Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Harpie - Joanna Chmielewska

Książka napisana lekko i z humorem, który tak bardzo cechuje Chmielewską, że można ją czytać w ramach relaksu. Jak zwykle główni bohaterowie przeżywają niesamowite historie, muszą rozwiązywać zawikłane tajemnice i popadają w rozliczne tarapaty. „Chrzestna babcia leżała jeszcze w łóżku i do produkcji dźwięków używała młota od krykieta na bardzo długim trzonku. Dorotka przypomniała sobie ten młot. Skąd się w ogóle wziął w domu, nie miała pojęcia, ale od wieków leżał na szafie i stanowił jakąś pamiątkę Felicji nie wiadomo po czym. Jakim sposobem chrzestna babcia go znalazła...?” (fragment).

Opinie o ebooku Harpie - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Harpie - Joanna Chmielewska

Joanna Chmielewska

© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011

ISBN 978-83-62136-11-7

Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786

Dorotka Pawlakowska wracała do domu z najwyższą niechęcią. Brnąc przez błoto od przystanku autobusowego zastanawiała się nawet, po co właściwie wraca. Głodna... no owszem, ale mogłaby przecież zjeść coś na mieście, hamburgera albo hot-doga... Coś taniego, bo na drogie szkoda pieniędzy. Zimno, i mokro... a któż jej każe błąkać się po ulicach? Posiedzieć w kawiarni, w jakimś barze, wypić herbatę... No dobrze, i co więcej? Poczytać przy tej herbacie? Co ma czytać, skoro książka jest w domu... Wszelka prasa też jest w domu, zatem ulubiona czynność odpada. Nadal będzie głodna, nadal zmęczona, nadal zła, nadal będzie miała spodnie mokre do kolan, nadal nie zdoła odpocząć i zająć się tym, na co ma największą ochotę. Do kitu. Normalny człowiek powinien zaspokajać swoje potrzeby w domu, dlatego odruchowo i bezmyślnie idzie do domu, co za chwilę okaże się beznadziejnym kretyństwem.

Przyszło jej na myśl, że normalna, dorosła, pracująca kobieta, niezadowolona ze swego domu i ogólnie z życia, poszłaby może do fryzjera albo do kosmetyczki, albo do jakiegoś gacha... Nie, do gacha nie, trudno oczekiwać świętego spokoju u gacha. Może z wizytą do znajomych, do przyjaciółki... No, gdzieś by poszła. Do kina. A ona wraca do domu...

Przy swoich dwudziestu dwóch latach Dorotka uważała się, nawet dość słusznie, za w pełni dorosłą kobietę. Tyle że do fryzjera nie chodziła, bo jej wspaniałe włosy nie wymagały żadnych zabiegów poza zwyczajnym myciem, kosmetyczka była jej potrzebna jak dziura w moście, gacha z własnym mieszkaniem zaś nie posiadała. Po wykładach na swoim Studium Języków Obcych, dodatkowych ćwiczeniach i wizycie w wydawnictwie, które od czasu do czasu dostarczało jej płatnego zajęcia, czyli właściwie po całym dniu pracy, najnormalniej w świecie wracała do domu.

W domu czekały na nią trzy ciotki. Trzy rodzone siostry jej matki, która umarła przy jej urodzeniu i którą znała tylko z fotografii. Czekały niewątpliwie w celach pazernych i drapieżnych, ale zarazem czekała lektura, jedzenie, ciepło, odpoczynek i przepiękny sweterek na drutach, już bliski wykończenia... Lubiła roboty ręczne.

Zadzwoniła do furtki, usłyszała brzęczyk, ciotka Melania otworzyła drzwi domku.

– Jest hrabianka – oznajmiła w głąb, za siebie. – Punktualna, jak zwykle.

– Zanim co, niech pójdzie po to cholerne masło! – wrzasnęła z owej głębi ciotka Felicja.

– Ale przecież trzeba jej powiedzieć...? – odezwała się od strony jadalni ciotka Sylwia, jakby z lekkim zdziwieniem.

– Nie pali się. Najpierw masło, bo zamkną sklepy!

– To idź po to masło – zarządziła Melania. – Masz tu pieniądze. I pośpiesz się. Niedługo pewnie zaczniesz wracać nad ranem?

Dorotka poczuła w; sobie ostre piknięcie buntu. Do sklepu było co najmniej dwieście metrów po dziurach w chodniku, kałużach i błocie, które właśnie przebrnęła i nie miała najmniejszej ochoty przebywać tej trasy ponownie. Masła im zabrakło, nie przed chwilą to przecież zauważyły, tylko znacznie wcześniej, trzy baby w domu, wszystkie w pełni sprawne i ruchliwe, nie mają nic do roboty, no, może Melania... Ale Felicja i Sylwia nic, nie mogła któraś z nich sama pójść do sklepu? Nie chciało im się wychodzić na taką pogodę, jasna sprawa, więc, oczywiście, ją się przegoni...

Nie ośmieliła się powiedzieć tego głośno.

– Bo co, żadnej z was do sklepu by nie wpuścili? – wymamrotała niewyraźnie pod nosem i odłożyła torbę na stolik w holu. – Głodna jestem i zimno mi – dodała z niechęcią. Samo masło czy coś jeszcze? Bo za chwilę się okaże, że mam lecieć drugi raz.

– Jeszcze pyskuje – zawiadomiła Melania swoje siostry z wyraźnym zgorszeniem. – A nawet jak się przelecisz drugi raz, to i cóż takiego? Młoda jesteś, ruch to zdrowie. Fela, samo masło czy coś więcej?

Ciotka Felicja odkrzyknęła, że nic, po czym zmieniła zdanie i zażądała żółtego sera. Ciotka Sylwia pojawiła się w drzwiach do jadalni i oznajmiła, że jest wszystko i niczego więcej nie trzeba. Dorotka wetknęła do kieszeni kurtki małą portmonetkę i zawróciła, już bez słowa.

W sklepie zmobilizowała się ostro, bo do zamknięcia go pozostawało jeszcze co najmniej półtorej godziny i rzeczywiście mogły ją pogonić ponownie. W wyręczaniu się nią nie miały litości. Przypomniała sobie, że było jakieś gadanie o rybach, jeśli zamierzają usmażyć filety rybne, przydałaby się cytryna, diabli wiedzą czy o niej nie zapomniały. Warto by kupić także rosołek w kostkach, zawsze go brakuje, kiedy jest potrzebny. Zaraz, ile jej dały pieniędzy...?

Sprawdziła. Tyle co kot napłakał. Tylko na masło i ser. Zawahała się, czy nie zapłacić z własnej kieszeni, ale była pewna, że jej nie zwrócą, a miała już bardzo mało. Nie, nie zapłaci, kupi mniej sera i jedną cytrynę...

Okazało się, że uczyniła słusznie, cytryn w domu nie było, a ryby Sylwia już zaczynała smażyć. Wydarła masło z rąk Dorotki, bo w tym domu nie używało się oleju, wszystko musiało być na maśle. Zgromiła ją, że nie kupiła tych cytryn więcej.

– Przecież nie dałyście mi pieniędzy! – oburzyła się Dorotka.

– Masz swoje. Mogłaś swoimi zapłacić.

– Nie mam swoich. I nie będę miała. Wszystko płacą przelewami, a to potwornie długo idzie.

– Miałaś przecież? – włączyła się podejrzliwie Melania. – Co z nimi zrobiłaś?

– Wydałam.

– Na co wydałaś? – zainteresowała się Sylwia natychmiast. – Chcę wiedzieć!

– No? – poparła ją Melanią. – Na co wydałaś? Na jakieś idiotyzmy?

Obie tkwiły w kuchni, jedna nad patelnią, druga tylko do towarzystwa. Dorotka ścierpła w sobie. Nie miała najmniejszej ochoty informować ich, na co wydała swoje własne, dopiero od niedawna zarabiane pieniądze. Nie było to nic szczególnie nagannego, droższe i piękniejsze rajstopy, lepsze majtki, perfumy... Nareszcie, pierwszy raz w życiu, mogła sobie kupić dobre perfumy, i to nawet nie perfumy, a wodę kwiatową. Smętna resztka, jaka jej ocalała, musiała starczyć na przejazdy i różne inne bieżące potrzeby aż do chwili, kiedy dostanie kolejną wypłatę za korektę.

Wzięła byka za rogi.

– Nie chcą mnie darmo wozić żadnymi autobusami – oznajmiła, zamierzając zdobyć się na ton sarkastyczny, ale wyszło jej raczej żałośnie. – Papieru mi nie dają w prezencie, żadnych książek, ani nawet długopisów. Czy ja mogę iść do łazienki i chociaż umyć ręce?

Nie czekając na odpowiedź, opuściła kuchnię i zaczęła wchodzić na schody. Po drodze zabrała ze stolika w przedpokoju swoją torbę, całkowicie pewna, że już została przeszukana. Zawsze przeszukiwały jej rzeczy ze zwyczajnej ciekawości, a może z nadzieją odkrycia czegoś, co dostarczy rozrywki. Listu od chłopaka, na przykład. Dorotka nie była kretynką i od paru już lat zrezygnowała z własnych, prywatnych tajemnic, skłonna raczej nie posiadać ich wcale niż pozwalać na wywlekanie jej intymnych doznań na światło dzienne i kąśliwe drwiny. Celowała w nich ciotka Melania, a pozostałe siostry dzielnie ją wspomagały.

Wspólny pokój z ciotką Sylwią też nie stanowił azylu. Jedynym osiągnięciem Dorotki był stary parawan, którym mogła się odgrodzić w celu palenia światła. Ze światłem ciotki pogodziły się od chwili, kiedy Melania osobiście dostarczyła jej pracy zarobkowej, polegającej na robieniu korekty rozmaitych tłumaczeń. Talent Dorotki do języków obcych znalazł właściwe ujście i wieczorna praca została jej dozwolona, a nawet zyskała prawo czytania książek. Ciotka Sylwia chodziła spać wcześnie i niemożliwe było stosować się do jej upodobań, musiało się od niej jakoś odseparować.

Cały dom, stary, jeszcze przedwojenny, wybudowany przez dziadka, składał się z czterech pokoi, kuchni i dwóch łazienek, błogosławieństwa zupełnego. Przy jednej łazience rodzina zapewne wymordowałaby się wzajemnie. Dwa z tych pokoi znajdowały się na dole, jeden, największy, stanowił salono-jadalnię, drugi, też duży, z dawien dawna przydzielony został Felicji, która niegdyś pracowała jako grafik i musiała mieć miejsce na warsztat pracy, ponadto rządziła w tym domu i posiadała największe prawa. Do tych dwóch parterowych pokoi należała jedna łazienka. Druga znajdowała się na piętrze, gdzie kolejne dwa pokoje zajmowały Sylwia z Dorotką i samotna Melania, kobieta pracująca, hałasująca na maszynie. Melania była dziennikarką i rozmaite felietony pisywała w domu na starej maszynie Olivetti, do elektrycznej nie dała się przekonać.

