie lubiła swojej pracy. Nie było szans, żeby miała się zaopiekować jego zakupami. Pomimo usilnych starań, więcej już żadnej namiastki przechowalni nie zauważył.
– Robert, nie rób z siebie idioty większego, niż jesteś! – upomniał siebie w myślach, a potem ponownie na głos. A niech sobie podsłuchują, ma to gdzieś.
Właśnie dotarł do liczby „4”, która w jego mniemaniu należała do najcięższego kalibru. Był w pełni świadom, iż nie należy do osób uporządkowanych i jego poszukiwania trącać będą czystym chaosem. Prędzej, czy później pogubi się i nie będzie wiedział, które fragmenty już przeszukał, a gdzie jeszcze nie był.
– Przecież nie zadzwonię do Bogusi, żeby się zwolniła z pracy i przyjechała taksówką pomóc mi szukać samochodu? Co mam zrobić? Boże święty, pomóż – ponownie wyszeptał i tym razem zabrzmiało to jak modlitwa.
Suplika chyba została wysłuchana i pomoc nadeszła, ale nie w takiej formie, jak się spodziewał. Nagle, dosłownie w mgnieniu oka, parking zamienił się w tysiące drzew. Był w lesie. Nie wiedział, jak to się stało, lecz nie miał wątpliwości – to las. Jeszcze przed chwilą widział parking; mrugnął, odruchowo, jak każdy, i gdy znów otworzył oczy, po samochodach nie zostało najmniejszego śladu. Odwrócił głowę, zerkając przez ramię.
– A co z galerią? – zapytał, zanim jego wzrok omiótł przestrzeń za plecami. Nie popisał się elokwencją i z jego ust wydobył się jedynie cichy jęk. Ogromny budynek zniknął, a tam, gdzie budowlańcy wylali mnóstwo potu, rosły drzewa – takie same jak wszędzie wokół. Był sam i to, o dziwo, akurat go nie zaskoczyło. Dużo większe zdziwienie, a nawet zaniepokojenie, pojawiło się, gdy pojął, że nie trzyma już toreb. Zakupy zniknęły, a on nawet nie zauważył momentu ich dematerializacji.
– O cholera – to były kolejne słowa, które wypowiedział. Za wiele się działo, jak na jego gust oraz możliwości intelektualne. Nie nacieszył się zbyt długo przyrodą, bo kolejna zmiana nastąpiła w mgnieniu oka, co oczywiście wcale go nie ucieszyło.
Lasu już nie było, parkingu już nie było – za to pojawił się labirynt. To był wręcz wzorcowy labirynt z równo przystrzyżonego żywopłotu. Sięgał na pewno na dwa metry, a może nawet wyżej. Dużo gorsze od doświadczanych halucynacji było to, że on sam tkwił w tym kłębowisku przeróżnych ścieżek, których przeznaczenia nijak nie pojmował. Nie wiedział, czy to odpowiednie określenia, ale lepszych nie znalazł. Wszak nie wiedział, dokąd zaprowadzi go jakakolwiek droga, którą obierze. Mógł mieć dużo szczęścia i od razu trafić do wyjścia, albo błąkać się bez końca. Co jednak, jeżeli na końcu czyha coś groźnego? Chciał koniecznie wpaść na jakiś pomysł, kiedy usłyszał ciepło brzmiący kobiecy głos:
– Panie Surda… panie Robercie – ktoś coś do niego mówił i jednocześnie delikatnie potrząsał jego ramieniem. – Już chyba dosyć spania. Proszę otworzyć oczy.
Posłuchał polecenia, czy może prośby, i uniósł powieki. Były niezwykle ciężkie i trochę trwało zanim sobie z nimi poradził. Ktoś się nad nim pochylał, a on – zdaje się – leżał na plecach. Nie wiedział, czy to łóżko, podłoga, czy może jeszcze coś innego, ale na pewno przebywał w tej właśnie pozycji. Pierwszą myślą było, że coś się stało. Jakieś zdarzenie, wypadek, którego zupełnie nie rozumiał, ani tym bardziej nie pamiętał. W ustach miał pustynię, a oczy bolały, jakby wokół było zbyt dużo światła.
– No i pięknie. Powolutku, szanowny panie, powolutku i spokojnie musi się pan przyzwyczaić. – Słyszał ten sam głos, a może podobny, ale na pewno kobiecy.
– Gdzie ja? – wyszeptał, niemalże wycharczał.
– Ooo, co, nie pamiętamy? – przeszła niemalże do szczebiotu. – Spokojnie, czasami tak bywa. Każdy reaguje na swój sposób. Tak niestety, a może stety, działa matka natura. Jedyne, co mogę obiecać, to to, że z każdą minutą będzie się pan czuł lepiej. Gwarantuję.
Przypomniał sobie sceny z przeszłości, kiedy właśnie tak mówiła do niego babcia. Tylko, że wówczas był małym dzieckiem, a teraz… Teraz chyba jednak był dorosły, skoro ta kobieta zwróciła się do niego: per pan. Ale po co tak szczebiotała, jakby miała do czynienia z kretynem?
– To szpital? – Nie wiedział, zgadywał. – Czy trafiłem do szpitala? Jestem chory? A może miałem wypadek?
– Tak i nie, panie Surda. To jest szpital, ale pan na szczęście nie przeżył wypadku. To Oddział Chirurgiczny, a pan znajduje się na bloku pooperacyjnym.
– Blok pooperacyjny? Operacja? – tym razem usłyszał w miarę wyraźnie, a i jego wzrok uległ poprawie, bo wreszcie zobaczył, z kim rozmawia. Pochylała się nad nim kobieta. Prawe ramię miała oparte o coś, co znajdowało się poza jego głową, a lewą dłoń trzymała w kieszeni fartucha, czy może mundurka. To bezsprzecznie była pielęgniarka albo lekarka, a może salowa? Jej twarz wydała mu się bez znaczenia, dlatego nawet się jej specjalnie nie przyjrzał. Jedyne, po czym poznał, że była kobietą, to barwa głosu i spore piersi, rozpierające górną część stroju.
– Operacja – tak właśnie – operacja. Wycięliśmy panu wyrostek robaczkowy, a że takie rzeczy robi się pod narkozą, to trochę pan pospał. Mam nadzieję, że śniły się fajne rzeczy. Na zewnątrz czeka pana żona i córka, które liczą, że będą mogły z panem porozmawiać. Oby ich pan nie zawiódł, dlatego musi wziąć się w garść i pokazać bliskim, że wszystko jest w porządku.
– Bogusia i Kasia – stwierdził i poczuł się dumny, że od razu sobie przypomniał. Umysł nadal działał tylko w połowie i mężczyzna rozumiał, że nic z tym nie zrobi, ale był przekonany, że to przejściowe.
– No proszę, co za pamięć, panie Surda. Gratuluję! Niektórzy po wybudzeniu nawet nie pamiętają, jak mają na imię. No, z taką pamięcią, to Alzhaimer panu nie grozi. To, co robimy? – zapytała i od razu sama sobie odpowiedziała. – W takim razie idę zawołać obie panie.
– Alzheimer mi nie grozi – powtórzył, jakby to było coś ważnego, a nawet nie wiedział, czym właściwie jest ten cały Alzheimer? – To lekarz, który przychodzi, gdy pojawiają się komplikacje, a może jakiś rodzaj powikłań lub bólu?
Kobieta wyprostowała się i zniknęła mu z pola widzenia. Pomyślał, że jest sam, ale gdzieś z prawej strony chyba ktoś był, bo słyszał głęboki oddech, wręcz sapanie. Miał więc towarzystwo, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Pielęgniarka odeszła, zaraz wpadną tutaj Kasia i Bogusia, i pewnie zasypią go pytaniami. Miały do tego prawo. On natomiast miał spory dylemat, nie wiedząc, czym lub kim jest Alzheimer. Z tego, co jednak usłyszał, wynikało, że chyba powinien unikać tego kogoś.
Rozdział 1.
– Czy wszystko pamiętasz?
Pytanie było banalne, a głos – niewiele silniejszy od szelestu liści opadłych na trawę i wysuszonych jesiennym słońcem. Docierał on do niego zewsząd, a jednocześnie jakby ze środka jego ciała, którego przecież w tej chwili nie posiadał. Wiedział, że śni, ale to akurat nie było problemem, bo tak czy owak zamierzał odpowiedzieć na pytanie trywialne wręcz.
– Gdy tylko pojawiła się moja ukształtowana świadomość pamiętam wszystko – no prawie wszystko – żeby być całkiem szczerym. Postarałem się ubrać to, co uważam w najładniejsze – jak dla mnie – słowa, ale równie dobrze mógłbym zrobić zwykłe: prhy. – Prychnął, ale nie był do końca pewny, bo przecież we śnie nie posiada się materialnego ciała.
– Czy jesteś z tego powodu szczęśliwy, czy chciałbyś coś z tym zrobić? – kolejna część przepytywanki pojawiła się sekundę później.
– Nie wiem. Wspomnienia dzielą się na te dobre, ale i na takie, do których wolelibyśmy nie mieć dostępu. Pamięć nie jest wybiórcza. To nie szuflada pełna papierzysk, w której możemy zrobić porządki i powyrzucać te, które w naszym mniemaniu są zbędne. To raczej, a właściwie na pewno, tak nie działa.
Odpowiadał najlepiej, jak potrafił, choć specjalnie się nie starał. Po prostu samo tak jakoś wychodziło i nie bardzo wiedział, ile w tym jego zasługi. Teraz miał szansę, żeby rozejrzeć się i przekonać, dokąd zaprowadzi go ten omam senny. Chwilę trwało, zanim uzmysłowił sobie, że jest na szczycie wysokiej góry. Na pewno nie była żadnym z ośmiotysięczników, a jednocześnie naprawdę spora. Wszędzie wokół roztaczała się równina porośnięta lasami, polami i łąkami. Góra, którą w tej chwili wziął „w posiadanie”, nie była częścią pasma jej podobnych. Była raczej jak pojedyncza kupka piasku, usypana na plaży przez małego dzieciaka, zapomniana i pozostawiona, kiedy przyszło już kończyć zabawę i wracać do domu.
– Chciałbym cię zobaczyć – stwierdził, czując właśnie taką potrzebę.
– Lepiej nie – odpowiedź padła natychmiast, gdzieś spoza jego pleców.
– Dlaczego? Kim jesteś? – dopytał, bo odmowa go zaskoczyła, a jednocześnie zdenerwowała. – Uważam, że mam prawo zobaczyć, z kim dyskutuję. Ty na pewno mnie widzisz – dokończył z wyrzutem.
– Jestem nikim, a jak się domyślasz, nie da się zobaczyć niczego.
– To ma sens, a jednocześnie nie ma w tym niczego mądrego. Jestem tu i wiem, że to tylko sen, ale mimo to wydaje mi się, że ma to znaczenie. Moje sny zwykle były głupie i pozbawione sensu, ale w tym widzę pewną logikę… A może nie widzę, a to wokół to jakieś szaleństwo? – Jego ekscytacja nadal była spora, co sprawiało, że nie czuł się komfortowo.
– Szaleństwo? Ty nawet nie wiesz, co to takiego – głos zamienił się w szept. – Gdy już wszystko utracisz, całe swoje jestestwo, przepadniesz w niebycie. A taki stan jest gorszy od piekła. Wtedy będziesz mógł stwierdzić, że to, co cię spotkało to czyste szaleństwo.
– Czuję, że plotę od rzeczy, ale i twoje słowa nie mają sensu. – Obrócił się gwałtownie, żeby złapać rozmówcę na gorącym uczynku, ale on był szybszy. Jego wzrok spoczął na widnokręgu, co tylko pogłębiło jego frustrację.
– Nie obchodzi mnie, co sądzisz. Jak sam się teraz przekonujesz, Robercie, masz z tego miejsca doskonałe pole widzenia. Nie wszędzie jednak sięgasz wzrokiem i co chwila coś ci przesłania to, co przed momentem widziałeś. Nie dostrzegasz tego, ale jest w tym sens.
– Jaki znowu sens? – Potarł nos i wzruszył ramionami. – To jakiś stek bzdur.
– Chodzi wszak o możliwości, które zostały ci nadane – głos kontynuował, jak gdyby nie zauważył jego protestu. – A skoro je otrzymałeś, to możesz je – co oczywiste – w każdej chwili utracić.
Nie rozumiał, dlatego ponownie rozejrzał się po okolicy, ale tym razem staranniej. Kto wie, może takie otrzymał polecenie, a może taka była jego wola? Roztaczający się obraz był wręcz cudowny. Nie wiedział, ile w tym zasługi jego dobrego wzroku oraz wysokości, na której się znalazł, a ile typowych dla snu praw fizycznych, a właściwie ich braków. Widok wokół był naprawdę atrakcyjny, ale on jakoś nie zamierzał delektować się powabami otoczenia. To, że tu był i podziwiał panoramę, musiało coś znaczyć.
– Co mi to daje, że się tutaj znalazłem? Co mam zrobić? To jakieś zadanie, a może nagroda, której znaczenia i wartości nie pojmuję? Nie trafiłem tutaj na ochotnika, więc o co chodzi? Czyżbym był więźniem odbywającym swoją karę? To dla mnie za trudne.
– Nie rozumiesz? Naprawdę twój umysł jest aż tak płytki?
– Wypraszam sobie – zareagował oburzeniem – nie pozwolę się obrażać. Mam pewne ograniczenia, jak każdy, ale to nie upoważnia, żeby sobie ze mnie drwić.
– Niedługo cię nie będzie – głos oznajmił coś, co wprawiło go w osłupienie, ponownie lekceważąc jego protest.
– Nie będzie? – Natychmiast zapomniał o wcześniejszym. – Czyli – że umrę albo już umarłem? Boże, a więc tak to wygląda?
– Nie umarłeś i nie o śmierć tu chodzi.
– Nie o śmierć? Nie rozumiem, a więc o co?
– O coś znacznie gorszego.
– Nic nie może być gorsze od śmierci. Śmierć to pustka, brak czegokolwiek. Śmierć to zapomnienie i przejście do niebytu. To jak skok z tej góry bez żadnej możliwości, że się ponownie na nią wdrapię. Śmierć to piekło…
– Nic nie wiesz na temat umierania i śmierci. Kiedy już dotrzesz do pewnej granicy, to wyda ci się ona miłosierdziem. A teraz, przyjacielu wracaj do swojego świata, bo nic nie trwa wiecznie. Zapamiętaj: nic nie trwa wiecznie.
– Miłosierdziem, śmierć wyda mi się miłosierdziem. Nic nie trwa wiecznie – powtórzył słowa, które nie miały sensu albo były zbyt mądre, a on był za mało inteligentny… Która to może być? – wyszeptał do siebie i ciężko westchnął.
Właśnie sen się skończył, choć sam proces wybudzania przebiegł tak płynnie, że zdawało mu się, iż część jego ciała nadal w nim tkwi, podczas, gdy reszta przebywa już na jawie. Wychodziło na to, że uczepił się kurczowo fizycznego elementu realnego świata, a Morfeusz – bóg Snu nadal trzyma jego nogi i ze złośliwym uśmiechem na ustach szepcze, że go nie puści.
Leżał na wznak i starał się zachowywać cicho, bo obok spała jego żona, która potrafiła mieć naprawdę czujny sen. Czuł parcie na pęcherz, co oznaczało, że będzie musiał wstać z łóżka. Uczucie nie było przesadnie silne, ale na tyle dokuczliwe, żeby przyjąć do wiadomości, że z tego względu już nie zaśnie. Nie miał pewności, co go wybudziło? Parcie na pęcherz czy sen, który doskonale pamiętał? W końcu to jednak we śnie usłyszał komendę do wybudzenia, co już samo w sobie było nietypowe. To, co przeżywał, było dziwne, wręcz szalone, ale stało się tylko majakiem, którego chyba nie należało brać zbyt poważnie. Uczepił się tej myśli, uznjąc, że nie ma sensu zaprzątać głowy sennym majaczeniem, a należy skupić uwagę na swojej fizyczności, która coraz mocniej dawała znać o sobie.
– Słodki Jezu! Jestem niewolnikiem niewielkiego pęcherza. O tak, mój pęcherzu moczowy, jesteś naprawdę potężny i masz władzę! – szeptał z nieskrywanym sarkazmem, jakby zamierzał dopiec organowi, który „psuł mu szyki”. Bardzo szybko pojawiła się refleksja, że powyższy narząd raczej nie posiada czegoś takiego jak zmysł słuchu.
Powoli, a zarazem cicho, wygramolił się z ciepłej pościeli i stanął przy łóżku. Tak w pomieszczeniu, jak i na zewnątrz było jeszcze ciemno. Jedynie odległe latarnie uliczne dawały niewiele światła, rozpraszając nieśmiało nocny mrok. Spróbował wypatrzyć kapcie, ale okazało się, że zdecydowanie nie był istotą stworzoną do życia w ciemności, gdyż jego starania spełzły na niczym. Wiedział doskonale, gdzie je pozostawił, a może tylko tak mu się zdawało? Ponieważ nie miał zamiaru zapalać światła w pokoju, uznał, że poradzi sobie bez tych kretyńskich laczków w kształcie psich pysków, które dostał od córki na gwiazdkę.
Nie lubił ciemności i tak naprawdę napawała go ona lękiem. Był dorosłym, dojrzałym, a nawet już przekwitniętym facetem i takie problemy nie powinny go dotyczyć. Może w dzieciństwie wydarzyło się coś traumatycznego, czego już nie pamiętał? Może starszy brat wyskoczył nagle z ciemności, strasząc go tak, że omal nie umarł z przerażenia? Mogło tak być, ale nie musiało. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że ciemność to jedynie brak oświetlenia i nie kryje się za tym nic mistycznego. Tak było w teorii, ale w praktyce strach i fobie dusiły jego odwagę w zarodku.
– Robert, przestań pieprzyć – zmotywował sam siebie szeptem do działania. Najchętniej powiedziałby to na głos, ale metr dalej spała Bogusia. Kolejny atak zniecierpliwionego pęcherza zmusił go do porzucenia bezsensownych, w sumie, rozważań i przetransportowania organu do miejsca, gdzie to „bydlę” będzie mogło pokazać, na co je stać.
Szedł w stronę zamkniętych drzwi, powoli stawiając stopy. Zwykle bywało tak, że kiedy człowiek chciał zachować ciszę, to nawet stawy nagle zaczynały dziwnie strzelać i trzeszczeć, choć wcześniej działały bez zarzutu. Już miał złapać za klamkę, kiedy przypomniał sobie o godzinie. Nie było mu to do niczego potrzebne, ale i tak chciał wiedzieć. Tuż obok telewizora stał dekoder Polsatu, który zawsze wyświetlał aktualny czas. Zmrużył lekko oczy i z trudem odczytał cztery cyfry. Była 23:57. Zaraz północ – pomyślał. Ruszył, w kilka sekund przemierzając korytarz i – prawie bezgłośnie – otwierając drzwi toalety.
Doszedł do wniosku, że tutaj również nie zapali światła. Uznał, że skoro nic niepokojącego nie wyskoczyło na niego z ciemności, to już raczej nie wyskoczy. Oświetlenie wybudziłoby go z sennego rytmu, a przecież pragnął jak najprędzej wrócić do łóżka i spać dalej. Parcie na pęcherz stało się tak silne, że mógł nie zdążyć, co by oznaczało, że będzie musiał zmienić spodnie od pidżamy.
Znał na pamięć rozmieszczenie wszelkich sprzętów w mieszkaniu, dlatego na ślepo skierował kroki w stronę sedesu. Stanął przy nim, rozpiął rozporek i zaczął sikać. Poczuł ulgę, ale po kilku sekundach zaniepokoił się. Z początku nie pojął, co się dzieje. Nie słyszał charakterystycznych odgłosów strumienia moczu wpadającego do sedesu, ale za to poczuł wilgoć na wysokości kolan. Było zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć. Odruchowo przerwał i ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał się w progu i sięgnął do włącznika. Zmrużył oczy, kiedy pomieszczenie zalała fala ostrego światła. Kilka sekund później patrzył już na swoje mokre spodnie od pidżamy. Kolejną chwilę trwało, nim pojął, co się stało. Klapa od sedesu była opuszczona, a więc jego mocz wylądował nie tam, gdzie powinien.
– Kurwa jebana! – zaklął, kiedy przekonał się, ile żółtawej cieczy za moment przyjdzie mu posprzątać. Ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, usłyszał za plecami charakterystyczne odgłosy szurania drobnych stóp.
– Boże, Robert… no i co z tego? Nasikałeś na deskę, bo zapomniałeś ją podnieść. To nie koniec świata.
Bogumiła Surda – żona Roberta siedziała po drugiej stronie stołu i wpatrywała się w niego niezwykle poważnie, jak gdyby rozbierała go na czynniki pierwsze, czego bardzo nie lubił. Tym razem jednak uznał, że to nic takiego, bo już sam nie wiedział, czy bardziej był zły, czy może przerażony tym, co się stało. Dochodziło wpół do pierwszej, a ona przed momentem skończyła wycierać ślady jego hańby. Chciał to zrobić osobiście, bo wydało mu się, że poniża żonę w ten sposób, ale ona tylko fuknęła na niego i przypomniała, jak raz zmoczył pościel, kiedy wypił za dużo.
– Bogusia, nie wiem, co… czemu tak się stało. – Przejechał dłonią po łysinie i ciężko westchnął. – Żebym chociaż coś łyknął wieczorem, ale ja nic… Boże, co się dzieje?
– Nic się nie dzieje. Co ma się dziać?
– Nie wiem. Może to zaczątki jakiegoś choróbska? Ale nie… Za młody jestem na uwiąd starczy. Nie mam jeszcze sześćdziesiątki. Krzysztof jest ode mnie starszy o kilka lat i, choćby dlatego, że jest moim bratem, powinien też już czegoś…Nie, to bez sensu. – Machnął ręką z bezradnością godną współczucia.
– Robisz się coraz starszy i musisz brać na to poprawkę. Ja już mam problemy z nietrzymaniem moczu. I co mam z tego powodu zrobić – powiesić się?
– Może masz rację.
– Rację z wieszaniem? – spytała i zerknęła na niego spod przymrużonych powiek.
– Żadnego wieszania – odpowiedział stanowczo, nieświadom, że żartowała.
– W takim razie, nie może, tylko na pewno – oznajmiła i przesłała mu rozbrajający uśmiech. – Chłopie, bierz poprawkę na wiek, bo wiek nie weźmie poprawki na ciebie.
– Tak, tak. Zwykle dobrze wychodzę na twoich radach. Szczęście, że nie zachciało mi się… no, wiesz…? Wtedy dopiero by było sprzątanie!
– Nooo – celowo rozciągnęła słowo i zaczęła się podnosić. – A teraz mój mężulek rozbierze się do rosołu i obmyje, co jest do obmycia, a Bogusia przyniesie czystą i suchą piżamkę. – Wyprostowała się i patrzyła na męża z góry. – No już. Spadaj, jełopie do łazienki, bo chcę iść spać. Nie wiem, czy pamiętasz, ale rano wstajemy do roboty. Nie chcę mieć oczu na zapałki.
Rano, kiedy wstał i zaczął się szykować do pracy, zauważył na stole w kuchni kartkę z listą zakupów. Nie był zaskoczony, bo to zwykle on szastał kasą. Tak naprawdę wcześniej nie lubił krzątać się po sklepach, ale z czasem przyzwyczaił się i nie wyobrażał sobie, żeby chodzili razem albo że to Bogusia miałaby go wyręczać.
Czas dłużył się niemiłosiernie. Praca w ochronie miała swoje plusy, ponieważ dawała to, czego pragnął, czyli spokój, ale jednocześnie była zwyczajnie nudna. Dokładnie o piętnastej wyszedł z portierni, wsiadł w samochód i ruszył w kierunku domu. Do przebycia miał około ośmiu kilometrów, więc ten dystans nawet bez przesadnego wciskania gazu, przebył w niecałe dziesięć minut. Dopiero, parkując przypomniał sobie o zakupach. Zaserwował sobie soczystą wiązankę pod nosem i, kręcąc głową z niedowierzaniem, udał się w kierunku sklepu. Podjechał na parking przy supermarkecie i zaparkował na wstecznym pomiędzy busem a małym fiatem, który o dziwo był w bardzo dobrym stanie. Jego Citroën wypluł go z wnętrza, mrugnięciem świateł oznajmiając, że zamierza cierpliwie poczekać na swego pana.
Chwycił jeden z wózków stojących pod sklepem i wepchnął do środka, pozdrawiając stojących w kolejce do kasy standardowym: dzień dobry.
Cichutko pogwizdując, co było oznaką doskonałego nastroju, rozpoczął wędrówkę między regałami. Zaczął od działu ze słodyczami. Uwielbiał słodkości, dlatego na dnie wózka w pierwszej kolejności umieścił dwa kartoniki ptasiego mleczka. Do tego dołożył kilka opakowań wafelków w czekoladzie i serca w białej polewie, a potem ominął starszą panią, która miała problem z nadmiarem możliwości wyboru cukierków na wagę.
W alejce było dość ciasno, ponieważ część przestrzeni zajmowała paleta z nierozpakowanym towarem. Ostreczowana czekała na kogoś z personelu, kto zlituje się i porozkłada produkty na półki. Z naprzeciwka zbliżała się ładna blondynka o długich włosach, zaczesanych w dwa warkocze. Natychmiast skojarzyła mu się z Indianką, choć nigdy nie spotkał blondwłosej. W sumie to nigdy żadnej nie spotkał, ale jakie to miało znaczenie, skoro babka była naprawdę ładna? Mogła mieć około trzydziestki, a więc być w wieku jego córki, Kasi. Lubił jasnowłose, bo w końcu tak żona, jak i córka miały naturalne blond włosy, a tym samym były najlepszym dowodem na to, że blondynki wcale nie mają problemów z logicznym rozumowaniem. Bogusia biła go na głowę pod względem intelektu, a Katarzyna była jeszcze mądrzejsza. Odsunął się trochę w bok, robiąc więcej przestrzeni i obserwował mijającą go kobietę.
– Dzień dobry, pani – zagadał, jak gdyby na coś liczył. Ta nie odpowiedziała i albo go zlekceważyła, albo nie usłyszała. Odprowadził ją wzrokiem, skupiając uwagę na jej tyłku upakowanym w ciasną brązową mini spódniczkę. Kilka sekund później odwrócił się do niej plecami i ruszył w przeciwną stronę. Idąc rozglądał się na boki. Zatrzymał się przy konserwach, bo poczuł chęć na rybę w oleju. Wybór był naprawdę spory, ale on szukał czegoś w promocyjnej cenie.
– Cześć, Robert – usłyszał gdzieś z tyłu pozdrowienie kierowane na pewno pod jego adresem. Natychmiast się obrócił i zobaczył Marysię– dziewczynę, do której w zamierzchłej przeszłości się przystawiał. Chciał z nią chodzić, bo bardzo mu się podobała, ale okazało się, że jeszcze do tego nie dorósł. Zamiast powiedzieć, o co mu chodzi, jak uczyniłby każdy facet, to jedynie zagadywał, aż w końcu pojawiła się konkurencja i dziewczyna zaczęła spotykać się z kimś innym.
– Ooo, sierotka Marysia – zażartował.
– Tylko nie sierotka. – Spróbowała porazić go wzrokiem, ale skończyło się na serdecznym śmiechu. – Ale przypakowałeś, kolego.
– No, wiesz… nadwaga zawsze była synonimem dobrobytu – skomentował swoim wypróbowanym frazesem, a w myślach dodał, że ona też się zmieniła.
Patrzyli przez chwilę, lustrując siebie nawzajem. Przywołał stare czasy, kiedy była bardzo atrakcyjną szatynką ze specyficzną fryzurą, którą – o ile go pamięć nie myliła – nazwano „mokrą włoszką”. Widać było, że kobieta dba o siebie, ale mimo wszystko czas nie obszedł się z nią łaskawie. Uznał, że to milczenie staje się krępujące i palnął pierwsze, co mu przyszło do głowy:
– Starzejemy się, ot co. – Wsparł to stwierdzenie życzliwym uśmiechem, jak gdyby w ten sposób przeczył własnym słowom.
– No chyba ty, bo ja mam nadal dwadzieścia jeden lat. Młodziutka ze mnie dziewczyneczka. – Wykonała ruch ciałem, jakby tańczyła i cofnęła się o krok, żeby przepuścić mężczyznę z pustym koszykiem.
– I tu się z tobą zgadzam. Nic się nie zmieniłaś.
– Robert, jedzie mi tu czołg? – Palcem wskazującym dotknęła dolnej powieki prawego oka.
– Nie, nie jedzie – odpowiedział szybko. – Ale chyba miło usłyszeć taki, czy tym podobny komplement. Pamiętaj, że miłych słów nigdy za wiele.
– Komplementy są dla próżnych ludzi, a ja… no cóż. Starość nie radość. – Nagle spoważniała i westchnęła, przygryzając dolną wargę.
– Ale to życie jest… – udzielił mu się jej nastrój. – Wiesz, że już siedmiu chłopaków z mojego rocznika poszło do piachu? A o ilu nie wiem?
– Boże, a jeszcze niedawno chodziło się do szkoły, a życie wydawało się nie mieć końca. Pamiętam, że – jak skończona idiotka – nie mogłam się doczekać, kiedy będę pełnoletnia. – Uśmiechnęła się kącikiem ust. – A starość, to było coś tak nierealnego, jak porwanie przez UFO.
– A tam… szkoda strzępić języka.
– Idę, bo mam jeszcze sporo do załatwienia. Pozdrów ode mnie Bogusię. Tylko na pewno. Nie zapomnisz? – Popatrzyła na Roberta podejrzliwie.
– Nie zapomnę, pozdrowię. Trzymaj się i dbaj o siebie.
– Ty też, panie Robercie.
Później odwiedził działy: mięsny, z pieczywem, a na koniec monopolowy, gdzie kupił dwie zgrzewki piwa puszkowego. Potem już tylko kasa, parking i powrót do domu z dwiema wypchanymi reklamówkami.
– Daj mi masło z lodówki. – Bogusia kończyła zalewać wrzątkiem herbatę, kiedy zwróciła się do męża. Na stole już leżał pokrojony chleb oraz talerz z wędlinami.
– Muszę? – spytał przekornie, bo wiedział, co za moment usłyszy. Nie ruszał się jednak, czekając na komentarz.
– Nie, nie musisz. – Odchyliła głowę i patrzyła w sufit, co zwiastowało dłuższą tyradę. – Siedź sobie wygodnie, kotku, a ja to zrobię. Przecież po to za ciebie wyszłam, żeby ci usługiwać przez całe życie. Nie masz pojęcia, jak wiele radości daje mi ogarnianie tego wszystkiego. – Komentowała z cynizmem w głosie. – Jaka to przyjemność, wręcz rozkosz, gdy rano się budzę i pierwsze, o czym myślę, to to, co zrobić dzisiaj na obiad, żeby zadowolić mojego kochanego mężulka. Pomidorową, nie, bo była przedwczoraj. A może ogórkową, nie, bo była w zeszłym tygodniu. Wiem, zrobię…
– Dobra już – wszedł jej w słowo. – Wiem, że szalejesz za mną i życia poza mną nie widzisz, ale nie musisz mi zdradzać wszystkich swoich przemyśleń. Idę już po to nieszczęsne masło.
– Dziękuję bardzo – powiedziała i uśmiechnęła do niego figlarnie. To zawsze działało, choćby nie wiem, jak ciężki mąż miał dzień i podły nastrój, ten „opatentowany” przez nią sposób zawsze przynosił pozytywny efekt.
Robert zaczął się podnosić, odsunął tyłkiem krzesło i ruszył ku lodówce. Otworzył jej drzwi i nieco nonszalancko zajrzał do środka. – Znowu nie zgasiłaś w niej światła. Na prąd nie zarobimy – zażartował, rozpoczynając poszukiwania masła. Przeskakiwał wzrokiem wszystkie półki i wysunął szufladę, ale nie znalazł tego, czego szukał. – Nie ma – rzucił, spoglądając pytająco na żonę. Po co prosi, żebym coś zrobił, skoro wie, że to bez sensu? Przecież wiadomo, że z „próżnego to i Salomon nie naleje”.
– No przecież kupiłeś. – Patrzyła na Roberta wyczekująco. – A może nie kupiłeś? To ty rozpakowywałeś torby.
– O Boże, kobieto? Myślisz, że pamiętam wszystkie zakupy?
– Przecież napisałam ci kartkę. Miałeś ją wziąć jak pojedziesz do roboty. Zabrałeś?
– Kartkę… czy zabrałem kartkę? – Zamknął drzwi od lodówki i zaczął wywracać kieszenie. Wyciągnął portfel i zajrzał do przegródek. – Jest! – powiedział triumfalnie. – Widzisz, wziąłem, nie zapomniałem.
Bogusia podeszła do męża i delikatnie, wręcz z namaszczeniem, wyjęła mu kartkę z ręki. Nie protestował, pomimo że nie lubił być sprawdzany. Przebiegła wzrokiem po tekście i spojrzała na męża z wyrzutem.
– Robert, to lista zakupów z zeszłego tygodnia. Bez masła do jutra wytrzymamy, ale miałeś kupić włoszczyznę, bo bez niej nie będzie rosołu. W ogóle nie będzie żadnej zupy, no chyba że owocowa. Nie poznałeś, że to nieaktualna lista?
– O Boże, Bogusia, zwyczajnie zapomniałem… – próbował się usprawiedliwiać. – No, pomyliłem się i już. Przepraszam, każdy może się pomylić. Co mam się teraz iść i powiesić? Bo nie ma głupiej włoszczyzny?
– Nie, nie masz iść się powiesić, ale masz iść do Żabki kupić włoszczyznę. Zdążysz, bo jest czynna do dwudziestej drugiej. I weź też masło, jakby mieli.
– Jezu, Bogusia, mam iść taki kawał? – spytał, po czym jęknął teatralnie. – Wiesz, jak to daleko?
– Wiem… dwieście metrów. Zmierzyłam krokomierzem. Pięć minut w jedną i pięć minut z powrotem. A teraz idź, mój ty serdeńko, bo herbatka wystygnie.
Robert nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok, nie znajdując sobie miejsca. Jutro nie szedł do pracy, bo zgodnie z grafikiem miał wolne. Bogusia za to miała cały weekend wolny. Mógł więc sobie rano pozwolić na dłuższe wylegiwanie się w łóżku, chyba że żona coś sobie wymyśli i zaprzęgnie go do jakichś zadań. Poleżał jeszcze trochę, a kiedy usłyszał ciche pochrapywanie dobiegające z boku, wstał jak najciszej i wyszedł z sypialni. W lodówce znalazł czteropak Lecha. Pomyślał, że jeśli wypije jedno, najwyżej dwa piwa, szybko zrobi się senny i zaśnie. Wziął pakunek oraz szklankę i poszedł do innego pokoju. Usiadł w głębokim fotelu i zapalił niewielką lampkę, dla której znalazło się miejsce na końcu ławy, oddzielającej dwa fotele. Wyjął jedną puszkę i jak najciszej otworzył. Miały one to do siebie, że zawsze wydawały jakże charakterystyczne pstryknięcie, i po prostu nie dało się nic z tym zrobić. Nalał piwa do szklanki i spojrzał w sufit.
Przypomniał sobie, kiedy jako jedenastolatek był z tatą i bratem na wakacjach u dziadka Wacława. Dziadek mieszkał ze swoją drugą żoną, nie akceptowaną przez ich tatę, który nosił egzotyczne imię Onufry. Pierwsza żona dziadka, czyli babcia umarła, jak miała pięćdziesiąt sześć lat. Dostała wylewu w nocy i już się nie obudziła. Dziadek bardzo przeżywał jej śmierć, ale – jak się później okazało – już po roku znalazł ukojenie w ramionach innej kobiety. Robert, choć był dzieciakiem, to jednak pamiętał doskonale, jak tata ignorował swoją macochę. Nad wyraz rzadko się do niej odzywał, a jeżeli już, to zwracał się do niej po imieniu. Miała na imię Klaudia, a jemu, jako dzieciakowi, wydało się, że to najpiękniejsze imię pod słońcem. Była dużo młodsza od dziadka, a nawet od ich taty. Czasami, gdy o niej myślał, to robiło mu się jej żal. Była dla wszystkich bardzo miła, ale widać było, że sposób traktowania przez Onufrego wywołuje u niej smutek, a może nawet ból.
Dziadek miał spory sad i zawsze, gdy do niego przyjeżdżali, zabierali ze sobą namiot. Rozbijali go pod rozłożystą czereśnią, która wydawała przepyszne, wręcz bordowe owoce, i przychodzili do domu tylko po to, żeby coś zjeść albo załatwić potrzeby fizjologiczne. Tata nie przykładał wielkiej wagi do higieny, więc czasem przez tydzień nie mieli kontaktu z wodą. Dziadek i tata dużo pili, a jeszcze więcej dyskutowali.
Pewnego popołudnia do ich namiotu wpadł tata i powiedział, że dziadek gdzieś się zapodział. Wyglądał na mocno przejętego i zdenerwowanego, a to oznaczało, że najlepiej było posłuchać, co nakaże albo po prostu zejść mu z drogi.
– Zapodział, cholera – Robert skomentował szeptem tamto wydarzenie i upił dwa małe łyki piwa. – Byłem głupim młokosem i nawet nie wiedziałem, co znaczy to słowo.
Kiedy spytał brata, co się dzieje, Krzysztof wytłumaczył, że dziadek zniknął, a więc trzeba go znaleźć. Tata natychmiast rozpoczął poszukiwania, dzieląc domowników na dwa zespoły. W jednym był tata i Krzysztof, a w drugim on i ciocia Klaudia.
– Cholera, jaka ona była ładna. A ja byłem z nią sam na sam i wyobrażałem sobie niestworzone rzeczy – mówił na głos, ale na tyle cicho, żeby nie zbudzić Bogusi. – Guzik mnie wtedy obchodził dziadek Wacek. Wiem, jak to brzmi, ale nie lubiłem dziada i tyle. Był z niego kawał gnoja. Chociaż w sumie… w sumie to jednak nie był aż taki zły – podsumował, powracając do wspomnień.
Oba zespoły poszukiwawcze ruszyły w przeciwne strony i rozpoczęły wyścig z czasem. Do zmroku pozostały trzy godziny – niby dużo – ale obszar do przeszukania był ogromny.
– Co ja wtedy miałem we łbie? Przecież jeszcze mi nie stawał, a o seksie wiedziałem tyle, co mi Krzychu naopowiadał. Z tym, że on wiedział chyba niewiele więcej ode mnie, bo był starszy tylko o dwa lata. – Skończył wywód i dopił piwo, po czym nalał sobie znów do pełna, na powrót popadając w zadumę.
On i Klaudia z początku szli osobno, ale gdy tylko brat i tata zniknęli im z oczu, złapał ciocię za rękę i delikatnie ją ścisnął. Zatrzymała się, zaskoczona, a może i zdezorientowana, i popatrzyła na niego z góry. On odwzajemnił spojrzenie, ale nic nie powiedział. Wtedy wydało mu się, że tak postępują mężczyźni. To miał być znak, że coś do niej czuje i chce, żeby o tym wiedziała.
– Miała taką delikatną, wręcz kruchą dłoń, że aż bałem się, że zrobię jej krzywdę. – Uśmiechnął się na to wspomnienie. – Ja, który nie sięgałem jej nawet do cycków. To chyba była moja pierwsza miłość albo zauroczenie. Aaaa, jak zwał, tak zwał.
Ciocia Klaudia ruszyła, trzymając go za rękę, i zrobiła to niczym ktoś, kto wychodzi z założenia, że skoro nałożono jej ten balast, nie ma co narzekać i trzeba robić swoje. Nie skomentowała jego zachowania, jak gdyby nie było warte słów.
– Myślałem, że ta wyprawa coś zmieni w moim życiu i nawet nie zauważyłem, że ona była naprawdę przejęta losem swojego męża. Co ja wtedy miałem we łbie? No, na pewno nie mózg. Szliśmy, trzymając się za ręce i byłem taki dumny, bo wyobraziłem sobie, że jesteśmy jak para. A pewnie dla kogoś z boku wyglądaliśmy, jak matka z synem. Ech, jaki człowiek głupi i naiwny, kiedy jest młody.
Poszukiwania dziadka Wacka nie przyniosły spodziewanego efektu, a zaczynało się ściemniać. Młody Robert miał już dosyć kluczenia, nawoływania i wypatrywania. Już po kilkunastu minutach puścił kobiecą dłoń i wsunął ręce do kieszeni. Wkrótce ciocia stwierdziła, że już wystarczy, i zaczęli iść z powrotem.
– No tak… – opróżnił kolejną szklankę i sięgnął po drugą puszkę. – Kwadrans później dziadek Wacek sam wrócił do domu – a właściwie przyprowadził go sąsiad, bo zapomniał, w którą stronę iść. Tata trochę na niego nakrzyczał, że tak się nie robi, i takie tam. I dobrze zrobił, choć ciotka się pobeczała. To były ostatnie wakacje u dziadka, bo później było z nim coraz gorzej. Ciotka w końcu zmądrzała i zostawiła starego dziada, a on wylądował w domu opieki. Odwiedziliśmy go kilka razy, ale gdy okazało się, że nie wiedział, z kim rozmawia, tata uznał, że nie ma sensu przyjeżdżać. Cholera, demencja jest straszna.
– A co ty, nie śpisz?
Usłyszał pytanie i obrócił się gwałtownie. W wejściu stała jego żona, z zaplecionymi ramionami na piersiach, i patrzyła na niego z dezaprobatą. Chciała zapewne wyglądać władczo, ale nie wyszło to najlepiej. W seledynowej koszuli nocnej sięgającej do kolan wyglądała pociesznie, dlatego niespecjalnie się przejął, a nawet sam przeszedł do ofensywy.
– Ale mnie wystraszyłaś! Rób tak dalej, jak chcesz, żebym dostał pieprzonego zawału! – Naskoczył na nią z pretensjami. Było to mocno udawane, ale w ten sposób próbował ukryć, na czym go nakryła.
– Robert, znowu gadasz sam ze sobą? Czyli… znaczy pijesz. Ech, szkoda strzępić języka. Myślisz, że jesteś cicho, ale mnie obudziłeś, mimo że spałam w drugim pokoju.
– O Jezu… nie masz innych problemów? Wspominki, Bogusiu. To tylko takie wspominki. Przypomniałem sobie, jak jeździliśmy do ojca mojego taty i jak tam fajnie było, dopóki dziadek nie zwariował. Przykre, ale…
– Dziadek Wacek nie zwariował, drogi mężu. Po prostu dopadł go Alzheimer i tyle. To przykre, tragiczne wręcz. Pamiętaj, że choroba nie wybiera. Wczoraj Wacek, dzisiaj może ty, a jutro ja. Nikt nie wie, co mu pisane. A teraz spać, i mam nadzieję, że nie będziesz wstawał co pięć minut do ubikacji. Skoro tak lubisz piwo, to może zacznij nosić pampersa, bo pęcherz też już nie ten.
– Nie bądź złośliwa. Dopiję jeszcze dwa ostatnie łyki i idę spać. Na szczęście jutro mam wolne i nie muszę wcześnie wstawać.
– Aaa, rób, co chcesz – machnęła ręką z rezygnacją. – Tylko żeby z tych dwóch łyków nie zrobiły się dwie kolejne puszki. – Westchnęła głośno, odwróciła się na pięcie i wyszła.
– Dokąd idziesz? – wołanie z łazienki rozległo się w najmniej oczekiwanym momencie. Właśnie chwytał za klamkę, żeby niezauważony wymknąć się na dół, a tu taki pech albo niesamowita intuicja Bogumiły, jego genialnej żony.
– Wychodzę – odpowiedział enigmatycznie.
– To wiem. Ale dokąd i po co?
– O Jezu, Bogusia. Na spacer. Połażę trochę i za godzinę wrócę – skłamał bezczelnie.
– Dobra, tylko nie siedź za długo w tej knajpie. – Po tych słowach z łazienki dobiegł odgłos spuszczanej w toalecie wody. Uznał, że to był znak, żeby przyśpieszyć, bo jak Bogusia wyjdzie, to zacznie dopytywać o szczegóły, a wtedy polegnie z kretesem.
– To nie knajpa, tylko bar – odpowiedział podniesionym głosem i wyszedł na korytarz. Pośpiesznie pokonał wszystkie stopnie i znalazł się na zewnątrz kamienicy. Lekko się zgarbił i szybkim krokiem ruszył w stronę baru o niezbyt wyszukanej nazwie: „U pijaka”.
Od jego nocnych wspominek, w czasie których Bogusia, gdyby mu nie przerwała, to pewnie by się upił, minęły dwa tygodnie. Wtedy była zarówno zła, jak i zawiedziona jego zachowaniem, ale już następnego dnia wszystko wróciło do normy. Pod tym względem była cudowną kobietą. Miała w sobie tyle dobroci, że mogłaby nią obdarować tak jego, jak i pewnie jeszcze kilka innych osób. Czasami popadał w nostalgię, dochodząc do wniosku, że chyba na nią nie zasługuje. Ten stan szybko jednak mijał i wtedy powracały stare demony. Co miał poradzić, że lubił alkohol? Ten miły szmerek w głowie i podniecenie wymieszane z poczuciem większej pewności siebie. Od zawsze był zakompleksiony i zapewne w ten właśnie sposób podbudowywał swoją wartość. Był świadomy, że to droga donikąd, ale przecież nie mógł wszystkiego kontrolować.
Po drodze do baru kupił w sklepie spożywczym, gdzie była prasa, „Przegląd Sportowy”, bo chciał w spokoju poczytać, a przy okazji wypić kilka piwek. Tylko to, nic więcej. Żona miała rację z tą knajpą. Rzeczywiście daleko jej było nawet do zwykłego baru, ale wbrew pozorom panował tam spokój. Kiedyś, gdy zaszedł do pewnego pubu, nawet nie dokończył piwa i szybko wyszedł, gdy grupa rozwydrzonych smarkaczy zajęła stolik dalej. Jedyne, co go odstręczało od tego miejsca, to przybytek zwany toaletą. Takie miejsce jak to, nigdy nie powinno się tak nazywać. On sam przypiął mu etykietkę „szczalni”, choć nigdy nie powiedział tego głośno.
Zanim jeszcze nacisnął i pociągnął za klamkę, poprzez zabrudzoną szybę w drzwiach zerknął do środka. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy wychwycił, że wewnątrz siedzi tylko dwóch facetów i do tego przy osobnych stolikach. Wszedł do środka, kładąc gazetę na stoliku pod oknem. Zwykle tutaj siadał, gdy tylko miał taką możliwość. Rozejrzał się wokół i powoli ruszył w stronę kontuaru. Po drugiej stronie stał wysoki, niezwykle chudy mężczyzna, podchodzący pod czterdziestkę, z głową wygoloną na łyso i sumiastymi wąsami sięgającymi kilka centymetrów poniżej linii brody. W oczach miał pozytywne ogniki i od razu dawało się odczuć, że wręcz kipiał dobrą energią.
– Dzień dobry, panie Robercie. – Barman uśmiechnął się, unosząc dłoń w powitalnym geście. – Co tam słychać po drugiej stronie rzeki?
– Dzień dobry, panie Jarku. A co może być słychać? To samo co tutaj.
– Czyli?
– Szarzyzna dnia codziennego. A tak poważnie, to nudy. Wyrwałem się z domu, żeby wypić parę piwek w spokoju i poczytać o sporcie.
– Czyli „Przeglądzik Sportowy”? – Barman uśmiechnął się szeroko.
– Dokładnie. Mam spore zaległości. Nigdy nie ma czasu na lekturę. Życie zrobiło się cholernie zabiegane, a ten cały postęp technologiczny, zamiast dawać nam więcej czasu, wręcz nas z niego okrada.
– Święta prawda, panie Robercie. A wracając do tematu, to z mojego doświadczenia wiem, że trzy piwka wystarczą, żeby przewertować gazetę.
– Pewnie tak… Tyskie, poproszę. Tylko na miłość boską – niech będzie zimne.
– No co, pan, też…U mnie ciepłe piwo? A poza tym, z kija zawsze jest zimne.
– Oooo, i to lubię! Przyniesie pan, czy mam poczekać i sam zabrać?
– Nie, nie, niech pan idzie. Zaraz przyniosę.
Robert usiadł i sięgnął po gazetę. Rozłożył ją i zaczął czytać od drugiej strony. Minutę później pojawiło się piwo. Szybko, wręcz zaborczo, wypił połowę płynu ze smukłej, wysokiej szklanki, po czym odetchnął z ulgą. Właśnie tego było mu trzeba. Chciał się tylko zrelaksować i zapoznać z treścią gazety. Niby nic, a jednocześnie tak wiele. Jedyne, czego teraz pragnął, to spokoju, spokoju i jeszcze raz spokoju.
– No i co, żołnierzu? Nie poznajesz starych kumpli?
Robert spojrzał najpierw przed siebie, a potem rozejrzał się w poszukiwaniu nadawcy słów. Ktoś stał za jego plecami – zorientował się o tym, gdy czyjaś ręka spoczęła na jego ramieniu. Obrócił głowę i zerknął za siebie. Ujrzał mężczyznę, którego w żaden sposób nie mógł rozpoznać.
– Robert, co z tobą? Skleroza? Nie kojarzysz, koleżki? – tamten, mówiąc to, puścił jego ramię i obszedł stolik, żeby usiąść po drugiej stronie. Chwilę później usiadł na krześle i, opierając łokcie na blacie, wpatrywał się w niego ze szczerym uśmiechem. – Patrz, patrz, aż sobie przypomnisz. Ja ci, bracie, nie pomogę.
Robert siedział w bezruchu, jak model podczas sesji malarskiej, i jedynie jego oczy cały czas lustrowały tajemniczego mężczyznę. Facet nawet po tym, jak usiadł, wyglądał na wysokiego i barczystego. Krótkie rękawki czarnej koszulki polo doskonale podkreślały jego żylaste ramiona. Oczy były natomiast otoczone obwódkami, jakby długo nie zaznał snu, ale to nie mogło być prawdą, bo energia bijąca z jego spojrzenia świadczyła, że nie czuł się zmęczony. Miał mniej więcej tyle lat co Robert, ale to nic nie znaczyło. Mogli znać się ze szkoły, z wojska, a nawet z pracy.
– Pan wybaczy… nie mogę sobie przypomnieć. Może jakaś podpowiedź – odezwał się, bo uznał, że nie ma szans, żeby sobie przypomniał.
– Jaki pan? – mężczyzna oderwał łokcie od stołu i odchylił się do tyłu. – Nie pamiętasz Darka? Dariusz Badyl, ksywa Rózga. Żołnierzu, przecież znamy się z zawodówki.
– O Boże. To rzeczywiście ty! – skłamał, ale bardzo się starał, żeby jego słowa zabrzmiały wiarygodnie.
Pochylił się, uśmiechnął i wyciągnął rękę ponad stołem, chcąc się przywitać, a jednocześnie cały czas lustrował zakamarki, żeby dokleić tego człowieka do konkretnej postaci, która wryła mu się w pamięć. Ten, który niby był jego kolegą, pochwycił jego rękę i soczyście nią potrząsnął.
– Oczywiście, że ja, żołnierzu. Chyba aż tak się nie zmieniłem, że mnie nie poznałeś? To w sumie nie powinno być pytanie, bo przecież widzę, że nadal nie kumasz. – Puścił jego dłoń i ponownie się odchylił.
– Przepraszam, ale choć bardzo się staram, to jakoś tak… – próbował się usprawiedliwić, bo cała sytuacja stawała się coraz bardziej niezręczna.
– A pamiętasz gościa z drugiej A? Takiego cwaniaczka, co to wołali na niego Boczek? Ciągle cię zaczepiał, aż w końcu ustawiłem się z nim na solówkę po szkole i sprawiłem solidny łomot. Miałem później problemy z dyrekcją, ale gość przestał cię zaczepiać. No takie coś to musisz pamiętać.
– Ten grubas… jasne, że tak. – Tym razem Robert nie musiał kłamać. Natychmiast przypomniał sobie rudego, który nim pomiatał, a potem to już poszło jak po sznurku. Skojarzył też Rózgę i teraz, kiedy sobie przypomniał, nie mógł zrozumieć, jak mógł go zapomnieć. Jedynym usprawiedliwieniem było to, że facet się bardzo zmienił, ale czemu tu się dziwić, skoro upłynęło ponad czterdzieści lat.
– Darek, ja nie wiem, jak mogłem zapomnieć. Cholera, Boczka zapamiętałem, a ciebie nie? Przecież to chore. Tylko że teraz kawał z ciebie byka, a wtedy byłeś dużo mizerniejszy. Ja pierdzielę, Darek. – Wreszcie mógł się szczerze uśmiechnąć.
– Jezu, żołnierzu, to ile my się nie widzieliśmy?
– Nie mam pojęcia, ale chyba od czasów budy nie spotkaliśmy się ani razu.
– Coś mi mówi, że masz rację. Kurczę, co za spotkanie. Trzeba to odpowiednio uczcić.
– Darek, wybacz, ale wpadłem tylko na jedno piwko – próbował się bronić, bo nie był przygotowany na coś takiego.
– Sriwko, a nie piwko. Człowieku, niedługo sześćdziesiątka. Kto wie, czy się jeszcze spotkamy. Wiesz, ilu naszych już poumierało? A lepiej nie pytaj – kiwnął ręką – bo jakbym ci zaczął opowiadać… Sam widzisz, że ta nasza Bydgoszcz nie jest aż taka wielka… A może jest, bo w końcu nie widzieliśmy się tyle lat. Aaa, pieprzyć to, idę coś zamówić.
– Bogusia mnie zabije – skomentował, ale na tyle cicho, żeby kolega nie usłyszał, i już więcej nie zaprotestował. Rózga miał rację z tym spotkaniem, trzeba było brać pod uwagę fakt, że widzieli się po raz pierwszy i, nie daj Boże, ostatni.
– Zwariowałeś? – Bogusia stała przed drzwiami do łazienki na końcu przedpokoju i oczami ciskała błyskawice. Robert zaś chwiał się, jedną ręką trzymając klamkę, żeby nie upaść. Nie wiedział, jak tu trafił, która była godzina ani co się stało z jego kolegą. Bardzo chciał udać trzeźwego, ale nie miał bladego pojęcia, jak to zrobić. Tu chyba najlepszy aktor Hollywoodu by poległ.
– Przychodzisz napruty o… a nawet nie wiem, która jest godzina – kiwnęła lekceważąco ręką. – Wiesz, jak się martwiłam? Czy ty wiesz, jak się martwiłam? – powtórzyła, wyraźnie czekając na odpowiedź.
– Chyba bardzo – stwierdził nonszalancko, bo w jego mniemaniu nic się takiego nie stało, i w tym momencie głośno czknął. Dopadła go typowa pijacka czkawka.
– Gdzieś ty się tak nachlał? Pewnie w tej spelunie. Powinni ją w cholerę zamknąć, bo jest jak siedlisko dżumy.
– Przepraszam, ale ja nie chlałem, tylko piłem. – Uniósł prawą dłoń i pogroził jej palcem. – Tak piłem, ale nie sam. Spotkałem śliczną… to znaczy ślicznego… no, starego kumpla ze szkoły.
– Nawet wysłowić się nie potrafisz – powiedziała złośliwie, chcąc mu dopiec.
Uniosła ręce i zgięła palce tak, że wyglądały jak szpony. Miała ochotę do niego doskoczyć i rozszarpać go na strzępy. Jedyne, co ją powstrzymywało, to otoczenie. Mieszkali w kamienicy i była świadoma, że jeśli straci kontrolę i zacznie krzyczeć, to jutro wszyscy będą wiedzieli, że coś się działo pod dziewiątką. Ściany były nie dość grube, żeby wytłumić dźwięki, a stropy jeszcze gorsze, bo zrobione z belek i desek.
– Bogusia, czy ty wiesz… czy ty rozumiesz?
Zamiast trzeźwieć, z upływem czasu czuł się coraz bardziej pijany, jak gdyby jeszcze siedział przy stoliku. Nadal trzymał się klamki i opierał plecami o ścianę. Chciał już odejść, ale bał się, co będzie, kiedy straci punkt podparcia.
– Co mam rozumieć? Bełkoczesz pod nosem…
– Upiłem się – oznajmił, jakby uważał, że do tej pory tego nie zauważyła.
– No, nie… naprawdę? – Skrzywiła twarz w cynicznym uśmiechu. – Nie wierzę. A ja myślałam, że ty zmęczony jesteś. Idź spać, jełopie, bo mnie mdli, jak na ciebie patrzę. Nawet nie myśl, żeby spać ze mną. Dziś leżysz na kanapie. Jutro porozmawiamy. Masz szczęście, że w ogóle trafiłeś do domu. Mówię ci, że kiedyś wyjdziesz i będziesz się błąkał, bo zapomnisz, gdzie mieszkasz i jak się nazywasz.
Odeszła od drzwi do łazienki, kierując kroki do kuchni. Wiedziała, że szybko nie zaśnie, o ile w ogóle będzie spała. Dzisiaj rzeczywiście nie było sensu tego ciągnąć. Spojrzała na elektroniczny zegar stojący na lodówce. Dochodziła dwudziesta trzecia. Nie dziwota, że wrócił w takim stanie, skoro nie było go siedem godzin.
Już dawno przestała się łudzić, że Robert da się wychować na wzorcowego małżonka. Był dobrym mężem, ale to picie… Wiedziała, że niektórzy faceci tak mają. On na szczęście nigdy się nie awanturował ani nie tykał Kasi. Oczywiście musiała powiedzieć swoje, bo przecież nie mogła bić mu brawo.
– Cierpliwości – warknęła przez zęby i pokręciła głową.
Spojrzała w stronę drzwi, kiedy usłyszała, że tłucze się po korytarzu. Za chwilę trafi do łazienki, a potem do pokoju, gdzie dośpi do rana. Później ogarną go wyrzuty sumienia większe niż kac i będzie się zachowywał wzorcowo, aż do następnego razu.
– Ten typ tak ma – stwierdziła i westchnęła zrezygnowana. – No cóż, każdy musi dźwigać swój własny krzyż, ale jak to mówią: wszystko zostanie policzone.
– Bogusiu, takie rzeczy zawsze się pamięta – powiedział bardziej do siebie niż do niej i wreszcie puścił klamkę. Natychmiast się zachwiał i musiał rozłożyć ramiona, żeby wesprzeć dłonie na przeciwległych ścianach. Żona coś wspomniała o kanapie. Wiedział, że mają taki mebel, ale nie mógł sobie przypomnieć, w którym pokoju. Teraz jednak musiał jakoś dotrzeć do łazienki, bo coś mu mówiło, że zaraz będzie rzygał.
– O Jezu! – z ust kobiety wyrwały się jakże charakterystyczne słowa, kiedy w końcu dotarło do niej, co widzi.
Katarzyna Surda – córka Roberta i Bogumiły siedziała na sedesie z opuszczonymi do kostek majtkami i nie mogła oderwać wzroku od testu ciążowego. To, co widziała, jasno wskazywało, że jest pozytywny. Była inteligentną kobietą, dlatego z jej ust nie padły standardowe w takich przypadkach pytania: „Ale jak? Jakim cudem? Jak to się stało?”.
Już od dobrych trzech tygodni coś czuła, ale było to związane bardziej z przeczuciami niż z objawami sygnalizowanymi przez organizm.
Z miesiączką zawsze miała problem. Zjawiała się nieregularnie, a czasami zdarzało się, że wcale. Nawet odwiedziła w tej sprawie ginekologa, ale usłyszała jedynie, że po prostu jej ciało funkcjonuje nieco inaczej. To ją uspokoiło, a ucieszyło, gdy lekarz stwierdził, że wszystko, co potrzebne do zajścia w ciążę i jej donoszenia, jest takie, jak być powinno. Była więc zdrowa, a skoro regularnie współżyła, i to bez zabezpieczenia, to nie powinna się teraz dziwić, że taki był tego efekt.
Minutę później stała przy zlewie, zerkając w lustro zawieszone tuż nad nim. Pewnie z tysiąc razy tak robiła, ale tym razem była różnica. Już nie patrzyła swoimi piwnymi oczami na ładną blondynkę o krótkich włosach i kształtnych ustach. Teraz widziała przyszłą matkę. Tak bardzo pragnęła dziecka, iż uznała, że jak najprędzej odwiedzi ginekologa, żeby potwierdził radosną nowinę. W ośrodku zdrowia, jak to zwykle bywa, mógł być problem z terminem, więc machnie ręką na pieniądze, zadzwoni i umówi się prywatnie.
Z jednej strony była zadowolona, wręcz szczęśliwa, ale z drugiej denerwowała się, a nawet bała. Nie rozumiała tych negatywnych emocji. W końcu pragnęła dziecka, jak niczego na świecie. Miała trzydzieści jeden lat, a nadal była panną, nie wspominając o braku potomstwa. Miała już dosyć tych poważnych rozmów, którymi raczyła ją mama prawie za każdym razem, kiedy się spotykały. Do tego dochodziły życzenia na urodziny, imieniny i te składane z okazji świąt. Była świadoma, że rodzicielka nie robi tego złośliwie, a jedynie troszczy się o nią, chcąc żeby była szczęśliwa.
– I co, mamucha? Będziemy miały, moja ty Kasieńko, ślicznego bobasa – zażartowała i uśmiechnęła życzliwie do swojego odbicia. Jeszcze przez dobrą minutę wpatrywała się w taflę lustra, szukając pewnych różnic, których jeszcze nie mogła wychwycić. Mama wspominała, że kobieta się zmienia i to, że jest przy nadziei, ma dosłownie wypisane na twarzy.
– Ciekawe mamo, czy poznasz, że za jakiś czas zostaniesz babcią? – Zamrugała figlarnie, robiąc kilka głupich min, jak wtedy, gdy miała kilka lat. Szybko jednak spoważniała, bo w końcu teraz wszystko już będzie inne.
Odetchnęła kilka razy głębiej, po czym odkręciła kran. Obmyła twarz zimną wodą i wytarła do sucha, stwierdzając, że błogosławiony stan trzeba jakoś uczcić. Oczywiście nie alkoholem, chociaż starsze kobiety twierdziły, że trochę wina jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie zamierzała tego sprawdzać, a poza tym nadal nie miała stuprocentowej pewności, że zostanie matką. Wyszła z łazienki poszła do kuchni, a konkretnie ku lodówce. Wyjęła słoik dżemu truskawkowego i złapała łyżeczkę, leżącą na desce do krojenia. Teraz mogła już przysiąść w swoim ulubionym fotelu.
Kolejny raz zagłębiła ją w owocowym musie i natychmiast skierowała do ust. Uwielbiała truskawki i wszystko, co z nimi związane, a idąc, z chęcią rozsiewałaby wokół siebie truskawkowy aromat. Gdyby tylko istniały kosmetyki o takim zapachu, to miałaby ich mnóstwo. Może i były, ale o nich nie słyszała. Niektórzy lubili zapach konwalii, inni świeżo skoszonej trawy, a ona wręcz uwielbiała ten konkretny. Gdyby ktoś jej zapytał, co lepsze: smak czy zapach, wybrałaby smak. Oblizując wargi pomyślała:
– Czyżbym już zaczynała mieć ciążowe zachcianki? Za wcześnie na to, czy nie za wcześnie, oto jest pytanie – zakończyła nieco filozoficznie i omiotła językiem usta dookoła.
Mama opowiadała, że jak chodziła z nią w ciąży, to wręcz nie mogła się nasycić kiszoną kapustą i śledziami w zalewie octowej. Oczywiście nie przesadzała z tym, ale to było jak jakieś kulinarne przekleństwo. Katarzyna z opowieści kobiet, które miały ciąże za sobą, dowiedziała się, że każda miała ochotę na coś innego. U niektórych były to ogórki konserwowe, a u innych lody albo sałatka jarzynowa.
– Muszę jak najszybciej zrobić badania, bo oszaleję. Za parę minut wejdę w Internet i poszukam jakiegoś gabinetu, gdzie mnie przyjmą od ręki. Tak zrobię, ale najpierw zjem jeszcze trochę.
Była tak podekscytowana, że przy kolejnej porcji trafiającej do ust trochę dżemu spadło jej na spodnie. Nie miała przy sobie niczego do wytarcia, dlatego palcami zbierała to, co spadło, i szybko zjadała.
– No tak… usta mi się kleją jak dzieciakowi, i do tego jeszcze palce, a o spodniach to szkoda gadać – podsumowała swoją niezręczność. Włożyła łyżeczkę do słoika i odłożyła na stolik, stojący obok fotela. Musiała się koniecznie umyć.
Obmywając twarz w łazience zastanawiała się jak mama z tatą zareagują na wieść, którą im oznajmi. Mama pewnie oszaleje ze szczęścia, ale ojciec… no właśnie, problem polegał na tym, że on bywał nieprzewidywalny. Skończyła i wróciła do słoika z dżemem. Ani przez moment nie pomyślała, jak zareaguje Stanisław – jej partner i ojciec dziecka.
Tym razem Robert obudził się z silnym przeświadczeniem, iż to nie będzie jego najszczęśliwszy dzień. Wiedział doskonale, że przegiął i to konkretnie, więc nawet nie miał żadnych argumentów na swoją obronę. Ostatnie, co pamiętał z baru, to jakieś piosenki, które wyśpiewywali. Nawet nie wiedział, z jakiej okazji to było, a tym bardziej, czemu miało służyć. Drugą butelkę, która wylądowała na stole, jeszcze kojarzył, ale resztę przesłoniła gęsta kurtyna niepamięci. Jak trafił do domu, którędy szedł, ani tym bardziej, na jakich zasadach się rozstali, zupełnie nie pamiętał. Po prostu wyparowało i już. Dla świętego spokoju sprawdził kieszenie i portfel, żeby zaspokoić ciekawość, ile też pieniędzy zostawił w barze lub czy go aby nie okradziono. Pieniądze były. Nie pamiętał, jaką kwotą dysponował, kiedy wychodził, ale chyba nie stracił zbyt dużo.
Oprócz kaca fizycznego miał również moralnego, bo nic nie wiedział o Darku. Mógłby opowiedzieć fakty z przeszłości, gdy chodzili do szkoły, ale nic poza tym. Na pewno opowiadali sobie nawzajem o rodzinie i wydarzeniach z okresu dorosłego życia, jednak wszystko to, co ewentualnie usłyszał, wyparowało wraz z promilami. Przeszukał jeszcze raz dokładnie portfel, licząc, że może kolega dał mu swój numer telefonu. Niczego takiego nie znalazł.
Gdy tylko około południa się obudził, zobaczył, że na stole stoi butelka wody i szklanka, a obok leży opakowanie Alka-Seltzer. Od razu pomyślał, że ma kochaną żonę, która jest wręcz aniołem, ale gdy usłyszał, że ten anioł krząta się w kuchni, przygotowując zapewne obiad, wystraszył się. Na szczęście drzwi do pokoju były zamknięte, więc istniała szansa, że Bogusia jeszcze nie wie, że już wstał.
Tego, jak się dostał do mieszkania, również nie pamiętał. Nie wiedział, jak wyglądało „powitanie”. Był grzeczny, czy może mu odbiło i zrobił coś złego? Nakrzyczał na Bogusię, ubliżył, lub – nie daj Boże – uderzył? Szybko otworzył butelkę i pociągnął kilka solidnych łyków. Beknął potężnie, bo to była woda gazowana, i przyjrzał się opakowaniu. Z początku nie wiedział, na co pomaga to lekarstwo, ale wnet przypomniał sobie, że to przecież najlepszy środek na kaca. Otworzył pudełko, a potem wycisnął ze srebrnego blistra dwie okrągłe tabletki i już chciał je włożyć do ust, kiedy skojarzył, że to przecież tabletki musujące. Wrzucił je do szklanki, a gdy się rozpuściły, wypił zawartość do dna. Rozejrzał się po pokoju, ale niczego nietypowego nie wychwycił. No, może nie licząc tego, że spał w „opakowaniu”. Na szczęście był jeszcze na tyle świadomy, żeby zdjąć buty. O ile Bogusia nie zrobiła tego za niego.
Teraz przyszedł czas pokazać, że jest mężczyzną i stawić czoła wyzwaniom, które czekały na niego za tymi przeszklonymi drzwiami. Czuł parcie na pęcherz, więc powinien jak najszybciej znaleźć się w toalecie. Nie wiedział, jak wygląda, ale zapewne nieciekawie. Uznał, że powinien się odświeżyć, zanim stanie twarzą w twarz przed żoną. Podszedł do drzwi i przystawił do nich ucho. Z kuchni dobiegały charakterystyczne odgłosy, a do tego dało się wychwycić dźwięki telewizora. Była więc szansa, że uda mu się niezauważonym dojść i zamknąć się od środka. Powoli uchylił skrzydło, a kiedy zrobił pierwszy krok, nagle – jak spod ziemi – wyrosła przed nim Bogumiła.
– Wyglądasz jak zwierzę – podsumowała krótko i pokiwała głową, ale na pewno nie z uznaniem. – I jak zwierzę się wczoraj zachowywałeś.
Robert wiedział, że musi coś odpowiedzieć, ale pęcherz już był tak pełny, że za moment mógł mu spłatać psikusa. Gdyby się zsikał w spodnie, dopiero wtedy miałby powód do wstydu. Pochylił głowę, nie chcąc, żeby patrzyła mu w oczy. Na pewno wyglądał fatalnie. Kolejny skurcz uświadomił mu, że to ostatni moment, żeby dojść czy nawet dobiec do sedesu.
– Muszę do ubikacji – wychrypiał, ominął ją i szybko ruszył za potrzebą.
Żona nic nie powiedziała, ale idąc, czuł jej wzrok, a nawet pogardę. Wszedł do środka, zamknął drzwi i już podchodząc do sedesu miał rozpięty rozporek. Kilka sekund później poczuł olbrzymią ulgę i nawet pomyślał, jak to niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia. Kiedy skończył, spuścił wodę i podszedł do lustra. Wyglądał gorzej, niż przewidywał. Patrząc w swoje odbicie, usłyszał głos Bogumiły dobiegający zza drzwi. Nie był specjalnie głośny – nie na tyle, żeby sąsiedzi usłyszeli, ale dostatecznie, żeby dotarł do niego.
– Jak myślisz, że unikniesz rozmowy, to się mylisz. Będę tu stała, dopóki nie wyjdziesz.
Po tamtym incydencie (jak go w myślach nazywał) odpuścił sobie picie na jakiś czas i stał się wzorcowym mężem. To była jego pokuta, którą sam sobie narzucił. Oboje chodzili do pracy, a więc widywali się tylko popołudniami, ale i tak na początku kontakt z żoną był dla niego katorgą.
Pewnego razu podjął decyzję: pójdzie do tamtego baru i sprawdzi, czy Darek nie jest tam częstym gościem. Po wyjściu z kamienicy odpuścił sobie jednak ten wypad, kiedy wypatrzył, że Bogusia stoi przy oknie i zza firanki lustruje jego osobę. Zrobiło mu się głupio i uznał, że to byłoby nie fair, gdyby skierował kroki w tamtym kierunku – pomyślałaby, że znowu tam idzie, chcąc powtórzyć tamten niechlubny wyczyn. Potrzebował kilku sekund, żeby to ogarnąć. Głupio by było, gdyby teraz od razu odwrócił się i ruszył z powrotem, bo to oznaczałoby, że zmienił zamiar tylko dlatego, że odkrył, iż jest obserwowany. Na szczęście kilka metrów dalej od niepamiętnych lat stała ławeczka. Podszedł do niej i usiadł. Był teraz odwrócony plecami do okien – i tak było dobrze.
Siedział lekko spięty i w duchu liczył, że może pojawi się ktoś znajomy, z kim będzie mógł zamienić kilka słów. Do domu go nie ciągnęło, a jak wiadomo, podczas rozmowy czas płynie inaczej. Zerknął na zegarek. Była 17:43. Ni to wcześnie, ni to późno. Postanowił, że jeśli nikt się nie zjawi, o osiemnastej pójdzie do domu. Dla zabicia czasu zaczął obserwować otoczenie. Znał okolicę na pamięć, a na tej ławce przesiadywał już setki razy, ale mimo to uznał, że może znajdzie coś, na czym da się zaczepić wzrok, żeby zgubić kilka minut.
Pomimo że nie widział ich domu, postanowił skupić na nim uwagę. Ich kamienicę wybudowano zaraz po wojnie. Bydgoszcz nie została tak zniszczona jak wiele innych miast, dlatego nie liczyła się ilość, a jakość stawianych budynków. Ten trzypiętrowy stał zwrócony frontem do ulicy, ale przy tym mocno cofnięty. Od ściany do asfaltu było około trzydziestu metrów i tę przestrzeń wykorzystano pod zieleń: trawa, trzy ławki i siedem drzew tworzyło przytulne miejsce. Wprawdzie od strony ulicy dobiegały charakterystyczne odgłosy, ale nie były na tyle głośne, żeby nie dało się tutaj zrelaksować.
Kilka minut później usłyszał za plecami tupot łap jakiegoś zwierzęcia. Wystraszony – bo nie lubił, gdy podchodziło ono do niego poza polem widzenia – gwałtownie odwrócił głowę i zobaczył psa kilka metrów dalej. Uśmiechnął się pod nosem, bo kogóż innego mógł się spodziewać? Czworonóg swoim zwyczajem stąpał z nosem przy ziemi, zupełnie go ignorując. Typowy owczarek niemiecki był naprawdę spory i samym wyglądem mógł wzbudzać respekt. Sierść miał skołtunioną i raczej nie wyglądał na psa, spędzającego czas ze swoim panem. Musiał uciec albo zostać porzucony.
