Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pech - Joanna Chmielewska

„Z zimną krwią i bez najmniejszego wahania opisał mi wydarzenie sprzed półtorej doby.” Rodzina, powiadają, to równocześnie błogosławieństwo i skaranie boskie. Zwłaszcza gdy przybywa z innego kontynentu, by sprawdzić, czy na pewno nam właśnie przysługuje prawo do spadku.

Opinie o ebooku Pech - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Pech - Joanna Chmielewska

JOANNA CHMIELEWSKA
PECH
© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011
ISBN 978-83-62136-16-2
Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53 e-mail: m.g.klin@op.plwww.wydawnictwoklin.pl
Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Zaczęło się w chwili, kiedy raz w życiu postanowiłam być rozsądna i przewidująca.

Gremialny przyjazd moich krewnych miał nastąpić w lecie, a brzemienność jego skutków mogła okazać się niebotyczna. W dodatku różnorodna, od katastrofalnej do rewelacyjnej. Kawałkami przyjeżdżali już wielokrotnie... no, wielo, jak wielo, tak ze trzy. Do trzech razy sztuka... I zawsze wtedy wyskakiwała z mojej strony jakaś kompromitująca głupota, przestali niemal wierzyć, że wyrosłam na mniej więcej normalną jednostkę ludzką, w związku z czym przypadająca mi część przyszłego dziedzictwa stała się wysoce problematyczna.

Możliwe, że pieniądze to świństwo, ale, ostatecznie, byłam samotną matką dwojga dzieci. Gdyby ktoś sobie życzył, mogłam przyjąć świństwo z demonstracyjnym obrzydzeniem.

Wyruszyłam z Warszawy, żeby na czas pobytu australijskiej rodziny załatwić dzieciom dwa miesiące wakacji nad morzem, we Władysławowie, w domu jednej takiej mojej bardzo dziwnej przyjaciółki. Przy odrobinie uporu można to było uzgodnić przez telefon, ale właśnie postanowiłam być przezorna, przewidująca i rozsądna, w głębi duszy miałam straszliwą ochotę sama spędzić nad morzem chociaż z jeden dzień, skorzystałam zatem z tej eksplozji pożądanych zalet i pojechałam.

Moja przyjaciółka, Eleonora, nie tylko imię posiadała osobliwe, także charakter. Bezdzietna, nie znosiła niemowląt, za to uwielbiała młodzież, taką od dwunastu lat w górę. Młodzież zaś dziko, namiętnie i zgoła patologicznie uwielbiała ją. Nie do pojęcia.

Dzieci mogłam jej podrzucić na całe lato z pełnym zaufaniem, ku wszechstronnej radości, ale w grę wchodziły kwestie finansowe, bo żadna z nas nie opływała w dostatki, a do tego jej mąż był skąpy i wytwarzał atmosferę. Atmosfera w obliczu forsy znikała bez śladu, przezornie chciałam zdusić ją w zarodku i postanowiłam siłą wtrynić Eleonorze zadatek. Po czym, lekka na duszy niczym ptaszę polne, wrócić do domu i zająć się dalszymi rozsądnymi posunięciami.

Wyjechałam wczesnym popołudniem. Praca w redakcjach i w wydawnictwach dawała mi dużą swobodę, korekty mogłam robić, kiedy mi się spodobało, nic pilnego nie zalegało mi nigdzie, specjalnie o to zadbałam. Zaopatrzyłam dom w produkty spożywcze, z którymi moje dzieci umiały się obchodzić doskonale, szczególnie szesnastoletni Tomek. Lubił gotować. Dziwnie, bo dziwnie, ale lubił. Czternastoletnia Kasia z dwojga złego wolała sprzątać. W każdym razie powinni sobie dać radę, nawet przy największych staraniach przez te trzy dni zagłodzić się na śmierć nie zdążą.

Aż do Mławy przypominałam sobie, czego też udało mi się zapomnieć. Aha, nocnej koszuli. Pożyczenie od Eleonory odpadało, była znacznie niższa ode mnie, proporcjonalnie szczuplejsza, ponadto sypiała w piżamach. Nigdy nie lubiłam piżam. Paska od szlafroka, który służył mi zarazem do podwiązywania włosów przy myciu, pasek, rzecz jasna, nie szlafrok, no nic, może Eleonora ma jakiś kawałek sznurka. Czego jeszcze...? Przyrządów do głowy, szamponu, odżywki, zakrętek... Także suszarki. Na co mi suszarka bez zakrętek? Co tam, najwyżej przez trzy dni będę rozczochrana, jakiś grzebień mam chyba w torebce...

Raphacholinu... Drobiazg, ryby są lekkostrawne. Za to wzięłam dwie butelki francuskiego czerwonego wina, bo w tym kraju wprawdzie wszystko już wszędzie można dostać, ale takie LA CARDONNE przytrafia się rzadko. Ubiegłego roku dostałam sześć butelek w prezencie od oszalałego ze szczęścia autora, któremu wyłapałam wszystkie błędy, i dwie specjalnie zachowałam dla Eleonory. I tego jej cholernego Stasieczka, żeby się powstrzymał od wytwarzania atmosfery. Dwie butelki na trzy osoby, to w sam raz na jeden miły wieczór.

Więcej zapomnianych przedmiotów nie przyszło mi do głowy, bo przypomniałam sobie poprzednią wizytę pary krewnych z Australii. Siedem lat temu...

Na Okęciu panowało piekło na ziemi, bo budowali to nowe, a pasażerom służyło jeszcze stare, jeden gniot oczekujących na przylotach, samolot z Singapuru się spóźnił, ja zaś lekkomyślnie zaniedbałam kwestię transportu. Po dwudziestu ośmiu godzinach podróży sterczeli w ogonku do mafii taksówkowej, trzymałam ich tam, gorączkowo usiłując zabawiać ciekawostkami z kraju, i omal nie spowodowałam ich natychmiastowego powrotu komunikatem, że w sklepie z cudowną, lnianą bielizną pościelową sprzedają obecnie długopisy i breloczki do kluczyków. Także ramki do fotografii. Sytuację uratował fakt, że jeden znajomy sklep z bielizną pościelową jeszcze został, nie zmienił branży i miał lniane.

Potem dowiozłam ich do domu i na tę parszywą taksówkę zabrakło mi pieniędzy.

– No nie – powiedziałam, wyduszając z siebie radosny chichot. – Co za idiotka ze mnie! Cały portfel zostawiłam w domu, wzięłam tylko portmonetkę, nic nic, niech pan chwileczkę poczeka, zaraz zejdę...

Mogłam sobie schodzić dwadzieścia razy, w domu forsy też nie miałam. Ciocię z wujem, chwalić Boga, zaabsorbowały dzieci, dla których Australijczycy stanowili egzotykę szaleńczą i widać było, jak wypatrują u nich torby na brzuchu, strusich piór gdziekolwiek i malowideł na twarzy. Rzuciłam ich sobie wzajemnie na pastwę i zbiegłam na dół, do tego złoczyńcy, szalenie zresztą przystojnego i pełnego uroku.

– W bambus, proszę pana – rzekłam równie szczerze, jak ponuro. – Grosza więcej chwilowo nie posiadam, ale jutro coś wyrwę, bo tak czy inaczej muszę. Jedyne wyjście dla pana, to przyjechać tu drugi raz i wtedy panu zapłacę. Ma pan adres, dowód panu mogę pokazać...

– A ja, wie pani, widywałem piękniejsze widoki – odparł mi na to. – Dzianych innostrańców pani wiezie, i co? Na żebry tu przyjechali?

– Co też pan...? Ale od pierwszego kopa mam im z gardła wyrywać? Nie wypada. Poza tym, niech skisnę, jeśli nie siedzą na samych czekach podróżnych i kartach kredytowych, no i co nam z tego? Umówmy się...

W tym momencie uświadomiłam sobie swoje możliwości i rozkład zajęć. Bij człowieku głową w ścianę, od rana muszę się nimi zająć, kiedy mam skoczyć do któregoś pracodawcy, żeby prychnął drobną kwotą? Niechby do banku, cały dochód na konto mi wpływa, mam tam coś jeszcze, mogę podjąć, ale to samo pytanie: KIEDY?! Jeśli od rana zacznę z mafią taksówkową, do wieczora gwarantowanie uda mi się zbankrutować...

– Mogę panu dać czek – powiedziałam beznadziejnie.

– A na plaster mi pani czek, żebym się z nim kitłasił po ogonach bankowych? Nie ma pani sąsiadów, żeby który pani pożyczył?

– Jeszcze gorzej wyglądają niż ja.

– Ale ma pani w planach jakiś kursik po mieście, nie? Krewniakom z antypodów stolicę się pokazuje. Rozumiemy się?

Kursik, akurat...

W tym momencie cud sprawił, że nadszedł sąsiad z parteru, specjalista od telewizorów. To znaczy, w pierwszej chwili myślałam, że to cud. Byłam wtedy o siedem lat młodsza i o siedem lat ładniejsza i miałam wrażenie, że mu się podobam.

Rzuciłam się ku niemu.

– Panie Andrzeju, Jezus Mario, może mi pan pożyczyć do jutra sto sześćdziesiąt tysięcy? Wieczorem zwracam, przywiozłam tu rodzinę z Australii i zabrakło mi na taksówkę!

– Ja bym pani pożyczył, bo nawet mam przy sobie – odparł pan Andrzej z lekkim zakłopotaniem – ale moja żona na to czeka i zaraz mnie obsobaczy, że przepiłem.

– Ja zaświadczę, że to ja!

– Jeszcze gorzej. Ona już dawno myśli, że ja panią podrywam.

– Ja zaświadczę, że nie!

– No to rozrywki matrymonialne mam już jak w banku...

Wokół taksówki i nas zaczęli gromadzić się ludzie. Nie mieszkałam na pustyni.

– Nie chcę pani martwić – zauważył czarujący złoczyńca – ale ja jestem w pracy i za postój też się należy.

W chwili kiedy postanowiłam zemdleć i odjechać stąd pogotowiem bez względu na skutki, pojawił się ten mój. Konkubent. Wtedy wielbiony, później rozszyfrowany jako potwór. Dominik.

Wysiadł z volvo.

– Co się tu dzieje? – spytał upiornie spokojnym głosem.

W ułamku sekundy przeżyłam kilka trzęsień ziemi, końców świata, wstąpień do raju, zawałów serca i wzlotów niebiańskich. Epilog stanowiło przysypanie wulkanicznym popiołem. Ostatnie chwile Pompei.

– Nic – powiedziałam słabiutko. – Zabrakło mi na taksówkę. Za mało podjęłam z banku.

– Pan mafia? – zwrócił się na to Dominik do złoczyńcy całkiem rzeczowo.

– Owszem – odparł złoczyńca zimno. – Zarejestrowana. Podatki płacę. Z lotniska jedziemy.

Czaruś cholerny. Ciekawe, swoją drogą, co robi teraz, kiedy mafia taksówkowa zanikła...

Dominik miał dość rozumu, żeby z mafią nie dyskutować, ale odwrócił się do mnie.

– Mieli przyjechać jutro?

Głowę na pniu gotowa byłam położyć, że datę mu podałam właściwą, ale w zaistniałej sytuacji też wolałam nie dyskutować.

– Ale przyjechali dzisiaj. Możliwe, kochanie, że pomyliłam dzień...

Dominik zapłacił bez słowa, dołożył za postój, wsiadł do volvo i odjechał. Rozpacz wymieszała się we mnie z ulgą, tworząc koktajl piorunujący.

Kiedy weszłam wreszcie do mieszkania, moje dzieci zdążyły już podjąć rodzinę z Australii. Kasia z zapałem prezentowała, jak mamusia zjeżdżała niegdyś, w młodych latach, z tapczanu na starej desce do prasowania, Tomek zastawił stół przyjęciem, w skład którego weszła przedwczorajsza kartoflanka, śledzie w oliwie, lody i zimny bigos. Ciotka z wujkiem siedzieli na krzesłach, wśród kompletnie rozbebeszonych bagaży, z osłupiałym wyrazem twarzy.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – rzekła ciotka głosem jak pieprz, trociny i góra lodowa.

Moje wspomnienia wykonały nagle skok w dół, w kierunku wcześniejszej wizyty.

Przyjechała wtedy babcia...

Ani to nie była moja babcia, ani wujek, ani ciotka. Babcia była babcią cioteczną, rodzoną siostrą mojej babki w prostej linii, a podział rodziny na kontynenty nastąpił przed laty, krótko po wojnie, w latach czterdziestych. Ciotecznej babci udało się w wiośnie życia i jeszcze w czasie wojny poślubić prawdziwego Australijczyka, zetknęli się jakoś tam w obozach, siedemnaście lat chyba miała, po czym energiczny komandos zdołał sprowadzić żonę do Australii. Druga siostra, starsza, moja babka w prostej linii, została sama jak palec, pozbawiona wszelkiej innej rodziny, i możliwe, że też zdołaliby ją do tej Australii ściągnąć, gdyby nie to, że już była na śmierć i życie zakochana w dziadku i stanowczo odmówiła wyjazdu. Charaktery to one miały, zdaje się, twarde, i żadne perswazje nie robiły na nich wrażenia, ale kochały się uczciwie i rzetelnie. Szanowały wzajemnie swoje poglądy, krytyki sobie nie żałując, i wśród wytykań, wypominań i wyrzutów służąc pomocą, ile się dało.

Też w końcu zostałam sama, jedyna potomkini babci, siostry ciotecznej babci, bo tak jakoś głupio wyszło.

Z tej troski cholernej australijska rodzina ustawicznie przyjeżdżała, blisko mając o tyle, że część progenitury studiowała i pomieszkiwała to w Anglii, to we Francji, za swój podstawowy obowiązek mając pieczę nad polską mniejszością. Moim chrzestnym ojcem został... zaraz, niech się nie pomylę... brat żony syna ciotecznej babci. Znaczy, brat synowej. No owszem, jakiegoś powinowactwa można się było dokopać. Nawet ze mną.

Rodzona babcia już nie żyła, moja matka zaś miotała się w trudnym świecie o skomplikowanym ustroju, załatana, zapracowana, a przy tym beztroska i lekkomyślna. Ojciec zaharowywał się na śmierć bez pożytku dla rodziny, bo nie umiał odmawiać, okropnie chciał, żeby było dobrze, i ciągle wierzył, że będzie. Trochę się mijał z ideologią, dzięki czemu piętrzyły mu się kłody pod nogami, aż w końcu umarł na zwyczajny zawał. Oczywiście nie w chwili mojego chrztu, parę lat później.

Cioteczna babcia przyjechała zaraz po jego śmierci, stwierdziła, że w tym kraju żyć się nie da, jest to po prostu dom wariatów i wylęgarnia przestępczości, warunki życiowe urągają elementarnym potrzebom jednostki ludzkiej, spróbowała namówić matkę na emigrację, ale matka też nie chciała. Nie mogła zostawić psa, który umarłby ze zgryzoty, a córka, to znaczy ja, musiała przecież skończyć szkołę. Zgadzałam się z nią, na trochę, to tak, ale przecież nie na zawsze! W rezultacie cioteczna babcia odjechała wcześniej niż zamierzała, twierdząc, iż w tej ciasnocie, z psem na głowie i tramwajami za oknem, nie przespała spokojnie ani jednej nocy, ale serce jej się podobno szarpało na kawały i ustaliła, że ja, jedyna wnuczka jej rodzonej siostry, powinnam być spadkobierczynią połowy rodzinnego majątku. Mogła sobie coś takiego ustalać, bo niczym jej się jeszcze wtedy nie naraziłam.

Po babci przyjechał chrzestny ojciec z żoną, jak zdołałam wyliczyć, cioteczną wujenką.

Nie najszczęśliwiej trafił, bo miałam już wówczas męża i właśnie urodziłam drugie dziecko, Kasię. Słowo „ciasnota” w pełni korespondowało z naszymi warunkami mieszkaniowymi, w dwóch pokojach moja matka, mój mąż, ja, dwoje dzieci i kot, bo tamten pies już nie żył. Gdyby żył, miałby dwadzieścia jeden lat i odwiedzałyby go prasa, radio i telewizja, co bez wątpienia ciasnotę by zwiększyło.

Potraktowałam ich wizytę równie lekkomyślnie, jak moja matka, chociaż właściwie trudno mi się dziwić, skoro tuż przedtem pojękiwałam sobie w bólach porodowych i nie w głowie mi były jakieś tam poszukiwania lokalowe i rezerwacje hoteli. Chrzestny ojciec z cioteczną wujenką jedną dobę przetrzymali mężnie, wyobrażając sobie obóz dla uchodźców, mój mąż dzień pracy poświęcił staraniom ubocznym i okazało się, że jedyne, co mogą dostać, to pokój w byłym hotelu robotniczym na Woli, z toaletą na korytarzu i jednym ogólnym natryskiem na całe piętro. Przetrzymali zatem jeszcze i drugą dobę, trochę bardziej nerwowo, po czym wszystkie nasze pieniądze poszły na łapówkę w recepcji hotelu MDM, gdzie wreszcie dostali mniej więcej normalny pokój.

Zważywszy, iż byłam już, bądź co bądź, dorosła, odium spadło na mnie. Poród porodem, mogłam wszak męża zatrudnić od razu. Fakt, że pracował jako sekretarz redakcji jednego z chwiejących się dzienników, nic im nie mówił i nie miał nic do rzeczy. W każdym razie moje połowiczne dziedzictwo mienia rodzinnego stanęło pod malutkim znakiem zapytania, bo czy można obdarzać majątkiem osobę do tego stopnia nieodpowiedzialną...?

Ogólnie uratowało mnie wydarzenie z rzędu zjawisk nadprzyrodzonych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki