Upiór Południa - Maja Lidia Kossakowska - ebook
lub
Opis

Rozgrywają się w różnych czasach i różnych miejscach. Opowiadają o różnych ludziach i różnych namiętnościach. Cztery historie, które łączy jedno - upał.

Żar, który wypala z człowieka resztki myśli, ludzkich odruchów, skrupułów. Spycha w otchłań szaleństwa i zaciera granice pomiędzy rzeczywistością a urojeniami.

Korespondent wojenny. Rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu. Komandos w niewoli. Pensjonariusz zakładu dla obłąkanych. Każdy z nich ma swoją historię. Każdy z nich w głębi duszy pragnie tylko jednego - przeżyć. A może już za późno? Może już nie udało im się przeżyć, a to, co naokoło to tylko piekło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 720


Preludium

Na twoim miejscu bym tego nie robił.

To nie jest groźba ani ostrzeżenie. Ja nie grożę ani nie ostrzegam. To proste stwierdzenie faktu.

Na twoim miejscu nie robiłbym tego, chłopie.

Nie pakowałbym się w te historie. Jasne, wydają się atrakcyjne, egzotyczne, pociągające. Po prostu fajne. I zapewne są takie.

Ale nie dla ciebie.

Pustynia patrzy na mnie czerwoną, wyschłą kataraktą spękanej ziemi. W oddali majaczą blade, błękitne i fioletowe masywy gór Atlas. Wyglądają jak uśpione wielbłądy. Szosy prawie nie widać. To ta spękana, cienka tasiemka wypłowiałego burego asfaltu, rzucona na rudy lateryt gleby. A tamta cienka kreska na horyzoncie, przypominająca zbyt zamaszysty ślad ołówka na delikatnej powierzchni akwareli, to rzymski akwedukt. Lubię to miejsce. Ruiny pośrodku czerwonej pustki. Odpręża mnie tutejszy nastrój, lekko nostalgiczny, kwaśnawy aromat zatęchłego grobu. Siedzę w kucki na szczycie marmurowego krużganka. Czekam. Mam tu na co czekać.

Ty nie masz czego szukać.

Podnoszę głowę, przymykam powieki. Wiatr się wzmaga. Niesie z rozpalonego wnętrza kontynentu drobiny piasku. Można się nim upić, tym wiatrem. Zachłysnąć, oszołomić, do głębi nałykać zwierzęcym szaleństwem, zapomnieć. Nafukać lepiej niż jakimkolwiek kwasem, który miałeś w wilgotnych, słabych dłoniach dzieciaka z dobrego domu.

Nie lubię cię.

Wkurzasz mnie. Przeszkadzasz. Zaburzasz mój niespokojny odpoczynek, moje niecierpliwe wyczekiwanie. Moją chwilę ciszy przed sztormem. Pstrykasz te swoje idiotyczne zdjęcia, ten bezmyślny testament zdychających w upale wakacji. Twoja brzydka, naburmuszona laska gapi się na starożytne kolumny z miną zblazowanego klienta burdelu wybrzydzającego nad przebrzmiałą urodą panienek. Wachluje się mapą turystyczną, że niby tak jej nudno i gorąco.

Znam takie jak ona. Płaska, pospolita twarz bez śladu makijażu, na opitolonych jak po tyfusie mysich włosach szmaciany kapelusz gwizdnięty z pogrzebu niemowlęcia, bezkształtna bluzka, workowate spodnie do kolan i sandały, które wyglądają, jakby ubogi Mandingo wyciął je ze starej opony. Kwintesencja współczesnej kobiecości. Panna Jesteś Tego Warta. Vagina Dolorosa.

Wiesz co? Ona też mnie wkurza.

Coś mi się zdaje, że wybraliście się w niewłaściwe miejsce o bardzo niewłaściwej porze.

Niewiedza niczego nie usprawiedliwia. Przeciwnie. Jeśli jesteś, kurwa, za durny, żeby się tego domyślić, to pewnie nie masz prawa żyć. Bezlitosna matka przyroda już o to zadba, chłopie. Tak mi się jakoś widzi.

Poprawiam poły skórzanego płaszcza, bujam się na obcasach kowbojek. Mały, płaski, przezroczysty skorpion przebiega po kamieniach. Jaszczurka, złota, metaliczna jak elegancki długopis, leży tuż koło mojego buta, pijąc gorąco wprost z marmuru i powietrza. Niebieski pasek na jej boku przypomina ślad flamastra. Marker podkreślający jej krótkie, nieważne istnienie.

Takie jak twoje, bracie.

Poprawiasz pingle na szerokim nosie przygłupa i pstrykasz te swoje foty, jakby ci to mogło zastąpić porządny seks albo dobrą bójkę.

Swojej odętej księżniczki oczywiście nie wolno ci sfotografować. Ona sobie nie życzy. To głupie, nie będzie się mizdrzyć, a poza tym nie, bo taki ma kaprys.

Jeśli o mnie chodzi, to mógłbym najwyżej wgnieść jej mordę butem w piasek i zobaczyć, co z tego wyniknie.

Nic specjalnego, obawiam się.

Ale tobie zostaje machanie cyfrówką nad stelą grobową jakiegoś pieprzonego rzymskiego legionisty sprzed dwudziestu wieków.

W powietrzu unosi się coraz więcej kwarcowego, rudego pyłu. Naciągam kapelusz głębiej na czoło. Szerokie rondo zasłania mi pół twarzy. Leniwym gestem sięgam do kieszeni, wyjmuję papierosa. Strzela zippo, ogień parzy palce, którymi staram się osłonić go od wiatru.

Wiatr. Pachnie pustynią. Siłą, dzikością, szaleństwem. Groźbą, gniewem i aktami desperacji. Zbrodnią. Zamykam z lubością oczy, chłonę każdy suchy, gorący powiew. Nadchodzi to, na co tak długo czekałem.

Hamsin.

To moja pora. Czas upału i niezdrowych zmysłów. Ładowania akumulatorów na cały pieprzony rok. Czas wynajdowania nowych historii.

Upuszczam peta na antyczny bruk ulicy. Wpada prosto w koleinę wyżłobioną w kamieniu przez koła setek rydwanów.

Nie widzisz mnie, choć siedzę jak gargulec prawie nad twoją głową. Jasne, że nie widzisz. Nie rzucam cienia.

Dobra. Chyba trzeba zejść i się przywitać. Nazywają to ponoć dobrym wychowaniem.

Zeskakuję z muru na marmurowe płyty chodnika. Jedna pęka pod moim ciężarem na równe połowy. Łuuup, mówią moje buty.

– Aaaaa – bezmyślnie rozdziawiasz usta.

Złota jaszczurka przestraszona śmiga do dziury pod kamieniami. Wąski, lśniący pocisk z rozgrzanego na słońcu mosiądzu.

W powietrzu czuć zapowiedź burzy.

Patrzę na Boga za jego biurkiem, jak robi notatki w swoim bloku, ale Bóg nie ma racji. Nie jesteśmy czymś szczególnym. Nie jesteśmy też byle czym ani śmieciem.

Afryka oślepia.

W jednej chwili siedzisz sobie w komfortowej niewygodzie rejsowego samolotu Air France, aż nagle otwierają się drzwi i do metalowej skorupy, w której spędziłeś ostatnie parę godzin, wlewa się Afryka.

Z błękitnego zimna dwunastu tysięcy metrów zlatujesz wprost do podrównikowego piekarnika Matki Przyrody.

Matka Przyroda. Tak napisali w folderze wciśniętym za rozciągniętą siatkę sąsiedniego fotela. „Matka Przyroda stworzyła tutaj mnóstwo urokliwych zakątków”. Tak też mówią o Ziemi obrońcy naszej planety. Żywy organizm, bogini Gaja. Dziwne imię dla kupy kamieni otaczających wulkaniczne jądro. Ale dla Fonów bogiem może być stara czaszka zatknięta na patyku.

Wszystko zależy od punktu widzenia.

Pasażerowie, spragnieni „urokliwych zakątków”, wysypują się z samolotu wprost w jaskrawy żar. Większość ma w oczach rozczarowanie szczeniaka, który przegryzł ulubioną piłeczkę.

To już? To wszystko? A słonie, tubylcy w maskach, lwy i plemienni czarownicy?

A żyrafa? Kiedy, do diabła, pojawi się żyrafa?

Tymczasem przez łeb bez ostrzeżenia walą zapach, kolor, gwar i przerażający, ciężki niczym biały marmur, wściekły nigeryjski upał.

Marla mówiła o nim „biały bokser”. I śmiała się. Jedyny, który kiedykolwiek znokautował tylu czarnych przeciwników.

Kiedy któryś z nas wracał wreszcie w objęcia lobby baru hotelu „Meridien”, brudny, zatopiony we własnym pocie, oblepiony zaskorupiałą wylinką ubrania, płynęła przez hall, dzwoniąc kastanietami lodu w longdrinku z johnniego walkera, zielona nalepka, rozciągając w śmiechu wąziutkie, czarne od szminki usta.

– Na litość boską, Jack! Nokaut techniczny w pierwszej rundzie! Wszyscy cali? Martwiliśmy się, wiesz?

Nie widziałem Marli trzy lata.

Tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni obywałem się bez Lagos, hotelu „Meridien” i Marli Bjornsen. Bez światła, jakim promieniuje tylko nigeryjskie niebo.

Powiedzą wam Czarny Ląd? Bzdura! Afryka jest biała i oślepiająca – dokładnie tak, jak byśmy myśleli o Boskiej Światłości.

Stoję pod słońcem bezlitosnym niby jarzeniówka na sali operacyjnej, mrużę oczy i nie wiedzieć czemu cieszę pysk, jakbym wybrał się na wymarzone safari.

A powinienem się bać. Powinienem się modlić, a może płakać. Powinienem myśleć o krwi i liczyć uderzenia tętna.

Ponieważ przyjechałem tutaj uspokajać upiory.

W głębi snu, w którym jestem, śmierdzi spalenizną. Nie ma nic prócz gęstego, ciemnego swądu, ale ja i tak zaczynam się miotać po dnie swego koszmaru, od ściany do ściany i na powrót, bo wiem dobrze, co zaraz nastąpi.

Ibo uważają, że w snach przemawiają do nas bogowie.

Albo czarownicy. Jeśli dobrze się wsłuchasz, rozróżnisz, czy woła do ciebie dobro, czy zło.

Ja słucham krótkiego, suchego klekotu i czuję tylko nasilający się smród palonego mięsa.

To dlatego, że bóg, który mówi do mnie nocą, nie jest prawdziwy.

Automat Kałasznikowa nie należy do sfery oriszy, nie staje się żadnym juju. Niektórzy wierzą, że mieszka w nim dusza, wojowniczy duch, fetysz. Ale to wszystko gówno prawda. Karabin automatyczny nie ma nic wspólnego z fetyszem. Jest wielkim przełomem, krokiem ewolucji, cywilizacyjnym postępem lepszym niż pieprzona rewolucja neolityczna.

Ale nie bogiem.

Leżę w głębi snu, spocony, zszargany, przerażony, i kompletnie nic nie mogę zrobić. Kiedy już zdam sobie z tego sprawę, nadchodzi zimno. Zimno malarii. Jak we wszystkich tych debilnych reklamach z lodowcami grenlandzkimi w tle. Z lodówkami skutymi lodem i laskami w bikini, których miodowa skóra pokrywa się w mgnieniu oka srebrną mgiełką szronu. Sarnie oczy zachodzą szklanymi łzami, a na rzęsach skrzą się diamenty. Blade jak sopel usta rozchylają się kusząco.

Poczuj ekstraodlotowy chłód supergumy z arktycznym mrozem w środku.

I śnieżny całus spływający z dłoni. Pocałunek Królewny Śnieżki.

Kostnieję w jednej chwili, do spółki z zachwyconym kolesiem z ekranu, który ma już gębę pełną świeżości, ale daleko mi do ożywczego szczęścia.

Zamarzam.

Podobno ludzkie ciało w siedemdziesięciu procentach składa się z wody. A teraz ta woda ścina się na srebrzyście lodowy kamień.

Zamarzam.

W jednej chwili zamieniam się w sorbet o smaku krwi. Nie mam za dużo czasu, żeby o tym myśleć, bo zaraz przychodzą dreszcze. Trzęsę się jak epileptyk, a serce i reszta podrobów podrygują we mnie w zupełnie innym, własnym rytmie.

Grenlandzka królowa od gumy do żucia patrzy na mnie z głębin kosmicznej otchłani zera absolutnego. Ale ja wiem, co zaraz nastąpi, i pocę się strachem, oddycham paniką.

Jestem podrygującym z zimna i przerażenia krwistym sorbetem.

Bo właśnie nadchodzi pora, żeby nieboszczycy wyszli z grobów i ruszyli w odwiedziny.

Fabienne poznałem, kiedy byłem właściwie wrakiem człowieka. Wypaloną, dymiącą skorupą z kości i wspomnień. Moja twarz przypominała warzywo, którego zapomniano w lodówce. Zwiędła, sinawa, pomarszczona. Pośrodku tkwiły dwa zgniłe zagłębienia oczodołów. Resztę stanowiła miękkawa bulwa bez kształtu i barwy. Zdumiewające, jak można spuchnąć po lekach uspokajających i nasennych. Spuchnąć wewnętrznie. Na zewnątrz byłem chudy jak zapałka, bo nieustannie gorączkowałem, a na widok jedzenia zbierało mi się na wymiotne skurcze. W środku jednak czułem się napompowany jak Elvis. Po brzegi rozdęty smutkiem i lękiem.

Zdruzgotany.

W życiu nie przypuszczałem, że to może się stać. Że się zupełnie zawalę, jak wieżowiec rąbnięty w bok samolotem.

Miałem napady paniki. Nie spałem. Wybuchałem histerycznym płaczem. I ciągle trzęsło mną malaryczne afrykańskie zimno.

Teraz już wiem. Płakałem, bo bóg mnie opuścił.

Nie, źle mówię. To ja opuściłem jego.

Nic mi nie pomagało. Lekarstwa, terapie, zajęcia grupowe i indywidualne. Joruba wyśmialiby cały ten cyrk i powiedzieli, że czas odwiedzić mądrego babalawo, żeby odczynił urok. Ale wtedy byłem wielkim, wszechwładnym oibo, białym, i wszystko wiedziałem najlepiej.

Fabienne stała się moją pomocą, moim leczniczym juju, zupełnie przez przypadek. Nie jestem pewien, czy Ben zdawał sobie sprawę, że rzuca mi tę francuską, cytrusowo słoneczną dziewczynę prosto w ręce jak koło ratunkowe od przyjaciela. Być może tak. Ben nie jest głupi. I bardzo nie lubi niepotrzebnie tracić dobrych pracowników.

W każdym razie stała przede mną, wysoka, złocista opalenizną, w kwiecistej sukience i sandałach na szpilce, z makijażem starannym, równiutkim i wyrazistszym niż znak drogowy. Nienaganna córa de Gaulle’a, Saint-Tropez i magdalenek na śniadanie. Ratunek dla tonącego.

Antidotum na jad afrykańskiego zimna.

Ben przedstawiał mnie właśnie jako coś pośredniego między gladiatorem, sumieniem narodu i Łazarzem wskrzeszonym przez Pana, gdy wysunęła dłoń ozdobioną tipsami w dyskretnym kolorze wina roze i zagruchała słodko koszmarnym angielskim, że bardzo się cieszy poznać niezwykły człowiek, prawdziwy reporter wojenny, incroyable.

Wyciągnąłem rękę i zobaczyłem, że gapi się na blizny. Na poszarpane, paskudne strumienie, które opływają moje nadgarstki.

Wszyscy się na nie gapią. Przez jakiś czas nosiłem nawet grube skórzane bransolety z ćwiekami, bo tylko takie zasłaniały w miarę dokładnie moje osobiste tribal marks, znaki osobliwego plemienia naznaczonych środkowoafrykańską wojną, ale wyglądałem wtedy, jakbym zapomniał się przebrać po nagraniu pornola sado-maso.

Nie jest tak źle. Szlag mnie już nie trafia, kiedy w oczach nowo poznanych ludzi widzę nagle to współczucie pomieszane z lekkim obrzydzeniem i nutką fascynacji. Aaaaa, samobójca!

To gorzej, niż gdybym miał AIDS albo wszawicę. Zaraz staję się zrównoważonym inaczej. Obiektem, od którego odwraca się z zażenowaniem wzrok, bo ja bym nigdy w życiu... no, no, coś podobnego.

Ludzie, to nie jest tak, jak myślicie.

Powinienem to nosić na tekturowej kartce na szyi. Albo wytatuować na kostkach rąk eleganckim gotykiem.

To nie jest tak, jak myślicie.

Nie ma się na co gapić.

Albo pierdol się, dziwko.

Nie będę przypinał mankietów koszuli agrafką do skóry tylko po to, żeby zapewnić ci komfort psychiczny.

Nie bardzo mi się spodobała tego pierwszego wieczoru. Jasne, była uderzająco śliczna, wystudiowana jak okładka „Vouge’a”. Dobrze skadrowana na nocnym tarasie knajpy. Kiedy tylko usłyszała, że mówię po francusku, rozpromieniła się i zaczęła zasypywać Bena i mnie stertą słów. Trajkotała jak nakręcany żołnierzyk. Braka, braka, braka. Seria za serią niekończących się zdań.

Siedziałem wstrząśnięty, gapiąc się z fascynacją na równiutko umalowane usta, które wyrzucały nieustanne strugi całkowicie nieistotnych informacji.

Zupełnie nagle pojąłem dlaczego.

Bo była normalna. Tak normalna jak żadna istota, z którą zadawałem się przez ostatnie lata.

Reporter wojenny nie spotyka na swej drodze nikogo takiego. Prawdę rzekłszy, spotyka samych posrańców.

Krótki błysk, Fabienne klekocze wesoło, a w mojej pamięci przesuwa się taśma pełna twarzy i nazwisk. Współpracownicy, przyjaciele, wrogowie.

Mark, świr kliniczny.

Gouillome, furiat i schizofrenik.

Williamson. Tragiczny przypadek wariata ogarniętego megalomanią.

Marla. Boże, miłosierdzia! Marla jest najbardziej kopnięta z nich wszystkich.

Femi. Nigdy nie otrząsnął się z paniki. Nocą płacze i chowa się pod łóżko. Smutne.

I Jacques. Trup ze spaloną głową.

Normalni? Nie znaleziono.

A tu cytrusowy cud pachnący wodą toaletową Diora. Domek na przedmieściu, barbecue w ogrodzie, posada w szacownej gazecie, kotwica u szyi zagrzebana po wręby w mule przeciętności.

Jezu, i może znów zacznę normalnie spać.

Wtedy myślałem, że się boję. Że chcę skończyć z Afryką raz na zawsze. Że nigdy nie wrócę do wrzaskliwego, smrodliwego, kolorowego smutku Lagos. Że na zawsze zatrzasnąłem drzwi rozpalonego gęstym upałem lobby hotelu „Meridien”.

Ale myliłem się. Cały ten czas tęskniłem bez przerwy. Tęskniłem jak cholera.

Dobre lekarstwo często ma gorzki smak, no nie? Fabienne okazała się naprawdę dobrym lekarstwem. Gorzkim jak jej aloesowy płyn do włosów.

Ona naprawdę obsesyjnie kocha ten podszyty wiecznym strachem przed więdnięciem, oklapywaniem, marszczeniem i wysychaniem rytuał dbania o ciało. Wciera w siebie taką ilość balsamów, olejków i kremów, że powinna podwoić objętość. Jest w tym coś z zapamiętania afrykańskich wyznawców oriszy. Trans pulsujący w żyłach, szał i mistyczny lęk obcowania z bóstwem. Chwila zjednoczenia z Oszun, Afrodytą religii ifa.

Pamiętam dziewczyny opętane duchem Oszun. Poruszały się z takim samym nerwowym wdziękiem, przesadną gestykulacją. Zupełnie jak moja narzeczona wklepująca serum w słoneczną, złotawą skórę francuskiej piękności.

Tyle że Fabienne staje się Afrodytą samą dla siebie.

I będzie żoną dla mnie.

Chciałbym sobie przypomnieć, kiedy ta decyzja zapadła. Oświadczyłem się, do diabła? Z pierścionkiem, różami, czardaszem rzępolonym na skrzypkach przez marsylskiego Cygana z przyprawionymi wąsami? Nie sądzę. Naprawdę nie mam pojęcia. W miejscu tego wydarzenia zieje dziura. Tak ma być i już. Tak orzekli starsi klanu. Pobłogosławili przodkowie. Wymieniono dary, zdaje się. Ona przyniosła w posagu stabilną, kojącą normalność. Ja powiew egzotyki i blichtr wielkiego świata.

Cieszę się, rzecz jasna.

Nie wiem tylko, czy to naprawdę dobrze, kiedy lekarstwo przemienia się w nałóg.

Nie jest najlepiej. Naprawdę niedobrze.

Tak jak w starym dowcipie. Chciałem powiedzieć: „Podaj mi sól, kochanie”, a wyszło: „Może powinienem wrócić do Afryki”.

I zatrzęsło się nasze małe niebo. Poranek skwaśniał jak mleko w bawarce, miseczka wypluła na wpół rozmiękłą magdalenkę, grill do barbecue upadł na wznak, morele pospadały z drzew w ogródku.

Groza. Groza. Groza.

Cytrusowa księżniczka siedzi obrażona, a ja gapię się na własne palce. Równiutko umalowane cyklamenowe usta milczą wymownie, choć dobrze wiem, co chcą mi powiedzieć.

Jak mogłeś to zrobić!

Jakbym nagle przyznał się, że w niemowlęctwie zabiłem JFK-a. „Ach, skarbie, byłbym zapomniał. Wrócę później, bo muszę zamordować parę osób. Takie hobby, o którym jeszcze ci nie opowiadałem”. Coś w tym rodzaju, mniej więcej. Pozdrowienia od wykrzywionych cierpieniem usteczek w kolorze cyklamenu.

Rzecz w tym, że Fabienne nic nie rozumie. Lekarstwo przestaje działać. Ona przestaje działać. Już nie jest barierą między mną a upiorami. Nie mogę się dłużej oszukiwać.

To cholernie niedobrze, fakt.

Ale nie wolno mi zamykać oczu. Nie wolno znów zwariować. Nie chcę więcej bezsennych nocy, mokrych od potu, lepkich od krwi, wypełnionych smrodem palonego mięsa. Nie chcę prochów łykanych garściami, trzęsących się rąk, nagłych napadów płaczu. Muszę się bronić.

Muszę wrócić do Afryki.

Zaczęło się jak zwykle od snów. Od swądu i głuchych poszczekiwań automatu. Jeszcze się wtedy nie bałem. Jeszcze nie zrozumiałem, że moje tajemne złotoskóre lekarstwo przestaje działać.

A wówczas przyszedł Jacques.

Wszedł w cichą, senną liońską noc i stał nade mną z uśmiechem na twarzy. Już nie biały, oibo. Czarny jak ebonitowa wtyczka.

Widziałem zęby połyskujące przez dziury w policzkach. Odłażącą płatami, pozwijaną od gorąca skórę. Białawe jajka ugotowanych oczu. Łysą czaszkę udekorowaną kępami płonących włosów.

Mój kumpel Jacques przybył w odwiedziny.

Bił od niego żar niczym z pieca hutniczego. Czerwony, krwawy żar śmierci.

Wrzeszczałbym, gdyby nie ściśnięte gardło. Wrzeszczałbym z wściekłości i strachu, bo przecież dawno powinien obracać się w proch gdzieś na cmentarzu w Roins czy skąd tam pochodził, pochowany, opłakany przez siostrę i niezliczonych kuzynów.

Żegnaj, Jacques! Nieodżałowany, kryształowego charakteru, szczyt odwagi, śmierć na posterunku, bla, bla, bla! Żegnaj, chłopie. Spoczywaj w pokoju. I wynoś się z mojego życia! Won!

Nic z tego. Mój martwy, spalony żywcem współpracownik, rzutki, małomówny, zawsze perfekcyjnie zorganizowany Jacques, nie ma ochoty leżeć w grobie. Woli przychodzić w odwiedziny. Co noc.

A ja wiem, że nie jest sam. Słyszę jego bosonogą świtę poruszającą się w ciemności.

Stłumione chichoty, półsłówka, przyspieszone oddechy.

Plask, plask, plask, tupią po parkiecie.

Klik-klak, mówi kałasznikow.

Upiór mojego kumpla z pobłażaniem potrząsa głową.

Dzieciaki! Takie już są, n’est-ce pas?

Leżę w łóżku, wstrząsany dreszczami, tonąc w strugach potu, i patrzę, jak się uśmiecha. Upieczone usta rozciągają się lekko, smutno. Wyciąga rękę.

Chodź do mnie, bracie. Chodź do mnie. Polej sobie łeb benzyną, podpal i dołącz do naszego małego klubu.

Nie rozumiesz, Jacques. Jak ty nic nie rozumiesz.

Prawda wygląda tak, że bardzo nie chcę tego robić.

Za żadne pieprzone skarby.

Fabienne zwyciężyła. Niczym Anglicy pod Sommą. No bo co miałem powiedzieć na te wszystkie: „Ale przecież!”, „Na miłość boską!”, „Dlaczego mi to robisz?” i „Co ci szkodzi spróbować?”.

Nic.

Nie szkodzi.

Ale i nie pomoże.

Nie, skarbie. Nie na martwego fotoreportera i grupę szczeniaków z automatami. Wiem, bo już to przerabiałem.

I flaki mi się ściskają, kiedy słyszę wyraz „terapia”.

Siedzę jednak na brzydkim, niewygodnym krzesełku, ciaśniutkim jak ścieżka cnotliwych uczynków, a przede mną, za bezludną wysepką biurka, sepleni pani doktor od chorej duszy. Duża, kulista główka pacynki kołysze się monotonnie. Ciemne, przystrzyżone starannie włosy wydają się namalowane na czaszce. W ogóle wygląda jak postać z kreskówki. Jakby wypadła z Pixara. Kartoflowaty nos, okrągłe ślepka, wielkie rogowe okulary.

Specjalistka gotowa porozkładać na części moją niezdrową banię.

Wiercę się trochę, poręcze obejmują mnie miłośnie i z troską, w sposób, jakiego można się spodziewać po werbunkowym podupadającej sekty, a ja wciąż nie mogę pojąć, co tu, u diabła, robię?

Terapeutka nie patrzy na mnie. Mówi monotonnym, nosowym głosem, jak afrykański opowiadacz. Z takim samym namaszczeniem recytuje z pamięci podstawy swojej wiary, mityczne opowieści z podręcznika. Słyszę szelest kartek i widzę przesuwające się przed oczami kolumny tekstu.

– Typowy przykład uzależnienia adrenalinowego... Środki zaradcze... Poważne schorzenie... W dzisiejszym świecie uzależnienia...

Uzależnienie to chyba jej ulubione słowo. Powtarza je z upodobaniem, składając usta w dzióbek, jakby żuła kwaskową landrynkę.

– Cmok, cmok, kwaśny cukiereczek, uzależniony...

Patrzę na jej okrąglutki łebek pełen naukowych mądrości i trochę chce mi się śmiać. Nie takich rzeczy już się o sobie dowiadywałem. W Ruandzie na przykład, kiedy wraz z Markiem i Josem spieprzaliśmy po górach przed wyjątkowo rozwścieczonymi Hutu, w towarzystwie smutnych długorogich krów i paru Tutsi, w tym kardiochirurga z Liège i profesora prawa międzynarodowego dającego regularne wykłady na Sorbonie, przekonałem się, jak bardzo jestem uzależniony od butów. Albo od wody. Z powodu tego zgubnego nałogu mało nie pozostałem na zawsze w Mauretanii, na środku Sahary, w formie skrystalizowanej z gorąca kupki kości, bo ciężarówka się zepsuła. Popadałem też w bardzo poważny nałóg zapałkowy, bywałem uzależniony od noża, pigułek na malarię, kawałka starej moskitiery lub wytartego słomianego kapelusza.

Nie mówiąc już o Marli Bjornsen. O tak, przez jakiś czas Marla była moim poważnym nałogiem.

Ale teraz to już skończone. Teraz jest Fabienne i jej spokojne, senne liońskie przedmieście.

Lekarka z Pixara mruga do mnie ślepkami uwięzionymi w terrarium okularów.

– Swoją fascynację Afryką może pan przecież przekuć w pożyteczną, ważną działalność także we Francji, panie Wilczynsky. Niekoniecznie musi pan zawsze znajdować się w centrum każdego konfliktu. Są przecież organizacje charytatywne, zrzeszenia pomocy dla Czarnego Lądu, placówki działające przy ONZ-ecie czy UNESCO. I niech pan uprawia jakieś sporty. Snowboard, motocross, spływy kajakowe, coś, co pozwoli panu poczuć zew przygody. Może pan kupić skuter wodny albo zapisać się na kurs pilotażu...

Uśmiecham się.

W porządku. Naprawdę w porządku.

Doceniam twój szeleszczący podręcznik i twoje dobre chęci. Tylko widzisz, siostro. Ja przecież latam. Cały czas szybuję jak pieprzony model na uwięzi.

Nie wiem, czy na pewno wszystko dobrze pamiętam. Chyba nie. Moje wspomnienia są dziurawe jak ser szwajcarski. Coś się z pewnością wydarzyło. Mnóstwo pretensji, trzaskanie drzwiami, szlochy i krzyki. Tak, szlochy i krzyki zdarzyły się na pewno. Tyle że w mojej pamięci wszystko jest teraz płaskie i czarno-białe, niczym stary film Bergmana.

„Szlochy i krzyki”. Dziś w kinie nocnym.

Po prostu stary film.

Jestem w Lagos. Jadę taksówką do hotelu „Meridien”.

Wciąż nie bardzo potrafię uwierzyć.

Zdezelowany peugeot wbija się w zwarte mięso brudnego, smrodliwego ulicznego korka. A wokół wrzeszczy, kopci, pichci, śmieci, kłębi się i przemieszcza nieustannymi falami miasto, którego tak bardzo się bałem, do którego tak bardzo tęskniłem.

Afryka znów mnie oślepia.

Wszystko zaczęło się chyba na tym nieszczęsnym przyjęciu. Na wymarzonym barbecue Fabienne, które miało pełnić rolę czegoś w rodzaju naszych zaręczyn. Był Ben oraz niezliczona ilość niezamężnych koleżanek z pracy, które zgodnie z oczekiwaniami patrzyły z zazdrością i wygłaszały nieszczere gratulacje.

Rodzice Fabienne nie żyją, zginęli, zdaje się, w jakimś wypadku, ale przybył jej starszy brat, prawnik, z dzieciakami, jak objaśniła mi z emfazą moja cytrusowa narzeczona.

Muszę być szczery. Już wtedy poczułem dreszcz niepokoju, takie głębokie tąpnięcie, gdy w środku pękały kry i zaczynał się sączyć jad lodowego afrykańskiego zimna.

Powinienem być czujny. Powinienem natychmiast wypić za winklem butelkę kwaśnawego wina albo przynajmniej ze trzy whisky duszkiem, walnąć głową o kafle w łazience lub połknąć garść proszków nasennych, żeby się trochę oszołomić, ale niestety, jak kretyn zignorowałem pozdrowienia od grenlandzkiej królowej.

Fatalnie.

Na razie jeszcze nie przeczuwałem katastrofy.

Na razie niewinny swąd przypalanych na ruszcie mergezów i antrykotów nie wzbudził we mnie podejrzeń.

Paul, brat Fabienne, okazał się wysokim, kostycznym facetem wypranym z jakichkolwiek śladów poczucia humoru. W jego towarzystwie więdły mandarynki, a suflety oklapywały niczym dziurawa sekslalka. Na prawniczych podporach jego ramion ślizgała się limfatyczna, lejąca się przez ręce blondynka określana żałosnym mianem „małżonki”, jakby szkoda było zachodu na wymyślanie jej imienia.

Przyszedł Paul z małżonką.

Jezu. I psy wyły do księżyca.

A malaryczny mróz lał się strugami do moich żył, mrożąc szpik w kościach.

Tymczasem przez schludną furteczkę w szpalerze cypryśników i bambusów wnikała do ogródka reszta rodziny mojej pięknej przyszłej żony.

Jakieś stareńkie ciotki czy babki z Auvergne, w odświętnych wiejskich kieckach trumiennych, które szykowały na śluby wnuczek i własne pogrzeby, niezgrabnie podające ci sękate palce do uściśnięcia, woniejące zapachem naftaliny, lawendy i nieodłącznych kozich serów. Wesołkowaci kuzyni przy kości prowadzący równie obfite w kształtach, zarumienione od upału żony. Banda „dzieciaków” tratująca trawnik i zapędzająca na drzewo przerażonego kota sąsiadów. Szacowni wujowie prowadzący praktyki dentystyczne. Szacowni wujowie pracujący w nieruchomościach. Siostrzenice, które bardzo dobrze się zapowiadają. Dalecy krewni.

Panopticum.

Ogród puchł niczym Alicja po zjedzeniu kawałka grzyba od Pana Gąsienicy.

Puchła też moja czaszka, zmieniając się powoli w salaterę krwistego sorbetu.

Jezu, i ten smród spalenizny.

Ten cholerny słodkawy swąd.

To się po prostu nie mogło dobrze skończyć.

Wszystko nagle wraca, odbija się czkawką pamięci, tutaj, w drodze na Victoria Island, w korku na Adetokunbo Ademola Street, tuż obok połamanej białej bryły „Meridien Eko Hotel”. Na sąsiednim pasie przepycha się, trąbiąc jak wściekły słoń, żółty mikrobus taxi zwany tu dalfu. Jakiś gość na skuterze wrzeszczy i wygraża kierowcy pięścią, a tymczasem moja przeszłość wlewa się w tę rzeczywistość, okleja ją szczelnie, zapełnia.

Znów jestem w ogrodzie, prześladowany zapachem szaszłyków i mergezów, otoczony widmami wspomnień.

– Jak pan się nazywa? Wi...cośtam?

– Wilczyński.

– O, bardzo egzotycznie. Tcheque? Polonais? Fabienne coś wspominała, zdaje się. Zaraz, zaraz. Pologne? To gdzieś w środkowej Rosji, n’est-ce pas?

Swąd spalenizny zaczyna się nasilać.

Uśmiecham się. Bolą mnie zęby od tego uśmiechu, kąciki ust ciągną, jakby ktoś spiął je z tyłu gumką. Okej, przetrwam. Co mi innego zostało? Nie upieram się już, że polski nie jest dialektem rosyjskiego. Nie mówię ani słowa o pakcie Ribbentrop – Mołotow. Nie wspominam o Jałcie. Przyznaję, że kawior i bliny to nasza rosyjska narodowa potrawa.

Milczę.

Uśmiecham się.

Przetrwam.

Dusi mnie kołnierzyk koszuli. Nie lubię koszul. Nie lubię niedoprawionych, poprzerastanych antrykotów z grilla. Nie lubię Lyonu, miasta bez odrobiny przestrzeni, spiętrzonych kanionów kamienic, gdzie skwerek maleńki jak chustka do nosa to już ogromny plac. Miasta zabudowanego po wręby mieszczańską tradycją, ciasnego jak horyzonty prawnika Paula z małżonką.

Nawet śmiać mi się nie chce. Nawet drwić.

Malaria szepcze do mnie czule, lód w mojej głowie zaraz rozsadzi puszkę mózgową, czuję, jak tyka niewidzialny zegar uzbrojonej bomby.

Szlag mnie zaraz trafi. Zacznę wrzeszczeć, wyrzucę stąd tłum tych strasznych dupków, trzasnę drzwiami i wyjdę. Wyprowadzę się w cholerę, wrócę do zawodu, wrócę do Afryki, znów będę patrzył na pieprzone palmy, na rozpalone upałem niebo, na kolory, jakich nigdzie indziej nie ma...

Ale Fabienne. Zaróżowione ze szczęścia smagłe policzki, błyszczące oczy Fabienne. Ożywione gesty, uśmiechy, radość.

Ogląda już siebie wpakowaną w abażur sukni ślubnej, słyszy szlochy zachwyconych ciotek, złośliwe syknięcia zazdrosnych koleżanek, przyjmuje uściski nobliwych wujów.

Boże. Nie mogę jej tego zrobić.

Nie wolno mi wybuchnąć niczym nadepnięta mina.

Uśmiecham się. Milczę. Trwam.

Stałem się człowiekiem ustatkowanym. Mam ustaloną pozycję, pisuję dobrze przyjmowane felietony w opiniotwórczych gazetach Bena, wypowiadam się jako ekspert, komentuję przewroty i krwawe afrykańskie jatki. Jestem ogólnie szanowany.

Pełen marznącej, krzepnącej krwi.

Nie ma się co oszukiwać.

Jestem pieprzonym tygrysem bez wąsów.

I tak już musi zostać.

Pewnie by zostało. Gdyby nie Jacques. Prawie – zhajcowany – Jacques, mój były kumpel, który także postanowił przybyć. Tak po prostu. Z piekła, hops, wprost na to infernalne barbecue.

Och, witam cię, przyjacielu.

Ale nie cieszę się zbytnio, wybacz. Szczerze mówiąc, chyba dostanę zawału.

Stałem, gniotąc w dłoni szklankę z ciepławym drinkiem, gapiąc się na upiora przechadzającego się między gośćmi, a straszna obręcz ściskała mi gardło, dławiła klatkę piersiową.

Był tam. O Jezu słodki! Był w całej swej upieczonej krasie. Uśmiechał się miło i machał mi opuchniętą, czarniawą ręką.

W biały dzień. Pośród tłumu ludzi.

Czułem, jak kolana robią mi się miękkie, pozbawione stawów, niczym rozgotowane bulwy manioku. Zegar w głowie odliczał ostatnie sekundy do wybuchu.

Widmo zbliżało się do mnie. Promieniowało tym śmiertelnym, hutniczym żarem, aż zacząłem się pocić.

Nie widywałem Jacques’a tak wyraźnie w środku dnia, mimo obecności innych ludzi, odkąd wyszedłem ze szpitala w Lagos. Długo to trwało, zanim przestał mnie nawiedzać. Zanim zatroskani lekarze garściami pigułek wygonili go z mego życia.

Ja nie mam na myśli wspomnień. Tych nie dało się wcale wygnać. Musicie mnie dobrze zrozumieć. Mówię o upiorze, realnym jak każdy z nas. O martwym człowieku, który towarzyszył mi krok w krok, dokądkolwiek poszedłem. O dzieciakach z kałaszami i dziurami w głowach, które bawiły się w chowanego wokół mojego łóżka.

Byli tam. Cały czas. Mógłbym ich dotknąć, gdybym chciał. Mógłbym sobie uciąć pogawędkę z Jakiem, strzelić z nim piwko, pożartować.

Zamiast tego o mało nie wyskoczyłem przez okno. Biegłem szpitalnym korytarzem, dobrze pamiętając, ile betonu jest na dole, na parkingu, a za mną goniła banda widmowych bosonogich wyrostków, powiewając łachmanami jakichś egzotycznych mundurów i sypiąc kroplami krwi z pękniętych czaszek. W ostatniej chwili pielęgniarz podstawił mi nogę.

Prawdopodobnie dlatego żyję.

Oczywiście, gdybym zwrócił się po pomoc do babalawo, ten zapytałby o radę wyroczni, a potem powiedział mi, czego chce mój były kumpel i reszta zmarłych oraz jak się od nich uwolnić.

Ale ja miałem dosyć czarów. Dosyć Afryki i jej pulsującej, głębokiej magicznej czerni.

Nie chciałem słuchać głosu bogów. Za to zaufałem lekarzom.

Wyegzorcyzmowali mnie w końcu. Wepchnęli upiornego Jacques’a w mroczną sferę gorączkowych majaczeń, zaburzeń świadomości spowodowanych malarią i traumatycznymi przejściami. Wygnali go kolorowymi pastylkami i ceremoniami terapeutycznymi do schowka na szaleństwo, zamkniętego na gruby skobel, zarastającego pajęczynami.

Tkwił tam posłusznie aż do tego cholernego barbecue, wynurzając się tylko nocami, nieco ponad powierzchnię snów.

A teraz powrócił. Nieżywy i zdrowy, dotykalny niczym orisza podczas transu.

Święta Matko! Zaraz rąbnę na udar.

Szaleństwo w postaci martwego fotoreportera znów stanęło tuż przy mym boku.

O mało nie zemdlałem od żaru. A wtedy zza pleców widma wychyliła się kędzierzawa główka Murzynka. Tak na oko dziesięcioletniego. Dzieciak też się uśmiechał. Patrzył na mnie brązowymi oczami psotnego urwisa. A tuż nad nasadą płaskiego nosa świeciło mrocznym blaskiem inne, trzecie oko. Nigdy niemrugające, czarne i czerwone ślepie. Dziura po pocisku.

Trzask!

To poszła zgnieciona w palcach szklanka.

– Jack? Co się stało, Jack? – zaniepokojony świergot Fabienne.

Dochodzący z oddali, z kosmicznej głębi, z otchłani.

Och nic, skarbie. To przybyła moja rodzina, moi najbliżsi. Przywitaj się grzecznie z rodziną przyszłego męża, kotku.

– Boże, pokaleczyłeś się! Cały garnitur zaplamiony! Przecież prosiłam, żebyś za dużo nie pił! Matko, co wszyscy sobie teraz pomyślą! Jaki wstyd przed ciocią Angele! Że też ty zawsze musisz... Jack? Słyszysz mnie? Jesteś strasznie blady! Wszystko w porządku?

Murzynek szczerzy w uśmiechu zęby. Widzę wyraźnie szczerbę między siekaczami. Jacques podnosi kciuk.

W porządku, uspokaja.

Kap, kap, kap, mówi krew.

Za plecami słyszę tupot bosych stóp.

Wszyscy tu jesteśmy, potwierdza kałasznikow.

Przypalone steki śmierdzą jak piekło.

I tak bardzo gorąco się robi. Powietrze gęstnieje, owija mi głowę, naciska. Lód w środku trzaska. Niedobrze. Bardzo źle, że tak napiera na bombę wewnątrz. Jeśli natychmiast nie przestanie, ładunek eksploduje.

Wiem o tym, jestem pewien.

Próbuję zrobić kilka kroków, uciec od tej powietrznej folii, która oblepia mnie coraz ciaśniej. Robię bezsensowne gesty rękami, sypiąc kawałki szkła i krople czerwieni. Widzę jeszcze, jak twarz Fabienne wykrzywia się w przerażeniu.

– Jack! O Boże, Jack!

Sorry, powiada puszka mózgowa i ustępuje jak zgnieciona babeczka. Zapalnik aktywuje ładunek. Lód i żar spotykają się. Wielkie bum, a potem robi się ciemno.

Przepraszam, kochanie, ale właśnie przepaliłem sobie bezpieczniki.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © by Maja Lidia Kossakowska Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2009

Wydanie II

ISBN 978-83-7964-449-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Piotr Cieśliński

Projekt okładkiSzymon Wójciak

IlustracjeDominik Broniek

Redakcja Dominika Repeczko, Dorota Pacyńska – Burzowe Kocię

KorektaMagdalena Byrska, Agnieszka Pawlikowska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/