Obecnie mieszkały w tym domu cztery kobiety. Wcześniej było ich pięć, żyła jeszcze babcia, która umarła przed ośmioma laty. A jeszcze wcześniej, po wojnie, Sylwii i Melanii w ogóle tu nie było, z babcią i dziadkiem mieszkała tylko Felicja, która owdowiała w dwa lata po ślubie, i Krystyna, matka Dorotki, do czterdziestego roku życia stara panna. Później wszystko się pozmieniało, dziadek umarł, Sylwia i Melania, rozwiedzione, kolejno wprowadziły się z powrotem do domu rodziców, a Krystyna wyniosła się do amanta, ojca Dorotki, który ślubu z nią nie wziął, ale ojcostwa się nie wypierał. Krystyna miała już wtedy czterdzieści lat, na tle młodszego o piętnaście lat chłopaka dostała istnego małpiego rozumu, uparła się urodzić dziecko, wiek zrobił swoje i przy porodzie umarła. Ojciec nie interesował się progeniturą, dziecko zabrała babcia wbrew gwałtownym protestom pozostałych córek, bezdzietnych i dzieciom niechętnych. W ten sposób Dorotka całe życie spędziła pod opieką najpierw czterech, a potem trzech kobiet, z których żadna nie była jej matką, a za to wszystkie postanowiły wychowywać ją po swojemu.

Całe szczęście jeszcze, że babcia żyła aż do ukończenia przez nią czternastu lat, inaczej bowiem Dorotka opuściłaby ten padół już w nader wczesnym wieku. Felicja nie znosiła dzieci generalnie, Melania brzydziła się nimi, Sylwia zaś do małego dziecka miała dwie lewe ręce. Karmienie niemowlęcia, kąpanie go i ubieranie budziło protest wszystkich trzech i przymusowe zajmowanie się Dorotką w ich wykonaniu wyglądało trojako: Felicja w obliczu wrzeszczącego niemowlęcia zamykała je w najbardziej oddalonym pokoju, wyłączała słuch i nie reagowała na wrzask. Melania wychodziła z domu. Sylwia zaś, zmartwiona i pełna zakłopotania, usiłowała coś zrobić, omal nie łamiąc dziecku rączek i nie wyrywając nóżek z tyłka. Jedna babcia prezentowała cechy normalnej kobiety i zdołała utrzymać wnuczkę przy życiu. Babcia w ogóle prowadziła dom i zajmowała się gospodarstwem prawie do końca życia, córki zaś, pracując zawodowo, czuły się z tego zwolnione.

Dopiero po jej śmierci podjęły obowiązki domowe wśród licznych kłótni i awantur. Każda usiłowała zwalić sprawę na pozostałe, aż wreszcie Sylwia odkryła w sobie skłonność i talent do gotowania i zgodziła się przyrządzać posiłki. Melania od czasu do czasu sprzątała. Felicja zgodziła się zmywać i prać, co polegało na włożeniu naczyń do zmywarki, a szmat do pralki automatycznej. Wyjęcie ich, poustawianie i rozwieszenie należało już do Dorotki. Wszystkie siostry z wielkim zapałem od samego początku wyręczały się Dorotką.

Myjąc ręce, Dorotka smętnie rozmyślała nad własną sytuacją. Jakim cudem zdołałaby się odczepić od ciotek i od tego domu? Wyprowadzić się? Dokąd? Wynajęcie mieszkania jest upiornie drogie! Zarejestrować się jako tłumacz przysięgły? Zdać egzaminy, złożyć tę jakąś przysięgę w sądzie i zacząć wreszcie więcej zarabiać? Wcale by to nie było tak dużo więcej, a za to jakie obciążenia!

Ciotka Melania miała rację, twierdząc, że tłumacz przysięgły nie ma życia dla siebie. Musi być na każde zawołanie, musi stawać w sądzie, spełniać polecenia policji, prowadzić księgi buchalteryjne, rejestrować każdy świstek papieru i podlegać jakiejś tajemniczej kontroli. Wyrywają go ze snu, zatrudniają w niedziele i święta, godzinami trzymają na rozprawach, dniami i nocami musi tłumaczyć zeznania bandziorów i rozmaitych innych przestępców... Przerażające życie!

Ale za to ogłasza się i ma klientów...

Sięgając po ręcznik, Dorotka pomyślała, że przecież mogłaby wybrać sobie jakiś nietypowy język. Portugalski, na przykład, albo grecki... O portugalskich i greckich przestępcach jakoś w tym kraju nie słychać, może ominęłyby ją te przestępcze zeznania i sąd. Ewentualnie mogłaby dołożyć szwedzki, dla zarobku, ze Szwecją mamy liczne kontakty, a Szwedzi rozrabiają raczej u siebie, nie u nas. Z drugiej znów strony ta cała księgowość, rejestracja papierów, kartoteki... Gdzie miałaby to trzymać, skoro dysponuje jednym małym biureczkiem i niczym więcej...?

Do języków Dorotka prezentowała jakiś tajemniczy talent. Zaczęło się od francuskiego już w chwili, kiedy uczyła się mówić. Babcia, Felicja i Melania znały francuski doskonale, Sylwia słabiej, ale też dawała sobie radę. Dla draki, dla żartu, tak sobie, z łaski na uciechę, Melania wprowadziła zwyczaj rozmawiania przy dziecku po francusku, a bystra dziewczynka z miejsca złapała język. Aż do chwili pójścia do szkoły Dorotka nie zdawała sobie sprawy, że mówi dwoma językami, a nie jednym, i nawet szwedzkie dzieci sąsiadów, z którymi się bawiła, nie dały jej nic do myślenia.

Szwedzkie dzieci wzięły się stąd, że żona-Szwedka przyjechała do Polski z mężem-Polakiem, przywożąc ze sobą dwoje dzieci. Mąż po szwedzku mówił doskonale, dziećmi się nie zajmował, nauczyły się zatem mówić wyłącznie językiem mamusi. Nie mogły iść do polskiej szkoły, nie rozumiejąc ani słowa. Były to bliźnięta, chłopiec i dziewczynka, o rok starsze od Dorotki, z którą nawiązały błyskawiczny kontakt już nazajutrz po przyjeździe. Zanim nauczyły się po polsku, pięcioletnia Dorotka zdążyła nauczyć się po szwedzku, głupia matka bowiem, zamiast pilnować nauki polskiego, poprawiała i rozwijała szwedzki. Mąż nic nie myślał, pomagał jej w tym i cały sąsiedzki dom mówił po szwedzku.

Trójjęzyczna Dorotka w szkole dopadła angielskiego i niemieckiego. Nic jej nie szkodziło uczyć się dwóch następnych języków równocześnie, sprawiało jej to nawet przyjemność. Zanim poszła na studia, opanowała hiszpański, portugalski i grecki. Włoski przyszedł jej sam, nie wiadomo kiedy, a każdy następny nie przedstawiał już sobą żadnego problemu. Obecnie, kończąc studia, znała już tych języków czternaście, w mowie i w piśmie, dołożywszy rosyjski, norweski, łacinę, czeski, węgierski i duński. Przeskakiwanie z jednego języka na drugi nie przyczyniało jej najmniejszych trudności.

Na tym zresztą kończyły się jej talenty i umiejętności. Liczyć potrafiła tylko na kalkulatorku, w tabliczce mnożenia nie wyszła poza dwa razy dwa, historia stanowiła dla niej ponury i krwawy melanż, złożony wyłącznie z wojen, potwornie licznych królów i rewolucji. Fizyka była zwyczajną czarną magią, przerażającą i niepojętą, i opanować jako tako zdołała jedynie geografię. No i literaturę we wszystkich zdobytych językach.

Z tej ostatniej racji już od dwóch lat była cenną siłą w wydawnictwie, gdzie robiła korekty wszelkich możliwych tłumaczeń, niekiedy zaś podrzucano jej tłumaczenia listów prywatnych i rozmaitych dokumentów, nie wymagających pieczęci tłumacza przysięgłego. Do wydawnictwa trafiła dzięki protekcji ciotki Melanii, co miało skutek straszliwy, mianowicie przez długi czas nie dysponowała zarobionymi pieniędzmi. W ogóle ich nie dostawała. Szły na konto Melanii, po czym zagarniała je Sylwia, wiecznie spragniona swobody finansowej, nienasycona, lekkomyślna i rozrzutna, zdolna wydać każdą sumę na dom i utrzymanie. Mając własną, bardzo niską emeryturę, marnotrawiła pieniądze sióstr, panicznie bała się Felicji i pieniądze Dorotki stanowiły dla niej istny dar niebios. Dla Dorotki wręcz przeciwnie.

Po roku zbuntowała się wreszcie. Wykorzystując zarobki dodatkowe, niesprawdzalne dla rodziny, otworzyła sobie konto i, korzystając z kolei z przypadkowej nieobecności Melanii przy podpisywaniu następnej umowy, zażądała przekazywania honorariów sobie, a nie ciotce. Wydawnictwo było z tego nawet zadowolone, bo przedtem nie zgadzały mu się nazwiska, niby pani Pawlakowska zarabia, a pani Grzesińska dostaje, coś nie tak. Teraz było prawidłowiej.

W domu, rzecz jasna, wybuchła piekielna awantura, ale Dorotka postawiła się twardo, deklarując zarazem hojny udział finansowy w utrzymaniu rodziny, co w pewnym stopniu ukoiło namiętności. Udział był tak rzetelny, że dla niej samej niewiele już zostawało.

Pieniędzy w ogóle brakowało. Felicja była skąpa, co ukrywała starannie. Emeryturę miała niezłą, ponadto dochody z jakiejś tajemniczej spółki, której była udziałowcem, ponadto trzymała coś na koncie wysoko oprocentowanym i nikt nie wiedział, co właściwie posiada. Twierdziła, że bardzo mało i musi racjonalnie oszczędzać. Melania zarabiała doskonale, toczyła jednak ukrytą, podjazdową wojnę z najstarszą siostrą i za punkt ambicji poczytywała sobie występować w charakterze złotodajnego bóstwa. Dołowała zatem forsę, specjalnie po to, żeby w razie awarii pralki, lodówki czy telewizora sypnąć nią z niedbałym gestem, od czasu do czasu zaś, na złość Felicji, kupić sobie futro lub złoty zegarek. Na dom dawała możliwie mało, uważając średnią siostrę za nieuleczalnie marnotrawną idiotkę.

Dom zaś wymagał konserwacji, napraw dachu, czyszczenia rynny, malowania, porządkowania instalacji, podatków oraz innych drobnostek. Dwie siostry skąpiły na wszystko, a trzecia beztrosko zawiadamiała o cieknącym kranie i dziurawym czajniku. Najchętniej Dorotkę, bo ona była nadzieją na przyszłość.

– Hej, panna! Kolacja na stole! – wrzasnęła z dołu ciotka Melania.

Dorotka odwiesiła ręcznik i zeszła na dół, nie podjąwszy ostatecznej decyzji w kwestii tych tłumaczeń przysięgłych.

– Przynieś sól i pieprz – zażądała ciotka Sylwia, siadając przy stole. – No, chyba jej teraz powiemy?

– Powiemy, powiemy – mruknęła Melania. – Tak cię język świerzbi, co?

– Przecież to jej dotyczy?

– No to co, że jej? Zdąży się dowiedzieć. Gdzie masz list?

– Jaki list?

– Od Wojciechowskiego, idiotko.

– A, od Wojciechowskiego... Nie mam, Felicja ma.

Dorotka wróciła z kuchni z solą i pieprzem i zajęła swoje miejsce. Melania, odsunąwszy krzesło, powstrzymała się od siadania.

– Zwariowałaś? Felicji dałaś list?

– Nie dałam, sama wzięła.

– No to koniec. Felicja, zdaje się, że byłaś głodna? Kolacja gotowa! Przestań tam grzebać i oddaj list od Wojciechowskiego!

Ciotka Felicja ze zmarszczoną brwią przeszukiwała liczne papiery, leżące na stoliku przy drzwiach, obok telefonu. Rozejrzała się po pokoju.

– Właśnie nie wiem, gdzie on jest. Któraś z was nie wzięła? Dorotka...?

– Jaki list? – spytała podejrzliwie Dorotka.

– Ty wzięłaś – wytknęła Sylwia.

– I co z nim zrobiłam?

– A skąd ja mam to wiedzieć? Byłam w kuchni.

– Ale mogłaś widzieć, gdzie go kładę. Tu powinien leżeć. Pewnie Melania sprzątnęła.

Ciotka Melania usiadła wreszcie przy stole.

– Odczep się. Po coś go w ogóle brała do ręki?

– Żeby przeczytać – poinformowała zgryźliwie Felicja. Dała spokój papierom i również usiadła.

– Nauczyć się na pamięć? Już go czytałaś.

– Nie ja czytałam, tylko Sylwia. Nie sposób zrozumieć, jak czytający, co drugie słowo, wydaje histeryczne okrzyki.

– No wiesz! – oburzyła się Sylwia.

– Wiem. I słuch mam niezły. Rozmaite ochy i achy i apele do wszystkich świętych. Jestem pewna, że ani Matki Boskiej, ani żadnego ocha tam nie było.

– Za to były konkretne informacje, które udało ci się znów gdzieś zatrynić – wypomniała jadowicie Melania. – Obłędu można dostać z twoją sklerozą!

– Sama masz sklerozę! Położyłam go na wierzchu i po kolacji poszukam! Musi tu leżeć, chyba że go gdzieś sprzątnęłaś, jak zwykle.

– A tak, maniacko sprzątam twoje papiery, bo nie mam co robić...

– To nie mój papier, tylko wspólny. Masz ten miły zwyczaj...

– Nie kłóćcie się teraz – wtrąciła się Sylwia niecierpliwie. – Możecie później. Jak nie chcecie jej powiedzieć, to ja jej powiem. Dorotka; przyszedł list. Do ciebie.

Dorotka zaniepokoiła się lekko. Wszystkie listy do niej przez całe życie otwierały ciotki. Dawno przestało ją to obchodzić, prywatnej korespondencji unikała jak ognia, a służbowa nie stwarzała szans natrząsania się z niej. Zawiadomień bankowych o stanie konta nie przysyłano jej do domu, była zatem spokojna o swoje życie intymne. Teraz jednak, najwyraźniej w świecie, przyszło coś nietypowego i diabli wiedzą jakie będzie miało konsekwencje.

– I co? – spytała ostrożnie.

– I twoja ciotka była uprzejma natychmiast go zgubić – podchwyciła kąśliwie Melania.

– Po pierwsze nie natychmiast... – zaczęła Felicja z naciskiem.

– A tak, istotnie, dopiero po pobieżnym przeczytaniu...

– Trzeba było czytać uważnie, a nie pobieżnie...

– Trzeba było wcale nie czytać, skoro był do mnie – wymamrotała pod nosem Dorotka bez przekonania.

Melania dosłyszała.

– O, księżniczka się znalazła! Tajemnica korespondencji, co? Za głupia jesteś na własne sekrety.

– Nie masz nic do ukrywania przed nami! – orzekła równocześnie Sylwia z wielką stanowczością. – Jesteśmy za ciebie odpowiedzialne. To był list od Wojciechowskiego.

Sięgnęła widelcem po następny kawałek ryby i połowa tego kawałka zleciała jej na obrus. Zgarnęła ją nożem, krusząc na drobne szczątki i rozmazując dokładniej.

– Nie znam żadnego Wojciechowskiego – powiedziała obronnie Dorotka. – Kto to jest?

– Może jeszcze dołóż majonezu – zaproponowała z sarkazmem Felicja. – Świeży obrus od razu do prania. Mniejszą plamę dałoby się jeszcze zasłonić, to nie, musiałaś zapaskudzić pół stołu. Łopatka leży, kto widelcem nabiera...?!

– Twój chrzestny ojciec – oznajmiła z triumfem Sylwia, wpadając jej w słowa.

Przez moment Dorotka miała wrażenie, iż chrzestny ojciec ciotki Felicji nabiera rybę widelcem, kalając świeże obrusy. Nic nie wiedziała o żadnym chrzestnym ojcu, co on tu miał do rzeczy...? Melania zachichotała, otworzyła usta i zamknęła, nic nie mówiąc.

– Nie chrzestny ojciec, tylko chrzestna matka – skorygowała Felicja.

– No dobrze, chrzestna matka – zgodziła się Sylwia.

– Czyja? – zdumiała się Dorotka. – I dlaczego chrzestna matka nazywa się Wojciechowski, a nie Wojciechowska?

– Nie nazywa się wcale ani Wojciechowski, ani Wojciechowska, tylko jakoś inaczej. A Wojciechowski przysłał list. Nareszcie wiemy, dlaczego tak się nas czepiał ten notariusz.

– Jaki notariusz? W ogóle nie rozumiem, o czym mówicie!

– Nie ma przepisu, że musisz wszystko rozumieć – powiadomiła ją ciotka Felicja. – Notariusz w zeszłym roku czepiał się całej rodziny, poszukując twojej matki. Jak zrozumiał, że dawno nie żyje, poprzestał na córce. Nie wyjaśnił, o co mu chodzi, teraz dopiero wyszło to na jaw. W liście od Wojciechowskiego. Nie fatyguj się tak, z tego obrusa i tak nic nie będzie.

Dorotka właśnie przenosiła rybę łopatką na swój talerz, nie roniąc ani odrobiny.

– Może go od razu wyrzucić za okno? – zaproponowała Melania.

– Idiotka! – prychnęła na nią Felicja.

– Oszalałaś, za które okno? – oburzyła się Sylwia. – Chcesz robić śmietnik dookoła domu?!

– Dlaczego ja nic nie wiem o tym notariuszu, skoro szukał mój ej matki i mnie? – spytała Dorotka, myśląc równocześnie, że niepotrzebnie pyta. Znów coś załatwiły w tajemnicy, zadecydowały o niej bez niej, nawet jej o tym nie informując. Robiły to ciągle. Cud boski zgoła, że jeszcze jej, bez jej wiedzy, nie wydały za mąż.

– Nie raczyłaś się zainteresować – odparła z przekąsem Felicja. – Poza tym, nie musisz wiedzieć wszystkiego.

– Nie muszę – zgodziła się Dorotka – a skoro nie muszę, to po co miałam się interesować?

– Ty nie bądź taka za mądra – skarciła ją Sylwia.

– Mądra...! Phi...! – prychnęła drwiąco Melania.

Dorotka westchnęła ciężko. Sprawa ciekawiła ją średnio, ale jeśli list był do niej, chciała jednak zorientować się mniej więcej w jego treści. Nie wątpiła, że pokazałyby jej ową korespondencję, gdyby nie to, że ciotka Felicja zdążyła ją gdzieś zapodziać. Talent Felicji do gubienia wszelkich papierów przerastał Himalaje.

– No dobrze, to co z tym chrzestnym ojcem Wojciechowskim? – spytała z rezygnacją. – Czy to jest wszystko, co chciałyście mi powiedzieć? Że przysłał list i wyjaśnił notariusza?

– Słuchaj, co się do ciebie mówi, to nie będziesz zadawała głupich pytań. Szukał cię dla niego. Ona przyjeżdża.

– Kto?

– No przecież to jest skończona idiotka! – zirytowała się Felicja. – Nie rozumiesz po polsku?

– Chrzestna matka przyjeżdża – wyjaśniła Sylwia. – Twoja chrzestna matka.

Dorotka do reszty przestała rozumieć cokolwiek. Swoją chrzestną matkę pamiętała doskonale, była to kuzynka ojca, widywała się z nią przez całe dzieciństwo, aż do chwili, kiedy zginęła w katastrofie lotniczej parę lat temu. Gdyby miała przyjeżdżać, to chyba z tamtego świata.

– Jako duch...? – wyrwało się jej niepewnie.

– Kretynka – powiedziała Felicja z przekonaniem.

– No, toście jej dokładnie wytłumaczyły – ucieszyła się jadowicie Melania.

– Wytłumacz jej lepiej, jak potrafisz!

– Ale sztuka...! Słuchaj, ja ci powiem. Przede wszystkim nie jej, tylko Krystyny. Chrzestna matka twojej matki przyjeżdża ze Stanów, wraca do Polski na zawsze. Notariusz szukał cię na polecenie tego Wojciechowskiego już od paru lat, to znaczy nie ciebie szukał, tylko twojej matki. A znalazł dopiero, jak Wojciechowski z chrzestną matką znaleźli ten adres, bo oczywiście nikt go tam nie pamiętał. Mętlik mu zrobił nazwiskami...

– No przecież cały czas to do niej mówię! – przerwała gniewnie Felicja.

– Nie mówisz, streszczasz. Nie wiedział, ani ona nie wiedziała, która z nas wyszła za mąż, a która nie...

– Nie streszczam, tylko przerywacie mi w pół zdania i nie dacie dojść do słowa!

– Ktoś robi herbatę – skorzystała z okazji Sylwia. – Najmłodsza. Przy okazji sprzątnij ze stołu i przynieś to ciasto z zakalcem.

Dorotka podniosła się bez słowa, zebrała talerze i wyniosła do kuchni. Nadal niewiele rozumiała. Nalała do elektrycznego czajnika wody mineralnej, prztyknęła guziczkiem i wypłukała imbryczek. Wsypała herbatę i zabierając ze sobą tacę, wróciła do jadalni.

Felicja i Melania nadal się kłóciły. Sylwia, nie wtrącając się do nich, zbierała z obrusa okruchy i wrzucała je na półmisek po rybie.

– A gdzie ciasto? – spytała.

– Najpierw sprzątnę – odparła Dorotka i ustawiła na tacy resztę niepotrzebnej zastawy. Wychodząc, ujrzała jeszcze, jak Melania zrywa się od stołu, a Felicja podnosi się za nią z gniewnym stęknięciem.

– W moim pokoju są moje rzeczy i nie będziesz mi tam grzebała...!

Dorotka ucieszyła się nawet, że awanturę może przeczekać w kuchni. Niewątpliwie kłóciły się o zaginiony list i Melania złośliwie dążyła do przeszukania pokoju Felicji, która broniła swojego terytorium pazurami i zębami. Przeważnie zabraniała tam w ogóle wchodzić. Mogły pobić się w drzwiach, mogły się nawet pozabijać, a Dorotka wcale nie chciała być tego świadkiem.

Przygotowała ciasto, talerzyki i szklanki, poczekała chwilę, czajnik, który grzał szybko, prztyknął wyłącznikiem, zaparzyła zatem herbatę i ponownie dolała wody. Wiadomo było, że tej herbaty pójdzie dużo, wszystkie piły ją namiętnie. Zastanowiła się, gdzie ciotka Felicja mogła wetknąć korespondencję. Prawdopodobnie położyła ją tam, gdzie akurat stała, może nawet nie doczytawszy do końca, gdzie też mogła stać? Co jej wpadło w oko albo do głowy, albo może nastąpiło u niej jakieś skojarzenie w trakcie lektury...? Zaraz. Chrzestna matka matki, ze Stanów, napisane tam było podobno, że przyjeżdża na zawsze, pewnie przyjdzie z wizytą, można sobie wyobrazić, że skorzysta z łazienki, a w parterowej łazience umywalka jest naderwana...

Zostawiła przygotowaną tacę i poszła do łazienki. List i koperta leżały na obramowaniu wanny. Oczywiście, ciotka Felicja też dopuściła wizytę starszej pani i, jak zwykle, od razu ruszyła drogą myśli, jaka jej przyszła do głowy. Prawdopodobnie spróbowała, czy nie dałoby się tej kompromitującej umywalki przymocować samodzielnie, domowymi siłami, może udała się później po jaki śrubokręt, albo inne narzędzie, i po drodze zapomniała, o co jej chodziło. Może trafiła na obeschnięte listki wśród kwiatków...

Nie było teraz czasu na czytanie bardzo długiego listu. Dorotka rzuciła okiem tylko na nagłówek, „Droga panno Dorotko”, do niej, oczywiście, po czym spokojnie schowała całość w nie używanym nigdy podgrzewaczu kuchenki gazowej. Kieszenie dżinsów były małe i ciasne, gruby list nie mieścił się w nich, pożałowała, że od razu nie przebrała się w szlafrok z dużymi kieszeniami. Nalała herbatę i z pełną tacą wkroczyła do pokoju.

Felicja i Melania poniechały już walki i siedziały przy stole.

– Co tak długo? – spytała niecierpliwie Sylwia. – Co tam robiłaś tyle czasu?

– Ciebie tylko po śmierć posyłać – zauważyła Melania z przekąsem.

– O, właśnie! – wypomniała triumfalnie Felicja. – Gdybyś wróciła do domu wcześniej, miałabyś list. Trzeba się było nie spóźniać.

Mimo głębokiej satysfakcji, płynącej z odnalezienia listu drogą trafnej dedukcji, Dorotka nie wytrzymała.

– Przecież nie poszłam na spacer! I w końcu ten dom to nie pociąg, nie odjeżdża!

– O! Już zaczyna! – sarknęła Melania.

– Nie awanturuj się – napomniała Sylwia. – Gdzie cukier?

– Stoi za ciocią.

– Gdzie? Nie widzę.

– Obejrzyj się przez drugie ramię, to zobaczysz – poradziła Felicja, przeglądająca mały kalendarzyk. – Kiedy ona przyjeżdża, ta cała chrzestna matka?

Cukier interesował tylko Sylwię, pozostałe siostry i siostrzenica nie słodziły herbaty, lubiły gorzką. Za to wszystkie uwielbiały zakalec, który Sylwia z wielkim talentem produkowała w każdym cieście. Wyrośnięte zsychało się, zakalcowate znikało do ostatniej okruszyny.

– Powinnaś najlepiej to wiedzieć – odpowiedziała Melania na pytanie Felicji. – Czytałaś jako ostatnia.

– Nie pamiętam. W przyszłym tygodniu czy w przyszłym miesiącu?

– Ja pamiętam – powiedziała Sylwia niewyraźnie, z pełnymi ustami. – Czternastego.

– Tego czternastego? Teraz?

– Teraz.

– Za dziewięć dni – policzyła Felicja. – Co my z nią zrobimy? Wyjechać po nią na lotnisko? Zaraz, trzynastego i czternastego przychodzi Marcinek, obiecał przybić półkę w spiżarni. W jeden dzień nie zdąży i znów nie przybije.

– W dwa dni też by nie zdążył. Marcinek ma dwie lewe ręce.

– Nie opowiadaj głupot, może i powoli, ale wszystko zrobi. Tyle że go trzeba pilnować.

– I karmić – wtrąciła Sylwia z przekąsem.

– I tak gotujesz, jak na pułk wojska – wytknęła Melania. – Przy Marcinku przynajmniej nic się nie marnuje.

– O, cholera – zakłopotała się Felicja. – Piętnastego mam dentystę. Czy ona zamieszka u nas?

– Nie wiem. Sylwia...?

– Też nie wiem. Ale zdaje się, że coś tam było o jakimś hotelu. Ona w ogóle chce kupić mieszkanie. Ale możliwe, że było i o nas. Że ją przyjmiemy. Nikogo innego ona tu już nie ma. Ale notariusz mówił, przypomnijcie sobie, coś o jakimś bogactwie. Stać ją chyba na hotel?

– A po co ma wydawać majątek na hotel, skoro może zamieszkać u nas! – zaprotestowała ostro Felicja. – Przynajmniej dopóki sobie nie kupi tego mieszkania.

– Gdzie u nas? – spytała zimno Melania. – Na strychu? Czy w twoim pokoju?

– Odczep się od mojego pokoju. W twoim. A ty przeniesiesz się do Sylwii. Dorotka może spać tu, na kanapie.

– Wolałabym w służbówce na turystycznym łóżku – podsunęła grzecznie Dorotka.

– Już się rozpędziłam oddawać jej swój pokój – rozzłościła się równocześnie Melania. – Nie do mnie przyjeżdża! A ty się tak nie trzęś o jej majątek, bo i tak nic ci z niego nie przyjdzie...

– Nie trzęsę się o jej majątek, tylko myślę racjonalnie. Dorotka w służbówce, owszem, to nawet niezły pomysł...

– Rzeczywiście, najcelniejszy na świecie! Dorotka w służbówce, proszę bardzo, ale Sylwia tu na kanapie! A ja zostanę w swoim pokoju! Tak samo jak ty!

– Sylwia tu na kanapie, oszalałaś chyba! I wszyscy będziemy chodzić spać z kurami!

– Możesz z kaczkami i z gęśmi! Ja się od siebie nie wyniosę, mowy nie ma! Ja pracuję!

Dorotkę myśl o służbówce wprawiła w zachwyt. Nareszcie miałaby kawałek przestrzeni dla samej siebie, nawet jeśli ta przestrzeń obejmowała sześć metrów kwadratowych. Dawno już napomykała delikatnie, że mogłaby się tam przenieść, ale Felicja z uporem protestowała, bo wówczas należałoby opróżnić służbówkę z bezcennych skarbów. Deski do prasowania, starej i zepsutej lodówki, jeszcze starszej i również zepsutej maszyny do szycia, stanowiącej już bez mała zabytek, z kosza na podarte chodniki i dywany, z niezmiernie obdrapanych ram po obrazach, z nadpękniętych doniczek z uschłymi kwiatkami, z przedwojennego kotła do gotowania bielizny i z paru innych drobiazgów. Dorotka gotowa była własnoręcznie wynieść to wszystko na strych, który zresztą też był zapchany rozmaitymi rupieciami, zrobić na tym strychu jaki taki porządek, upchnąć dodatkowy chłam, żeby tylko osiągnąć szczęście w postaci służbówki, Felicja jednakże twardo stawiała opór. Nie przyznając się do tego, wciąż żywiła nadzieję, że może beznadziejnie skraksowaną lodówkę da się naprawić, maszyna do szycia zyska wartość jako antyk, a ramy się odmaluje i od razu nabiorą swojej ceny. Pamiętała doskonale, że jej ojciec przed wojną płacił za nie bardzo drogo, i nie miała siły pozbyć się tych strupli definitywnie.

Podobnie zresztą prezentował się strych. Zawalały go relikty po przodkach w postaci kompletnie połamanych i pożartych przez korniki mebli, szczątków kanap i foteli, rozbitych kufrów, walizek bez wieka, porozwalanych żyrandoli, dziurawych balii, saganów i miednic, przerażająco wiekowej odzieży i pościeli, rozmaitego drewna luzem i nierozpoznawalnych resztek pełnego oprzyrządowania domu. Nie brakowało nawet drabiny malarskiej bez szczebli i połamanych fajerek z przedwojennej kuchni. Felicja sama nie wiedziała, co się tam znajduje, a ciągle węsząc w tych strasznych klamotach jakieś tajemnicze wartości, nie pozwalała ich tknąć.

Teraz jednak pojawiła się szansa. Wizyta chrzestnej matki z Ameryki napełniła Dorotkę nikłą nadzieją.

Felicja i Melania już znów skakały sobie do oczu. Melania za skarby świata nie chciała ustąpić i widać było, że raczej podpali dom niż zrezygnuje ze swojego pokoju. Na dobrą sprawę miała słuszność, zbyt dużo niezbędnych do pracy rzeczy posiadała wokół siebie, żeby się ich wyrzec bodaj na krótki czas. Łatwiej było wynieść się z pokoju Sylwii i Dorotce.

Sylwia rozstrzygnęła sprawę.

– No dobrze – powiedziała z rezygnacją, łagodnym głosem, jaskrawo kontrastującym z tonem sióstr. – Niech wam będzie. Ja zamieszkam w służbówce, a Dorotka niech śpi tutaj, na kanapie. Ona jest nocny marek i żadne kury nie wejdą w paradę.

– Kura...! – krzyknęła nagle Felicja po całych dwóch sekundach zaskoczonego milczenia. – Rany boskie, zapomniałam wsadzić kurę do zamrażalnika! Zaśmiardła się!

– Idiotka – powiedziała Melania, z miejsca ochłonąwszy po kłótni. – Gdzie ona jest?

– W kuchni. W torbie, pod kredensem. Albo pod stołkiem. Dorotka, idź, zobacz.

– Nic w kuchni nie śmierdziało, więc chyba wytrzymała – rzekła Dorotka pocieszająco, podnosząc się z krzesła.

– Co za kura? – spytała Sylwia surowo. – Nic nie wiem o żadnej kurze.

– Trojakowa przyniosła. Kura ze wsi. Zapomniałam ci powiedzieć, miała być na jutro, do uduszenia.

– A nie na rosół? Może lepiej zrobić z niej rosół?

– Myślisz...? To taka z tych dzikich, wolno łażących. Powinna mieć smak. Nie szkoda jej na rosół?

– Zależy w jakim była wieku. Jak stara, to twarda, a rosół zawsze wyjdzie. Potem z mięsa da się zrobić pierożki albo krokieciki.

– Pierożki, mówisz...? To nie jest zła myśl...

Dorotka przestała słuchać i przekroczyła drzwi. Kurę znalazła w kuchni nie pod stołkiem, tylko na suszarce do naczyń. Wyjęła ją z foliowej torby, obwąchała, opłukała pod kranem, wytarła ścierką i, owinąwszy w sreberko, wepchnęła do zamrażalnika. Ogólnie biorąc, oskubany i wypatroszony ptak był w porządku, nie śmierdział. Na wszelki wypadek, wiedziona doświadczeniem, prztyknęła czajnikiem.

– Kura jest całkiem świeża, ale może trzeba było pokroić ją przed zamrożeniem, bo potem będzie ciocia rąbać siekierą – oznajmiła, wkraczając z powrotem do jadalni. – W całości do garnka się nie zmieści. To duża kura.

– Zatem stara – zawyrokowała Melania. – Niech będzie rosół. Zrób mi jeszcze herbaty.

– Mnie też – powiedziała Sylwia.

– To i mnie – dołożyła Felicja. – A skoro już masz takie świetne pomysły, pokrój ją.

Dorotka, na szczęście, była młoda, sprawna fizycznie i wytrzymała. Chciała wprawdzie po powrocie do domu odpocząć, posiedzieć spokojnie, poczytać książkę, względnie zabrać się do nowej korekty, która też polegała głównie na czytaniu, ale do spełniania poleceń i ruchliwości wciąż jeszcze była w pełni zdolna. Pokroić kurę potrafiła doskonale, bo do nabycia tego rodzaju umiejętności już dawno zmusiła ją Sylwia, często zwalając na nią obowiązki podkuchennej. Załatwiła wszystko i wróciła do jadalni, zabierając także herbatę dla siebie.

– ...a skąd ja mam takie rzeczy pamiętać, oszalałaś? – mówiła gniewnie Felicja. – Pięć lat miałam, czy coś w tym rodzaju...

– Nieprawda, więcej – zaprzeczyła sucho Melania. – Krystyna urodziła się w trzydziestym czwartym roku, a chrzest odbył się dopiero w rok później, rok już miała, wiem na pewno, bo mamusia opowiadała to sto tysięcy razy. A ty już chodziłaś do szkoły. Chrzest był przekładany, bo najpierw umarł chrzestny ojciec...

– Przed chrztem? – wyrwało się Dorotce, którą zawsze ciekawiły stare historie rodzinne.

– Przed, mówię przecież...

– To jak mógł być chrzestnym ojcem?

– Nie był. Miał być. Umarł na jakąś głupotę, ślepa kiszka chyba, za późno rozpoznana, pękła, ropa się rozlała, a nie było wtedy penicyliny. Umarł i trzeba było szukać drugiego. Chrzestną matką od początku miała być ta Wandzia Rojkówna...

– Co ty powiesz, tak to świetnie wiesz, a nie miałaś pojęcia, o kogo chodzi, jak przyszedł list od niego... – zaczęła Felicja.

Melania nie dopuściła jej do rozwijania tematu.

– Przypomniałam sobie. Nie mam takiej sklerozy, jak moja najstarsza siostra. Poza tym Wandzia nazywała się Rojkówna za swoich panieńskich czasów, teraz nazywa się inaczej i skąd miałam wiedzieć, że to o niej Wojciechowski pisze! Potem znaleźli drugiego chrzestnego ojca, to był... zaraz, mamusia mówiła... niejaki Lucjan... coś od źródła... Krynicz! Syn bankiera Krynicza, bardzo bogaty, jakiś daleki krewny, zginął w czasie wojny, a chcieli Wandzię za niego wydać. Ten Krynicz akurat plątał się po Riwierze i trzeba było czekać, aż wróci, a on nie wracał, bo złamał nogę. Lewą, o ile wiem. Wrócił wreszcie, no i wtedy odbył się ten chrzest, ale rok zdążył upłynąć. I w ten sposób, jak Krystynę chrzcili, ty miałaś osiem lat i musiałabyś być od początku niedorozwinięta, żeby nic nie pamiętać. Jako dziecko, podobno byłaś inteligentna, dopiero później ci przeszło.

– Kretynka – powiedziała wzgardliwie Felicja. – Doskonale pamiętam gadanie o tym Kryniczu. I tę Wandzię pamiętam, ona też musiała być bogata, bo nosiła na sobie majątek, diamenty i coś tam jeszcze. Wartość tego wtedy do mnie nie docierała, ale strasznie się to na niej świeciło, więc wpadło mi w oko. Ile ona może teraz mieć lat?

– A ile miała, jak ją chrzcili? – spytała z zaciekawieniem Sylwia.

Do takich rzeczy Dorotka była przyzwyczajona. W meandrach myślowych i przejęzyczeniach ciotka Sylwia celowała, bijąc wszelkie rekordy. Jej siostry do tego również przywykły.

– Była, zdaje się, akurat w wieku mamy – ciągnęła w zadumie Felicja. – Przypominam sobie nawet jakieś gadanie na ten temat... Ze to stara panna i dlaczego właściwie za mąż nie wyszła...

– A mama ile miała?

– Nie wiem. Czekaj, policzę. Jak ja miałam siedem... Potem Krystyna... Trzydziesty piąty... Mogła mieć wtedy... no, tak jak mama, dwadzieścia sześć.

– To teraz miałaby... o rany boskie. Osiemdziesiąt osiem? Nieźle.

– Iw tym wieku chce tu wrócić na stałe? – zgorszyła się Sylwia. – Oszalała czy co? I do nas...? I może sobie wyobraża, że my ją będziemy pielęgnować?

W Dorotce na te słowa wzdrygnęło się wszystko, bo doskonale wiedziała, na kogo spadłby obowiązek owej pielęgnacji, w razie gdyby chrzestnej matce jej matki wpadł do głowy taki upiorny pomysł. Niemniej słuchała ciekawie.

– Oni się tam dobrze trzymają – zauważyła Melania w zadumie. – To może być stara gropa, pełna wigoru. W dodatku bogata. Czy ona ma jakąś rodzinę?

– Zdaje się, że rodzina zeszła jej do zera – odparła Felicja, wysilając pamięć. – Rodzeństwa nie miała, to była ukochana jedynaczka. Tatuś i mamusia na pewno nie żyją, gdyby żyli, ktoś by się zainteresował zdumiewającą długowiecznością czworonoga... Nie, to było coś o jakimś koniu...

– Dickens... – podpowiedziała cichutko Dorotka.

– Co...? Możliwe. Męża i dzieci chyba także nie ma, skoro wraca sama... Wojciechowski napisał, że wraca sama?

– Było w liczbie pojedynczej – potwierdziła stanowczo Sylwia.

– Może będzie chciała nam zapłacić za utrzymanie. Po moim trupie.

Sylwia westchnęła, Melania wzruszyła ramionami, Dorotka powstrzymała się od wszelkiej reakcji. W namiętnej chęci ukrycia skąpstwa Felicja na zewnątrz usiłowała prezentować szczodrość i wielkoduszność. Udawała, że nic nie wie o wkładzie Dorotki w utrzymanie domu, hojnie podejmowała gości, ślepia i głuchła na produkty, dodatkowo finansowane przez Melanię, symulowała racjonalną oszczędność, nie przyjmując do wiadomości strat, jakie owa rzekoma oszczędność przynosiła. Nawet Melania nie ośmieliła się zaprzeczyć jej wypowiedzi, aczkolwiek nie ulegało wątpliwości, że najwyższe nawet nakłady gościa na dom i jego potrzeby umkną uwadze właścicielki. Przy generalnym remoncie, na przykład, Felicja zajmie się czym innym i kosztów remontu nie zauważy. Jedyne, co dotowała bez oporu, aczkolwiek także bez przesady, to był Marcinek.

– A kto to w ogóle jest Wojciechowski? – spytała Dorotka. – Skąd się wziął koło niej?

– Chyba, takie coś w rodzaju plenipotenta – odparła Sylwia. – Wszystko za nią załatwia.

– Przedwojenny przyjaciel naszego ojca, ale młodszy od niego – powiedziała Felicja. – Też go sobie przypominam, taki wysoki i strasznie chudy. Nasza matka coś o nim mówiła?

– Dłużej z mamą mieszkałaś niż my – wytknęła jej Melania. – Musiałaś bardzo uważnie słuchać gadania rodzicielki. Owszem, mówiła. Bardzo chciał być ojcem chrzestnym w parze z Wandzią, ale ten Krynicz był bogatszy, więc jego wybrali. Ale Wojciechowski szlachetnie nie miał pretensji i wszystkim wyświadczał przysługi, bo był uczynny z natury. A...! Przypomniałam sobie! Ta chrzestna Wandzia pojechała do Stanów tuż przed wybuchem wojny i już nie wróciła, wszelki ślad po niej zaginął.

– I co tam robiła?

– Nic. Nie wiem. Wojciechowski, zdaje się, napisał, ale nie pamiętam. Pewnie wyszła za mąż, mama mówiła, że była bardzo ładna, więc to staropanieństwo wydaje się dziwne...

– Czy ktoś powinien wyjechać po nią na lotnisko? – spytała Sylwia.

– No a jak to sobie wyobrażasz? Pewnie, że ktoś powinien. Ostatecznie, nie było jej tu... zaraz, ile lat?

– Od początku wojny. Pięćdziesiąt osiem.

– Pół wieku. Warszawa się trochę zmieniła. Może nie trafić ani do nas, ani do hotelu.

– Naprawdę myślisz, że ruszy na piechotę z bagażami na karku? – zainteresowała się Melania. – Weźmie taksówkę i pojedzie, gdzie zechce. Z listu nie wynikało, że jest to idiotka.

– Idiotka to ty jesteś – zirytowała się Felicja. – Stare próchno, blisko stuletnie, jak ona sobie da radę? Może ma sklerozę, może nie ma siły nosić bagażu...

– Tragarze są. I wózki. Taksówkarz jej wepchnie wszystko do bagażnika...

– No może... To nie wiem...

– Ale będzie jej przykro, jeśli nikt po nią nie wyjdzie z jakimś wiechciem w ręku – odezwała się nagle Dorotka. – Wszystkich witają, nawet po byle czym, a jej wcale? Mówiłyście zawsze, że trzeba dbać o cudze przyjemności, to jak to wyjdzie, tak ją zostawić luzem...?

Przez moment wszystkie ciotki milczały.

– Toteż wyjdziesz po nią, a przedtem kupisz kwiaty – zadecydowała Felicja. – Może Marcinek wyjdzie razem z tobą. Jeszcze jest czas, to dopiero w przyszłym tygodniu...

***

Późnym wieczorem Dorotce udało się bez świadków wyjąć list z podgrzewacza. Przeczytała go uważnie, zamknąwszy się w łazience i lejąc wodę do wanny.

Tajemniczy Wojciechowski pisał wyraźnie i porządnie. Zawiadamiał ją, że jest przyjacielem i plenipotentem pani Wandy Parker, która straciła wszystkich bliskich, nie posiada w Polsce, ani w ogóle nigdzie, żadnej rodziny, co już zostało stwierdzone, dzieci nigdy nie miała, a mąż jej niedawno umarł. Tęskni za krajem, chce wrócić i umrzeć na polskiej ziemi. Przez te wszystkie lata nie przyjeżdżała, ponieważ bała się ustroju, co nikogo nie dziwi. W Stanach zostać nie chce, nie ma tu bliskich przyjaciół i, co gorsza, bardzo słabo zna język, jakoś nie udało jej się go nauczyć. Wie, że miała chrzestną córkę, jedną tylko w życiu, wie, że ta córka też umarła, ale pozostało po niej dziecko, które uważa za swoją chrzestną wnuczkę. Zażądała odnalezienia owej dziewczynki, Wojciechowski zatem zlecił odszukanie jej stosownej firmie i nareszcie doczekał się rezultatów. On sam doskonale pamięta ów chrzest, był ściśle zaprzyjaźniony z rodziną, bawił się ze śliczną dziewczyneczką i bardzo popiera pomysł pani Wandy, żeby wrócić i resztę życia spędzić w otoczeniu rodziny, bodaj przyszywanej. Załatwił wszystko co trzeba i zlecił wyszukanie dla pani Wandy mieszkania, co nie powinno napotkać trudności, bo pani Wanda dysponuje środkami materialnymi w obfitości, prawdę mówiąc jest bardzo bogata. Nie brakuje jej niczego z wyjątkiem uczuć, bo nikt jej nie kocha. Przyjeżdża czternastego o dwunastej dwadzieścia czasu środkowoeuropejskiego, chętnie zatrzymałaby się u rodziny, ale gdyby to było niemożliwe, zatrzyma się w hotelu, który już został zamówiony na wszelki wypadek. Hotel Forum. Niewątpliwie z największym pośpiechem będzie chciała zobaczyć dziecko, o którym mowa, to znaczy teraz już młodą dziewczynę, córkę jej chrzestnej córki i wnuczkę jej ukochanej przyjaciółki.

W tym miejscu Dorotka zdziwiła się nieco, bo o wielkiej przyjaźni z babcią ciotki jakoś nie napomykały. Ale może i sama babcia, straciwszy osobę z oczu, zapomniała o niej trochę w obliczu wojny i późniejszych trudności życiowych. Tamtej Wandzi było lepiej, mogła pamiętać...

List był szczery, rzewny i wzruszający. W dodatku zawierał dopisek, wykonany inną ręką i rozpoczęty słowami: „Moje najdroższe dziecko!” Chrzestna matka jej matki zwracała się do niej z wyrazami uczuć wielkich, jak do własnej córki, skarżąc się na samotność i nieśmiało prosząc o odrobinę serca. Dorotka poczuła się przejęta. Po trzech uroczych ciotkach objawów rzewnych uczuć trudno się było spodziewać, mogła sobie wyobrazić, jak powitają delikatną i wrażliwą starszą panią. Dorotce zrobiło się jej żal, bez chwili namysłu postanowiła ukryć list, zełgać, w razie potrzeby, godzinę przylotu i udać się na lotnisko bez parszywego Marcinka.

***

Marcinek Jańczak był miłym chłopcem, o rok młodszym od Dorotki. Wielkim ogniem i temperamentem nie buchał, usposobienie miał spokojne i średnio żywe, tryskał za to zdrowym rozsądkiem. Zdrowy rozsądek kazał mu oszczędzać własne siły, ile się dało, żeby mu na dłużej starczyły, i w miarę możności korzystać z cudzych, ponadto ukrywać ten racjonalny pogląd i na zewnątrz prezentować wielką uczynność i dobre chęci. Odkrywszy przed dwoma laty Felicję, ujrzał w niej źródło dóbr wszelkich.

W jego rodzinnym domu akurat w owym czasie szalało piekło w postaci generalnego remontu, w którym kazano mu brać udział. Wcale nie chciał. Uniknięcie przesadnych wysiłków wymagało zaledwie odrobiny starań, symulując skręcenie nogi, zręcznie zmył się z horyzontu, ale na dalszą metę nie miał się gdzie podziać. Matki kumpli jakoś niechętnie odnosiły się do goszczenia go na stałe, błąkał się zatem gdzie popadło, po sklepach, barkach i klubach prasy, w zimny, deszczowy wieczór pomógł starszej osobie pozbierać rozsypane książki, które wyleciały jej z rąk, dopilotował osobę do domu i w ten sposób na całe dwa tygodnie znalazł u Felicji wikt i opierunek.

Po drodze z rozbrajającą szczerością przyznał się, że nogę ma w porządku i kulawiznę tylko udaje, czyni to zaś dla ratowania życia i zdrowia. Racjonalnie na ogół myśląca Felicja uwierzyła święcie, ponieważ chciała uwierzyć, że nieludzka rodzina tyra młodym chłopcem bez ograniczeń i wymaga od niego wysiłków zgoła monstrualnych, skąpiąc zarazem pożywienia. Zła siostra wypędziła go ze swojego domu, nielitościwy ojciec zmusza do dźwigania ciężarów łamiących kręgosłup, matka od ust mu odejmuje, żeby karmić młodszego brata, kawałka miejsca nie ma dla złożenia utrudzonej głowy. Ogólnie biorąc, studiuje, stypendium nie posiada. Chętnie by popracował i zarobił na siebie, ale jakoś normalnie, jak człowiek, a nie jak juczne zwierzę, i nie przez dwadzieścia osiem godzin na dobę. Włóczęga po mieście i ciepłych lokalach, gdzie nie ma za co postawić sobie nawet wody mineralnej, stanowi dla niego, w tej sytuacji, upragniony wypoczynek.

Felicja natychmiast, ku wyraźnej dezaprobacie sióstr i zdumieniu siostrzenicy, znalazła mu u siebie ową normalną pracę, zaczynając od malowania ram okiennych, spokojnie i bez pośpiechu. Ulokowała go w kuchni, na turystycznym materacu.

W kwestii warunków sypialnianych Marcinek nie miał wielkich wymagań, zadomowił się zatem bez trudu. Kuchnia była duża, podwójny materac zajmował w niej zaledwie jedną trzecią podłogi i wstająca najwcześniej Sylwia nie musiała mu deptać po głowie. Nie deptała też wcale przez pierwszy tydzień, dopiero w drugim jęła się w niej lęgnąć chęć potknięcia się z garnkiem pełnym wrzątku akurat nad wezgłowiem Marcinka, lub też upuszczenia patelni ze skwierczącym tłuszczem w okolicy jego nóg. Albo może przyjemnie by było zepchnąć przez niezręczność cały zestaw słoików z rozmaitą zawartością, stojący akurat na górnej półce nad nim...

Marcinek, otrzymawszy z miejsca zadatek za owe ramy, z wielką gorliwością przystąpił do pracy. Dusza mu powiedziała, że Felicja ma pieniądze. Wzajemnych stosunków nie analizował ściśle, ale czuł wyraźne fory. Ramy najpierw obejrzał w skupieniu, oglądaniu poświęcił całe pół dnia, potem znalazł jeden śrubokręt, za mały, drugi, właściwego rozmiaru, wręczyła mu Felicja osobiście, potem spytał o papier ścierny, bo zostało mu wyraźnie powiedziane, że ramy przed malowaniem należy porządnie oskrobać, dowiedział się, że pudło z papierem ściernym stoi w spiżarni i na tym na razie poprzestał. W wysokim stopniu odrywały go od pracy długie przerwy na śniadanie, obiad i kolację.

Nazajutrz ponownie obejrzał ramy, wybrał sobie pierwsze okno i zaczął odkręcać śruby. Okna były już współczesne, szwedzkie. W pierwszej kolejności jedną szybę stłukł. Zmartwiony wielce, silnie nalegał, żeby mu koszt tej szyby odliczyć od zarobku, ale ujęta naleganiami Felicja wspaniałomyślnie odmówiła prośbie, miał za to załatwić natychmiastowe wstawienie nowej. Zabrał zatem odkręconą i wyjętą z zawiasów ramę, udał się do szklarza i tam resztę dnia spędził na przyglądaniu się pracy rzemieślnika. Pilnował go. Wieczorem wrócił z oszklonym oknem i nawet zawiesił je na właściwym miejscu. Po czym spożył dobrze zasłużony posiłek.

Trzeciego dnia aż do obiadu wybierał papier ścierny właściwej grubości. Nie robiło mu różnicy, czy ów papier jest nowy, czy używany i starty do imentu, wypróbowywał wszystko bez grymasów. W chwili kiedy wreszcie podjął decyzję, trzeba było zasiąść do stołu. Po obiedzie Felicja wpuściła go do swego pokoju i poprosiła, żeby zdjął z górnej półki regału leżące tam atlasy i mapy, bo musi w nich coś znaleźć. Po długim poszukiwaniu znalazła w jednym atlasie karteczkę, niezbędną jej do tajemniczych celów, a Marcinek cierpliwie asystował jej przy tym zajęciu, relacjonując zarazem swoją martyrologię w rodzinnym domu. Potem, porządnie, dokładnie i bez nieprzystojnego pośpiechu, poustawiał dzieła geograficzne z powrotem.

Zważywszy, iż Felicja miała wzrostu metr pięćdziesiąt cztery, a Marcinek metr siedemdziesiąt osiem, różnica stanowiła zdecydowane udogodnienie, któremu Felicja przyglądała się z wyraźną przyjemnością. Gdyby Marcinek był kurduplem, zapewne nabrałaby do niego podświadomej wzgardy. Przez całe życie lubiła wysokich.

Potem, kontynuując pogawędkę, w miłym nastroju obydwoje doczekali kolacji.

Czwarty dzień oderwał Marcinka od pierwszych szurnięć papierem po ramie propozycją Sylwii, żeby skoczył po kartofle. Zabrakło jej, a zaplanowała sobie na obiad kopytka. Nic nie nadaje się równie dobrze do duszonego schabu i jeśli nie będzie miała kartofli, nie zrobi obiadu wcale. Przestraszony taką perspektywą Marcinek, porzucił prace malarskie i udał się do sklepu, nawet nie pytając o zdanie Felicji. Wrócił dość szybko, świadom, iż produkcja kopytek wymaga stosownego czasu, po czym dopomógł nawet w obieraniu. Obrał trzy kartofle, a Sylwia dziewięć, ale za to potem wyniósł śmieci i znalazł torbę na następne. Szukał jej i dopasowywał tak starannie, że obiad zastał go przy tym zajęciu.

Po obiedzie, pod wpływem kąśliwej uwagi Melanii, wrócił do skrobania okna. Pieczołowicie i precyzyjnie oczyścił jeden narożnik ramy, zdrapując z niego starą farbę do żywego drewna, doczekał się pochwały Felicji i, syt wysiłków, obejrzał razem z nią mecz w telewizji. Felicja na piłce nożnej nie znała się wcale, Marcinek opanował jej tajniki świetnie, tłumaczył zatem wszystkie zagrania z takim zapałem, że zyskał opinię młodzieńca wysoko obdarzonego inteligencją i wiedzą.

Piątego dnia znów zabrał się za okno. Powolutku i z wielką uwagą przejeżdżał papierem ściernym po licznych warstwach starej farby, nie czyniąc jej wielkiej krzywdy. Gdzie zlazła sama, tam prześwitywało drewno, gdzie trzymała się lepiej, tam pozostała, Marcinek się z nią nie sprzeczał. Felicja nie kontrolowała zbyt pilnie jego roboty, przypomniała tylko, że przed malowaniem należy zabezpieczyć szkło taśmą klejącą, żeby się po nim farba nie rozmazała.

Sylwia, której wydawało się, że robi kopytka na dwa dni, jakoś się zastanowiła. Schab jeszcze został, bo podała na stół tylko połowę, ale dodatku do niego zabrakło. W gruncie rzeczy lubiła gotować, ale pracowitość nie spędzała jej snu z oczu, nie chciało jej się obierać kartofli i gotować nowych klusek, zdecydowała się na ryż. Do ryżu z wieprzowym sosem przydałyby się pieczarki, Dorotki nie było, znajdowała się na wykładach czy gdzieś tam, pogoniła zatem znów do sklepu Marcinka.

Marcinek orientował się znakomicie, że pieczarki to jest kwestia kwadransa. Wrócił z zakupem po półtorej godzinie, a na ten krótki czas, pozostały do obiadu, nie opłacało mu się na nowo przystępować do roboty. Z przyjemnością odpoczął nad lekturą czasopism, dla rozrywki przeglądając zapalniczki Felicji, nieczynne, bo wyszedł z nich gaz. Jedną dostał w prezencie, czas jakiś obydwoje poświęcili próbom napełnienia ich ponownie z zasobniczka z gazem, nie wyszło im najlepiej, obiecał zatem przy najbliższej okazji załatwić sprawę u takiego jednego, który napełnia doskonale. Felicja bardzo się ucieszyła, bo nieczynnych zapalniczek posiadała już osiemnaście, wnikliwie wypytała o cenę tej operacji i zaaprobowała pomysł, sześć razy spróbowawszy przedtem uczynić to sama, bez żadnych kosztów i bez rezultatu.

Przy obiedzie Sylwia z wielkim zainteresowaniem obserwowała znikanie potraw. Przywykła już, od lat, do urągania sióstr, że gotuje za dużo, marnotrawiąc produkty, i do bezskutecznego nakłaniania Dorotki, żeby pożarła całą pozostałą resztę, niczym zachłanny wołoduch. Pełna najlepszych chęci i posłuszna Dorotka nie dawała rady, co było wyraźnie widoczne, ostatnio zaś jęła protestować wprost, twierdząc, że nie ma sposobu poszerzać odzieży. Zdaniem Sylwii nie tyła wcale i mogłaby się bardziej postarać, jednak nie chciała. Teraz nagle okazywało się, że niczego nie ma za dużo, żadne resztki nie schodzą ze stołu do kuchni, brakuje jadła do wyrzucenia i gdyby tak, na przykład, hodowała świnie, umarłyby z głodu.

W podziwie przyjrzała się Marcinkowi, który wykańczał ryż z wieprzowo-pieczarkowym sosem z zapałem godnym wręcz nagrody. Przez moment była mu wdzięczna, potem poczuła jakiś wstyd, jakby kompromitację, wydało jej się, że poskąpiła posiłku. Rozum usunął się na ubocze, a dusza przystąpiła do czynienia wyrzutów, jak to, wszystko zjedzone, a powinno przecież zostać, jako dowód, że pani domu nie skąpi. Poza tym naprawdę wydawało się jej, że gotuje dosyć i dla wszystkich tego wystarczy, a tu co, nagle koniec, a może zjedliby więcej...? Ambicja jej doznała gwałtownego szwanku.

Zahaczyła nagle wzrokiem o Melanię, która też przyglądała się Marcinkowi z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Poczuła się jeszcze gorzej. Gorączkowo jęła zastanawiać się, co zrobi na obiad jutro, a może nawet jeszcze dzisiaj na kolację. Została resztka pieczarek, grzanki z serem i z tymi pieczarkami...?

Przybyła przed wieczorem Dorotka natychmiast otrzymała polecenie dokonania zakupów bez mała jak na wielkie przyjęcie. Zdziwiona nieco, przydygowała ze sklepów mięso, drób, ryby, sery, rozmaite jarzyny i owoce i prawie przed drzwiami domu poczuła bunt i rozgoryczenie, bo razem stanowiło to ciężar dla wyjątkowo sprawnego tragarza. Przejęta i zacięta Sylwia odebrała od niej pakunki.

Szóstego dnia Marcinek doznał ogromnej przyjemności, bo oklejanie taśmą miejsca zetknięcia się ramy i szyby było zajęciem niezbyt ciężkim, a za to wymagającym precyzji. Udało mu się poświęcić temu czas aż do obiadu. Obiad zajął wyjątkowo dużą ilość czasu, Sylwia bowiem poddała się ambicji. Żeby ten obiad miało jeść sto osób, coś z niego musi zostać, inaczej spać nie będzie mogła! Przystawka w postaci śledzika poruszyła Felicję, zażądała do niej alkoholu.

– Rybka musi pływać – oznajmiła i własną ręką wydobyła z głębin lodówki napoczęte pół litra.

Wszystkie siostry używały alkoholu nader umiarkowanie, Marcinek też nie był pijakiem. Dwa kieliszki wystarczyły, potem jednak rozochocona Felicja pomyślała o winie. Kazała mu otworzyć butelkę, czerwone wino pod zraziki wołowe z makaronem, sałatą i pomidorami okazało się doskonałe, równie dobrze pasowało do delikatnej potrawki z kaczki i ryżu. Deser w postaci kruchych ciasteczek z kremem i konfiturami doczekał się oprawy w postaci nalewki wiśniowej z goryczką i, wyjątkowo, kawy, a nie herbaty. Nikt nie był pijany, ale humory zrobiły się szampańskie, rzecz jasna z pominięciem Sylwii, która w pełnym niedowierzaniu stwierdzała idealny brak resztek każdej potrawy po kolei. Nic nie zostało ze zrazików, nic z kaczki, kruche ciasteczka znikały jak sen jaki złoty. Wszystko zeżerał Marcinek.

Przez długie chwile Sylwia rozpatrywała możliwość ugotowania obiadu w starym kotle od bielizny. Potem mściwie postanowiła zrobić jutro zupę cebulową, która zdołałaby wykończyć oddział wygłodniałych komandosów i, pocieszona postanowieniem, poniechała troski.

Reszta dnia przebiegła rozrywkowo, na pogawędce i wspominkach, przy czym z miłej gawędy wyłączyła się tylko Dorotka, która po to wróciła wcześniej do domu, żeby się zająć korektą tłumaczenia węgierskiego utworu o tematyce szpiegowskiej. Cały obiad wpłynął na nią tak, że co najmniej połowę przeczytanego tekstu zmieniła na znacznie błyskotliwszą.

Siódmego dnia Marcinek koło południa uroczyście rozpoczął malowanie. Godziny poranne spędził na muskaniu ramy papierem ściernym i toaletowym oraz na mieszaniu farby z rozpuszczalnikiem. Przez kwadrans wybierał pędzel. Wreszcie nie było siły, przejechał nim po ramie.

Nie był kretynem i zdawał sobie sprawę, że rozpoczęte malowanie jednego elementu należy ukończyć jednym ciągiem. W skupieniu, z wielkim przejęciem, troskliwie, mazał pędzlem raz koło razu, pokrywając ramę grubą, jednolitą warstwą. Felicja postała przy nim przez chwilę, pochwaliła pieczołowitość, zaproponowała wprawdzie, żeby te ruchy malarskie wykonywał odrobinę szybciej, ale nie upierała się przy swoim zdaniu. Oderwał ją od Marcinka telefon.

Do obiadu Marcinek zdołał pomalować całe trzy czwarte ramy po jednej stronie. Mył się przez pół godziny, aczkolwiek nie był bardzo brudny. Skończył ablucje akurat w chwili, kiedy na stół wjechała zupa cebulowa w największym garnku, jaki istniał w domu, poniżej kotła od bielizny.

Zupa cebulowa w wykonaniu Sylwii była prawdziwą zupą cebulową w najprostszym wydaniu. Składała się z cebuli, rosołku, potwornej ilości utartego we wiórki sera i równej mu ilości grzanek. Normalnych talerzowych porcji zawierała w sobie szesnaście.

Trzy siostry zjadły po dwie. Dorotki nie było. Marcinek pożarł całą resztę, to znaczy dziesięć talerzy.

W tym momencie Sylwia znienawidziła młodzieńca. Przestała dostrzegać jego miłą, dobroduszną twarz, umknęła jej jego uczynność i gorliwa chęć pomagania, usunęła z pola swej wiedzy grzeczność i dobre wychowanie, ujrzała złośliwego szatana, zdolnego do najgorszych czynów. Przestała panować nad sobą, celem jej życia stało się przyrządzenie czegoś, czego Marcinek nie zdołałby zjeść. Zamajaczył jej wół, w całości pieczony na rożnie, mało, że wół, słoń, mamut. Nie wiedziała, jaki smak ma słoń i czy nadaje się do jedzenia, tym bardziej pojęcia nie miała o mamucie. Co gorsza, zabrakło jej pieniędzy, wydzielanych przez Felicję na utrzymanie, wydała wszystko, co miało wystarczyć na najbliższy tydzień. Zasupłana w dzikim stresie, spojrzała na Melanię, która miała na twarzy osobliwy wyraz, zarazem rozbawienia i zgrozy, nagle nabrała nadziei, że młodsza siostra ją zrozumie. Felicja nie dostrzegała niczego.

Drugie danie, po zupce, składało się z kalafiora, brokułów, kukurydzy, zielonego groszku i delikatnych smażonych filecików z polędwicy wieprzowej. Sylwia nie miała już złudzeń. Myśl o wątróbce drobiowej odrzuciła precz, musiałaby zapewne wykupić wątróbkę z całej fermy kurzej, produkującej na eksport, z gęsiej nawet. Co, na litość boską, może przyrządzić takiego, żeby się tym zapchał smok wawelski...?!

– Dam ci, owszem, z samej ciekawości – rzekła nagabnięta tego samego wieczoru Melania. – Ile on zdoła zeżreć? Nie wygląda na to wcale... Własnych już nie masz?

– Wczoraj resztę wydałam...

– Rachunki zrobiłaś?

– No pewnie!

– Trzeba by je pokazać Felicji... Ale zanim co, proszę bardzo, intryguje mnie to, wal! Ciekawa, swoją drogą, rzecz, że jej nic do głowy nie przychodzi... Miły chłopiec...

Ósmego dnia Sylwia zrobiła dwieście pierogów z mięsem, a Marcinek skończył malować ramę po jednej stronie. Drugiej strony nie zaczął, bo zapomniał wcześniej o skrobaniu starej farby, a teraz nie mógł tego robić, póki nowa nie wyschła. Felicja znalazła mu inne zajęcie na całe popołudnie, mianowicie poleciła ułożyć na jeden porządny stos wszystkie ucięte i połamane gałęzie w ogródku. Ogródek miał wprawdzie tylko trzysta metrów kwadratowych, ale był gęsto zadrzewiony i gałęzi poniewierało się dość dużo.

Zaczął, oczywiście, po obiedzie. W czasie posiłku obie siostry, Sylwia i Melania, zachłannie patrzyły mu w zęby, licząc spożywane pierogi. Zjadł ich sześćdziesiąt osiem i Sylwia odetchnęła z nikłą ulgą, bo wreszcie jakaś potrawa jej została.

– Mały pies – powiedziała w zadumie Melania, kiedy młodzieniec znikł w ogródku.

– Co? – zdziwiła się Sylwia.

– Nic. Podobno małe psy mają rozciągliwe brzuchy. Tak słyszałam czy gdzieś czytałam.

– Jakie psy? – spytała Felicja z roztargnieniem.

– Małe.

– Nie rozumiem, o czym mówisz.

– Nie szkodzi. Może powinnaś pójść do okulisty?

– Po co?

– Chyba wzrok ci się psuje. Źle widzisz nawet na bliską odległość.

– Ciągle nie rozumiem, o czym mówisz. Doskonale widzę na wszystkie odległości i do żadnego okulisty nie idę, nie zawracaj mi głowy.

– Nie, to nie...

Marcinek do wieczora znalazł i zebrał na kupę czternaście dużych gałęzi i trzydzieści siedem mniejszych, prawie patyczków. Poukładał je porządnie przy ogrodzeniu, pomiędzy dwoma drzewami, wykazując się przy tym niezwykłą inteligencją, obrócił je bowiem wszystkie rozgałęzieniami do przodu, a grubszą częścią do tyłu. Do wyciągania ich w celu, na przykład, spalenia, potrzebny byłby koń. Felicja nie zgłosiła zastrzeżeń, nie zauważyła tego nawet, rzuciwszy okiem na: stos tylko z daleka.

Nazajutrz, w dniu dziewiątym, Marcinek wrócił do pracy zasadniczej i od śniadania do kolacji, z przerwą na obiad, szurał nieśpiesznie szmerglem po drugiej stronie ramy okiennej, Sylwia zaś ugotowała półtora kilograma ryżu i sporządziła do niego gulasz z sosem, w którym łyżka stawała. Mściwie obmyślała już następne posiłki, równie obfite; a za to znacznie mniej pracochłonne niż pierogi. Gotowała już za osobiste pieniądze Melanii, bo dotacji od Felicji nie ośmieliła się jeszcze zażądać.

Dziesiątego dnia Marcinek przystąpił do malowania, a Melania się zbuntowała.

– Głupia jesteś beznadziejnie – zganiła siostrę. – Po diabła tyle tego wszystkiego robisz? Nie płacę dalej za tego wołoducha, niech go Felicja sama karmi.

– To co mam robić? – zdenerwowała się Sylwia. – Jak on tyle żre...

– Jak mniej zrobisz, to mniej zeżre. Gdzie to się w ogóle w nim podziewa...? Z głodu nie umrze, nie ma obawy.

Sylwia przyznała siostrze słuszność i poniechała walki z przewodem pokarmowym młodzieńca. Wieczorem, zebrawszy się na odwagę, przedstawiła rachunki Felicji i zażądała pieniędzy na utrzymanie. Felicja skrzywiła się z całej duszy.

– Do końca miesiąca jeszcze całe cztery dni. Dlaczego ci już zabrakło? Zgubiłaś czy co?

– Nie zauważyłaś, że mamy jedną gębę więcej? I jak ta gęba żre?

– Jak żre? Nijak nie żre! Młody chłopak musi jeść, bo rośnie.

– Zwariowałaś, jakie rośnie? Już dawno urósł! Zresztą, niech sobie rośnie nawet do końca życia, ale na to jego rośnięcie wszystkie pieniądze poszły! Własne wydałam i jeszcze Melanii...

– To po co tyle gotujesz? Jak zwykle za dużo, marnuje się tylko. Masz tu pięćdziesiąt złotych i niech ci to już wystarczy do pierwszego!

– Bardzo dobrze! – rozzłościła się Sylwia. – Będą same kartofle i makaron! Mięso wybij sobie z głowy!

– A czy ja się tak czepiam mięsa? Mnie wystarczą jajka. A do chleba możesz zrobić twarożek ze szczypiorkiem. Szczypiorek nic nie kosztuje, rośnie w ogródku.

Sylwia wzruszyła ramionami i chcąc zapewnić sobie jeden dzień spokoju, zrobiła nazajutrz olbrzymią ilość mielonych kotletów, składających się bardziej z bułki niż z mięsa. Przytomnie podała na stół tylko połowę, resztę ukrywszy w głębiach lodówki. Był to już dzień jedenasty i Marcinek pomalował ramę okienną do końca.

W dniu dwunastym najpierw spełnił życzenie Felicji i wbił w suszarni dwa gwoździe w celu rozciągnięcia dodatkowego sznurka, co zajęło mu czas aż do obiadu, po obiedzie zaś jął odklejać od szyby ochronną taśmę. Zakończył tę skomplikowaną operację wieczorem. Na mycie okna było już za późno, umył je zatem dnia trzynastego.

Zważywszy, iż nadszedł pierwszy, będący zwyczajowo dniem rozmaitych wypłat, Felicja rozliczyła się z najętym pracownikiem. Płacąc mu w systemie dniówkowym, uświadomiła sobie nagle, ile ją kosztuje pomalowanie jednej ramy okiennej, szybko przemnożyła sumę przez ilość okien w domu i uznała, że wychodzi to raczej drogo. Wcale nie chciała pozbywać się Marcinka, polubiła jego towarzystwo, wolała jednakże posiadać własnego pazia nieco tańszym kosztem.

– Za następne okna zapłacę ci od sztuki – oznajmiła. – Mnie nie zależy, możesz je malować nawet przez rok, ale tyle zarobisz, ile zrobisz. Weź to pod uwagę.

– Czyste nieszczęście – zmartwił się Marcinek. – Ciągle wszyscy chcą płacić na akord, jakaś taka mania panuje. Ja bym wolał dniówkę, ale to już jak pani uważa. Okropnie mi potrzeba pieniędzy, a pojutrze zaczynają się wykłady, więc to trochę potrwa. I będę chyba musiał wrócić do domu, tam mam wszystkie rzeczy. A może tu przynieść?

– Co tu przynieść?

– Moje rzeczy.

– Jakie rzeczy?

– No, ubrania, książki...

– Czy ty masz źle w głowie? I gdzie to chcesz upchnąć? Przecież w tym domu nic się już nie zmieści!

Była to prawda. Od początku swego istnienia dom był meblowany i zapełniany mieniem pokoleń, niczego z niego za to nigdy nie wyrzucano. Jeden raz przytrafiło się, że jeszcze w czasach swojej wczesnej młodości Sylwia wyrzuciła na śmietnik ogromny, stary, dziurawy czajnik i w trzy dni później okazało się, że ów czajnik byłby idealnym naczyniem na płynny nawóz, produkowany przez Felicję w nagłym napadzie zapału do ogrodnictwa. Niestety, śmieci zostały już wywiezione i czajnik przepadł, co zdegustowało Felicję do tego stopnia, że na całe pięć lat straciła wszelkie ogrodnicze zainteresowania. Omal nie wyrzucono dziecinnego łóżeczka, w którym zaledwie po dwóch tygodniach zaczęła sypiać Dorotka. Niegdyś babcia, a potem także jej córki, wiedzione doświadczeniem, na wszelki wypadek nie wyrzucały już odtąd niczego.

Marcinek rozejrzał się, jakby znalazł się w tym lokalu po raz pierwszy.

– No rzeczywiście – powiedział smutnie. – Fakt. Szkoda. Znaczy, jutro pójdę do domu. Po obiedzie. Ale sobotę i niedzielę będę miał wolną, to przyjdę, co?

– Bardzo dobrze, możesz przyjść. Zaczniesz następne okno...

W ten sposób Marcinek zagnieździł się w domu trzech sióstr i jednej siostrzenicy poniekąd na stałe. W dni weekendowe nadal sypiał w kuchni na materacu turystycznym i trwało to aż do chwili, kiedy w jego domu rodzinnym skończył się remont. Wówczas poniechał sypiania i już tylko bywał z rozmaitą częstotliwością, wykonując prace zlecone.

Zajęć dla niego nie brakło, dostarczyło ich już to jedno okno, pomalowane jako pierwsze, okazało się bowiem, że skrobanie starej farby nie najlepiej mu wyszło. W miejscach zlekceważonych i zbyt łagodnie potraktowanych nowa farba wstała, zrobiła purchle i odlazła całymi płatami. Felicja zażądała usunięcia braków i była pod tym względem bezlitosna. Poszła tylko na jedno ustępstwo, mianowicie razem z poprawianiem za darmo pierwszego okna Marcinek za pieniądze rozpoczął drugie, przykładając się już do skrobania nieco gorliwiej. Po dwóch latach rzeczywiście pomalował wszystkie, a Felicja zafundowała mu dwudniową wycieczkę do Kopenhagi.

W gruncie rzeczy żywiła do niego słabość, do której się uporczywie nie przyznawała. Nie wiadomo, co to było, niewyżyte uczucia macierzyńskie czy ostatnia miłość starszej damy, dość, że słabość istniała i kazała jej odnosić się do chłopca pobłażliwiej niż na to zasługiwał. Marcinek był nie w ciemię bity, radośnie umościł się na jej łonie, pewny, że w razie czego zawsze może liczyć na pomoc i opiekę.

Odmiennego rodzaju słabość żywiła do niego także Melania, którą zarazem irytował, bawił i śmieszył. Od czasu do czasu, wedle własnej fantazji, wspomagała go finansowo, niekiedy zaś obarczała prywatnymi zleceniami, pilnując tylko rozsądnie, żeby nie wymagały pośpiechu. Do pośpiechu Marcinek nie był zdolny.

Sylwia z czasem odrobinę złagodniała, ale niewiele, bo krótkotrwała nienawiść pozostawiła w niej ślad i na sam widok Marcinka czuła, jak pieniądze wybiegają jej z portmonetki. Niemal słyszała oddalający się tupot małych nóżek. Cokolwiek przygotowała na następny dzień, jakikolwiek racjonalny zapas pożywienia zdołała sobie zrobić, wszystko zostawało pożarte i od niej pobłażliwości Marcinek nie mógł się spodziewać. Już prędzej pomiatania. Na pomiatanie z właściwą sobie łagodnością również się godził, zorientowawszy się rychło, że im więcej Sylwia pomiata, tym lepiej Felicja płaci. Miał ciepłe gniazdko i jedyną jego troską był stan finansów tych wszystkich bab, którym wszak mogło w końcu zabraknąć na jego potrzeby. Szczerze im życzył wielkiego bogactwa.

Dorotka Marcinka nie cierpiała, nawet nie bardzo się z tym kryjąc. Stanowili to samo pokolenie, od początku uznała, iż jest to rozlazły kretyn, żerty nieziemsko i doskonale samolubny. Ona jedna nie uwierzyła w podłość matki, wydzierającej mu z ust pożywienie dla młodszego brata i nieludzkość zamężnej siostry, wyganiającej go ze swojej siedziby, z miejsca odgadła, iż pozostawiony własnym chęciom Marcinek pożarłby cały dom, a nawet dwa domy, bez chwili wahania. Jasne było dla niej, że jedyne płatne zajęcie mógł znaleźć tylko tu, u nich, gdzie ciotka Felicja najwyraźniej w świecie zgłupiała na jego punkcie i uważała go za nader solidnego robotnika. Tempa, w jakim odwalał zajęcia zlecone, nie wytrzymałby żaden inny, normalny pracodawca, wyłącznie tutaj mógł sobie coś zarobić. Nie zamierzając finansować go osobiście, jak ognia unikała zwracania się do niego z jakąkolwiek prośbą, Marcinek bowiem, raz pogodziwszy się z akordem, prowadził skrupulatną księgowość i wszystkie zlecenia starannie zapisywał, niezachwianie oczekując za nie zapłaty.

Na szczęście Dorotka przebywała w domu mniej niż ciotki, dzięki czemu udawało jej się Marcinka jakoś znieść. Ponadto zewnętrznie wcale nie był obrzydliwy, wręcz przeciwnie, prezentował sobą typ ładnego, miłego, dobrodusznego chłopca i nie raził oczu. Można było z nim także rozmawiać jak z jednostką w pełni sprawną umysłowo i nie miała tylko pewności, czy ujawniająca się niekiedy jego rozbrajająca naiwność jest prawdziwa, czy też udawana. Denerwowała ją, ale snu jej z oczu nie spędzała.

W każdym razie teraz, przy tym lotnisku, wychodzeniu i chrzestnej matce, dla niej właściwie chyba chrzestnej babci, wolała Marcinka nie mieć na karku...

***

Spędziwszy na dyplomatycznych poszukiwaniach dwa dni, Dorotka odnalazła adres owego notariusza, którego nazwisko, na szczęście, Wojciechowski w liście wymienił. Udała się do niego, przeczekała wszystkich i pozostała jako ostatnia klientka.

– Czy pan może ze mną porozmawiać przez chwilę, nie informując o tej rozmowie mojej rodziny? – spytała na wstępie, wprost i wyraźnie.

– Proszę pani, notariusz jest jak ksiądz – odparł godny pan w wieku zbliżonym do średniego. – Tajemnice klientów są święte.

– Bardzo dobrze. Może pan dostrzega, że ja jestem pełnoletnia, mam dwadzieścia dwa lata, a jakby co, proszę, tu jest mój dowód. Moje ciotki nie zdążyły tego jeszcze zauważyć, dla nich nie wyrosłam z dzieciństwa. Przypadkiem i bardzo pobieżnie dowiedziałam się, że szukał pan mojej matki na polecenie jej chrzestnej matki i znalazł pan mnie, a owa chrzestna matka podobno przyjeżdża. Na tym się kończy moja wiedza. Wydaje mi się, że jakoś w tym wszystkim chodzi o mnie, czy mogłabym się dowiedzieć więcej?

– Panie, de domo Wójcickie, nie poinformowały pani...?