Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 394 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakon Krańca Świata. Tom 2 - Maja Lidia Kossakowska

Świat, który odrzuca swą bezwzględnością i fascynuje z ogromną siłą. Długo nie będziecie ani chcieli, ani mogli go opuścić.

Lars Bergerson, Grabieżca wędrujący pomiędzy wymiarami, staje się marionetką w sieci mocy, której nie potrafi ogarnąć umysłem. Tajemnicze Drzewo nie przestaje go wzywać, a on nie może oprzeć się wezwaniu zdolnemu przełamać każdy opór.

Na swojej drodze ku Zakonowi Krańca Świata Bergerson spotka niejeden czarny charakter. W tym mrocznym i postapokaliptycznym świecie rzadko trafia się odrobina dobra, a prawda, która czeka na końcu wyprawy jest porażająca...

To dobra proza – wciągająca, misterna, dowcipna, a przede wszystkim inteligentna i poruszająca. W zasadzie to książka idealna.

Jakub Winiarski, pisarz i redaktor naczelny "Nowej Fantastyki"

Opinie o ebooku Zakon Krańca Świata. Tom 2 - Maja Lidia Kossakowska

Fragment ebooka Zakon Krańca Świata. Tom 2 - Maja Lidia Kossakowska

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Część II. Ku Drzewu
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Część III. Tam
Rozdział 8
Rozdział 9
Książki Mai Lidii Kossakowskiej
Maja Lidia Kossakowska
Karta redakcyjna
Okładka

Część II

Rozdział 1

Bezoki bezskutecznie starał się uderzyć dziobem swego trójokiego przeciwnika. Bił dwiema parami skrzydeł i skrzeczał ze złością. Atakowany podskakiwał na jedynej szerokiej, wielopalczastej łapie, strosząc się gniewnie. Otworzył połyskujący metalicznie dziób, z którego wystrzelił długi bicz jęzora. Ślepy ptak, trafiony, potrząsnął łbem, kracząc wściekle. Łańcuszek umocowany do obręczy na jego nodze zabrzęczał cicho. Drugi koniec tkwił mocno w ściance pudła z ciemnego drewna, służącego krukom za ring.

Trójoki ponowił uderzenie, lecz tym razem obły, pozbawiony oczodołów łeb uchylił się zwinnie, a zbrojna w ostre pazury łapa prześliznęła się po piórach na piersi napastnika. Kruk wrzasnął niemal ludzkim głosem i spróbował wzbić się w powietrze, ale łańcuszek nie pozwolił mu odlecieć. W trzech błękitnych ślepiach niby w lustrach odbijał się obraz pomieszczenia. Za każdym uderzeniem skrzydeł rozwścieczonych stworzeń powietrze przepajał oszałamiający, słodki zapach wanilii i kwitnącej czeremchy.

Wysoki mężczyzna o bladej twarzy i włosach czarnych niczym atrament nie zwracał uwagi na walczące ptaki. W skupieniu wpatrywał się w leżącą na stole marmurową tabliczkę, pokrytą połyskliwą szarą substancją. Każdy ruch kruków sprawiał, że na srebrzystej tafli pojawiał się skomplikowany znak. W końcu linie i punkty pokryły całą powierzchnię tabliczki.

Blady mężczyzna zacisnął usta.

Ptaki walczyły, pokrzykując chrapliwie.

Brwi czarnowłosego zmarszczyły się, tworząc ciemną, prostą kreskę.

Wiadomość była jednoznaczna. Drzewo wykazało wzmożoną aktywność. Niewykluczone, że znów kogoś wezwało.

Mężczyzna splótł palce. Zastanawiał się przez chwilę, a potem szybkim ruchem starł znaki, pozostawiając taflę połyskliwą i gładką. Długim, czarnym jak obsydian paznokciem nakreślił na powierzchni marmuru przekreślony dwukrotnie trójkąt. Linie o poszarpanych krawędziach przypominały zadaną szponem drapieżnika ranę.

Zadanie zostało przyjęte. Wiedział, że nie wolno mu odmówić. Gdyby chodziło o zwykłego pozyskiwacza, rozważałby, czy chce podjąć wyzwanie. Ale nie wtedy, gdy w grę mogło wchodzić powołanie. Na pewno nie wtedy.

Kruki nadal walczyły zaciekle, chociaż przekaz przestał już płynąć.

Czarnowłosy wstał od stołu. Spojrzał obojętnie na ptaki. Później rzuci im jakieś ochłapy, psie szczury albo młodego kłapacza, zdecydował. Teraz musi zacząć przygotowania do czekającej go roboty.

To nie ma sensu, pomyślał Berg, gramoląc się z koi. Rozejrzał się niechętnie po azylu. Odrapane, brudne ściany bez okien, ciasnota i zapach stęchlizny. Pomieszczenie wydało mu się bardziej ponure niż chram Mistrza Przemian. Maszyny zawodziły monotonnie, sezam terkotał wstrząsany drgawkami, jakby zaraz miał się rozlecieć. Sprzęt gorszy niż u najbardziej szmatławego pasterza.

Berg spuścił nogi na podłogę i pomasował skronie. Koja miała spieprzoną wentylację, więc w dusznym powietrzu rozbolała go głowa.

Poczekał, aż sezam przestanie się trząść, i uchylił czaszę. Na dnie leżał nowiutki sześcian energetyczny, dwa naładowane talizmany uzdrawiające i średniej wielkości wykrywacz. Pryz raczej przeciętny, chociaż tutaj oczekiwany jak skarb.

Tutaj, pomyślał Lars i skrzywił się. W małym, prowincjonalnym miasteczku daleko na północy. W cholernej dziurze, która nie była niczym więcej niż nadmiernie rozciągniętą wiochą.

Kiedy przybył tu prawie trzy tygodnie temu, nie przypuszczał, że zostanie dłużej niż kilka godzin. Akurat tyle, żeby naprawić przednie koło Achillesa. Ale utknął na dobre. Bo cholerny pech sprawił, że spotkał Zekego. Małego, łysawego człowieczka z końską twarzą, który sam siebie nazywał burmistrzem i trząsł całym tym parszywym miasteczkiem. I bardzo się ucieszył na widok prawdziwego pozyskiwacza, wlokącego się leśnym traktem na popsutym motocyklu. Zaproponował nieoczekiwanemu gościowi nocleg, kolację i wannę pełną gorącej wody. A potem z życzliwym uśmiechem obserwował, jak oczy przybysza płoną niczym gwiazdy na myśl o wszystkich tych cudach cywilizacji. Po posiłku wypytywał uprzejmie o wieści z wielkiego świata i mimochodem napomknął, że ma wygodny, nowoczesny azyl, tylko pozyskiwaczy kiepskich i całkiem pozbawionych talentu. Gdyby więc szanowny Grabieżca zechciał nieco podreperować swój budżet, przeprowadzając jeden czy dwa abordaże, to on, Zeke, byłby naprawdę zaszczycony. A senny Grabieżca, który dopiero teraz poczuł, że naprawdę jest bardzo zmęczony, z trudem odzyskiwał czucie w skostniałych dłoniach. W kominku płonęły suche świerkowe szczapy wysokim, jasnym płomieniem. Z kuchni dochodził cudowny zapach pieczonego drobiu. Na niskim stole stał kubek pełen grzanego wina z miodem. Ściany z solidnych belek chroniły przed hulającym na zewnątrz zimnym wiatrem. Fotel, w który Berg zapadł, był wielki i wygodny, a łagodny głos gospodarza zdawał się przytaczać same rozsądne argumenty. Grabieżca przymknął oczy. Dawno nie czuł się tak dobrze. Dwa tygodnie spędzone na trakcie wydawały się paskudnym, nużącym snem, który właśnie dobiegł końca. Na samą myśl, że miałby spędzić następną noc w namiocie, Berg poczuł dreszcze.

W końcu co w tym złego, jeśli zdecyduję się zostać na trochę. Wykonam kilka abordaży, zarobię parę groszy i odpocznę, pomyślał sennie. Koncepcja wydała mu się doskonała. Prawdziwe zrządzenie losu. Odemknął z trudem powieki i spojrzał serdecznie na drobnego burmistrza. Dobrze spotkać naprawdę życzliwego człowieka. Zwłaszcza po dwóch tygodniach włóczenia się po lesie w czasie parszywej, zimnej jak diabli wczesnej wiosny.

Rozparty w sąsiednim fotelu Zeke obiecywał pomoc w naprawie Achillesa. Kiedy tylko mechanik wróci z wyprawy do swojej rodzinnej wioski. Niedługo. Pewnie za kilka dni. Grabieżca kiwał potakująco głową. Nie słuchał. Znów zamknął oczy i pozwolił, żeby ogarnęła go rozkoszna, leniwa senność.

Maszyna burczała coraz ciszej, od czasu do czasu wstrząsana atakiem dychawicznej czkawki. Berg westchnął i ponownie roztarł skronie. Po cholerę się w ogóle zgadzałem? – pomyślał ze złością. Trzy tygodnie psu w dupę.

Achilles stał w szopie Zekego, nawet nietknięty ręką mechanika, który, co Berg zaczął w końcu podejrzewać, okazał się istotą mityczną, widywaną w mieścinie równie często, co jednorożec. Osławiony, dobrze wyposażony azyl był brudną norą pełną zebranego naprędce, zdezelowanego sprzętu, a Grabieżca tracił czas na bezsensowne abordaże.

– Dość tego – powiedział półgłosem. – Czas ruszyć tyłek, Berg.

Przez szczeliny w deskach wpadały do szopy długie smugi słonecznego światła. W powietrzu tańczyły drobiny kurzu. Berg mocował się z kołem Achillesa. Na szczęście awaria okazała się niezbyt groźna. Rozlazło się łączenie doprowadzające oddech energetyczny z kryształów bezpośrednio do osi. Zaburzenia w cyrkulacji mocy blokowały koło.

Grabieżca wcisnął palce pod metalową osłonę i spróbował pochwycić cienki błękitny kabelek dyndający pod cięgłem reduktora. Już prawie dotykał jarzącego się słabym niebieskim blaskiem oplotu, gdy nastąpiło wyładowanie. Iskra strzeliła białym zygzakiem i na podobieństwo rozzłoszczonego owada ukąsiła Berga w palec. Grabieżca odruchowo cofnął rękę, a ostra krawędź osłony zostawiła na skórze płytkie nacięcie. Kabelek zakołysał się i napiął, chowając się między zagiętymi blachami. Widać było tylko cienką błękitną strunę oplotu. Berg spojrzał na nią z nienawiścią. Potem westchnął i uniósł wzrok na górującą nad nim bryłę motocykla.

– Nie pomagasz mi, stary – mruknął z wyrzutem.

Wytarł skaleczony palec o spodnie, rozmazując czerwoną kreskę krwi. Sięgnął po wąskie, wydłużone szczypce i szósty czy siódmy raz spróbował dosięgnąć za ich pomocą kabla. Parszywa niebieska smużka wcisnęła się głębiej w szczelinę w osłonie.

Lars zaklął. Odłożył szczypce i przesunął ręką po twarzy.

– Dobra – powiedział pod nosem. – Spróbujmy wygiąć haczyk z drutu. Zaczepimy drania i pociągniemy. Co ty na to, Achilles?

Przez długie, spędzane na trakcie dni nabrał nawyku gawędzenia z motorem. Czasem żałował, że nie podróżuje na koniu czy innym żywym stworzeniu, w którym tliłaby się choć iskra świadomości.

Motocykl stał nieruchomo na podpórkach. Grabieżca leżał na brudnej podłodze szopy, otoczony rozrzuconymi niedbale narzędziami. Starał się właśnie zaczepić wygięty kawałek drutu o kabel, gdy drzwi otwarły się ze skrzypnięciem.

Berg usłyszał odgłos drobnych kroków i tuż przed sobą zobaczył noski wyglansowanych trzewików burmistrza. Zeke przykucnął. Na bladej, końskiej twarzy, która pojawiła się w polu widzenia Larsa, malowało się zafrasowanie.

– Aaa, Bergerson – zaczął z naganą w głosie. – Po co leżysz na tej brudnej, zaśmieconej podłodze? Poczekaj, aż wróci mechanik...

– Jasne – burknął Lars. – Właśnie widzę, jak bardzo się śpieszy. Spuszcza się po linie z samego księżyca.

Malutki burmistrz żachnął się, wyraźnie urażony.

– No wiesz, Bergerson. Chciałem tylko pomóc.

Lars wyczołgał się spod Achillesa i wstał. Oczy miał chłodne niczym stawy w czasie roztopów.

– Wyjeżdżam, Zeke. Gdy tylko zdołam naprawić motor. Jeszcze dziś, a najpóźniej jutro rano.

Burmistrz rozłożył ręce. W jego głosie dawało się słyszeć rozczarowanie.

– Dlaczego tak nagle? Poczekaj trochę. Kilka dni. Wróci mechanik, naprawi motor i wtedy...

Berg potrząsnął głową.

– Jaki mechanik, Zeke? Ten sam, co składał trumnę dla Królewny Śnieżki? Nie macie tu żadnego mechanika, burmistrzu. Nasz układ się skończył. Już dla ciebie nie pracuję.

Na twarzy małego człowieczka pojawił się uśmiech zrozumienia.

– Chcesz pogadać o podwyżce, tak? Dobra, zastanowię się...

Lars pochylił się nisko, żeby spojrzeć w oczy pracodawcy.

– Zeke, nie zgrywaj idioty. Muszę jechać. I tak zostałem znacznie dłużej, niż było trzeba. To koniec współpracy. Zrozumiałeś?

Burmistrz wsadził ręce w kieszenie starannie skrojonego garnituru z drelichu.

– Co ci się nie podoba, Bergerson? Do tej pory nie narzekałeś. Pracujesz, zarabiasz, masz gdzie mieszkać i co jeść. Dokąd się nagle spieszysz?

– Nie twój interes, kolego. Przyjechałem, popracowałem i wyjeżdżam, jasne?

Zeke podrapał się w policzek. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Nie bardzo. Źle ci u mnie? Porządna robota, klarowne warunki...

– Posłuchaj... – Mięśnie szczęk Berga zadrgały. – Jestem Grabieżcą. Gdybym szukał roboty, zostałbym w mieście, a nie trafił do twojej zakazanej dziury. Było miło, ale to koniec. Obaj odnieśliśmy korzyści z tej krótkiej znajomości. Ty zarobiłeś, ja zarobiłem. Wspaniale. A teraz odsuń się, muszę dokończyć naprawę.

Burmistrz cofnął się posłusznie. Wyglądał żałośnie, jakby nagle zeszło z niego powietrze.

– Lars – zaczął słabym głosem – to miasto cię potrzebuje. Potrzebuje twego talentu...

– Jasne – warknął Berg. – Codziennie rano gromady wdów i sierot szlochają z rozpaczy, gdy pomyślą, że mogłoby mnie tu zabraknąć. Uszanuj moją inteligencję, Zeke, i nie wciskaj mi takiego gówna.

Mały człowieczek wyprostował się.

– W porządku – burknął. – Ja cię potrzebuję. Muszę mieć dobrego pozyskiwacza. Bez ciebie daleko nie zajadę.

– Masz Schiffera.

Zeke prychnął oburzony.

– Dobrze wiesz, że to stary pijak. Jest skończony.

Berg klęknął na podłodze i sięgnął po szczypce.

– Jakoś sobie radziłeś, zanim przyjechałem.

Burmistrz zniecierpliwiony machnął ręką.

– Świetnie to ująłeś. Jakoś. A teraz...

– Przeżywasz chwilowy okres prosperity, bo trafił ci się na tym zadupiu Grabieżca – warknął Lars. – I powinieneś za to dziękować losowi. To był bonus, Zeke. Prezent. A teraz żegnaj, kolego. Jestem zajęty.

Zeke przykucnął na podłodze.

– Zostań. Co ci szkodzi? Chociaż trochę.

Berg przesunął dłonią po twarzy.

– Zeke, jesteś rozsądnym facetem. Czego właściwie nie rozumiesz? Sądziłeś, że będę tu siedział w nieskończoność? Dobrze wiedziałeś, że to układ na krótko. Najwyżej kilka dni. I co? Chcesz mnie zatrzymać siłą?

Czarne jak u krewetki oczy burmistrza wydawały się bezbrzeżnie smutne.

– Zostań, Berg. Błagam. Nie możesz odejść. Nie teraz. Tyle kasy, takie zyski. Nie rób mi tego.

Pięknie, skonstatował ponuro Lars. Zwariował.

Potrząsnął głową.

– Nie ma mowy. Koniec współpracy. Rozumiesz?

Chuda pierś opięta drelichem poruszyła się w bezgłośnym westchnieniu.

– Trudno. Idź swoją drogą. Ale zostań chociaż do jutra. Zaraz zrobi się ciemno.

Lars spojrzał na drzwi. Rzeczywiście, wpadające do szopy światło było już czerwone i złote jak świąteczny serwis obiadowy.

Wzruszył ramionami.

– Zobaczę. Zależy, o której skończę. Jeśli zejdzie mi do nocy, może zostanę.

Zeke westchnął.

– Dobrze, Lars. Ale pomyśl jeszcze nad tym.

– Przykro mi – mruknął Berg. – W sumie miło było cię poznać, Zeke.

Wyciągnął do burmistrza dłoń, a ten zacisnął na palcach Grabieżcy małą, wilgotną łapkę.

– Szkoda tracić takiego pozyskiwacza. Ale co poradzę. Na razie.

Berg patrzył, jak Zeke idzie do drzwi, szurając nogami.

Chyba naprawdę miał nadzieję, że zostanę, pomyślał. Biedny świr.

Ukląkł i znów zanurzył szczypce w trzewiach motocykla.

Kiedy wreszcie skończył, okazało się, że na zewnątrz panuje gęsty niczym melasa mrok. Nawet księżyc skrył się za chmurami.

Lars wycierał w szmatę ubrudzone smarami ręce.

Nici z wyjazdu, stwierdził. W tej cholernej ciemności nie tylko nie znajdę ścieżki, ale zabiję się o własne nogi.

Z westchnieniem podniósł latarnię i ruszył do swojej kwatery w rozległym parterowym domu, który Zeke upierał się nazywać ratuszem.

Światło, widoczne w szczelinie zamkniętych drzwi, przypominało fosforyzujący sznurek. Berg zatrzymał się i potarł w zamyśleniu policzek. Kiedy wychodził do szopy, było jeszcze jasno, więc z pewnością nie zostawił zapalonej lampy. Ostrożnie nacisnął klamkę.

– Witaj, Berg. Myślałam, że się nie doczekam – powiedziała Lizbeth głębokim, gardłowym głosem. Przywodził na myśl dojrzały owoc zanurzony w miodzie. Ilekroć Lars słyszał kochankę burmistrza przemawiającą w ten sposób, miał przed oczami wielkie złociste morele, ociekające lepką słodyczą.

Zawahał się i zamarł w progu. Pokój, oświetlony mnóstwem grubych woskowych świec, wyglądał jak kaplica. Osobliwa kaplica, bo na zastawionym licznymi srebrami i kryształami stole siedziała Lizbeth, wyciągając przed siebie długie jak autostrada nogi opięte prawdziwymi koronkowymi pończochami. Cieniutka czerwona sukienka była tak obcisła, że wydawała się namalowana na pięknym, smukłym ciele kobiety.

Żeby się odezwać, Berg musiał najpierw przełknąć ślinę, bo gardło zrobiło się nagle wyschnięte na wiór.

– Miło, że Zeke chce się podzielić tym, co ma najlepszego, ale dzięki – powiedział. – Jutro wyjeżdżam i nie chciałbym nadużywać jego gościnności.

Zaśmiała się cicho i zsunęła ze stołu. Obcasy zastukały o deski podłogi, a Berg po raz kolejny zdziwił się, jak wysoka jest kochanka burmistrza. Przy tej ogromnej niczym walkiria blondynce Zeke wyglądał wyjątkowo pokracznie.

– Nie wyobrażaj sobie za dużo, Berg. – Uśmiechnęła się serdecznie. – To tylko pożegnalna kolacja. Zeke chce, żebyś przyjemnie wspomniał pobyt u nas. Usiądź, pewnie jesteś głodny. Niestety, Zeke nie może przyjść. Jako burmistrz ma wiele obowiązków. Nawet po zmroku. Ale ja dotrzymam ci towarzystwa. Żebyś się nie nudził.

Jeszcze jeden olśniewający uśmiech i mnóstwo chłodu w niebieskich, czystych jak szkło oczach.

Berg poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Coś nie jest w porządku, pomyślał. Albo ta mała gnida Zeke oszalała, albo planuje coś paskudnego. Tylko co? Lizbeth ma mnie otruć, zadusić czy zasztyletować? Opanuj się, Bergerson. To nie przedstawienie kukiełkowe o rozgrywkach gangów pasterzy. Jesteś w zapadłej dziurze na prowincji, gdzie nikt nie rozumie znaczenia słowa „intryga”.

Wszedł do środka i zamknął drzwi. Lizbeth sięgnęła po wysokie kryształowe kieliszki.

– Za twoją podróż, Lars. Obyś znalazł to, czego szukasz.

Długie, smukłe palce musnęły jego brudną od smaru rękę.

Berg poczuł dreszcz przebiegający po skórze niczym wyładowanie elektryczne.

Nie walkiria, pomyślał. Ale córka Lodowego Olbrzyma. Do diabła, jest trudniej, niż przypuszczałem.

Lizbeth uśmiechała się samymi ustami. Tuż przed sobą widział jej oczy niebieskie niczym arktyczny ocean. Chłodne i przenikliwe. Ale w głębi, za błękitem, czaiło się dziwne napięcie.

Nagle poczuł nieprzyjemne mrowienie w lewym ramieniu. Dobrze znane mrowienie.

Coś jest w tym cholernym winie, pomyślał.

Serce zabiło mocniej, blizna po tatuażu ćmiła.

Lizbeth umoczyła wargi w trunku. Upiła łyk i cofnęła się o pół kroku. Dziwne napięcie w jej wzroku znikło.

Lars uniósł kieliszek i powąchał ciemny, rubinowy płyn. Pachniał słodko aromatem dojrzewających w słońcu porzeczek. Przykre mrowienie w ramieniu ustało.

Nie świruj, Bergerson, skarcił się w myślach. To zwykłe wino. Popadasz w paranoję. Przecież po prawdziwej stronie końska czaszka nie może działać. Jest bezużyteczna.

Pociągnął mały łyczek. Trunek miał głęboki, łagodny smak.

– Pyszne, prawda? – rzuciła Lizbeth. – Zeke trzyma je na naprawdę specjalne okazje.

Eksplozja bólu w ramieniu zapłonęła niby dotknięcie suchego lodu. Berg drgnął, z trudem powstrzymując się, żeby nie zacisnąć palców na bliźnie. Cholera, zdecydowanie nie służyło mu to wino.

– Coś się stało? – spytała Lizbeth i choć jej głos nadal był słodki i kuszący niczym morele w syropie, Lars wyraźnie wyczuł w nim niepokój.

– Nie, skąd. – Uśmiechnął się możliwie naturalnie. – Mam strasznie brudne ręce. Całe w smarze. Umyję i zaraz wrócę.

Obrócił się ku drzwiom, a wtedy Lizbeth upuściła na podłogę kieliszek. Zadzwonił przy uderzeniu o deski i rozsypał się na mnóstwo srebrzystych kryształków.

Berg sięgnął do klamki.

Kochanka Zekego miała twarz ściągniętą i bladą.

– Wybacz – powiedziała zdecydowanie za głośno. – Straszna ze mnie niezdara.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Berg zdążył tylko kątem oka dostrzec, że Lizbeth zwinnie usuwa się za stół. Czterech rosłych facetów wpadło do środka. Lars rozpoznał Iwona i Sebastiana, najbardziej zaufanych ochroniarzy burmistrza, cwałujących ku niemu jak rozpędzone byki. Grzmotnął w pysk najbliższego napastnika i spróbował uskoczyć w bok, ale tam już stał Sebastian. Berg zderzył się z nim, odbił i stracił równowagę.

– Teraz! – krzyknął Iwo.

Przed oczami Grabieżcy mignął przezroczysty, lśniący kastet obejmujący grube palce Sebastiana, a potem oślepiającym błyskiem eksplodował ból. Lars upadł na podłogę. Rzeczywistość wokoło pociemniała gwałtownie, rozleciała się na strzępy czerni i głębokiej zieleni.

– Mamy go, Zeke – zabrzęczały unurzane w miodzie szklane morele.

A wtedy mroczna, bagienna toń zamknęła się nad Larsem i świat zgasł.

Razem z mdłym, żółtawym światłem nadpłynął ból głowy. Czaszka zdawała się wypełniona potłuczonym szkłem, które przesypywało się przy każdym ruchu.

Berg zamrugał. Leżał na szorstkiej drewnianej podłodze. W ustach czuł nieprzyjemny żelazisty posmak. Usiadł z trudem i spróbował lekko potrząsnąć głową, żeby rozproszyć oszołomienie. Ostre kawałki zabrzęczały boleśnie.

Kastet Settiego, pomyślał z goryczą. Niezawodny paralizator. Cholera, sam go dostarczyłem tej pieprzonej gnidzie Zekemu. Dobry Jezu, przecież to kompletny świr! Niewolnika sobie znalazł!

Poczuł napływającą falę wściekłości.

– Skurwiel! – warknął. – Mały, pieprznięty skurwiel! Ależ cię urządził, Bergerson!

Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było ciasne, pozbawione okien, ze ścianami z grubych drewnianych bali, za to wysokie na jakieś trzy i pół metra. Za podłogę wystarczały krzywo ułożone, nieheblowane dechy. Nikłe światło wpadało przez wąską, zakratowaną szczelinę pod samym sufitem, ciągnącą się przez całą długość ściany. Otwór powstał prawdopodobnie przez usunięcie jednego tramu.

W kąt pomieszczenia wepchnięto krzywą drewnianą pryczę, zaścieloną derką. Obok stało wiadro. Innych sprzętów nie było.

Jak ja się tu dostałem? – zastanowił się niemrawo Lars. Przecież nie przecisnęli mnie przez kraty u góry.

Dźwignął się z trudem i obmacał ściany. Półmrok panujący w celi utrudniał zadanie, ale w końcu Berg znalazł dwie pionowe szczeliny w belkach, prawdopodobnie zamaskowane i zabezpieczone od zewnątrz drzwi.

– No to pięknie – powiedział cicho. – Niedźwiedź by tego nie sforsował.

Usiadł na pryczy i ścisnął palcami skronie. Ból głowy zmienił się w tępe pulsowanie. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Lars westchnął. Nie miał pojęcia, co zrobić. Zeke wyraźnie oszalał. Mógł go tu trzymać latami albo, wiedziony jakąś niepojętą żądzą zemsty, po prostu zamorzyć głodem.

Dobiegający z góry szelest sprawił, że Grabieżca uniósł wzrok. Pomiędzy kratami pojawiła się zatroskana twarz burmistrza. Berg porwał się na nogi.

– Zeke! – krzyknął z wściekłością. – Co to ma znaczyć, do kurwy nędzy?!

Usta małego człowieczka wykrzywił przepraszający uśmieszek.

– Och, Berg, nawet nie wiesz, jak mi przykro...

Dłonie Grabieżcy bezwiednie zacisnęły się w pięści.

– Przykro ci, bydlaku?! – wrzasnął z furią. – Powiadasz, że ci przykro?! Ty skurwielu! Ogłuszyłeś mnie i zamknąłeś w jakiejś pieprzonej norze, a teraz ci przykro?!

Zeke zamachał rozpaczliwie rękami.

– Ty nic nie rozumiesz, Berg! Potrzebuję cię! Nie mogłem pozwolić, żebyś odszedł. Przecież próbowałem załatwić wszystko jak trzeba. Dałbym ci nawet podwyżkę. Ale ty się uparłeś. Nie miałem wyjścia, sam widzisz!

Lars poczuł, że wściekłość cofa się niczym fala odpływu. Zastąpiła ją ciężka, przygnębiająca rezygnacja. Zeke naprawdę miał nierówno pod kapeluszem. A dyskusja z szaleńcem zdawała się stratą czasu.

Usiadł na pryczy.

– Chcesz mnie tu trzymać w nieskończoność? – spytał ponuro.

Burmistrz potrząsnął energicznie głową.

– Nie, jasne, że nie. Wypuszczę cię, gdy trochę ochłoniesz, zrozumiesz, co jest korzystne dla nas obu. Mam nadzieję, że jak najprędzej.

Lars przesunął dłonią po twarzy.

No to koniec, pomyślał. Muszę coś wymyślić, zanim ten świr mnie wykończy.

Podniósł wzrok i spojrzał wprost w ciemne, zakłopotane oczy burmistrza.

– No dobra, Zeke – zaczął sucho. – Powiedz tylko, jak mnie zmusisz, żebym dla ciebie pracował?

Na zapadniętych policzkach Zekego pojawiły się rumieńce wstydu.

– Och, Berg. Liczyłem, że do tego nie dojdzie. Ale rozumiesz... są sposoby. Różne sposoby. Tak mi przykro, naprawdę. Proszę, nie zmuszaj mnie, żebym któregoś użył. Bardzo cię lubię, ale muszę cię skłonić do współpracy. Sam powinieneś zrozumieć, jakie to ważne. Przemyśl wszystko, dobrze? Porozmawiamy rano, kiedy opadną emocje. Powiadają, że ranek jest mądrzejszy od wieczora. Zastanów się nad wszystkim, a jutro znów pogadamy. Dobranoc, Berg.

– Hej! Zaraz! – krzyknął Grabieżca, gdy zasmucona, końska twarz zniknęła z widoku.

– Dobranoc! – zawołał Zeke i niczym jakiś szalony, przekorny bóg powołał do życia mrok. Ciemność zapadła momentalnie, czarna i gęsta jak atrament. Przed oczami Larsa przez chwilę tańczyły kolorowe rozbłyski. Usłyszał, że gdzieś na górze szczęknęła zasuwa. Położył się na pryczy, macając dłońmi siennik.

Zdawało mu się, że znalazł się niespodziewanie na dnie zamkniętej kamienną płytą studni albo w trumnie zakopanej głęboko w ziemi. We wszystkich tych przypadkach miałby mniej więcej takie same szanse na odzyskanie wolności.

Ani poranna, ani kolejne rozmowy z Zekem nie poprawiły sytuacji. Burmistrz nie miał najmniejszego zamiaru wypuścić więźnia. Kiedy po raz kolejny zostawił Grabieżcę w ciemności, Lars ze złością zacisnął zęby. Wcześniejsza rezygnacja znów zamieniła się we wściekłość.

Jednego był pewien. Niewolnicza praca dla tego małego skurwiela nie wchodziła w grę. Wiedział, że jeśli ulegnie, burmistrz każe po prostu wstawić sprzęt do celi i Berg nigdy już nie zobaczy słońca. Pryzy będzie wsadzał do koszyka spuszczanego pomiędzy kratami na linie. W ten sposób podawano mu posiłki i opróżniano kubełek z nieczystościami.

Gorzej niż w jakimś cholernym lochu.

Siedział więc w celi niczym pieprzony szczur w zaczopowanej rurze i zastanawiał się, w jaki sposób uciec. Ale nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy. Nie miał nawet łyżeczki, żeby zacząć wygrzebywać podziemny tunel. A poddać się nie chciał. Honor Grabieżcy w żadnym wypadku nie pozwalał.

Ale się wdałeś, Bergerson, myślał ponuro. A wszystko z chęci zysku. Po diabła ci była forsa małego gnoja? Zachłanność to paskudna cecha, nie nauczyli cię w gildii, panie Przezorny?

Na szczęście miał pudełko zielonych pigułek. Starał się łykać lekarstwa oszczędnie, ale na samą myśl, że kiedyś się skończą, robiło mu się zimno.

Próbował liczyć, jak długo tkwi w celi, ale szybko stracił rachubę. Oceniał z grubsza, że dwa, może trzy dni.

Po jakimś czasie Zeke z wielkim smutkiem, wzdychając głośno i apelując do rozsądku więźnia, zapowiedział, że jest zmuszony ograniczyć racje żywnościowe. Berg znajdował w koszyku już tylko suchary i podpleśniały ser. Pokrojony w cienkie plastry od czasu, gdy Lars, rzuciwszy celnie twardą jak kamień gomółką, podbił burmistrzowi oko.

Zeke wydawał się naprawdę wstrząśnięty. Blada, końska twarz wykrzywiła się żałośnie.

– Och, Berg! – zajęczał. – Nie musiałeś tego robić. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Przecież nie chcę zrobić ci krzywdy. Pragnę tylko, żebyś wykorzystywał talent, realizował prawdziwe powołanie pozyskiwacza. Niesienie pomocy potrzebującym. Tylko tyle.

Ponieważ Lars okazywał niezrozumiałą zatwardziałość, Zeke z wielkim bólem przestał go w ogóle karmić, a racje wody ograniczył do kubka dziennie.

Z początku Grabieżca myślał, że burmistrz blefuje. Lecz szybko się przekonał, że koszyk z jedzeniem naprawdę przestał zjeżdżać w dół.

W końcu zrozumiał, że Zeke faktycznie chce go zagłodzić.

Nie wierzę, pomyślał osłupiały. To jakiś pieprzony koszmar. Zatrułem się i mam zwidy.

Ale wkrótce koszmar stał się codziennością.

Zeke odwiedzał więźnia i błagał, żeby ten poszedł po rozum do głowy, a Berg z każdym dniem nabierał większej ochoty, żeby zacisnąć palce na chudej szyi prześladowcy i skręcić mu kark jak kurczakowi. Miał kłopoty ze snem. Czasami, kiedy wreszcie zapadał w krótką, niespokojną drzemkę, męczyły go natrętne majaki. Roił, że goni burmistrza, który zamienia się w gulgoczącego głośno indora albo wielką gadającą krewetkę. Budził się wtedy zmęczony, z bólem głowy. Większą część czasu spędzał w całkowitej ciemności, snując plany zaduszenia małego człowieczka w drelichowym garniturze, z wolna graniczące z obsesją.

Myśl o tym, żeby się złamać i znów pracować dla gnoja, była i kusząca, i nienawistna. Zwłaszcza że jedyny plan, który zaczynał z wolna kiełkować w głowie Grabieżcy, wymagał dostępu do azylu. Ale był to plan ryzykowny i niebezpieczny. Nie tylko dla Berga, ale także dla przyjaciół Zekego i mieszkańców całej wioski. Mogło zginąć wielu niewinnych ludzi, więc Lars postanowił zrealizować pomysł jedynie w ostateczności. Na razie spróbuje wytrwać i przetrzymać tego małego szaleńca.

Udręczony ciasnotą i ciemnością, na całe godziny przenosił się do ogrodu. Kiedy pierwszy raz przecisnął się przez szczelinę w skałach i zobaczył zalaną słońcem kotlinę, poczuł się naprawdę szczęśliwy. Znalazł się w domu, bezpiecznym i spokojnym, pośród przyjaciół, którzy pocieszą go i pomogą znaleźć drogę ucieczki z pułapki. Bardzo potrzebował rady od swoich zwierząt mocy. Liczył, że razem wymyślą skuteczny plan.

Jednak ogród zdawał się zupełnie pusty. Lars obszedł wkoło kotlinę, a potem ruszył ku morzu. Fale łagodnie lizały piasek, woda była zielona i gładka niby szkło. Berg wdrapał się na omszały głaz.

– Hej! – zawołał – Max! Felis! Gdzie jesteście?

Odpowiedziała mu cisza.

– Wróciłem! – krzyknął głośniej. – Co z wami?

Fale pluskały miękko, wiatr pędził po niebie nieliczne obłoki. Przez chwilę Bergowi wydawało się, że widzi w oddali sylwetkę biegnącego Maksa, ale koń się nie zjawił.

Lars zeskoczył z kamienia i wrócił na łąkę. W korzeniach drzewa zauważył jakiś ruch.

– Euzebiusz? – spytał z nadzieją.

Szczur podniósł wąski pyszczek. Błysnęły czarne paciorki ślepek. Berg otworzył usta, żeby spytać, czemu Max i Felis nie przyszli, gdy Euzebiusz odwrócił się i znikł w norze pod korzeniem.

Lars zagryzł wargę. Nie miał wątpliwości. Zwierzęta dlaczegoś nie chciały z nim gadać.

Rozdrażniony, wzruszył ramionami.

– Nie, to nie – rzucił na pozór obojętnie, chociaż zrobiło mu się przykro.

Jednak nie miał zamiaru przejmować się fochami futrzaków. Odetchnął głęboko czystym powietrzem. Nad głową, niby czasza namiotu, rozpinało się niebo, niebieskie jak na rysunkach dla dzieci. Cudownie było czuć pod stopami trawę i rozgrzany piasek, zanurzyć się w wodzie, posiedzieć w cieniu rosnącego pośrodku kotliny drzewa i spróbować soczystych, słodkich prawie-śliwek. Spacerował brzegiem morza, siedział na kamieniach i patrzył w dal, pływał. Dopiero w ogrodzie zdał sobie sprawę, do jakiego stopnia bardzo brakuje mu kąpieli i czystych ubrań. Musiał lepić się z brudu i cuchnąć. Doskonale wiedział, że cudowna kotlina to tylko miejsce w jego umyśle. Ucieczka była pozorna, ale dawała wytchnienie od ponurej rzeczywistości. Tam musiał zostać sam z oszalałym, nienawistnym Zekem. Coraz częściej pokraczny, chuderlawy burmistrz jawił mu się w snach jako diabeł. Siadał na pryczy, śmierdząc siarką i bredząc o prawdziwym powołaniu pozyskiwacza.

Mało brakowało, a Berg postradałby rozum.

Właśnie wtedy Zeke doszedł do wniosku, że nie może dłużej czekać.

Kiedy ozwał się szczęk zasuw, a belki w ścianie więzienia zaczęły z hukiem spadać, Berg był pewien, że to kolejny majak. Światło naftowej lampy oślepiło przyzwyczajone do mroku oczy. Lars mrużył powieki niczym kret wygrzebany z nory. Z trudem rozpoznał sylwetki ochroniarzy, majaczące w otworze drzwi.

Iwo chwycił go mocno za ramię i wypchnął na dwór. Grabieżcy plątały się nogi. Gdy wciągnął w płuca haust zimnego, świeżego powietrza, poczuł zawrót głowy. W celi musiało być przez cały czas cholernie duszno.

Ciemność nocy rozświetlały latarnie w dłoniach ludzi Zekego. Sebastian wykręcił do tyłu ręce więźnia i mocno skrępował je na plecach.

Nie jest dobrze, pomyślał Lars.

Uniósł głowę i spojrzał w niebo. Odległe, zimne gwiazdy po wielu dniach niewoli wydawały się obce i nierzeczywiste. Poczuł mocne szturchnięcie w plecy.

– Ruszaj – warknął Iwo.

Nie było sensu protestować. Berg znał osiłków burmistrza i wiedział, że nie będą się specjalnie wzdragać przed użyciem siły. A czuł się zbyt osłabiony, żeby walczyć.

– Dokąd? – spytał tylko.

Iwo ruchem głowy wskazał kierunek. Zawsze sprawiał wrażenie, jakby mowa przychodziła mu z najwyższym trudem. Sebastian chyba wcale nie opanował tej sztuki.

Pod stopami chlupotało błoto wczesnowiosennych roztopów. Trzej mężczyźni przemierzali podwórze rezydencji Zekego, kierując się w stronę zabudowań gospodarskich.

Berg szedł powoli, rozglądając się dyskretnie i oceniając szanse ewentualnej ucieczki. Które z każdym krokiem stawały się bardziej nikłe.

Jeśli sukinsyny zechcą mnie zabić, spróbuję zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby im przeszkodzić. Co i tak się nie uda, pomyślał ponuro.

Sebastian otworzył drzwi szopy służącej za drewutnię i warsztat ciesielski.

– Właź – mruknął Iwo.

Wnętrze okazało się suche i przestronne, oświetlone ćmiącą się w rogu lampą przyłączoną do na wpół wypalonego kryształu energetycznego. Podłogę, niczym osobliwy śnieg, zasnuwała warstwa trocin. Pachniało świeżym drewnem.

Wepchnięty do środka Berg rozglądał się niepewnie. Ochroniarze burmistrza nagle przestali się nim interesować. Sebastian usiadł na stole, z łokciem niedbale opartym na imadle, a Iwo, wsparłszy się o ścianę, zaczął z namaszczeniem skręcać papierosa.

Pewnie czekają na swojego kurduplowatego pana, stwierdził Lars z niechęcią. Grzeczne psy. Dobrze wytresowane.

Właściwie nie czuł strachu. Wszystko, co wydarzyło się, odkąd postanowił opuścić osadę, wydawało się nierealne na podobieństwo złego snu. Miałby zginąć w szopie na drewno, zamordowany przez wioskowego tyrana, ledwo odrosłego od podłogi wariata, który ubrdał sobie, że może mieć prywatnego niewolnika? I na nic wszystkie przepowiednie, tajemniczy Zakon, wyrocznia zwana Księżniczką? Amen. Koniec pana Bergersona, Grabieżcy, niech mu trociny lekkie będą. Niemożliwe. Zbyt absurdalne.

Cofnął się pod ścianę, żeby usiąść na wiązce polan, możliwie daleko od ochroniarzy. I wtedy zobaczył linę. Dyndała przewieszona przez solidny pierścień w suficie. Gruba na dwa palce, o starannym, gładkim oplocie. Idealna na stryczek.

Berg poczuł, że w żołądku rośnie mu ciężka, lodowata kula. Dłonie zwilgotniały, a serce przyspieszyło bieg.

Do diabła, po co miałby to robić? – pomyślał, starając się uspokoić. Co komu po martwym pozyskiwaczu?

Wzdrygnął się lekko, kiedy skrzypnęły drzwi i w progu pojawił się Zeke. W obszernym, za długim płaszczu wyglądał jak nietoperz. Na twarzy miał ten sam co zawsze zażenowany uśmieszek.

– Zimna noc – stwierdził, jakby to wszystko usprawiedliwiało.

Berg starał się zachować spokój. Wstał i spojrzał prosto w czarne oczy.

– Wypuść mnie, Zeke – powiedział możliwie opanowanym tonem. – Przecież to jakieś wariactwo. Przejrzyj wreszcie. Nie możesz mnie więzić do końca świata.

Mały człowieczek westchnął ciężko.

– Rzeczywiście, nie mogę. Sam widzisz, Berg. Nie mam wyjścia. Okropnie mi przykro. Naprawdę. Bierzcie go – rzucił ochroniarzom.

Iwo natychmiast zdusił papierosa o stół. Lars odruchowo cofnął się o parę kroków.

– Zaczekaj, Zeke! Pogadajmy.

– Później, Berg. – Burmistrz uśmiechnął się przepraszająco. – Po prostu muszę cię przekonać. Radykalnie.

Sebastian i Iwo chwycili Grabieżcę za ramiona i powlekli w stronę zwisającej z sufitu liny. Berg próbował kopnąć Iwona z boku w kolano, ale drugi ochroniarz podciął mu nogi. Lars grzmotnął kolanami o podłogę.

– Co ty, kurwa, wyrabiasz, Zeke?! – wrzasnął z furią. – Odbiło ci?!

Poczuł szorstki dotyk liny na nadgarstkach.

– Jezu Chryste, Zeke! – krzyknął, kiedy gwałtowne szarpnięcie niemal wyrwało mu ramiona ze stawów.

Lina naprężyła się.

Lars rozpaczliwie próbował wstać. Wściekły ból wzmagał się nieustannie, oddech stał się krótki, świszczący. Grabieżca czuł, że za moment ramiona wyskoczą mu ze stawów, barki połamią się, a mięśnie pozrywają. Z bólu ledwie widział na oczy.

– Przestań! – wycharczał desperacko. – Na cholerę ci pozyskiwacz z połamanymi rękami!

Zeke wyraźnie się przestraszył.

– Puśćcie go! – nakazał szybko.

Naprężona lina zwiędła i Berg upadł ciężko. Barki i ramiona bolały jak diabli. Ale jeszcze nie pękły.

Leżał, dysząc. Zeke przydreptał i kucnął obok swojego więźnia. Przywodził na myśl ojca, który musiał przyprowadzić krnąbrnego dzieciaka do dentysty. Zafrasowany, ale pewien swej rodzicielskiej mocy.

– Zeke, ja cię zabiję, sukinsynu – wychrypiał Berg.

Burmistrz rozłożył ręce.

– Nie, Bergerson. Będziesz dla mnie pracował. Mam zobowiązania, które muszę wypełnić. Bez ciebie jestem skończony, a do tego nie mogę dopuścić. Smutne, ale prawdziwe.

Lars uśmiechnął się z goryczą.

– Co mi zrobisz? Pobijesz? Okaleczysz? I jaki będzie pożytek z niesprawnego pozyskiwacza? Sam widzisz, że to beznadziejne.

Zeke pokiwał głową.

– Faktycznie – przyznał. – Popełniłem błąd. Ale właśnie wymyśliłem coś innego. Zabiorę ci pigułki. Powinienem był od tego zacząć.

Berg dźwignął się na kolana, chociaż nadwerężone ramiona zapłonęły bólem, od którego pociemniało mu w oczach.

– Nie zrobisz takiego draństwa, Zeke!

Burmistrz uśmiechnął się przepraszająco.

– Jasne, że zrobię. Wybacz, ale też jestem przyparty do muru. Iwo!

Ochroniarz oderwał się od ściany.

– Czekaj! – krzyknął Berg. – Masz mnie. Będę dla ciebie skakał, draniu.

Na długiej, wąskiej twarzy pojawił się wyraz ulgi. Zeke się rozpromienił.

– Nareszcie, Berg! Nie trzeba tak było do razu, co? Straciliśmy mnóstwo czasu. Pomóżcie mu wstać – rzucił do Iwona i Sebastiana.

Lars zacisnął usta.

Ciesz się, gnido, pomyślał. Na razie wygrałeś. Ale do czasu. Dostaniesz, co twoje. Przysięgam. I sam będziesz sobie winny.

Poprzednie obawy Berga spełniły się całkowicie. Zeke ani myślał zwrócić więźniowi wolności. Grabieżca wrócił do celi. Na szczęście burmistrz pozwolił mu się wykąpać i przebrać, zabrać lampę, zapas paliwa i dodatkowy koc. Nareszcie czysty i ogolony, Grabieżca zastał w celi suty, gorący posiłek oraz butelkę wina. Równie smacznego jak to, do którego Lizbeth dosypała środków usypiających.

Kiedy to było? – zastanowił się Berg. Miał wrażenie, że całą wieczność temu. W rzeczywistości przesiedział w zamknięciu pięć dni.

W celi zastał kilka dodatkowych sprzętów. Stół i krzesło, kufer z ubraniami, miskę ustawioną na metalowym stojaku i duży dzban z wodą. Na ścianie, nad tą prymitywną umywalką, ktoś powiesił małe lusterko i wieszak z płóciennymi ręcznikami.

– Co za luksusy – mruknął Berg z goryczą. – Jak w pałacu.

Jednak tej nocy położył się spać wreszcie syty i odświeżony, a śmierdzący siarką, sypiący iskrami z uszu Zeke już mu się nie przyśnił.

Rankiem okazało się, że nie sposób wnieść do celi sprzętu z azylu, bo rozklekotane, wiekowe urządzenia nie przeżyją przeprowadzki. Zafrasowany Zeke musiał się zgodzić, żeby Berg chodził pracować do głównego budynku. Ale cały czas pod eskortą milczących osiłków z kastetami Settiego w dłoniach.

Kiedy Lars wrócił z pierwszym pryzem, burmistrz był tak uradowany, że omal nie pękł ze szczęścia.

– Wspaniale, Berg! – powtarzał w kółko. – To się nam opłaci, zobaczysz!

Zobaczysz, co to znaczy igrać z Grabieżcą, Zeke, myślał Lars ponuro. I pożałujesz, kolego. A wszystko na własną prośbę. Zachłanność to paskudna cecha, panie burmistrzu. Trudno, zmusiłeś mnie. Czas zrealizować plan.

Odbywał proste abordaże, przynosił pryzy średniej wartości i czekał na okazję. Niedługo, zaledwie kilka dni. Poczuł, że nadeszła, gdy tylko rozproszyła się aksamitna ciemność w koi i postawił stopę na długim nadrzecznym wale, swoim pasie startowym.

Przejście było gwałtowne i nieprzyjemne. Berg zawisł nad taflą srebrzystej, gęstej mgły. Wytężył wzrok, żeby dobrze przypatrzeć się majaczącemu niewyraźnie obrazowi. Blizna po tatuażu odzywała się przejmującym zimnem, od którego cierpło całe ramię. Mroczna, groźna aura wisiała nad tym miejscem niczym kir. Każdy pozyskiwacz przy zdrowych zmysłach natychmiast by się wycofał. Ale Berg uśmiechnął się leciutko.

Mam cię, Zeke, pomyślał i opadł na taflę mgły.

Człowiek, którego niegdyś zwano Przydatnym Dwudziestym Siódmym z Domu Słonecznego Szóstego, obecnie noszący haniebne miano Niegodziwego, trząsł się z zimna i głodu. A także z lęku. Bo chociaż starał się ze wszystkich sił ignorować wszelkie bodźce zewnętrzne, hałas, który słyszał, nie ustawał. Szur, szur. Ciche, ostrożne stąpnięcia.

Niegodziwy zacisnął powieki. Gdyby mógł poruszać rękami, zatkałby uszy. Lecz to oznaczałoby triumf materii nad wolą. Powinien nauczyć się zobojętnienia na cały świat zewnętrzny i każdą swą myśl poświęcać Mistrzowi. Ale nie potrafił. Wciąż słyszał zbliżające się ostrożne kroki. Drżał więc, przeszywany coraz większym strachem. Wyschniętymi, spierzchniętymi wargami powtarzał nieustannie hymn na cześć Mistrza.

– Mistrz jest najwyższym światłem. Mistrz jest najwyższą prawdą. Wszelka cześć należna jest Mistrzowi. Wszelka myśl należy do Mistrza. Każda żywa istota wzywa Mistrza i wielbi Mistrza. Ponad Niego nie ma nic na tym świecie. Dobro jest złudą, bo tylko Mistrz zna ścieżki. Wszelkie przywiązanie jest złem, bo oddala od Mistrza...

Usta powtarzały hymn, ale słowa dawno nie były bardziej czcze i puste. Niegodziwy trząsł się i pocił ze strachu, ale nie potrafił nie słyszeć kroków. Rozwartymi z przerażenia oczami zezował to na ciemny wlot korytarza, to na ogromne kamienne koło zawieszone na ścianie tuż przed nim.

Odgłos kroków ucichł i w ciemności korytarza pojawiła się postać.

Niegodziwy chciał odwrócić wzrok, zamknąć powieki, ale już było za późno. Zauważył go. Akolitę w dziwnie powyciąganej i poplamionej szacie.

To koniec, zrozumiał z przerażającą jasnością.

Oddychał szybko, czuł spływające po twarzy strużki potu.

Koło. Mógł teraz patrzeć jedynie na pokryte drobnymi, misternymi płaskorzeźbami koło. Widział, że drgnęło. Drgnęło i zaraz się obróci. Z pewnością zaraz się obróci. Nie. Tylko nie to!

Błagam, błagam! – modlił się w myślach do jakiegoś dobrego, nieistniejącego boga, choć wiedział, że już jest za późno.

Usta powtarzały hymn, ale głos robił się coraz bardziej piskliwy ze strachu.

– Nie istnieją związki przywiązania, bo trwała jest tylko chwała Mistrza. Jedynie medytacja o Mistrzu jest godna istoty żywej. Mistrz...

Potężne koło osadzone na wbitym w skalną ścianę trzpieniu obróciło się, hurkocząc głośno. Niegodziwy wydał wysoki, wibrujący przerażeniem krzyk. Jego oczy zamgliły się, wpatrzone w najbliższą płaskorzeźbę. Malutka kobieca postać rozciągnięta na taśmie podajnika zbliżała się ku rozwartej paszczy olbrzymiej zgniatarki. Wewnątrz urządzenia widać było precyzyjnie ukazane tarcze, które miały powoli miażdżyć ciało. Scena została przedstawiona niezwykle realistycznie. Rozwarte szeroko, wypełnione łzami oczy Niegodziwego rozpoznały w maleńkiej twarzy rysy Przydatnej Siedemnastej z Domu Księżycowego Osiemdziesiątego.

– Nie! – zaszlochał i wtedy postać z płaskorzeźby zaczęła rosnąć.

Ale nie była już kamieniem. Niegodziwy stał, patrząc na olbrzymią zgniatarkę, która zaraz zacznie pochłaniać szamoczącą się w więzach, wyjącą ze strachu kobietę.

– Przywiązanie do innej istoty żywej jest wielkim grzechem i niegodziwością, bo wszelkie uczucie należy się jedynie Mistrzowi. Miłość do Mistrza stanowi najczystszą duchową wielkość, daje życie i staje się życiem – wyrecytował łamiącym się z rozpaczy głosem.

Stopy Przydatnej Siedemnastej znalazły się w paszczy zgniatarki, obracające się tarcze już muskały palce. Krzyki kobiety zmieniły się w przeciągły wrzask.

Niegodziwy całym wysiłkiem woli zmuszał się, żeby też nie zacząć krzyczeć. Nie mógł nawet zamknąć oczu, bo tu, w świecie koła, był samym wzrokiem i słuchem.

– Miłość do innej istoty żywej to niegodziwość najgorsza z najgorszych i hańba, jakiej zmyć niepodobna... – wyszeptał ochryple, nie chcąc, nie mogąc patrzeć na to, co za chwilę zacznie się dziać.

Błagam, nie! – myślał gorączkowo, rozpaczliwie, choć wiedział, że nie wolno mu czepiać się żadnej nadziei. Przydatna Siedemnasta zginie za chwilę w straszliwych męczarniach, ponieważ nie potrafił wyzbyć się złych, niegodnych, materialnych uczuć. Ponieważ nienawidzi Mistrza z całego serca i nigdy tego nie zmieni.

Zaszlochał z rozpaczy, bólu i wściekłości.

A wtedy wybuchła ciemność. Rozlała się, topiąc wszystko w atramentowym mroku. Niegodziwy poczuł ucisk w skroniach i na krótką chwilę stracił przytomność.

Berg wsunął się do ciasnej, spowitej półmrokiem niszy. Wiedział, że musi się zachowywać cholernie ostrożnie, jeśli chce wyjść stąd żywy. W korytarzach i celach wisiał gęsty, zatęchły odór. Smród niemytych ciał i niewietrzonych pomieszczeń. Zapach cierpienia.

Rozejrzał się, wypatrując obłego kształtu ćmy. Skalne ściany były pokryte bladym kożuchem pleśni. Mdłe światło lamp męczyło wzrok.

Ani jednej, pomyślał z niechęcią. Cholera, będę musiał zajrzeć do celi.

Zdecydowanie wolałby tego uniknąć. A jednak tylko tam miał szansę zwabić ćmę.

Nie musiał obawiać się pułapek, bo żaden pozyskiwacz nigdy nie zjawiłby się tu z własnej woli. Dzięki temu dość łatwo dokonał abordażu.

Korytarz wydawał się pusty. Tylko u wylotu majaczył jakiś cień, ale to chyba nie był strażnik. W nikłym świetle Berg nie był w stanie stwierdzić, czy widzi istotę ludzką, czy ulega złudzeniu. Jeśli miał zaryzykować, to lepiej teraz, zanim domniemany strażnik podejdzie bliżej. Wysunął się z cienia i zniknął w otworze najbliższej celi. Zamarł w pół kroku.

Skulony w nienaturalnej pozie, wychudły do granic możliwości człowiek nie był wyrzeźbionym w kamieniu posągiem. Za bardzo śmierdział. Przypominał chorą małpę. Albo pokraczny, wyjątkowo brzydki maszkaron. Opierał się na wspartych o podłogę dłoniach, a patykowate nogi o żylastych stopach z długimi jak szpony paznokciami trzymał zaplecione w pozycji lotosu i uniesione w górę. Cały ciężar chudego ciała musiały więc utrzymywać ręce. Głowa podrygiwała na cienkiej szyi, kołysał się przylepiony do czaszki ciężki kołtun pokrytych pleśnią włosów.

Więzień mamrotał coś monotonnie. W jego głosie dawało się słyszeć napięcie. Nieprzytomnymi, szeroko rozwartymi oczami wpatrywał się w kamienny okrąg zawieszony na ścianie. Po pobrużdżonej, wykrzywionej rozpaczliwie twarzy płynęły łzy. Spływały kanionami zmarszczek jak strumienie po wiosennych roztopach.

Berg cofnął się odruchowo. Gałki oczne nieszczęsnej istoty poruszyły się i Lars napotkał pełne zwierzęcego przerażenia spojrzenie więźnia.

Wtedy koło drgnęło z chrobotem, a człowiek wydał wysoki, pełen rozpaczy pisk.

Lars ocknął się z odrętwienia. Płynnym ruchem wydobył z kieszeni smolną łzę i cisnął prosto w środek kamiennego koła. Ciemna kulka uderzyła w tarczę i rozlała się gęstą, podobną do oparu mgły czernią. Powierzchnia koła natychmiast zmatowiała, reliefy pokryły się szarawym nalotem. Urządzenie, które napawało nieszczęsnego więźnia takim lękiem, zamarło na zawsze.

Berg nabrał głęboko powietrza. Wsunął rękę do kieszeni i namacał cieniutką, delikatną materię cienia. Miał tylko jeden, kupiony dawno temu za grube pieniądze, dlatego musiał się dobrze przygotować. Zaburzenie mocy, spowodowane uszkodzeniem koła, powinno ściągnąć ćmę. W końcu została stworzona właśnie na takie okazje.

Berg delikatnie wymacał brzeg cienia. Nie chciał za wcześnie wyjmować sideł z kieszeni, żeby nie porwać delikatnego materiału. Przylgnął plecami do ściany i nasłuchiwał. Zdawało mu się, że z korytarza dobiega już śpiewny, delikatny szelest. Odgłos bijących skrzydeł ćmy.

Rozejrzał się szybko po celi, oceniając przyszłe pole walki, i napotkał zdumione spojrzenie szeroko rozwartych źrenic więźnia.

Położył palec na ustach i lekko pokręcił głową.

– Nie zrobię ci krzywdy – szepnął. – Tylko nie krzycz.

Wychudłą, zniszczoną twarz wykrzywił nagły grymas. Wydawało się, że mężczyzna chce przytaknąć, ale nie może wydobyć słowa.

Szelest wzmógł się. Wysoki, śpiewny wizg i w polu widzenia pojawiła się ćma. Czarne, puste oczodoły dostrzegły ubranego w tęczową tunikę Berga. Grabieżca sprężył się, wyszarpnął z kieszeni cień. Stwór, wytrącony z równowagi obecnością akolity, zawisł na sekundę w drzwiach celi. Lars nigdy jeszcze nie widział ćmy z tak bliska. Wyglądała odrażająco. Przypominała zsiniały, opuchnięty jakby na skutek utonięcia ludzki embrion, trzepoczący trzema parami błoniastych skrzydeł. Pod zapadniętą klatką piersiową spazmatycznie drgały wąskie, łukowato wygięte szczeliny podobne do skrzeli.Białą pergaminową skórę pokrywały szkarłatne i niebieskawe plamy.

Berg zamachnął się i cisnął sidła. Cienka, szarawa materia rozpostarła się w powietrzu i zaczęła opadać. Przypominała widmową kałamarnicę. Ćma wydała wysoki, wibrujący pisk, poderwała się w górę. Za późno. Macki musnęły siny tułów istoty, która zamachała wściekle ośmioma odnóżami, starając się rozszarpać cieniutki materiał zakrzywionymi, ostrymi jak noże pazurami. Gwałtowny ruch spowodował, że sidła zacisnęły się momentalnie. Ćma wrzasnęła jeszcze raz, starając się zawrócić ku wlotowi korytarza, ale srebrzystoszare pasma cienia już krępowały błoniaste skrzydła. Stwór zatoczył się w powietrzu i runął prosto na Grabieżcę. Berg odskoczył, tłukąc boleśnie ramieniem w występ skalny. Żółte, zakrzywione kły o włos minęły jego twarz. Poczuł kwaśny odór istoty, która przeleciała tuż przed nim. Skrępowane cieniem skrzydło musnęło pierś Grabieżcy, rozcinając kolorową tunikę. Poczuł ostry, piekący ból. Na skórze wykwitła długa, czerwona smuga.

Ćma odbiła się od ściany i upadła, wizgając i tłukąc rozpaczliwie oplątanymi cieniem skrzydłami. Łysa głowa waliła o kamienną podłogę, podobne do czarnej ziejącej dziury usta kłapały spazmatycznie. A sidła zaciskały się, powoli oblepiając paskudny tułów niczym kokon. W końcu stwór, całkowicie owinięty szarawą, widmową materią, znieruchomiał.

Lars rozchylił tunikę i obejrzał skaleczenie. Nie krwawiło, ale piekło ostro.

Cholerstwo mogło być jadowite, pomyślał z niepokojem.

Rzucił okiem na ciało ćmy. Leżało na kamieniach, jak tłumok okręcony szarymi szmatami. Chwycił stwora za koniec skrzydła, mimowolnie wzdrygnąwszy się z obrzydzenia.

– Czas się zmywać – mruknął do siebie.

Wrzaski ćmy z pewnością sprowadzą mu na łeb strażników. Odwrócił się, żeby odejść, gdy dobiegł go słaby, ochrypły szept.

– Panie...

Spojrzał na skulonego w nienaturalnej pozycji więźnia. W ciemnych, pozbawionych blasku oczach dojrzał jedynie ból.

– Uwolnij mnie, panie... – wymamrotały bezkrwiste usta.

Berg przykucnął obok. Wiedział, że musi uciekać, ale poczuł nagle falę ogromnego współczucia, która aż ściskała za gardło. Ten człowiek nie był paskudnym maszkaronem z kamienia. Żył i cierpiał. I przyczyniał się mimowolnie do potęgi znienawidzonego Mistrza.

Na omszałym skalnym występie nad jego głową, niczym osobliwe kwiaty, wykwitały potężne, krystaliczne nacieki. Świeże miały głęboką barwę krwi, starsze nabrały brązowawego odcienia surowej wątroby. Emanowały potężną mocą. Obok, na skale, wyraźnie odznaczały się bruzdy po poprzednich, odłupanych już kryształach. Widocznie więzień spędził w celi wiele czasu.

– Nie mogę cię uwolnić – powiedział cicho Grabieżca. – Nie potrafię.

Skazaniec lekko potrząsnął głową, tak jakby Berg nie zrozumiał prośby.

– Możesz – wychrypiał. – Tylko ty możesz. Czy koło...?

– Nigdy się już nie obróci. Nie obawiaj się. Zepsułem je na zawsze.

– Kim jesteś?

– Grabieżcą. To znaczy pozyskiwaczem.

Usta więźnia drgnęły.

– Nie rozumiem. Nie jesteś akolitą, prawda?

– Nie. Pochodzę z Ziemi. Dostaję się do dziedziny Mistrzów Blasku i zabieram różne przedmioty.

Skazaniec zachłysnął się oddechem. Na popielatych, zapadłych policzkach zapłonęły niezdrowe rumieńce.

– Z Ziemi? – powtórzył z niedowierzaniem. – Naprawdę? Czy tam są ludzie? Prawdziwi ludzie?

Berg skinął głową.

– Są – szepnął. – Wolni.

W oczach więźnia zapłonął blask.

– Cudownie – wychrypiał. – Nie wierzyłem, ale to cudownie...

Berg zagryzł wargę. Wiedział, że powinien już iść, ale nie mógł porzucić tego nieszczęsnego człowieka w pół słowa. Więzień zasługiwał przynajmniej na chwilę uwagi.

– Mówią, że tam jest teraz piekło – bezkrwiste wargi poruszyły się niemal bezgłośnie. – Ale to nieprawda. Piekło jest tutaj. Popełniłem straszną zbrodnię. Ośmieliłem się darzyć uczuciem kobietę, z którą kazano mi płodzić dzieci. Przydatną Siedemnastą z Domu Księżycowego Osiemdziesiątego. Zamknęli mnie tu, żebym się nauczył poskramiać wszelkie przywiązanie. Ale się nie nauczyłem, człowieku z Ziemi. O nie, nie nauczyłem się...

Zaniósł się nerwowym chichotem.

– Wiedział, że się nie nauczę. Teraz karmię Mistrza moim cierpieniem, moim lękiem. Spójrz na kryształy. Popatrz, jakie są potężne, krwiste. Wiem, chociaż nie mogę nawet odwrócić głowy, żeby na nie spojrzeć. Teraz naprawdę jestem przydatny. Chociaż nazywają mnie Niegodziwym. Tu są setki, tysiące takich jak ja. Zakutych w kamień, budujących potęgę potwora, który mieni się Mistrzem. Uwolnij mnie, człowieku z Ziemi. Odejdę szczęśliwy.

Berg zwilżył wargi.

– Jak? – szepnął, chociaż już zrozumiał i ciarki przebiegły mu po plecach. – Przecież nie mogę cię zabrać ze sobą.

Grymas wykrzywił usta więźnia.

– Ofiaruj mi najpiękniejszą, najcenniejszą rzecz, o której wszyscy tutaj marzą. Daj mi śmierć, Grabieżco z Ziemi.

Berg drgnął.

– Słuchaj, ja nie potrafię... Nie jestem mordercą.

Skazaniec przymknął powieki.

– Ale jesteś dobry – szepnął.

Lars z trudem przełknął ślinę. Gardło miał ściśnięte i suche niczym wiór.

– Nigdy mnie stąd nie wypuszczą, przecież wiesz – usłyszał cichy głos człowieka-maszkarona. – Znajdą mnie, przyniosą nowe koło i wszystko zacznie się od początku. Nawet nie mam ciała. Jestem jak kamień. Mogę tylko poruszać oczami i ustami, wielbić Mistrza, pocić się, drżeć ze strachu i przyczyniać się do jego potęgi. Daj mi śmierć. Błagam cię, dobry człowieku z Ziemi.

Berg przesunął dłonią po twarzy.

Zeke, pomyślał gorzko, twoja głupota kosztuje mnie więcej, niż możesz sobie wyobrazić.

Spojrzał na udręczoną, skręconą postać więźnia.

– Dobrze – powiedział ochryple, bo głos z trudem wydobywał się ze ściśniętego gardła. – To jest smolna łza. Zabije cię natychmiast. Odejdziesz bez bólu.

Wyciągnął z kieszeni ciemną, elastyczną grudkę. Palce drżały tylko trochę.

Więzień zerknął na wyciągniętą rękę Grabieżcy. Wąskie wargi wykrzywił leciutki uśmieszek.

– Nie mogę się poruszyć, przyjacielu. Bardzo pragnę przyjąć od ciebie śmierć, ale nie mam jak.

Berg nabrał głęboko powietrza i wcisnął grudkę w usta więźnia. Zadrżał, gdy poczuł muśnięcie zimnych jak nagrobek warg.

– Rozgryź – powiedział, chwycił ćmę i wstał, nie oglądając się na skazańca.

– Dziękuję – usłyszał cichy głos. – Ofiarowałeś mi wolność i wielkie szczęście, Grabieżco. Nie zapomnę o tobie, dokądkolwiek pójdę. Żegnaj.

I ja nie zapomnę, pomyślał Berg. Nawet gdybym bardzo chciał.

Znalazł się na cichym i pustym korytarzu. Przycisnął dłoń do piersi, żeby uspokoić walące niczym młot kowalski serce.

Zabiłem człowieka, kołatało mu się w głowie. Dobry Jezu, zabiłem tego nieszczęsnego człowieka. Ale co miałem zrobić?

Wepchnął ćmę pod pachę. Szamotała się niemrawo, czyli, na szczęście, żyła.

Lars odrzucił z obrzydzeniem przelotną myśl, żeby wrócić i utrącić ze ściany kilka naładowanych mocą kryształów. Z pewnością były bardzo potężne, ale wydawały mu się przeklęte i wstrętne. Mocno przycisnął do boku tłumok ze zdobyczą i puścił się biegiem.

Przejście dokonało się szybko i czysto, a Berg z ulgą opuścił wreszcie więzienie pełne nieszczęśników, którzy obrazili majestat Mistrza Blasku.

Odchylił pokrywę koi. Zaskrzypiała jak wrota czyśćca. Wygramolił się z trudem, opuścił nogi na podłogę i wstał. W ustach czuł nieprzyjemny słony posmak. Czerwona krecha na piersi piekła.

Niech cię diabli, Zeke, pomyślał z niechęcią.

Czuł się paskudnie. Jak tchórz. Jak morderca.

Po raz setny zapytał sam siebie, czy na pewno nie istniał żaden inny sposób, i po raz kolejny odpowiedź brzmiała „nie”. Ale to nie przynosiło ulgi.

Sebastian, niedbale wsparty o ścianę, nie zwrócił uwagi na powrót Grabieżcy. Czyścił sobie paznokcie ostrzem scyzoryka.

Sezam trząsł się i zgrzytał, jakby nawiedził go duch zmarłego więźnia. Berg przyglądał się urządzeniu z niepokojem.

Oby tylko to ścierwo nie zdechło, pomyślał ponuro. Drugi raz nie zdobędę się na taki abordaż.

W końcu maszyna wydała agonalny klekot i zamarła. Lars przygryzł wargę. Za chwilę sezam się otworzy i będzie musiał wyjąć pryz. Ostrożnie. Bardzo ostrożnie. Nie miał pojęcia, w jakiej formie przeszła ćma. Tylko jedno wiedział na pewno. Cokolwiek ukaże się w szczelinie czaszy, będzie czystą, śmiercionośną furią.

Powoli zbliżył się do sezamu. Spojrzał na matowe szkło i poczuł niemiłe mrowienie w żołądku. Musiał wyjąć to draństwo ze środka i nie dopuścić, żeby go zabiło. Ale nie miał pomysłu jak.

Być może, jeśli będzie się zachowywał bardzo spokojnie i ostrożnie, nie wyląduje na podłodze z rozchlastanym gardłem. W najlepszym wypadku zdoła też zachować palce. Być może. Przełknął nerwowo ślinę. Czasza rozchyliła się z sykiem.

Teraz, pomyślał Berg. Już miał pochylić się nad sezamem, lecz Sebastian oderwał się od ściany i ruchem ręki nakazał Grabieżcy, żeby się zatrzymał.

– Zostań – burknął.

Berg uśmiechnął się krzywo.

Jak sobie życzysz, stary, pomyślał.

Pierwszy raz, odkąd Lars został więźniem Zekego, los zechciał mu pomóc.

Ochroniarz, rozsunąwszy półkule czaszy, wsunął ręce do środka. I odskoczył z wrzaskiem. Obojętną dotąd twarz wykrzywiło zdumienie. Poderwał do oczu ociekające czerwienią dłonie.

– Co to za gówno?! – zdołał wykrztusić.

Berg nie zdążył odpowiedzieć.

Z głębi sezamu wyprysnęła ćma. Nie przypominała żywego stworzenia. Stała się kłębem wirujących metalowych ostrzy. Długie, kolczaste klingi otwierały się i zamykały ze świstem. Sebastian cofnął się o krok i machnął ręką. Zanim czerwone krople zdążyły upaść na deski podłogi, ogromny, pływający w powietrzu kłąb noży opadł na twarz ochroniarza. Bluznęła krew, Sebastian wrzasnął w agonii, a płaty skóry i włosów posypały się wokół niczym upiorne konfetti. Umierający mężczyzna zachwiał się i runął na kolana. Nie przypominał już osiłka z nieodłącznym pogardliwym uśmieszkiem na wargach. Wyglądał jak kukła w czerwonej masce diabła.

Ćma poderwała się w górę i zawróciła. Wirujące ostrza zagłębiły się w czaszce, siekając kości łatwo jak młynek orzechy.

Berg zamarł. Teraz moja kolej, pomyślał spokojnie. Nie powstrzymam jej. To koniec.

Czuł miarowe uderzenia serca. Nie bał się. Wiedział już, że plan się nie powiódł. Ćma okazała się zbyt agresywna.

Ciało Sebastiana ciężko zwaliło się na bok. Krew barwiła deski podłogi, malowała abstrakcyjny wzór na białym tynku ściany. Martwy ochroniarz wyciągał przed siebie ręce, jakby chciał pochwycić umykające życie. Kłąb wirującej śmierci unosił się nad jego głową niczym szalona aureola.

Berg wstrzymał oddech. Ćma wisiała w powietrzu, najwyraźniej nieco zdezorientowana. Grabieżca słyszał ciche, metaliczne wibrowanie przypominających klingi skrzydeł. Nagle stwór rozpostarł szerzej rzędy ostrzy, ukazując segmentowy tułów i obłą, bezoką głowę. Wydał jękliwy odgłos zakończony nieprzyjemnym zgrzytem i wzbił się pod sufit.

Zaraz mnie dopadnie, pomyślał z przeraźliwą jasnością Lars.

Czas zatrzymał się, rozciągnął jak wieczność. Trwało tylko wysokie brzęczenie ćmy.

Huk otwieranych drzwi brzmiał, jakby roztrzaskały się podwaliny świata. Berg dostrzegł w progu barczystą postać Iwona. W dłoni ochroniarza błysnął kastet Settiego. A potem kula ostrzy rzuciła się do przodu. Iwo krzyknął i cofnął się gwałtownie. Ćma wypadła za nim na korytarz.

Lars poczuł zimny, lepki pot spływający po skroniach. Przed oczami zatańczyły czarne plamy. Musiał oprzeć się plecami o ścianę, żeby nie upaść.

Z korytarza dobiegały rozpaczliwe krzyki Iwona. Krótko. Bardzo krótko. Potem dał się słyszeć wysoki wizg potwora. I cichy szum metalowych skrzydeł. Nagle gdzieś z głębi budynku zabrzmiał histeryczny kobiecy pisk.

Odleciała, pomyślał Lars. Na miękkich nogach zbliżył się do drzwi i wyjrzał ostrożnie. Iwo wyglądał, jakby przejechała po nim kosiarka. Czerwone bryzgi na ścianach przypominały fantazyjne kwiaty. Cuchnęło krwią i świeżym mięsem. Berg kucnął przy ochroniarzu i wyjął z zaciśniętej dłoni kastet Settiego. Wsadził lepką od krwi broń do kieszeni tuniki. Wstał i zwilżył językiem suche wargi. Mógłby wydostać się na podwórze, zabrać Achillesa i uciec. Pewnie rozsądek nakazywałby tak postąpić. Ale nie sumienie.

Lars westchnął. Spojrzał na poszatkowane ciało Iwona, na zbryzgane krwią ściany. Nie chciał tej jatki. Próbował tylko wydostać się z zamknięcia, wystraszyć porządnie burmistrza i zmusić, żeby zwrócił mu wolność. Po drugiej stronie ćmy były klawiszami w więzieniach, lecz nie zabójcami. Mogły potężnie pokaleczyć, ale rzadko odbierały życie. Po prawdziwej stronie widocznie przybierały inną, bardziej zabójczą formę. W dominium Mistrzów Blasku zdawały się posiadać jakąś śladową inteligencję. Tutaj stwór wyraźnie oszalał. Atakował każdego, kogo spostrzegł. Wkrótce wybije pewnie całą załogę ratusza i ruszy na dalsze łowy. Berg liczył się z niebezpieczeństwem, zakładał, że kilka osób może zginąć. Ale nie wszyscy. A nic nie wskazywało, żeby mieszkańcy wioski mieli jakieś szanse w starciu z ćmą. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Przyniósł mieszkańcom wioski przeklęty pryz. Śmierć w czystej postaci. Więc powinien ją teraz powstrzymać. Byłoby łatwiej, gdyby miał chociaż cień pomysłu, w jaki sposób.

Wsunął palce w otwory kastetu i wyjął dłoń z kieszeni. Nie spodziewał się, żeby urządzenie mogło ogłuszyć ćmę, ale nie miał innej broni. Przypomniał sobie mgliście, że kastet Settiego uchodził za najbardziej skuteczny paralizator istniejący w dziedzinach Mistrzów Blasku. Nosili go wszyscy adepci i Oświeceni, żeby w razie czego zaprowadzić szybko porządek wśród wiernych. To był drogi pryz. Sam miał dużo szczęścia, że zdobył go dla Zekego. Ale kastet powalał żywe istoty, nie maszyny. A ćma nie miała w sobie chyba ani krztyny żywych tkanek. Trudno kłąb latających noży uznać za zwierzę.

Zresztą jeśli znajdzie się tak blisko stwora, żeby uderzyć go kastetem, z pewnością sam będzie już martwy.

Odwrócił się, żeby odejść, i nadepnął na coś twardego. Na podłodze leżała zapalniczka. Musiała wypaść z kieszeni Iwona. Lars schylił się i podniósł ciężki, metalowy przedmiot, obrócił w palcach. Był stary, bardzo stary, ale w świetnym stanie. Mógł pochodzić jeszcze sprzed Przesilenia. Z pewnością słono ochroniarza kosztował. Nagle Bergowi wydało się, że ciśnięcie zapalniczki na podłogę byłoby wielką nieuprzejmością wobec zmarłego. W gildii nauczyli go szanować stare przedmioty. Wsunął ją więc do kieszeni. Jeśli przeżyje, odda Zekemu.

Ruszył ostrożnie korytarzem, nasłuchując metalicznego brzęczenia ćmy. W progu jadalni natknął się na zwłoki Marka, jednego z tutejszych pozyskiwaczy. A raczej na to, co z nich zostało. Widocznie ćma była w coraz gorszym humorze.

Obszedł ostrożnie ciało, starając się nie poślizgnąć na flakach i krwi. Zacisnął palce na kastecie. A wtedy odezwało się delikatne mrowienie w lewym ramieniu. Berg poderwał głowę, nasłuchując. Cichutkie brzęczenie brzmiało jak odległy odgłos wiatrowych dzwonków. Przybliżało się. Korytarzem płynęła ćma.

Lars przypadł do ściany, starając się poruszać bezszelestnie, podsunął się ku najbliższym drzwiom. Tutaj nie miał dokąd uciekać. Wolał spotkać się z przeciwnikiem w pomieszczeniu, w którym miałby większą swobodę ruchu. Przekroczył próg salonu. Przypomniał sobie, że tu Zeke po raz pierwszy nakarmił go ciepłym posiłkiem i mamił słodkimi słówkami. Dawno, cholernie dawno temu. W bezpiecznym świecie lasu i gościńca.

Szedł tyłem przez bezmiar puchatego dywanu, nie spuszczając oka z otworu drzwi. Serce tłukło jak szalone, w gardle zaschło.

Wysoki, wibrujący dźwięk narastał. Wreszcie ćma pojawiła się w polu widzenia. Płynęła majestatycznie korytarzem, niczym misterny metalowy płatek śniegu. Berg wstrzymał oddech. Zdawało się, że ćma minie drzwi, ale nagle wykonała zwrot i skręciła do salonu.

Broń! – pomyślał rozpaczliwie Lars. Jakakolwiek broń!

Kłąb ostrzy unosił się w powietrzu, migając klingami skrzydeł. Poruszał się bardzo wolno, ostrożnie.

Berg stał tyłem do kominka. Czuł na plecach ciepło bijące od płonących polan. Wiosna była kapryśna i chłodna, a Lizbeth nie znosiła marznąć.

Ćma zbliżyła się do Grabieżcy, zakołysała w locie, jakby zdziwiona. Berg widział wyraźnie między migającymi ostrzami małą, pozbawioną oczu głowę i szczelinę stanowiącą coś w rodzaju ust. Stwór rozłożył skrzydła, segmentowy odwłok zadrgał.

Atakuje, zrozumiał Lars.

Przykucnął gwałtownie i w półobrocie wyszarpnął z paleniska płonącą belkę. Poczuł ukąszenie gorąca na skórze. Zamachnął się prowizoryczną bronią. Pomarańczowy odblask rozbłysł na srebrzystym pancerzu ćmy. Istota wzbiła się wyżej, wrzasnęła dziko, ale nie rzuciła się na Grabieżcę. Zawisła w powietrzu, jakby się wahała. Być może lękała się ognia.

Berg znów machnął kłodą, modląc się, żeby nie zgasła.

Ćma zawyła ponownie, skrzydła rozszerzyły się, tułów skurczył. Jednak szykowała się do ataku.

Wszystko na nic, pomyślał Lars. Zaraz mnie poszatkuje.

Nie bał się. Nie miał czasu. Zacisnął dłonie na dogasającej głowni, sprężył mięśnie.

A wtedy z głębi domu rozległ się głuchy trzask i brzęk tłuczonej szyby. Dały się słyszeć stłumione ludzkie okrzyki i kolejny brzęk.

Ćma stuliła klingi skrzydeł, zrobiła zwrot w miejscu i na kształt pocisku wystrzeliła na korytarz.

Pod Bergiem ugięły się nogi. Poczuł, że ubranie ma zupełnie mokre od potu. Rzucił polano do paleniska i przesunął ręką po twarzy, zostawiając na skórze czarne smugi sadzy. Wnętrze dłoni znaczyły trzy czerwone krechy. Oparzenia piekły lekko, ale nie były poważne. Z pewnością znacznie mniej poważne niż rany, które mogłyby zadać kolce ćmy.

– Pieprzone bydlę – wymamrotał pod nosem Lars. – Jak cię załatwić?

Na korytarzu zadudniły kroki. Grabieżca podniósł głowę i zamarł w bezruchu.

W otwartych drzwiach stał Zeke. Jego długa, końska twarz miała barwę popiołu, rzadkie włosy sterczały we wszystkie strony. W dłoniach burmistrza spoczywał ogromny, pokraczny pistolet o rozszerzonej lufie. Wyglądał jak potomek obrzyna i garłacza, które Lars oglądał jeszcze jako chłopiec w ogromnym, pełnym rupieci arsenale gildii. Mieli tam nawet halabardy. Podobno z rekwizytorni upadłego teatru.

Spojrzał na małego człowieczka. Drelichowy garnitur Zekego znaczyły rdzawe plamy. Nogawka spodni była rozdarta na prawym udzie, cała przesiąknięta krwią.

Burmistrz oddychał szybko jak po długim biegu. Spojrzenie szalonych, szeroko rozwartych źrenic zatrzymało się na twarzy Berga.

– Sprowadziłeś to draństwo, co? – wychrypiał.

Grabieżca cofnął się o pół kroku. Lufa garłacza celowała teraz prosto w jego brzuch.

Zrobi we mnie dziurę większą niż pięść, pomyślał.

– To ćma jaskiniowa, Zeke – powiedział spokojnie. – Postaram się ją powstrzymać. Ale musisz mi pomóc.

Szare, chłodne oczy Grabieżcy spotkały się z głęboką czernią źrenic burmistrza. Mięśnie szczęk Zekego zadrgały.

– Zabij to, Bergerson. Zabierz to z mego domu – powiedział twardo.

– Już od jakiegoś czasu próbuję to zrobić – warknął Lars.

Zeke dyszał ciężko. Opuścił broń, a jego spojrzenie znów zrobiło się smutne jak u krewetki na ruszcie.

– Czy to można zastrzelić?

Berg pokręcił głową.

– Nie wiem. Zobaczymy. Prawdopodobnie boi się ognia. Wiesz, gdzie może teraz być?

Burmistrz westchnął.

– Przeszła przez kuchnię. Próbowałem zorganizować ewakuację. Skończyło się jatką. Ten potwór wpadł i poszatkował większość moich ludzi. Teraz jest pewnie w lewym skrzydle budynku.

Pobladł nagle, cała krew odpłynęła mu z twarzy.

– Dobry Boże – jęknął. – Tam jest pokój Lizbeth!

– Chodź! – krzyknął Lars.

Ruszyli biegiem. Mały burmistrz kulał, ale nie zostawał w tyle.

– Gdzie trzymasz naftę, olej do lamp, coś łatwopalnego? – spytał Lars.

– Chyba w szopie – wysapał Zeke.

Wtedy usłyszeli wrzask. Straszny, piskliwy wrzask kobiety, której przydarzyło się coś bardzo złego. Tak złego, jak spotkanie z ćmą.

Zeke rzucił się na ratunek.

– Czekaj, a nafta? – zawołał za nim Lars.

– Nie ma czasu! – w głosie burmistrza pobrzmiewała nuta paniki. – To chyba ona!

Grabieżca rozejrzał się błyskawicznie, zerwał z haka najbliższą lampę i puścił się za Zekem. Mały człowieczek zniknął w korytarzu wiodącym do lewego skrzydła. Berg skręcił także i potknął się o rozciągnięte w poprzek drogi długie nogi Slima, chłopaka z wioski, siedzącego pod ścianą z otwartymi głupkowato ustami. Martwego jak kłoda. Grabieżca nie zdołał utrzymać się na nogach, runął ciężko na trupa. Slim okręcił się, oplatając Larsa ramionami, jakby chciał go uściskać. Pozyskiwacz zerwał się, strząsając z siebie ręce zmarłego. Zobaczył, że Zeke zatrzymał się, wymachując garłaczem.

– Berg! – krzyknął. – Szybciej!

Pozyskiwacz przeskoczył ciało chłopaka i dołączył do towarzysza.

Wysoki, rozpaczliwy krzyk kobiety niósł się echem w korytarzu. Berg nie był w stanie ocenić, czy głos należy do kochanki burmistrza. Niczym nie przywodził na myśl dojrzałych brzoskwiń w syropie. Biegli korytarzem, kierując się w stronę, skąd dochodził wrzask. Wpadli do obszernego pomieszczenia, które Zeke szumnie nazywał gabinetem.

Akurat w chwili, gdy Gina, dziewczyna, która pomagała w kuchni, zamieniała się w poszatkowane drobno mięso. A w kącie przylepiona do ściany stała Lizbeth. Miała ściągniętą, popielatą twarz i usta rozwarte do bezgłośnego krzyku.

Berg sięgnął do kieszeni, żeby wydobyć zapalniczkę. Palce natrafiły na bezużyteczną księżycową łzę, namacały metalowy prostokąt płytki maskującej. Ale nie znalazły masywnej bryły zapalniczki. Bo jej tam nie było. Musiała wypaść, kiedy się przewrócił. Przeszukał gorączkowo kieszeń i znów nic. Zapalniczka znikła.

Lars spojrzał na Zekego. Burmistrz stał jak skamieniały, nawet nie wycelowawszy z garłacza. Berg zaklął.

– Daj mi broń! – nakazał ostrym szeptem.

Wtedy ćma przestała znęcać się nad szczątkami Giny. Wirując i szczękając ostrzami, zakręciła się w powietrzu i zawisła tuż przed oczami drugiej kobiety.

– Lizbeth! – ryknął Zeke i rzucił się do przodu.

Ćma spadła jak piorun na twarz jasnowłosej walkirii. Kochanka burmistrza krzyknęła i targnęła głową. Metalowe skrzydła wplątały się w grube, rozpuszczone pukle. Siekły wściekle, sypiąc wokół jasnym puchem niczym z rozprutej poduszki. Lizbeth szamotała się, krzycząc rozpaczliwie. Po karku i plecach zaczęły jej spływać cieniutkie sznureczki krwi.

– Nie ruszaj się! – zawył Zeke.

Ale Lizbeth wirowała w upiornym tańcu z ćmą, wymachując rozpaczliwie rękami.

– Strzelaj! – krzyknął Berg. – Bo ją zabije!

Garłacz plunął ogniem. Huk wystrzału ogłuszył Grabieżcę na moment. Zobaczył, jak ćma wystrzela w górę, a kochanka burmistrza zatacza się i pada na podłogę.

– Jezu, Lizbeth! – załkał Zeke i przypadł do zakrwawionej kobiety.

Ostrza przecięły powietrze ze śpiewnym gwizdem. Grabieżca poderwał głowę. Kłąb śmiercionośnych noży zawrócił z gracją i pikował prosto na małego burmistrza.

– Wraca! – krzyknął ochryple Berg. – Uważaj!

Zeke obrócił się błyskawicznie, cyklopie oko lufy spojrzało wprost na stwora. Garłacz huknął znowu. Impet uderzenia odrzucił ćmę na ścianę. Segmentowy tułów drgał spazmatycznie.

– Zdychaj! – wrzasnął Zeke. W jego głosie wściekłość mieszała się z triumfem.

Stwór osunął się na podłogę. Kolczaste ostrza darły deski.

– Mamy ją! – powiedział Zeke.

– Nie! – krzyknął Grabieżca.

Szeroko rozwartymi oczami patrzył prosto na ćmę. Nie wyglądała na konającą. Segmentowe łuski zwarły się, a chaotycznie bijące skrzydła wyprostowały i uniosły w górę.

– Uważaj! – wrzasnął, ale ćma już ruszyła do ataku.

Berg zamachnął się lampą i rzucił nią w stwora, który uchylił się zwinnie jak myśliwiec. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, zapachniało rozlaną naftą.

Zeke zasłonił się rozpaczliwie garłaczem. Z pewnością nie miał już naboi. Stwór wpadł na niego z impetem. Mały człowieczek padł na ciało Lizbeth, zasłaniając głowę ramionami. Ćma wydała wysoki, wibrujący pisk i przeorała plecy burmistrza końcami śmiercionośnych skrzydeł. Krzyknął z bólu i zaskoczenia. Potwór zawirował w powietrzu, szykując się do ostatecznego starcia.

Zabije go, zrozumiał Berg.

Sprężył się i skoczył do przodu.

– Tu jestem, pieprzona suko! – warknął.

Ćma zawizgała głośno, stuliła skrzydła i wystrzeliła wprost na Grabieżcę. Odskoczył w ostatniej chwili, wykonując rozpaczliwy obrót. Poczuł, że ostrza tną materiał tuniki i rozdzierają skórę. Lewy bark i obojczyk spłynęły ciepłą krwią. Strużki popłynęły po piersi, wsiąkały w brudną i poplamioną szatę. Zabolało jak diabli, ale nie miał czasu o tym myśleć. Ćma wykonała szybki zwrot i uderzyła ponownie. Znów zrobił niezgrabny piruet, podrywając instynktownie ramię, żeby osłonić oczy. Ostrza musnęły rękaw i rozharatały rękę od łokcia po nadgarstek. Krople krwi poleciały na podłogę niczym paciorki rozerwanego naszyjnika. Ćma zawisła na moment tuż przed twarzą Berga. Zobaczył szeroko rozwarte skrzydła i drgające segmenty tułowia. Wiedział, że zaraz rzuci się do ataku. Stwór zgrzytnął metalowymi stawami, pochylił obłą, bezoką głowę. Lars nie czekał. Uderzył sierpem z dołu i trzasnął ćmę kastetem Settiego. Wydała wysoki, rozdzierający wrzask. Lecz nie było w nim wściekłości ani triumfu. Machnęła rozpaczliwie skrzydłami, opadła na pierś Grabieżcy, próbując rozpruć mu żebra kolczastymi ostrzami, ale zostawiła na skórze tylko cienkie zadrapania. Lars chwycił za wystające stawy skrzydeł i odepchnął stwora od siebie. Z metalicznym brzękiem kłąb noży potoczył się po podłodze i znieruchomiał.

Berg oddychał otwartymi ustami. Pociemniało mu w oczach, poszorował plecami po ścianie i usiadł ciężko, bliski omdlenia. Mięśnie brzucha drgały, zbierało mu się na wymioty. Rozdarte przedramię krwawiło mocno. Brudna, poszarpana tunika piła czerwień spływającą z poranionego barku. Lars przymknął oczy. Wiedział, że ogłuszona ćma w każdej chwili może się ocknąć, ale nie dbał o to. Musiał po prostu przez chwilę odpocząć. Nie liczył, że kastet zadziała. Uderzył odruchowo, ale właściwie już żegnał się z życiem.

Zmusił się, żeby otworzyć oczy i spojrzeć na burmistrza.

– Zeke? – wychrypiał. – Żyjesz?

Drelichowy garnitur burmistrza był w strzępach. Wyglądał, jakby ktoś niefachowo, ale gorliwie próbował przefarbować go na czerwono. Zeke poruszył się i jęknął.

– Berg? – szepnął. – Czy to zdechło?

Grabieżca powolnym ruchem pokręcił głową.

– Dostała kastetem Settiego. Jakimś cudem zadziałał.

Zeke z trudem gramolił się z ziemi. Zakaszlał i skrzywił się z bólu.

– Dobry Jezu – jęknął. – Jak się pozbyć tego cholerstwa?

Berg przycisnął dłoń do barku. Momentalnie zrobiła się szkarłatna i lepka od krwi.

– Masz tu kotłownię? – spytał.

Zeke skinął głową.

– Wrzucimy bydlę do pieca. Powinno zdechnąć. Co z Lizbeth?

Po końskiej twarzy burmistrza przebiegł skurcz.

– Żyje – szepnął. – Dzięki Bogu, żyje. Chyba jest w szoku. Berg?

– No?

– Uratowałeś nas. Dziękuję.

Lars machnął zdrową ręką.

– Drobiazg. Ale wiesz co, Zeke? Nigdy więcej nie próbuj więzić pozyskiwacza, dobra?

Wąskie wargi burmistrza rozciągnęły się w słabym uśmieszku.

– Przyznaję, to był błąd. Głupi błąd. Nie mam ci za złe tego burdelu, wiesz?

– Super – mruknął Lars.

Zeke przysunął się bliżej. Wyglądał, jakby pogłaskał go niedźwiedź.

– Możesz wstać? Musimy załatwić tego stwora. A potem spróbować jakoś poskładać się do kupy.

Berg zacisnął zęby i zmusił się, żeby stanąć na nogi. Trącił czubkiem buta nieruchomą ćmę. Nie dawała znaku życia.

– Przysmaż ją jeszcze raz i idziemy – powiedział Zeke.

Wstał chwiejnie i kulejąc, ruszył korytarzem. Berg pochylił się, uderzył ciało stwora lśniącym, przejrzystym taserem kastetu. Przeskoczyły fioletowe iskry, ale ćma nawet nie drgnęła. Lars przezwyciężył obrzydzenie, podniósł zewłok za skrzydło i ruszył za małym burmistrzem.

Berg poprawił się na siodełku Achillesa. Plecak cholernie uciskał zraniony bark i Grabieżca poważnie się zastanawiał, czy w ogóle da radę jechać. Ale nie chciał spędzić ani dnia więcej w gospodarstwie Zekego. I tak odczekał dwie doby, zanim uznał, że może wsiąść na motor.

Zacisnął zęby. Jakoś to pójdzie. Musi.

Wyjął z plecaka wszystko, co tylko się dało. Motocykl wyglądał teraz jak objuczony muł.

Mały burmistrz stał na progu swojej rezydencji, drapiąc się w głowę.

– Eee, Berg – zaczął. – Głupio robisz. Naprawdę głupio. Powinieneś zostać trochę. Kilka dni. Podleczyłbyś się, odpoczął. Poważnie. Nie dasz sobie rady. Po co się tak katować?

Lars uśmiechnął się złośliwie.

– I zarobił parę groszy, co?

Zeke się żachnął.

– Daj spokój. Wiesz, że nie o to mi chodzi. Nie zamknąłbym cię drugi raz. Za skarby.

Lars popatrzył na pociągłą, jakby postarzałą twarz burmistrza. Można było tego wszystkiego uniknąć, stary głupku, pomyślał.

– Żegnaj, Zeke – rzucił, zaciskając mocniej dłonie na kierownicy. – Dzięki za gościnę.

Usta małego człowieczka rozciągnął smutny uśmieszek.

– Nie winię cię za to, co się stało, Berg. Chociaż straciłem wielu dobrych ludzi. Ot, głupio wyszło. Ty też nie miej mi za złe, Grabieżco. Myślałem, że wszystko inaczej się potoczy.

Lars westchnął. Też tak myślałem, powiedział sobie w duchu. Teraz widma Giny, Slima, Marka i dwóch ochroniarzy będą mnie straszyć po nocach, a kiedy umrę, powitają w drzwiach piekła. To wszystko twoja zasługa, Zeke, ty durniu. I twojej nieprawdopodobnej zachłanności.

Już nie czuł żadnej nienawiści, nie pragnął zacisnąć palców na szyi pracodawcy. Właściwie żal mu było samozwańczego burmistrza, który wyglądał żałośnie w za dużym płaszczu, jakiś skurczony i smutny.

Berg wyciągnął rękę.

– Żegnaj, Zeke – powtórzył. – Nie będę cię źle wspominał.

Drobne palce, podobne do ptasich szponów, zacisnęły się na dłoni Grabieżcy.

– Aaa, uważaj na siebie, Berg. Szczęśliwej podróży.

Lars zapuścił motor.

– Pozdrów Lizbeth – powiedział.

Burmistrz tylko skinął głową.