Wydawca: Wydawnictwo Klin Kategoria: Kryminał Język: polski

Studnie przodków ebook

Joanna Chmielewska

3.82828282828283 (99)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Studnie przodków - Joanna Chmielewska

Roku pańskiego 1876 szesnastoletnia Katarzyna Bolnicka uciekła z domu. Ściślej mówiąc, nie z własnego domu, ale z wytwornej siedziby swoich hrabiowskich pociotków, gdzie nabierała ogłady i uczyła się eleganckich manier. Nakichawszy na ogładę i maniery, zmyliła straże i późną nocą wylazła przez okno w ogrodzeniu. Za dziurą czekał dziarski młodzian, dzierżący krótko przy pysku zniecierpliwione konie, łatwo zatem odgadnąć, po co Katarzyna uciekła. - fragment powieści.

Opinie o ebooku Studnie przodków - Joanna Chmielewska

Fragment ebooka Studnie przodków - Joanna Chmielewska

Joanna Chmielewska

© Copyright by Wydawnictwo Klin

ISBN 978-83-62136-39-1

Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786

Roku pańskiego 1876 szesnastoletnia Katarzyna Bolnicka uciekła z domu. Ściśle biorąc nie z własnego domu, a z wytwornej siedziby swoich hrabiowskich pociotków, gdzie nabierała ogłady i uczyła się eleganckich manier. Nakichawszy na ogładę i maniery, zmyliła straże i późną nocą wylazła przez okno spiżarni, następnie zaś przez dziurę ogrodzeniu. Za dziurą czekał dziarski młodzian, dzierżący krótko przy pysku zniecierpliwione konie, łatwo zatem odgadnąć, po co Katarzyna uciekła.

Chwila to była wielce romantyczna, pół księżyca świeciło upojnie, wiosenny wiatr pędził po niebie obłoki, w młodzieńcu ogniście gorzały rozmaite uczucia i Katarzynie wszystko razem podobało się nadzwyczajnie. Nad skutkami ucieczki nie zastanawiała się ani przez chwilę, a sumienie miała spokojne, ponieważ zakochany wielbiciel zadbał o moralną stronę przedsięwzięcia i umówiony ksiądz już czekał. Ślub wzięli o świcie.

Do mężowskiego domu dotarli nie tak od razu. Pan młody mimo amorów zachował resztki przytomności umysłu i kołatały się w nim mgliste niepokoje w kwestii wrażenia, jakie nowa siedziba może uczynić na małżonce świeżo wyrwanej z hrabiowskiego pałacu. Pętał się zatem po okolicznych karczmach i oberżach, jak długo mógł, usiłując odwlec niepokojącą chwilę. Zwłóczył tydzień, dłużej się nie dało, i owa chwila nadeszła.

Złe przeczucia okazały się słuszne, Katarzynę widok mężowskiej posiadłości trzasnął niczym grom z jasnego nieba. We dworze rodziców żyła dostatnio, w pałacu ciotki-hrabiny luksusowo, tu zaś ujrzała coś strasznego. Na skraju zwyczajnej wsi stała sobie zwyczajna chałupa, obszerna wprawdzie, czteroizbowa, z ogrodem, ale gdzie jej było do rodzicielskiego dworu! Już raczej przypominała rodzicielską oborę. Jedna dziewka od krów i jeden parobek stanowili cały personel usługowy.

Katarzyna w mgnieniu oka poczuła się oszukana, wykantowana i zgoła zelżona. Temperament miała ognisty i jak przedtem wielka miłość, tak teraz dzika furia pchnęła ją do kolejnej ucieczki w tajemnicy. O bladym świcie najęła żydowską bryczkę i udała się do domu rodziców.

Skutki tego pomysłu okazały się zgubne, a wynajęty pojazd pogrążył ją ostatecznie, trafiła bowiem dokładnie na chwilę powrotu matki od siostry-hrabiny. Pani Zofia Bolnicka na wieść o ucieczce córki z jakimś chudopachołkiem dostała ataku szału. Hodowała jedynaczkę dla wielkiej przyszłości i wiązała z nią potężne nadzieje, zgromadziła dla niej imponujący posag, po czym wysłała ją na dwór swojej siostry, której udało się zrobić karierę przez poślubienie prawdziwego hrabiego. Na owym dworze urodziwa i obrotna Katarzyna miała pełne szanse otrzeć się o wielki świat, uzupełnić edukację i znaleźć odpowiedniego kandydata na męża. Pani Zofia ekspensowała się na kiecki i przypodchlebiała siostrze, chociaż było to sprzeczne z jej charakterem, wciąż widząc przed sobą wielkie nadzieje. A Katarzyna cóż uczyniła? Zmarnowała wszystko, wywołując okropny skandal i niszcząc bezpowrotnie świetlaną przyszłość, mało, rzucając wręcz hańbę na całą familię przez mariaż z jakimś nędzarzem, może i szlachcicem, ale całkiem schłopiałym.

Natychmiast po otrzymaniu wiadomości o wygłupie córki pani Zofia udała się do siostry i zrobiła jej potworną awanturę z powodu demoralizacji niedoświadczonej dzieweczki. Siostra-hrabina usposobienie miała podobne, odpowiedziała zatem nie mniejszą awanturą, lżąc panią Zofię za zaniedbania wychowawcze, które doprowadziły do rozbestwienia głupiej dziewuchy i takiego straszliwego skandalu. Młodociana ladacznica wprowadziła do rodziny jakiegoś chudopachołka z zaścianka, poniżyła wszystkich z panią hrabiną na czele, hańba niedopuszczalna, pani hrabina wyrzeka się na wieki i siostrzenicy, i siostry!

– Noga moja nie postanie więcej w tym zapowietrzonym domu! – wrzasnęła na to pani Zofia bliska apopleksji. – Mam gdzieś twoje hrabiostwo, ty ślepa komendo! Świnie ci pasać, a nie cnotliwą panienkę edukować!

– Cnotliwa panienka, cha, cha – odrzekła siostra urągliwie i kontakty familijne zostały zerwane.

Pani Zofia wróciła do domu, czerwono mając przed oczami. Furia szalała w niej w pełnym rozkwicie. Może by te dzikie uczucia z czasem nieco złagodniały, gdyby nie to, że dotarłszy na własny dziedziniec, pani Zofia znienacka ujrzała źródło zamętu. Na widok wysiadającej z obskurnej żydowskiej bryczki Katarzyny, wcale nie zapłakanej ani też skruszonej, za to zbuntowanej i wściekłej, owa szalejąca furia stwardniała nagle na granit. W pani Zofii coś zaskoczyło, zderzenie wielkich nadziei z okropną rzeczywistością przerosło jej siły, padania do nóg nie przyjęła do wiadomości, z mężem, usiłującym wstawić się za córką, przestała rozmawiać, chleba i noclegu wprawdzie jej nie odmówiła, ale zaraz nazajutrz kazała zaprzęgać i najlepszą karetą oraz czwórką cugowych koni odwiozła ją do ślubnego małżonka.

– Jakeś z nim uciekła, to teraz z nim żyj – rzekła zimno i z zaciętością.

Przy okazji obejrzała sobie dokładnie posiadłość zięcia, po czym o ile granit mógłby stwardnieć, o tyle i jej zaciętość stwardniała. Zostawiła rozwścieczoną i nieszczęśliwą Katarzynę na podwórzu między drobiem i swoją lśniącą karetą wróciła do domu, zapowiedziawszy stanowczo, że córkę na wieki wydziedzicza.

Katarzyna poddała się losowi, uczyniła to jednak w sposób wysoce oryginalny. Do rodziców nie zwróciła się nigdy więcej. Raz na zawsze, na znak żałoby po utraconym świetnym losie, nałożyła czarną suknię i do końca życia nie zmieniła jej kroju ani koloru. Wszystkie kolejne kiecki sprawiała sobie takie same. Do owych czarnych powłóczystych szat, których treny zmiatały kurze łajna z podwórza, nosiła białe koronkowe kołnierzyki, takież mankiety oraz białe rękawiczki i w tym stroju zajmowała się wyłącznie ogrodem. Gospodarstwa domowego nie tknęła. Ogród kwitł, reszta zaś szła jak Bóg dał. Mąż wielbił ją nieodmiennie wciąż z tym samym ogniem, czemu nie można się dziwić, bo też istotnie była śliczna. Drobna, szczupła, czarnowłosa i czarnooka, żywa, bystra i wdzięczna. Dzieci miała dziewięcioro, siedmiu synów i dwie córki, i odnosiła się do nich podobnie jak do kur, prosiąt i garnków, pozostawiając je własnemu losowi.

W rodzinie, która zerwała z nią wszelkie kontakty, następowały wydarzenia rozmaite. Ciotka-hrabina zmarła bezpotomnie, przeżywszy swego męża-hrabiego o całe dwa lata. Skutek tych zgonów był dość nieoczekiwany, bo hrabina, gruntownie wymazawszy z pamięci imię siostry, zapomniała zmienić testament i pani Zofia Bolnicka odziedziczyła znienacka jedną czwartą hrabiowskiego majątku. Następnie zszedł z tego padołu samotny krewniak, który okazał się równie bogaty po śmierci, jak był skąpy za życia. Testament wprowadził lekkie zamieszanie, przekazał nim bowiem całość swoich dóbr córce pani Zofii, Katarzynie, lub jej potomkom. Pani Zofia, wciąż jednakowo zacięta, uczepiła się tego „lub jej potomkom” i nie dopuściła do obdarowania Katarzyny majątkiem, kwestię potomków zobowiązując się załatwić sama. Trochę to było sprzeczne z przepisami, prawem i wolą testatora, ale nie istniał na świecie taki notariusz, który ośmieliłby się sprzeciwić pani Zofii Bolnickiej. Następnie zmarł ojciec Katarzyny, pozostawiając całe mienie do dyspozycji żony. Wkrótce jeden z dwóch braci Katarzyny zginął w pojedynku, drugi zaś przepadł gdzieś w świecie. Wreszcie i pani Zofia poczuła nadchodzącą starość.

Zacięta była nadal, ale sumienie zaczęło ją trochę niepokoić, do sumienia zaś zgodnie przyłączyli się jej spowiednik i jej notariusz. Notariusz nie mógł przeboleć owego testamentu krewniaka i nie dopełnionych powinności, które gryzły go w honor prawnika i w zwykłą ludzką uczciwość. Pani Zofia z wiekiem wprawdzie mało złagodniała, wciąż niebezpiecznie było różnić się z nią zdaniem, ośmielił się jednakże coś tam na ten temat napomknąć. Kancelarię miał zamiar w przyszłości przekazać synowi i razem z kancelarią chciał mu pozostawić nienaruszoną prawniczą cześć. Zadawnioną komplikację należało jakoś rozwikłać.

Szczerze mówiąc, pani Zofia sama nie bardzo wiedziała, co ma zrobić z niespodziewanie narosłym majątkiem, którego ogrom wzmagał jej rozgoryczenie. Doskonale umiała sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie jej bajecznie bogatej, niegdyś ukochanej córki, gdyby się tak nie wygłupiła i nie poślubiła byle kogo. Zięć okazał się wprawdzie człowiekiem przyzwoitym, ale niezaradnym, o dzieci umiał się postarać, ale o mienie dla tych dzieci już nie. Do bani taki zięć, który wnuki pani Zofii chowa na chłopów, a wszystkiemu winna, oczywiście, Katarzyna.

Katarzyna stanowiła kość zgryzoty. Część majętności należała jej się prawnie, część pani Zofia dawnymi czasy sama dla niej przeznaczyła. Uzbierany niegdyś posag wciąż leżał nienaruszony. Trzeba było jakoś z tego wybrnąć, równocześnie dać jej i nie dać, bo dać tak zwyczajnie, żeby mogła z tego korzystać, było ponad siły pani Zofii. Nie darowała córce ani swoich zwiedzionych nadziei, ani nieposłuszeństwa, ani afrontu, na jaki naraziła ją w hrabiowskim pałacu.

Testament pani Zofii wypadł zatem nieco osobliwie. Wyliczywszy starannie wszystko, co miała do przekazania, poleciła oddać to najstarszej córce Katarzyny, z tym że dopiero po śmierci matki, lub też potomkom tej córki. Katarzyna do końca życia miała trwać w ubóstwie w tej chłopskiej chałupie, którą sobie sama wybrała. Wykonawcą testamentu miał zostać stary notariusz, po nim zaś ewentualnie jego syn, któremu pod groźbą ojcowskiej klątwy nakazano szczególną dbałość o powierzone mienie oraz staranną pieczę nad spadkobierczynią nie mającą pojęcia, co ją czeka w przyszłości.

Spadkobierczyni chwilowo przestawiała gary na kuchni i przeganiała młodsze rodzeństwo, podjąwszy obowiązki gospodarskie i pedagogiczne w zastępstwie fanaberyjnej mamusi. Pani Zofia ukradkiem zasięgnęła informacji o najstarszej wnuczce. Dowiedziała się, że charakter, owszem, posiada, energię wykazuje, szanuje rodziców i trwa w posłuszeństwie. Wieści te sprawiły jej niejaką ulgę. Pomyślała, że może ona zrealizuje dawne wielkie nadzieje i zrobi karierę na bazie wspaniałego posagu, a jeśli nie ona, to jej dzieci. Grunt, żeby nie Katarzyna…

Wszystko pozostało najgłębszą tajemnicą. O testamencie pani Zofii wiedział notariusz, ona sama i dwóch świadków, z których jeden na łożu śmierci puścił nieco farby i pozwolił rozejść się niejasnym wieściom o ukrytym bogactwie, drugi zaś wywarł zdecydowany wpływ na przyszłe wydarzenia, aczkolwiek pary z gęby nie puścił. Tym drugim był niejaki Franciszek Włókniewski, wywodzący się z podupadłej szlachty ojciec rodu, siedzący na gospodarce we wsi o prostej nazwie Wola.

Franciszek Włókniewski był zdania, że wszystkim zawiaduje ręka boska, ręce boskiej należy jednak trochę pomagać. W ramach owej pomocy dokonał zatem dwóch czynów. Po pierwsze zaprzyjaźnił się zarówno ze starym, jak i z młodym notariuszem i posłużył im cenną pomocą w zarządzaniu częścią spadku, po drugie zaś jął miewać liczne i skomplikowane interesy gospodarskie we wsi będącej siedzibą Katarzyny de domo Bolnickiej. Interesy bezwzględnie musiał załatwiać jego starszy syn, narażony w ten sposób na ustawiczne spotykanie starszej córki Katarzyny, przy czym Franciszek Włókniewski, człowiek uczciwy, ani jednym słowem nie wspomniał o jakichkolwiek nadziejach na przyszłość owej młodej damy. Resztę powinna była załatwić ręka boska.

Ręka boska zadziałała nieco grymaśnie. Pomieszała Franciszkowi synów i nie starszego pchnęła we właściwym kierunku, a młodszego, w dodatku tak miejsce, jak i okoliczności wybrała sobie dość nieoczekiwane. Starszy syn w tajemnicy przed ojcem już dawno miał narzeczoną w innej okolicy, z interesami wypychał zatem młodszego. Poznać się młodzi poznali, na córkę Katarzyny nie sposób było nie zwrócić uwagi, bo urodę wzięła po matce, nic jednakże na razie z tego nie wynikło. Każde z nich miało jakieś plany we własnym zakresie. Młodszy syn Franciszka poszedł do miasta z błogosławieństwem rodzicielskim, córka Katarzyny zaś zbuntowała się przeciwko tyranii garów i uciekła z domu bez błogosławieństwa rodzicielskiego. Przekleństwa uniknęła również dzięki temu, że Katarzynie było to najzupełniej obojętne. Obowiązki domowe przejęła młodsza córka.

Starsza córka w stołecznym mieście Warszawie natknęła się na znajomego młodzieńca ze wsi i tu opatrzność uznała za słuszne wkroczyć. Obydwoje razem podziałali sobie trochę w ruchu rewolucyjno-patriotycznym, bo czasy to były carskie, szczęśliwie nie wpadli i nie poszli na Sybir, za to po pewnym czasie wzięli cichy ślub. Pani Zofia Bolnicka nie dożyła tej chwili, padła rażona apopleksją na wieść o ucieczce z domu najstarszej wnuczki. Franciszek Włókniewski dożył i zmarł w rok później szczęśliwy, wciąż zachowując w kwestii przyszłego spadku absolutne milczenie.

Katarzyna żyła, a spadek czekał. Część kwitła i prosperowała pod zarządem młodego notariusza i młodego Włókniewskiego, a część trwała w zastoju przemyślnie ukryta, przy czym o miejscu ukrycia zadecydowała jeszcze za życia pani Zofia do spółki ze starym notariuszem. Nadal nikt o niczym nie wiedział, młody notariusz trzymał język za zębami, młody Włókniewski pojęcia nie miał, że uczestniczy w zarządzaniu przyszłym mieniem swojej bratowej, opatrzony pieczęciami testament spoczywał w żelaznej skrzyni, a Katarzyna żyła. Umarł jej mąż, dzieci rozpierzchły się po świecie, dwie wojny światowe wstrząsnęły narodami, a Katarzyna ciągle żyła, zajmując się swoim ogrodem. Umarła wreszcie roku pańskiego 1954, przeżywszy lat 94.

Po notariuszu, testamencie i spadku wszelki ślad zaginął…

* * *

Niejaki Adam Dudek, z zawodu ogrodnik, pod naciskiem żony remontował swój dom własnoręcznie. Hania Dudkowa słynęła ze skąpstwa i nie życzyła sobie płacić za robociznę obcym darmozjadom. Życzyła sobie mieszkać porządnie i elegancko możliwie jak najmniejszym kosztem, a mąż pełen szacunku dla jej gospodarności nie ośmielił się sprzeciwiać. Dom był przedwojenny, porządny, solidnie wykonany i opłacało się go remontować, wprowadzając takie luksusy, jak łazienkę i centralne ogrzewanie, szczególnie, że osobom, które na jarzynkach porosły w pierze, nie wypadło już mieszkać byle jak.

Hania zatem twardo siedziała na pieniądzach, a jej mąż harował. Po niesłychanie długich i licznych udrękach budowlanych doprowadził wreszcie remont do fazy końcowej, co jemu samemu wydawało się istnym cudem. Z wielką satysfakcją nabył piec centralnego ogrzewania i przystąpił do montowania go w piwnicy.

Piwnice były obszerne i bez trudu znalazło się w nich miejsce na kotłownię i skład opału. Grzejniki w całym domu zostały już założone, wszelkie przewody i rury połączono ze sobą, należało teraz ustawić piec, podłączyć i sprawdzić, jak działa całość. Do pomocy przy tej operacji Adam zaprosił dalekiego krewniaka, młodzieńca pełnego siły i wigoru, słynącego z przydatności do rozmaitych skomplikowanych przedsięwzięć natury nie tylko prywatnej, ale także służbowej. Krewniak, Staszek Bielski, cieszył się stopniem starszego sierżanta w miejscowej komendzie MO i powierzane mu były wszelkie zadania trudne, nietypowe i zawikłane, panowała bowiem ogólnie opinia, że Staszek ma pomysły i ze wszystkim zawsze da sobie radę. Wzywanie go do pomocy zaczynało już wchodzić w powszechny nawyk.

Trzy osoby, niezmiernie przejęte ważnością chwili, zeszły do piwnicznego pomieszczenia, w którym czekał piec.

– Tu stawiamy – oznajmił Adam Dudek i walnął kawałem żelaznej rury w ceglaną posadzkę pod wiszącym na ścianie zbiornikiem. Posadzka zadudniła jakoś dziwnie głucho.

Hania Dudkowa nadstawiła uszu.

– Czekaj no – powiedziała pośpiesznie. – Co to tak dudni?

Zajęty piecem, mąż nie zwrócił uwagi na jej pytanie.

– Bierz, Staszek, z tamtej strony – polecił. – Trza obrócić. Tu akurat przypasuje.

Znów puknął w posadzkę, odrzucił rurę pod ścianę i zbliżył się do pieca. Staszek Bielski natężył mięśnie, ujął piec od dołu i zaczął unosić, ale Hania go powstrzymała.

– Czekajże, mówię! Co ta posadzka tak dziwnie dudni?

– Co? – zdziwił się Adam. – Co ci znowu dudni?

– No jak to co, nie słyszałeś? Jak walnąłeś, to tak jakoś zadudniło. Walnij no jeszcze raz.

– Faktycznie – przyświadczył Staszek Bielski i wyprostował się. – Pani Hania ma rację, jakoś zadudniło.

– Zwiduje wam się – mruknął Adam, ale posłusznie oderwał się od pieca, ujął rurę i ponownie walnął w posadzkę. Posadzka odpowiedziała głucho.

– Dudni! – wykrzyknęła Hania.

– Dudni – przyznał Staszek.

– Co ma nie dudnić, jak w nią walę! – zirytował się Adam. – Coście chcieli, żeby świstała?

– Walnij obok – rozkazała Hania.

Adam Dudek dla świętego spokoju walnął kilka razy. Dźwięki były różne. To płytkie, jasne, ostrzejsze, to znów głucho dudniące. Różnica była niewielka, ale dawała się zauważyć.

– Widzi mi się, że tam coś jest – rzekł niepewnie Staszek Bielski.

Niebieskie oczy Hani zlodowaciały. Cokolwiek by tam było, wolałaby przy oglądaniu tego nie mieć świadka, a już szczególnie świadka w postaci funkcjonariusza MO. Niemniej już było za późno. Nie mogła teraz nagle wyrzucić ich obu z piwnicy. Milczała wściekła na siebie, na męża i na Staszka.

Adam Dudek z narastającym zainteresowaniem pukał w cegły raz koło razu. Głucho odpowiadał tylko prostokąt o wymiarach metr na trzy czwarte. Coś istotnie musiało tam być.

– Dziurę zostawili czy co? – mruknął z powątpiewaniem. – Ja tam nic o tym nie wiem, a przecie to mój ojciec ten dom budował. O żadnych dziurach nie mówił.

– Wojna była w międzyczasie – zauważył Staszek. – Może tam kto co zrobił za okupacji?

– Może i zrobił, kto ich tam wie… Nas tu wtenczas nie było. To co, zajrzeć chyba trzeba, nie?

Obaj spojrzeli na Hanię, bo wiadomo było, że ona rządzi w tym domu. Hanią szarpnęła rozterka. Zajrzeć należało bezwzględnie, ale przecież nie w tak licznym towarzystwie. Ten Staszek potrzebny tu jak piąte koło u wozu…

Mignęła jej w głowie ponętna myśl, żeby to teraz zostawić, udać lekceważenie, wywlec ich z tej piwnicy, a potem nocą, bez świadków, zapędzić męża do roboty. Już nawet zaczęły jej świtać sposoby realizacji tej znakomitej myśli, ale żadnego nie zdążyła wprowadzić w czyn. Na schodach rozległ się rumor i do piwnicy wpadł Miecio, ich czternastoletni syn, który właśnie wrócił ze szkoły.

– No i co? – wrzasnął z przejęciem. – Działa?

– Nic nie działa – warknęła Hania. – Wynoś się stąd!

– Coś tu jest – odparł równocześnie Adam. – Dudni. Chyba dziura.

– Cześć, Mietek – powiedział Staszek Bielski.

Miecio odruchowo szurnął nogami, bo Hania kładła wielki nacisk na maniery dzieci, i dopadł ojca.

– Rany, jak to? Pod podłogą? Dziura? Niech skonam, skarb!

Sprawa została przesądzona. Pozostawienie odłogiem dudniącej dziury wymagałoby już teraz nadludzkich wysiłków i nie dałoby się niczym uzasadnić. Miecio zapłonął żywym ogniem, uszy mu poczerwieniały, w mgnieniu oka przyniósł oskard i mesel.

– Ostrożnie! – ostrzegła Hania gniewnie. – Nie walcie tak! Cegły na zagonach nie rosną!

Pieczołowicie i delikatnie, bo Hania patrzyła im na ręce, zdjęli wierzchnią warstwę cegieł. Pod nimi ukazały się deski, które wyszły łatwo, nie były bowiem niczym umocowane. Ułożone je luzem, najwidoczniej tylko po to, żeby na nich mogły się trzymać cegły. Pod deskami istotnie pojawiła się dziura, a w niej coś dużego, starannie owiniętego brezentem. Miecio płonął z emocji, jego matka skamieniała, zesztywniała i zlodowaciała do reszty.

– Coś takiego! – rzekł ze zdziwieniem Staszek Bielski i spojrzał na Adama. – I tyś nic o tym nie wiedział?

– Ano nic – wyznał Adam i podrapał się po głowie. – Mówiłem ci, że nas tu przez wojnę nie było.

– Ale że do tej pory ani razu nie zdarzyło ci się tu puknąć…?

– A po cholerę miałem pukać? Nic tu nie było robione.

– Tu ziemniaki leżały – wyjaśniła Hanka zdławionym goryczą głosem. – Zawsze w tej piwnicy leżały ziemniaki, bo najlepsze miejsce. Kto miał pukać pod ziemniakami?

– No niby racja. Zdarza się…

Stali wszyscy nad dziurą, wpatrzeni w brezent, starając się ukryć rozpierającą ich ciekawość i pęczniejącą nadzieję, że może to rzeczywiście skarb. Okaże się potem, że byle co, i człowiek wyjdzie na głupiego…

Miecio pierwszy nie wytrzymał.

– No! – ponaglił niecierpliwie. – Zajrzyjmy tam!

Adam łypnął okiem na milczącą żonę, zawahał się i sięgnął do brezentu. Staszkowi nagle coś błysnęło.

– Czekaj! – powstrzymał go energicznie. – Mogli tam schować broń, amunicję czy inne takie. Może lepiej ja…

Miecio kwiknął przenikliwie, bo już sam nie wiedział, co by wolał: skarb czy prawdziwe granaty. Albo może miny przeciwczołgowe, cudowna rzecz! Hani sztywność trochę zelżała. Pomyślała, że przypuszczenie Staszka jest najbardziej prawdopodobne, a zatem nie będzie szkody. Kiwnęła głową i odsunęła Adama.

– Ma rację. Zostaw to. Niech on zajrzy, zna się na tym.

Staszek przykląkł nad dziurą i ostrożnie zaczął odchylać brezent. Pod nim była cerata porządnie sklejona. Potykając się na cegłach, Miecio skoczył do mieszkania i wrócił z nożyczkami. Staszek przeciął warstwy ceraty i pod nią ujrzeli wreszcie żelazną skrzynkę. Skrzynka była czymś wysmarowana i przede wszystkim umazał się tym Staszek. Powąchał substancję i wytarł rękę o spodnie.

– Towot chyba czy co? Cała grubo wymazana…

– Zabezpieczyli przed wilgocią – mruknął Adam. – Może i faktycznie amunicja…

– Da się otworzyć? – spytał chciwie Miecio, usiłując wepchnąć głowę do dziury.

– Mowy nie ma. Kłódka tu wisi i jeszcze ma zamki. Trzeba wyjąć.

– To wyjmujemy! No, prędzej…!

Po wielu skomplikowanych wysiłkach śliska od smarowidła i pozbawiona uchwytów skrzynka została wywleczona z dziury, wniesiona do mieszkania i ulokowana na stole w pokoju. Prezentowała się nader okazale. Żelazo było w doskonałym stanie, po usunięciu smarowidła wyglądało jak nowe, wieko miało na brzegach wykuty ozdobny ornament, z frontu wisiała kłódka, a na bokach widniały dziurki od kluczy osłonięte klapkami. Całość była zamknięta na mur.

– No tak – powiedziała jadowicie Hania, która na widok skrzynki od razu zwątpiła w amunicję i na nowo przeistoczyła się w zamrożone drewno. – A gdzie klucze?

– Klucze ma przy sobie ten, co schował – odparł Adam. – Trza będzie jakoś otworzyć, bo rozbijać chyba szkoda…

Staszek zaofiarował się sprowadzić milicyjnego ślusarza. Hania zaprotestowała zimno, ale grzecznie, co przyszło jej z nadludzkim trudem. Miecio zniknął w głębiach domu i wrócił z potężnym stosem rozmaitych kluczy.

– Próbujemy! – zawołał z zapałem.

Hania nie udusiła własnego syna, chociaż miała na to wielką ochotę. Ugięła się pod presją nieżyczliwej siły wyższej, która ujawniła skarb w jej domu akurat w obecności prawdziwego milicjanta. Nie zdobyła się wprawdzie na aprobatę, ale przynajmniej stłumiła rwące się jej na usta protesty. Posępnie przyglądała się próbom otwarcia sezamu, z całego serca pragnąc, żeby się nie powiodły.

Piec centralnego ogrzewania poszedł w całkowite zapomnienie. Miecio znosił zewsząd całe stosy najrozmaitszego żelastwa, jego dwunastoletnia siostra, Magda, w zastępstwie matki przyrządzała w kuchni posiłek, Adam i Staszek, sapiąc, męczyli się nad kłódką i zamkami, a Hania trwała nad nimi niczym sęp nad świeżym ścierwem, nie odrywając oka od skrzynki ani na jedną chwilę.

Późnym wieczorem wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Zdjęto kłódkę, jeden zamek otwarto, a drugi zepsuto. Szaleńczo zdenerwowana Hania powoli i ze szczerą niechęcią uniosła ciężkie, żelazne wieko.

Rozczarowanie było tak wielkie, że wręcz namacalne. Z wnętrza skrzynki nie buchnął żaden blask, nic nie zalśniło, nie zajaśniało, nie brzęknęło upojnym, złocistym dźwiękiem. Zawartość pudła stanowiły wyłącznie papiery; sztywne, poskładane na czworo, niektóre zwinięte w rulony, niektóre pookręcane sznureczkami i opieczętowane, starsze i nowsze, niektóre zupełnie pożółkłe. Nic więcej, tylko papiery!

– Eee… – powiedział Miecio tonem, który mówił sam za siebie.

Hania zmiękła w sobie tak, że prawie zrobiło jej się słabo. Zajrzała na dno, pod papiery, upewniła się, że nic tam nie ma, i na chwilę zastygła w bezruchu wsparta o stół.

– Chwała Bogu, że nie amunicja! – powiedział pocieszająco Adam. – Tylko byśmy mieli kłopoty.

– Z papierami czasem więcej kłopotów – mruknął Staszek i sięgnął do skrzynki po pierwszy z brzegu dokument. – Czasem to nawet… A to co znowu? Nic nie można odczytać!

Adam zajrzał mu przez ramię, Hania poruszyła się i niemrawo sięgnęła po inny papier. Pismo na nim było dziwne; pełne zawijasów, cieniowane litery utrudniały odszyfrowanie tekstu.

– Ja, nijej po ol piii – dukał Staszek. – A, rozumiem. Ja, niżej podpisany. Rany, co za kulfony. Antoni Priegooo… A, nie. Grzegorczuk. Niniejszym offfia… d… cjam, oświadczam, o niech to piorun spali!

Sapnął z wysiłku i opuścił rękę z dokumentem, niechętnie patrząc na skrzynkę. Hania na swoim papierze odczytała tylko datę, ale to jej wystarczyło. 1887 rok. Przyjrzała się uważniej zawartości żelaznego pudła. Papiery były wyraźnie stare, niektóre nawet bardzo stare. Hani zaświtała nagle nowa myśl, od której jej twarz, zazwyczaj porcelanowo biała, aż się zaróżowiła.

– Stare szpargały – zawyrokowała z najwyższym lekceważeniem. – Pewno schowali przed Niemcami, wszystko dawno nieważne. Wyrzucić trzeba albo spalić, tylko skrzynka się przyda.

Staszek Bielski pokręcił głową i sięgnął po papier złożony we czworo.

– Wyrzucić nie można – zaprotestował, studiując go z uwagą. – Spalić też nie, mowy nie ma. To są dokumenty urzędowe, tu już można przeczytać. Zaraz… młyn z parcelą… jako i stawidła na rzece… na własność Jeremiaszowi Borkowskiemu… trzysta rubli srebrem w gotowiźnie… Co tak tanio? A nie, coś tu mu jeszcze dołożył…

Adam i Hania patrzyli na niego; Adam niepewnie, Hania nieżyczliwie. Miecio stracił zainteresowanie skrzynką, wzruszył ramionami i udał się do kuchni. Staszek podniósł głowę.

– To jest chyba akt kupna-sprzedaży młyna – rzekł w zadumie. – Z tysiąc dziewięćset trzeciego roku. Tylko napisane powiat kowelski, znaczy teraz to jest w Związku Radzieckim. Kopia sporządzona na życzenie wielmożnego pana Jeremiasza Borkowskiego…

– Przecie tego młyna nikt teraz nie będzie dochodził – przerwała Hania niecierpliwie. – Na co to komu? Wszystko stare i do niczego.

– Czy ja wiem… Ale historyczne.

Do pokoju wsunęła się Magda, którą Miecio w kuchni zdążył poinformować o rodzaju znaleziska.

– To trzeba oddać do muzeum – oznajmiła odkrywczo. – U nas była w szkole pogadanka. Jeden pan mówił, żeby wszystko co stare oddawać do muzeum, bo po ludziach się niszczy, a muzeum ma za mało rzeczy. W Liwiu jest muzeum.

Hania zlodowaciała na nowo, a Staszek rozpromienił się i porzucił uciążliwą lekturę. Pomysł wydał mu się doskonały, zdejmował z niego obowiązek podejmowania decyzji, z czym właściwie ma do czynienia; z urzędowymi dokumentami, które milicja powinna zabezpieczyć, czy też z całkowicie prywatnym znaleziskiem, które milicji nic nie obchodzi. Ucieszył się, że kwestię rozstrzygnie muzeum, i z zapałem pochwalił propozycję.

Adam również kiwał głową z aprobatą. Stare szpargały w ogóle go nie interesowały, a darowizna dla muzeum mogła odegrać pewną rolę w jego życiowych planach. Owszem, bardzo słusznie, osobiście te papiery do muzeum zaniesie…

Z niebieskich oczu Hani wiał polarny mróz. Teraz dla odmiany miała ochotę udusić córkę. Z jej świeżo wyklutymi planami muzeum zdecydowanie kolidowało i absolutnie nie miała zamiaru zgodzić się na propozycję, ale protesty postanowiła odłożyć na inną chwilę. Stanowczym gestem zamknęła skrzynkę i przypomniała wszystkim, że pora jest późna, a kolacja gotowa…

* * *

Miejscem, gdzie Hania Dudkowa, nie zwracając niczyjej uwagi, załatwiała swoje interesy, były szklarnie jej męża. Musiała oczywiście wybierać chwile, kiedy mąż był zajęty gdzie indziej, ale to nie sprawiało zbytnich trudności. Nazajutrz po znalezieniu skrzynki spotkała się zatem przy szklarniach z jednym takim.

Jakim sposobem wieść o znalezieniu w domu Dudków jakichś starożytności rozeszła się w ciągu nocy i ranka po całej okolicy, nie wiadomo, dość, że się rozeszła i jeden taki już był o tym poinformowany. Jeden taki przyjechał podobno z Ameryki, przebywał w Węgrowie od dwóch tygodni i nazywał się dość oryginalnie, John Capusta. Z Hanią od początku nawiązał kontakty handlowe i przyszedł teraz pod pretekstem nabycia pomidorków.

– Jak tam, pani Haneczko? – spytał z miłym uśmiechem. – Ma pani coś ciekawego?

Hania Dudkowa nie lubiła zbędnego gadania. Rozejrzała się dookoła, jakby badając stan pogody, stwierdziła, że nikt ich nie podgląda, spokojnie podeszła do półki z nasionami i spod pudełek i torebek wyciągnęła kartonową teczkę. Wyjęła z niej pożółkły dokument, który bez słowa wręczyła Johnowi Capuście.

John Capusta również bez słowa ujął dokument i zaczął go uważnie studiować. Miły uśmiech znikł, oblicze miał teraz nieprzeniknione. Hania zimno przyglądała się jego szerokiej gładkiej twarzy, zdrowej cerze, rozklapanemu nieco nosowi i pięknie wypielęgnowanym brwiom. Zniżyła wzrok i obejrzała całą, trochę pękatą figurę średniego wzrostu, z lekką zawiścią oceniła gatunek kusego wiosennego płaszczyka i zamszowych butów, wreszcie oparła oko na imponującym złotym sygnecie. Wytrwała przy sygnecie, aż John Capusta skończył czytać.

– Jest tego więcej – rzekła sucho. – Są i starsze.

– Musiałbym je zobaczyć – odparł John Capusta w zamyśleniu. – Może się na co przydadzą, chociaż sama pani wie, że szukam innych rzeczy. Ale popatrzeć zawsze można.

Hania zawahała się. Metody handlowania miała ustalone raz na zawsze: nigdy nie pokazywać całego towaru, najpierw sprzedać ten gorszy. Obecny towar jednakże był raczej nietypowy i nie bardzo umiała z nim sobie poradzić, po krótkim namyśle zatem zaprosiła kontrahenta do domu. John Capusta przypomniał o pomidorkach.

– Trochę natki może być, trochę rzodkieweczki, trochę koperku – dodał raźnie. – Pani wie, pani Haneczko, że ja do pani przychodzę wyłącznie po witaminki i nic więcej.

Hania zdobyła się nawet na uśmiech, który do jej twardej, zimnej, białej twarzy wcale nie pasował. Przypomniała sobie, ile pieniędzy już jej zapłacił ten zagraniczny bęcwał nie tylko za witaminki, ale także za inne rzeczy, różne stare rupiecie wyciągnięte ze strychu i odkupione za nędzne grosze od rozmaitych ludzi. Szukał staroci, proszę bardzo, w żelaznej skrzynce leżą starocie…

Poszukiwacz staroci siedział w kuchni przy stole, Hania zaś donosiła mu z pokoju po jednym dokumencie. Ani razu nie zapomniała zabrać poprzedniego, nim wręczyła następny, i ani razu nie zostawiła otwartych drzwi. Na początku dała mu te, które wydawały jej się nowsze, przy czym część ich pochodziła z wielkiej koperty, ulokowanej gdzieś w środku skrzynki. Wyjęła je kolejno, po czym pedantycznie schowała z powrotem. Następnie donosiła coraz to starsze, oceniając ich wiek po stanie papieru i zawijasach pisma, wszystkie po kolei, z wyjątkiem jednego. Może zresztą był to więcej niż jeden, nie mogła tego wiedzieć, nie leżał bowiem luzem, tylko również w kopercie zaklejonej i zalakowanej trzema pieczęciami. Na wszelki wypadek wolała te pieczęcie zostawić nie naruszone, bo nigdy nie wiadomo, co z czego wyniknie. Zamierzała zastanowić się nad nimi po zakończeniu transakcji.

Gość każdą sztukę odczytywał z uwagą, robiąc sobie przy tym jakieś notatki, a Hania w trakcie jego lektury z wielką starannością i bardzo wolno pakowała pomidory i zieleninę. Przyglądała mu się przy tym spod oka i myślała, że chyba udaje, bo wiadomo przecież, że tych gryzmołów nie da się odczytać.

John Capusta skończył wreszcie czytać, podniósł głowę i popatrzył w okno.

– Za wszystko razem mogę dać pani dwieście złotych – rzekł z lekką niechęcią i nieco wzgardliwie.

Hania się niemal zachłysnęła.

– Co pan…? Jakby pan powiedział dwa tysiące, to byśmy mogli zacząć rozmawiać. Żarty pan sobie stroi.

– Jakie tam żarty. Tu nie ma nic wartościowego, stare bo stare, ale ja się papierami nie zajmuję. Nikomu to się nie przyda. Dwieście złotych… No, trzysta!

Hania wyjęła mu z ręki ostatni przeczytany papier, zaniosła go do pokoju, schowała do skrzynki i wróciła do kuchni.

– Pięć tysięcy – powiedziała zimno.

– To nie ze mną – odparł John Capusta równie zimno. – Ja mogę rozmawiać na temat trzystu złotych. Od nikogo pani nawet i tyle nie dostanie.

Hania nie zniżyła się do udzielenia odpowiedzi. Podejrzewała, że kontrahent ma rację, niemniej na sprzedaż za trzysta złotych nie zamierzała się zgodzić. W milczeniu pakowała nowalijki.

– Nic tam więcej nie ma? – spytał po chwili John Capusta, wciąż patrząc w okno roztargnionym wzrokiem.

Hania po namyśle wyznała, że jest coś więcej. Jeszcze jedna koperta, ale do ręki mu jej nie da, bo pieczęcie łatwo połamać. Jakby kupował, to i z tym, ale jak nie, to nie.

– Kto mówi, że nie? Ja bym może i kupił, ale pani wymyśla takie ceny, że skóra cierpnie. Obejrzałbym to jeszcze raz powolutku i na spokojnie…

Po południu John Capusta podniósł cenę na pięćset złotych, Hania zaś opuściła do czterech tysięcy. Operacja donoszenia dokumentów powtórzyła się trzykrotnie. John Capusta studiował przedmiot targu z niesłychaną dokładnością, papier po papierze odczytywał w skupieniu i cały czas robił sobie notatki. Trzymał się przy tym tych pięciuset złotych jak rzep psiego ogona, napomykając tylko niedbale, że bez obejrzenia ostatniego dokumentu, tego z pieczęciami, o sfinalizowaniu transakcji w ogóle mowy nie ma.

Sprawę ostatecznie przesądził Adam Dudek. Wieczorem, kiedy zostali sami, wyjawił żonie swój plan.

– Do tej parceli koło nas, to wiesz, Rada Narodowa ma prawo pierwokupu – rzekł tajemniczo, zdejmując buty. – Stary Marcinkowski chce sprzedać, a nam potrzebna, że no! Do zarżnięcia! Musiałbym taką łapówkę dać, że niech ręka boska broni. No więc wywiedziałem się już, tak delikatnie, że jak będziemy mieli jakie zasługi, to im będzie nijako się upierać i pozwolą nam kupić. Zasługa jak z nieba spadła!

– Jaka zasługa? – spytała Hania nieufnie, bo Adam zamilkł przekonany, że powiedział już wszystko.

– No, jak to jaka? Darowizna dla muzeum. Z hukiem to trzeba załatwić, z wielkim gadaniem, z zaświadczeniami, z czym się da.

– Co do huku, to masz z głowy, bo nasze dzieci już po całym mieście roztrąbiły, że znaleźliśmy Bóg wie jaki skarb i oddajemy do muzeum.

– Roztrąbiły? – ucieszył się Adam. – Złote dzieci, niech im będzie na zdrowie! Zaraz jutro tam się wybiorę. Skrzynkę też im oddamy, żeby nie było, że skąpimy.

Hania syknęła, jak ukąszona. Pomysł męża sam w sobie nie był głupi, papierów nie żałowała, skoro John Capusta nie chciał dać więcej… Możliwość zakupu parceli tuż obok ich ogrodu była na pewno więcej warta niż te idiotyczne pięćset złotych. Ale skrzynka…? Taka porządna żelazna skrzynka…!

Stanęło w końcu na tym, że o skrzynce zadecyduje muzeum. Jeżeli okażą obojętność, Adam przyniesie ją z powrotem, jeśli jednak rzucą się tam na nią z pazurami i roziskrzonym wzrokiem, trudno, zostawi. Za zysk z parceli Hania kupi sobie tysiąc żelaznych skrzynek, a teraz nie ma o czym gadać.

W urobieniu przychylnej Adamowi opinii publicznej wydatnie dopomogły nie tylko dzieci, ale także Staszek Bielski, któremu przyjemnie było pomyśleć, że uczestniczył w znalezieniu czegoś niezwykle cennego. Papiery ze skrzynki w ciągu kilku godzin zestarzały się o dobre kilkaset lat. W Radzie Narodowej już z góry było wiadomo, że Adam Dudek dokonuje wiekopomnego czynu i trzeba go będzie moralnie wynagrodzić…

* * *

W pokoju konserwatora muzeum w Liwiu siedział oficjalny zastępca kustosza, Michał Olszewski, historyk sztuki. Ukończył studia rok temu i to była jego pierwsza praca. Miał dwadzieścia pięć lat, całe życie przed sobą i wielkie nadzieje na przyszłość.

Siedział w pokoju konserwatora, bo w gabinecie kustosza urzędował konserwator, który de facto pełnił obowiązki administracyjne. Od chwili kiedy kustosz poszedł na dwuletni urlop macierzyński, w muzeum nastąpiło lekkie pomieszanie funkcji. Konserwator, wieloletni, doświadczony pracownik muzealnictwa, automatycznie przejął czynności kierownicze, Michał zaś zajął się porządkowaniem i konserwacją wszystkiego z wyjątkiem malarstwa. Przy renowacji malarstwa pozostał prawdziwy konserwator, wykazujący w tym kierunku nieprzeciętne talenty.

Michał siedział przy biurku, oglądał przez okno obłoki na wiosennym niebie i wyobrażał sobie nadzwyczajne rzeczy. Przed oczami duszy jawiły mu się liczne dzieła sztuki urody zupełnie niepowtarzalnej. Przez całe swoje życie marzył o pracy wśród zabytkowych arcydzieł, o wstrząsających odkryciach, o wynajdowaniu i ocalaniu antyków, jakich świat nie widział, o wyciąganiu na światło dzienne historycznych pamiątek i prezentowaniu ich na wszystkie strony. Marzył o przepychu sal muzealnych, pełnych bogactw. Przez całe lata cierpiał straszliwe katusze, natykając się na zaniedbania i marnotrawstwo, na dzieła sztuki poniewierające się po piwnicach, magazynach i strychach nie tylko domów prywatnych, ale także budynków muzealnych. Krew się w nim burzyła i serce zamierało, zaciskał zęby i z całej duszy postanawiał sobie poprawiać świat. Wynajdywać wszystko, każde wielkie dzieło i każdą drobnostkę, odnawiać, czyścić, pielęgnować i pokazywać. Pokazywać wszystkim jak leci: dzieciom i dorosłym, obcokrajowcom i tubylcom, intelektualistom i analfabetom, komu popadnie, bez różnicy płci, wieku i urzędu. Informować, opowiadać, budzić miłość i szacunek dla historii sztuki, uhistorycznić, ukulturalnić, uartystycznić społeczeństwo! Pazurami wydrzeć te zabytki zewsząd, gdziekolwiek się marnują, odkupić, wyżebrać, w ostateczności nawet ukraść! Stworzyć muzeum, któremu Luwr nie byłby godzien butów czyścić!

Innymi słowy, był absolutnym, nieuleczalnym maniakiem, idealistą i zapaleńcem w swoim zawodzie.

Muzeum, w którym pracował, odbiegało od marzeń w sposób rażący. Zawierało trzy eksponaty na krzyż, w dodatku była to głównie broń, samopały od siedemnastego wieku wzwyż, a zatem, jak na potrzeby Michała, przedmioty za młode i za mało artystyczne. Najstarsze w zbiorach były halabardy, do których też żywił największy sentyment. Dając wyraz uczuciom, w wielkiej tajemnicy i bez świadków, czyścił je, polerował, nawet ostrzył, i zawsze miał pod ręką co najmniej dwie.

Za oknem, na niebie, ukazało się wielkie stado wron, a równocześnie zawarczał jakiś zbliżający się samochód. Samochód był przedmiotem obrzydliwie nowoczesnym, samym warkotem usunął z obłoków ów czarowny obraz arcydzieł. Pełen rozgoryczenia na rzeczywistość, a zarazem jakiejś rozpaczliwej chęci działania, wciąż zamyślony Michał wstał z krzesła i roztargnionym ruchem zdjął ze ściany halabardę.

Drąg był dość ciężki i nieporęczny. Michał ujął go krzepko w połowie, niejasno myśląc, że miał toczyć walkę o dzieła sztuki. Zaprzątnięty ową mglistą myślą uczynił mimowolny zamach halabardą. Zamach wydał mu się jakoś nieodpowiedni dla narzędzia, uczynił zatem drugi zamach. Też nie najlepszy. Nagle zainteresowany fechtunkiem, spróbował kilku innych gestów i już po chwili dźgał i ze świstem przecinał powietrze z takim zapałem, jakby miał przed sobą przeciwnika, który w wilgotnej piwnicy ukrywa nieodporne na wodę skarby sztuki sprzed pięciuset lat.

Oczywistą jest rzeczą, że na ten właśnie moment trafił Adam Dudek, który furgonetką przywiózł swoją skrzynię. Muzeum było otwarte, ale puste, nie wiedział, gdzie się udać, zapukał zatem do najbliższych drzwi na lewo. Nie czekając na zaproszenie, bo skrzynia ciążyła mu solidnie, nacisnął klamkę i uchylił drzwi.

Coś ze straszliwym świstem przecięło powietrze przed samym jego nosem. Miotnął się do tyłu, huknął łokciem w futrynę, ciężar wymknął mu się z rak i gruchnął o podłogę. Świszczące coś zamigotało, błysnęło zygzakiem i z potężną siłą wbiło się akurat w rozsypaną zawartość skrzyni tuż pod jego nogami..

Nie wiadomo, kto przeraził się bardziej: śmiertelnie zaskoczony Adam czy też Michał, któremu zrobiło się upiornie gorąco na myśl, że omal nie przebił człowieka. W ostatniej chwili zdążył zmienić kierunek morderczego pchnięcia! Osłabł nagle z wrażenia i trwał w bezruchu wsparty na halabardzie, wspominając ze zgrozą, że właśnie ją świeżo naostrzył…

Skrzynia upadła na bok, wieko z rozmachem otwarło się już w locie, papiery wyleciały i halabarda trafiła dokładnie w środek wielkiej koperty, łamiąc trzy czerwone pieczęcie. Adam spojrzał na to i zdrętwiał do reszty. Obaj zamarli na długą chwilę, wpatrzeni w połamane pieczęcie, nie śmiąc spojrzeć na siebie nawzajem.

Adam oprzytomniał pierwszy, bo zamajaczyła mu myśl o Hani. Poczuł, że musi coś zrobić, i spróbował szerzej otworzyć drzwi.

– Można? – spytał bardzo ostrożnie.

Michał również ocknął się z drętwoty. Poderwał halabardę i czym prędzej odwiesił ją na ścianę.

– Proszę, proszę – rzekł zachęcająco. – Zaraz panu pomogę… Pan w jakiej sprawie?

Adam przelazł przez skrzynię, przykucnął i wepchnął z powrotem sponiewierane papiery. Wspólnym wysiłkiem postawili żelazne pudło na biurku. Michał mimo woli zainteresował się pięknym barokowym ornamentem na wieku. Zły trochę na siebie, a trochę na gościa, wszelkimi siłami starał się wyglądać godnie, poważnie i nobliwie, niedokładnie słuchając wyjaśnień. Treść opowieści Adama zaczęła do niego docierać dopiero w połowie, porzucił wieko, zajrzał do skrzynki, obejrzał papiery i całkowicie uronił dalszy ciąg.

Po krótkiej chwili Adam zorientował się, że młody człowiek w ogóle go nie słucha. Zamilkł ponuro i patrzył, jak ten pomylony kustosz wyciąga dokumenty ze skrzynki, bez widocznego trudu czyta skomplikowane zawijasy, zachłannie sięga po następne, jak stopniowo policzki zaczynają mu płonąć, a uszy czerwienieć, oczy zaś iskrzą się podejrzanym blaskiem. Spłoszył się mocno i jął przemyśliwać, czy nie lepiej byłoby machnąć ręką na wszystko i czym prędzej stąd uciec.

Michał, nie wierząc własnym oczom, przeglądał dokumenty. Stopniowo ogarniała go fala wzruszenia tak potężna, że musiał jej dać ujście. Oderwał się od cudownej lektury, żeby coś zrobić, ryknąć gromko, fiknąć kozła, rzucić się w prysiudy, nic jednakże nie zrobił, bo wzrok jego padł na spłoszonego Adama, i uprzytomnił sobie, że ma świadka. Adam wydał mu się postacią niebiańską, przebaczył mu natychmiast to złapanie go na wygłupach z halabardą i gotów był wywijać dla jego rozrywki nawet lufą armatnią.

– Panie, rany boskie, skąd pan to ma?! – wykrzyknął w radosnym oszołomieniu. – Przecież to skarb, istny skarb!

– Przecie mówię, skąd mam, ale pan nie słucha – odparł Adam z lekkim wyrzutem.

– Ależ skąd, słucham, oczywiście! Niech pan powtórzy jeszcze raz!

Adam cierpliwie powtórzył od początku całą opowieść o znalezieniu skrzynki pod posadzką piwnicy. Z szaleńcem wolał nie zadzierać. Michał słuchał tym razem z największą uwagą.

– Skąd to się to znalazło? – spytał zdumiony. – I jakim cudem ocalało pomimo wojny?

– Tam mieszkał jeden notariusz – wyjaśnił Adam. – Jeszcze przedwojenny. On sobie budował dom przed samą wojną i zanim co, ojciec mu wynajął ten nasz. No i on tam mieszkał. Tyle że miał żonę Żydówkę, więc jak Niemcy przyszli, od razu ich wygarnęli do ostatniego człowieka. Znaczy nie całkiem, bo garkotłuk został i przez tego garkotłuka dom ocalał.

– Jak to? Przez jakiego garkotłuka?

– A przez ich kuchtę. Mieli taką kuchtę, co od samego początku kombinowała z Niemcami. Szkopy zostawiły jej ten dom, całą wojnę w nim mieszkała, ochlaje im urządzała, z wizytami chodzili, jeszcze jej dopłacali. Dziewucha, nie powiem, była jak rzepa, z dzieciństwa ją pamiętam, tyle że wredna. To ona doniosła na notariuszową, że Żydówka. No, ale dzięki niej, jak notariusza wzięli, domu nie spalili, nie rozgrabili, został w porządku i wojnę przetrzymał. A kuchta gdzieś przepadła i nikt jej nie żałował.

– Wie pan może, jak się ten notariusz nazywał?

– Wiem. Przypomniałem sobie. Łagiewka Bolesław.

– I myśli pan, że to on schował?

– A któż by inny? Nikt więcej tam wtenczas nie mieszkał, myśmy się przygarnęli kątem przy rodzinie, bo notariusz dobrze płacił. Ojciec dom postawił i pieniędzy już mu nic nie zostało. A notariusz widać przeczuł, co będzie, i papiery w piwnicy zamurował, żeby chociaż tyle ocalić.

– Kiedy pan to znalazł?

– Przedwczoraj. Znaczy, jedenastego.

– Łagiewka Bolesław… – powtórzył Michał i znów poczuł się wzruszony. Zajrzał do skrzynki. Łagiewka Bolesław, prawdopodobnie w prostej linii wnuk albo prawnuk tamtego Łagiewki, który sto lat temu sporządził te dokumenty i którego podpisy tu widnieją. Przedwczoraj, jedenastego… To znaczy, że dzisiaj trzynasty. Trzynaście, cóż to za prześliczna liczba…

Adam Dudek pomyślał właśnie, że diabli nadali tego trzynastego, zawsze to pechowy dzień. Musiał trafić na obłąkańca, który znów nie słucha, co się do niego mówi, a Adam zaczął właśnie o zaświadczeniu. Zaplątał się trochę, bo właśnie chodziło mu o coś mocniejszego niż zaświadczenie, jakieś podziękowanie albo co…

Do Michała dotarło nagle, że przybysz coś jąka. Czegoś chce. Gotów był dla niego na wszystko. Adam, spocony ze zdenerwowania, mamrotał coś o radzie narodowej, parceli i prawie pierwokupu. Michał nic z tego nie rozumiał, ale z całego serca chciał mu dogodzić. Zaświadczenie o przekazaniu podarunku, oczywiście, to się rozumie samo przez się, urzędowe podziękowanie…

Znów przestał zwracać uwagę na gościa, bo oko jego padło na kopertę z połamanymi pieczęciami. Widniało na niej kilka napisów, jakby spis zawartości, a pierwszy z nich brzmiał: „Testament Jaśnie Wielmożnej Pani Zofii z Chmielewskich Bolnickiej spisany przez notariusza Bartłomieja Łagiewkę w dniu 11 kwietnia roku pańskiego 1901, w dwudziestą piątą rocznicę ucieczki z domu Jaśnie Wielmożnej Panny Katarzyny Bolnickiej”.

Michał nie był specjalnie przesądny, ale osobliwa zbieżność dat przyprawiła go o bicie serca. Poczuł, że do reszty traci równowagę. Cudowny facet przyniósł te nadzwyczajne rzeczy, ale cudownego faceta trzeba się wreszcie pozbyć, żeby móc je spokojnie przeczytać. Dojrzał tam już coś zupełnie nieprawdopodobnego i chory będzie, jeśli się tym nie zajmie!

Adama zaczęła już ogarniać beznadziejna rozpacz, kiedy muzealny szaleniec eksplodował nagle dziką energią. Zerwał się z miejsca, wywlókł Adama z budynku, wrócił po jakieś pieczątki do gabinetu kustosza, drugi raz wrócił po papier, trzeci raz zawrócił, żeby zamknąć drzwi. Ciągnąc go za sobą, wykrzykiwał coś o Urzędzie Stanu Cywilnego. Zdesperowany Adam opierał się z całej siły, aż dotarły do niego chaotyczne wyjaśnienia, że maszynistka w USC pisze najpiękniej w całym województwie. Wówczas zaniechał oporu i zaproponował, żeby może jednak nie lecieć czterech kilometrów piechotą, tylko pojechać do Węgrowa jego furgonetką. Zawrócili już od szosy i galopem popędzili do furgonetki.

W godzinę później sprawa była całkowicie załatwiona. Uszczęśliwiony Adam udał się do domu z pismami, których ton był tak entuzjastyczny, że mógł zastąpić bez mała Złoty Krzyż Zasługi, a Michał został wreszcie sam. Wrócił do muzeum, zamknął się na klucz i zasiadł do czytania.

Uroczyście, z uczuciem, że wstępuje do raju, wyciągnął przede wszystkim coś, co wstrząsnęło nim na pierwszy rzut oka. Dokument nosił tytuł: „Spis majętności zgromadzonych przez JW Panią Zofię Bolnicką, oddanych w depozyt Bartłomiejowi Łagiewce dla przyszłego przekazania jej spadkobiercom zgodnie z ostatnią jej wolą, wyrażoną w testamencie z dnia 11 kwietnia a.d. 1901”. Początek dokumentu był w doskonałym stanie, środek i koniec natomiast uległy pewnemu zniszczeniu na skutek gorszej jakości papieru i były prawie nieczytelne.

Poniżej tytułu widniała długa lista. Od pierwszej pozycji Michała zaczęło dławić w gardle, pierwsza pozycja wymieniała bowiem rubli w złocie 15 tysięcy i uświadomił sobie natychmiast, jakie okazy numizmatyczne stanowią owe ruble. Przy drugiej zaparło mu dech w piersiach. Wypisana tam była jak byk informacja, że chodzi o dwa tysiące sztuk różnych monet złotych i srebrnych, z dawna nie używanych w obiegu, w tym tak zwanych bizantynów, solidów, groszy polskich, dukatów, talarów i innych. Następnie czytał dalej opis klejnotów i ozdób, aż musiał wstać i napić się wody, dotarł bowiem do świecznika, przed trzystu laty zakupionego od potomka rodu, w którym stanowił łup z wypraw krzyżowych. Przy starodawnej ozdobie głowy, z trzystu pereł wykonanej, pociemniało mu w oczach, zaś po serwisie srebrnym roboty krakowskiego złotnika, wykonanym przed samą śmiercią królowej Jadwigi, przestał czytać. Przetarł oczy, potrząsnął głową, rozmazał sobie po twarzy resztkę nie wypitej wody i zaczął jeszcze raz od początku

Dalszy ciąg tekstu, poniżej serwisu, był piegowaty i lektura jęła stwarzać pewne trudności. Michał z mozołem odszyfrował wybrakowane litery, ze wstrętem myśląc o kupcu, który dostarczył notariuszowi zły papier. W całości udało mu się odczytać tylko informację o portrecie babci pani Zofii, namalowanym z czystej sympatii do niej przez mistrza Bacciarellego, reszty mógł się najwyżej domyślać. Gorąco mu było przeraźliwie, twarz go paliła, czuł niemal zawrót głowy, oczyma duszy z niesłychaną dokładnością widział każdy opisywany przedmiot. Wstał z krzesła, wykonał przy oknie kilka głębokich wdechów i wydechów, przyniósł sobie następną szklankę wody i zaczął czytać po raz trzeci.

Doczytawszy w upojeniu do końca, uprzytomnił sobie wreszcie, co czyta. Spis przedmiotów oddanych w depozyt… Notariusz wziął to wszystko w kupie, tu jest spis, a gdzie przedmioty…?

– Na litość boską, co się z tym wszystkim stało?! – wyjęczał rozdzierająco w kierunku okna i po chwili dodał półgłosem: – Spokojnie, Michałku, tylko spokojnie…

Odsunął wstrząsający spis i przystąpił do dalszego przeglądania zawartości skrzynki. Wśród licznych aktów kupna i sprzedaży najrozmaitszych obiektów znalazł notatki odmiennej treści. Jedna z nich głosiła:

„W pierwszą rocznicę śmierci mojego świętej pamięci nieboszczyka ojca, Bartłomieja Łagiewki, stwierdzam jako stan bieżący spadek po świętej pamięci Zofii Bolnickiej. Dobra w zarządzie moim z pomocą boską i Antoniego Włókniewskiego. Katarzyna z Bolnickich Wojtyczkowa ciągle żyje”.

Dalej następowała data: 4 lutego 1905 roku.

Tej notatki Michał w pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiał. Po długim namyśle wywnioskował z niej, że w dniu 4 lutego 1905 roku spadek po owej Bolnickiej nie został jeszcze przejęty przez spadkobierców. Całość przedmiotów wymienionych w spisie wciąż spoczywa w depozycie, teraz już u syna owego notariusza, który sporządzał testament. Co jednakże miała oznaczać wzmianka o życiu Katarzyny z Bolnickich Wojtyczkowej?

Niesprecyzowana, niejasna, dławiąca wzruszeniem nadzieja tknęła go w serce. Gorączkowo jął grzebać w pozostałych papierach i trafił na oddzielną kartkę, z września 1939 roku. Podpisany był na niej Bolesław Łagiewka, który zanotował następujące słowa:

„Do wiadomości ewentualnych wykonawców: Katarzyna Wojtyczkowa żyje nadal. Paulina de domo Wojtyczko, primo voto Włókniewska żywa i zdrowa. Reszta bez zmian zgodnie z wolą testatorki”.

Michałowi znów zrobiło się nieznośnie gorąco. Opadł na krzesło, przechylił się na oparcie i przycisnął dłońmi płonące uszy. Niesprecyzowana nadzieja nabrała wyraźniejszych kształtów. W 1939 roku spadek nadal pozostawał w depozycie, a tajemnicza Katarzyna z Bolnickich Wojtyczkowa miała z tym coś wspólnego. Wywierała na to jakiś wpływ przez sam fakt, że żyła. Mignęło mu w głowie, że cholernie długo żyła… Niemniej, jeżeli w 1939 roku istniał pewien stan, to ten stan istniał nadal, ponieważ testament przez ostatnie trzydzieści pięć lat spoczywał pod posadzką w piwnicy Adama Dudka. Przedmioty ze spisu, ów bajeczny skarb, leżą gdzieś w depozycie. Leżą… Zaraz, czy jeszcze leżą? Była wojna, a potem trzydzieści lat…

Michał oderwał plecy od oparcia, chwycił spis i zaczął go uważnie studiować pod innym niż poprzednio kątem widzenia. Każdy przedmiot wałkował w myślach, oglądał oczyma duszy, wyobrażał sobie, starał się porównać z innymi. Pamięć miał znakomitą, a przez ubiegłe dziesięć lat, wiedziony swoim maniactwem, nabywał wiedzę o zabytkowych dziełach sztuki. Badał je, czytał o nich, szperał, zbierał wszelkie informacje, plotki i anegdoty, oglądał, co tylko się dało obejrzeć, pętając się o głodzie i chłodzie po całej Europie, i śmiało mógł o sobie powiedzieć, że jak mało kto wie, co się gdzie znajduje. Pamiętał, co istniało w Polsce przed wojną, co zostało wywiezione i ukradzione, co odnaleziono, odzyskano i odkryto po wojnie. O zabytkowych dziełach sztuki wiedział właściwie wszystko i teraz oto stwierdzał oś wstrząsającego.

Z całą pewnością ani jedna z opisanych tu rzeczy nie ukazała się nigdzie. Kompletnie nigdzie, nie tylko w Polsce. O przedmiotach tej klasy, o takich okazach numizmatycznych, gdyby się gdzieś pojawiły, musiałoby się coś słyszeć. Bodaj o jednym… Nie stanowią i nigdy nie stanowiły całości, są chaotycznym zbiorowiskiem absurdalnych bogactw, jedno od Sasa, drugie od lasa, bez wątpienia zostałyby rozparcelowane między różnych zbieraczy. Nie istnieje taki człowiek, który by przez tyle lat nie puścił czegoś w świat albo dla pieniędzy, albo by wymienić na coś innego. A tu nic, o ani jednej sztuce nigdy nawet nie słyszał. A zatem…

Michał na moment znieruchomiał. Zamknął oczy, potem otworzył je i spojrzał wprost w ciemniejące niebo, po którym płynęły różowe obłoki, pędzone łagodnym zefirem. Ani nieba, ani obłoków w ogóle nie zauważył, dla odmiany zrobiło mu się zimno i musiał zebrać wszystkie siły, żeby wreszcie sprecyzować tę niesłychaną, niewiarygodną, olśniewającą myśl.

A zatem cały ten spadek, cały ten depozyt, cały ten oszałamiający, nieporównywalny z niczym skarb wciąż jeszcze leżał gdzieś w ukryciu, tam gdzie ulokował go stary notariusz, Bartłomiej Łagiewka, na zlecenie swojej klientki, Zofii z Chmielewskich Bolnickiej…

Mniej więcej po kwadransie Michał Olszewski stał się na nowo zdolny do myślenia. Potężna, ekstatyczna radość dodawała mu skrzydeł i wzmagała bystrość umysłu. Fakt istnienia jakichś tam spadkobierców na razie zlekceważył całkowicie, nie wątpił, że uda się ich namówić do sprzedaży, jeśli tylko muzeum zdoła kupić. A nawet jeśli nie, z pewnością zgodzą się to zabezpieczyć, sfotografować, opisać, pokazać ludziom… Grunt, że będzie istniało w kraju niejako na wierzchu, dostępne. Wywozu, na szczęście, zakazują przepisy…

Jedyna trudność to odnaleźć ów skarb. Niewątpliwie został dobrze ukryty, jeśli udało mu się przetrwać do tej pory. Gdzie też stary notariusz mógł znaleźć odpowiednią kryjówkę? Zapewne zakopał… Michał obliczył mniej więcej objętość depozytu i wyszła mu skrzynia o rozmiarach biurka konserwatora. Można zakopać taką skrzynię, można zakopać nawet większe przedmioty, tylko gdzie?!

Obejrzawszy dokładnie wszystkie znajdujące się w skrzyni papiery, Michał niezbicie stwierdził, że na ten temat nie ma tam żadnej informacji. Zostawał tylko testament. Gdyby pieczęcie wielkiej koperty pozostały nie naruszone, zapewne zawahałby się przed jej otwarciem, na szczęście jednak pieczęcie połamały się dobrowolnie. Testament stanowił ostatnią szansę.

Biorąc do ręki nadwerężoną kopertę, Michał po pierwsze zauważył, że już zapadła głęboka noc i w pokoju świeci się lampa, którą zapewne sam zapalił, chociaż nic o tym nie wie, po drugie stwierdził, że jest nieprzytomnie głodny, a po trzecie pomyślał, że coś tu nie gra. Coś jest nie w porządku. Testament otwiera się po śmierci testatora i w obecności spadkobierców. Skąd wiadomo, co należało zrobić z tym spadkiem pozostawionym w depozycie? Oczywiście z testamentu. A zatem ten testament musiał już być otwierany i czytany. Zaraz… Ale jeżeli wykonawcą został ten sam notariusz, który go pisał, siła rzeczy musiał znać jego treść bez otwierania. Synowi wszelkie informacje mógł przekazać ustnie. No więc w końcu co…

Konieczność odnalezienia przecudownego skarbu pchała do działania. Michał zaniechał rozważań i otworzył kopertę.

Wewnątrz znajdowały się dwa testamenty i notatka notariusza.

Z rozpędu Michał rozłożył pierwszy z brzegu papier. Jakiś Kazimierz Chmielewski w dniu 7 sierpnia roku pańskiego 1874 zapisywał testamentem wszystko, co posiada, JW Pannie Katarzynie Bolnickiej, córce Włodzimierza i Zofii, lub też potomkom rzeczonej Katarzyny. Nie czytając dalszego ciągu, gdzie była mowa o jakichś gruntach, młynach i złocie, Michał odłożył niecierpliwie ten dokument i sięgnął po następny. Tak, to było to. Znów pieczęć i suchy rozkaz: „Otworzyć po śmierci Katarzyny z Bolnickich Wojtyczkowej”.

Przelotnie pomyślawszy, że ta Katarzyna do tej pory już chyba wreszcie umarła, Michał z determinacją odciął pieczęć. Treść ogarnął niemal jednym rzutem oka, po czym zaczął czytać dokładniej. Niżej podpisana Zofia z Chmielewskich Bolnicka, zdrowa na umyśle, acz z racji wieku nieco poszkodowana na ciele, zapisywała Paulinie Wojtyczko, córce Katarzyny z Bolnickich Wojtyczkowej, zaślubionej wbrew woli rodziców Antoniemu Wojtyczko, potężny majątek, pochodzący z następujących źródeł: primo, posag zebrany dla Katarzyny, którego pozbawiona została uciekłszy z domu i zawarłszy niepożądany mariaż; secundo, spadek po Kazimierzu Chmielewskim przeznaczającym swoją fortunę Katarzynie lub jej potomkom, w tym wypadku jej potomkom; tertio, majątek odziedziczony po świętej pamięci siostrze pani Zofii Bolnickiej, Marii hrabinie Lepieżyńskiej; quarto, drobną część dóbr pani Zofii w postaci klejnotów, sprzętów i jednego portretu. Całość powyższych majętności zawierała w sobie cztery folwarki w rozmaitych miejscach, dwa młyny, dużo lasu z dwoma tartakami, gorzelnię i browar, co do którego zawarta była umowa o dostawę chmielu z kupcem rosyjskim, niejakim Fiodorem Wasiliewiczem Kolczewem, ważna przez dwadzieścia lat. Michał przypomniał sobie, że widział tę umowę wśród dokumentów, i pomyślał, że już pierwszej wojny światowej chyba nie przetrzymała.

Czytał dalej. Podstawę majątku stanowiły pieniądze korzystnie ulokowane w rozmaitych przedsięwzięciach. Oprócz nich istniała gotówka w postaci piętnastu tysięcy rubli w złocie, jako też liczne przedmioty użytkowe i ozdobne, niezmiernie cenne, wyszczególnione w osobnym spisie, złożone w skrzyni drewnianej, okutej żelazem, którą na przechowanie oddaje się wykonawcy niniejszego testamentu, notariuszowi Bartłomiejowi Łagiewce, wraz z kluczami, obligując go w imię Boże do starannej pieczy i uchronienia dóbr przed wszelkim niebezpieczeństwem. Tegoż Bartłomieja Łagiewkę pani Zofia Bolnicka zobowiązała także do pieczy nad pozostałym majątkiem, oddając mu w zarząd owe folwarki i młyny, aż do chwili przekazania legatu spadkobiercom. Warunkiem owego przekazania, warunkiem absolutnie bezwzględnym, miała być śmierć Katarzyny z Bolnickich Wojtyczkowej, której najstarsza córka nie miała prawa niczego odziedziczyć za jej życia. Skromną resztę swoich majętności pani Zofia przekazywała jedynemu pozostałemu przy życiu synowi, Bogumiłowi Bolnickiemu, bez żadnych warunków i zastrzeżeń.

W osłupieniu doczytawszy do końca ten oryginalny testament, Michał ujrzał pod spodem podpisy świadków. Było ich dwóch. Jakiś Damazy Mieniuszko i jakiś Franciszek Włókniewski. Tego Włókniewskiego już gdzieś widział, wpadł mu w oko…

Szybko odnalazł dwie wzmianki o Włókniewskim. Młodszy Łagiewka zarządzał dobrami pani Zofii z pomocą boską i Antoniego Włókniewskiego, musiał to być zapewne syn Franciszka. I drugie: Paulina de domo Wojtyczko, spadkobierczyni Zofii Bolnickiej, wyszła za mąż za któregoś Włókniewskiego, sądząc z dat, prawdopodobnie za syna Franciszka, tego Antoniego lub innego… Franciszek był jednym ze świadków, znał treść testamentu, nic dziwnego, że ożenił syna z córką Katarzyny! Dziwne raczej, że nie przyśpieszył opuszczenia przez nią tego padołu…

W serce tknął go nagły niepokój. Zaraz, jeżeli Włókniewski ożenił się z córką Katarzyny, jeżeli wiedział od ojca o treści testamentu, czy nie zrobili tam jakiegoś kantu ze spadkiem? Nie czekali na śmierć Katarzyny… Nie, wykluczone, ostatni potomek rodu notariuszy, Bolesław Łagiewka, w 1939 roku napisał jak byk: „ Reszta bez zmian, zgodnie z wolą testatorki”. Skoro zgodnie z wolą, to znaczy, że za życia Katarzyny nic nie dostali.

Michał przestał odczuwać głód. Już zagłębił ręce w stosie papierów z zamiarem szukania wieści o Włókniewskich, kiedy przypomniał sobie o notatce notariusza. Chwycił ją czy prędzej.

Stary Bartłomiej Łagiewka, czując zbliżającą się śmierć, na piśmie pozostawił zalecenia synowi, wyjaśniając przy okazji niektóre wydarzenia, związane z testamentem pani Zofii. Po pierwsze, treść testamentu miała pozostać absolutną tajemnicą aż do chwili jego realizacji. Obaj świadkowie przysięgli na krzyż bezwzględne milczenie. Po drugie, tak Franciszkowi Włókniewskiemu, jak i jego starszemu synowi, Antoniemu, można zaufać, przyjmując ich pomoc w zarządzaniu majątkiem, są to bowiem ludzie nieposzlakowanej uczciwości. Po trzecie, pani Zofia Bolnicka zmarła nagle, rażona apopleksją na wieść, że jej najstarsza wnuczka, Paulina, uciekła z domu, aczkolwiek Paulina, uciekając, nie miała na oku żadnego mariażu i udała się do Warszawy w celu podjęcia uczciwej pracy. Po czwarte, rażona apopleksją pani Zofia w ostatnich godzinach życia usiłowała jeszcze coś powiedzieć, co jej się na szczęście nie udało. Bartłomiej Łagiewka nie wątpi, że zamierzała wydziedziczyć swoją wnuczkę, do czego za żadną cenę był zdecydowany nie dopuścić, uważa bowiem, że Katarzyna de domo Bolnicka została ciężko skrzywdzona, i to przy jego udziale. Uchybił swoim obowiązkom, godząc się na pozostawienie w zawieszeniu testamentu Kazimierza Chmielewskiego, a uczynił to pod naciskiem pani Zofii, której niesłusznie ulegał, co niech mu Pan Bóg przebaczy. Niechże przynajmniej córka Katarzyny odziedziczy, co do niej należy. Po piąte, zobowiązuje syna do przekazywania wieści o miejscu ukrycia powierzonej skrzyni, o której mowa w testamencie, wyłącznie ustnie i tylko jednej osobie. Po szóste, nakazuje mieć oko na Paulinę i jej ewentualnych potomków, żeby w chwili śmierci Katarzyny nie było kłopotu z odnajdywaniem spadkobierców. Po siódme, poleca syna opiece boskiej.

Poniżej podpisu Bartłomieja Łagiewki widniała notatka wykonana ręką jego syna: „W dniu 5 września a.d. 1903 Paulina Wojtyczko poślubiła Franciszka Włókniewskiego i zamieszkała z nim w Warszawie, przy ulicy Zgoda 9, w oficynie na trzecim piętrze”.

W kompletnym osłupieniu Michał wpatrywał się w tę notatkę. Na litość boską, Paulina poślubiła Franciszka, faceta, który był prawie rówieśnikiem jej babki?! I ten Franciszek zamieszkał w Warszawie?! Niemożliwe!

Gorączkowo rzucił się do skrzyni. Było tam coś, z całą pewnością widział tam coś więcej o tych cholernych Włókniewskich! Jakieś zwyczajne, mało ważne rzeczy…

Wiosenny świt wstawał za oknem, kiedy Michał uspokojony w kwestii mariażu Pauliny Wojtyczko, odczytywał umowę dzierżawną, w której Franciszek Włókniewski oddawał w dzierżawę starszemu bratu Antoniemu, swoje grunta, odziedziczone po ojcu. Dalej był dokument, z którego wynikało, że Antoni spłacił Franciszka i objął całość majętności. Na myśl, że Paulina poślubiła jednak osobnika odpowiedniego wiekiem, Michał doznał ukojenia. Wciągnął się już bez reszty w dzieje tej dziwacznej rodziny, w której córki nagminnie uciekały z domu, a matki okazywały bezlitosną nieugiętość. Przy okazji dostrzegł kontrast między owym ukrytym majątkiem a trzecim piętrem w oficynie i wreszcie uwierzył ostatecznie, że starszy Franciszek Włókniewski do końca dochował tajemnicy.

Na kilka skromnych dokumentów, dotyczących Józefa Mieniuszki, syna Damazego, wedle których rzeczony Józef zaciągał długi i wyzbywał się gruntów, Michał nie zwrócił już uwagi. Z roztargnieniem obserwując zamglony wschód słońca pomyślał, że jakoś chyba do tych spadkobierców dotrze. Będzie musiał zacząć od Włókniewskich ze wsi, bo na wsi jednak mniej się zmieniło niż w mieście, szczególnie w Warszawie. Oficyny z trzecim piętrem nie ma już od trzydziestu pięciu lat, Bóg raczy wiedzieć co się mogło stać z Pauliną i Franciszkiem, możliwe jednak, że wiedzą coś o nich potomkowie Antoniego. Wiadomość o skrzyni notariusz miał przekazywać ustnie i wyłącznie jednej osobie. Któż mógł być tą osobą, którą wybrał sobie w obliczu wojny? Chyba tylko ktoś ze spadkobierców, nikt obcy. Trzeba ich znaleźć, tych potomków Katarzyny, i razem z nimi spróbować odgadnąć, co też mogła wykombinować Zofia Bolnicka do spółki ze starym notariuszem…

Z powiadomieniem władz muzealnych i milicji postanowił na razie jeszcze zaczekać. Mimo wszystko rzecz była niepewna, a przedwczesne rozgłoszenie sprawy mogło jej tylko zaszkodzić. Zdecydował się szukać na własną rękę, co nie powinno spowodować żadnych strat, bo skoro skarb wytrzymał do tej pory, wytrzyma i dalej. A myśl, że on sam, osobiście i własnoręcznie miałby odnaleźć i ocalić to wszystko…

Przecudowna, zuchwała, niebiańska myśl płonęła mu w duszy i zatykała dech w piersiach…

* * *

Indyki lazły drogą powoli i majestatycznie, co chwila wybuchając pełnym oburzenia gulgotem i nie zwracając najmniejszej uwagi na klakson i warkot samochodu. Przejechanie ich wydawało mi się niewskazane. Wlokłam się za stadem na jedynce, trąbiąc, porykując silnikiem i popychając zderzakiem pierzaste kupry bez żadnego skutku. Indyki zaparły się w sobie i nie zmieniały tempa.

Gruntowa droga była wysadzana drzewami, po jednej stronie ciągnęła się wieś, po drugiej łąka i pola, za nimi na horyzoncie czerniał las, bliżej trzciny na łące wskazywały miejsce usytuowania małego jeziorka, stawu czy też bagienka. Mogłam swobodnie kontemplować krajobraz, bo do indyków dołączyło wielkie stado gęsi, które do reszty zagrodziły drogę i wykluczyły dalszą jazdę. Wylazły z jakiegoś podwórka przede mną i przełaziły w poprzek, zmierzając ku łące.

Gdzieś tutaj, w tej okolicy, prawdopodobnie przy bagienku, znaleziono zwłoki nie zidentyfikowanego faceta, który miał przy sobie mój adres. Nie tylko mój zresztą. Tajemnicze zwłoki zaopatrzone były w adresy bez mała całej mojej rodziny; adres moich rodziców i mojej ciotki Lucyny w Warszawie, mojej kuzynki Lilki w Cieszynie, jej brata Henryka we Wrocławiu, nawet adres mojej drugiej ciotki, Teresy, w Kanadzie. Poza owymi adresami, starannie spisanymi na obszarpanym kawałku papieru, zwłoki nie posiadały nic i nie zdołano stwierdzić, kim były za życia.

Przesłuchani zostaliśmy oczywiście wszyscy solidnie i rzetelnie. Milicja okazała nam dużą uprzejmość, prezentując podobiznę nieboszczyka odpowiednio upiększoną, tak że wyglądał na niej prawie jak żywy i nie budził zgrozy, jak również nie domagając się oglądania go w naturze. Nikt z rodziny go nie znał. Nikt nigdy nawet nie widział go na oczy i było to pewne do tego stopnia, że nawet organa MO przestały żywić jakiekolwiek wątpliwości. Znaleziono owe zwłoki jesienią zeszłego roku, zadano nam parę tysięcy pytań i niczego nie wyjaśniono.

Już pod koniec wnikliwych dociekań padło między innymi pytanie, czy coś nam mówi nazwisko Mieniuszko. Mój ojciec, moja matka i ja od razu zgodnie stwierdziliśmy, że pierwsze słyszymy, moja ciotka natomiast, Lucyna, zamyśliła się.

– Chyba je kiedyś słyszałam – rzekła w zadumie, budząc błysk nadziei na twarzy pytającego kapitana MO. – Tak mi chodzi po głowie… Ale dotyczy to czasów, kiedy miałam szesnaście lat, więc wątpię, czy pana teraz zainteresuje. Poza tym i tak nie pamiętam, skąd mi się bierze.

Kapitan MO spojrzał na nią z nie skrywanym obrzydzeniem i zaniechał dalszych pytań.

Podobiznę denata zaprezentowano także Teresie w Kanadzie, o czym powiadomiła nas listownie, komunikując, iż ostatnio dostrzega niezwykły urodzaj na podejrzanych półgłówków. Jeden podejrzany półgłówek usiłował wypytywać ją o rozmaitych przodków, przychodził dwa razy, obcy człowiek, w ogóle go nie zna, drugi zaś, niezależnie od pierwszego i w jakiś czas później, podtykał jej fotografię jakiegoś faceta, który wyglądał na nieboszczyka, upierając się, że ona o nim coś wie. Nie wie i nie chce wiedzieć. Z osobami, które tak wyglądają, nie życzy sobie mieć do czynienia.

Wyjaśniliśmy jej, również listownie, że osobnika na zdjęciu słusznie wyglądał na nieboszczyka. Zaintrygował nas niezmiernie pierwszy półgłówek, który składał wizyty miesiąc przed znalezieniem zwłok i mógł mieć jakieś znaczenie, ale o nim również Teresa nic nie wiedziała. Po paru miesiącach przyjechała na wypoczynek do Polski i zagadkowość imprezy poruszyła wszystkich na nowo. Postanowiliśmy odbyć wycieczkę do Woli, żeby obejrzeć okolicę, która stanowiła ostatnie miejsce pobytu na tym padole dziwnego nieboszczyka, szczególnie, że okolica też była niejako rodzinna.

Moja mamusia i Lucyna bardzo na te wycieczkę nalegały, Teresa, na zmianę, to protestowała w popłochu, to wpadała w bojowy nastrój, raz odżegnując się od tajemniczej zbrodni, a raz upierając się ją wyjaśnić, niepewna przy tym, czy posłużyć milicji informacjami, o nawiedzających ją w Kanadzie podejrzanych półgłówkach, czy też przeciwnie, zataić ich wizyty starannie. Lucyna złośliwie wpierała w nią Mieniuszkę.

– Mieniuszkę znasz? – spytała życzliwie od razu w chwili powitania. – Lepiej przypomnij sobie wszystkich dawnych gachów, dużo ich było, na pewno znajdzie się między nimi i jakiś Mieniuszko…

Teresę rozwścieczyło to niewymownie, omal się nie pobiły w drodze z lotniska do domu. Przeszkodziła im ciasnota samochodu. Sponiewierawszy Lucynę, Teresa odżegnała się także i od Mieniuszki.

– Odczep się! – rzekła z furią. – Ta wasza milicja jest do niczego! Wypraszam sobie, żeby jakieś trupy nosiły przy sobie mój adres!

– Nasze adresy też noszą – zauważyła ugodowo moja mamusia.

– Wasze mogą sobie nosić, a mojego nie! O żadnych Mieniuszkach w życiu nie słyszałam! I w ogóle nie będę słuchać, zatkam sobie uszy! To trzeba wreszcie wyjaśnić, nie życzę sobie, żeby się za mną wlokły jakieś głupie zbrodnie!

– Toteż właśnie – powiedziała żywo moja mamusia. – Jedźmy tam!

– Gdzie?! Na miejsce zbrodni? Żeby i nas tam kto utłukł? Jeszcze czego…!

W tydzień później, wykorzystując ową zmienność nastrojów Teresy, pojechałyśmy obejrzeć okolicę, gdzie popełniono morderstwo powiązane z rodziną przez adresy z niepojętych przyczyn. Zabrałyśmy ze sobą siostrę ojca, ciocię Jadzię, która w cichości ducha czuła się głęboko skrzywdzona faktem, że jej adresu nieboszczyk nie posiadał, i żywo interesowała się familijną sensacją. Na drodze zatrzymał mnie drób, siedziałam zatem bezczynnie przy kierownicy, melancholijnie kontemplując sielski pejzaż i nie mając najmniejszego pojęcia o wydarzeniach, które sprowadziły mnie do tych gęsi, indyków i bagienka na łące…

* * *