Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 153
Rok wydania: 1976
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Biblioteka Miejsko-Powiatowa
w Kwidzynie
998/MK
118-000998-00-0
Horace
Walpole
ZAMCZYSKO W OTRANTO
Horace
Walpole
przełożyła
i posłowiem opatrzyła Maria Przymanowska
ZAMCZYSKO W OTRANTO
OPOWIEŚĆ GOTYCKA
Tytuł oryginału:
The Castle of Otranto
Wydanie II
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Manfred, książę na Otranto, miał dwoje potomstwa: syna i osiemnastoletnią córkę Matyldę, najpiękniejszą z dziewic. Syn Konrad, młodszy o lat trzy, nieurodziwy i wątły, a i usposobieniem większych nadziei nie rokujący, był jednak ulubieńcem rodzica, który żadnych oznak przywiązania nie okazywał Matyldzie.
Manfred zawarł był umowę w sprawie małżeństwa syna z Izabelą, córką markiza Vincenza; opiekunowie jej przywiedli już oblubienicę do zamku Manfreda, aby mógł zarządzić uroczystości ślubne, gdy tylko słabe zdrowie Konrada na one pozwoli. Rodzina i sąsiedzi spostrzegli dziwną niecierpliwość księcia. Spieszył się zaiste, aby ceremonii co rychlej dopełnić. *
Najbliższa rodzina, znając surowość usposobienia pana swego, nie śmiała wyznać swych zastrzeżeń co do owego pośpiechu. Hipolita, książęca małżonka, pani dobra i łagodna, ważyła się czasem napomykać o niebezpieczeństwie związanym z tak wczesnym ożenkiem jedynego syna, wielka bowiem* była jego niedojrzałość, a większa jeszcze słabość ciała. W odpowiedzi wysłuchiwała tylko słów gorzkich o jałowości łona, które swemu panu jednego tylko potrafiło dać dziedzica.
Dzierżawcy i poddani Manfreda śmielej o tym sądzili w rozmowach: pośpiech ów, by zaślubin dokonać, przypisywano trwodze: bał się bowiem książę doczekać spełnienia dawnego proroctwa, które, jak powiadano, głosiło:
„Dobra i zamek Otranto przestaną należeć do rodu, który je posiada, gdy prawy właściciel wyrośnie zbyt wielki, aby mógł w nim mieszkać”.
Trudno zaiste było pojąć sens przepowiedni; jeszcze trudniej znaleźć jej związek z zamierzonym małżeństwem. Jednak ani tajemnice owe, ani sprzeczności nie zmieniły w niczym opinii ludu.
Urodziny młodego Konrada wyznaczono jako dzień jego zaśłu-bin. Goście zebrali się w kaplicy zamkowej, wszystko było przygotowane, aby święty obrzęd mógł się rozpocząć, brakowało jedynie oblubieńca. Manfred, który niecierpliwił się z powodu najmniejszej zwłoki i nie spostrzegł, czy syn był i odszedł, posłał jednego ze sług, by ponaglić młodego księcia. Po chwili zbyt krótkiej na przebycie podwórca wiodącego do komnat Konrada wysłannik wbiegł jak szalony, tchu złapać nie mogąc, i stał z wytrzeszczonymi oczami pianę z ust tocząc. Nie wyrzekł ni słowa, lecz palcem wskazywał dziedziniec.
Groza i zdumienie poraziły obecnych. Księżna Hipolita, przyczyn przerażenia nieświadoma, pełna jednakowoż lęku o syna, osunęła się bez czucia na posadzkę. Manfred, nie tyle strwożony, co wściekły z powodu opóźnienia zaślubin oraz szaleństwa sługi, zapytał władczo:
— W czym rzecz?
Człek nie wydał ni dźwięku, jeno dalej wskazywał na dziedziniec, a gdy pytanie powtórne usłyszał, wykrzyknął:
— Och, szyszak! Szyszak!
Tymczasem niektórzy ze zgromadzonych pobiegli już na dziedziniec, skąd rozległ się zgiełk okrzyków zdumienia i grozy. Manfred, który również zaniepokoił się nieobecnością syna, udał się osobiście na miejsce, aby powód poznać tak dziwnego zamieszania. Przy matce, usiłując służyć jej opieką, pozostała Matylda jako też Izabela, tą samą chęcią kierowana, a zarazem pragnąca nie okazywać zbytniej niecierpliwości w oczekiwaniu narzeczonego, ku któremu po prawdzie afekt czuła niewielki.
x A oto jaki widok wpierw uderz#'oczy Manfredowe: pachołkowie z trudem wielkim próbowali gnieść coś, co wydało się księciu górą piór czarnych. Patrzał oczom'nie wierząc.
— Cóż tam czynicie? — wykrzyknął gniewnie. — Gdzie syn mój?
— O panie nasz! — odpowiedział chór głosów. — Młody książę! Książę! Szyszak! Szyszak!
Wstrząśnięty żałosnymi jęki i grozą nieznanego, pospieszył Manfred naprzód. Jakiż widok oczom ojca się przedstawił! Ujrzał swe dziecię na kawałki strzaskane, przywalone i pogrzebane prawie pod szyszakiem ogromnym, sto razy większym niż jakikolwiek wykuto dla ludzkiej istoty, pod szyszakiem olbrzymim i odpowiednio wielkim czarnym pióropuszem.
Groza tego obrazu i absolutna niewiedza zebranych wokół o tym, w jaki sposób nieszczęście to mogło się było wydarzyć, a nade wszystko samo przerażające zjawisko przed nim, odebrało mowę księciu Manfredowi. Milczał jednakże dłużej, niż wymagałby tego żal ojcowski. Wzrok utkwił w tym, co na próżno pragnął uznać za przywidzenie. Zdawał się mniej pochłonięty swoją stratą niż medytacją nad zdumiewającym przedmiotem, będącym straty owej przyczyną. Dotykał fatalnego szyszaka, badając go; nawet krwawiące, zmiażdżone szczątki młodego księcia nie potrafiły odwrócić uwagi Manfreda wpatrzonego w znak złowróżbny. Wszyscy, którzy znali szczególną słabość ojca do młodego Konrada, zadziwili się niezmiernie nieczułością księcia, choć cudowne pojawienie się szyszaka również poraziło ich niczym piorun.
Zniekształcone ciało przeniesiono do sali rycerskiej nie czekając wcale rozkazu Manfreda, który nie zatroszczył się również o damy pozostawione w kaplicy, wręcz przeciwnie: nie wspomniał nieszczęsnej księżny małżonki ani księżniczki córki, lecz pierwszym dźwiękiem, który z ust jego spłynął, był szept: *
— Zaopiekujcie się panią Izabelą.
Dworzanie, nie zważając na ten dziwny rozkaz, rzucili się dopomóc swej pani. Kochali ją i poważali, przeto zdało im się, że słowa męża szczególnie do niej się odnoszą. Odprowadzili do komnaty księżnę, bliższą zaiste śmierci niż życiu, pomną wyłącznie śmierci syna, obojętną na wszystkie dziwne okoliczności. Matylda, która uwielbiała matkę, stłumiła własny ból i zdumienie, starała się tylko nieść pomoc i pociechę tak bardzo doświadczonej przez los rodzicielce.
Izabela, traktowana jak córka przez Hipolitę, odpłacała jej równie czułym afektem i z troską nie mifcejszą pospieszyła z pomocą księżnie; równocześnie starała się umniejszyć brzemię smutku Matyldy, dzieląc go z przyjaciółką, dla której żywiła współczucie i przyjaźń tkliwą. Nie mogła jednak nie rozważać własnej sytuacji. Śmierć młodego Konrada wzbudziła w niej wyłącznie litość; żadnego smutku nie czuła na myśl, że oto wyzwolona jest od małżeństwa, które niewiele obiecywało szczęścia ani z przyczyny przeznaczonego jej oblubieńca, ani gwałtownego charakteru Manfreda; ten ostami, mimo iż wielką jej okazywał wyrozumiałość, przecież napełniał duszę grozą z powodu swej bezpodstawnej surowości wobec istot tak godnych miłości, jak księżna Hipolita i, księżniczka Matylda.
Podczas gdy damy odprowadzały do łoża nieszczęsną matkę, Manfred pozostał na dziedzińcu wpatrując się w złowieszczy szyszak i nie bacząc na otaczających go ciasnym kręgiem ludzi, którzy rozważali niezwykłość wydarzenia. Książę z trudem wykrztusił słów parę.
Chciał jedno tylko wiedzieć: skąd się to wzięło? Nikt nie mógł go oświecić w tej mierze. Skoro jednak szyszak ów był jedynym przedmiotem ciekawości księcia, inni widzowie też zaczęli snuć w tej materii przypuszczenia, równie niedorzeczne i nieprawdopodobne, jak bezprzykładne było samo nieszczęście.
Podczas tych sensu pozbawionych dociekań wyrzekł słów parę młody wieśniak, który na wieść o owym dziwie przybiegł z pobliskiej wioski. Spostrzegł on, iż cudowny szyszak jest w sam raz podobny do szyszaka na głowie Alonza Dobrego, którego postać w czarnym wykuta marmurze widniała w kościele Świętego Mikołaja. Alonzo Dobry był jednym z dawnych panów na Otranto.
— Cóżeś rzekł, niegodziwcze? — krzyknął Manfred we wściekłej furii i, ocknąwszy się ze zdumienia, chwycił za kołnierz młodzieńca. — Jak śmiesz wymawiać słowa tak zdradzieckie? Zapłacisz za to głową.
Obecni ni trochę nie pojęli przyczyny gniewu książęcego. Jak nie pojmowali niczego do owej chwili, tak i teraz daremnie pragnęli rozwikłać nową tajemnicę. A młody wieśniak sam był chyba najmocniej zdumiony nie wiedząc, czym księcia obraził; oprzytomniał jednak szybko, z wdziękiem oraz pokorą należytą wyśliznął się z uchwytu Manfredowej dłoni i z niskim ukłonem, w którym przekonania o swej niewinności było więcej niż lęku, pełen uszanowania zapytał:
— Czym zawiniłem?
Manfred, bardziej rozwścieczony siłą, choć grzecznie użytą, z jaką młodzian strząsnął jego dłoń, niźli przebłagany pokorą, rozkazał go pochwycić pachołkom i gdyby nie powstrzymany był przez przyjaciół, których na uroczystości ślubne zaprosił, zasztyletowałby obezwładnionego młodzieńca.
W czasie tego zamieszania ktoś ze zgromadzonego pospólstwa pobiegł do wielkiego kościoła wznoszącego się obok zamku i wrócił z gębą ze zdumienia rozwartą oznajmiając, że szyszak zniknął z głowy posągu Alonza. Manfred na tę wieść oszalał nieomal i, jak gdyby szukał ofiary, na której gniew swój mógłby wywrzeć, rzucił się znów na młodego wieśniaka krzycząc:
— Łotrze! Potworze! Czarowniku! Tyś zabójcą mego syna!
Motłoch, tego jeno pragnący, aby zdumiewająca przyczyna
mieściła się w granicach jego pojmowania, chętnie podchwycił słowa pana. Zebrani gapie zakrzyknęli jak echo:
— Tak, tak, to on: ukradł szyszak z grobu Dobrego Alonza i zmiażdżył nim czaszkę naszego młodego księcia.
Nikt nie zastanowił się ani przez chwilę nad ogromną różnicą między marmurowym szyszakiem z kościoła a stalowym potworem, na który patrzyły ich oczy; nikt nie pomyślał, iż podźwignięcie szyszaka o tak zadziwiającym ciężarze niemożliwością byłoby dla młodzieńca, któremu na pewno nie minął dwudziesty rok życia.
Jawne szaleństwo tych wrzasków pomogło Manfredowi zebrać nieco myśli, jednak rozgniewany tym, że wieśniak zauważył podobieństwo obydwu szyszaków i w ten sposób naprowadził tłum na następne odkrycie — czyli brak owegoż w kościele — a może pragnąc stłumić każdą nową plotkę tyczącą tak zuchwałej supozycji, oznajmił z powagą, że młodzian jest bez wątpienia nekromantą i póki Kościół nie przebada sprawy, będzie uwięziony pod szyszakiem. Rozkazał pachołkom podnieść szyszak i umieścić pod nim młodzieńca; zostanie tam bez pożywienia, o które postarać się może jeno przy pomocy swoich piekielnych sztuk.
Na nic się zdały protesty młodzieńca przeciw niedorzecznemu wyrokowi, na próżno druhowie odwieść próbowali Manfreda od okrutnej i nie uzasadnionej decyzji. Motłoch był uradowany, pomysł pana w ich rozumieniu wydał się sprawiedliwy wielce, jako że czarownik karę miał ponieść od tegoż narzędzia, którym zbrodnię popełnił; ani przez chwilę nie niepokoiła ich myśl, że młodzieniec może głodową śmiercią umrzeć, wszyscy bowiem byli najmocniej przeświadczeni, że użyje sztuki diabelskiej i bez trudności zdobędzie pożywienie.
Manfred widział, jak radośnie wypełniono jego polecenia, wyznaczył straż, która otrzymała stanowcze rozkazy niedopuszczania żadnej wiwendy do więźnia, a potem, odprawiwszy przyjaciół i służbę, udał się do swych komnat. Bramy zamku zamknięto, nie zezwalając pozostać w nim nikomu prócz służby.
W tym samym czasie dzięki trosce i gorliwości młodych .dam księżna Hipolita odzyskała zmysły i, mimo iż w bólu pogrążona, coraz częściej dopytywała się o swego pana małżonka, słała swą służbę, by otoczyła opieką Manfreda, i wreszcie nakazała Matyldzie, aby ją opuściła i poszła pocieszyć ojca.
Matylda żywiła zaprawdę wiele tkliwego poszanowania dla rodzica, przeto, choć drżała z obawy przed jego surowością, posłuchała polecenia Hipolity, czule prosząc Izabelę o pieczę nad matką. Przepytawszy służbę dowiedziała się, że książę zamknął się w swej komnacie i nakazał, aby nikogo do niego nie wpuszczano. Matylda pojęła, że musi być pogrążony w żalu po śmierci syna, a widok jedynego pozostałego przy życiu dziecięcia może ranę rozjątrzyć. Zawahała się więc, czy godzi się zakłócać jego rozpacz; jednakże troska o rodzica i życzenie matki ośmieliły ją; postanowiła postąpić wbrew rozkazowi ojca, choć takie przewinienie dotąd nie obciążyło jej sumienia. Łagodna nieśmiałość, właściwa naturze tej dziewicy, zatrzymała ją chwil parę przed drzwiami. Słyszała, jak książę niespokojnymi kroki przemierza wzdłuż i wszerz komnatę; niepokój księcia wzmógł jeszcze jej obawy. Miała już jednak zamiar prosić ojca o dopuszczenie przed oblicze, gdy Manfred nagle otworzył drzwi. Półmrok i niepokój jego umysłu sprawiły, że nie rozróżnił osoby i zapytał gniewnie, kto przed nim stoi.
— Ojcze najdroższy, to ja, córka twoja — odrzekła drżąc Matylda.
— Precz stąd! — zawołał Manfred cofając się spiesznie. — Po cóż mi córka! — i zatrzasnął gwałtownie drzwi przed przerażoną Matyldą.
Zbyt dobrze znała gwałtowność ojca, by odważyć się na ponowną próbę. Gdy nieco odzyskała zmysły po tak gorzkim przyjęciu, otarła strumienie łez, aby oszczędzić dodatkowego bólu Hipolicie, która poczęła wypytywać najczulszymi i pełnymi zatroskania słowy o zdrowie Manfreda i jak zniósł tak ciężką stratę. Matylda zapewniła, że książę dzielnie, jak na mężczyznę przystało, cios swój znosi i znajduje się w dobrym zdrowiu.
— Czyż nie zechciałby mnie ujrzeć? — spytała ze smutkiem Hipolita. — Czy nie pragnąłby połączyć w jeden strumień naszych łez i pozwolić małżonce wypłakać żalu na piersi pana swego? Czy ty nie mamisz mnie, Matyldo? Wiem, że Manfred nade wszystko syna kochał. Czyż cios ten dla niego nie nazbyt ciężki? Czy nie załamał się pod takim brzemieniem?
— Nie odpowiadasz, córko? Biada mi, obawiam się rzeczy straszliwych! Podnieście mnie, moje służebne, albowiem pragnę... albowiem muszę ujrzeć mego pana małżonka. Zanieście mnie doń natychmiast. Droższy mi jest nawet od mych dzieci.
Matylda znakami błagała Izabelę, aby przeszkodziła wstać Hipolicie. Obie wdzięczne dziewice łagodnie acz stanowczo starały się zatrzymać i uspokoić księżnę, gdy nadszedł sługa od Manfreda oznajmiając Izabeli, iż jego pan chce z nią mówić.
— Ze mną ?! — wykrzyknęła.
— Idź — rzekła Hipolita uspokojona posłaniem księcia — Manfred nie może znieść widoku rodziny. Sądzi, żeś ty od nas spokojniejsza, lęka się widoku mej rozpaczy. Pociesz go, droga iSabelo,
i powiedz mu, iż raczej stłumię swój ból, niżbym miała zwiększyć jego żałobę.
Zapadł już wieczór. Sługa niósł pochodnię przed Izabelą. Gdy przybyli przed oblicze księcia, który niecierpliwymi kroki chodził po galerii, Manfred przystanął i rzekł porywczo:
— Zabierz to światło i oddal się.
Gwałtownie zatrzasnął drzwi, rzucił się na stojącą pod ścianą ławę i wskazał Izabeli miejsce obok siebie. Posłuchała go cała drżąca.
— Posłałem po ciebie, pani — rzekł i przerwał nagle z oznakami wielkiego zmieszania.
— O, panie!
— Tak, posłałem po ciebie, pani, w sprawie wielkiej wagi. Obetrzyj łzy, młoda pani. Straciłaś narzeczonego — okrutny to los. Ja utraciłem nadzieję rodu! Lecz Konrad nie był godzien piękności twej, o pani.
— Jakże to, książę — wyrzekła Izabela słysząc te słowa. — Chyba nie podejrzewasz mnie, panie, o uchybienie jakoweś należnym uczuciom? Afekt mój i obowiązek zawsze...
— Nie myśl już o nim — przerwał Manfred. — Był słabym, cherlawym dzieckiem i może niebiosa zabrały go, abym nie musiał powierzać honoru i budować przyszłości mego rodu na tak kruchym fundamencie. Ród Manfreda wielu potrzebuje potomków. Niemądre przywiązanie do tego chłopca zaślepiło moją przezorność. Lepiej jest, jak jest. Mam nadzieję, że nim lat parę minie, będę miał powód cieszyć się ze śmierci Konrada.
Zdumienie Izabeli nie da się opisać żadnymi słowy. W pierwszej chwili sądziła, że rozpacz pomieszała Manfredowi zmysły. Następnie dziwny dyskurs Manfreda wydał jej się pułapką: owładnęła nią obawa, że książę zauważył jej obojętność wobec oblubieńca.
— Panie mój dobry — rzekła. — Łaskawie nie podawaj w zwątpienie czułości mojej; serce podążyłoby za oddaniem ręki. Konrad otoczon byłby troską małżeńską i cokolwiek los mi przyniesie, zawsze czcić będę pamięć zmarłego i uważać waszą wysokość jako też zacną panią Hipolitę za swych rodziców.
— Przekleństwo na głowę Hipolity! — krzyknął Manfred. — Zapomnij o niej od tej chwili, jak ja to uczyniłem. Krótko mówiąc: pani utraciłaś małżonka niegodnego swych wdzięków, które zacniejszego będą miały teraz wielbiciela i sługę. Zamiast cherlawego chłopca pojmiesz męża w sile wieku, który potrafi ocenić twą piękność i wielu od ciebie oczekiwać będzie potomków.
— Ach, niestety, panie mój — rzekła Izabela — zbyt wielki
przygniótł mnie ciężar nieszczęścia w rodzinie waszej, abym myśleć mogła o innym małżeństwie. Jeżeli powróci kiedyś mój ojciec i taka będzie jego wola, będę mu dalej posłuszna, tak jak byłam oddając mą rękę synowi twemu. Do powrotu rodzica jednak pozwól mi, panie, pozostać pod gościnnym twoim dachem i pędzić pełne melancholii godziny łagodząc ból twój, panie, księżny pani Hipolity i szlachetnej Matyldy.
— Raz już prosiłem, o pani — rzekł gniewnie Manfred — byś imienia tej niewiasty nie nazywała. Od tej godziny obcą musi być dla ciebie, tak jak jest dla mnie. Bez zbędnych słów, Izabelo: skoro nie mogę dać ci syna, ofiarowuję siebie.
— Wielkie nieba! — krzyknęła Izabela, ocknąwszy się ze złudzeń.— Cóż słyszę! Wy, panie! Wy! Świekr mój! Ojciec Konrada! Małżonek cnotliwej i czulej Hipolity!
— Rzekłem — stwierdził stanowczo Manfred — że Hipolita nie jest już moją małżonką; w tej właśnie godzinie rozwiązuję nasze małżeństwo. Zbyt długo znosiłem przekleństwo jej bezpłodności. Mój los zależy od posiadania synów. Liczę, że ta noc stanie się progiem mej nadziei.
Wypowiadając te słowa chwycił zimną dłoń Izabeli, na wpół już umarłej ze strachu i grozy. Wydała okrzyk przenikliwy i rzuciła się do ucieczki. Manfred porwał się z ławy, aby biec za nią, lecz wówczas wschodzący właśnie księżyc oświetlił przeciwległą framugę okienną i ukazał mu pióropusz złowróżbnego szyszaka, który sięgał wysokości okien, powiewając gwałtownie i groźnie, a głuchy poszum towarzyszył falowaniu potężnych piór.
Zdarzenie to dodało odwagi Izabeli, która nade wszystko bała się napastliwości Manfreda i słów jego afektu.
— Patrz, panie — krzyknęła. — Niebiosa są przeciwne twoim bezbożnym zamiarom!
— Ani niebo, ani piekło planom mym nie przeszkodzą — rzekł Manfred usiłując objąć księżniczkę.
W tejże chwili portret jego dziada wiszący nad ławą, na której dotąd siedzieli, wydał głębokie westchnienie, które poruszyło pierś malowanej postaci. Izabela, odwrócona plecami do obrazu, nie zauważyła tego poruszenia ani nie pojęła, skąd dźwięk dochodził, lecz wyrwała się z uścisku.
— Posłuchaj jeno, panie! Coś tu gada czy wzdycha? — rzekła i natychmiast rzuciła się ku drzwiom.
Manfred nie wiedział, co począć: chciałby pobiec w ślad za Izabelą — ta dotarła już do schodów — ale nie mógł oderwać oczu
od portretu, który się zaczął poruszać. Książę pobiegł kilka kroków za dziewicą nie spuszczając oczu z obrazu, gdy ujrzał, że dziad opuszcza tło malowane i schodzi na podłogę z twarzą poważną i smutną.
— Czy śnię? — krzyknął Manfred zawracając. — Czy szatany sprzęgły się przeciw mnie? Przemów, widmo piekielne! Jeśliś mym przodkiem, to czemu miałbyś działać przeciwko nieszczęsnemu wnukowi, który tak długo płaci za...
Nie dokończył, bo zjawa westchnęła znowu i skinieniem dłoni nakazała Manfredowi, by szedł za nią.
— Prowadź! — zawołał książę. — Pójdę za tobą nawet w otchłań zagłady.
Duch spokojny, lecz posępny dotarł do końca galerii i skręcił do komnaty na prawo. Manfred, zachowując niewielki odstęp, postępował za nim, zdjęty grozą i przerażeniem, lecz zdecydowany. Gdy chciał wejść do komnaty, drzwi zatrzasnęły się przed nim, pchnięte gwałtownie niewidzialną ręką. Książę, opanowując strach, próbował silnym kopnięciem otworzyć je, ale oparły się największym wysiłkom.
— Skoro piekło nie chce dać mi odpowiedzi — zawołał książę — ludzkich użyję środków, jakie są w mej mocy, aby istnienie rodu przedłużyć. Izabela nie ujdzie z mych rąk.
Dziewica, której zdecydowanie, od chwili gdy opuściła Manfreda, ustąpiło miejsca bojaźni, uciekała aż do podnóża głównych schodów zamkowych. Tam przystanęła, nie wiedząc dokąd skierować kroki ani jak ujść gwałtowności księcia. Bramy zamku (wiedziała o tym) były zaryglowane, na dziedzińcu stały warty. Gdyby, jak dyktowało jej serce, pobiegła do Hipolity i uprzedziła o losie okrutnym, który ją czeka, mogłaby wpaść w ręce Manfreda, gdy ów tam szukać jej będzie. Gwałtowność księcia mogłaby wówczas podsycić jeszcze jego plany niecne i obie damy nie zdołałyby uniknąć burzliwej namiętności Manfreda. Zwłoka zaś pozwoli może księciu przemyśleć ohydne zamiary lub jakieś okoliczności okażą się pomocne księżniczce, jeśli przynajmniej tej nocy zdoła uniknąć nienawistnego losu.
— Ale gdzie się ukryć! Jak zmylić pogoń, którą niechybnie wyśle za mną po zamczysku!
Gdy wszystkie te myśli umysł jej dręczyły, trafiła na podziemny korytarz, prowadzący od wałów zamku do kościoła Świętego Mikołaja. Wiedziała, że jeśli dotrze do ołtarza, nim zostanie schwytana, nawet Manfred nie odważy się sprofanować świętego miejsca; powzięła więc decyzję niezłomną, że jeżeli inne drogi ratunku zawiodą, znajdzie schronienie wśród świątobliwych dziewic, zamykając się
w klasztorze, którego mury tuż obok przylegały do katedry. Tak postanowiwszy, chwyciła lampę rozjaśniającą mrok u stóp schodów i pobiegła ku tajemnemu przejściu.
W dolnych partiach zamku biegły liczne pokrętne krużganki. Niełatwo było odnaleźć drzwi do podziemi, zwłaszcza komuś tak pełnemu niepokoju. W lochach panowała przerażająca cisza, którą zakłócały tylko przeciągi zatrzaskujące za Izabelą drzwi, a echo daleko w ciemnościach labiryntu powtarzało zgrzyt zardzewiałych zawiasów. Każdy szmer napełniał ją nowym lękiem; bardziej niż czegokolwiek bała się usłyszeć gniewny krzyk Manfreda naglącego służbę do pościgu za nią. Stąpała tak ostrożnie, jak tylko pozwalała jej niecierpliwość, często zatrzymując się i nasłuchując, czy nie jest ścigana.
W jednej takiej chwili zdało się jej, że słyszy jakoweś westchnienie. Wstrząsnął nią dreszcz, cofnęła się kroków parę. W chwilę potem dobiegł jej uszu szelest kroków. Krew zastygła w żyłach księżniczki, sądziła, że to Manfred. Najstraszniejsze myśli, które tylko przerażenie i lęk mogą rozbudzić, przemknęły przez głowę ściganej dziewicy. Pożałowała teraz, że uciekając tak szybko, będzie musiała stawić czoło wściekłości księcia w miejscu, w którym nikt nie usłyszy jej wołania o ratunek, nikt nie pospieszy z pomocą.
Szelest jednakże pochodził nie z zewnątrz; Manfred szedłby jej tropem, była ciągle w jednym z krużganków, a tajemniczy odgłos kroków był zbyt wyraźny, aby mógł dochodzić stamtąd, skąd przyszła.
Uradowała ją ta myśl i wierząc, że znajdzie przyjaciela w każdym innym człowieku, ruszyła naprzód. Uchylone drzwi w pewnej odległości, na lewo, otwarły się łagodnie, nim jednak w świetle podniesionej lampki zdołała dojrzeć, kto je otworzył, ktoś szybko się cofnął.
Izabela, w której każde zdarzenie nową budziło trwogę, zawahała się, nie wiedząc, czy iść dalej. Strach przed Manfredem był silniejszy jednak od wszelkich innych obaw. Dodało jej otuchy to, że ów ktoś usiłował uniknąć spotkania. Może to po prostu któryś ze sług zamkowych? Była tak łagodna, że wrogów mieć nie mogła, niewinność kazała jej wierzyć, że słudzy, nie będąc związani wyraźnym rozkazem księcia, dopomogą jej w ucieczce. Nabrawszy dzięki tym rozważaniom otuchy i sądząc na podstawie tego, co widziała, że jest blisko wylotu podziemnego lochu, podeszła do otwartych drzwi. Wtem nagły podmuch zgasił na progu jej lampkę. Izabela znalazła się w nieprzeniknionej ciemności.
Któż potrafi odmalować słowami grozę położenia księżniczki?
