Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapalniczka - Joanna Chmielewska

Zostałam grzecznie poproszona o zamknięcie gęby i zapewne słusznie. Ciężar pierwszych wyjaśnień wzięła na siebie Małgosia, później wtrąciła się Julita, następnie pan Ryszard. Kiedy dopuszczono mnie do głosu, Sobiesław patrzył już zupełnie inaczej i słuchał z żywym zainteresowaniem, podszytym lekką zgrozą. Wziął do ręki zapalniczkę i obejrzał ją ze wszystkich stron. ? Więc to państwo go znaleźli... ? popatrzył na Julitę. ? Siostra opisywała panią chyba jakoś inaczej... I rzeczywiście, rozumiem, wmieszali się państwo w zbrodnię wyłącznie przez ten przedmiot... ? I w dodatku to wcale nie jest ten przedmiot, tylko inny ? przypomniałam z irytacją. ? Skąd to się w ogóle wzięło u pańskiego brata? To nie jest rzecz na każdym kroku spotykana. [fragment powieści]

Opinie o ebooku Zapalniczka - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Zapalniczka - Joanna Chmielewska

JOANNA CHMIELEWSKA
ZAPALNICZKA
© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011
ISBN 978-83-62136-20-9
Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53 e-mail: m.g.klin@op.plwww.wydawnictwoklin.pl
Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Zapalniczka stołowa była duża prawie jak pół kartonu mleka, z pięknego, ciemnego drewna, ozdobiona czarną emalią i paseczkiem srebra, owalna, prawdopodobnie przeciętnie droga. Zawierała w sobie zdumiewająco dużo gazu i wystarczała na nieskończoność, ponadto stanowiła wzruszającą pamiątkę.

No i ktoś mi ją podwędził.

Nie było mnie w domu, tkwiłam gdzieś w Europie, pozostawionego dobytku zaś pilnowało kilka osób, wymieniających się wedle jakiegoś harmonogramu, ułożonego między sobą. Każdy wtedy, kiedy mógł, co nie było łatwe i proste, bo wszyscy albo pracowali, albo studiowali. W dodatku dom był w trakcie urządzania i plątał się po nim cały tłum rzemieślników, fachowców, dostawców i w ogóle obcych ludzi, a jedyną rozumną istotą, która zapisywała kto, kiedy i co robił, była moja siostrzenica, Małgosia. W każdym razie starała się zapisywać.

Krótko przed moim powrotem zadzwoniła do mnie na komórkę.

– Słuchaj, tu się pcha ogrodnik. Niejaki pan Mirek. Co mam z nim zrobić?

– Wygoń go! – odparłam ostro, bez sekundy namysłu.

– Ja mogę. Ale trafił na Julitę, a ona delikatna. I umówiła się z nim na jutro, a mnie akurat wtedy nie będzie.

– To niech go Julita wygoni. Niech się z nim umówi, gdzie chce, byle nie u mnie. I niech się nie narwie przypadkiem na te jego demoniczne uroki, bo wyjdzie na tym jak Zabłocki na mydle. Ostrzeż ją.

– Zdaje się, że już się narwała – westchnęła smętnie Małgosia. – Ale dobrze, zrobię, co mogę. Naprawdę go nie chcesz?

– Za nic w świecie! Czarujący łajdak! Już nie ze mną te numery, mam to odpracowane w młodości. Za furtkę go nie wpuszczać!

Odłożyłam słuchawkę, rozzłoszczona porządnie, ale złość mi szybko przeszła, bo znajdowałam się nad morzem, przez całe życie łagodzącym moje uczucia. W dwa dni później ruszyłam w drogę powrotną, pozwalając sobie na kilka przerw w podróży.

Do domu dotarłam późnym popołudniem w niedzielę, wybrawszy chwilę bardzo starannie i rozsądnie. Nikt w dzień świąteczny nie pracował ani nie studiował, z wyjątkiem Tadzia, który, niestety, miał dyżur na lotnisku. Reszta, czyli Małgosia, jej mąż Witek, Julita i pan Ryszard, czekali na mnie, nie zdradzając żadnych przejawów zniecierpliwienia.

Skład ekipy miał swój głęboki sens. Pan Ryszard pilnował kwestii budowlanych, Tadzio telewizyjnych i telefonicznych, Witek alarmowych, elektrycznych i klimatyzacyjnych, Julita ogrodniczo-służbowych, a Małgosia sprawowała nadzór ogólny. Wszelkie decyzje podjęłam wprawdzie przed wyjazdem, pozostawiając tylko szczegóły do wykończenia, ale te szczegóły były nieopisanie uciążliwe i wściekle nieznośne. Miałam cichą nadzieję, że ich uniknę.

Wjechałam za bramę, bagażami zajęła się część męska. Część żeńska usiadła przy stole, z przyjemnością próbując przywiezionego z Francji wina. Także serów, camemberta i brie, które niestety należało wyjadać łyżką bezpośrednio z opakowań, ponieważ w czasie podróży rozmazały się doszczętnie.

Sięgnęłam po papierosy i w poszukiwaniu zapalniczki na oślep poklepałam stół. Nie doklepałam się, obrzuciłam zatem stół wzrokiem.

– Gdzie zapalniczka? – spytałam bez żadnych złych przeczuć.

Małgosia i Julita popatrzyły również.

– Nie ma? – zdziwiła się Julita. – Przecież była?

– Ale nie ma. Chyba że ja źle widzę.

– Tu stała – powiedziała Małgosia, wskazując palcem puste miejsce. – Dopiero co.

Wszystkie trzy zajrzałyśmy pod stół, obmacując zawaloną czasopismami półeczkę. Podniosłam się i obejrzałam bufet, stół jadalny i regał przy ścianie. Zapalniczki nigdzie nie było.

– Witek, brałeś stąd zapalniczkę? – wrzasnęła Małgosia w kierunku pracowni.

– Panie Ryszardzie, nie widział pan gdzieś tej stołowej zapalniczki? – zawołałam równocześnie w kierunku przedpokoju.

Witek i pan Ryszard pozbyli się już ciężarów i z różnych stron weszli do salonu. Żaden z nich nie palił.

– Jaką zapalniczkę? – spytał Witek.

– Widziałem ją na stole – odparł pan Ryszard. – Zdaje mi się, że zawsze tu stała?

– Stała, zgadza się. Ale nie stoi.

– Może w kuchni...?

Julita zerwała się z fotela i ruszyła w obchód mieszkania. Małgosia popędziła na górę. Znalazłam komórkę i zadzwoniłam do pani Heni, która od lat pracowicie likwidowała produkowany przeze mnie śmietnik.

– Pani Heniu, czy pani przestawiała gdzieś tę ciemną, stołową zapalniczkę...

– Już w piątek jej nie było – powiedziała pani Henia stanowczo. – Wiem, bo sprzątałam na stole. Ale ja jej nie ruszałam. I w ogóle nie widziałam jej nigdzie, miałam pani o tym pojutrze powiedzieć.

Zadzwoniłam do Tadzia.

– Tadziu, widziałeś gdzieś tę dużą, stołową zapalniczkę...?

– A, to już pani jest... Widziałem ją milion razy. Zawsze stała na stole. A co...?

– Nie stoi. Nie ma jej. Wiesz coś o tym?

– Nic. Zaraz, chyba wiem. W czwartek nie stała. Akurat nad programem tam siedziałem i chciałem sobie przypalić, a tu chała. Nie wiem, gdzie się mogła podziać.

Pięć osób przystąpiło do gruntownego przeszukiwania całego domu, bo wszyscy wiedzieli, jak mi na tej zapalniczce zależy. Pochodziła z Danii, z czasów, kiedy palenie było bardziej rozpowszechnione i stanowiła pierwszy prezent, jaki dostałam w życiu nie od najbliższej rodziny, tylko od osób obcych. Takiej samej, a nawet podobnej nie można już było później nigdzie kupić, co stwierdziłam osobiście w różnych krajach Europy, chociaż w tamtych nagannych czasach ozdobnych przyrządów do zapalania istniało zatrzęsienie. Lubiłam ją. Wolałabym, żeby mi zginął telewizor. Albo, na przykład, sedes.

– Czy to możliwe, żeby ją ktoś ukradł? – spytała Julita niedowierzająco, kiedy już sprawdziliśmy wszystkie miejsca, większe od paczki papierosów. – Albo schował złośliwie?

– Gdyby schował złośliwie, należałoby rozebrać dom na kawałki – zaopiniował Witek złowieszczo.

– To wolałbym nie teraz, bo zacząłem właśnie nową budowę – poprosił zmartwiony pan Ryszard.

– A gdyby ukradł, to kto? – zainteresowałam się na wszelki wypadek.

– Zaraz – powiedziała z energią Małgosia, sięgając na półkę pod stołem. – Ja tu mam listę obecności, zastanowimy się. Kiedy jej już nie było?

– Tadzio mówi, że w czwartek...

– W czwartek, w czwartek... A w środę?

– W środę była – powiedziała stanowczo Julita. – Tu siedziałam i zapalałam nią papierosa. Nie patrzcie tak na mnie, wiem, że kradnę zapalniczki, ale małe. Ta stołowa nie zmieściłaby mi się do torebki.

Kiwnęłam głową, rozumiałam ją, tak samo kradłam długopisy. Julita, stwierdziwszy kradzież, cudze zapalniczki zazwyczaj oddawała, ja długopisów nie. Chyba że ktoś się upomniał.

– O jakiej porze? – spytała surowo Małgosia.

– Byłam tu od dziewiątej do drugiej. O drugiej przyszedł pan Ryszard...

– Nie pali. Mógł nie zwrócić uwagi. Panie Ryszardzie, kto tu był, jak pan był?

Pan Ryszard już gmerał w kalendarzyku.

– Dwóch moich ludzi, za jakieś pół godziny przyszli, ale robiliśmy wodę na zewnątrz. Te krany i węże do podlewania. Nawet tu nie wchodzili, tylko do garażu, do kotłowni i do kuchni. Zapalniczek nie kradną. W ogóle niczego nie kradną, a potem był hydraulik do pieca, wchodził tylko do kotłowni. A potem pan przyjechał – wskazał brodą Witka.

– Zgadza się – przyświadczył Witek. – Spokojnie sobie mecz oglądałem, nikt mi nie truł. Z ochroniarzem wieczorkiem pogadałem przy furtce.

– W czwartek był stolarz?

– Był. Półki przywiózł, zanieśliśmy na górę, trochę coś tam dopasowywał. On siedział na górze, a ja na dole, przyjechał Tadzio i zwolnił mnie z posterunku.

– I razem ze stolarzem ustawiali tam telewizor – uzupełniła Małgosia, wpatrzona w swoje zapiski. – Potem ja, jak przyjechałam, to już nikogo nie było, dom zamknięty i zaalarmowany, zaraz objawili się ci od telefonów i zatkali te dziury na zewnątrz, a przed wieczorem pan Ryszard przywiózł końcówkę do węża... Zaraz, to nie ma znaczenia, skoro Tadzio mówi, że w czwartek już zapalniczki nie było...

Z wielką satysfakcją słuchałam, jakie rozrywki zdołały mnie ominąć i nawet nie zwróciłam uwagi, że pan Ryszard jakoś się zmieszał, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć i zamknął je bez słowa. Zajęta byłam zapalniczką.

– W grę wchodzi tylko środa od południa i czwartek do przyjazdu Tadzia – poparłam spostrzeżenie Małgosi. – Czyli pan Ryszard z ludźmi, Witek z ochroniarzem i ewentualnie stolarz.

– Kto tu był, jak ty byłaś? – zwróciła się gwałtownie Małgosia do Julity.

Julita się niemal przestraszyła.

– Nikogo nie było, dopiero później przyszedł pan Mirek...

Miotnęło mną.

– Ogrodnik...!!!

– No właśnie, ogrodnik...

– Przecież ci mówiłam, że ona mówiła, że masz go wyrzucić! – krzyknęła z oburzeniem Małgosia.

– Ale żebym go mogła wyrzucić, musiał najpierw przyjść, nie? – zauważyła Julita rozsądnie. – No i potem go wyrzuciłam. Od razu wam powiem, że okropnie mi było nieprzyjemnie, akurat na mnie spadło najgorsze...

– Nie wiem, na kogo – rozzłościłam się. – Niech on się cieszy, że mnie tu nie było, bo zrobiłabym mu coś złego! Oszust cholerny i padalec, wykorzystał zaufanie i wszystkie swoje buble mi wtrynił! Co ja mam teraz zrobić, obrócić cały ogród w perzynę i zacząć na nowo?!

– Może jeszcze się przyjmie... – zaczął Witek niepewnie.

– Co się przyjmie?! To, czego nie chcę?! Co on mi z żywopłotem zrobił, z każdej strony co innego, na cholerę mi cztery choinki, las zakładam czy jak?! Dwa czerwone klony koło siebie, park miejski to ma być czy mały ogródek?! Co za orzech mi wetknął, co za ostrokrzew, jaką lipę?! Płaciłam za duże drzewo, a nie za patyczki, co on myśli, że będę żyła dwieście lat?! Cebulki tulipanów po dwadzieścia złotych...?! Z platyny je robił?! Dzwonek górski zamiast naparstnicy...?! I w co to wtykał, w grunt budowlany pierwszej kategorii...!

– Drugiej – poprawił delikatnie pan Ryszard. – Pierwsza, to lita skała.

– Skamieniała glina!!! Miał wyrzucić!!! Płaciłam bez słowa i wcale tego nie chcę!!!

– Trzeba było nie płacić – skarciła mnie zimno Małgosia.

– Gąszcz jaśminu, a gdzie bez?! Tyle, co kot napłakał!!!

– Niech się pani nie martwi, choinki już usychają, a bez miał przesuszone korzenie – pocieszył mnie pan Ryszard. – I tak trzeba będzie dosadzić na nowo.

– Głupiej maliny, głupiej jeżyny, głupiej porzeczki nie potrafił posadzić! Od tej brzozy jestem chora, nie taką chciałam!!! Wiśnię mi wpychał, nie cierpię wiśni! Rachunki wystawiał jak za ogrody Semiramidy...!

Małgosia miała już dosyć mojej awantury.

– Toteż ostatniego mu nie zapłaciłaś i słusznie. Dziwię się tylko, że w tej sytuacji w ogóle ośmielił się przyjść. Po co przyszedł?

– Po pieniądze! – warknęłam. – Miał nadzieję, że moje zidiocenie jest trwałe.

– Albo nie wiedział, że sprawdziłaś ceny...?

– Proponował iglaczki i czerwony dąbek – wtrąciła się z westchnieniem Julita. – Nie wiedział, że cię nie ma, a o pieniądzach nie mówił ani słowa.

Popatrzyłyśmy z Małgosią na nią i na siebie wzajemnie.

– Zaskoczyła – orzekła Małgosia ze zgorszeniem i odrobiną współczucia. – Widać jej z twarzy. Podrywał ją, jak paw w czasie rui.

– O Boże...! – jęknął Witek.

Też mi jakoś paw do rui nie pasował, dzięki czemu ochłonęłam. Ogrodnik Mirek był z pewnością bezczelnym naciągaczem, ale nie kretynem, moją ufną głupotę wywęszył w mgnieniu oka i bezbłędnie. Zważywszy jednak, iż nie żywiłam się zupką dla bezrobotnych i nie sypiałam pod mostem, powinien był dopuszczać istnienie jakichś granic matołectwa klientki, zatem na co liczył? Zaryzykował po prostu?

– Co mu powiedziałaś? – nacisnęłam Julitę.

– Że nie. Że dziękujesz bardzo, ale nic więcej nie będziesz sadzić. Nie zamierzasz. I ja to wiem.

– I po takich prostych słowach od razu poszedł? – zdziwiła się Małgosia.

– A, nie. W tym rzecz właśnie. Dlatego było nieprzyjemnie. Upierał się i namawiał, roztaczał takie wizje... roślinne... Proponował, że jutro to coś tam przywiezie i czyja będę... Wiem doskonale, że uważacie mnie za idiotkę uczuciową i ja może jestem, ale w ograniczonym zakresie. Podrywał i czarował, a ja znam takich jak on, w dodatku, skoro Joanna kazała go wyrzucić, coś w tym musiało być, nie wchodziłam w szczegóły, ale postawiłam się twardo i poradziłam mu dać sobie z tym spokój...

Prywatnie subtelna, delikatna, uczuciowa, wrażliwa Julita, jako bizneswoman przerastała skałę i wszyscy wiedzieliśmy o tym doskonale. Musiało w niej przeskoczyć na inne tory.

– ...i wtedy zrobił się jakiś zły. W środku, po wierzchu ciągle był uwodzicielski. Snuł się ze mną po ogrodzie, przez te wizje roślinne, kawkę wypiliśmy...

– W ogrodzie? – spytał cierpko Witek.

– Nie, w domu. W salonie. I tak mu się jakoś trudno wychodziło, wychodził, jeszcze wracał, coś w ogrodzie pokazywał, że tu byłoby ładnie, a tam się powinno, no, wiecie, takie ple ple. I wreszcie poszedł.

– A ty co wtedy zrobiłaś? – spytała szybko Małgosia. – Sprzątnęłaś ze stołu?

– Nie, już wcześniej sprzątnęłam.

– To co zrobiłaś?

– Patrzyłam, czy zatrzasnął furtkę, niepotrzebnie, bo tu ludzie coś robili. A potem zamknęłam drzwi. Zdenerwowałam się, zrobiłam sobie jeszcze jedną kawę i rozłożyłam na stole korektę, żeby się uspokoić, tam, na tym stole jadalnym. Nic nie zdążyłam zrobić, bo zaraz przyszedł pan Ryszard.

– Zatem nie wiesz, czy zapalniczka jeszcze stała?

Julita popatrzyła na nas wzrokiem zranionej sarny.

– Nie wiem. Nie spojrzałam. Zapaliłam papierosa czymś, co leżało pod ręką. I prawie od razu wyszłam...

– Panie Ryszardzie...?

– Kręcili się ludzie, ale ja ich przecież wszystkich znam! Nawet do kuchni nie wchodzili, dookoła domu mieli robotę, nie w środku. Z kierowcą płytki przenosili, te do chodniczka, tu się tylko kręcili, w bramie i na dziedzińcu...

***

Omówiwszy z detalami wszystkie inne osoby, pracowników pana Ryszarda, stolarza, Tadzia i Witka, nie mając pojęcia, że jedną osobę udało się wszystkim całkowicie pominąć, na przestępcę wytypowaliśmy ogrodnika. Zły, że już więcej ze mnie nie wydoi, zrekompensował sobie rozczarowanie.

Uparłam się odzyskać przedmiot.

– Masz dwie możliwości – powiadomił mnie bezlitośnie Witek. – Jechać do niego i dać mu po mordzie albo zawiadomić policję.

– Akurat, policję! – prychnęła wzgardliwie Małgosia. – Palcem o palec nie stukną ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu. Ile ona była warta, ta zapalniczka?

– A bo ja wiem? Sto złotych? Dwieście? Może więcej, bo to Ronson.

– Nawet gdyby była warta dwieście tysięcy, też nic ci z tego nie przyjdzie. On się w ogóle wyprze, a nakazu rewizji żaden prokurator im nie da.

– Przeszukania – poprawiłam, kiwając zarazem głową, bo byłam takiego samego zdania. – To się nazywa przeszukanie. Po mordzie...? Też się wyprze. Chyba żeby mu zagrozić uszkodzeniem urody.

– O, to jest myśl! – pochwaliła Małgosia.

Julita westchnęła ciężko i zajrzała do pustego kieliszka, czym prędzej poleciłam zatem Witkowi otworzyć następny napój, polecenie spełnił pan Ryszard, bo był bliżej stołu. Brzęknął gong u furtki, pojawił się Tadzio, który zaniepokojony pytaniami o zapalniczkę, zahaczył o mnie w drodze z pracy do domu. Na wstępie spróbował camemberta i trochę płynnej już masy serowej zrzucił sobie na spodnie, co go nieco zdenerwowało.

– O kant tyłka potłuc te wasze praworządne metody – oznajmił z goryczą. – Po jakiej tam mordzie, drutem kolczastym związać i nad mrowiskiem zawiesić, to by może coś dało. Bo tak zwyczajnie, to jeszcze nie było wypadku, żeby okradziony zwrot swojego mienia od złodzieja dostał. Co wy wszyscy, dzieci?

– To co proponujesz? – zaciekawił się żywo Witek.

– Przecież mówię! Macie tu gdzieś drut kolczasty?

– Znalazłoby się trochę – zapewnił ochoczo pan Ryszard. – I nawet mrówek dosyć dużo.

– Przede wszystkim należy sprawdzić, czy to na pewno on – wtrąciła się Julita z lekkim protestem w głosie. – Bo jeśli nie on, z mrówek nic nam nie przyjdzie. Powinno się jakoś... podstępnie...

Wyrobiłam sobie własne zdanie, które chyba kołatało mi się pod ciemieniem od samego początku.

– Podstępnie, tak! Żeby się nie połapał, bo ukryje albo do Wisły wrzuci. Sprzedać chyba nie sprzedał, dwieście złotych to dosyć nędzna rekompensata w obliczu dwudziestu tysięcy, których już ode mnie nie dostał i na pewno nie dostanie. Sprawdzić, wedrzeć się jakoś do niego i zabrać ją. Odkraść albo nawet wziąć jawnie, chwycić do ręki i chodu. I niech on sobie zawiadamia gliny, a nie ja!

Wszyscy radośnie pochwalili pomysł, bo też istotnie żadna zgodna z prawem metoda nie dawała szans na odzyskanie utraconego dobra. Włamywaczy i złodziei niekiedy nawet łapano, skazywano, wsadzano za kratki, a pokrzywdzony co stracił, to stracił, i nikt mu tego nie próbował oddawać. Przeciwnie, musiał jeszcze żywić bandziora. Płacić za jego utrzymanie. Może chociaż takiej okradzionej ofierze powinno się w jakimś stopniu zmniejszyć podatki...?

Pełna zgodność zapanowała wśród uczestników obrad i jedyny szkopuł stanowił brak odpowiednich doświadczeń. Jakim do licha sposobem mieliśmy sprawdzić jego stan posiadania? Ma tę cholerną zapalniczkę w domu czy nie? Trzyma na wierzchu czy gdzieś ukrył? Bo może, zabrawszy ją przez zemstę i złośliwość, najzwyczajniej w świecie wyrzucił do pierwszego śmietnika...?

– Śmieci! – poderwała się Małgosia. – W środę, u ciebie rano wywożą, w południe jeszcze była! Nie wywieźli...!

Czarowna wizja worków śmieciowych, na których dnie mogła spoczywać zapalniczka, poderwała wszystkich. Nie wiem, co sobie mogli pomyśleć sąsiedzi na widok sześciu osób, z obłędem w oczach grzebiących w śmietniku i z tysiącznymi ostrożnościami przesypujących zawartość jednych worków w drugie. Tak nam jakoś wypadło, że poprzednie worki były niebieskie, a teraz chwyciliśmy czarne, więc może poszło to na karb upodobań kolorystycznych zamieszkałej tu osoby. Każdy ma prawo do własnego szmergla.

W śmieciach zapalniczki nie było.

– No to nie ma siły, ten hreczkosiej podwędził – zawyrokował Witek i zamknął klapę śmieciowego kubła. – On mi się od początku nie podobał.

– Prawdę mówiąc, mnie też nie – poparł go pan Ryszard. – Nic nie chciałem mówić, bo może ja się nie znam, ale jakoś mi się tak wydawało, że dostaje pani całkiem nie to, co pani chciała...

– A było mówić! – warknęłam z furią i ruszyłam z powrotem do domu, starannie omijając wzrokiem nieodpowiednią roślinność, co mi przyszło o tyle łatwo, że już nastał wieczór i zrobiło się ciemno.

– Jeśli idzie o włamanie – rzekł Tadzio, wchodząc do przedpokoju – popytam kumpli, ostatecznie to wszystko mechanicy, zamki, klucze, takie rzeczy mamy w małym palcu, załatwi się. Tylko nie wiem, jak tam się rozejrzeć u niego.

Julita stanowczym krokiem weszła do salonu, napiła się wina, przez pomyłkę z kieliszka Małgosi, i mężnie oznajmiła, że czuje się winna. Przy niej Mirek-ogrodnik rąbnął moją własność, na niej spoczywa obowiązek dokonania wysiłków i odzyskania pamiątki. I zrobi to!

– To znaczy, pójdziesz do niego, dasz mu po mordzie i obwiążesz go drutem kolczastym? – uściśliła Małgosia. – To było moje wino, ale nie szkodzi, mogę wypić twoje. I weźmiesz od mojej ciotki mrówki? Nałapać ci do słoiczka?

Wytrącona z równowagi Julita obejrzała wszystkie kieliszki, rozpoczęła przeprosiny, ucięła je na samym wstępie, machnęła ręką, wypiła jeszcze trochę wina i ujawniła dalszy ciąg zamiarów. Owszem, pójdzie, bez mrówek i drutu, ale za to z czymkolwiek, zełże, że to coś jest jego, ostatnim razem zostawił, więc mu odnosi. Może udawać, że zakochała się w nim i odnoszenie stanowi pretekst, co przynajmniej będzie jakimś cieniem prawdy. Rzeczywiście stanowi pretekst, a jej dostarczy pociechy i oparcia, bo cholernie nie lubi łgać i łgarstwa zawsze jej źle wychodzą. Ale teraz się spręży w sobie...

– Szczególnie, że zakochanie powinno ci wyjść nieźle – zauważyła Małgosia niemiłosiernie. – I nikomu nie zaszkodzi, jak on uwierzy. Na szczęście nie masz ogrodu, który mógłby ci urządzać podeschniętymi choinkami.

– Ale on może mieć żonę – zauważył ostrzegawczo Witek. – Ktoś coś o tym wie?

Niestety, stan cywilny ogrodnika hochsztaplera nikomu z nas nie był znany. Byłam pewna, że ma żonę, tacy jak on miewają żony i lekceważą je skandalicznie, rozwodzą się i żenią ponownie pod naciskiem zauroczonych bab, z których każda tego adonisa botanicznego chce mieć dla siebie. Żona nie miała znaczenia, mógł się akurat rozwodzić.

– Co do żony, nic nie wiem, ale to drobiazg, najwyżej baba uwierzy Julicie i później zrobi mu piekło. Za to mam adres, zostawił mi wizytówkę z telefonami, służbowy i prywatny, poczekajcie, zaraz znajdę...

Ku własnemu zdumieniu znalazłam wizytówkę w notesie pod właściwą literą, O jak ogrodnik. Był na niej nawet adres. Przez ten czas pozostałe osoby uzgodniły między sobą, jaki przedmiot Julita powinna uznać za jego własność i koniecznie mu zwrócić.

– Macie źle w głowie? – spytałam z oburzeniem, wróciwszy z pracowni. – Mało że mnie wydoił, mam mu jeszcze poświęcać takie doskonałe okulary od słońca? Dla siebie kupiłam!

– Nie martw się, powie, że nie jego i nie weźmie – uspokoiła mnie Małgosia.

– Akurat, nie weźmie! Wszystko weźmie!

– To niech ona nie daje mu do ręki, tylko pokaże z daleka – poradził Witek. – Niech udaje, że ich szuka w torbie i przez ten czas niech się rozgląda.

Julita wyglądała na osobę, która przeceniła własne siły. Byłabym ją wspomogła prezentacją ogrodniczych sukcesów pięknego oszusta, ale w ciemnościach niewiele już było widać, pokazałam jej zatem tylko rachunki, które wzburzyły ją do głębi. Zmobilizowała się na nowo.

– Idę! Od razu jutro! A może jeszcze dzisiaj...?

– Dzisiaj byłoby nawet dość uzasadnione – zauważył Tadzio. – Julita czekała, bo myślała, że te okulary są pani, a pani właśnie przyjechała i powiedziała, że nie. No to zgadła, że jego i zaraz oddaje.

– Bardzo dobry pomysł – pochwaliła Małgosia.

– Pojadę z panią – zadecydował pan Ryszard, nie budząc niczyjego sprzeciwu. – Potem przywiozę tu panią, a tam zaczekam przed domem na włączonym silniku, bo nie wiadomo, co się stanie. Może będzie pani musiała uciekać razem z tą zapalniczką?

Wszyscy później uznali, że miał jasnowidzenie.

A jeszcze później zwątpili, czy przydatne...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki