Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica - Joanna Chmielewska

Książka napisana lekko i z humorem, który tak bardzo cechuje Chmielewską, można ją czytać w ramach relaksu. Tym razem bohaterka tropi szajkę bogacącą się za pomocą "jednorękich bandytów". Jak zwykle główni bohaterowie przeżywają niesamowite historie, muszą rozwiązywać zawikłane tajemnice i popadają w rozliczne tarapaty.

Opinie o ebooku Tajemnica - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Tajemnica - Joanna Chmielewska

JOANNA CHMIELEWSKA
TAJEMNICA
© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011
ISBN 978-83-62136-18-6
Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53 e-mail: m.g.klin@op.plwww.wydawnictwoklin.pl
Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Obejrzałam się w lustrze porządnie, dokładnie i z lekkim obrzydzeniem.

Ohyda. Oczka jakieś takie niewydarzone, nos idiotyczny zgoła, czółko kretynki myślącej, w dodatku jakby łysawe, z usteczkami też nie najlepiej, uszy... No nie, uszy normalne, nawet specjalnie nie odstające, ale tego i tak nie widać. Za to włoski, pożal się Boże, niczym sianko na jałowej glebie...

Oceniłam się obiektywnie i bezlitośnie, po czym znalazłam się na drodze wniosków. Połowa mojego umysłu zajęta była kontemplacją oglądanej w lustrze urody, druga połowa zastanawiała się, jakim cudem coś takiego mogłoby wzbudzić zachwyt w mężczyźnie. Chyba w nienormalnym albo ślepawym. Jaki by ze mnie nie tryskał intelekt, osobowość oraz inne ukryte zalety, nie może się facet zakochać nie tylko na śmierć, ale nawet na lekką grypę...

Oczywiste jest bowiem, iż bezpośrednią przyczyną tej miażdżącej samokrytyki było nie co innego, tylko facet, a trzeba przyznać, że tym razem przyplątał mi się wyjątkowy. Nie dość, że piękny, to jeszcze tajemniczy. Przez całe lata bezskutecznie próbowałam go rozwikłać, przez całe lata coś mi nie grało, a teraz właśnie całe moje doświadczenie życiowe wielkim głosem zawiadomiło, że upragniony związek wkracza w fazę krytyczną. Powinnam się może nad tym zastanowić, urodą bóstwu nie sprostam, coś innego...

Od łazienkowego lustra oderwał mnie telefon. Dzwoniła Zosia.

– Hej, nie wpadłabyś? – spytała zachęcająco. – Może będziesz w tej okolicy? Chciałabym pogadać.

– Coś się stało?

– Nic specjalnego. Nie na telefon. Albo ja przyjadę...?

– Właśnie wybieram się na miasto i będę blisko ciebie. Mogę przyjść za dwie godziny. Wytrzymasz tyle?

– Bardzo dobrze. Czekam. Cześć.

Wróciłam do zwierciadła. Skoro mam wyjść z domu, coś z tą mazepą należy uczynić. Pogapiłam się masochistycznie jeszcze przez chwilę, po czym nagle pocieszyła mnie nadzieja, że, daj Boże, ktoś kiedyś na mój widok splunie ze wstrętem. Natychmiast poleciałabym w coś grać, takie splunięcie świetnie działa, sukces gwarantowany. Nie dziś, dziś na żadną grę nie mam szans, zmarnowałoby się.

Sięgnęłam po kosmetyki, wracając do posępnych rozmyślań. Zależało mi na nim. Ciągle jeszcze zależało mi na nim i z całej siły chciałam wzbudzić w nim zachwyt bez granic. Czym? Nie tą gębą przecież, na operację plastyczną nie pójdę, wiedzą może jakąś niezwykłą eksplodować, odkryciem, osiągnięciem...

Jedna szara komórka pod ciemieniem ożywiła się i pisnęła niemiłosierną informacją. Żadna wiedza, żaden umysł, żadne osiągnięcie. Wszystko było dobrze, dopóki wielbiłam go bezkrytycznie, zaczęło się psuć, kiedy trochę straciłam cierpliwość. Za dużo zaczęłam dostrzegać, wyrwało mi się parę niestosowności, miłość powinna być ślepa, chyba niepotrzebnie przejrzałam na te głupie oczka...

Użyłam głupich oczek, żeby ponownie z uwagą obejrzeć się w lustrze. W trakcie rozmyślań zrobiłam twarz. No nie, nie przesadzajmy, nie wyszło najgorzej, coś się zmieniło na plus, byłam jakby mniej łysa i nos przestał eksponować swoją wielką urodę. Sianko na głowie dało się uczesać, ale tu nie miałam złudzeń, byle wiatr wystarczy, co tam wiatr, byle powiew!

Klatka schodowa z niewiadomych przyczyn wywarła na mnie zdecydowany wpływ. Zbuntowałam się nagle. Pomiędzy trzecim piętrem a połową pierwszego zdążyłam przyjrzeć się drugiej stronie medalu, co było o tyle ewenementem, że dotychczas z uporem uprawiałam strusią politykę, skierowaną przeciwko sobie. Nie bądźmy w końcu tacy jednostronni, nie wszystko ja, nie wszystko przeze mnie, nie wszystko z mojej winy!

Charakter to moje bóstwo miało rzadkiej jakości, egoista, egocentryk i megaloman, perfidny w dodatku i hipokryta. Przed samym sobą symulował szlachetne motywy, cel zaś uświęcał mu wszelkie środki. Pobłażliwości i miłosierdzia więcej by człowiek znalazł w nagrobku cmentarnym, a poczucia humoru u hipopotama. Do tego jeszcze Wenclów pies. Jak już zaczął coś robić, ciągnął do uśmiechniętej śmierci, ganc pomada, szybę przecierać w samochodzie, rączkę u walizeczki reperować, przepierkę wykonywać, miłość uprawiać, czy pomidory w ogródku. We wszystkim koniecznie musiał we własnych oczach osiągać doskonałość, bo, chroń Bóg, ktoś gdzieś mógłby coś zrobić lepiej. Kompleksy zapewne jakieś, z tajemniczego dzieciństwa pochodzące.

I ten zbiór zalet opakowany został bezbłędnie. Postać wyniosła, pierś bohaterska, piękna twarz o nieskazitelnie regularnych rysach, melancholia w szafirowych oczach pod rzęsami gwiazdy filmowej, Greta Garbo niech się schowa z rumieńcem wstydu na obliczu. Blond czupryna, naturalny lok nad czołem... Naturalny on był, jak ja arcybiskup, ale formowany w odosobnieniu i nikt tego nie widział.

To wszystko razem, oczywiście, musiało się przytrafić mnie. Blondyn, cóż by innego, życiowa klątwa... Kiełkowała ta wielka miłość między nami, kiełkowała i wykiełkować nie mogła. Na przeszkodzie jej stały moje wady, w pierwszej kolejności ta wybrakowana uroda, następnie zaś niedostatki umysłu i wykształcenia. Musiało być w tym ziarno prawdy. Cóż innego mogło mnie natchnąć wiarą w te potępiające twierdzenia, jak nie wrodzona głupota. Trwałam w skrusze i usiłowałam wydobyć się z debilizmu aż do chwili, kiedy otrzeźwiło mnie wreszcie racjonalne spostrzeżenie, iż taki rozmiar niedorozwoju umysłowego wykluczyłby możliwość ukończenia szkoły podstawowej. Mało, wątpliwe jest, czy zdołałabym nauczyć się czytać i pisać. Nauczyłam się jednak i nie tylko, opanowałam cztery działania arytmetyczne, znam na pamięć tabliczkę mnożenia, wiem z całą pewnością, że Ilia Erenburg to NIE BYŁA ostatnia kochanka Hitlera i bez wahania odróżniam ferment od firmamentu. Zatem debilizm tej klasy odpada, musi w tym tkwić coś innego.

W połowie tego pierwszego piętra dziabnął mnie żal. Tak straszliwie chciałam trafić na prawdziwe bóstwo, a żeby jeszcze to bóstwo ziało ku mnie miłością nadziemską...! Rezygnacja z gwałtownych pragnień nie mieści mi się w charakterze, razem z żalem wystartowała nadzieja, a może jednak, może stanie się coś takiego, że on ujrzy we mnie ten cud, zapłonie uczuciem, do nóg mi padnie, żebrząc przebaczenia za tyloletnią ślepotę, tylko jeszcze wnętrze musiałby sobie zmienić, ale właściwie dlaczego nie, w eksplozji szału wszystko jest możliwe...

Na ostatnim stopniu wiedziałam doskonale, że nic z tego nie będzie. Ani on sobie nie zmieni, ani nie zapłonie, ani nie zacznie ziać. Mogę być piękna albo ohydna, mądra albo głupia, bez znaczenia, żadne moje walory nic tu nie pomogą, powinnam twardo załatwić sprawę i głupie złudzenie podłożyć pod pociąg pośpieszny.

Tej wiedzy nie przyjęłam do wiadomości. Zostawiłam ją prawdopodobnie na ostatnim stopniu klatki schodowej i dzięki temu wdarłam się w wydarzenia tajemnicze, zaskakujące i zupełnie okropne...

***

– Nic się właściwie takiego nie stało – powiedziała Zosia. – Może ja niepotrzebnie robię alarm, nawet chyba nie powinnam być zdenerwowana...

Rzeczywiście, można powiedzieć, że bił od niej kamienny spokój. Stawiała na stole jakieś szklanki i kubki, potem je chowała z powrotem do szafki, rozglądała się po swojej przeraźliwie uporządkowanej kuchni z roztargnieniem, czegoś jej wyraźnie brakowało, w końcu zabrała mi popielniczkę, umyła ją nerwowo i odstawiła na półkę.

– Po pierwsze, zdaje się, że się zaraziłaś od Alicji – stwierdziłam z niesmakiem, bo wszystko to bardzo przypominało scenę, jaką oglądałam przed laty – z tym że jej przeszło już dawno. A po drugie, oddaj tę popielniczkę, bo będę strząsać na talerzyk.

Zosia spojrzała na stół i na półkę.

– A, bardzo cię przepraszam. Nonsens, nie zaraziłam się od Alicji, ona nie ma dzieci, a mnie chodzi o Pawła. Nie bardzo mam ochotę to rozgłaszać. Słuchaj, ten twój Dariusz... Czym on się właściwie zajmuje?

– Co do rozgłaszania, nie posiadam trąby – zauważyłam sucho. – Bo co?

– Milczeć, mam nadzieję, potrafi...?

– Różnie. Na niektóre tematy głównie milczeć.

Zosia zgasiła gaz pod czajnikiem i oparła się o kuchenny bufet. Patrzyła z troską to na mnie, to w głąb przedpokoju za moimi plecami. Przyglądałam się jej wzajemnie i zastanawiałam się, co by było, gdybym jej powiedziała prawdę o imieniu rzekomego Dariusza.

Wcale nie miał na imię Dariusz. Miał na imię Bożydar i sama usiłowałam o tym nie pamiętać. Może i był darem bożym dla swoich rodziców, ale jakiś umiar w tej kwestii należało jednak zachować. Co, na litość boską, można zrobić z takim imieniem we współczesnych czasach, pasowało do oręża w dłoni, zbroi na piersi i zgoła skrzydeł husarskich, a nie do parasola, który dzierżył w miejsce miecza. Z rozpaczy przerobiłam Bożydara na Darka i wszyscy byli przekonani, że Darek pochodzi od Dariusza. Głębszą prawdę, dotyczącą jego różnych imion, ukrywałam wszelkimi siłami...

Zosia jakby się nagle przecknęła, nalała wrzątku do czajniczka, zgarnęła ze stołu półlitrowy garnek w czerwone groszki i zdecydowała się na normalne filiżanki.

– Herbata zaraz będzie. No więc... Mnie się wydaje, że on gdzieś działa...?

– Działa. Nie wiem gdzie.

– Nie szkodzi. Ma jakieś chody. Ty jesteś nim zauroczona...

– Byłam – skorygowałam uczciwie. – Obawiam się, że mi to zaczyna przechodzić. Zamierzasz wyjawić mi o nim jakąś straszną tajemnicę? Chętnie posłucham, wyduś wreszcie, o co tu chodzi.

Zosia wzruszyła ramionami, nalała do filiżanek herbaty i usiadła przy stole.

– Bzdura. Nie mam do niego nabożeństwa, ale możliwe, że mógłby pomóc. Boję się o Pawła, bo mam wrażenie, że się wdał w narkotyki. Nie w zażywanie, gorzej, w handel.

Zdumiała mnie i zaskoczyła śmiertelnie.

– Oszalałaś, jakie gorzej?! Wszystko jest lepsze od zażywania, handel na zdrowie nie ma wpływu! Skąd ci się bierze ten potworny pomysł?!

– Natknęłam się na niego w jakimś takim towarzystwie, które mi na to wyglądało. I on ma pieniądze ostatnio, wcale ode mnie nie bierze...

– Rozmawiałaś z nim o tym?

– Pokłóciłam się. Kazał mi się nie wtrącać, jak normalny syn normalnej matce. Zdenerwowałam się i wypomniałam mu, że jest na moim utrzymaniu i ja za niego moralnie odpowiadam...

– Oni tego nie lubią...

– Jeszcze jak! W rezultacie straciłam szanse porozumienia. Ten twój Dariusz... myślisz, że co?

W tym właśnie miejscu moja dusza dostrzegła okazję i wczepiła się w nią pazurami. Wszystko, czym zajmował się Bożydar, otoczone było tajemniczością, nigdy nie zdołałam nie tylko w to wejść, ale nawet czegokolwiek zrozumieć, teraz pojawiła się szansa. Narkotyki nie obchodziły mnie wcale, Paweł owszem, najważniejsza była jednakże możliwość włączenia się w działalność Bożydara. Mogłam dostarczyć mu żeru!

– Bóg raczy wiedzieć, ale pomóc mógłby, pcha się w takie rzeczy i ustawicznie ma do czynienia z jakąś wypaczoną młodzieżą. Chody niewątpliwie posiada. Może Paweł będzie miał pretensje, ale uważam, że jeśli, to już. Najgorsze przestępstwo przejdzie mu ulgowo, zważywszy dotychczasową nieskazitelność. Później może być gorzej.

– Nie strasz mnie.

– Nie, idzie mi o to, że to krótko trwa. Przedłużanie pogarsza sprawę. Rozumiesz, wpadł z głupoty i zaraz wypadł, nie ma o co się czepiać. Chcesz z nim pogadać?

– Z kim? Z Pawłem? Przecież już ci...

– Nie, z Darkiem.

– A...! Może najpierw ty. Napomknij mu i zorientuj się, co powie.

– W takim razie objaśnij mnie dokładniej. Co widziałaś i tak dalej.

– Na zapleczu Nowego Światu – powiedziała Zosia posępnie, ale już bez wahań – szukałam kuśnierza, miała tam być podobno taka budka, gdzie kuśnierz przerabia, zeszywa i różne takie. Żadnej budki nie znalazłam, ale za to zobaczyłam własnego syna w towarzystwie mętów... Nie, czekaj, nie tylko. Męty owszem, ale oprócz tego jakiś taki chłopak z dziewczyną, wiesz, błędne oko, chude to i niewydarzone i do tego kombinatorzy. To widać. Załatwiali coś pomiędzy sobą, konspiracyjnie. A najgorsze, że przyglądał się temu jakiś facet zupełnie innego gatunku. Z boku, ukryty, może tajniak, ale nie wiem, z jakiegoś powodu byłam przekonana, że nie...

– Jak wyglądał?

– W średnim wieku, średniej tuszy, średniego wzrostu. Gębę miał gładką i nijaką, nos podobny do kluski, jak by ci to określić... Taka długa miękka kluska, ale jako nos wcale nie bardzo długi, prawie normalny, tyle że bez chrząstki i bez kości, uformowany z ciasta. Jakiś taki mi się wydał... podstępny i obłudny. Patrzył na Pawła. Specjalnie postarałam się go zapamiętać, może mi to mętnie wychodzi, bo głównie była tam atmosfera...

– Zaraz – przerwałam. – Doskonale ci wychodzi. Czekaj chwilę.

Opisywana przez nią twarz pojawiła mi się przed oczami. Nie wyobraziłam jej sobie. Byłam pewna, że musiałam widzieć w naturze gębę, którą określiłabym identycznymi słowami, gdzie i kiedy, Bóg raczy wiedzieć. Nos jak kluska, może to był ktoś inny, podobny w typie, gdzie ja się mogłam na to natknąć...?

– A co...? – spytała niespokojnie Zosia.

– Nie, nic. Mam skojarzenia.

Przekazałam jej własny obraz i zgodziłyśmy się, że wizerunki wyglądają podobnie. Co do Pawła, wydało nam się słuszne podmuchać na zimne, pocieszyłam ją zapewnieniem, iż posiadanie pieniędzy o niczym nie świadczy, Paweł może je mieć z korepetycji albo z jakichś napraw samochodowych, dobry był do tego. Bożydara należało włączyć na wszelki wypadek oraz dla mojej osobistej korzyści.

Ledwo zdążyłam wrócić do domu, zadzwonił Paweł. Rozmowa trwała bardzo krótko.

– Jesteś w domu?

– Jestem.

– To ja za chwilę wpadnę. Cześć.

Otworzyłam drzwi po dziesięciu minutach. Przyjrzałam mu się, wyglądał normalnie, nie odbijała się w nim żadna troska. Wrażenie od razu okazało się mylne.

– Mam zgryzotę – zakomunikował tonem, jakim oznajmia się o wygranej na loterii. – Powiem ci, o co biega, bo i tak już matka, zdaje się, zdążyła przekablować początek. Widziałem twój samochód pod naszym domem.

Ucieszyłam się, że prosto ze źródła uzyskam dokładniejsze relacje.

– Wal! – rozkazałam zachęcająco.

Paweł najwidoczniej sprawę miał przemyślaną, bo nie zwlekał ani chwili.

– Natknąłem się na głupi swąd. W ogóle bym się w to nie wdawał, żeby nie śmierdziało. Przez takiego jednego, kumpel ze szkoły jeszcze, chociaż nie skończył. Zaczął od prochów, poszedł dalej, teraz jest uzależniony, ruina człowieka. Pożyczyłem mu pieniędzy...

– Kretyn.

– Trzeba go było widzieć. Litość mnie szarpnęła. Wiem, że mi nie odda, co tam! Nie w tym rzecz. Wiadomo skąd się to bierze, apteki, przywożą i tak dalej, ale mnie wyszło, prawie głupio się przyznać, że ten handel cieszy się pełnym poparciem władz.

Popatrzył na mnie pytająco. Nic mu nie potrafiłam odpowiedzieć.

– Jedź dalej. Skąd ci się to wzięło?

– Wygląda to tak... To znaczy to, na co ja przypadkiem trafiłem, może nie całkiem przypadkiem, bo mnie zaciekawiło. Żulia i narkomani żyją w pełnej symbiozie, to mi się zgadzało, ale raz się nadziałem na gościa, który nie pasował i zrobiło się dziwnie. Nie wykluczam, że to on się nadział na mnie, ja wchodziłem, a on wychodził z takiego trefnego miejsca. Nie umiem ci powiedzieć, na czym polegało wrażenie, takiego nie powinno tam być, inne rejony. I w ogóle coś było nie tak. A krótko potem gliny zgarnęły towarzycho z towarem i zaraz na drugi dzień te same osoby prosperowały kwitnąco. Znam ludzi, popytałem trochę, wody do pyska nabrali, z tym że pytałem delikatnie, bo można majchrem zarobić. Wyglądało na to, że wyszli na świeży luft i strat żadnych nie ponieśli, to niby co to znaczy?

– Które gliny ich zgarnęły?

– Jeden mundurowy z komisariatu tam się plątał, a dwóch było smutnych.

– I odjechali razem z tajniakami?

– I z mundurowym, ale mógł się gdzie po drodze zgubić.

– A co ma do tego ten dziwny?

– No właśnie. Zmienili miejsce. Parę punktów było, odbadałem wszystkie i miałem doskok. Nie ma ich. Po namyśle wyliczyłem sobie, że zmyło ich z horyzontu zaraz potem, jak widziałem tego faceta. Może to nie ma związku, ale na czuja uważam, że ma. Przenieśli się gdzieś, gdzie nie mogą za nimi trafić, razem śmierdzi mi to i nie wiem, co zrobić.

– A musisz coś robić?

– Chcę – powiedział trochę przekornie. – Chcę, powiem ci prawdę, chcę się dowiedzieć dokładnie, w jakim bagnie żyję. Rozumiesz, czy ono gdzieś ma dno. A jeśli ma, to na jakim poziomie.

– Zważywszy, że wszystko w tym kraju stoi na głowie, dno znajduje się wysoko u góry – przypomniałam sucho. – Też bym chciała je zobaczyć, ale zadzieram głowę i nic. Twoja matka wpada w nerwicę, dlaczego jej tego wszystkiego nie powiedziałeś?

– Boby mi zabroniła. A ja się poważnie chcę dowiedzieć. Ten facet mnie gryzie, jeden raz mignął i nigdy więcej, nie dostarczyciel, nie pośrednik i nie odbiorca, a o procederze wie. Musi wiedzieć. Opiekun...?

– Rozumiem – powiedziałam po namyśle. – Czekaj, mówiłeś o kłopotach. Skąd ci się wzięły i jakie one są?

– Głupie. Łatwo zgadniesz. Żeby trochę wleźć w ten interes i połapać się, co jest grane, musiałem symulować uczestnictwo. Pośredniczyłem dokładnie trzy razy, rekomendację miałem od tego kumpla, prawie zostałem przyjęty na etat i jak odmówiłem dalszego ciągu, zaczęli mi grozić. Wywijam się powolutku, wężowym ruchem, a wolałbym od razu. Stosują szantaż, mordobicie i w ostateczności rozwiązania radykalne. Chromolę.

– Zarobiłeś na tym?

– A jak? Ale ogólnie biorąc, dochody mam raczej z takiego jednego warsztatu, robię tam na doskok i już zaczynam być prawie fachowiec. Nie wlazłem w aferę, żeby się wzbogacić.

Pomyślałam, że na miejscu Zosi też bym wpadła w nerwicę, aczkolwiek istniały tu elementy pocieszające. Nie zgłupiał, wiedział, co robi, trzymał się przezornie na skraju grzęzawiska i należało tylko pilnować, żeby nie został wepchnięty z zaskoczenia. Zadanie dla Bożydara było wręcz wymarzone.

Paweł westchnął i zdobył się na wyznanie, że tak naprawdę to nie tyle ze mną chciał pogadać, ile właśnie z nim. Żarliwie przyklasnęłam tej chęci.

Zdołałam ją zaspokoić zaraz nazajutrz i efekty tego spotkania Pawła nie usatysfakcjonowały w najmniejszym stopniu, dla mnie zaś stały się katastrofalne. Bożydar nie wyjaśnił niczego, za to dał nam do zrozumienia, że nie mówimy mu nic nowego, wie wszystko. Dyskusji żadnej nie podjął. Od wszelkich afer z narkotykami mamy się odczepić, wnioski wyciągamy zupełnie idiotyczne, łapówkarstwo w tym kraju jest rozpowszechnione i fakt wypuszczenia na wolność handlarzy narkotyków nie świadczy o niczym. Obcy facet z innej sfery był złudzeniem optycznym. Pawła przypilnuje się, żeby wybrnął z wygłupu bez szkody dla zdrowia, z tym że kto przypilnuje i jakim sposobem, nie zostało nam wyjaśnione.

Paweł swój brak satysfakcji postarał się ukryć. Miał więcej rozumu ode mnie albo może po prostu nie zależało mu na względach bóstwa. Ja natomiast, po jego wyjściu, ujawniłam uczucia i zostałam przywołana do porządku. Zirytowany moim natręctwem Bożydar najpierw sarkastycznie zaproponował, żebym sama spróbowała uzyskać odpowiedzi na swoje pytania, a potem kategorycznie zabronił mi się wtrącać. Zirytowało to mnie do tego stopnia, że całe to narkotyczne kretyństwo, razem z podejrzanymi facetami, przeistoczyło się w zadrę, wbitą we mnie na wylot. Postanowiłam, że nie popuszczę. Wbrew jego opinii o mnie dowiem się wszystkiego, rozwikłam tajemnice, jeżeli jakiekolwiek istnieją, przestanę kłaść uszy po sobie i skończę na zawsze z tą debilną kretynką!

Krótko mówiąc popadłam w trwały amok.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki