Bramy Światłości. Tom 2 - Maja Lidia Kossakowska - ebook
Opis

Strefa Poza Czasem nie jest przyjemnym miejscem. Jest przerażająca i śmiertelnie groźna, nawet dla odwiecznych Świetlistych. Boleśnie przekonuje się o tym Daimon, którego istnienie zawisło na włosku. Cena za ratunek będzie wyjątkowo bolesna i wysoka.

Wielka ekspedycja badawcza Królestwa, pod przewodnictwem Seredy, przemierza dzikie pustkowia Strefy w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów Światłości. Jednak wszystkie tropy zdają się prowadzić donikąd. Jednocześnie rozgrywane za kulisami wyprawy starcie między Daimionem a Lucyferem pociąga za sobą coraz więcej ofiar.

Na Razjela, pozostawionego na tronie Głębi także czyha coraz więcej niebezpieczeństw. Sprzymierzenie sił wydaje się jedyną szansą na zapanowanie nad wszechogarniającym chaosem. Asmodeusz wyrusza z misją ratunkową. Bo nasi w potrzebie, a naszych nie zostawiamy nigdy. Naprawdę, nigdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 540

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zastępy Anielskie

Żarna niebiosSiewca WiatruZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2Bramy Światłości – tom 1Bramy Światłości – tom 2

Rozdział I

Czas potrafi być zarówno przyjacielem, jak i śmiertelnym wrogiem. Wtedy staje się nieustępliwy, napastliwy i złowrogi. To podstępny starzec, który chichocząc złośliwie, obraca w kościstych dłoniach klepsydrę naszych chwil. Czas nie zna litości. Jest serdecznym druhem kostuchy i szafarzem lęku. Co rano podaje nam prosto do ust kielich goryczy i udręki. Podnosi ostrzegawczo chudy, pokryty brązowymi plamami palec i syczy przez zęby: „Czekaj! Czekaj! Czekaj!”.

Gabriel czekał. Uporczywie, rozpaczliwie łaknął jakiejkolwiek wiadomości niczym czyśćcowa dusza zbawienia. A jednocześnie panicznie się bał, że wieści, które wreszcie nadejdą, okażą się złe jak owoce ze zgniłego raju. Podrywał się nerwowo na każdy trzask drzwi, pojawienie się jakiegokolwiek sługi czy posłańca przypłacał szalonym biciem serca i drżeniem rąk, wsłuchiwał się w milczące Oko Dnia z napięciem, które niemal rozsadzało mu czaszkę. W uszach słyszał chorały wygrywane przez wszechobecną ciszę, wysokie, dzwoniące, nieznośne dźwięki, w niczym nieprzypominające niebiańskich chórów.

Bardzo starał się odzyskać spokój i opanowanie, ale czuł się jak wielkie drzewo, jesion czy dąb, z pozoru zdrowe i potężne, a wewnątrz toczone próchnem niczym zarazą.

Dla niego taką zarazą była bezsilność. Regent Królestwa miotał się po swoim gabinecie, skręcał w męce kompletnej bezradności. Nie przywykł do tego. Został stworzony do działania. Jego rozkazy zmieniały losy całego Wszechświata. A teraz pozostawał całkowicie zdany na łaskę starca z klepsydrą i jego syczącego: „Czekaj! Czekaj cierpliwie!”.

Lecz cierpliwość nigdy nie była domeną tego Świetlistego. Ta cnota nie była mu dana. Nie jemu, Archaniołowi Objawień, Zemsty i Posłannictwa, Panu Snów, prawej ręce samej Światłości. Cierpiał. Dusił się. Miał ochotę rozbić głowę o ściany eleganckiego, kosztownego gabinetu.

Kiedy mordęga bezwolnego oczekiwania zmieniła się niemal w szaleństwo i zasnuła umysł Gabriela mroczną mgłą desperacji, postanowił zrobić to, do czego czuł się powołany. Włączyć się wreszcie do gry i wykonać ruch. Czy zdecydowałby się na to, gdyby potrafił przewidzieć konsekwencje?

Na pewno nie. Ale w obecnym stanie ducha i rozumu naprawdę nie potrafił.

Wezwał więc do siebie szefa wywiadu i nerwowo targając na palcu pierścień regenta, przekazał mu najnowsze rozkazy.

– Zintensyfikować wysiłki? – powtórzył zdumiony Zofiel.

To, że pozwolił sobie jedynie na nieznaczne uniesienie brwi, świadczyło, jak wybitnym był profesjonalistą.

– Tak! Tak! – gorączkowo przytaknął faktyczny władca Królestwa.

– I przeniknąć do Pałacu Pięści oraz Pandemonium, bezpośrednio do otoczenia Lucyfera?

– Przecież mówię wyraźnie! – zirytował się Gabriel.

Akcje szpiegowskie na terenie Głębi zawsze wiązały się z ogromnym ryzykiem i były nie tylko piekielnie trudne, ale wręcz niewykonalne. W Otchłani działał bowiem dobrze wyszkolony wywiad imperatora oraz wyśmienity aparat szpiegowski Asmodeusza. Lecz to nie one budziły największy strach i grozę, tylko ciesząca się ponurą sławą, bezwzględna i mroczna instytucja, nad którą nie panował nikt z dostojników urzędujących w Pandemonium, nawet sam Lucyfer. Kongregacja Kary, Kaźni i Wiecznej Miłości. Przerażający głębiański Urząd Bezpieczeństwa, gdzie niepodzielnie królował jego założyciel i szef, okrutny, podejrzliwy, przebiegły Nergal.

Kongregacji panicznie bał się każdy. Najpotężniejszy Mroczny i zwykły demon z Limbo. Nawet skrzydlaci szeptali o niej okropne opowieści. Była straszniejsza niż śmierć. Smutniejsza niż dno najczarniejszej depresji. Potworniejsza niż męki potępionych, bo nawet najbardziej bezwzględni z Mrocznych zawahaliby się przed zadawaniem żywej istocie takich cierpień, jakim poddawano więźniów Kongregacji.

Istniała. I to wystarczyło, żeby drżeć z trwogi.

Jeśli więc regent rozkazał Zofielowi z nią zadrzeć, musiał postradać zmysły albo w wyrafinowany sposób skazać swego szefa wywiadu na śmierć.

Już w progu nadworny szpieg Królestwa zauważył, że regent nie czuje się dobrze. Wyglądał kiepsko. Przypominał wielkie, nastroszone, chore ptaszysko zamknięte w za ciasnej wolierze. Jakby chciał pofrunąć, ale nie był w stanie. Ubierał się jak zwykle starannie i godnie, usilnie starał się trzymać w ryzach, ale jego ruchy, spojrzenia, grymasy zdradzały tłumioną z trudem nerwowość, skrajne wyczerpanie i nieustanny stres.

Patrząc na przełożonego, Zofiel zrozumiał, że wszelkie dyskusje okażą się zbędne. Pan Objawień wydał rozkaz. A jego zadaniem jest ten rozkaz wypełnić. Choćby za cenę własnego życia. Tak przecież zawsze wygląda służba Królestwu. A bezwzględne posłuszeństwo to fundament siły i trwałości niebieskiego państwa.

Potem będzie dociekał, co skłoniło regenta do podjęcia tak ryzykownej decyzji, i obmyśli plan, który pozwoli zminimalizować zagrożenie. W tej chwili mógł tylko ukłonić się głęboko i wypowiedzieć sakramentalną formułę:

– Tak, panie. Wedle twojej woli.

Gabriel odprawił go niecierpliwym ruchem ręki.

– No, idź już, idź! I zajmij się wszystkim jak najprędzej.

– Oczywiście, Świetlisty. Natychmiast.

Drzwi gabinetu zatrzasnęły się z głuchym trzaskiem, który przypominał agentowi wywiadu odgłos zamykanej trumny.

Pobladły, oparł się o framugę i głęboko westchnął. Nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że czeka go właśnie ostatnie zadanie w życiu.

Bardzo przenikliwe, bardzo chłodne, szare jak krzemień oczy Algiviusa wpatrywały się w złociste źrenice dżinna, jakby chciały prześwietlić mu głowę na wylot.

I mogły, przypomniał sobie wystraszony Idrys, bo mag cieszył się nie tylko sławą największego czarnoksiężnika w Głębi, ale także najbardziej uzdolnionego telepaty. Posłaniec Asmodeusza cały czas miał wrażenie, że prosto w twarz świecą mu dwa upiorne, przeraźliwie silne reflektory. Czuł, że nie potrafi odwrócić wzroku ani nawet drgnąć. Stał się zielono-złotym motylem przyszpilonym do ściany samą siłą woli potężnego czarownika. Nawet trzepotać nie był w stanie, choć jego serce tłukło się o klatkę żeber niby spłoszony koliber.

Magia, straszna magia, myślał w popłochu, a to jedno słowo odbijało mu się od ścian czaszki niczym fala sonaru.

W jednej okropnej chwili nabrał pewności, że spojrzenie Algiviusa dosłownie wywraca go na lewą stronę, prując przy okazji jakieś słabe, sparciałe szwy w umyśle, jakby był starą, sfatygowaną kurtką.

– Tak, masz rację. Magia – odezwał się czarnoksiężnik szorstkim, nosowym głosem, który brzmiał jak skrzypnięcie zardzewiałych zawiasów.

Naprawdę czuć w nim było czerwonawy, miałki pył rdzy i twarde, żelaziste tony.

Widocznie czarnoksiężnik nieczęsto miał okazję odzywać się do kogoś.

– Na razie tylko magia – oświadczył oschle, patrząc na wystraszonego dżinna.

Od niechcenia zmiął w dłoniach list od Zgniłego Chłopca, który wcześniej raczył zaledwie przebiec oczami. Odrzucił papier na blat biurka, a ten natychmiast zmienił się w szkarłatny kwiat o ognistych płatkach, spłonął i zniknął bez śladu.

W ciemnawym, wysokim i zagraconym wnętrzu pracowni panował niezły bałagan. Na półkach i stołach leżały niedbale porozrzucane księgi o poplamionych oprawach. Większość była otwarta. Stronice, pożółkłe i pomięte jak skóra starca, znaczyły liczne ślady palców. Stosy papierów i świstków piętrzyły się wszędzie niczym sterty postrzępionego pierza, upstrzone drobnym, niemal nieczytelnym pismem czarnoksiężnika. Za przyciski służyły trzy dorodne kamienie filozoficzne. Ognisty żarzył się ciemną purpurą, pulsował i przygasał niby serce smoka, roztaczając wokół zapach rozgrzanego metalu. Wodny burzył się jak miniaturowe morze, przelewając nieustannie fale turkusu, kobaltu i akwamaryny. Brunatny, poświęcony żywiołom ziemi, jarzył się ciemną poświatą o barwie ochry niby podziemne słońce zamknięte w jaskini.

Idrys zapatrzył się na kamienie zafascynowany. Były legendą, marzeniem, niemożliwością i ułudą. Każdy czarnoksiężnik w duchu liczył, że kiedyś będzie mu dane osiągnąć taką moc, żeby rozbić materię lapis filosoforum na elementy odpowiadające poszczególnym żywiołom. Jednak dżinn nigdy nie słyszał, żeby jakiemukolwiek alchemikowi z Głębi udało się utworzyć i utrzymać choćby jeden z nich. Ten mag stworzył trzy. A potem rzucił jak przypadkowe śmieci na stertę pogniecionych notatek.

Sługa Asmodeusza zaczął się go bać.

Algivius splótł smukłe, białe palce i pochylił się w stronę posłańca. Twarz miał bladą, chłodną i wąską jak księżyc w nowiu. I równie pozbawioną wyrazu.

– Możesz mi łaskawie wytłumaczyć, dlaczego mam opuszczać mój wygodny, przyjemnie urządzony, suchy dom i wyprawiać się w dziką, niebezpieczną głuszę, żeby ratować tyłek twojego pana? Nic tam nie zgubiłem, chłopcze.

Idrys z trudem przełknął ślinę, jakby to była oślizgła, zimna, nieświeża ostryga.

– Najpotężniejszy Mroczny z Otchłani oczekuje twojej pomocy, Słońce Magów.

– Słońce Magów? – Czarnoksiężnik wykrzywił usta w ironicznym grymasie. – Dobrze, że nie Karpat albo innych Sudetów. Oczekuje, powiadasz? No to sobie długo poczeka. A teraz opuść moją pracownię i pozwól mi zająć się ważnymi sprawami, dobra? Tylko żwawo, bo się zdenerwuję.

Biedny Idrys, gdy tylko przekroczył próg domu maga, natychmiast zrozumiał, że pogróżki, którymi Asmodeusz kazał mu uraczyć czarnoksiężnika, to najgorszy sposób, żeby przekonać go do udziału w wyprawie. Algivius o oczach z krzemienia sam wydawał się tak twardy jak najmocniejsza stal. Emanował siłą i poczuciem mocy. Nie bał się nikogo i niczego. A już na pewno nie gniewu Zgniłego Chłopca.

Idrys zrobił więc to, co potrafił najlepiej. Padł na kolana i zgiął się w kornym ukłonie.

– Panie, na sam najczarniejszy Mrok! Pomóż, błagam! Jeśli odmówisz, ani ja, ani żaden z moich towarzyszy nigdy nie ujrzymy już płomienistego nieba Głębi! Zginiemy niechybnie na strasznych rubieżach przeklętych Stref Poza Czasem, oby zgniły, sczezły, rozsypały się w proch i zapadły na zawsze w odmęty Praoceanu!

Algivius wzruszył ramionami.

– Po pierwsze, nie jestem wyznawcą Mroku. Po drugie, czemu niby ma mnie obchodzić, co stanie się z tobą i twoimi kumplami? Dżinnów na świecie jest więcej niż psów.

Idrys nie zareagował na obelgę. Wiele lat życia w Głębi przyzwyczaiło go do gorszych inwektyw. Przestał zwracać na nie uwagę. Zależało mu jednak na pracy u Asmodeusza, bo dawała zyski, pozycję i spokój, o których mógłby tylko pomarzyć u innych panów. Przez kilka dziesięcioleci służby zdołał zyskać zaufanie Zgniłego Chłopca i nie zamierzał go teraz utracić. Może najwyżej odrobinę nadszarpnąć, zdradzając tajemnicę, którą Mod powierzył mu tuż przed wyjazdem. Idrys miał ją chronić tak długo, jak się da, i wyjawić Algiviusowi wyłącznie w ostateczności. Doszedł jednak do wniosku, że ostateczność właśnie nadeszła. Mag wyrzucił go przecież za drzwi i nie zamierzał dłużej rozmawiać. Dlatego Idrys musiał znów przykuć jego uwagę. Nawet za cenę sekretu. Zrobił więc użytek ze swego bystrego umysłu i niby przez przypadek wypalił śmiało:

– Zaiste, dżinnów jest wiele, Krynico Mądrości! Ale imperator Głębi tylko jeden!

Algivius natychmiast znów uniósł głowę i rozpalił reflektory spojrzenia.

– Co ma do tego Lucyfer? Siedzi sobie spokojnie w Pałacu Pięści i próbuje wysmażyć te swoje rzewne poematy o niczym. Dobrze przynajmniej, że nie muszę ich potem słuchać. Recytuje jeszcze gorzej, niż pisze.

Smagłą twarz posłańca przeciął ostry, lekko sarkastyczny uśmieszek, jaki potrafi przywołać na usta tylko bardzo wytrawny sługa lub bardzo doświadczony dżinn. To porozumiewawczy grymas, równocześnie pobłażliwy i służalczy.

Wiem coś, czego nie wiesz, panie, choć stoisz ode mnie wyżej w każdej możliwej hierarchii – zdawał się mówić. Wiem, ponieważ jestem od ciebie słabszy, gorszy i o wiele podlejszy. I zdradzę ci ten sekret, przyniesie to bowiem korzyść nam obydwu.

Ten uśmiech zawsze działał.

Podziałał i teraz.

Skupiona, surowa mina, którą przybrał czarnoksiężnik, świadczyła o tym, że połknął przynętę.

– Królu Magicznych Mocy, śmiem twierdzić, że się mylisz – rzekł wolno Idrys, już niemal pewny swego. – Niosący Światło opuścił nie tylko pałac, ale samą Otchłań. Mój pan go szuka.

Algivius żachnął się i odruchowo prychnął jak rozzłoszczony kocur. Wydawał się rozczarowany.

– Chcesz mi wmówić, że Lucyfer ot tak, bez powodu porzucił stanowisko, uciekł z Pandemonium i biega sobie teraz gdzieś po Strefach Poza Czasem, jakby wybrał się na grzyby do pobliskiego lasku? Przecież to bez sensu.

Dżinn pochylił głowę w kolejnym kornym ukłonie.

– Myślę, że miał powód, panie. Ważny powód. I wielmożny Asmodeusz, oby żył wiecznie, z pewnością go zna. Zwrócił się do ciebie o pomoc, bo sprawa jest wielce poważna.

Czarnoksiężnik zamyślił się. Splótł ręce, schował dłonie w szerokie rękawy czarnej szaty i zamarł. Blady półksiężyc jego twarzy przez dłuższy czas unosił się bez ruchu nad zarzuconym papierami płaskowyżem biurka.

W końcu mag drgnął, odchrząknął i spojrzał prosto na Idrysa.

– Dobra, siadaj – rozkazał dżinnowi. – I nie waż się ruszać, bo pożałujesz.

Zanim wystraszony dżinn zdążył nabrać tchu, żeby odpowiedzieć, moc czarownika uderzyła go jak fala gwałtownie wypiętrzającego się tsunami.

Nie oddychał. Nie był w stanie. Tonął w błękitnej, zimnej, ostrej, penetrującej potędze jak topielec, który wpadł do rwącej rzeki. Nie widział, nie słyszał, nie odczuwał niczego poza wiązką mocy rozcinającą mu myśli i wspomnienia, tnącą na cienkie plastry i szatkującą całą zawartość pamięci. Jeśli wcześniej czuł się jak stara kurtka, to teraz pozostał z niego tylko zdarty do cna łachman.

Wszystko to zapewne nie trwało dłużej niż kilka sekund, lecz gdy już Algivius wycofał się z jego głowy, nieszczęsny sługa Asmodeusza miał wrażenie, że po nieskończonej agonii umarł, a potem narodził się na nowo w akcie nadzwyczaj długotrwałego i bolesnego porodu. Mrugał oczami, bo oślepiało go nawet nikłe światło panujące w pracowni, i z wielkim trudem powstrzymywał się, żeby nie zwymiotować.

– Dopiero to była telepatia, chłopcze – oznajmił spokojnie mag, podając mu fiolkę z mętnym płynem. – Wypij, zaraz zrobi ci się lepiej. Wyruszamy jutro o świcie. Tylko się nie spóźnij, bo nie znoszę czekać.

Idrys chciwie sięgnął po naczynie, ale ręce tak bardzo mu drżały, że Algivius musiał podtrzymywać fiolkę.

Razjel naprawdę się ucieszył, kiedy dostał wiadomość, że Belial wpadnie na kolację. Dojmujący ciężar nieustannego bycia Lucyferem dławił go i odbierał siły. Pan Tajemnic miał wrażenie, że niesie na grzbiecie trupa. Ogromne, przytłaczające zwłoki imperatora Głębi, do których został przyszyty na zawsze więzami, jakich nie mógł przeciąć. Podziurawiony szwami żył, ścięgien i splotów nerwowych tego ciała nie ciała, ogromnego plecaka z kości, mięśni i narządów. Twarz, ręce, sylwetka nie należały już do niego. Czyje więc serce pompowało krew, żeby utrzymać przy życiu hybrydę archanioła i władcy Otchłani? Czyj mózg analizował, zżymał się, cierpiał? Razjel nie wiedział. Nie był już sobą, nie stał się też Lucyferem. Czasem mu się wydawało, że sam siebie uczynił upiorną kukłą, skórą zdartą z Lampki i wypełnioną myślami i wspomnieniami archanioła. Nawet cień, wierny przyjaciel, stał się obcy i nienawistny.

Książę Magów obawiał się, że wkrótce oszaleje.

Jestem upiorem, myślał. Dybukiem, który wrócił z krainy zmarłych. Opętałem obce ciało, zupełnie tak samo jak demon. Nie, zaraz. To ciało opętało mnie. Stałem się zlepkiem dwóch istot. Aniołem i diabłem w jednym. Koszmarnym, kalekim bliźniakiem z rozszczepieniem jaźni.

Potworem.

Codziennie musiał sobie przypominać, że prawdziwy Lampka podróżuje właśnie wesoło po nieznanych, fascynujących krainach Stref Poza Czasem. Wolny, spokojny, zadowolony i beztroski.

O tak. Był w stanie przysiąc, że sukinsyn wyśmienicie się bawi i nie ma nawet śladu wyrzutów sumienia. A właściwie o jakim sumieniu mówimy? Drań go w ogóle nie posiada. Nawet krztyny. No bo czy inaczej zostawiłby zasraną, cholerną, pieprzoną Głębię całkiem bez nadzoru i poszedł sobie gdzieś, czort wie dokąd, w dupę, wiedziony tęsknotami i nadziejami nawiedzonego nastolatka? Czy ktoś, kto ma choćby odrobinę przyzwoitości, porzuca obowiązki, naraża najlepszego przyjaciela na śmierć i radośnie żąda od innych, żeby nawet za cenę własnego istnienia posprzątali całe to gówno, które raczył po sobie zostawić?

Nie.

No jasne, że NIE!

Na samą myśl o Lucku dłonie Razjela zaciskały się w pięści, a zęby zaczynały zgrzytać.

Jeszcze trochę i zacznę go naprawdę nienawidzić, zrozumiał nieco wstrząśnięty.

Nawet w najgorszych snach nie przypuszczał, że tak trudno będzie mu odgrywać rolę władcy Otchłani. I co dzień wznosił dziękczynne modły do Jasności, że w swojej dobroci postawiła mu na drodze małego, nieznośnego widmokota Asmodeusza.

Nefer stał się dla Razjela prawdziwym przyjacielem i oparciem.

Bez niego już bym się pewnie powiesił, doszedł do wniosku, kiedy po raz dziesiąty z rzędu czołgał się pod szafą, szukając ohydnej zasuszonej papuaskiej główki. Przynajmniej miał z kim porozmawiać. Przynajmniej? Na litość Pańską! To było przecież prawdziwe błogosławieństwo. Niewysłowiona łaska. Jedyny promyk nadziei w wiekuistym mroku Otchłani.

Z Neferem mógł rozmawiać swobodnie.

Czasami, w najciemniejszych chwilach, Pan Tajemnic nie ośmielał się prosić o nic więcej.

Nawet teraz przyjaciel Moda siedział na specjalnym wysokim stołku przy stole, wdzięcznie myjąc łapkę i od niechcenia przysłuchując się rozmowie archanioła z Belialem.

Razjel przyglądał się z przyjemnością, jak zwalisty Mroczny o włosach barwy burgunda nalewa sobie kolejny kielich i dobiera sporą porcję pieczonego udźca smoka. Miło było spędzić choć chwilę z kimś jeszcze prócz widmokota, przed kim nie musiał wiecznie udawać Lucka. Książę Magów był nieskończenie wdzięczny za obecność małego egipskiego ducha, ale koty, nawet te najlepsze, mają swoje ograniczenia.

Skończywszy jeść, Belial uśmiechnął się i wygodniej rozparł na krześle. Sięgnął znów po kielich i wzniósł toast.

– Masz naprawdę pyszne trunki. To znaczy Lampa ma. A, byłbym zapomniał. Za trzy dni przypada Dzień Upadku. A to znaczy, że czeka cię trochę roboty, Świetlisty.

Pan Tajemnic drgnął, nieprzyjemnie zaskoczony. Sformułowanie „trochę roboty” nie podobało mu się nic a nic i budziło przykre przeczucia.

– Obchodzicie rocznicę bitwy, w której Michał i cała reszta Zastępów spuścili wam łomot, jakiego Kosmos nie widział? – zapytał jednak, bo nie umiał się powstrzymać.

Nie mieściło mu się w głowie, że Głębianie chcą świętować taką klęskę.

Belial lekceważąco machnął ręką i skrzywił się ironicznie.

– Tu jest Otchłań, bracie. Tu się uwielbia fetować porażki. Ale oficjalnie nie o to chodzi, tylko o wolność i ustanowienie ogólnej demokracji. Wszyscy stali się równi, tonąc we wspólnym gównie. Chwała Głębi i takie tam bla, bla, bla. Nie uprawiacie u was podobnych cyrków?

Razjel pomyślał chwilę i przypomniał sobie różne święta czczone w Królestwie.

– Tak – przyznał uczciwie. – Oczywiście, że uprawiamy.

– Byłem tego pewien – ucieszył się Mroczny, zaciągając się miejscowym cygarem z futra Czarnego Kozła, które śmierdziało tak paskudnie, jak wyglądało. – Wszędzie ten sam syf, jak by nie spojrzeć. Takie życie, Świetlisty. Natura dąży tylko do kloaki, mówię ci szczerze. W tym wszechświecie nie czeka nas nic prócz rozkładu.

Zaniepokojony archanioł postanowił przerwać depresyjne wywody swojego gościa.

– No dobra, odbędzie się ta smętna fiesta na Dzień Chwalebnego Łupnia. Ale co to ma wspólnego ze mną? Znaczy z Lampą? – spytał.

– Och, będziesz odbywał sądy. Powszechne. Każdy mały szczurek może wtedy przyjść i przedstawić swoją sprawę, a Lucek przyjmie go osobiście. Na znak, że imperator Głębi zawsze jest blisko swego ludu, gotów wysłuchać bolączek narodu. Nic więcej ani mniej. – Belial uśmiechnął się nieco złośliwie.

Serce Księcia Magów ruszyło do galopu niczym wierzchowiec ciężkiej jazdy do szturmu. Czuł, że w żadnym wypadku nie jest gotowy na takie wyzwanie.

– Na samą Jasność! – jęknął. – Nie mogę zachorować czy coś? Dostać ciężkiej niestrawności na przykład?

Demon zaciągnął się serdecznie cuchnącym cygarem.

– Nie bardzo. Bo wtedy skażą na śmierć kucharza, wszystkich kuchcików i służące, którzy mieli styczność z twoim jedzeniem, a tobie na łeb zwali się zgraja najlepszych magów i medyków z Głębi. Z Rimmonem, osobistym lekarzem imperatora, na czele. Obawiam się, że to by mogło nieco zaszkodzić twojemu kamuflażowi, nie?

Archanioł zapadł się w sobie jak mury Jerycha.

– No to jestem zgubiony. Nie mam pojęcia o głębiańskim prawie.

– Eee tam! – odezwał się milczący dotąd Nefer. – Lucyfer też nie ma i nikomu to nie przeszkadza. Dasz sobie radę, nauczę cię wszystkiego, co trzeba. Koty są w tym prawdziwymi mistrzami.

– W prawie Otchłani? – warknął Razjel, poirytowany, że nikt nie traktuje jego obaw na serio i nie docenia powagi sytuacji. – Nie wygłupiaj się, dobra? Nie pora na to.

– W żadnym tam prawie – prychnął widmokotek. – W nudzeniu się! Sam zobacz.

W jednej chwili opadł na blat stołu jak szmatka i położył łebek na skrzyżowanych łapkach, przybierając minę tak pełną absolutnego znudzenia, aż mu wąsy oklapły. W półprzymkniętych zielonych ślepkach czaiła się tylko złudna nadzieja na nadejście Apokalipsy, która położyłaby kres mękom jego znużenia.

Na ten widok Belial roześmiał się szczerze.

– On ma rację, Świetlisty. Na pewno sobie poradzisz. Wystarczy, że będziesz sprawiał wrażenie, że konasz z nudy, gapił się na sufit, ziewał, wiercił na tronie, drapał w nos, a od czasu do czasu nabazgrzesz coś w notesie. Nikt nie może oczekiwać więcej od władcy Otchłani.

Razjel zupełnie stracił rezon.

– Jak to? – wyjąkał. – Przecież mam sprawować sądy?

– Tak naprawdę nie ty, tylko Adramelech, jako Wielki Kanclerz Głębi, ale nawet on przez cały czas siedzi jak na szpilkach i tylko szkicuje te swoje karabiny. Uwielbia to. Najchętniej nie ruszyłby się z rusznikarni i serdecznie olał ten bajzel legislacyjny, ale nie może. Dla wszystkich wysokich Mrocznych Dzień Upadku to prawdziwy sądny dzień. Nuda, strata czasu i upierdliwy obowiązek. Zobaczysz, pójdzie ci jak z płatka. Bylebyś się nie odzywał i nie wyrywał przed orkiestrę. Asesorzy i prokuratorzy załatwią sprawy za ciebie. Nawet się nie obejrzysz i znów wrócisz do Pałacu Pięści.

Pan Tajemnic, wcale nie przekonany, rozłożył tylko ręce.

– Jak niby wrócę, kiedy nawet nie wiem, gdzie się odbywają te cholerne sądy! W Królestwie nie rozdają po rogach ulic aktualnych map Głębi.

Belial popatrzył na niego z politowaniem.

– No co ty? Zawiozą cię. Z wielką pompą, trąbami i tak dalej, na grzbiecie bojowego smoka. Imperator Otchłani nie szlifuje bruku własnymi girami. Takie coś się nie zdarza. A taki na przykład Gabriel łazi sobie samopas po Królestwie?

Zgnębiony Książę Magów westchnął. Nadal był kompletnie przerażony i zaszokowany perspektywą publicznych występów. Czarno to widział. Naprawdę czarno. Jak najciemniejszy Mrok. Nawet ta prosta rozmowa uświadamiała mu dobitnie, jak rozpaczliwie mało wie o obyczajach panujących w Głębi.

– Tak – przyznał z przygnębieniem. – Zazwyczaj tak.

– Jak zwykły chłop albo tragarz? – zdumiał się Mroczny. – Trochę przesrane macie w tym Królestwie, przyznaj.

– Przesrane to mam ja teraz – mruknął Razjel bardziej do siebie niż do gościa.

Belial poklepał go ciężką dłonią po ramieniu.

– Nie dramatyzuj, Świetlisty. Będzie dobrze, ja ci to mówię. Pójdzie jak z płatka mistycznej różyczki. Jak po maśle z mleka siedmiu tłustych krów. Na twoim miejscu wcale bym się nie przejmował, bo i nie ma czym. Dzień Upadku jest jak każdy inny dzień. Długi, mozolny, nużący i kiepski. Przysięgam na moją miłość wiernopoddańczą do Lucka. Będziesz tak samo wyśmienitym sędzią jak on. A tak przy okazji, nie mógłbyś wezwać jakiegoś sługi, co? Wino się kończy, a jeszcze bym wypił kropelkę. Naprawdę, cholernie dobre wina podajesz.

Archanioł nie zaprotestował, chociaż zupełnie stracił ochotę na zabawę i towarzystwo.

Kiwał się na grzbiecie podenerwowanego, boczącego się smoka, sam spięty i gotów do wybuchu jak amatorsko podłączony kabel elektryczny. Zastanawiał się, czy to jego nastrój udziela się ogromnemu zwierzęciu, czy po prostu wierzchowiec nie rozpoznaje zapachu jeźdźca. Na szczęście do parad po mieście Lucyfer używał smoka reprezentacyjnego, a nie bojowego ulubieńca, który zapewne natychmiast zrzuciłby Razjela z grzbietu i pożarł, przekonawszy się, że jakiś uzurpator podle podszywa się pod ukochanego pana.

Archanioł siedział sztywno, bez gracji pomiędzy dwiema ogromnymi piramidami złotych, skórzastych skrzydeł, ponieważ nie przywykł do podobnych podróży, a gad o czarnej łusce i szkarłatnych pazurach tańczył pod siodłem, jakby miał zamiar zaraz ponieść. Przeciągłe, żałobne, przytłaczająco kakofoniczne ryki długich, skręconych rogów sygnałowych, które czterej towarzyszący orszakowi heroldzi co chwila podnosili do ust, wcale nie pomagały wierzchowcowi Razjela zachować postawy pełnej godności i spokoju. Smoczysko wzdrygało się na każdy dźwięk i usiłowało wspiąć się na tylne łapy.

Jak kura na drągu w przeciągu, pomyślał z ironią Książę Magów. Tak się właśnie prezentuję. Tylko patrzeć, a spadnę na bruk.

Na szczęście nie doszło do tego, choć korowód urzędników państwowych zmuszony był pokonać długą drogę z Siódmego aż do Czwartego Kręgu Otchłani, gdzie mieściły się gmachy użyteczności publicznej.

Razjel z ulgą zsiadł z wierzchowca przy wejściu do wielkiego, klocowatego budynku w kolorze krwi, który nosił równie dumną, co niepokojącą nazwę Dom Absolutnej Sprawiedliwości.

Absolutna sprawiedliwość nie kojarzyła się archaniołowi ani z miłosierdziem, ani z rozsądkiem, lecz raczej z rozcinaniem dzieci mieczem i podobnie niedorzecznymi wyrokami, dlatego zadrżał, kiedy przeklęte trąby znów zadęły, a wrota gmaszyska rozwarły się bezgłośnie.

Tu będę zaraz sądził, uświadomił sobie. Choć o wiele bardziej prawdopodobne, że to mnie osądzą i w konkluzji zatkną mój obcięty łeb na kiju przed tym krwawo-sprawiedliwym przybytkiem.

– Panie? – usłyszał za plecami głos któregoś z urzędników. – Czy zechcesz łaskawie...?

– Tak, tak – burknął i ruszył schodami w górę, chociaż w sumie nie chciał ani przez sekundę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Maja Lidia Kossakowska

Od dzieciństwa marzyła, że kiedyś zostanie reżyserem. Równie silnie pragnęła zostać lalkarzem, rzeźbiarzem i archeologiem. Zwiedzanie uroczych starych miasteczek (z częstymi postojami w małych, tradycyjnych knajpkach), patrzenie na morze, spacery plażą, malowanie obrazów, szycie lalek i grzebanie w starociach to do dziś jej ulubiony sposób spędzania wolnego czasu.

Jej wrażliwość ukształtowała się podczas nauki w liceum plastycznym, w trakcie studiów archeologicznych i nade wszystko dzięki lekturom. Bo dom Kossakowskich był zawsze pełen książek i bez czytania nikt z rodu nie mógłby się obejść.

Archeologia nauczyła ją odkrywać i odtwarzać światy, rozbudowała wyobraźnię, nauczyła myślenia fabularnego, które umiejętnie wykorzystała, realizując dokumentalne programy telewizyjne i podejmując pierwsze próby literackie.

Nie zapomni dnia, w którym po raz pierwszy ujrzała swój tekst w druku. Tego się nie da z niczym porównać. To uzależnia i determinuje plany. Dzisiaj w jej życiu dominuje literatura, która z pasji przerodziła się w sposób na życie i pracę.

Lubi w swoich powieściach eksperymentować ze stylem i gatunkami. Zawsze jednak przywiązuje wagę do szczegółów – starannie rozpisuje poszczególne rozdziały i sceny, jest do bólu dokładna i konsekwentna w swoich postanowieniach.

Chętnie ucieka od miasta i pracy. Ma nieduży letni domek, w którym czuje się naprawdę u siebie i na właściwym miejscu.

Książki Mai Lidii Kossakowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Siewca WiatruZakon Krańca Świata – tom 1Zakon Krańca Świata – tom 2Więzy KrwiRuda SforaŻarna niebiosUpiór Południa. CzerńUpiór Południa. Pamięć UmarłychUpiór Południa. Burzowe KocięUpiór Południa. Czas MgiełZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2Grillbar GalaktykaTakeshi 1. Cień ŚmierciTakeshi 2. Taniec TygrysaBramy Światłości – tom 1Bramy Światłości – tom 2

Copyright © by Maja Lidia Kossakowska Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-310-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Dark Crayon

Projekt okładkiDark Crayon Paweł Zaręba

Ilustracje Vladimir Nenov

Redakcja Dominika Repeczko

KorektaMaria Brzyska Magdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl