Zadanie - Peter Zsoldos - ebook

Zadanie ebook

Peter Zsoldos

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Bolimowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 267

Rok wydania: 1982

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ZADANIE

ZADANIE

Peter Zsoldos

Przełożył

TOMASZ KULISIEWICZ

ISKRY WARSZAWA 1982

Tytuł oryginału: A Feladat

Opracowanie graficzne: Kazimierz Hałajkiewicz Redaktor: Elżbieta Kwaśniewska

Redaktor techniczny: Elżbieta Kozak Korektor: Agata Bołdok

ISBN 83-207-0199-6

© Zsoldos Pćter 1971

Originally published by Móra Ferenc Kttnyvkiadd, Budapest

For the Polish edition © copyright by Państwowe Wydawnictwo ,,Iskry”, Warszawa 1982

Państwowe Wydawnictwo ,,Iskry”, Warszawa 1982 r. Wydanie I. Nakład 50 000+250 egz.

Ark. wyd. 10. Ark. druk. 11,5.

Papier offset kl. V, 70 g, 61 cm (rola).

Wrocławskie Zakłady Graficzne. Zam. nr 126/81 L-31

Cena zł 60.—

Rozdział pierwszy

Szarpnął drzwi, uderzyła go w pierś fala gorąca. Przemknęła mu przez głowę myśl, żeby schronić się z powrotem do windy. Wtedy zobaczył Normana. Leżał na podłodze obok śluzy prowadzącej na poziom trzynasty. Odsunął go, chciał otworzyć śluzę, aby dostać się niżej, do pozostałych, ale pokrywa nie ustąpiła. Nawet przez przegrodę oddzielającą poziomy czuł drżenie pracujących pełną mocą urządzeń chłodzących. Mimo to gorąco było nie do wytrzymania. Z miejsca, w którym się znajdował, nie był w stanie zapobiec włączeniu chłodzenia tego poziomu przez automatykę Galatei. A wte-dy...

Podniósł Normana i wciągnął go do windy. Czuł, że fala upału podąża za nimi. Ruszyli w górę. Tamci czterej pozostali tam na zawsze, ich zwęglone zwłoki unosił pomiędzy stygnącymi ścianami napływający szeroki strumień kwasu węglowego. Wiedział, że koniec ulega tylko małemu odroczeniu, czeka go inna śmierć, straszniejsza.

W sterowni położył Normana na fotelu Jarviego, przed pulpitem sterowniczym napędów, a nie na zwykłym miejscu Normana. Zaczął zdzierać z niego spalone strzępy ubrania, ale po chwili przestał. Jeśli nawet odzyska przytomność, będzie potrzebował tylko środków znieczulających, niczego więcej. Powlókł się do kabiny lekarskiej, znalazł płyn na rany po oparzeniach, środek przeciwbólowy, kofeinę i fortfer. Od razu zażył dwie tabletki, mimo że według przepisu nie wolno było brać więcej niż jedną naraz. Gili gwizdał teraz na przepisy, chciał czuć się świeży i wypoczęty — dopóki tylko można.

Postawił pudełeczka na stole i sięgnął do kieszeni bluzy. Wy-

ciągnął małą kopertę i otworzył ją. Płytka wysunęła mu się z ręki, złapał ją jednak i podniósł pod światło. Była zupełnie czarna, tak czarna, jak ostatnia kratka znajdującego się na jej brzegu paska kontrolnego. Zgniótł ją w palcach i wypuścił z ręki. Patrzył bezmyślnie, jak opada na podłogę. Powinien zrobić sobie analizę krwi, oczywiście później.

Ruszył z powrotem i nagle zakręciło mu się w głowie. To niemożliwe, tak prędko, pomyślał, to tylko napięcie, zmęczenie. Zaraz zacznie działać fortfer.

Napełnił strzykawkę pneumatyczną środkiem znieczulającym i dodał do niego kofeiny. Zerwał z uda Normana strzępy spodni i wyszukał najmniej spaloną powierzchnię skóry. Strzykawka cicho za-syczała. Starannie roztarł palcami mały pęcherzyk, który powstał pod skórą. Twarz i szyję spryskał mu ignisolem, nawet jeśli już niczego nie uleczy, to chociaż ujmie mu trochę cierpienia — i tak będzie go miał aż nadto. Wreszcie usiadł i czekał. Może upłynąć kilka godzin, zanim Norman odzyska przytomność. Najlepiej byłoby, gdyby jej już nie odzyskał. Maxim, Sid, Jarvi i Eddie nie żyją, im dwóm także już niewiele zostało. Galatea nie uniesie się już z tej planety i nie powróci na Ziemię.

Próbował sobie uzmysłowić, jak mogło dojść do katastrofy. Zanim umrze, musi jeszcze podyktować do pamięci koordynatora ostatni raport.

Był w kabinie lekarskiej, kiedy usłyszał, jak Jarvi przez sieć ogólną wzywa na poziom reaktorów Maxima i Sida. Mówił coś o wzroście gęstości strumienia neutronów, ale Gili nie zwracał na to uwagi, to była sprawa inżynierów. Niedługo potem Eddie poprosił o przysłanie windy do dolnej śluzy — właśnie wrócił z zewnątrz. Maxim posłał mu windę z poziomu reaktorów i poprosił go, by wysiadł na ich poziomie, jak już tu jest, bo nie chcą pracować robotami. Mógł to powiedzieć tylko dlatego, że poziom promieniowania był już dość wysoki. Po to, aby wyłączyć automatyczne bezpieczniki robotów — żeby nie działało na nie promieniowanie —■ potrzeba trochę czasu. Później pamiętał już tylko głos Jarviego, który krzycząc wzywał Normana. Gili też się poderwał, ale spóźnił się, Norman już odjechał. Musiał poczekać, aż winda wróci. Nacisnął guzik piętnastego poziomu, lecz winda dojechała tylko do dwunastego i zatrzymała się, szarpiąc okropnie. Tymczasem sterowanie włączyło już pełne chłodzenie na trzy następne poziomy, na których ^przy reaktorach — nie wiadomo z jakiej przyczyny — rozpętało się piekło. To było wszystko, co wiedział. Może wyciągnie resztę z koordynatora.

Koordynator zeznał tylko — językiem krzywych i liczb — Gili uznał za zbędne przełączenie go na kontakt słowny — że Jarvi chciał coś sprawdzić wewnątrz osłony drugiego reaktora, dlatego go zatrzymał. Przekaźniki moderatorów, nie wiadomo dlaczego, nie zadziałały, natomiast ukazał się sygnał o ich prawidłowej pracy i Jarvi zaczął otwierać osłonę. Podczas tego zauważył gwałtowny wzrost promienipwania. Wtedy zamiast robotów wezwał Maxima i Sida. Koordynator nie mógł oczywiście wiedzieć o powrocie Eddiego. Moderatory zostały przez drugi system zabezpieczający wsunięte między pręty paliwowe od razu we wszystkich czterech reaktorach naraz. Stało się to już na bezpośredni rozkaz koordynatora. Ten sam system włączył maksymalne chłodzenie zagrożonych poziomów. Gili wiedział, że w takich wypadkach koordynator zachowuje się jak żywe stworzenie, chroni Galateę i siebie nie przejmując się, czy może tym komukolwiek zaszkodzić. Przekaźniki pierwszego systemu oczywiście poszły z dymem, jak wszystko tam na dole. Już nigdy nie będzie można ustalić, co było przyczyną drobnego uszkodzenia, przez które Yarvi dostał fałszywy sygnał zezwalający na otwarcie osłony.

W każdym bądź razie reaktory były wyłączone, więc dalsze chłodzenie nie miało już sensu. Gili wyłączył agregaty chłodnicze. Kilka tygodni pracy dobrych mechaników i wszystko będzie jak nowe. Dopiero gdy się nad tym głębiej zastanowił, poczuł się nieswojo. Zapominasz, Gili, że ty już nie masz z tym nic wspólnego. Ciekawe, a właściwie oczywiste, że człowiek stara się nie dopuścić do siebie myśli, że jest skazany na śmierć. A ty jesteś już skazany, Gili.

Norman zaczął jęczeć, ale Gili na próżno mówił do niego, ranny nie odpowiadał. Nadpalone rzęsy Normana zadrgały. W świetle lamp sterowni napięta, jakby nadmuchana maska, która jeszcze niedawno była twarzą, połyskiwała czerwono pod powłoką ignisolu. Tak, Norman. Nienawidzili się wzajemnie, obaj z tej samej przyczyny, z tego samego powodu. Norman nie znosił Gilla, bo ten ciągle następował mu na pięty, Gili zaś Normana, bo wiecznie wydawało mu się, że jeszcze pół kroku i go doścignie. Zgrzytając zębami musieli uznawać wzajemnie swoje zalety, ale nigdy nie zawarli pokoju. Gdybym dwa lata wcześniej odszedł od Beansa, myślał Gili, odkąd znalazł się naprzeciwko opartej na doświadczeniu i dawanej mu do odczucia wyższości Normana, Norman zaś... Nie wyobrażał sobie, żeby Norman wyrażał to w tak uogólnionej iormie. Jeśli Norman czepiał się czegoś, to zawsze chodziło mu o konkrety. Nagle na środek sterowni wpłynęło biurko Andronowa. Za nim siedział sam Andronów — łysiejący, mrugający oczami. „Dlaczego właśnie Norman?” — usłyszał swój głos z oddali prawie piętnastu lat. „Dlaczego właśnie on? Zadufany, nieludzki, nie mający pojęcia o tym, jak postępować z ludźmi! Mówię to jako psycholog! Nie mogę odpowiadać za tę wyprawę, jeśli to Norman będzie dowódcą”. „A więc wycofuje się pan”, mamrotał Andronów, celowo udając głupiego. „Nie, ale proszę zrozumieć...” Wreszcie zmęczył się i pozwolił, aby Andronów go przekonał. Norman miał wspaniałe noty, jest astronautą pierwszej klasy, nawet jeśli ma, powiedzmy, hm, trochę twardy sposób postępowania. Znów chciał przerwać Andronowowi, ale ten zmienił taktykę. Z żałosnym wyrazem twarzy zaczął się skarżyć, jak ciężko mu podołać obowiązkom koordynującego. Cały czas musi brać pod uwagę proporcje udziałów państw, uczestniczących w programie badań międzygwiezdnych, a i tak wszyscy są w końcu niezadowoleni, to znaczy wszyscy ci, którzy po starcie zostają na Ziemi. Przyzwyczaił się już do tego, że wtrącają się do jego ciężkiej i odpowiedzialnej pracy ludzie z zewnątrz, nie znający się na rzeczy, ale właśnie Gili nie powinien o tym zapominać... Nie będzie prosił o zezwolenie Gilla, tylko o dymisję dla siebie samego, bo jak widać nie potrafi już wypełniać swoich obowiązków. „Przecież ty tam zostałeś”, wykrzywił się w grymasie uśmiechu Gili, patrząc na zjawę, która rozpłynęła się przestraszona. „A ja poleciałem i właśnie zaraz umrę”.

Machnął ręką. Przecież nie ma i nie może być żadnego związku między katastrofą a faktem, że dowódcą był Norman. Najwyżej chciałbyś, Gili, żeby był taki związek. Bliskość śmierci czyni widocznie człowieka podłym, całe szczęście, że przy okazji również sżcze-rym. Sformułował raport i podyktował go koordynatorowi, nastawiwszy uprzednio transmisję głosową, dstatnim zdaniom towarzyszyły jęki Normana.

Jego czerwoną maskę pomarszczył wysiłek i ból, wracający razem ze świadomością. Twarz Normana przypominała Gillowi nowo narodzone niemowlę. Tak wyglądają wysiłki przychodzącego na świat, takie są skurcze poprzedzające pierwsze oddechy, takie są alarmujące reakcje zmysłów, na próżno szukających otuchy w zimnym, niezrozumiałym i strasznym świecie. Niemowlę potrafi jednak wykrzyczeć z siebie to przerażające napięcie, pomaga mu to rozpocząć życie, tymczasem Norman...

Pierwsze jęki bólu jeszcze przez dłuższą chwilę rozbrzmiewały pośród ścian sterowni, zanim Norman całą siłą woli ukształtował je w słowa:

— Pić... pić...

— Poczekaj, zaraz przyniosę.

Popędził do kuchni. Napełnił płynem elastyczną gruszkę, taką, jakiej używali w stanie nieważkości. Ostrożnie wsunął koniec cienkiej rurki między opuchnięte wargi Normana.

— Uważaj, Norman, ostrożnie...

Po pierwszych łykach Norman uspokoił się:

— Jeszcze...

Gili znów podniósł gruszkę do jego ust, ale Norman odwrócił się od niej:

— Ile... jeszcze mam... czasu...

— Nie wiem. — Nie potrafił kłamać.

— A... raport...

— Jest już w koordynatorze.

— Przyczyny...

— Chwilowa awaria przekaźników pierwszego systemu zabezpieczającego. Przekaźniki się popaliły, teraz już nie ma czego badać.

Norman kiwnął głową, odpoczywał. Po chwili jego sklejone powieki rozchyliły się na milimetr. Gili zdawał sobie sprawę, jakim bólem płacił Norman za ten drobny ruch, wiedział też, że robi to na próżno.

— Dlaczego... tak... ciemno?

Gili nie odpowiedział ani słowem. Norman zamknął z powrotem oczy.

— Rozumiem... oślepłem... Gili... dane...

Chciiał jeszcze mówić, ale przeszkodził mu gwałtowny atak kaszlu. Za nim nadeszło krztuszenie się, jeszcze gorsze niż poprzednio, i Norman znów stracił przytomność. Gili wyczuł w bezwładnie zwisającej ręce przyspieszony puls. Norman jeszcze żył. Na ekranach sterowni ostra zieleń roślinności powoli ciemniała. Zmierzchało. Wyjdę, kiedy ta chwila nadejdzie, pomyślał. Nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego nie chce umierać na Gałatei, wiedział tylko, że wyjdzie, że będzie szedł pomiędzy krzewami, że jeszcze raz zwróci twarz ku słońcu. Nawet jeśli będzie wtedy deszcz.

Do tego czasu musi jeszcze wiele zrobić. Wtórne promieniowanie rozprzestrzeni się w ciągu kilkudziesięciu lat z poziomu reaktorów na cały kadłub Galatei, potem zaniknie. Na pewien czas radioaktywne staną się i jego kości. Tylko koordynator pozostanie poza zasięgiem promieniowania. Trzeba mu podać wszystkie wyniki badań, zgromadzone przez 'całą wyprawę, niech ci, którzy przyjdą po nas, nie zaczynają wszystkiego od początku.

Skończył już prawie z materiałami Sida i Maxima, z mikrofilmami danych astronomicznych i geologicznych, kiedy poczuł, że jest zmęczony i otępiały. Kończyło się działanie fortferu. Wyjął z kieszeni następną tabletkę, ale w chwili, kiedy podnosił ją do ust, poczuł mdłości. Spojrzał na zegarek. Poczuł też dziwny niepokój. Faza początkowa — osłabienie, mdłości, złe samopoczucie — wszystko się zgadzało.

Coraz mocniej kręciło mu się w głowie, odchylił się do tyłu na oparcie fotela, obawiał się wymiotów. Czuł, jak głowę ściska mu obręcz bólu, zaraz potem odniósł wrażenie, jakby od środka coś tłukło mu w czaszkę. Nie trzeba się przejmować, to też przejdzie. Za kilka godzin poczuje się nawet lepiej. Zmusił się do śledzenia transmisji danych. Co prawda i tak transmisja zostanie automatycznie zatrzymana na końcu danych Maxima.

Oświetlenie nagle przygasło, przerażany spojrzał na wskaźnik zasilaczy. Wszystkie pokazywały normalne napięcie, ale już im nie ufał. Okłamały wtedy Jarviego... Na tablicy sterowniczej pojawiły się kolorowe płatki, zabłysły oślepiające gwiazdy, podłoga sterowni zaczęła się kołysać...

Jęk Normana przywrócił mu świadomość. Stracił przytomność chyba nązsjakieś pół godziny. Czuł się teraz rześko, minęło otępienie. Norman nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, ile czasu już go wołał, ani czy go coś boli. Znów chciał pić, niecierpliwił się, popalonymi palcami próbował dosięgnąć gruszki, wreszcie chwycił Gilla za rękę i ścisnął razem z gruszką. Napój trysnął mu do ust. Zachłysnął się i zaniósł ciężkim kaszlem.

Terąz też przypominał Gillowi niemowlę, niecierpliwe, łapczywe, kapryśne niemowlę. Krople napoju zwilżyły język i gardło Normana.

— Dać ci coś na bóle?

Norman pokręcił głową.

— A dane...

Gili spojrzał r\a górny pojemnik czytnika transmisji. Był już pusty.

— Raporty Sida i Maxima już wczytane.

— Resztę... Szybko resztę! Dane Eddiego... najważniejsze... dlaczego nie zacząłeś od nich... nie rozumiesz?

Rozumiał i przyznał Normanowi rację.Wyniki badań Eddiego były najważniejszym osiągnięciem całej wyprawy.

— Nawet najdrobniejsze szczegóły... — Normanowi gniew dodawał sił — wszystko jedno, czy uważasz coś za ważne czy nie, czyżbyś nie miał choć tyle fantazji?...

Gili nie odpowiadał. Miał mu wytykać, że to właśnie Norman cbciał w nim kiedyś wytępić całą fantazję? Bez sensu.

— Zanieś mnie do mojej kabiny... — mówił dalej Norman. — Ty też nie możesz tu siedzieć. Promieniowanie... I zaraz odeślij windę.

Gili sięgnął do wyłącznika.

— Odesłałem.

— I to ty, taki słynny lekarz, biolog, do tego cybernetyk, żebyś ty o tym nie pomyślał... — złościł się Norman.

— Tak, jesteś lekarzem — mamrotał do siebie Gili — a tu masz umierającego. To już nie ty i Norman, a lekarz i umierający. Dotąd masz nad nim przewagę, dopóki zda jesz sobie z tego sprawę.

— Sprawdź klimatyzację. — Szept Normana cichł coraz bardziej mimo ogromnych wysiłków. — Uważaj, żeby nam tu nie przyniosła jakichś aktywnych śmieci... i nie... nie zapomnij, że... nie możesz umrzeć... dopóki tu...

Dalszego ciągu Gili nie mógł się już domyślić z bezszelestnego ruchu warg.

Niełatwo było pozbierać wszystkie materiały Eddiego. W dwa tygodnie po wylądowaniu Eddie trafił na pierwszy szkielet ludzki, który zresztą już następnego dnia wspaniałomyślnie przekazał Gillo-wi, bo znalazł również żywych mieszkańców planety. Od tej chwili Eddie, antropolog wyprawy, znajdował się tylko w jednym z dwóch stanów psychicznych :— radości lub zwątpienia. Mieszkańcy planety byli bojaźliwi i podejrzliwi. Eddie gonił za nimi z uproszczonym, przenośnym modelem konsocjatora w rękach, który w tym wykonaniu nie ważył więcej niż dziesięć kilogramów. Gili biegł koło niego, uważając, by nic mu się nie stało. Wreszcie udało się im zapędzić w kąt trzech ludzi. Tamci byli przerażeni, ale kiedy zorientowali się, że nie są w sytuacji bez wyjścia, skoczyli z maczugami na zbliżającego się do nich z łagodnym uśmiechem Eddiego. Gili ogłuszył ich pistoletem infradźwiękowym, Eddie zaś, ogromnie podniecony przymocował do czaszki najstarszego z pojmanych jedną z półkul przyrządu. Gdyby Gili nie uparł się, aby związać schwytanego, ten po przebudzeniu zabiłby Eddiego jednym uderzeniem, okazało się bowiem, że w krępych ciałach tych istot kryje się niewiarygodna siła. Dwóch pozostałych znajdujących się w stanie półprzytomności, w jaki można kogoś wprowadzić w ściśle określonym, wąskim przedziale, po zmniejszeniu energii poddźwięków, Gili odprowadził dość daleko. W wypadku pól nieciągłych — pistoletem nie można bowiem osiągnąć jednolitego natężenia pola — trzeba niemałej zręczności i wprawy, by ten, kogo chcemy prowadzić, na nowo nie został pozbawiony przytomności, lub też nie wymknął się spod działania przyrządu. Zanim puścił ich wolno, zwiększył na chwilę energię pod-dźwięków. Dwie chwiejące się postacie osunęły się na ziemię. Kiedy ockną się po kilku minutach, nie będą już niczego pamiętać. Eddie klęczał przy istocie miotającej się na ziemi. Na głowie miał drugą półkulę przyrządu. Leżący rozpaczliwie starał się uwolnić z więzów,

— Nic, Gili, zupełnie'nic! Tylko strach i chęć ucieczki!

— A słowa, pojęcia?

— Jakieś są, ale w tym stanie podniecenia...

— Daj, ja spróbuję!

Założył kask na głowę i w tej samej chwili ogarnęło go przerażenie. Uciekaj, uciekaj, krzyczało wszystko w nim i wokół niego, mięśnie gwałtownie napięły się. Eddie obserwował go zaniepokojony.

— Trzeba zmienić współczynnik transmisji. Dobrze, Eddie, że nie uciekłeś, gdzie pieprz rośnie!

Gili także nie osiągnął dużo lepszego rezultatu. Odnajdował, a ściślej odczuwał tylko takie pojęcia, jak drzewo, krzak, jeść, biec...

To natomiast, со byłoby najważniejsze, uzyskanie kontaktu, nie udało się ani wtedy, ani później. Eddie musiał się zadowolić ukrytymi kamerami i mikrofilmami. Potem miesiącami męczył się, analizując nagrania i próbując zestawić słownik. Nie mógł go nawet wypróbować, bo ci pierwotni ludzie w wyniku wypraw Eddiego coraz większym łukiem obchodzili Galateę. Eddie zaczął za nimi latać helikopterem, ale szum silnika przerażał ich jeszcze bardziej. Wtedy spróbował gonić ich balonem napełnionym helem. Wiatr targał nim w prawo i lewo. Rzeczywiśoie balon poruszał się bezszelestnie, ale Eddie, miotający się jak pająk na końcu linki, wyglądał dość przerażająco. W końcu jednak balonowi zawdzięczał, że trochę ■ ponad 200 kilometrów od Galatei odkrył bardziej rozwinięte plemię. Co prawda i tu nie powiodła się próba nawiązania kontaktu, ale Eddie uzyskał nową możliwość filmowania, wtykania mikrofonów w każdą szczelinę skalną i zestawiania nowego słownika. Stale rosnąca masa filmów, nagrań i notatek zaczęła zalewać jego kabinę, laboratorium filmowe i dźwiękowe, a wreszcie sanktuarium mikrofilmów, na którego drzwiach, jako symbol uszanowania wielowiekowej tradycji, widniała tabliczka z napisem: „Biblioteka”.

Gili wzruszył ramionami. Nie sposób było uporządkować tych materiałów. Z początku nawet próbował ostrzec tych, którzy przyjdą, choć pomyślał, że to nie ma sensu, szybko sami się zorientują, że muszą to zrobić. Nie potrafił wykrzesać w sobie ani iskierki sympatii dla tych, którzy przybędą za nimi na tę planetę. Oni będą żywi, on umarły. Jego czaszka, jeśli ją znajdą, wykrzywi się w grymasie nieprzejednanej nienawiści do tych, którzy odeszli. Wyobrażał sobie, jak idą, rozglądając się przerażeni, po korytarzach Galatei, z przerażeniem miesza się głęboko ukrywana radość z tego, że oni mają więcej szczęścia, przynajmniej do tego momentu. Zongliyąc ułożonymi wysoko jeden na drugim pudełkami filmów przeniósł je po kolei do sterowni. Nastawił normalną prędkość transmisji, taką, aby mógł kontrolować jakość filmów.

Jedna z rolek była powodem szczególnej dumy Eddiego, zaczął więc od niej. Zdjęcia powstały w obozowisku wyżej rozwiniętego plemienia.

Pod urwiskiem skalnym wzbijała się w niebo cienka wstążeczka sinoszarego dymu. Wokół paleniskaj otoczonego kamieniami, przykucnęły kobiety. Ich nagie ciała okrywały tylko sięgające do pasa włosy i małe fartuszki. Na zboczu u stóp urwiska baraszkowały dzieci, mężczyźni hordy leżeli trochę dalej, na skraju krzewów. Bardzo to idylliczny obrazek, pomyślał Gili, dobrze, że bez przekazywania zapachu. Ale co dla mnie jest tylko smrodem, dla nich stanowi obronę. Smród przypalonych kości oraz straszliwy zaduch rozkładających się skór już od dawna skojarzył się drapieżnikom z ogniem, z rzucanymi w ich kierunku płonącymi żagwiami i z palącymi sierść iskrami. Czterdzieści tysięcy lat temu moi przodkowie śmierdzieli tak samo, a ich kobiety tak samo daleko odbiegały od mojego ideału kobiety... Trzeba zresztą przyznać, że ci tutaj są o wiele bardziej podobni do ludzi, niż te owłosione stworzenia, które kręciły się po lesie wokół Galatei, zanim odstraszył ich naukowy zapał Eddiego. Ci tutaj na pewno obłupują kamienie, szlifują już kości, jeszcze tylko parę tysięcy lat, a zaczną próbować obrabiać kamień...

Całkiem równi faceci. Następna wyprawa będzie miała zajęcie, może nawet powiedzie się nawiązanie kontaktu. Ale cóż mi z tego?

Spojrzał na nieprzytomnego Normana i ogarnęła go rozpacz. Każda chwila, która mu jeszcze pozostała, utraciła już wszelki sens. Sensem życia jest tylko sens żyjącej komórki, bez niej, po jej śmierci, wszystko jest już fałszywe, jest tylko samooszukiwaniem się. To, co pozostanie w pamięci koordynatora, będzie martwe, nawet jeśli jest ważne dla ludzkości. O ile tylko .nie spróbuje...

Siedział wyprostowany w fotelu, jakby oczekiwał w następnej sekundzie jakiejś ogromnej, nigdy jeszcze dotąd nie doświadczonej próby. Pomysł błysnął na chwilę, ale już podążał za nim cień goryczy. Gdyby nie przyszło mu to do głowy, umierałby sobie w pokoju ducha. Wiedział jednak, że już nie może uciec, musi do końca przejść drogę, wyznaczoną w chwili narodzin tego pomysłu. Niejasne są jeszcze szczegóły, trzeba je obmyślić, wyliczyć, trzeba walczyć... Jest bardzo mało czasu, ale jak tylko wstanie, zacznie pracować, dopóki nie padnie z nóg. Musi to jednak zrobić i zrobi to!

Teraz dopiero zorientował się, że podczas tych rozmyślań wpatrywał się w Normana, nie zauważając zresztą jego istnienia. Nie, nie powiem mu ani słowa, choć byłoby to moje jedyne, najpiękniejsze zwycięstwo nad nim, pomyślał. Co prawda, zarazem i ostatnie. Ciekawe, co by on .na to powiedział? Zęby i jego? Nie zrozumiałby chyba, że z nim już nie można tego zrobić. Po oskarżeniu o brak fantazji nastąpiłoby oskarżenie o samolubstwo. A tego przecież nikt nie ma prawa powiedzieć, po tym, co zrobił...

Pomysł, który dotąd oplątywał go mackami jak ośmiornica, nagle wyzwolił się. Gili zaczął go teraz oceniać krytycznie. Jest realny, jego wykonaniu przeszkodzić mógłby tylko brak czasu. W sytuacji wyścigu z czasem cały problem Normana — i to nie tego dzisiejszego, umierającego Normana — wydawał się nieistotny.

Poderwał się, zatrzymał transmisję i podszedł do koordynatora. Przejrzał wszystkie wolne sektory pamięci, skasował sporo danych, które uznał za zbyteczne.* Chwilę później przyszło mu na myśl, że z tym zawsze jeszcze zdąży i pobiegł do gabinetu lekarskiego. Tylko spokojnie! Niezdarnie wbił sobie igłę, ból ukłucia był zaskakująco ostry. Starał się zachowywać normalnie. Normalnie? A jak się przekonasz, czy rzeczywiście jesteś normalny? — Nie wiem — wymamrotał, męcząc się ze szkiełkiem przykrywkowym — ale właśnie na tym polega całe ryzyko.

W podzielonym na kwadraty polu widzenia mikroskopu zobaczył znajomy widok. Trzy razy liczył limfocyty — na razie wszystko było jeszcze w porządku — przynajmniej pod mikroskopem. Sprawdzi jeszcze raz za sześć godzin, może wtedy dowie się czegoś konkretnego. Dokładnie zapisał wyniki badania krwi, potem sięgnął po nową, czystą kartkę papieru.

Ze szkicem schematu połączeń uporał się w kilka minut. Na papierze wyglądało to dość prosto, ale co z montażem? Nie może stąd przenosić do sterowni wbudowanych przyrządów. Trzeba będzie przeciągnąć kable, będzie miał na parę godzin roboty z lutowaniem i podłączaniem. Przez pewien czas nie może już brać fortferu, stan jasności umysłu, jaki następuje dzięki jego działaniu, nie jest stanem nienormalnym, ale jednak lepiej uważać.

Nie miał kłopotów z wejściami koordynatora, konektory zgadzały się z końcówkami kabli. Większą trudność sprawiało rozwinięcie z bębnów kabli na korytarzu. Musiały być równo ułożone wzdłuż styku podłogi i ściany, bo inaczej potykałby się o nie ciągnąc następne.

W gabinecie lekarskim było bardzo mało miejsca, musiał odkręcić od podłogi stół i przesunąć go pod drzwi. Będzie co prawda musiał za każdym razem przez niego przełazić, ale w ten sposób uzyskał dużo lepszy dostęp do przyrządów. Tu już musiał lutować, przez cały czas pracował klęcząc, potem trzeba było położyć się na brzuchu. Wściekał się na konstruktorów, lutując ciasno upakowane końcówki. Zreflektował się co prawda, że jest niesprawiedliwy, konstruktorzy doprawdy nie mogli przewidywać takiego połączenia.

Kiedy skończył pracę i wstał, czuł się jak połamany, ale z zadowoleniem rozejrzał się po przewróconym do góry nogami pokoju. Na końcu zdemontował hełm dużego konsocjatora. Musiał go zamienić z jednym z hełmów ze sterowni. Urządzenia te optymistyczni konstruktorzy Galatei umieścili tam ze szczytnym przeznaczeniem „nawiązania kontaktu z inteligentnymi przedstawicielami innych cywilizacji”. Dotąd wszystkim tylko zawadzały i gdyby to nie Norman był dowódcą, dawno leżałyby już w magazynie.

Na krótko przed północą, wstrzymując oddech, zdecydował się na próbne połączenie. Zerkał co chwila na zegar sterowni. Swojego czasu w instytucie testowali prostsze urządzenia całymi miesiącami. Teraz, jeśli tylko będzie działać prawidłowo przez pół godziny, musi zacząć, inaczej zabraknie mu czasu.

Norman leżał jeszcze ciągle cicho, ale Gili nie chciał ryzykować, że ocknie się akurat w krytycznym momencie. Wciągnął do pneumatycznej strzykawki dużą dawkę środka uspokajającego i przycisnął błyszczący przyrząd do ramienia Normana.

Dowódca drgnął.

— Gili... Có?...

Strzykawka przechyliła się w ręku Gilla jakby przypadkiem. Jej dyszka skierowana była w żyłę biegnącą pod skórą przedramienia. Norman mamrotał coś jeszcze, aż wreszcie głowa opadła mu na ramię. Na Ziemi odebraliby ci za to dyplom, Gili, pomyślał. A przecież nie zabiłem go, jeszcze może odzyskać przytomność. Zresztą on zrobiłby to samo na moim miejscu.

Wierzył, że test się uda i od razu będzie mógł rozpocząć właściwą pracę. Pobiegł więc, by zrobić następną analizę krwi.

Tym razem limfocytów było o dwadzieścia procent mniej. Skrzywił się. Szło to zbyt szybko. Jeśli jednak teraz się przestraszy, wszystko na nic. Ma pracować tak, jakby widział tylko wyniki analizy sprzed sześciu godzin.

Wrócił i jeszcze raz sprawdził system. Działał już poprawnie dwadzieścia osiem minut. Wystarczy. Podłączył sterowanie pilota automatycznego. Dumny był ze swego pcmysłu, gdyby na to nie wpadł, zastanawiałby się teraz, jak może sterować programem, którego efekt działania zależy właśnie od jego zupełnego spokoju.

Długo mościł się w fotelu, zanim znalazł półleżącą pozycję, w której, jak sądził, wytrzyma bez ruchu piętnaście minut. Była wygodna, aż za wygodna. Jeśli przymknie oczy, na pewno zaśnie. Może odłożyć wszystko do rana? Będzie wtedy bardziej wypoczęty. W ciągu ośmiu godzin od katastrofy ilość limfocytów we krwi spadła mu jednak o dwadzieścia procent i jeśli teraz zaśnie, taki zmęczony, upłynie znów następne osiem godzin, zanim się pozbiera. Nie, musi zrobić to teraz!

Przymknął oczy, palce powędrowały do przycisków sterujących na poręczy fotela. Zebrał w sobie wszystkie siły, by dokładnie wyobrazić sobie czekające go piętnaście minut i przycisnął guzik.

Nie mógł dokładnie kontrolować, czy udaje mu się nadążać za programem. W pewnej chwili poczuł, że dalej nie wytrzyma. Słowa i obrazy kłębiły się chaotycznie, obleciał go strach, że popełnia głupstwo. A właśnie strach był największym głupstwem. Lepsze są te mętne obrazy, one mogą jeszcze zostać uporządkowane na jakimś ukrytym poziomie świadomości, natomiast strach nie przestrzega ustalonych reguł gry. Bać się klęski w takiej chwili jest właśnie klęską. Rozluźnił mięśnie i patrzył na obrazy, jak dziecko patrzy na kalejdoskop. Bardzo ostrożnie spróbował skoncentrować się na tym, aby były to obrazy domu, wspomnienia Ziemi, nawet jeśli miałby to być nudny korytarz instytutu, klatki ze zwierzętami doświadczalnymi, obrazy ruchliwej ulicy, ludzkie twarze widziane z bliska, które do niego przemawiają, lub do których on mówi. Dyskutują, słyszy nawet ich głosy, tak, to Herzer i dobry stary Laurens! To dobrze, bardzo dobrze! Może to go naprowadzi, to, że myśli o nich. Uspokoił się powoli, czuł, że potrafi kontynuować program. Długi łańcućh zależności logicznych znowu powrócił i Gili poczuł ogarniające go uczucie szczęścia. Wszystko jedno, czy umrze, czy też uda się rzecz, której poświęcił resztę spokoju, te parę godzin życia^ które mu pozostały. Myśl to potęga rządząca światem. To takie pjóste, a dopiero teraz się o tym przekonał. Automat cichym buczeniem sygnalizował zakończenie programu, ale Gili nie otwierał oclu. Z radością odnalezionego na nowo szczęścia prześlizgiwał się coraz ci^r^jszymi sklepieniami snu.

Rozdział drugi

Przypomniał mu się Norman i środki uspokajające. Rozbudziło go to natychmiast. Norman leżał w tej samej pozycji, co wieczorem, oddychał bardzo nieregularnie. Przy wydechu pojawiała mu się w kącikach ust bulgocząca kropelka pienistej krwi i spływała w dół wąskim strumyczkiem. Plama krwi na podgłówku poszerzała się powoli i nieubłaganie. Gili zapiął Normanowi pasy i uniósł go z fotelem do pozycji półsiedzącej, żeby ułatwić mu oddychanie. Nie dawał już Normanowi żadnych lekarstw, przedłużyłoby to tylko niepotrzebne cierpienia. Zresztą w tej chwili Norman był nieprzytomny i niczego nie czuł. Gili postanowił już więcej nie ingerować.

Dokładne przetestowanie programu wymagałoby kilku tygodni pracy wielu ludzi. Zdecydował, że wybierze losowo sześć sekwencji. Na ich sprawdzenie starczy godzina, więcej czasu nie ma. Nie znalazł żadnego błędu, ale nie potrafił się z tego cieszyć. Przespał dziewięć godzin, lecz mimo to był zmęczony, bolał go żołądek. Powinien coś zjeść, lecz na samą myśl o jedzeniu zrobiło mu się niedobrze. Rozgryzł tabletkę fortferu i czekał niecierpliwie, aż ustąpi nieznośny szurh w głowie. Musi ułożyć sobie pracę tak, aby to, co wymaga wysiłku fizycznego, wykonać jeszcze tego samego dnia. Niestety, roboty na nic mu się nie przydadzą. Lepiej nawet, że pozostaną wyłączone tam, gdzie są teraz — w magazynie. Jeśli poddane zostaną działaniu wtórnego promieniowania, to ich układ sterujący może ulec zakłóceniu. Zwariowane roboty na wymarłym statku kosmicznym to świetny temat do powieści sensacyjnej. Jemu było to zupełnie niepotrzebne.

Zaczął od tego, co wymagało pracy na zewnątrz Galatei. Długo gramolił się po schodach opuszczonych po gładkim pancerzu statku.

Czuł się bardzo osłabiony, gdy tylko spojrzał w dół, kręciło mu się w głowie. Z tej wysokości drzewa wyglądały jak krzaki. Poczuł ulgę, gdy mógł już wejść do dolnego korytarza poprzez śluzę. Aż do południa przeciągał kable i układał je na schodach oraz w korytarzu. Modelem cybernetycznym całego systemu było proste sterowanie sekwencyjne. W porównaniu do wymogów stawianych na przykład podczas lotu pilotowi automatycznemu system był nawet dość prosty. Ustalił długość pętli sterowania i jeszcze raz wyszedł na zewnątrz, żeby sprawdzić działanie całości. Był zadowolony z rezultatu, lecz próba bardzo go zmęczyła. Postanowił odpocząć przez jakieś pół godziny w fotelu sterowni. Oczywiście nie usiedział spokojnie nawet dwudziestu minut. Zbliżało się południe, bał się, że w miarę upływu czasu będzie coraz słabszy. Poderwał się i ruszył po filmy Eddiego.

Brał bez wyboru, co się tylko nawinęło pod rękę w laboratorium i w bibliotece. Będzie mógł w nich przebierać, jak już zaniesie je wszystkie do sterowni. Kiedy szedł po następne taśmy, za trzecim czy czwartym razem poczuł, że ogarnia go jakieś dziwne uczucie zmiany. Coś się zmieniło, coś było inaczej niż poprzednio... Ale co takiego? Na próżno szukał, męcząca niepewność pozbawiła go cierpliwości. — Jeśli już masz zwidy, lepiej zostaw to wszystko — zamruczał do siebie i ruszył jeszcze raz do biblioteki.

Dopiero tam, gdy sięgał po następną szpulę, zrozumiał, co się stało — Norman. W sterowni panowała cisza. Już się odwracał, aby tam pobiec, ale rozmyślił się i dalej wyciągał taśmy z’półek. Nie może sobie pozwolić na ,,pusty kurs”. Każdą drobinę energii musi poświęcić swemu planowi, każde marnotrawstwo zmniejsza szansę powodzenia. Idąc korytarzem pomyślał, że Norman postąpiłby tak samo. Po cóż jednak szukać usprawiedliwienia? Sam jest już takim samym trupem jak Norman. Różnica polega tylko-na tym, że wszystko, co w nim jeszcze żyje, nie przestało działać i myśleć, dopóki to konieczne, to jest do wykonania zadania.

Zaniósł taśmy do urządzenia transmisji i dopiero potem podszedł do Normana. Głowa opadła mu na pierś, nie widać było twarzy. Musi go zanieść na dół. Popalona skóra była jeszcze ciepła, a ciało jeszcze bezwładne. Dźwigając je poczuł, jak ta obojętna bezwładność zwiększa jego ciężar. Ciężko dyszał, w długim korytarzu prowadzącym do kabin zaczął się już zataczać od ściany do ściany.

Pierwsza była kabina Sida, nie Normana, ale było mu wszystko jedno. Pchnął drzwi i razem z niesionym ciężarem runął na wąskie łóżko. Był wyczerpany, tak bardzo wyczerpany, iż zdawało mu się, że zaraz zaśnie. Poczuł na karku wilgoć — krew tamtego.

Wstał, wyciągnął ręcznik, wytarł się, sięgnął do kieszeni, wyjął i rozgryzł kolejną tabletkę fortferu. Usiadł i zaczął się gapić na obrazek wiszący nad półką. Z prostych, srebrzystych ramek zaglądał mu w oczy wielki Albert. Było to słynne zdjęcie starego uczonego — nad bezładem papierów, nad wielkim biurkiem, nad nie-porządnymi fałdami ubrania aureola siwych włosów otaczała twarz pozrfaczoną bruzdami zastanowienia — a może rozczarowania?

Wspaniałej technice fotograficznej należało zawdzięczać, iż po tylu latach kopie zrobione z oryginału były aż tak dobre. Ale co wspólnego ma to zdjęcie z Sidem? Albo z tym, że Sid, Norman, a wreszcie i ja — wszyscy zginiemy? Wielki Albert patrzył na niego bezradnie. Zresztą on nie patrzy na mnie ani na Normana, traktuje nas jak powietrze. Patrzy przez ściany kabiny, przez podwójny pancerz Galatei, przez zielone drzewa, przez pagórki... Gdzie spogląda?

Wstał i odwrócił się tyłem do zdjęcia. Znalazł małą, twardą po-duszeczkę Sida, którą podłożył Normanowi pod głowę. Potem zakrył go aż po ramiona leżącą w nogach łóżka kołdrą, wygładzając ją starannie, by nie pozostała ani jedna fałdka.

Zastanawiał się przez chwilę, czerwoną maskę, która jeszcze osiemnaście godzin temu była twarzą Normana, pozostawił odkrytą. A może wielki Albert chce widzieć właśnie jego, a może Norman zechce go o coś zapytać?...

Zgłupiałeś, Gili.

Czuł, że fortfer zaczyna działać. Ruszył do sterowni zamykając za sobą drzwi kabiny.

Rozdział trzeci

O dziewiątej wieczorem poczuł, że ma gorączkę. Tętno podskoczyło mu do ponad stu na minutę, a między świadomość i świat zewnętrzny wciskał się tępy ból głowy. Do północy jeszcze to jakoś wytrzymywał, później poddał się i wyłączył transmisję danych. Chciał zrobić kilka testów na dotychczasowych danych, co najmniej ze dwie lub trzy próbki, ale trzęsły mu się ręce i obawiał się, że przy przeszukiwaniu adresów coś skasuje. Koordynator nie przejmuje się stanem zdrowia operatora, nie uwzględnia poprawki na to przy wykonywaniu rozkazów. Odchylił się do tyłu na oparcie, czuł, jak ogarnia go zawrót głowy. Zdawało mu się, że pod czaszką otworzyła się czarna studnia nieświadomości. Runął w nią, spadał w dół, ciągnąc za sobą koordynator, sterownię, Galateę, całą tę planetę. Wreszcie jedynym towarzyszem upadku pozostał strach, który przetrwał aż do rana i otrzymał nowe posiłki, gdy Gili obudził się i poczuł, że nie włada lewą nogą.

Dlaczego właśnie to, przecież mogło wystąpić tyle innych objawów, pomyślał rozgoryczony. Gardło drażniło mu jakieś okropne, uparte swędzenie. Kaszlał, a wstrząsające nim ataki niosły ze sobą mdłości — tego się jednak spodziewał. Ale jeżeli paraliż będzie postępował dalej, to nie ma szans na dalszą pracę. Do pojemnika urządzenia transmisji napchał tyle taśm z danymi, ile się tylko zmieściło, a potem na czworakach popełznął w stronę magazynu.