Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 625 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Siewca Wiatru - Maja Lidia Kossakowska

Bóg umarł - stwierdził filozof. A może odszedł? - zapytała pisarka. I postawiła BezPańskie anielskie zastępy w obliczu Armagedonu.

Jej anioły są niepokojąco ludzkie. Palą, piją, piorą się po pyskach, bywają w burdelach, mają niewyparzone gęby, cierpią "na samotność", są po naszemu pazerne.

A wszystko dlatego, że Pan, stwarzając świat, zapowiedział ostateczną walkę ze Złym. Nikt oprócz Niego nie wie kiedy przyjdzie czas. A Pan odszedł. Archaniołowie utrzymują Jego nieobecność w tajemnicy. Czy nie zniszczy ich władza? Czy zdołają ocalić dzieło Pana i siebie samych przed Antykreatorem? Jak walczyć z Siewcą Wiatru bez Pana, gdy Abbadon, wybrany i wskrzeszony Anioł Zagłady, bez Jego dotknięcia jest bezradny.. Nie ma już wybranych i odrzuconych, Niebios i Otchłani. Jest tylko Dzieło Pana i Antykreator, Siewca Wiatru, nicość i pustka... I cień. Coraz bliżej...

Opinie o ebooku Siewca Wiatru - Maja Lidia Kossakowska

Fragment ebooka Siewca Wiatru - Maja Lidia Kossakowska

Zastępy Anielskie

Żarna niebiosSiewca WiatruZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2

Beznogi tancerz

Powiadają, że w czasach przed Stworzeniem był pośród sylfów tancerz, którego kunszt nie miał sobie równych we wszystkich wszechświatach. Telto, Matka Demonów, dowiedziawszy się o tym, sprowadziła go do swego pałacu, aby zabawiać zmysły jego popisami. Jednakże po niedługim czasie tancerz zatęsknił za Podniebną Krainą oraz bliskimi, z którymi zmuszony był się rozstać, i potajemnie opuścił dominium Telto. Matka Demonów, wpadłszy w wielki gniew, rozkazała pojmać uciekiniera i odrąbać mu nogi, aby przed nikim innym nie tańczył ten, który ośmielił się wzgardzić jej łaskami. Sława tancerza nie zgasła jednak. Przeciwnie, nawet w odległych dominiach chwalono i podziwiano jego sztukę. Telto, sądząc, że jej rozkaz nie został wykonany, posłała siepaczy, aby zgładzili sylfa i ostatecznie zakończyli tę upokarzającą dla niej sytuację. Ku swemu zdziwieniu ujrzeli oni leżącego w łożu kalekę, ruchami dłoni ożywiającego papierową lalkę w stroju tancerza. Nim zginął pod ciosami mieczy, miał ponoć rzec: „Zabierzcie moje życie, skoro niczego więcej nie potrafiliście mi zabrać”.

„Opowieści zasłyszane–spisane ku rozrywce i nauce przez anielicę Zoe z dworu Jaśniejącej Mądrością Pani Pistis Sophii–Dawczyni Wiedzy i Talentu”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Prolog

aldabaot był zadowolony.

Ogromna kryształowa szyba w Komnacie Blasku rozjarzyła się i przygasła, ukazując nowy obraz – rozległą przestrzeń nagich, ostrych niby brzeszczoty skał. Ponad ich grzbietami lśniła lustrzana tafla bladego nieba. Wysoko wypiętrzony łańcuch górski, monumentalny, surowy i piękny, przywodził na myśl potęgę chórów niebiańskich. Przypominał zastygłą w granicie pieśń. Skalne ściany cięły głębokie żleby, szczyty dumnie wznosiły czoła ku słońcu. Na tle poznaczonej plamami cienia i światła szarości zboczy, w pierwszej chwili trudno było dostrzec poruszające się niestrudzenie sylwetki aniołów służebnych. To ich morderczy wysiłek przyczynił się do wypiętrzenia szczytów, ale Jaldabaot nie zaprzątał sobie tym uwagi. Rozpierała go duma. Lubił myśleć, że Architektem, co prawda, jest Pan, lecz nadzór nad budową spoczywa w jego, Jaldabaota, rękach.

Co za piękny świat, dumał, smukłymi palcami muskając piętrzące się na biurku mapy i plany. Tak, z całą pewnością był zadowolony, gdyż potęga, którą dysponował, nie miała sobie równych wśród powołanych do tej pory do życia.

– To miejsce doprowadza mnie do szału – warknął Daimon Frey. – Kiedy ostatni raz miałeś na sobie naprawdę czystą koszulę? Mam wrażenie, że śmierdzę, moje łachy cuchną zgnilizną, a miecz pokrywa się brudnym nalotem. Niedługo zapomnę, do czego służy. Według niektórych, pewnie do dłubania w zębach. Zdajesz sobie sprawę, jak długo już tutaj tkwimy?

– Czwarty rok, według rachuby Królestwa – mruknął Kamael. Miał szczupłą, inteligentną twarz i piękne oczy barwy czystego nieba. Półdługie kasztanowe włosy zaczesywał do tyłu.

– Jego wspaniały, nowy świat! – Daimon ścisnął palcami skronie. – On oszalał! Uważa się za Stwórcę. Wkrótce udławi się własnym dostojeństwem. Żałosny, próżny demiurg! Słyszałeś, że kazał się nazywać Prawicą Pana?! Według mnie, Proteza brzmi trafniej. Pozbył się nas z Królestwa, bo napawamy go przerażeniem. Jesteśmy zbyt silni dla niego, za groźni. Zobacz, gdzie się przez niego znaleźliśmy! Do czego doprowadziły te dworskie intrygi. Dwanaście tysięcy Aniołów Zniszczenia, nadzorujących usypywanie gór, kopanie rowów pod rzeki, osuszanie bagien i całą resztę tych beznadziejnych, prostackich robót hydraulicznych. Kiedy to się skończy, każe nam wytyczać grządki pod nasionka, zobaczysz!

Kamael westchnął. To, co powiedział Frey, było prawdą, ale nie pozostawało nic innego, jak zacisnąć zęby i przetrwać. Daimon wysączył ostatnie krople wina z kielicha i nachylił się, żeby sięgnąć po stojący w cieniu za głazem dzban.

– Hej! – krzyknął charakterystycznym, stłumionym, głuchym głosem, który przypominał plusk kamieni wrzucanych do podziemnego jeziora. – Dzbanek jest pusty! Czy mi się zdaje, czy rzeczywiście widzę dno?!

Od grupy pracującej najbliżej natychmiast oderwała się mała, przerażona anielica, chwyciła pokaźną konew z winem i przydreptała spiesznie, przechylona pod ciężarem naczynia.

– Racz wybaczyć, panie – jęknęła płaczliwie. – Racz wybaczyć.

W jej oczach błysnęły łzy. Zaczęła niezgrabnie napełniać dzbanek. Odprawił ją ruchem ręki.

– Sam to zrobię – powiedział ze znużeniem. – Inaczej niechybnie mnie oblejesz.

Ukłoniła się i uciekła.

Wino miało cierpki smak i zdecydowanie należało do gatunku popularnie zwanego cienkuszem. Skrzywił się, odprowadzając wzrokiem pospiesznie drepczącą anielicę.

– Jak myślisz, czy Jaldabaot specjalnie powybierał dla nas najbrzydsze służące, żeby nie stwarzać niepotrzebnych pokus? – Po raz pierwszy od początku rozmowy na drapieżnej twarzy Daimona pojawił się uśmiech.

Patrząc na ostry profil przyjaciela Kamael nie po raz pierwszy doszedł do wniosku, że nie chciałby zmierzyć się z Daimonem w otwartej walce. Tymczasem Frey spokojnie sączył wino. Czarne włosy, odrzucone do tyłu, sięgały połowy pleców. W pociągłej twarzy płonęły głęboko osadzone ciemne oczy. Ich przeszywające spojrzenie, a także gardłowy głos, który czasem przechodził w nieprzyjemną chrypkę, potrafiły wywołać ciarki na plecach najbardziej pewnych siebie. Wielu, w tym sam Kamael, podziwiało Daimona, lecz równie liczni bali się go i nienawidzili. Nie bez słuszności, gdyż trzymające kielich silne, kościste dłonie należały do najlepszego szermierza w Królestwie. Jego pochodzenie również często stawało się przyczyną zawiści, bo Daimon był aniołem krwi – czystej, niebezpiecznej i potężnej jak Miecz, któremu służył.

Panowie Miecza stanowili elitę rycerstwa. Pełnili funkcje oficerów dowodzących dwunastoma tysiącami Aniołów Zniszczenia, zwanych Szarańczą, ponieważ po ich przejściu pozostawała tylko goła ziemia, bez jednego źdźbła trawy. Dowodził nimi Kamael, a ich największą świętością był Miecz, którym u zarania Przedwieczny rozdzielił ostatecznie Światło od Mroku. Wtedy zostali stworzeni pierwsi, najpotężniejsi aniołowie, zmuszeni natychmiast dokonać wyboru między ładem a chaosem. Niemal połowa opowiedziała się po stronie ciemności. Wkrótce wybuchła wojna, a po początkowych, krwawych, lecz nierozstrzygniętych potyczkach, Pan stworzył swych najlepszych wojowników – Aniołów Miecza – i posłał ich do boju na czele Szarańczy. Posłał w sam środek szaleństwa i masakry. Zmusili armię ciemności do cofnięcia się poza granice czasu, lecz zręby nowego świata stanęły na miejscu zbryzganym ich krwią. W Królestwie szeptano, że to ona nadała czerwoną barwę planecie Mars, a zakopane głęboko w ziemi żelazo pochodzące z pozostałych na pobojowiskach zbroi i oręża na zawsze zostało naznaczone krwawymi plamami, które ludzie nazwą potem rdzą. Tych, którzy przetrwali, demiurg Jaldabaot skierował do nadzorowania robót ziemnych na nowo powstającym świecie, mającym jakoby szczególne znaczenie w boskim planie Stworzenia.

Daimon wzniósł w górę kielich.

– Za Marszałka Murarzy i jego niezrównany talent twórczy!

Wypili szyderczy toast. Ich spojrzenia spotkały się na moment.

To trwa o wiele za długo, pomyślał Kamael, widząc cień goryczy, ostatnio wciąż obecny w kącikach ust przyjaciela. Moi najlepsi oficerowie tracą panowanie nad nerwami. Nawet Daimon jest u kresu sił. Cóż, otrzymaliśmy wspaniałą nagrodę za wierną służbę!

Frey odgarnął z czoła mokre od potu kosmyki. Z nieba lał się żar wysysający siły. Powietrze drgało od upału.

Rozpościerająca się przed nim rozległa równina pokryta była nieregularnymi wykopami przypominającymi liszaje. Mdli mnie od tego widoku, pomyślał. Stuknął paznokciem o brzeg kielicha. Może lepiej, żebym się upił? Chociaż upijanie się takim winem jest zbrodnią przeciw dobremu smakowi.

– Spójrz tam! – zawołał nagle Kamael, wskazując palcem poruszający się na horyzoncie punkt. Frey przesłonił ręką oczy.

– Zwiadowca?

– Pędzi, jakby go demony ścigały.

Daimon skierował na dowódcę spojrzenie, w którym błysnął ślad zainteresowania.

– Myślisz, że Pan wysłuchał naszych modłów?

– Mam nadzieję, że nie – odparł ponuro Kamael.

– Tak – mruknął Daimon. – Nie mam wątpliwości, że Pan nas wysłuchał.

Klęczał na szczycie wzgórza z dłońmi opartymi o ziemię.

– Zastanówcie się, o co prosicie, bo przy odrobinie pecha możecie to otrzymać – odezwał się cierpko Kamael.

– Więc lepiej nie proście o nic – dokończył Frey.

Wódz Aniołów Miecza pochylił się w siodle.

– Mocne?

– Jak sama zaraza. Lepiej tu podejdź i sprawdź.

Kamael zsiadł z konia i przyklęknął obok Daimona.

Kiedy położył rękę na ziemi, twarz ściągnęła mu się w nieładnym grymasie. Poderwał się na nogi, gwałtownie potrząsając dłonią.

– Jak ty to wytrzymujesz?

Daimon posłał mu krzywy półuśmiech.

– Rutyna, rozumiesz.

Wstał, otrzepał ręce i wskoczył na siodło. Jego koń, Piołun, miał sierść równie czarną, jak włosy jego pana. Odzywał się rzadko, a mówił najczęściej zagadkami. Jak wszystkie konie kawalerii należał do boskich Zwierząt i jak wszystkie Zwierzęta był kompletnie szalony. Jednak Daimon nie tylko rozumiał swego wierzchowca, ale i ufał mu bezgranicznie, niebezpodstawnie zresztą, bowiem Piołun niejednokrotnie uratował mu życie.

– Dawno obserwujesz te wibracje? – spytał Kamael.

Zwiadowca, który przyprowadził ich na wzgórze, potrząsnął głową.

– Zawiadomiłem was, panie, gdy tylko je wyczułem, ale nie wiem, jak długo trwają, bo pracujący tu aniołowie służebni niczego nie zgłaszali.

Daimon wykrzywił usta.

– No pewnie – rzucił gorzko. – Po co mieliby informować o czymś takim znienawidzonych strażników?

Piołun przestąpił z nogi na nogę. Niespodziewanie usłyszeli jego głos, wprost w umysłach, jak zimne dotknięcie stali. To nie było przyjemne uczucie.

– W głębokich dolinach zbiera się cień. Ma barwę nocy, lecz pachnie jak krew. Nazywają go śmiercią, ale nie mają racji. Śmierć przy nim jest pełnią życia.

– Zgadzam się z nim – powiedział Daimon. – To nie są żadne lokalne manifestacje ciemności. Chyba ktoś chce nam złożyć wizytę.

Kamael pobladł.

– Myślisz, że to... – zawiesił głos.

– Czułeś te wibracje? Poparzyły mi ręce.

Spojrzeli na siebie. Niewiele zostało do powiedzenia.

– Cóż, Daimonie – westchnął Kamael. – Chyba pojedziesz do Królestwa wcześniej, niż się spodziewałeś.

Niech czeka, zadecydował Jaldabaot. To dobrze mu zrobi. Nieco zegnie ten jego hardy kark. Będzie musiał połknąć upokorzenie, zrozumieć, gdzie jego miejsce. Za kogo oni się uważają, ci Aniołowie Miecza? Banda butnych młokosów. Żadnego szacunku, żadnej pokory. W sumie to pospolici mordercy. Od dawna byli mu solą w oku. Stworzeni, a nie zrodzeni. Dlaczego Pan ofiarował im aż tak wysoką pozycję, tak świetne pochodzenie? Stworzył ich osobiście, na długo po tym, jak nadał słowom Metatrona moc powoływania do życia wciąż nowych zastępów anielskich. A właściwie dlaczego właśnie Metatron? Aniołowie niskich kręgów, te rzesze ptactwa niebieskiego, nazywają go po cichu przyjacielem Pana. Czy to tylko brak szacunku, czy może już świętokradztwo? Jaldabaot tysiące razy tłumaczył sobie, że Metatron otrzymał łaskę stwarzania niższych aniołów, bo on sam ma zbyt wiele obowiązków przy budowie Ziemi, lecz poczucie krzywdy jątrzyło się w nim jak zbyt głęboko wbita drzazga. Pozostawała przecież jeszcze jedna zniewaga – archaniołowie. Tego Jaldabaot zupełnie nie potrafił pojąć. Aniołów Miecza Pan stworzył do boju, z potrzeby chwili, ale po co Mu archaniołowie? Bezczelne, nieopierzone kogutki! Agresywne dzieci, które bawią się w prawdziwych dostojników! Na litość Pana, są przedostatnim z chórów! Trzeba będzie utrzeć im nosa. Trzymają z tymi rycerzykami, tymi krwawymi gnojkami od Miecza. Frey jest z nich najgorszy. Awanturnik. Mroczna, zatwardziała dusza. Niech czeka. Jaldabaot wytrze sobie buty jego dumą. Niech czeka.

Daimon czekał. Z trudem powstrzymywał się, żeby nie krążyć nerwowo po korytarzu. Mijały godziny, dzień miał się ku końcowi. Wieczór rozbryzgiwał czerwone słoneczne plamy na posadzkach Domu Archontów. Jaldabaot omawiał wzory na nowe arrasy w refektarzu. Nie mógł się zdecydować, wybierał długo.

Niech czeka.

Daimon starał się nie patrzeć wyczekująco na drzwi. Czubkiem miecza grzebał w szczelinie między marmurowymi płytami podłogi.

Wielki Archont oglądał hafty na swoją nową szatę. Podobały mu się, ale robił wiele uwag i poprawek. Zgromadzeni w sali audiencyjnej archaniołowie zaczęli zdradzać oznaki zmęczenia. Stali tu od rana i Jaldabaot miał nadzieję, że któryś zemdleje. Niestety, rozczarowali go. Trudno, jest jeszcze ten Frey.

Niech czeka.

Teraz trzeba się zająć przebudową altany w Ogrodzie Różanym. Przecież to pilne!

– Wielki Archont, Budowniczy Wszechświatów, Eon Eonów, Prawica Pana, Zwierzchnik Wszystkich Chórów, Książę Niebieskich Książąt, Jaśniejący Mocą i Sprawiedliwością Jaldabaot, Pan Siedmiu Wysokości, przyjmie teraz Daimona Freya, Rycerza Miecza! – obwieścił herold.

Daimon ruszył do drzwi.

– Ależ panie – wymamrotał wartownik. – To sala audiencyjna. Nie możesz tam wchodzić z bronią u boku!

Na twarzy Freya pojawił się wyjątkowo paskudny uśmiech.

– Jestem Aniołem Miecza – powiedział. – Nie lubię się z nim rozstawać. Jeśli ci to nie odpowiada, odbierz mi go.

Wartownik przepuścił go bez słowa.

– Powtórz jeszcze raz to, co powiedziałeś. Nie słuchałem cię zbyt uważnie.

Daimon po raz trzeci tego wieczoru zaczął streszczać sytuację, która zmusiła go do odwiedzenia Wielkiego Domu Archontów. Twarz miał kamienną, ale głos nabrał chrapliwego, nieprzyjemnego brzmienia.

– Zwiadowca odkrył źródło niezwykle silnych wibracji. W ciągu paru godzin w tym samym rejonie znaleziono pięć podobnych źródeł. Moc, która z nich płynie, jest bardzo potężna. Pochodzi z samego serca Mroku, nie z jego manifestacji. Podejrzewamy, że niebawem nastąpi w tej okolicy atak Cienia. W jego własnej postaci, nie poprzez któregoś z podległych demonów. Wyjaśniam na wypadek, gdybyś nie słuchał zbyt uważnie... Prawico Pana.

Jaldabaot, dotychczas stojący do niego plecami, odwrócił się. Kontrast pomiędzy dwoma aniołami, który nie umknął uwadze chyba wszystkich zgromadzonych, stał się jeszcze wyraźniejszy teraz, gdy stanęli twarzami do siebie.

Daimon ubrał się starannie, lecz bez śladu zbytku – tak jak lubili się nosić Aniołowie Miecza. Miał na sobie białą koszulę z cienkiego, delikatnego materiału ukrytą pod krótkim sięgającym talii kaftanem z czarnej skóry, wąskie czarne spodnie i długie buty zapinane na niezliczone klamerki. U boku nosił miecz i sztylet. Włosy związał luźno na karku, pozostawiwszy wolno dwa pasma opadające aż na pierś. Na palcu prawej ręki nosił jedyną ozdobę: pierścień z czarnego kamienia z wyrytą pieczęcią, symbolem znaczenia, pozycji i pochodzenia. Wysoki i smukły, niemal dorównywał Jaldabaotowi wzrostem. Wielki Archont w pysznym, ceremonialnym stroju wyglądał dostojnie i majestatycznie. Jego proporcjonalna, doskonała twarz przypominała posąg z marmuru. Oślepiająco białe ceremonialne szaty pokryte były mieniącymi się skomplikowanymi haftami i aplikacjami z bezcennych, przejrzystych jak sama Jasność klejnotów. Sztywny kołnierz płaszcza otaczał kunsztownie ufryzowaną głowę. Włosy Jaldabaota lśniły niczym srebro, podobnie jak cudowne zimne oczy o przenikliwym spojrzeniu. Wąskie, niemal porcelanowe dłonie demiurga zdobiły pierścienie z białego złota i brylantów. Ilekroć się poruszył, dawał się słyszeć suchy szelest kosztownych tkanin.

– Twierdzisz więc, że Ziemia, ognisko nowego życia, które spodobało się Panu rozniecić, zostanie zaatakowana przez Antykreatora, Jego Cień, rzucony w czasach przed czasem na otchłanie niebytu. Mam przez to rozumieć, że ten, którego nazywamy Odwiecznym Wrogiem i Siewcą Wiatru, powrócił właśnie teraz i właśnie po to, żeby naprzykrzać się Rycerzom Miecza?

Daimon poczuł, jak ogarnia go fala ślepej wściekłości. Powoli zaczynał rozumieć, że ten szalony despota zlekceważy niebezpieczeństwo tylko dlatego, żeby go upokorzyć. Mimowolnie zacisnął pięści. Jaldabaot spoglądał na niego z triumfalnym uśmieszkiem na ustach.

– Wyjaśnij mi, skąd masz pewność, że wibracje pochodzą od Antykreatora?

– Czułem jego obecność. – Głos Daimona wciąż brzmiał niemal spokojnie.

– Ach tak? – Jaldabaot uniósł brwi z wyrazem udanego zdziwienia. – Udało ci się po prostu ją wyczuć? Czy to jakaś sztuczka magiczna?

Twarz Daimona ściągnęła się. Pobladł, a w oczach zapłonął mu złowrogi ognik.

– Zapominasz, Wielki Archoncie, że kilka razy miałem okazję widzieć go z bliska.

– Interesujące. Z bardzo bliska?

– Tak, jak ty nigdy byś się nie ośmielił. Na wyciągnięcie miecza.

Cisza w sali stała się prawie namacalna.

Nagle Jaldabaot roześmiał się.

– Twoja bezczelność, rycerzu – powiedział – znacznie przewyższa odwagę. Powtórz głośno przed wszystkimi prośbę, z którą tu przybyłeś.

Przez chwilę zdawało się, że Anioł Miecza skoczy Jaldabaotowi do gardła. Opanował się jednak.

– Przyjechałem po pomoc – powiedział chrapliwie. – Po oddziały, które pozwolą nam stoczyć względnie równą walkę z potęgą Cienia.

Demiurg znów odwrócił się do niego tyłem, a Daimon usłyszał śpiewny szelest drogocennego jedwabiu. Już prawie po wszystkim, to niemal koniec, powtarzał sobie. Już za chwilę stąd wyjdę. Spokojnie i powoli. Jedwab śpiewał, posadzka lekko się kołysała, a kostki jego zaciśniętych pięści były białe jak papier. W głosie Wielkiego Archonta, dochodzącym jakby z oddali, nie słychać było zdziwienia ani specjalnych emocji.

– Nie dostrzegam potrzeby przegrupowania żadnych oddziałów. Wasze siły są aż nadto wystarczające. Nie mam zamiaru powołać pod broń choćby jednego żołnierza dlatego tylko, że kilku oficerów Miecza popadło w bezpodstawną panikę. Posiłki są potrzebne przy budowie gwiazd i planet. Radzę nauczyć się panować nad własnymi słabościami. Możesz to powtórzyć swemu dowódcy.

– Co do słowa – warknął Daimon.

– Aha, jeszcze jedno. Na przyszłość nie będę tolerował żadnych niesubordynacji. Mam na myśli opuszczenie przez ciebie posterunku bez wyraźnego nakazu. Następnym razem poniesiesz zasłużoną karę.

Anioł Miecza posłał mu długie, przeciągłe spojrzenie.

– Nie będzie żadnego następnego razu. Zapewniam cię.

Ma wilcze oczy, pomyślał Jaldabaot. Za chwilę rzuci się gryźć. Cóż, wilczku, zdaje się, że powyrywałem ci kły. Niedbale machnął ręką.

– Możesz odejść. I tak zająłeś mi zbyt wiele czasu.

Daimon skłonił się sztywno, ceremonialnie. Jego twarz wydawała się zupełnie bez wyrazu, lecz nie wiadomo jakim sposobem w każdym geście anioła kryło się więcej pogardy niż w jakimkolwiek ostentacyjnym nietakcie. Jaldabaot nie raczył się odkłonić ani nawet spojrzeć na odchodzącego.

– Widzieliście, jak go potraktował? Jak śmiecia! – głos Lucyfera drżał z oburzenia.

– Nie lepiej obszedł się z nami – mruknął Razjel.

– Bezczelny dupek! – wrzasnął poirytowany Michael, potrząsając szafranowymi lokami. – Zmusił nas do stania cały dzień w swojej pieprzonej sali tronowej za karę, że mu podskakujemy. Niby małe anielęta w kącie!

– Problem w tym, że musimy go słuchać.

– Kto powiedział, że musimy? – Lucyfer walnął pięścią w stół.

Gabriel bawił się pierścieniem z pieczęcią.

– Uważacie, że sytuacja dojrzała do działania? – spytał.

Rafael poruszył się nerwowo, otworzył usta, ale w końcu się nie odezwał. Archaniołowie trwali w ponurym milczeniu.

– Zastępy z pewnością pójdą za nami – powiedział wreszcie Michał. – Ręczę za to.

– Wiem, Michasiu – westchnął Gabriel. – Ale co z rzeszą aniołów służebnych, urzędników dworu, starą arystokracją, gwardią pałacową i wszystkimi pozostałymi? Wola Jaldabaota jest dla nich równoznaczna z wolą samego Pana.

– Niezadowolenie narasta wszędzie. – Razjel wzruszył ramionami.

– Aniołowie Miecza też za nami pójdą. Zwłaszcza po tym, co się stało wczoraj – dodał Lucyfer.

– Jeśli którykolwiek z nich zostanie przy życiu – mruknął milczący do tej pory Samael.

– Nie mogę uwierzyć! – wykrzyknął Rafał. Na jego twarzy malowała się udręka. – Czy my rzeczywiście rozważamy możliwość buntu?

Samael się skrzywił.

– Ależ skąd. Omawiamy plan pikniku w Ogrodzie Różanym.

– Do rzeczy, panowie – powiedział sucho Gabriel. – Co proponujecie?

– Przygotowywać się powolutku i zwracać jak najmniej uwagi – rzekł Razjel. – Panowanie Jaldabaota lada chwila upadnie. Wtedy zgrabnie zajmiemy jego miejsce.

– No, to na co czekamy? Do dzieła! – Michał uśmiechnął się radośnie.

– Niczego nie możemy zacząć teraz – przerwał Gabriel.

– Sprawimy przez to wrażenie, że występujemy przeciw Panu! Chyba nikt nie bierze tego pod uwagę?

– W żadnym wypadku! – zawołał Lucyfer, wyraźnie poruszony. – Przeciw Panu?! Nigdy! To nie wchodzi w grę!

Zapadła cisza. Przerwał ją kpiący głos Samaela:

– Pogadaliśmy sobie, panowie. Ponarzekaliśmy. Jak zwykle. Chodźmy już do domu, dobra? Nogi mnie bolą.

– Pan osadził Jaldabaota na stanowisku Wielkiego Archonta. Widocznie miał swoje powody, chociaż ciężko mi zrozumieć, jakie.

– Więc zasuwaj i spytaj Go o to, Gabrysiu – warknął Samael.

– Więcej szacunku – syknął Michał. – Za chwilę przegniesz pałę i...

– Wiem, pozbieram zęby z podłogi.

– Zamknijcie się! – głos Razjela brzmiał niczym trzask bicza. – Zachowujecie się jak szczeniaki. Przypominam, że rozmawiamy o władzy w Królestwie, a nie o praniu się po pyskach. Reasumując, wychodzi na to, że czekamy na wyraźny znak od Pana. Znak, że Jaldabaot utracił łaskę w Jego oczach.

– Tak. – Gabriel nerwowo obracał na palcu pierścień. – Bez tego nic nie zdziałamy.

– Odmówił?! – w głosie Kamaela słychać było niedowierzanie pomieszane z wściekłością. – To niemożliwe! Wytłumaczyłeś mu wszystko jak trzeba?

Daimon spojrzał na niego, a w oczach miał coś takiego, że dowódca Aniołów Miecza zamilkł.

– Tak – odpowiedział wolno. – Trzy razy. Kazał nam pracować nad słabościami.

Kamael dzielnie starał się nie pokazać po sobie, że jest załamany.

– No, nic. Ewakuujemy z zagrożonego terenu wszystkich, którzy nie są niezbędni, wzmocnimy posterunki, skrzykniemy chłopaków i...

– Przygotujemy się na śmierć – dokończył Frey.

Nikt nie zapamiętał imion dwóch aniołów, którzy zginęli pierwsi. Nagle ziemia i niebo pękły, przedzielone pionową szczeliną, która rozszerzyła się, tworząc wrota zdolne przepuścić jednocześnie pięćdziesięciu jeźdźców. Fala mrocznej energii wylała się na równinę, pochłaniając pracujących przy wykopach robotników. Umierali ogłuszeni, zatruci, zdławieni, z sercami przepełnionymi strachem, jakiego nie doświadczyli dotąd nigdy. Wszystko to trwało nie dłużej niż mgnienie. Potem przez bramę przestąpiły szeregi dziwacznych kreatur, podobnych do kłębów ciemności, na pozór niezgrabnych, lecz przeraźliwie skutecznych. Rycerze Cienia płynęli nieprzebraną ławą. Były ich dziesiątki, setki i setki tysięcy, widoczne w przejściu między światami. Wylewali się przez otwarte wrota powoli, jak połyskliwa rzeka magmy. Powietrze, naładowane potężną, złowrogą mocą, drżało. Stojący na wzgórzu Aniołowie Miecza poczuli dobrze znane symptomy obecności Cienia – ucisk w klatkach piersiowych, szum w uszach i mdłości.

– Antykreator! – szepnął Kamael.

Jofiel wyciągnął rękę.

– Patrzcie! Jest tam.

Rzeczywiście, daleko, widoczny przez szczelinę między światami, drgał gęsty wibrujący Cień.

– Niech Pan błogosławi wszystkie bramy Królestwa – wypowiedział prastarą formułę Kamael.

– Niech Miecz prowadzi i zwycięża – odpowiedzieli.

– Zajmijcie stanowiska.

Zawrócili rumaki i uformowali szyk. Za ich plecami czekało w ciszy dwanaście tysięcy doborowej jazdy Królestwa. Bukraniony ich koni, wymodelowane na kształt lwich głów, połyskiwały matowo. Światło odbijało się w zbrojach jeźdźców, ślizgało po ostrzach włóczni, jakby żołnierze emitowali wewnętrzny blask.

Daimon wyjechał przed czoło prawego, a Jofiel lewego skrzydła. Kamael zajął miejsce w centrum.

– Do boju, Szarańczo! – krzyknął.

Witaj niebycie, pomyślał Daimon. Nie mieli żadnych szans. W obliczu potęgi wroga stanowili garstkę desperatów. Może utrzymaliby się przez jakiś czas, gdyby od razu zablokowali wlot otwierającego się przejścia, ale teraz było na to za późno. Wydobywająca się z szeroko rozwartej szczeliny fala trujących wyziewów pozabijałaby ich natychmiast. Wyszarpnął miecz, unosząc go wysoko nad głowę. Stal schwytała słoneczny promień, który zatańczył na ostrzu i zgasł.

– Za mną! – zawołał ochryple.

Spiął konia i, nie oglądając się, runął w dół wzgórza.

Wpadli w połyskliwą stalową rzekę. Zakotłowało się. Żelazo wystąpiło przeciw żelazu, rozpoczęło swój krwawy taniec. Szarańcza wbiła się klinem w bok czarnej kolumny, próbując przeciąć ją na pół i opanować bramę. Miecze rycerzy Królestwa wyrąbały głęboką szczerbę w szeregach żołnierzy Mroku, niby przesiekę w gęstym, ciemnym lesie. Rumaki parły naprzód, tratując i miażdżąc strąconych z siodeł jeźdźców. Ziemia spłynęła krwią i dziwną, lepką posoką. Ich szeregi rozluźniły się nieco, wpuszczając rozpędzoną jazdę Królestwa do środka kolumny.

Źle, pomyślał Daimon. Chcą nas otoczyć.

– Okrążają nas! – wrzasnął, próbując zwinąć prawe skrzydło i uderzyć nim w tworzącą się mackę, złożoną z oddziałów ciemności. Wtem ich szyki rozstąpiły się, wypluwając niekształtne, zakute w żelazo bestie zionące płomieniami wprost w walczących aniołów. Pod ich osłoną wojsko chaosu przystąpiło do ataku. Dym zasnuł pole bitwy. Wszędzie rozlegały się rozpaczliwe krzyki, kwik koni i szczęk oręża. Wydawało się, że wystarczy chwila, aby armia Mroku rozniosła formacje Królestwa, ale aniołowie postanowili drogo sprzedać swoje życie. Miażdżeni, cięci i tratowani, wciąż nie dawali się rozproszyć i wybić jak rzeźne bydło. Szarańcza zbierała krwawe żniwo, więc wkrótce rumaki deptały po trupach. Lecz z bramy wylewały się wciąż nowe szeregi brzydkich, pokracznych, morderczych żołnierzy. Pomiot chaosu, synowie Cienia.

Z wolna doborowa kawaleria Królestwa poczęła słabnąć i umierać. Jeźdźcy walili się w błoto wyrobione przez końskie kopyta z pyłu i krwi. Ich pancerze – żółte jak siarka, czerwone jak ogień, granatowe jak dym – wyglądały niczym konfetti rozsypane na strudze smoły. Daimon walczył w samym środku bitwy, siejąc popłoch w szeregach Mroku. Ci, którzy ośmielali się do niego zbliżyć, jechali po śmierć. Musiał zerwać z głowy hełm, przepalony ognistą śliną jednego z potworów chaosu, więc włosy miał skłębione i pozlepiane krwią. Wyglądał jak upiór – z bladą twarzą i okrwawionym mieczem, który niezmordowanie zagłębiał się w ciałach wrogów. Padali, nie zdążywszy nawet skrzyżować z nim broni. Ale w końcu i on zaczął słabnąć. Pot zalewał mu oczy, ramiona mdlały, a potężniejące z każdą chwilą tchnienie Antykreatora wysysało siły, zaćmiewało wzrok, mąciło myśli. Niemal mechanicznie podrywał i opuszczał miecz, ogłuszony bitewnym wrzaskiem i szczękiem oręża.

Potworny ryk rozdarł nagle powietrze. Daimon poczuł podmuch smrodliwego gorąca i ujrzał tuż przed sobą rozwartą paszczę ognistej bestii. Ciął ją skośnie przez pysk. Zawyła, strzykając płomienną śliną. Ścisnął wierzchowca kolanami, Piołun wykonał ciasny piruet i stanął dęba. Daimon uniósł się w strzemionach i potężnym pchnięciem wbił miecz w wytrzeszczone, zdumione oko potwora. Płomień osmalił mu twarz, wypalił w ziemi spory lej. Bestią wstrząsnął dreszcz, z wizgiem zwaliła się w błoto, nieomal podcinając Piołunowi nogi. Uzbrojone w pazury łapy darły ziemię, a koń Daimona tańczył między nimi, usiłując uniknąć ciosu. Frey pochylał się w siodle, żeby rozpruć brzuch zdychającego potwora, gdy poczuł, jak po żebrach prześlizguje mu się coś zimnego i gorącego zarazem. Ostrze topora rozdarło mu bok. Wyprostował się, ciął przeciwnika szeroko przez klatkę piersiową. Tamten zachwiał się i zwisł w siodle swego opancerzonego rumaka, a Daimon w ostatniej chwili uchylił się przed zabójczym ciosem w głowę zadanym przez kolejnego czarnego rycerza. Piołun błyskawicznie targnął łbem, miażdżąc zębami twarz przeciwnika, który zalał się krwią i zwalił na ziemię. Tracę refleks, pomyślał Daimon. Niedługo będą mnie mieli. Czubek czyjegoś miecza rozdarł mu rękaw i głęboko skaleczył przedramię.

– Czy jest coś piękniejszego niż dachy Hajot Hakados fioletowiejące z nadejściem wieczoru? – usłyszał w głowie i zrozumiał, że Piołun się z nim żegna.

– Spotkamy się w niebycie, stary – szepnął, rozcinając niemal na pół wyrosłego jak spod ziemi wielkoluda w hełmie z kitą. Sytuacja przedstawiała się rozpaczliwie. Rycerze Miecza z niedobitkami Szarańczy próbowali przedostać się w kierunku wrót, z desperacką nadzieją, że uda się je zablokować. Z rozdziawionej na kształt ust dziury we wszechświecie wciąż jednak wylewali się nowi czarni żołnierze w sile, która pozwalała wyrównać zadane przez Szarańczę straty. Przewaga Mroku była tak duża, że mogli sobie pozwolić na niespieszne dokończenie dzieła zniszczenia.

Wtem Piołun obrócił się gwałtownie, tratując podnoszącego się z ziemi jeźdźca, którego jego pan przed chwilą strącił z siodła, a Daimon przez sekundę spojrzał w paszczę otwartych wrót. To, co ujrzał, wstrząsnęło nim. Rzesze żołnierzy Mroku, którzy właśnie zadawali im śmierć, stanowiły zaledwie forpoczty całej armii. Jej trzon czekał nienaruszony! W świecie Cienia stały gotowe do boju oddziały, a ich końca nie było widać aż po horyzont. Stawić im czoła mogłyby tylko wszystkie zastępy Pańskie, miriady aniołów rozproszonych po całym kosmosie, aby wytyczać trajektorie gwiazd i planet. Nawet jeśli przybędą posiłki, armia, którą szybko uda się skrzyknąć, nie wystarczy, żeby pokonać Cień. Zagrożony jest więc nie tylko nowy projekt Pana, ale istnienie samego Królestwa.

Daimona ogarnęły żal i wściekłość na wspomnienie wyniosłej gęby Jaldabaota. Możliwość upokorzenia mnie będzie kosztowała drożej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, pomyślał. Z goryczą przypomniał sobie udzielone przed bitwą rozkazy Kamaela. Starajcie się zepchnąć ich na bok i zastawić bramę. Jest wąska; broniąc jej, mamy jakąś szansę. Zepchnąć ich! Imponujący pomysł. Zamknąć to pieprzone wejście! Olśnienie przyszło nagle, między pchnięciem miecza a unikiem. Sposób był szalony i właściwie nie miał prawa się powieść, ale obudził w nim odrobinę nadziei.

– Wynieś mnie stąd, Piołun! – wrzasnął w samo ucho wierzchowca, rzucając się na koński kark, bo tam, gdzie przed chwilą znajdowała się jego głowa, przeleciał potężny młot. Koń zadrobił w miejscu nogami.

– Ruszaj się, cholerna chabeto! Może zdążymy!

– Zaraza na twoją duszę, Daimon! – wycharczał rumak. – Jest szalona!

Wydał z siebie długi, przeciągły wizg i stanął dęba. Anioł Miecza zachwiał się w siodle, ale nie upadł, uczepiwszy się kurczowo grzywy. Potężne kopyta znalazły się niespodziewanie tuż przed twarzą najbliższego rycerza Cienia, a Daimon ujrzał w oczach wroga paniczny strach, przez krótką tylko chwilę, zanim podkowy Piołuna nie roztrzaskały paskudnej czaszki.

– W górę! – krzyknął do konia, siekąc mieczem na prawo i lewo, żeby wywalczyć dla niego trochę miejsca. I nagle stało się coś nieprzewidywalnego. Potężny rumak, stęknąwszy, odbił się od ziemi i wzbił w powietrze. Opadł na karki i ramiona walczących, na hełmy i wzniesione miecze rycerzy Mroku, tratując ich niby łan młodego zboża. Ci, którzy ujrzeli ten widok, zamierali w przerażeniu, pewni, że spotkali samą śmierć. Z wyszczerzonego pyska rumaka lała się piana. Zarówno on, jak i siedzący na nim rycerz sprawiali wrażenie, jakby zostali odlani z połyskującego rdzawo metalu, bo cali schlapani byli krwią.

– Do Królestwa, Piołun! – wychrypiał Daimon. – Do Szóstego Nieba!

Z trudem utrzymywał się w siodle. W uszach słyszał monotonny szum, a wszystko, na co patrzył, podbarwiało się na czerwono, rozmywało i krzywiło. Poczuł nagłe szarpnięcie i ujrzał pustkę kosmosu wypełnioną gwiazdami, które natychmiast rozmazały się w złociste smugi.

Wiatr uderzył go w twarz, rozwiał włosy. Zrozumiał, że się udało. Piołun pędził do Królestwa.

Dija, młoda służebna ze świty Matki Rachel, przerwała śpiew. Między znajomy świergot ptaków i szelest liści wdarł się obcy dźwięk, jakby tętent. Narastał, lecz Dija nie potrafiła rozpoznać jego źródła. Łodygi kwiatów zgięły się jakby w nagłym podmuchu wiatru, a anielica poczuła wilgotne krople spadające na dłonie i twarz. Były czerwone. Dija z krzykiem odrzuciła śpiewnik, rozmazując szkarłatne smugi na włosach i policzkach. Jej piękna twarz wykrzywiła się w grymasie paniki i obrzydzenia. Urodziła się przecież w Szóstym Niebie. Nigdy nie widziała krwi. Po ziemi przesunął się cień, więc poderwała w górę głowę i krzyk zamarł jej na ustach. Podniebnym szlakiem pędził jeździec. Długie włosy powiewały za nim niczym czarny sztandar. Jego twarz była maską szaleństwa i rozpaczy. W dłoni ściskał nagi miecz. Wyglądał jak burzowa chmura na tle błękitu Szóstego Nieba, gdzie nigdy nie spada kropla deszczu. Dija zasłoniła ręką oczy i padła na miękki dywan szmaragdowej trawy.

– Muszę zejść niżej, na ziemię – głos Piołuna łamał się z wysiłku.

Poruszanie się podniebnymi szlakami pozwalało rozwijać zawrotne prędkości, ale było bardzo męczące. W Królestwie obowiązywał ścisły zakaz ich używania, z uwagi na zamieszanie wywołane obecnością w powietrzu wielu aniołów naraz, lecz tym ograniczeniem Daimon postanowił się w tej chwili nie przejmować. Kilka razy żandarmi Jaldabaota próbowali go zatrzymać, pierzchali jednak, ustępując mu z drogi, gdy stawało się jasne, że nie ma zamiaru zwolnić.

– W porządku, schodź! – zawołał pełen złych przeczuć, bo gościńce Królestwa zawsze były bardzo zatłoczone. W tej sytuacji bezpieczniej wydawało się przejechać na przełaj przez Ogrody. Runęli w dół, tratując nienaganną murawę, równając z ziemią klomby róż i lilii, roztrącając spacerujących. Przejechali przez grupę muzykujących aniołów i anielic, rozganiając ich niby stadko białych kuropatw. Daimonowi mignął przed oczami roztrzaskany kopytami Piołuna klawikord. Podniosły się okrzyki trwogi i bólu, lecz nie miał czasu zwracać na nie uwagi. Za zakrętem ścieżki wpadli wprost na kilku Aniołów Lata, w których pieczy znajdowały się Ogrody Królestwa.

– Z drogi! – ryknął Daimon. Zaskoczeni ogrodnicy bezładną pierzastą kupą wzbili się w powietrze. W przelocie dostrzegł czyjąś przerażoną twarz, coś miękko uderzyło go w bok, usłyszał jęk.

– Do Pałacu Cudownych Przedmiotów – nakazał koniowi, nie obejrzawszy się nawet.

Pałac, będący raczej obszerną kaplicą, mieścił w sobie Boskie Narzędzia – Kielnię i Cyrkiel, którymi Pan wytyczył wszechświat, oraz Klucz do wymiarów, za pomocą którego otwierał kolejne rzeczywistości. Ten właśnie Klucz Daimon uznał za jedyną szansę ocalenia Królestwa.

Piołun zarył kopytami w żwir ścieżki przed samym frontem białego pawilonu, ażurowego niczym tort z cukru. Opuścił nisko łeb, dyszał z wysiłku. Daimon zsunął się z jego grzbietu. Kiedy dotknął stopami ziemi, zakręciło mu się w głowie. Musiał schwycić się łęku, żeby nie upaść. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest poraniony. Lewy bok, nogawkę spodni i but pokrywała lepka, krzepnąca krew. Nie wolno mi teraz zemdleć, pomyślał i najszybciej jak jeszcze potrafił, pobiegł chwiejnie w kierunku wejścia do budynku. Natychmiast zastąpiło mu drogę dwóch strażników z toporami u boków.

– Wpuśćcie mnie! – wychrypiał. – Królestwo jest w niebezpieczeństwie!

– Precz! – warknął wyższy. – Kalasz swoją obecnością święty przybytek!

Daimona ogarnęła furia. Tam giną jego przyjaciele, jego bracia, a tych dwóch tępych sukinsynów ośmiela się stać mu na drodze?

– Albo mnie wpuścicie, albo przemodeluję wasze głupie pyski! – wrzasnął wściekle.

Sięgnęli po broń, ale nawet nie zdążyli jej wyjąć. Daimon trzasnął jednego w twarz rękojeścią miecza, drugiego powalił na ziemię kopniakiem, wyrwał mu topór zza pasa i rąbnął w głowę obuchem. Wszystko to nie trwało dłużej niż jedno westchnienie. Wpadł do chłodnego, cichego wnętrza. Powietrze zdawało się gęstsze niż na zewnątrz, wibrowało wyczuwalnie potężną mocą. Ściany lśniły złotawym blaskiem. Pośrodku pomieszczenia stały trzy kryształowe szkatuły zawierające święte przedmioty. Dotknął misternie rzeźbionego wieka, przez które można było dostrzec zarys złotego Klucza.

– Wybacz mi, Panie – szepnął.

Osłaniając twarz zgiętym ramieniem, z całej siły uderzył w szkatułę rękojeścią miecza. Ozwał się śpiewny jęk, a odłamki kryształu z trzaskiem rozsypały się na posadzce. Złoty Klucz, którego dotykała do tej pory jedynie ręka Pana, leżał na szkarłatnej poduszeczce, połyskując oleiście. Pokrywały go pajęcze ornamenty, tak delikatne, że ledwie widoczne. Daimonowi wydało się, że drzemie w nim potężne, złowrogie życie.

Wyciągnął rękę, wstrzymując oddech. Drżące palce dotknęły metalu, zacisnęły się na nim. Klucz był zaskakująco ciężki. Nagle Daimon poczuł w dłoni ruch, jakby nie przedmiot trzymał, ale żywe zwierzę, małą jaszczurkę. Niemal w tym samym momencie Klucz rozjarzył się białym blaskiem. Anioł Miecza krzyknął. Targnął nim ból. Frey odruchowo rozwarł palce, lecz nie upuścił artefaktu. Pozwolił mu leżeć na otwartej dłoni, która płonęła, a fale bólu obejmowały szybko całe ramię niby języki ognia liżące suchą szczapę. Zacisnął zęby. Wszystko w nim krzyczało, żeby odrzucić źródło cierpienia, ale wiedział, że nie wolno mu tego zrobić. W końcu biały blask przygasł i znikł zupełnie. Klucz stał się znowu martwym kawałkiem metalu. Na wewnętrznej stronie dłoni anioła ziała ogromna półksiężycowata rana, przypominająca rozdziawione w szyderczym uśmiechu usta. Daimon, pomagając sobie zębami, odpruł od poduszeczki złoty sznurek, którym była obszyta, i zawiesił sobie Klucz na szyi.

Jasne światło słońca na zewnątrz niemal go oślepiło.

Podciągnął się na siodło, wyjął miecz z pochwy i przerzucił do lewej ręki.

– Wracamy, Piołun – powiedział.

Koń bez słowa zerwał się do biegu. Gnał jak wicher.

Bitwa wciąż trwała. Przybyłe z Królestwa oddziały w pewnej chwili zdawały się zdobywać przewagę, ale teraz były konsekwentnie spychane w tył przez czarne mrowie żołnierzy Cienia.

– Cofnijcie się! Odwrót!!! – Daimon na próżno starał się przekrzyczeć zgiełk bitwy.

Rąbał mieczem z całą siłą, na jaką mógł się zdobyć, próbując wyciąć sobie drogę do pierwszej linii. Rozbijał czarne hełmy, rozcinał pancerze i kubraki niby worki pakuł. Każdemu ciosowi towarzyszył jęk lub wrzask bólu. W pewnej chwili dostrzegł jasną plamę twarzy Kamaela, poszarzałą i poznaczoną cętkami krwi. W duchu podziękował Panu, że przyjaciel wciąż jeszcze żyje.

– Dalej! – krzyknął do konia, który utknął na chwilę w kłębowisku ciał i żelaza. – Musimy zostawić wszystkich naszych za sobą!

– Jak powiedział żebrak na widok darmowej garkuchni – warknął Piołun, posłusznie prąc naprzód.

Przed oczami Daimona zaczęły przeskakiwać czarne i złote iskry. Długo tak nie wytrzymam, myślał. Dłoń pulsowała nieprzerwanym, tępym bólem. Miecz zadawał ciosy coraz wolniej. Frey czuł, że kilka razy drasnęło go jakieś ostrze.

– Cofnąć się! – krzyczał do każdego napotkanego anioła. Wreszcie stwierdził, że otacza go jednolite morze czarnych hełmów. Zerwał z szyi Klucz, wyciągnął rękę i przekręcił w powietrzu.

– Czeluść – powiedział. – Bezdenna Czeluść poza czasem i wymiarami.

Ziemia zatrzęsła się i rozstąpiła. W miejscu, gdzie przed momentem były wrota Antykreatora, otworzył się lej. Cień i jego armia zapadli się w jednej chwili. Lej rozszerzał się, wciągając żołnierzy Siewcy Wiatru. Ziemia uciekała spod kopyt oszalałych, kwiczących ze strachu rumaków. W niebo wzbił się chóralny krzyk rozpaczy. Zastępy Antykreatora ginęły w Czeluści. Kilku aniołów, którzy nie zdążyli wycofać się w porę, ześlizgnęło się do środka leja. Pustka przybliżała się błyskawicznie. Daimon balansował na jej skraju z lśniącym Kluczem w dłoni. Zginąłby, gdyby nie Piołun. Gdy ziemia, na której stali, zaczęła się osuwać w bezdenną szczelinę, koń wykonał rozpaczliwy zwrot i odskoczył w tył na pewniejszy grunt. Daimon ponownie przekręcił Klucz w powietrzu.

– Dość – wymamrotał z trudem. Ostatnim wysiłkiem spojrzał na pole bitwy. Rozpościerała się przed nim znajoma, pokryta liszajami wykopów równina. Antykreator wraz ze swą armią zniknął.

Za plecami Frey miał ziemię zaścieloną trupami. Słyszał jęki i przekleństwa rannych. Oddziały Królestwa ścigały nielicznych ocalałych żołnierzy Mroku. Upuścił Klucz, zakołysał się w siodle i ciężko zwalił z konia.

– Jest świętokradcą i mordercą! – wrzasnął Jaldabaot.

– Jednak niewątpliwie uratował Królestwo – powiedział ze znużeniem Jao, sekretarz demiurga.

– Tylko Pan może decydować o losach Królestwa! Tylko On może wybawić je lub zgubić, zgodnie ze swoją wolą!

– W takim razie wybawił je Jego rękami.

– Bronisz mordercy, Jao? Trzy niewinne dusze, trzech czystych aniołów zginęło z tych jego bohaterskich rąk! Dwóch stratował w Ogrodach, a jednego z zimną krwią zaszlachtował toporem, gdy bronił świętego przybytku przed zbezczeszczeniem.

Jao westchnął.

– Po prostu uważam, że skazanie go na śmierć nie jest najlepszym pomysłem... politycznym. Całe Królestwo, wszystkie zastępy uważają go za bohatera.

Jaldabaot spiorunował go wzrokiem.

– Więc wykażę im błąd w rozumowaniu! Zaślepienie i niewłaściwy ogląd sprawy. Jak śmiesz opowiadać o jakiejś polityce! Tu chodzi o pryncypia, o zasady! O świętokradcę, którego brudny dotyk zbrukał najczystszą świętość!

– Jeśli już musisz go zgładzić, zrób to szybko i cicho, po krótkim nieupublicznionym procesie...

– Proponujesz mi postępek godny skrytobójcy? Nigdy! Wszyscy obejrzą tę egzekucję! Wszyscy, od samych książąt Sarim począwszy, a skończywszy na najmarniejszym z aniołów służebnych. A ten zbrodniarz, ten obrazoburca, publicznie się przed nimi pokaja!

Jao miał ochotę jęknąć.

Pełgają mdłe ogniki pochodni. Na ścianach rodzą się i umierają fantastyczne cienie. Gdzieś bardzo daleko słychać kapanie wody. A może to krew?

– Jesteś mordercą! Podłym, bezlitosnym zbrodniarzem! Pozbawiłeś życia niewinne istoty! Wiesz, czym jest życie? Bezcennym darem od Pana! A ty splugawiłeś ten dar. Więcej! Zbezcześciłeś świętość! Odważyłeś się sięgnąć po to, co należy do samej Jasności! Krwawą ręką! Tak, krwawą ręką! Teraz ta krew krzyczy! Woła do mnie, do wszystkich. Jesteś potworem. Twoja dusza to wiadro pomyj. Grzeszysz! Nawet teraz grzeszysz pychą i zatwardziałością serca. Ukorz się, zanim nie będzie za późno! Pokajaj się! Błagaj o przebaczenie! Na kolana, zbrodniarzu! Powiedziałem: na kolana!

Nigdy! Nigdy, choćby przyszło mu tu zdechnąć. Nie ukorzy się przed tą bladą gębą szaleńca, przed tymi nerwowo drgającymi dłońmi jak porcelanowe bibeloty, które nigdy nie trzymały miecza, które nigdy nie dotkną słowa „honor”.

Lekkie, białe machnięcie, zgrzyt. Krwawy sukinsyn! Kazał poluzować łańcuchy. A nogi nie chcą go utrzymać, gną się. Kolana zaraz uderzą o brudną kamienną posadzkę.

Chwycił ciężkie ogniwa kajdan, podciągnął się na pokaleczonych dłoniach. Zachowaj dla maluczkich swoje tanie sztuczki. Nie ujrzysz Anioła Miecza na kolanach przed tobą, Protezo Pana!

– Przyznaj, kim jesteś! Wyznaj swoje zbrodnie! – syczy wielki biały nietoperz o srebrnych włosach i oczach. – Mów!

Rozkrwawione usta więźnia obnażają w uśmiechu zęby.

– Jestem wiernym rycerzem Pana – szepcze. – A ty, Wielki Archoncie?

Pan Siedmiu Wysokości odskakuje, jakby nadepnął na węża.

Wilcze oczy świecą nieugiętym złowrogim blaskiem.

W lochach śmierdzi pleśnią i mdlącym odorem spalenizny. Jao czuje narastające obrzydzenie – do Jaldabaota, do całej tej sprawy, do swojej funkcji. Gdyby ktoś mu to zaproponował, zrzekłby się jej nawet natychmiast.

Jaldabaot nerwowo skubie rękaw. Widzi sekretarza, w srebrnych oczach tańczą iskierki lęku.

– To demon – mówi. – Ma przeklętą duszę.

Jao ze świstem wciąga powietrze.

– Oszalałeś?! Zabijesz go!

– To demon! – powtarza Wielki Archont. – Ani śladu skruchy! Po wszystkich tych zbrodniach...

– Na litość Pańską, każ go natychmiast rozkuć! Jak chcesz dokonać egzekucji na trupie?! Kazałeś postawić na nogi całe Królestwo!

Jaldabaot, skonsternowany, rozkłada ręce. Jego kosztowną białą szatę pokrywają rdzawe plamy.

– Jao, jestem przerażony...

– Ja też! – wrzeszczy sekretarz. – Wyjdź stąd, przebierz się i zostaw całą resztę mnie!

Najpierw wszystkie dźwięki zaczęły z wolna cichnąć, a potem usłyszał wielkie dzwonienie ciszy. Z trudem rozkleił powieki. Jedno oko miał tak zapuchnięte, że właściwie nic na nie nie widział.

– Witaj, Rycerzu Miecza – zaszemrał nieomal niesłyszalny szept. – Rany, jak kiepsko wyglądasz!

Spoza krat spoglądała na niego brzydka, inteligentna twarz.

– Duma – powiedział, ledwie poruszając wargami. Przez ostatnie parę godzin nauczył się eliminować wszystkie zbędne ruchy. – Kopę lat! Przyszedłeś pogawędzić?

Przykucnięty przed drzwiami Anioł Śmiertelnej Ciszy, w odwiecznych czerwieniach i czerniach, uśmiechnął się, pokazując krótkie, ostre kły.

– Wpadłem popatrzyć, jak sobie radzisz. Powiadają, że nawet nie krzyknąłeś. To prawda? Nie zrozum mnie źle, pytam z czystej ciekawości.

Daimon zdobył się na krzywy uśmiech.

– Jak myślisz?

– Jakoś trudno mi było uwierzyć, ale chyba zmienię zdanie – zaszemrał Duma. – Nie przepadamy za sobą, Daimon, ale właściwie przyszedłem powiedzieć ci coś, co, moim zdaniem, masz prawo wiedzieć. Nikt nie chce wykonać na tobie wyroku. Białaczka się wściekł, pozdejmował ze stanowisk większość urzędników sądowych i więziennych. W końcu zaproponował nawet tę fuchę mnie, a nawet Afowi i Chemie. Kupa śmiechu, co?

– Jestem pod wrażeniem. Bliźniaki wciąż mają do mnie żal?

– No chyba! – szepnął Duma. – Po tym, jak obiłeś ich płazem na środku Niebiańskiego Placu? Co oni ci właściwie zrobili?

– Mieli fałszywe informacje. Twierdzili, że Aniołowie Miecza to żądne krwi sukinsyny. Wyprowadziłem ich z błędu. Nie byli nawet draśnięci...

– Raczej sini – mruknął czarno-czerwony anioł.

– Nie chcieli się zemścić?

– No, co ty? W ten sposób? Nawet oni mają trochę honoru.

Daimon przymknął powieki.

– Męczę cię, co? – zaszeptał widmowy głos. – Trzymasz się resztkami sił. Żegnaj, Aniele Miecza. Może się kiedyś spotkamy... po drugiej stronie.

– Do zobaczenia w niebycie – powiedział Daimon, nie otwierając oczu.

– Nikt tego nie zrobi. Nie możesz wziąć pierwszego lepszego siepacza. On jest aniołem krwi, arystokratą.

– Musimy kogoś znaleźć! – Jaldabaot ciskał się po komnacie. – To zaczyna zakrawać na bunt!

Jao milczał znacząco.

– Myślę, że jest taki ktoś – odezwał się rozlewnym, modulowanym akcentem Astafajos, archont, władca pierwszego elementu.

– No to mów! – krzyknął demiurg, zwany Prawicą Pana.

– Raguel. Młody, bardzo obowiązkowy. Rozkaz jest dla niego święty. Pełni funkcję kapitana bursy w Drugim Niebie. To archanioł.

Jaldabaot rozpromienił się.

– Cudownie! Widzisz, Jao, jakie to proste? Chcieć, znaczy móc. W dodatku archanioł. Prawdziwy policzek dla tych butnych szczeniaków z bandy Gabriela. Pokażemy im młodzieńca świecącego przykładem, który szanuje tradycje i zna swoje miejsce. Natychmiast go przyprowadźcie.

Raguel nerwowo przełknął ślinę.

Ten koszmar odbywa się naprawdę, pomyślał.

Wielki Archont przechadzał się po komnacie z rękoma założonymi do tyłu.

– Twoje zdolności i przykładna postawa zostały zauważone – odezwał się w końcu. – Nie myśl, że młody wiek wyklucza odpowiedzialne stanowisko. Umiemy dostrzegać diamenty w błocie. Niniejszym otrzymujesz awans. Zostałeś mianowany egzekutorem. Będziesz wykonywał wyroki boskiego sądu na wysokich dostojnikach niebiańskich. Zaczniesz od pokazowej egzekucji obrzydłego świętokradcy i zbrodniarza, niejakiego Daimona Freya.

– Tak jest, Wasza Jasność – wymamrotał Raguel, przekonany, że wszystkie nieba Królestwa kolejno spadają mu na głowę.

Jaldabaot obrócił się na pięcie tak gwałtownie, aż zafurkotały poły płaszcza.

– Cóż to? Nie dziękujesz?

Archanioł przykląkł na jedno kolano, spuszczając głowę, żeby Wielki Archont nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy.

– Jestem niewypowiedzianie wdzięczny, Wasza Jasność. Nie zasługuję na tę łaskę.

Jaldabaot zatarł ręce.

– Doskonale! – zawołał. – A teraz idź przygotować się do nowej roli. I pamiętaj! Wszystko musi być zorganizowane w perfekcyjny sposób. To rozkaz!

– Tak jest – szepnął zdruzgotany Raguel.

Nie przewrócę się. Nawet się, kurwa, nie potknę, powtarzał sobie dobitnie, żeby rozkaz dotarł do plączących się nóg. Panie, jakżeż to daleko!

Szafot sterczał jak pokryta błękitnym i złotym suknem wyspa pośrodku ogromnego Niebiańskiego Placu. Wokół niego rozpościerało się morze głów i skrzydeł – nieprzebrane rzesze aniołów. Szpaler prowadzący od wrót Pałacu Sprawiedliwości wydawał się przez to wąski. Po obu jego stronach stał co pięćdziesiąt kroków żandarm w ceremonialnym stroju. Tuż przy samym podeście Jaldabaot ustawił naprzeciw siebie dwie milczące, trwające w bezruchu grupy – archaniołów i Rycerzy Miecza, którym udało się ocaleć z niedawnej rzezi. Za szafotem wznosiły się trybuny, gdzie zasiadała Rada Archontów, książęta Sarim, w tym tytularny zwierzchnik Miecza, książę Soked Hezi, z bardzo kwaśną miną, oraz wysocy dostojnicy dworscy.

Blask słońca oślepiał Daimona, którego oczy przywykły do ciemności lochu, więc mimo że wytężał wzrok, mógł dostrzec na trybunach tylko zamazane plamy.

– Czas iść – powiedział jeden z czterech eskortujących strażników i lekko popchnął go w plecy.

Ceremonia wyglądała imponująco. Jaldabaot spoglądał z wyżyn trybuny na plac z miną wyniosłą i srogą, nie dając po sobie poznać zadowolenia. Napawał się triumfem nad wrogami. Napawał się władzą. Zerknął na siedzącego daleko po lewej stronie Metatrona. Jego twarz była spokojna i właściwie pozbawiona wyrazu, choć zdawała się emanować wielką dobrocią. Ulubiony anioł Pana pokornie przyjął przyznane mu przez demiurga niezbyt zaszczytne miejsce. Wielki Archont uznał, że niepotrzebnie się go obawiał. Tuż obok siedział jego brat, zacięty i chmurny Sandalfon, rzucający co pewien czas pełne niechęci spojrzenia w stronę Jaldabaota, lecz nim demiurg nie zamierzał się przejmować.

Wtem Jao delikatnie dotknął jego rękawa.

– Spójrz na Rycerzy Miecza – szepnął.

Jaldabaot wychylił się lekko.

– Co to ma znaczyć? – syknął.

Stali z odkrytymi głowami i włosami szarymi od popiołu. Na policzkach mieli grube kreski namalowane krwią.

– Żałoba – powiedział sucho Jao. – Oni noszą żałobę.

Jaldabaot zatrząsł się ze złości. Odebrał Rycerzom Miecza broń, każąc zastąpić ją paradnymi mieczykami, więc nie spodziewał się z ich strony żadnych kłopotów. To nic, uspokoił się, błaha demonstracja. Nie są w stanie odwrócić biegu wydarzeń. Nie są w stanie sprzeciwić się mojej władzy.

Daimon ze wszystkich sił walczył, żeby się nie potknąć. W porwanym, zakrwawionym ubraniu, z bladą i pokaleczoną twarzą i zmierzwionymi włosami wyglądał strasznie. Gdy się pojawił w drzwiach Pałacu Sprawiedliwości, przez tłum przebiegł szmer podobny do westchnienia. Nie był to jednak objaw litości, nie miłosierdzie i żal przepełniały anielskie serca, a raczej lęk i szacunek, gdyż w każdym sztywnym kroku, w każdej próbie utrzymania wysoko uniesionej głowy było więcej godności niż w wystudiowanych pozach całej Rady Archontów. Zgromadzone na placu rzesze pokornych, pracowitych aniołów służebnych niemal namacalnie czuły pogardę i gniew skazańca, gotowe ugiąć karki przed jego błękitną krwią, jego nienawiścią i niszczącym szaleństwem, którym w chwili stworzenia naznaczył go Pan, aby ustanowić go nad Mieczem Swojego Gniewu. W oczach Daimona wyglądali jak bydło i czuli się jak bydło przyglądające się schwytanemu lampartowi. I wysławiali Pana za nieskończoną dobroć, dzięki której mogli pracować w trudzie i znoju bez piętna morderczej wściekłości, bez sztyletu mieszkającego na dnie serca.

Daimon zrównał się ze stojącymi niemal przy samych stopniach szafotu Rycerzami Miecza. Jego spojrzenie na chwilę skrzyżowało się ze wzrokiem Kamaela, którego twarz była szara jak płótno. Kreski, namalowane krwią na policzkach, krzyczały to, czego nie mogły wypowiedzieć zaciśnięte usta. Kamael nie dał żadnego znaku, nie wyrzekł ani słowa, lecz nagle szereg nieruchomych i milczących Aniołów Miecza załamał się, gdy wszyscy równocześnie uklękli, prezentując broń – te śmieszne, złote mieczyki, które rozkazał im wydać Jaldabaot. Promienie słońca tańczyły na bezużytecznych klingach, kiedy doborowi rycerze Królestwa żegnali najlepszego spośród siebie.

Daimon wspiął się na szafot. Tak wiele razy stawał naprzeciw śmierci, że właściwie przestał się jej bać. Niemal. Odczuł ulgę, że udało mu się bez pomocy pokonać schody. Ktoś mógłby pomyśleć, że stracił siły ze strachu, a on po prostu był bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę, że w środku, w nim, niby rój zdenerwowanych os, huczy ból, ale nawet cierpienie okryła ciężka zasłona obezwładniającego zmęczenia.

Tłum, widziany z góry, przypominał wiosenny klomb, na którym dopiero zaczynały kiełkować i kwitnąć najwcześniejsze rośliny, gdyż kolorowe szaty wyższych rangą aniołów rozmywały się wśród popielatych i burych tunik ptactwa niebieskiego. Niebiański Plac nigdy nie wydawał się Daimonowi równie szeroki. Wszystko wokół wyglądało, jakby zostało wycięte z kartonu. Nie sposób przejmować się dwuwymiarową dekoracją. Na stopniach schodów i surowych deskach podestu czyjaś ręka wykreśliła cieniutki falisty wzór, jakby ciągnący się za Daimonem drobny szew. Krwawię, pomyślał. Jaldabaotowi chyba udało się mnie zabić i bez tego żałosnego przedstawienia. Spojrzał w stronę loży dostojników, lecz dostrzegał tylko zamazane kontury.

Pozbawić życia anioła krwi wcale nie jest łatwo, powtarzał sobie pobladły, dygoczący Raguel. To musi być cios prosto w serce. Jeden cios w samo serce. Onyksowa rękojeść długiego, pokrytego magicznymi inskrypcjami sztyletu ślizgała się w jego spoconej dłoni. Trzymał ją, jakby była łbem węża. Nigdy przez swoje krótkie, nawykłe do posłuszeństwa życie nie czuł się tak nieszczęśliwy. Z trudem przełykał ślinę w suchych jak wiór ustach. To on wyglądał jak skazaniec i przez chwilę zgromadzonym wokół szafotu wydawało się, że prawda przedstawia się odwrotnie, że czarnowłosy anioł przyszedł po życie egzekutora, a może także życie wszystkich obecnych. Raguel spojrzał na smukłą, nieruchomą postać Daimona. W serce? – pomyślał w popłochu. Na litość Pańską, czy on je w ogóle ma?

Frey odetchnął głębiej. Dziwne oszołomienie powoli mijało. Dopiero teraz dostrzegł Raguela. W oczach na chwilę zapłonął mu wilczy blask.

– Hej, Raguel – powiedział niskim, chrapliwym głosem. – Ładny awansik, co?

Archanioł drgnął. Przypomniał sobie o ciążących na nim obowiązkach.

– Przywiązać go! – rozkazał oczekującym pachołkom. Jego głos brzmiał piskliwie i niepewnie.

Daimon przymknął powieki, dał się popchnąć w kierunku stojącego pośrodku podestu dziwnego rusztowania z belek. Pozwolił przykuć sobie ręce, choć pod czaszką eksplodował mu snop iskier, kiedy potarły o siebie kawałki złamanej kości.

Herold monotonnym głosem odczytywał listę jego zbrodni.

Przynajmniej uratowałem Królestwo, pomyślał z goryczą. Umrę jako bohater. Ból zaczął przypominać o sobie coraz natarczywiej. Był niczym tancerz wypróbowujący wciąż nowe kroki, jakby ciało Daimona było sceną, na której trzeba wystąpić przed wymagającą publicznością. Anioł Miecza zacisnął zęby. Skończże wreszcie! – warknął w myślach do herolda. Ten zaczął jednak odczytywać tytuły Jaldabaota, więc Daimon skonstatował z ironią, że jeszcze jakiś czas to potrwa.

Wtem pojawiła się przed nim blada, przerażona twarz Raguela.

– Wybacz mi – usłyszał szept.

– Co?! – Z pewnym trudem uniósł głowę, żeby spojrzeć egzekutorowi w oczy. – Daruj sobie.

To nie był dobry moment na okazywanie współczucia.

– Proszę, wybacz... Ja tylko wykonuję rozkaz...

Gdyby zostało mu więcej siły, Daimon wpadłby w szał. W jego nieugiętych, szyderczo zmrużonych oczach Raguel dostrzegł własne odbicie – obraz słabego, podłego chłopca, który zawsze będzie drżał z lęku przed kimś potężniejszym. Zadygotał na myśl, że drapieżna, piękna twarz anioła, którego za chwilę zabije, pozostanie na zawsze, niczym piętno, odciśnięta w jego pamięci.

Ostry, drwiący uśmiech rozciągnął wargi Daimona.

– Jesteś nikim – powiedział. – Pyłem na wietrze. Spójrz na nich, na Rycerzy Miecza, archaniele. Są nieśmiertelni. Ich krew nie umiera.

Raguel postąpił dwa kroki w tył. Zobaczymy, pomyślał tępo, wypatrując znaku od Jaldabaota. Już za chwilę.

Witaj, niebycie, powiedział do siebie Daimon. Prawie się nie bał, ale jednocześnie wcale nie pragnął umierać. Nie pociągały go niewzruszony spokój i majestat śmierci. Przypomniał sobie cierpki smak wina, które przyniosła mu brzydka służąca; Kamaela wachlującego się pergaminem z rozkazami Jaldabaota, kpiącego, że to jedyne, do czego może się przydać ten dokument. Piołuna tratującego lilie w rajskim ogrodzie; piękne twarze anielic... Witaj, niebycie.

Jaldabaot, biały i kunsztowny jak ozdoba z pianki, wychyliwszy się z trybun, dał znak.

Raguel zamachnął się sztyletem i uderzył. Świat cofnął się gwałtownie, malejąc do rozmiarów szpilki. Ból był przeraźliwie ostry, ale bardzo odległy. Czynność tak prosta, jak nabranie oddechu, stała się nagle zdumiewająco skomplikowana. Czarno-czerwona cisza, przenikliwa niczym szept anioła Dumy, śpiewała w uszach. Z wolna wszystko poczęło gasnąć. Witaj, niebycie!

Raguel wyszarpnął ostrze. Ciało Daimona zadrgało i znieruchomiało. Rozsypane włosy okryły skazańca jak całun. Archaniołowie patrzyli na siebie, milcząc. Niektórzy bezwiednie zaciskali pięści. Twarz Razjela ściągnęła się tak, że przypominała maskę. Gabriel nerwowo bawił się pierścieniem. Kamael przesunął dłonią po czole i policzkach. Jego usta tworzyły zaciśniętą prostą kreskę.

Nagle niebo pękło. Błękitne światło, które zalało plac, wtłaczało oddechy z powrotem do płuc, oślepiało, powalało na kolana, na twarz. Wszyscy – aniołowie służebni, żołnierze i dostojnicy – czołgali się w pyle. I wszyscy słuchali. Tylko Metatron klęczał z uniesionymi w górę rękami i spojrzeniem promieniejącym nieopisanym szczęściem.

Błękitny wir porwał Daimona, wyszarpnął z ciemności. Wypełnił go oślepiającym bólem, potęgą zmuszającą do krzyku. Cisnął między nieskończone przestrzenie, wykazując dokładnie, czym jest życie, śmierć i dzieło stworzenia. Ogarnął go, zniszczył, stworzył, znowu zniszczył i znów odbudował. A potem przemówił, chociaż Daimon był pewien, że nie używał słów:

– ANIELE MIECZA, STWORZONY Z GNIEWU, PRZYNALEŻNY CHAOSOWI – BEZCZELNY, DUMNY, LECZ, PRZYZNAJĘ, ODWAŻNY – OTO MIANUJĘ CIĘ NISZCZYCIELEM – ABBADDONNĄ, BURZYCIELEM STAREGO PORZĄDKU, TAŃCZĄCYM NA ZGLISZCZACH I ANIOŁEM Z KLUCZEM DO CZELUŚCI, BO OŚMIELIŁEŚ SIĘ PO NIEGO SIĘGNĄĆ. PRZEKONAŁEŚ SIĘ PRZECIEŻ, ŻE TO TWOJE POWOŁANIE. A TERAZ WRACAJ, ŻEBY MI SŁUŻYĆ. TWÓJ CZAS SIĘ JESZCZE NIE WYPEŁNIŁ.

I oszołomiony, półprzytomny Daimon z hukiem spadł na deski szafotu. Dźwignął się na kolana, potrząsając głową, żeby odzyskać ostrość widzenia. Zdawał sobie sprawę, że przed chwilą słyszał nie tyle Głos Pana, co własne myśli, lecz z pewnością dobrze pojął sens Jego przekazu. Umarł i został wskrzeszony. Z nosa ciekła mu krew, a rozdzierający ból w klatce piersiowej przekonywał, że sztylet Raguela nie chybił. Przycisnął ręce do rany i spróbował wstać. Chciał jak najprędzej zejść z tego przeklętego podestu. Minął skulonego, płaczącego archanioła, potrącając nogą sztylet z onyksową rękojeścią i czerwono lśniącym ostrzem. Czuł się bardzo słaby i chory. Plac przybliżał się i oddalał, budowle wyprawiały niezwykłe podskoki. Z ziemi niemrawo podnosili się aniołowie, pustymi oczami przyglądając się sobie nawzajem. Nagle ktoś krzyknął, wyciągając rękę w stronę szafotu. Daimon dzielnie pokonał pierwszy stopień. Niemal wszystkie głowy obracały się już w jego stronę. Nowo mianowany Niszczyciel chwiejnie i niezwykle powoli zmagał się ze schodami. Ręce wciąż przyciskał do piersi, jakby niósł tam coś niesłychanie cennego. Na ostatnim stopniu potknął się i pełnym gracji, nienaturalnym ruchem zgiął się wpół niby w ukłonie. Kamael i Razjel skoczyli ku niemu równocześnie, lecz przy tym dziwnie niezgrabnie. Daimon skierował na nich olbrzymie, bezdenne źrenice, w których odbijała się kosmiczna pustka. Były to oczy starsze niż czas.

– Pomóżcie mu! – krzyknął archanioł do otępiałych ze zdziwienia żandarmów. Żaden się nie poruszył, a Daimon na ułamek sekundy zastygł i upadł na bok, między buty żołnierzy.

Spróbował się poruszyć, ale to wywołało tylko dalekie echo jakiegoś dźwięku, który przypominał jęk.

– Chyba odzyskuje przytomność – usłyszał pełen napięcia głos Kamaela. – Daimonie, to ja, Kamael. Poznajesz mnie? Żyjesz?

– Nie – szepnął, mimo woli przywołując na twarz cień uśmiechu.

– Słyszysz mnie? – teraz pytał Razjel.

– Aha.

– Widzisz?

Ostrożnie rozchylił powieki. Nad sobą zobaczył nieco nieostre profile przyjaciół.

– Tak – potwierdził.

– Chwała Jasności – westchnął z ulgą Kamael. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie szaleństwo ogarnęło Królestwo z twojego powodu!

– Cieszę się, że was widzę – szepnął Daimon. Chciał zaczerpnąć głębszego oddechu, ale powietrze eksplodowało białym płomieniem.

Razjel pochylił się ku niemu.

– Boli cię? – spytał z lekkim niedowierzaniem.

– Zaraza, Razjel! Daj mu spokój! – uniósł się poirytowany Kamael. – Nie widać, czy co?

Razjel spojrzał na niego wymownie.

– Założyłem mu potrójne, wiązane zaklęcie uśmierzające. Nie powinien nic czuć. Poza tym jest...

Przerwał, bo Kamael spiorunował go wzrokiem. Daimon wyczuł powstałe nagle napięcie.

– Czym jest? – spytał cicho.

– Trupem – powiedział sucho archanioł. – W gruncie rzeczy ty nie żyjesz, Daimonie. Czujesz, myślisz, oddychasz, twoje serce bije, lecz mimo to nie ma w tobie życia w takim sensie jak przedtem. Nie rozumiem, jak to możliwe. Nie pytaj mnie. Pan cię wskrzesił, a moja wiedza jest niczym w obliczu Jego mocy. Cieszę się tylko, że odzyskałem przyjaciela.

– Ja też – rzekł poważnie Kamael. – Uratowałeś Królestwo, zachowywałeś się tak, że wszyscy pojęli, co znaczy honor dla Rycerza Miecza. Jestem dumny, że należałeś do mojej formacji.

– Należałem?

Kamael rozłożył ręce.

– Pan wyznaczył ci inne zadanie. Od tego czasu stoisz ponad nami. Masz prawo dowodzić wszystkimi Aniołami Zniszczenia, nie tylko Szarańczą. Przekonasz się, że dysponujesz mocami, o których my nawet nie marzymy. Otrzymałeś Klucz do Czeluści i prawo burzenia światów. Wciąż jestem twoim przyjacielem, Daimonie, lecz teraz nie ośmieliłbym się wydawać ci rozkazów.

Frey na chwilę przymknął oczy. Nie potrafił zebrać myśli. To, co usłyszał, wstrząsnęło nim. Jestem żywym trupem, powtarzał sobie. Co za szaleństwo! Przecież czuję się tak samo jak zawsze.

– Co mówią w Królestwie? – spytał z wysiłkiem.

Twarz Kamaela spochmurniała. Zanim zdążył się odezwać, głos zabrał Razjel:

– Różnie. Większość uważa cię za bohatera, a twoje wskrzeszenie za cud. Dwór uznaje twoją pozycję, stałeś się teraz wybrańcem Pana, kimś ważnym, choć niebezpiecznym. Przyszedł tu nawet nasz książę Soked Hezi, ale nie wpuściliśmy go, bo byłeś nieprzytomny i tylko by przeszkadzał. Są jednak tacy, którzy przeklinają twoje imię, robią z ciebie demona. Wielu się ciebie boi. Nazywają cię upiorem.

– Mogłeś mu tego oszczędzić – sarknął Kamael. – I śmiesz twierdzić, że masz talent do dyplomacji.

– Lepiej, żeby dowiedział się od nas niż od nich – uciął archanioł.

Daimon słuchał ich, jakby mówili o kimś obcym.

– Ja się prawie nie zmieniłem – powiedział wolno.

– Wiem. – Razjel skinął głową. Jego głos zabrzmiał niespotykanie łagodnie. – Wiem. Problem w tym, co myślą inni.

Daimonowi nagle świat zawirował przed oczami. Ból i ucisk w klatce piersiowej nasiliły się.

– Dużo... czasu minęło?

– Trochę – niechętnie przyznał Razjel. – Parę dni. Nie więcej niż dwa tygodnie.

Daimon nie miał siły się zdziwić.

– A... Proteza Pana? Jaldabaot...

Kamael machnął ręką.

– Nim nie masz się co przejmować. Sytuacja lekko się zmieniła.

Daimon patrzył na przyjaciół pytająco. Razjel wzruszył ramionami.

– Rozumiesz, mały pucz. Upragniony znak od Pana i zgadnij, kto wkracza na scenę?

– Gabryś – dokończył dowódca Aniołów Miecza. – Za starym demiurgiem prawie nikt się nie opowiedział, tak ewidentnie popadł w niełaskę. Smutne, co?

Daimon zdobył się na blady uśmiech.

– To co tu jeszcze robicie?

– Kochamy cię! – Kamael wyszczerzył zęby. – Spełniamy obowiązek względem miłosierdzia i przyjaźni. Nie bój się, nie zapomną o nas. Teraz nastaje pajdokracja! Pod naszymi rządami Królestwo stanie się wreszcie normalne. No dobrze, prawie normalne. Przysięgam, że postaramy się lepiej i inaczej niż Jaldabaot.

– I nikt nie będzie skazywał na śmierć bohaterów wojennych – uśmiechnął się Razjel.

– Nie wątpię – mruknął Daimon nie bez sarkazmu, chociaż nie wątpił w szczere intencje przyjaciół. Władza polityczna wydawała mu się zawsze kąskiem raczej zgniłym niż kuszącym. W sumie jednak wierzył, że zmiana wyjdzie Królestwu na dobre. Jaldabaot był szaleńcem, a archaniołowie mieli całkiem rozsądne poglądy. Ucieszył się w duchu, ale zabrakło mu sił, żeby to okazywać. Z każdą chwilą czuł się gorzej i mówienie sprawiało mu ogromną trudność.

– Powiedźcie mi... – zaczął, ale Razjel podetknął mu pod usta kubek z gorącym, gorzko pachnącym płynem.

– Nie jesteś teraz całkiem zwyczajny, Daimon – powiedział. – Twoje rany goją się paskudnie i bardzo powoli. Nie reagujesz na zaklęcia uśmierzające ani uzdrawiające. Faszeruję cię bardzo potężną magią, używając całego mego kunsztu i wiedzy. Uszanuj te wysiłki, co? Wypij to świństwo, odpocznij, spróbuj zasnąć i przestań wreszcie gadać, dobra?

Jaldabaot w milczeniu spoglądał na zawalające biurko plany i mapy. Precyzyjne rysunki tańczyły mu przed oczami, składając szydercze ukłony. Kosztowne, wyszywane szaty szeleściły melodyjnie przy każdym ruchu, ale Jaldabaot już tego nie słyszał. Wciąż uporczywie, natrętnie powracało do niego wypowiedziane pokaleczonymi wargami zdanie; nieugięta deklaracja lojalności.

Jestem wiernym rycerzem Pana. A ty, Jaldabaocie? A ty?

Wielki Archont, Władca Siedmiu Wysokości, przekładając smukłymi palcami zapisane pergaminy, nie był w stanie odpowiedzieć sam sobie, w którym momencie przestał być wiernym rycerzem Pana.

Rozdział 1

Współcześnie, wiele tysiącleci później

azjel zatrzasnął kronikę. Tłoczona we wzory skórzana oprawa opadła ciężko. Powołanie Daimona było ostatnim świetlanym momentem w historii Królestwa, pomyślał gorzko Archanioł Tajemnic. Potem wszystko wzięło w łeb. Z początku szło świetnie. Po obaleniu Jaldabaota przejęliśmy władzę. Młodzi, pełni zapału, rozkochani w Jasności archaniołowie. Mieliśmy zapoczątkować nową erę, czas rozkwitu, sprawiedliwości, wolności, mądrych, pięknych idei. Staraliśmy się. Pracowaliśmy jak szaleni. Gdy Rafał i Gabriel sadzili pierwsze drzewa w Ogrodach Edenu, nasze serca szybciej biły z radości. I dumy. Wielkiej dumy. Oto, czego dokonaliśmy. Wznosimy nowy wspaniały świat według nakazów Pana. My, drugi od końca chór w hierarchii. Wolni od skostniałej etykiety, od dworskich rozgrywek, silni, radośni, młodzi... Wybrańcy Pana. Razjel westchnął. Kiedy wszystko zaczęło się psuć? Już wtedy? Pamiętał przecież dobrze, z jakim oddaniem służyli, jak głęboko poświęcili się wielkiemu dziełu Stworzenia. Czyżby za bardzo? Obracali planety wokół słońc, a słońca rzucali wprost w bezbrzeżną czerń Kosmosu. W pustce tworzyli zręby nowego. Nieśli materię i ideę. Światło i moc tworzenia. Na Ziemi wypiętrzali góry, wytyczali granice oceanów, kładli między rudy metali warstwy skał, kształtowali dna mórz, formowali kontynenty. I obejmowali stanowiska. Regent Słońca, Regent Księżyca, Władca Czterech Wiatrów, Naczelnik Żywiołów, Pan Trzeciej, Szóstej, Siódmej Wysokości, Wódz Zastępów, Wielki Kanclerz, Wielki Architekt, Wielki Sternik. Zarządca, zwierzchnik, dowódca, nieważne jaki, byle wielki. Czy wtedy już zrobili się próżni? Nie, przecież nie tak, jak Jaldabaot i jego archonci. Ale pracując, zapominali o Jasności. Nie odczuwali na każdym kroku potęgi Stworzenia, nie wysławiali każdym czynem niezwykłego dzieła Pańskiego. Zgubili po drodze cud i radość tworzenia. Po prostu byli rzetelni. A potem zmęczeni.

Razjel wodził palcami po tłoczeniach na skórzanej oprawie kroniki. Słowa, pomyślał. Litery. Ile zawierają w sobie emocji. Otworzył księgę na chybił trafił. A dnia onego podjął Pan zamiar uczynienia jeszcze jednej istoty, imieniem Adam Kadmon i objawił ową wolę aniołom Swoim