Kocie worki - Joanna Chmielewska - ebook
lub
Opis

Jest to kontynuacja bestsellera Wszystko czerwone - po latach. „Straszny ryk wyrwał mnie ze snu późną nocą. Na moment zastygłam w obawie, że dom się wali, ale zaraz przypomniałam sobie o rezerwuarze. Uspokojona, doczekałam chwili zamilknięcia urządzenia i zasnęłam na nowo. - Proponuję, żeby w nocy powstrzymywać się od spuszczania wody – rzekłam o poranku. – Co wy na to? Wśród nocnej ciszy grzmi dubeltowo.” (fragment powieści)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 350

Popularność


JOANNA CHMIELEWSKA
KOCIE WORKI
© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011
ISBN 978-83-62136-21-6
Wydawnictwo Klin Warszawa, ul. Bruzdowa 117H tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53 e-mail: [email protected]
Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

– Ty, słuchaj – powiedziała do mnie Alicja dosyć złym głosem na swoim tarasiku w Birkerød. – Ja może i miałam Alzheimera, ale już mi przeszło. Zdaje się, że na ciebie. Może byś jakoś uporządkowała ten cały mętlik, którego udało ci się narobić?

– Który mętlik? – spytałam beznadziejnie, usiłując usiąść jakoś nieco wygodniej na jej kretyńskim fotelu ogrodowym, nie wiadomo do czego przeznaczonym, bo ani siedzieć, ani leżeć się na nim nie dawało.

Alicja, pochylona, próbowała doprowadzić do pionu fuksję, przewróconą dzikim wichrem parę miesięcy temu i rosnącą bardzo dziwnie, jakby pod kątem prostym. Rosła dziwnie, ale kwitła, na co patrzyłam z zazdrością.

Wyprostowała się. Fuksji nie. Zrezygnowała.

– Ten, którego narobiłaś w swoich książkach. I wzmogłaś autobiografią. Nikt już nie wie, co było rzeczywiście, a co wymyśliłaś, ale ja to, wbrew pozorom, pamiętam...

– O, nie! – zbuntowałam się gwałtownie. – Jeżeli mnie przypisujesz spodnie, których domagała się Dagmar...

– Spodnie zostały skorygowane – przerwała mi zimno Alicja. – I nawet ten, jak mu tam... Baobab... Bełkot...

Łypnęła na mnie okiem wyczekująco. Spróbowałam odgadnąć.

– Sądzę, że masz na myśli Blekota...?

– Blekota? Możliwe. On się nazywał Blekot?

– Blekot. O Baobabie nie słyszałam.

– Blekot... No, możliwe... Mała różnica, i to, i to roślina.

– Baobab trochę większy. I co ten Blekot?

Alicja porzuciła fuksję i z troską zaczęła teraz obmacywać suchą gałąź jabłoni, rosnącej nad naszymi głowami.

– Powinno się to ściąć. Złamie się samo i zleci komuś na łeb...

– Zleci gwarantowanie – zapewniłam ją, nastroszona nieco, bo sprawa Blekota dała mi się we znaki przed laty i do tej pory nie przestała mnie denerwować. – Należało ją ściąć już dawno. I co ten Blekot, pytam?

– Jaki Blekot...? A, Blekot! Blekot też został skorygowany. Nigdy nie był twoim przyjacielem, ani nawet gachem, pamiętam doskonale. Zdaje się, że on miał jakoś nietypowo na imię? Jeremiasz...? Alfred...?

– Ernest.

– Ernest, może być. Ale żadnego szczura ani żadnej nornicy nigdy tu nie było. Ponadto wszyscy mnie pytają, czy ze strony Anity to nie jest okropny nietakt, bywać u mnie, i dlaczego ją w ogóle wpuszczam za próg domu, skoro zamordowała tyle osób. Żadne wyjaśnienia nie pomagają i w końcu szlag mnie trafi.

– Dlaczego ciebie? – zdziwiłam się. – Nie ją? Niech ona wyjaśnia, a nie ty. Jej nie pytają?

– Oszalałaś, jej się boją. Zrobiłaś z niej wariatkę, a wariatów boją się wszyscy. Chociaż... – zastanowiła się. – Zdaje się, że ze mnie zrobiłaś jeszcze większą wariatkę.

– W takim razie za próg domu nie powinnaś wpuszczać i siebie...

Nie przyszło nam jakoś do głowy, że przede wszystkim za próg domu nie powinna wpuszczać mnie. Tymczasem wpuściła bez najmniejszego oporu i nawet ucieszona.

Przyjechałam do niej tym razem na samym początku lata po roślinki. Ogród Alicji kwitł, szalał i rozrastał się w dżunglę, zawierając w sobie okazy, jakich nigdzie w Europie nie mogłam dostać. Na innych kontynentach nie szukałam, bo przestało mi się podobać latanie samolotem, a pływać po oceanie mój samochód nie chciał.

Brałam od niej te cholerne roślinki już mnóstwo razy, od wielu lat, ale, nie wiadomo dlaczego, z reguły na jesieni. Nie chciały się przyjmować, nie rosły i zdychały, niezadowolone być może z zimy, która stanowczo za wcześnie nadchodziła. Poszłam w końcu po rozum do głowy i postanowiłam zacząć w czerwcu, żeby dać im dłuższy oddech.

Alicja od pierwszej chwili oprócz uciechy okazała i niezadowolenie, bo miałam zostać krótko, najwyżej tydzień z małym hakiem, a u niej właśnie wytworzył się luz i chętnie widziałaby dłuższą wizytę.

– Od paru dni jest cisza aż do dwudziestego czwartego lipca – oznajmiła. – Mogłabyś tu posiedzieć cały miesiąc, żadnych gości nie zapraszałam, pusto jakoś i jeszcze mi się zacznie w głowie przewracać od takiego świętego spokoju. Może zostań dłużej, co?

– Przecież cię denerwuję!

– No to co? Stęskniłam się za tobą. Dlaczego musisz wracać?

– Bo w tym roku goście przyjeżdżają do mnie. Poza tym, chcę posadzić zielska, te, które ukradnę u ciebie...

– Wcale nie musisz kraść, możesz wziąć zwyczajnie.

– Kradzione lepiej rosną. Wykopię je sobie, jak będziesz odwrócona tyłem. W ostatniej chwili.

Na razie niczego jeszcze nie wykopywałam, siedziałam na tarasiku i napawałam się atmosferą. Alicja w skupieniu obmacywała drzewo, nie porzucając w pełni tematu.

– Ten kretyn tu był – powiadomiła mnie nagle. – Ten Blekot. I dopytywał się o czerwoną lampę.

Prawie podskoczyłam, chociaż na tym właśnie ogrodowym krześle było to wręcz niemożliwe.

– Żartujesz...!

– Nie. Wcale. Był i pytał.

– Kiedy?!

– Nie pamiętam. Ale niedawno, w kalendarzu mam zapisane. Gdzieś na początku maja, jak kwitły tulipany. Przyjechał znienacka, bez zapowiedzi, i od razu uczepił się lampy...

– Przecież ci mówiłam, że to idiota!

– Idiota – zgodziła się Alicja. – Tyle zdołałam zauważyć sama, i to już dawno. Ale, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, o co mu chodziło.

Zainteresowałam się z lekkim wstrętem, bo Ernest Blekot, z którym miałam krótki kontakt zawodowy w samej wiośnie życia i którego nie widziałam potem na oczy przez prawie trzydzieści lat, pozostał w mojej pamięci jako postać obrzydliwa. Nie zewnętrznie, broń Boże! Zewnętrznie był wysokim, przystojnym facetem, z bujną czupryną i całkiem dorzeczną twarzą, charakter natomiast posiadał wredny, jak rzadko. Oszust, lizus, donosiciel, łgarz i złodziej. Nie kradł wprawdzie zegarków i portfeli, ale przywłaszczał sobie cudze pomysły, cudze osiągnięcia, cudze zasługi, cudze wszystko, jeśli tylko było warte zabiegów. Mojego własnego kuzyna wykolegował artystycznie, odbierając mu koncepcję projektu, inwestora i zyski materialne, a działo się to w moich oczach, właśnie wtedy, kiedy z nimi krótko pracowałam i też poniosłam straty, całe szczęście, że niewielkie. Jeszcze się chwalił paryską, tiulową halką żony, prezentowaną na fotografiach...! Odrażający zbuk.

I to ohydne indywiduum ośmieliło się w dziesięć lat później pojawić u Alicji i powołać na przyjaźń ze mną! Alicja rychło wywęszyła jego zalety wewnętrzne i przy najbliższej okazji rzuciła się na mnie z pazurami, jakich to ja, do cholery, przyjaciół na nią nasyłam, czym najpierw wpędziła mnie w kompletne osłupienie, a potem omal nie przyprawiła o apopleksję.

Trochę potrwało, zanim zdołałam wyjaśnić sprawę, za to uczyniłam to rzetelnie. Wśród wściekłych ryków i dzikich awantur udało mi się wreszcie wpoić w nią wiedzę o moim prawdziwym stosunku do wciąż jeszcze w tamtych czasach uroczego młodzieńca.

– Wyłysiał może? – spytałam teraz z dużą nadzieją.

– Nie, osiwiał trochę. Nawet mu z tym do twarzy.

– Szkoda.

– Ale utył. Gruby jak... powiedzmy... trzy czwarte wieprza.

– Wolałabym półtora. I co? Mam potworne podejrzenia, że nocował u ciebie.

– A jak? Oni wszyscy przecież nocują u mnie. Hotel dla nich nie istnieje, a do tego coś mi się widzi, że Blekot jest skąpy. Ze strasznym wysiłkiem wyciągnął butelkę wina. Oczywiście z promu.

– Jedną?

– Jedną.

– I nie koniak ani whisky! Zawsze był skąpy i widzę, że mu nie przeszło. Zaprosiłaś go?

– Skąd! – oburzyła się Alicja i wreszcie usiadła po drugiej stronie stołu. – Sam się przymówił.

– A ty z radosnym uśmiechem...

– Nie z żadnym uśmiechem, tylko z rezerwą. I nie mogłam odżałować, że łóżko w gościnnym pokoju jest przygotowane, bo byłabym nieprzyzwoicie zwlekała z wyciągnięciem pościeli. Nie miałam z czym zwlekać i zła byłam.

Zdziwiłam się.

– Łóżko miałaś przygotowane? Kto cię tak urządził?

– Ania była krótko przedtem i posprzątała po sobie. Te dziewczyny mają jakąś manię sprzątania. Któraś mi przestawiła i gdzieś upchnęła ostatnie koty w worku, nie mogę ich teraz znaleźć.

Zdziwiłam się ponownie.

– Ostatnie? Jeszcze je kupujesz? Urządzają licytacje?

– Urządzają, czasem na nich bywam po kumotersku. No dobrze, możliwe, że te ostatnie są sprzed paru lat, chociaż niektóre młodsze. Ale nie zdążyłam ich wypatroszyć i ciekawa jestem, co w nich jest.

– Podejrzewam, że masz więcej takich, których nie zdążyłaś wypatroszyć...

– Możliwe – zgodziła się Alicja i pomachała ręką koło ucha. – Komary latają, ja idę do domu. Zdaje się, że dawno nie piłam kawy. Jakby przyszedł jakiś facet, przypomnij mi, żeby ściąć tę gałąź...

Bardzo chętnie podniosłam się z okropnego fotela, pozbierałam ze stołu szklanki i papierosy i poszłam za nią do domu.

Koty w worku była to jedyna forma hazardu tolerowana, a nawet uwielbiana przez Alicję. Raz albo dwa razy w roku duńska kolej urządzała licytacje przedmiotów pogubionych w pociągach, w ten sposób, że przedmioty pakowano do worków jak leci, po czym licytowano worek, którego zawartości już nikt nie pamiętał i nie znał. Rzecz jasna, były to rzeczy, po które przez jakiś ustawowy okres czasu nikt się nie zgłosił, a znajdowało się wśród nich właściwie wszystko. Proszku do prania i rajstop Alicja miała już zapas na najbliższe dwieście lat, zaś oprócz tych podstawowych produktów raz trafiła na srebrnego lisa, raz na złoty zegarek, raz na złotą bransoletkę, raz na cudowną wełnę do tkania kilimów, którą oddała mi z wielką przyjemnością, dwa razy na złote obrączki, a mnóstwo razy na kosmetyki, kawę, żarówki, długopisy, paski do spodni, nowe majtki, bluzki, filiżanki, świeczniki i diabli wiedzą co jeszcze. Uciechę miała z tego nieziemską, a koszty opłacał już sam proszek do prania, bo cenę wywoławczą worka wyznaczano bardzo niską.

Sama byłam ciekawa, co zawierały w sobie te uprzątnięte koty w worku, ale nie zamierzałam ich szukać, nie rwąc się zbytnio do prac syzyfowych. Usiadłyśmy przy stole między kuchnią a salonem, Alicja wstawiła wodę na kawę.

Ściśle biorąc, usiadłam i natychmiast się podniosłam, bo usiadłam na czymś. Wyciągnęłam to spod tyłka i obejrzałam.

– O, ładne! – ucieszyłam się. – Co to jest?

Zajęta kawą Alicja nie zwróciła uwagi na moje pytanie. Położyłam kolorowe czasopismo obok siebie na stole i przypomniałam sobie coś innego.

– Czekaj, mnie tu nie gra. Blekot był dopiero co, w maju, a ty zdążyłaś zapomnieć, jak się nazywa? I twierdzisz, że nie masz sklerozy?

– Nie przedstawiał mi się przecież – odparła Alicja cierpko. – Przedstawił się poprzednio, dwadzieścia lat temu, i widocznie uważał, że to wystarczy, drugi raz nie musi. Rozpoznałam go z twarzy i pamiętałam właśnie, że jakoś tak się nazywa, Bukłak, Baobab, takie coś. Węszył po kątach.

Zainteresowałam się gwałtownie.

– Jak węszył?

– Podstępnie. I wydawało mu się, że nieznacznie.

– Powiedz to porządnie, bo węszenie Blekota jest niepokojące. MUSI być niepokojące!

Alicja usiadła z kawą przy stole i znienacka wróciła do pierwotnego tematu.

– O, właśnie! Napisałaś, że u mnie został zrobiony porządek i jeszcze sama byłaś taka strasznie pracowita, przeglądałaś papiery, układałaś, może nawet pedantycznie, co? A ja tak to puściłam na żywioł i robiłam tylko bałagan...

– Nic podobnego. Napisałam, że przeglądałaś i układałaś więcej.

– Nigdzie nie było napisane, że więcej. I taki porządek z tego wyszedł, jakiego nigdy dotychczas u mnie nie było...

– No i co ci to szkodzi, przecież od samego napisania on się nie zrobił.

– Ale Blekot się go czepiał!

– Blekot się czepiał porządku u ciebie? – zdumiałam się śmiertelnie. – A cóż go, do cholery, obchodził twój porządek?!

– Też bym to chciała wiedzieć. Wypytywał o tę kretyńską lampę, w ogóle nie słuchał jak mówiłam, że w życiu takiego paskudztwa nie miałam, koniecznie chciał ją zobaczyć, szukał i ględził, że przecież u mnie już jest porządek, więc i lampę powinno się łatwo znaleźć, usiłował latać po całym domu i łypał okiem. Mało mnie szlag nie trafił, dlatego jestem zła na ciebie. Jedyna pociecha to ta, że ukłuł się w kaktus.

Z wielkim zainteresowaniem odwróciłam się ku kwiatkom.

– W który?

– Nie tu – zniecierpliwiła się Alicja. – W pokoju telewizyjnym.

– Pozwolisz, że spojrzę...?

Zerwałam się i popędziłam do pokoju telewizyjnego. Ściśle biorąc, przedarłam się tam przez rozmaite przeszkody.

Pokój telewizyjny nosił to miano od chwili, kiedy stanął w nim i pozostał na zawsze telewizor. Wcześniej zwany był pokojem ostatnim, nie wiadomo dlaczego, bo wcale nie był ostatni, za nim znajdowało się jeszcze ogromne atelier. Nazwa „ostatni” przeszła na drugi pokój gościnny, na końcu korytarzyka, co było o tyle słuszne, że z niego już przejścia dalej nie było.

W pokoju telewizyjnym, niczym, poza telewizorem, nie różniącym się od pozostałych pomieszczeń, wśród licznych asparagusów i dracen, znajdował się tylko jeden kaktus, za to bardzo rozrośnięty. Stał na oknie, w kącie, za kanapą. Jego widok sprawił mi szaloną przyjemność, bo był to kaktus o malutkich igiełkach, które przy najlżejszym dotknięciu niezauważalnie wchodziły w człowieka i za skarby świata nie pozwalały się wydłubać. Blekot prawdopodobnie do tej pory pozbywał się kłucia wszędzie i możliwe, że jeszcze mu trochę miłej rozrywki zostało.

– Jakim cudem przelazł aż do kaktusa? – spytałam, wróciwszy do stołu, szczerze zaintrygowana. – Górą, po pudłach, czy jakoś usuwał je z drogi?

Alicja miała przy filiżance czasopismo, które przed chwilą wyciągnęłam sobie spod tyłka. Przeglądała je z zaciekawieniem.

– Nie wiem – odparła w lekkim roztargnieniu. – Co to jest? To twoje?

– Nie. Twoje. Pytam, bo mnie interesuje, słuchaj, jak on wlazł aż do kaktusa i po cholerę się tam pchał?

– Szukał lampy. Myślał, że może leży gdzieś pod kanapą albo co. To znaczy, nie wiem co myślał, ale tak mówił. Zdaje się, że odsunął fotele i pogniótł trochę pudło z cebulkami. Zepchnął ze stołu uprane poszewki na poduszki i pudełka z nasionami, miałam je posegregowane i musiałam potem zbierać z podłogi, nie wiem, czy mi się trochę nie pomieszały. Skąd wiesz, że to moje? Nic takiego nie miałam.

– Bo po duńsku – wyjaśniłam uprzejmie. – Trudno przypuścić, że czytam duńską prasę. Bardzo ładne rzeczy tam są, chciałam cię właśnie zapytać, co jest przy nich napisane.

Alicja odwróciła kartki do początku.

– Zaginione klejnoty – przeczytała. – Cały artykuł o zaginionych drogocennościach. No rzeczywiście, ładne. Efektowne. Złota kolekcja z Arki Noego.

– Gdzie kolekcja?

– A o, tu. Proporcje trochę niedokładnie zachowane...

Wydarłam jej czasopismo, na które patrzyłam do góry nogami i obejrzałam zdjęcie. Mnóstwo figurek zwierząt, od słoni do pcheł, owszem, wyglądały na złote. Odruchowo spojrzałam na podpis, z czego nic mi nie przyszło, odwróciłam zatem czasopismo znów ku niej.

– Czytaj porządnie. To pierwsze, to co?

– Szmaragd. Naszyjnik szmaragdowy królowej Cecylii Renaty. Była taka?

Gwałtownie usiłowałam sobie przypomnieć. Imiona brzmiały znajomo, ale z nikim nie mogłam ich na poczekaniu skojarzyć.

– Chyba była, skoro tak piszą. I co tam dalej?

– Rubinowy komplet księżnej Nataszy. Nawet niezła ta oprawa, nie zabija kamieni. O, a to... Kolekcja diamentów królowej Wiktorii, popatrz, pięć sztuk, każdy w innym kolorze. Od dwudziestu ośmiu do czterdziestu trzech karatów, nie słyszałam o czymś takim. Szafir gwiaździsty pani de Pompadour... Miała szafir gwiaździsty?

– Dużo miała, widocznie i szafir...

– Naszyjnik królowej Klemencji z Andegawenów. Rubiny, szafiry, perły i szmaragdy. To cały napierśnik, a nie naszyjnik. Za bardzo pstrokate. Co to za królowa?

– Tyle przynajmniej mogę ci powiedzieć. Klemencja Węgierska, druga żona Ludwika Kłótliwego, matka Jana Pogrobowca, czternasty wiek. Po Ludwiku, Filipie i Karolu nastali we Francji Walezjusze. Klemencja, owdowiawszy, dostała podobno szmergla na tle biżuterii i kupowała ją na tony, grzęznąc w długach...

Alicja nie miała nabożeństwa do historii, nie słuchała, co mówię. Czytała artykuł od początku.

– Te wszystkie rzeczy zaginęły w podejrzanych okolicznościach – powiadomiła mnie. – Szmaragdy Cecylii Renaty, robota podobno Inków albo Azteków, płynęły do Europy na zlecenie cesarza Ferdynanda II, jako część posagu dla córki, która miała poślubić polskiego króla...

– A...! – przerwałam jej żywo, bo przypomniałam sobie. – Cecylia Renata, pierwsza żona Władysława IV, on z Wazów, syn kolumny Zygmunta. Owszem, królowa. Ciągle poślubialiśmy cesarskie córki i gówno nam z tego przychodziło, bo dzieci im się jakoś nie darzyły...

– Tu jest mowa o szmaragdach, nie o dzieciach – zwróciła mi uwagę Alicja. – Hiszpański galeon ze skarbami zatonął w tej podróży blisko Portugalii. W siedemnastym wieku. Pod koniec dziewiętnastego wieku wygrzebali go, bo... zaraz... płytko leżał. Znaleźli wszystko...

– Jakie wszystko?

– Wszystko, co wiózł. Spis się zachował w korespondencji cesarskiej, więc wiadomo. Naszyjnik szmaragdowy Cecylii Renaty też się w tym znajdował, ktoś go widział, taki ten, no, intendent...? Wszystko jedno, widział i zapisał. I zaraz potem znikł, naszyjnik, nie intendent, czekaj... O, intendent też znikł. I więcej ludzkie oko nie widziało ani jednego, ani drugiego.

– Ale to już było na lądzie? – upewniłam się. – Z wody wylazło?

– Na lądzie. Zdaje się, że wszystko poginęło na lądzie. Zaraz, Arka Noego... Franciszek I zażyczył sobie kolekcji zwierzątek i zostało to wyrzeźbione w złocie, możliwe, że przez Benvenuta Celliniego, mnóstwo osób widziało tę menażerię w komplecie, ale krótko ją oglądali, bo znikła. Nie w czasie wojny ani w żadnym pożarze, tylko zwyczajnie, wśród życia dworskiego. Pewno ktoś ją podwędził...

– Diana de Poitiers – mruknęłam.

– Skąd wiesz? – zaciekawiła się Alicja.

– Nie wiem, rzucam podejrzenia. Nie lubię jej, Dumas ją obszczekał i wywarł na mnie wpływ, chociaż właściwie powinna wprawiać w podziw. Kurtyzana dwóch królów przez dwa pokolenia, duża rzecz. Nie każdy tak potrafi.

– Iiii tam, przy królach...? Czekaj, księżna Natasza, ona z Romanowów, to rewolucja. Żadne dziwo, że klejnoty zginęły, chociaż podobno, zaraz, tak tu piszą, uratowała je, wywiozła i przepadły zaraz potem. W czasie jej podróży przez Szwajcarię. Ja skracam, nie tłumaczę ci przecież wszystkiego. Diamenty królowej Wiktorii, te kolorowe, jakiś radża jej wysyłał w prezencie, żeby się podlizać, i nigdy nie dotarły do Anglii, Wiktoria o nich nawet nie wiedziała, bo to miała być niespodzianka.

– Nie utopiły się? Bo wysyłał chyba drogą morską?

– Morską, ale nie. Okręt dopłynął w całości, ale szkatułki z diamentami już na nim nie było. Zrobiła się uciążliwa afera, głównie starali się ukryć sprawę przed królową i zdaje się, że im się udało, za to prezent szlag trafił. Szafir gwiaździsty pani de Pompadour uchował się aż do rewolucji, prześledzili nawet jego drogę, kolejne osoby go ratowały razem z innymi precjozami, aż wreszcie coś mu się stało. Wygląda na to, że ślad się urwał w jakiejś oberży pod Marsylią. No i ten naszyjnik królowej Klemencji... O, wygląda na to, że chodził po jubilerach i lombardach, najpierw zabrali go jej za długi, potem go miał Karol de Valois, też mu zabrali za długi, co oni tak się zadłużali...? Potem przeleżał w ukryciu prawie dwieście lat...

– Przetrzymał wojnę stuletnią.

– To wtedy była wojna stuletnia?

– Mniej więcej wtedy. Za Filipa się zaczęła, jak Robert d’Artois podpuścił angielskiego Edwarda, a skończyła się na Joannie d’Arc.

– No to naszyjnik królowej Klemencji spokojnie ją przespał. Wiadomo, kto go miał kolejno aż do połowy osiemnastego wieku, po czym znikł tajemniczo. Tak tu piszą w tej całej opowieści, nie chce mi się tłumaczyć szczegółowo słowo po słowie, już mi się to znudziło. Czy ja wypiłam tę kawę? Bo wiem, że miałam zamiar?

– Wypiłaś, ale bardzo małą, możesz wypić jeszcze jedną. Czekaj, skoro te rzeczy poginęły w dawnych czasach, skąd mają ich zdjęcia? Fotografia wtedy nie istniała. Odnaleźli je czy jak? I zgubili ponownie?

Alicja powstrzymała swój ruch w kierunku czajnika i zajrzała do czasopisma.

– Wszystkie były widziane – zakomunikowała. – Wielokrotnie. I opisywane. A niektóre, o, szafir pani de Pompadour, rubiny Nataszy, naszyjnik Klemencji... znalazły się na jakichś portretach czy miniaturach. A resztę rysowano, te zwierzątka i szmaragdy... Diamenty Wiktorii opisano z detalami, fachowo. Komputerowo odtworzyli i zrobili z tego zdjęcia, tak to powinno było wyglądać, mogą istnieć różnice, ale minimalne. Niezły pomysł, swoją drogą...

Pozwoliłam jej zrobić następną kawę, oglądając komputerowe osiągnięcia i szczerze żałując, że duński język jest mi niedostępny. Na ile zdołałam się zorientować, w tekście podane były daty, kiedy cenny przedmiot ostatni raz widziano. Także miejsce i, być może, nazwisko osoby oglądającej. Nazwisko zresztą niepewne, bo ten ostatni oglądacz mógł się zwyczajnie nie przyznać, szczególnie jeśli zarazem był złodziejem.

– No i tą lampą Bełkot mnie zdenerwował ostatecznie... – podjęła Alicja.

– Blekot – poprawiłam.

– Wszystko jedno. To przez ciebie, więc teraz odkręcaj.

– Mnie się zdaje, że już odkręciłam, ale Blekot widocznie nie czytał. Ty im mów, żeby się złapali za słowo pisane i poza tym na ich gadanie nie zwracaj uwagi.

– Jak mam nie zwracać uwagi, skoro mi taki przygłupek lata po całym domu i rozwala pudła!

Z wielką energią zaprotestowałam przeciwko obarczaniu mnie winą za poczynania Blekota. Alicja zlekceważyła moje protesty, z nową kawą usiadła przy stole i ponownie sięgnęła po czasopismo.

– To jest w ogóle tłumaczenie angielskiego felietonu – oznajmiła, odwracając strony. – Z ich czasopisma. The Sun. Poniżej National Geographic, ale jeszcze nie brukowiec. Nie miewam tego, więc skąd się wzięło? Naprawdę nie ty przywiozłaś?

– Gdybym miała przywozić cokolwiek w obcym języku, to chyba prędzej po angielsku niż po duńsku, nie? Ale odczep się, nie przywoziłam. Blekot ci podrzucił.

– I do tej pory leży?

Przyjrzałam się jej z politowaniem, co i tak się zmarnowało, bo Alicja akurat nie patrzyła na mnie. Musiałam jednak wysyłać jakieś fluidy, skrzywiła się bowiem niecierpliwie.

– Oj, dobrze już, dobrze, możliwe, że różne rzeczy jakiś czas tu leżą...

– Ćwierć wieku.

– ...ale i tak to nie moje. Po cholerę Blekot miał mi podrzucać?

– Nie wiem. Wymyśliłam to przed chwilą. Mnie bardziej intryguje, po co właściwie on tu przyjechał. Nie wierzę, że z wizytą do lampy. I, bardzo cię przepraszam, ale nie wierzę, że z czystej miłości do ciebie. Miał jakieś interesy do pozałatwiania i potrzebne mu było darmowe lokum? Mówił coś? A...! A w ogóle czym przyjechał?

– Samochodem. Darmowe lokum wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Coś tam bredził o interesach, nie słuchałam, bo co mnie jego interesy obchodzą. Tylko nie wiem, kiedy miał je załatwiać, bo cały czas tu siedział.

– Długo?

– Trzy dni.

– Niczego nie ukradł?

– Co mógł ukraść?

– Nie wiem. Cokolwiek. Do znikania przedmiotów z twojego domu masz oko jastrzębia. Żaden brak nie zwrócił twojej uwagi?

– Nie strasz mnie – zaniepokoiła się Alicja. – Nie sprawdzałam wszystkiego. Ale chyba nie, bo latałam za nim i patrzyłam mu na ręce, pilnowałam, żeby mi nie poprzekładał i nie poprzestawiał, w ceramikę patrzył jak sroka w gnat, ale jakoś z ceramiki nic nie zginęło. Czepiał się czerwonej lampy, jak jakiś maniakalny paranoik, i upierał się ją znaleźć. I tyle.

– Nie wierzę w lampę – orzekłam stanowczo.

Bez żadnych wyraźnych powodów wizyta Blekota u Alicji wcale mi się nie podobała. Nie stanowiła wielkiej niezwykłości, zarówno wizyty, jak i mój stosunek do nich, były zjawiskami, przytrafiającymi się dość często, gdybym chciała policzyć osoby, których, moim zdaniem, należało za próg jej domu nie wpuszczać, zabrakłoby mi palców u rąk i nóg. Ustawicznie przyjmowała u siebie szkodliwe jednostki, rekordem zaś był najprawdziwszy w świecie psychopata. Wówczas to, jeden raz w życiu, pierwszy i zapewne ostatni, Alicja dobrowolnie i z własnej inicjatywy skorzystała z pomocy policji, ponieważ psychopata, za pomocą podstępu i lekkiej presji, oddalił się jej ukochanym samochodem i znikł w sinej dali. Znaleźli, owszem, jedno i drugie, psychopatę i samochód, w całkiem niezłym stanie, samochód jej zwrócono, psychopata zaś poprzebywał sobie troszkę we właściwym zakładzie. Po czym znów objawił się przed jej drzwiami...

Nie wiadomo, co ją skłoniło do skutecznego protestu przeciwko tej dość uciążliwej znajomości, resztki własnego rozumu czy duży nacisk ze strony przyjaciół, rodziny i powinowatych, możliwe, że miała dosyć awantur, sobaczeń i w ogóle gadania, w każdym razie odcięła wreszcie psychopatę od siebie. Wpływu na jej gościnność nie miało to żadnego.

Blekot w obliczu psychopaty zgoła się nie liczył, a mimo to zaniepokoił mnie bardziej. Pracował, zrobił karierę, nie taką może, jakiej pragnął, ale całkiem niezłą, stać go było nawet na Angleterre, po jaką cholerę ugrzązł na trzy dni w małym, spokojnym Birkerød, gdzie nic się właściwie nie działo...?

Czerwona lampa wystąpiła w charakterze pretekstu, tego byłam pewna. O co mu chodziło naprawdę...?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki