Zabójczy wirus - Alex Kava - ebook
Opis

Pewnego dnia do Akademii FBI w Quantico trafia pudełko z pączkami, a w nim list z pogróżkami terrorysty. Maggie O’Dell, i dyrektor Cunningham natychmiast przystępują do akcji i… wpadają w pułapkę zastawioną przez zbrodniarza.
Sadząc z taktyki mordercy, jest on zafascynowany zbrodnią doskonałą, pała żądzą zemsty, a jego broń to śmiertelny wirus. Choć ofiary wydają się przypadkowe, w rzeczywistości wybiera je z wielką precyzją. Agentka O’Dell wie, jak funkcjonuje umysł zbrodniarza, bez względu na to, czy jest on perwersyjnym pedofilem, czy szalonym seryjnym mordercą. Zamknięta w izolatce wojskowego instytutu badawczego stara się znaleźć jakiś trop. Czekając na wyniki swoich badań, usiłuje pomóc agentowi Tully’emu w rozwikłaniu sprawy. Każde kolejne zakażenie grozi wybuchem epidemii. Maggie zdaje sobie sprawę, że ona i jej szef mogą nie doczekać chwili, gdy okaże się, kim jest ten najbardziej niebezpieczny zabójca…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Alex Kava

Zabójczy wirus

Tłumaczyła Katarzyna

PODZIĘKOWANIA

Już nieraz dostało mi się za moje długie podziękowania, całe strony pełne słów wdzięczności dla wspaniałych ekspertów, którzy odpowiadają na moje pytania, poprawiają moje błędy i nie mają mi za złe, że się im naprzykrzam. Tym razem obawiałabym się, że kogoś pominę, tak długa byłaby to lista. Postanowiłam zatem ją uprościć. W roku, w którym pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi, na wyróżnienie zasługują szczególnie trzy osoby.

Deb Carlin, najlepszej przyjaciółce i świetnej menedżerce dziękuję za to, że dbała, bym skupiała się na pracy, stała twardo na ziemi, a także, by ta literacka podróż była samą przyjemnością.

Amy Moore-Benson, przyjaciółce i agentce – przeszłyśmy razem piekło – dziękuję, że była nie tylko moim adwokatem, ale także mistrzem.

Lindzie McFall – nowej członkini naszej drużyny – dziękuję za cierpliwość, profesjonalizm, oddanie i poczucie humoru. To wielka radość mieć takiego wydawcę.

ROZDZIAŁ 1

Jezioro Wiktorii

Uganda, Afryka

Waheem nie czuł się dobrze, gdy wchodził na pokład zatłoczonej łodzi motorowej. Przyciskał do nosa zakrwawioną szmatkę z nadzieją, że współpasażerowie niczego nie zauważą. Właściciel łodzi, zwany przez mieszkańców wyspy pastorem Royem, pomógł mu załadować zardzewiałą klatkę z małpami i upchnąć ją na ostatnim wolnym skrawku pokładu. Nie odpłynęli nawet półtora kilometra od brzegu, kiedy Waheem spostrzegł, że pastor Roy przenosi wzrok z zaciśniętych warg swojej żony na krew, która skapywała na koszulę Waheema. Sprawiał wrażenie, jakby żałował, że zaoferował mu ostatnie wolne miejsce.

– Na tych wyspach krwawienie z nosa zdarza się dość często – powiedział pastor Roy takim tonem, jakby oczekiwał wyjaśnienia.

Waheem tylko skinął głową. Udawał, że nie zna angielskiego, choć rozumiał ten język dość dobrze. Przez kolejne dwa dni nie spodziewano się żadnego statku z węglem czy bananami, więc cieszył się, że szczęście mu dopisało. Był wdzięczny pastorowi Royowi i jego małżonce, że wzięli go na pokład, i to razem z klatką. Ale Waheem wiedział też, że przeprawa z wyspy Buvuma do portu Jinja potrwa czterdzieści minut i wolałby spędzić je w ciszy niż słuchać, jak pastor peroruje o Jezusie. Wsiadł na pokład ostatni, a zatem tkwił ściśnięty na samym przodzie, w zasięgu głosu nawracającego maluczkich duchownego. Nie chciał w żaden sposób podsuwać pastorowi myśli, że podczas podróży przez jezioro zdoła uratować jeszcze jedną duszę.

Zresztą pozostali pasażerowie – smętna grupa kobiet i bosych dzieci oraz ślepy starzec – już na pierwszy rzut oka o wiele bardziej potrzebowali zbawienia. Poza krwawiącym nosem i nagłym pulsującym bólem głowy Waheemowi nic nie dolegało – był młody i silny. Jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli, on i jego rodzina będą bogaci i kupią sobie kawałek ziemi, zamiast zaharowywać się dla innych.

– Bóg jest z wami! – zawołał pastor, który najwyraźniej nie potrzebował żadnej zachęty, by zająć się nawracaniem niewiernych. Jedną ręką trzymał ster, drugą zaś wymachiwał w stronę otaczających go mieszkańców wyspy, rozpoczynając kazanie.

Pasażerowie niemal mimowolnie pochylili głowy, słysząc głos duchownego. Zapewne uważali, że należy mu się ten gest szacunku za to, że wpuścił ich na pokład. Waheem także skłonił głowę, ale zerkał zza nasiąkniętej krwią szmatki i udawał, że słucha. Starał się ignorować smród małpiej uryny i krople krwi, od czasu do czasu spływające mu po brodzie. Oczy ślepca, mlecznobiałe i przymglone gałki, poruszały się, a z jego starczych warg wydobywał się jakiś pomruk, przypuszczalnie modlitwa. Kobieta skulona obok Waheema mocno ściskała torbę z grubego płótna, w której coś się ruszało. Czuć z niej było zapach mokrych kurzych piór. Wszyscy poza trzema małymi dziewczynkami na tyle łodzi, które uśmiechały się i kołysały, siedzieli w milczeniu. Dziewczynki cicho śpiewały, z radością, a jednocześnie ze świadomością, że nie powinny przeszkadzać pastorowi.

– Bóg o was nie zapomniał – ciągnął pastor. – Ja też nigdy was nie zapomnę.

Waheem spojrzał na żonę pastora, która zdawała się nie słuchać męża. Siedziała obok niego na przodzie i nacierała nagie blade ramiona przezroczystym płynem z plastikowej butelki, co parę sekund przerywając tę czynność, by strącić muchę tse-tse ze swoich jedwabistych długich włosów.

– Wszystkie wyspy na Jeziorze Wiktorii są pełne wyrzutków, biednych, przestępców i chorych – pastor urwał i kiwnął głową w stronę Waheema, jakby chciał wyróżnić jego przypadek – ale ja widzę w nich tylko dzieci Jezusa, które czekają na zbawienie.

Waheem nie poprawił pastora, mimo że nie uważał się za schorowanego wyrzutka, chociaż rzeczywiście było ich mnóstwo. Wyspy stanowiły dla wielu ostatnią deskę ratunku, ale nie dotyczyło to Waheema. Nigdy nie chorował, wczoraj wieczorem po raz pierwszy w życiu dostał silnych torsji.

Trwało to i trwało. Na samo wspomnienie rozbolał go żołądek. Nie chciał nawet myśleć o czarnych wymiocinach zabarwionych krwią. Bał się, że pozbawi się wnętrzności. Teraz głowa mu pękała, a krew z nosa nie przestawała lecieć. Poprawił szmatkę, sprawdził, czy jest jeszcze na niej jakieś suche miejsce. Krew kapała na jego brudne stopy. Spojrzał na błyszczące skórzane buty duchownego i zadał sobie pytanie, jak pastor spodziewa się kogokolwiek zbawić, nie brudząc sobie butów.

Zresztą to bez znaczenia. Waheema obchodziło tylko to, by dowieźć małpy do Jinji i nie spóźnić się na spotkanie z tym Amerykaninem, biznesmenem, który nosi takie same błyszczące skórzane buty jak pastor Roy. Ten człowiek obiecał mu fortunę. W każdym razie dla Waheema była to fortuna. Zobowiązał się zapłacić mu za każdą małpę więcej, niż Waheem i jego ojciec zarabiali przez cały rok.

Żałował, że nie złapał więcej małp, ale schwytanie tych trzech, które upchnął do metalowej klatki, zajęło mu dwa dni. Patrząc na nie w tej chwili, nikt by nie uwierzył, ile trudu go to kosztowało, jaką walkę musiał stoczyć. Wiedział z doświadczenia, że małpy mają ostre zęby, a jeśli owiną ogon wokół szyi człowieka, w ciągu paru minut potrafią zmasakrować mu twarz. Zdobył tę wiedzę podczas dwóch krótkich miesięcy, kiedy pracował dla Okbara, bogatego handlarza małpami z Kampali.

To była dobra praca. Okbar zaopatrywał ich w sieci i pociski ze środkiem uspokajającym, a Waheem zajmował się głównie chorymi małpami, usuniętymi z transportu przez brytyjskiego weterynarza. Wtedy to do laboratoriów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych przewieziono samolotami setki małp.

Weterynarz sądził, że Waheem zabiera chore małpy, by je później zabić, ale Okbar uważał to za „oburzające marnotrawstwo”. A zatem zamiast likwidować te biedne stworzenia, kazał Waheemowi zawozić je na wyspę na Jeziorze Wiktorii i puszczać wolno. Czasami, kiedy Okbarowi brakowało małp do transportu, wysyłał Waheema na wyspę z poleceniem schwytania kilku chorych zwierząt. Często weterynarz niczego nie zauważał.

Ale potem Okbar zniknął. Od miesięcy nikt go nie widział. Waheem nie miał pojęcia, dokąd jego szef się udał. Pewnego dnia jego małe zapyziałe biuro w Jinji opustoszało, zniknęły półki, metalowe biurko, strzelby i naboje ze środkiem uspokajającym, sieci, dosłownie wszystko. Nikt nie potrafił powiedzieć, co się stało. Waheem został bez pracy. Nigdy nie zapomni rozczarowania w oczach ojca. Czekał ich powrót na cudze pola i harówka od świtu do nocy.

Później któregoś dnia pojawił się w Jinji ten Amerykanin i pytał o Waheema, a nie Okbara. Skądś wiedział o małpach, które zostały odesłane na wyspę, i właśnie te małpy chciał mieć. Obiecał sowitą zapłatę. „Ale to muszą być te małpy, które wywiozłeś na wyspę”, powiedział Waheemowi.

Waheem nie pojmował, po co komu chore małpy. Spojrzał na zwierzęta skulone w pordzewiałej klatce. Ich cieknące nosy pokrywała zakrzepła skorupa zielonego śluzu. Ich pyski były bez wyrazu. Nie przyjmowały wody ani pokarmu. Waheem nie patrzył im w oczy. Doskonale wiedział, że małpa, nawet chora, świetnie trafia do celu, jeśli zechce napluć komuś w oko.

Małpy musiały wyczuć na sobie jego wzrok, gdyż nagle jedna z nich chwyciła pręty klatki i zaczęła wrzeszczeć. Hałas mu nie przeszkadzał, był do tego przyzwyczajony. To było normalne, w przeciwieństwie do upiornej ciszy. Kiedy druga małpa dołączyła do tej pierwszej, żona pastora wstała. Z jej idealnej twarzy zniknął chłodny uśmiech. Nie wyglądała na przestraszoną czy zaniepokojoną, raczej na zniesmaczoną. Waheem zmartwił się, że pastor każe mu wyrzucić klatkę za burtę, albo co gorsza, wyrzuci też jego samego. Jak większość mieszkańców wysp, Waheem nie potrafił pływać.

W głowie mu pulsowało w rytm małpiego jazgotu. Miał wrażenie, że łódź się zakołysała, żołądek podszedł mu do gardła. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że cały przód koszuli zamienił się w jedną wielką czarnoczerwoną plamę. A krwawienie nie ustawało. Czuł krew w ustach, wypełniała mu gardło. Przełknął i zakasłał ostrożnie, ale kropelki krwi i tak wylądowały na skórzanych butach kaznodziei.

Waheem starał się omijać wzrokiem pastora. Oczy współpasażerów zwróciły się na niego. Na pewno zechcą się go pozbyć. Widział, jak pochylali głowy, wsłuchani w słowa pastora. Na pewno zrobią, co im każe.

Nagle pastor wyciągnął rękę w jego stronę, a Waheem wzdrygnął się i uchylił. Kiedy usiadł znów prosto i podniósł wzrok, przekonał się, że pastor nie zamierzał wypchnąć go za burtę. Duchowny trzymał białą płócienną chusteczkę z dekoracyjnym haftem w rogu.

– No, weź to – rzekł łagodnym głosem, bo nie było to kazanie. Waheem milczał, więc pastor dodał: – Twoja jest już mokra. – Wskazał na przemoczoną szmatkę. – No weź, tobie jest bardziej potrzebna niż mnie.

Waheem rozejrzał się po małej łodzi. Nadal wszystkie oczy były skierowane na niego, tylko twarz żony pastora wykrzywił grymas złości. Ona nie patrzyła na Waheema. Jej złość była skierowana na męża.

Do końca podróży panowała cisza, przerywana jedynie podśpiewywaniem dziewczynek. Ich głosy niemal go uśpiły. W pewnej chwili zdawało mu się, że z brzegu woła go matka. Obraz stracił ostrość, a uszy wypełniło bicie jego własnego serca.

Kiedy łódź dobiła do brzegu, Waheem czuł się słabo, kręciło mu się w głowie. Pastor musiał nieść jego klatkę, a Waheem szedł za nim chwiejnym krokiem, przeciskając się przez tłum kobiet z koszami i płóciennymi torbami, nagabujących mężczyzn i wszechobecnych rowerzystów.

Pastor postawił klatkę, a Waheem wydukał parę słów, które bardziej przypominały jęk i pomruk niż podziękowanie. Zanim pastor się odwrócił, Waheem padł na kolana, krztusząc się i wymiotując, spryskując błyszczące buty pastora czarnymi wymiocinami. Gdy chciał wytrzeć wargi, przekonał się, że krew kapie mu z uszu, a treść żołądka znów podchodzi do gardła. Na ramieniu poczuł dłoń pastora, usłyszał wołający o pomoc głos. Spokojny, pewny siebie głos, który wygłaszał kazania, zamienił się w spanikowany pisk.

Ciałem Waheema wstrząsnęły drgawki. Machał rękami, uderzał nogami o ziemię. Z trudem łapał powietrze i dusił się, nie był już w stanie przełknąć. Potem poczuł jakiś ruch w głębi ciała, niemal słyszał, jakby ktoś rozdzierał mu wnętrzności. Krew lała się z niego wszelkimi możliwymi otworami. Nie czuł bólu, tylko szok. Szok na widok takiej ilości krwi, i to jego własnej, usunął w cień ból.

Wokół niego zebrał się tłum, ale Waheem widział ludzi jak przez mgłę. Nawet głos pastora wydawał się odległym brzęczeniem. Waheem już go nie widział. Nie był nawet świadomy tego, że amerykański biznesmen dłonią w rękawiczce chwycił za rączkę klatkę z małpami, a potem po prostu zniknął.

ROZDZIAŁ 2

Dwa miesiące później

8.25 rano

Piątek, 28 września 2007

Akademia FBI

Quantico, Wirginia

Maggie O’Dell patrzyła na swojego szefa, zastępcę dyrektora Cunninghama, który przesunął okulary na czoło i wpatrywał się w pudełko z pączkami w taki sposób, jakby od jego decyzji zależało czyjeś życie. Mówiąc szczerze, zawsze tak wyglądał, gdy podejmował decyzje, także gdy dotyczyły kierowanego przez niego Wydziału Badań Behawioralnych. Miał poważną twarz pokerzysty, na jego czole i wokół przenikliwych oczu zawsze pojawiały się te same zmarszczki, palcem wskazującym postukiwał w ledwie zarysowaną górną wargę.

Stał wyprostowany, ze stopami rozstawionymi tak jak wtedy, gdy strzelał z glocka. Kilka minut po ósmej rano już podciągnął rękawy świeżo wyprasowanej koszuli, lecz zrobił to z wielką starannością, podwijając mankiety pod spód. Szczupły i sprawny, był w stanie zjeść cały tuzin pączków i jego talia by na tym nie ucierpiała. Tylko przyprószone siwizną włosy świadczyły, że nie był już młodzieńcem. Maggie słyszała, że potrafił wycisnąć na leżąco dwadzieścia pięć kilogramów więcej niż rekruci, choć był od nich o trzydzieści lat starszy.

Spuściła wzrok i spojrzała na siebie. Pod wieloma względami wzorowała się na szefie. Pogniecione spodnie, miedziany żakiet, który pasował do jej kasztanowych włosów i brązowych oczu, ale nie przyciągał uwagi, pozycja osoby gotowej do strzału, świadcząca o pewności siebie.

Czasami miała świadomość, że trochę nadrabia miną. Trudno zerwać ze starymi przyzwyczajeniami. Dziesięć lat wcześniej, kiedy Maggie z eksperta medycyny sądowej zamieniła się w agenta specjalnego, jej powodzenie zależało od tego, czy zdoła odnaleźć się w męskim gronie. Żadnych fantazyjnych fryzur, makijaż ograniczony do minimum, spodniumy szyte na miarę, nie podkreślające figury. Oczywiście w FBI nie karano kobiet za urodę, ale Maggie wiedziała, że z pewnością nie spotyka ich za to nagroda.

Po jakimś czasie zauważyła, że spodniumy trochę na niej wiszą. Nie stało się tak z powodu owego nadrabiania miną, lecz raczej na skutek stresu. Od lipca coraz więcej czasu poświęcała zdobywaniu formy. Z początku biegała trzy kilometry, potem około pięciu, a teraz prawie osiem. Czasami chwytał ją skurcz w łydkach, ale się nie poddawała. Kilka obolałych mięśni to niezbyt wysoka cena za jasność umysłu.

Nie chodziło jednak tylko o stres. Nagromadziło się wiele różnych spraw, które wywołały zamęt w jej głowie. Biurko miała zawalone teczkami. Jedna z nich, z lipca, wciąż powracała na wierzch sterty. Dokumenty te dotyczyły morderstwa w toalecie na międzynarodowym lotnisku O’Hare w Chicago. Ktoś zabił tam księdza, zadając mu cios nożem w serce. Ksiądz ten, ojciec Michael Keller, przez wiele lat zajmował sporo miejsca w myślach Maggie.

Keller był jednym z sześciu duchownych podejrzewanych o molestowanie chłopców. W ciągu czterech miesięcy wszyscy ci księża zostali zamordowani w identyczny sposób. Zabójstwo Kellera było ostatnim. Maggie wiedziała na sto procent, że morderca zaprzestał swojej zbrodniczej działalności, gdyż obiecał, że nie wróci do tego procederu. Mówiła sobie, że ktoś, kto podpisuje pakt z zabójcą, nie może oczekiwać spokoju ducha.

To była ciemna strona zamętu, jaki miała w głowie. Była też jasna, a w każdym razie druga strona. Ktoś za bardzo ją absorbował. Ten ktoś nazywał się Nick Morrelli.

Chwyciła oblanego czekoladą pączka sprzed nosa Cunninghama i ugryzła kęs.

– Zwykle przegrywam z Tullym, jeśli chodzi o te z czekoladą – powiedziała, kiedy Cunningham spojrzał na nią, unosząc brwi. Ale zaraz potem skinął głową, jakby to wyjaśnienie go satysfakcjonowało. – A przy okazji, gdzie on się podziewa? Za godzinę ma być w sądzie.

Zazwyczaj nie pilnowała swojego partnera, ale jeśli Tully nie złoży zeznań, będzie zmuszona to zrobić ona, a akurat dziś chciała wyjść wcześniej. Miała plany na weekend. Razem z detektyw Julią Racine zaplanowały wycieczkę do Connecticut. Julia chciała odwiedzić ojca, Maggie zaś spotkać się z pewnym antropologiem kryminalnym, Adamem Bonzado. Liczyła na to, że dzięki Adamowi przestanie myśleć o e-mailach, wiadomościach głosowych, kwiatach i kartkach, którymi od pięciu tygodni zasypywał ją wyjątkowo uparty Nick Morrelli.

– Zmienili datę rozprawy – oświadczył Cunningham, kiedy Maggie już prawie zapomniała, o czym rozmawiali. Pewnie było to widać po jej minie, ponieważ Cunningham dodał: – Tully’ego zatrzymały jakieś sprawy rodzinne.

Cunningham wybrał pączka z lukrem i ze wzrokiem wlepionym w pudełko mruknął:

– Wie pani, jak to jest z nastolatkami.

Maggie kiwnęła głową, chociaż nie miała o tym zielonego pojęcia. Towarzyszem jej życia był biały labrador retriever o imieniu Harvey, któremu wystarczały dwa posiłki dziennie, drobne pieszczoty i miejsce w nogach jej wielkiego łóżka. Późnym popołudniem Harvey rozciągnie się na tylnym skórzanym siedzeniu saaba Julii Racine, szczęśliwy, że bierze udział w wyprawie.

Maggie zaczęła się zastanawiać, co tak naprawdę wie na ten temat Cunningham. Nie przypominała sobie, by szef kiedykolwiek spóźnił się z powodu problemów rodzinnych. Po dziesięciu latach wspólnej pracy nie wiedziała kompletnie nic o prywatnym życiu zastępcy dyrektora. Na jego zawalonym papierami biurku nie było rodzinnych zdjęć, w jego gabinecie nie znalazłoby się nic, co by cokolwiek sugerowało. Wiedziała, że Cunningham jest żonaty, chociaż nie poznała jego żony. Nie znała nawet jej imienia. Nie zapraszano ich na te same przyjęcia z okazji Bożego Narodzenia. Zresztą Maggie nie uczestniczyła w podobnych imprezach.

Życie osobiste Cunninghama pozostało więc jego prywatną sprawą. Maggie brała z niego przykład także pod tym względem. Na jej biurku nie stały żadne fotografie, podczas sprawy rozwodowej ani razu nie wspomniała o niej w pracy. Niewielu kolegów wiedziało, że w ogóle była mężatką. Oddzielała życie prywatne od zawodowego. Nie mogło być inaczej. Jej były mąż, Greg, upierał się, że to właśnie jeden z powodów ich rozstania.

– Jak można twierdzić, że się kogoś kocha i ukrywać to przed światem?

Nie miała na to odpowiedzi. Nie potrafiłaby mu tego wyjaśnić. Czasami czuła, że nie jest nawet dobra w tym szeregowaniu i szufladkowaniu poszczególnych części składowych swojego życia. Wiedziała za to, że ktoś, kto przygotowuje analizy zachowań przestępców i ich portrety psychologiczne, ktoś, kto na co dzień walczy ze złem, kto godzinami przenika umysły morderców, musi odseparować te fragmenty swojego życia od pozostałych, żeby się nie rozpaść. Brzmiało to jak wygodny oksymoron. Separować i dzielić, by pozostać całością.

Była ciekawa, czy Cunningham musi tłumaczyć takie rzeczy swojej żonie. Najwyraźniej szło mu o wiele lepiej niż jej. Kolejny powód, by przyjąć za swój jego zwyczaj niemówienia o pewnych sprawach.

Nie, Maggie nie znała imienia żony Cunninghama, nie wiedziała, czy szef ma dzieci, jakiej drużynie piłkarskiej kibicuje ani czy wierzy w Boga. I szczerze mówiąc, właśnie to w nim podziwiała. Im mniej ludzie o tobie wiedzą, tym mniejsze ryzyko, że cię zranią. To jeden ze sposobów na uniknięcie strat i zniszczeń. Maggie sporo ta wiedza kosztowała. Może nawet za dużo. Od rozwodu nikogo do siebie nie dopuszczała. Nie musiała oddzielać spraw prywatnych od zawodowych, jeśli prywatne nie istniały.

– Proszę zaczekać. – Cunningham złapał ją za nadgarstek, kiedy chciała ugryźć drugi kęs pączka.

Rzucił swojego pączka na blat biurka i wskazał na pudełko. Maggie spodziewała się zobaczyć karalucha czy coś równie obrzydliwego, tymczasem dojrzała róg białej koperty wsadzonej na dno pudełka. Przez otwór w pączku w kształcie obwarzanka widziała drukowane litery. Agenci mieli zwyczaj wysyłać sobie pączki z gratulacjami z rozmaitych okazji. A zatem w tej kopercie powinna znajdować się kartka, a koperta nie powinna wywołać tak nerwowej reakcji.

– Czy ktoś wie, od kogo są te pączki? – spytał głośno Cunningham, by wszyscy go słyszeli. W jego głosie nie było jednak niepokoju, który Maggie dostrzegła w jego oczach.

Kilka osób wzruszyło ramionami, kilka mruknęło, że nie wie. Wszyscy byli zajęci pracą. To nie byli ludzie nieśmiali, każdy z nich chętnie by się przyznał, gdyby chodziło o niego. Ale człowieka, który przyniósł pączki, już tam nie było. Lewa powieka Cunnighama zadrżała, kiedy sobie to uświadomił.

Wyjął pióro z górnej kieszonki i ostrożnie wysunął kopertę spod pączka. Maggie też wydało się podejrzane, że ktoś schował kopertę na samym dnie pudełka, gdzie można ją było znaleźć dopiero po zjedzeniu większości pączków. Poczuła w ustach kwaśny smak. Zjadła tylko kęs, powiedziała sobie. Potem natychmiast się zastanowiła, ilu z jej kolegów pochłonęło już pozostałe pączki.

– Czasami jakiś dział przysyła nam pudełko z kartką z gratulacjami – zauważyła z nadzieją, że jej wyjaśnienie okaże się prawdą.

– To nie wygląda jak zwykła kartka z gratulacjami.

Cunningham chwycił róg koperty kciukiem i palcem wskazującym. Znajdował się na niej napis: Dla Pana Agenta F.B.I., na samym środku, drukowanymi literami, które wyglądały, jakby napisał je uczeń pierwszej klasy.

Cunnigham położył kopertę delikatnie na biurku, a potem się odsunął i rozejrzał znów po pokoju. Kilku agentów czekało na windę. Sekretarka Cunninghama, Anita, podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu. Nikt nie zwrócił uwagi na zaniepokojony wzrok szefa. Kropelki potu nad jego górną wargą świadczyły o rosnącej panice.

– Wąglik? – spytała cicho Maggie.

Cunningham potrząsnął głową.

– Nie jest zaklejona.

Odezwał się dzwonek windy, przyciągając uwagę ich obojga. Ale tylko na moment.

– Za płaska, żeby był tam środek wybuchowy – zauważyła Maggie.

– Na pudełku też nic nie ma.

Zdała sobie sprawę, że zachowują się, jakby rozwiązywali niewinną krzyżówkę.

– A co z pączkami? – spytała w końcu Maggie. – Mogą być zatrute?

– Niewykluczone.

Wargi jej wyschły. Chciała wierzyć, że ich podejrzenia są nieuzasadnione. Może jacyś agenci spłatali im figla. Co zresztą jest bardziej prawdopodobne niż fakt, że terrorysta dostał się do Quantico, i to na dodatek aż do ich wydziału.

Cunningham otworzył kopertę, ledwie dotykając jej nożem. Chwytając znów za róg, wyjął ze środka kartkę. Złożono ją na pół, a potem założono jeszcze wzdłuż brzegów jakieś pół centymetra.

– Tak robią farmaceuci – powiedziała Maggie, a żołądek znowu podskoczył jej do gardła.

Cunningham skinął głową. Zanim pojawiły się zmyślne plastikowe opakowania, farmaceuci mieli zwyczaj pakować leki w biały papier, który odpowiednio składali i zaginali na brzegach, by tabletki czy proszek nie wypadły. Maggie dowiedziała się tego, rozpracowując sprawę wąglika. Teraz zastanawiała się, czy nie pospieszyli się z otwarciem koperty.

Cunningham podniósł złożoną kartkę, starając się dojrzeć, co jest w środku. Nie dopatrzyli się jednak żadnego proszku. Maggie widziała tylko te same drukowane litery, które znajdowały się na kopercie. Przypominały jej pismo dziecka.

Przy pomocy pióra Cunningham rozłożył kartkę. Zdania były krótkie i proste, po jednym w linijce. Duże drukowane litery krzyczały:

NAZWIJCIE MNIE BOGIEM

DZISIAJ NASTĄPI ATAK

NA ELK GROVE 13949

O 10 RANO

NIE CHCIAŁBYM ŻEBY WAS TO OMINĘŁO

JESTEM BOGIEM

PS. WASZE DZIECI NIGDY I NIGDZIE

NIE BĘDĄ BEZPIECZNE.

Cunningham spojrzał na zegarek, a potem przeniósł wzrok na Maggie i spokojnym głosem oświadczył:

– Potrzebujemy oddziału pirotechników i brygady antyterrorystycznej. Spotkamy się na zewnątrz za piętnaście minut. – Po czym odwrócił się i ruszył do gabinetu, jakby codziennie wydawał tego rodzaju polecenia.

ROZDZIAŁ 3

Reston, Wirginia

R.J. Tully nacisnął na hamulec, a wtedy za nim rozległ się pisk opon samochodów. Reakcja łańcuchowa. Kierowca yukona, który zajechał mu drogę, pokazał mu środkowy palec, zanim zdał sobie sprawę, że będzie musiał zatrzymać się na światłach.

– To nie moja wina – odezwała się Emma, córka Tully’ego, z siedzenia pasażera. Obiema rękami ściskała kubek cafe latte ze Starbucka, na szczęście zakryty pokrywką, więc nic się nie wylało.

Tully zerknął na kawę, którą zostawił w miejscu przeznaczonym na kubek, bez pokrywki, którą wcześniej zdjął, by nalać śmietankę. Zresztą nie znosił pić z kubków z pokrywkami. Ale może przekona się do nich, jak już wysprząta samochód. Wszystko wokół było zalane kawą, z jego spodniami włącznie.

– Czy ja mówię, że twoja? – spytał, nie spuszczając wzroku z kierowcy yukona, który obserwował go we wstecznym lusterku.

Czyżby prowokował Tully’ego do wyścigu? Któregoś dnia z wielką przyjemnością wyciągnie odznakę FBI i pomacha nią przed nosem takiemu idiocie jak ten. Zwłaszcza teraz chętnie by to zrobił, kiedy facet utknął na światłach razem z samochodami, którym zajechał drogę.

Tully zerknął na Emmę, która siedziała w milczeniu. Patrzyła przez boczne okno, popijając kawę.

– Czemu tak powiedziałaś? – spytał.

– Spóźnisz się do pracy, bo musisz mnie podwieźć. – Wzruszyła ramionami, nie odwracając się. – Spieszysz się, ale to nie moja wina, że jesteś spóźniony.

– Ten palant zajechał mi drogę – rzekł Tully, o mały włos nie dodając, że nie ma to nic wspólnego z faktem, iż on się spieszy. No i, rzecz jasna, to nie jego wina.

Na szczęście ugryzł się w język. Kiedy znowu zaczęli się o wszystko obwiniać? On i jego była żona stale to robili, ale dopiero w tym momencie uprzytomnił sobie, że tę samą grę prowadzi z córką. Jakby mieli to zapisane w genach, tę odruchową reakcję na zewnętrzne bodźce.

– To nie twoja wina, Słodki Groszku – oznajmił Tully. – Wiesz, że chętnie podrzucę cię do szkoły. Ale cieszyłbym się też, gdybyś mnie wcześniej uprzedziła, że masz taką potrzebę.

– Andrea zachorowała. Wiedziałeś o tym tak jak ja. – Spojrzała na niego wyzywająco.

Tully nie połknął haczyka, nie dał się sprowokować. Emma zadowolona poprawiła długie jasne włosy, które wciąż wpadały jej do oczu. „Taka moda”, mówiła mu za każdym razem, kiedy zwracał jej uwagę. Miała piękne błękitne oczy, nie powinna ich zasłaniać. Nie powiedział jednak ani słowa na ten temat, bo Emma przewróciłaby tylko oczami i westchnęła.

Zapaliło się zielone światło. Tully zdjął nogę z hamulca i powoli ruszył. Miał sztywny kark, ale może to wcale nie przez tego chamskiego kierowcę yukona. Nie układa im się z Emmą. Była w ostatniej klasie. Nieustannie mu przypominała, że żyje w wielkim stresie, ale Tully widział, że interesują ją tylko przyjemności, włóczenie się po centrum handlowym albo wypady do kina z koleżankami.

Irytował go jej niefrasobliwy stosunek do nauki, jej kiepskie oceny i podejście do dalszej edukacji. Kładł na jej biurku stosy katalogów z informacjami o rekrutacji do college’ów, ona zaś zakrywała je egzemplarzami „Bride” i „Glamour”, bardziej przejęta faktem, że zostanie druhną na ślubie swojej matki niż zdobyciem stypendium do college’u.

Czasami bardzo przypominała mu Caroline. Na dodatek z wiekiem stawała się coraz bardziej podobna do matki: jasna karnacja, blond włosy, szafirowe oczy, które niemal instynktownie wiedziały, jak nim manipulować. Po Tullym odziedziczyła chyba tylko szczupłą figurę i wzrost.

Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie po tym ślubie. Został tylko tydzień. Może jakoś to przeżyje. Podniecenie córki z powodu ślubu matki nie stawało mu ością w gardle wyłącznie dlatego, że Emma lekceważyła edukację. Wiedział to sam, bez pomocy Freuda.

Nie zazdrościł Caroline, że wychodzi za mąż. Nie chodziło też o ich rozwód, który miał miejsce tak dawno temu, że musiał się porządnie zastanowić, by powiedzieć, ile to już lat. Nie, chodziło o dojmujące poczucie, że traci córkę, bardziej zainteresowaną nowym życiem Caroline.

Tuż po rozwodzie Caroline odesłała do niego Emmę, bo nie chciała, by cokolwiek przypominało jej o przeszłości. Tak w każdym razie Tully to zapamiętał. Teraz wszyscy żyli tym nieszczęsnym ślubem, oczekując, że Tully nadal będzie się wysilał, jako odwieczny gwarant stabilności. Złościło go, że był tak niezawodny i godny zaufania, iż nikomu nawet nie przyszło do głowy, by mogło być inaczej.

Zerknął nerwowo na zegarek. Niezawodny, godny zaufania i spóźniony. Ale tylko on się tym przejmował, w każdym razie jeśli chodzi o spóźnienie. Kiedy zadzwonił do szefa i uprzedził go, że się spóźni, wyczuł w głosie Cunninghama zniecierpliwienie, jakby uważał tę informację za zbędną.

– Nie musi tak być – powiedziała Emma, przywracając go do teraźniejszości.

Odgarnęła włosy z oczu, odwrócona do niego, i patrzyła na niego wzrokiem pełnym nadziei, jak mała dziewczynka, która chce, by wszystko dobrze się układało. W ciągu minionych czterech lat wiele razem przeszli. Emma miała rację, to nie musi się skończyć wzajemną niechęcią. I znowu to ona wykazuje się rozsądkiem. To ona sprowadza go na właściwą drogę i przypomina, co jest naprawdę ważne. Nie, nie muszą się kłócić ani oskarżać się nawzajem. Z radością zaakceptował pakt pojednania.

Westchnął i uśmiechnął się do niej, wjeżdżając na krawężnik przed budynkiem szkoły. Zanim jednak przyznał jej rację i powiedział, że ją kocha, Emma się odezwała:

– Nie musiałabym być uzależniona od Andrei, gdybyś kupił mi samochód. Wtedy byłoby mi o wiele łatwiej i wygodniej.

Więc o to chodzi. Tully starał się nie okazać rozczarowania, podczas gdy Emma wyciskała całusa na jego policzku. Wyskoczyła z samochodu jak strzała, z plecakiem w jednej ręce i latte w drugiej, przekreślając wszelkie nadzieje na pojednanie, jakie żywił.

ROZDZIAŁ 4

Elk Grove, Wirginia

Maggie nie podobało się to, co zobaczyła. Dom wskazany w liście znajdował się w samym środku spokojnej okolicy zadbanych bungalowów, otoczonych potężnymi dębami i starannie utrzymanymi podwórkami. Tak wygląda każde przedmieście w tym kraju. Dlaczego wybrał akurat to miejsce?

Na podjeździe stał czerwony rower z ozdobnymi chwastami na kierownicy. Dwa domy dalej siwowłosy mężczyzna grabił liście. Półciężarówka stała zaparkowana na końcu ulicy, gdzie jakaś kobieta szła chodnikiem i wskazywała drogę dwóm mężczyznom z sofą.

Nie, Maggie bardzo się to nie podobało.

Po co ktoś miałby podkładać bombę na tym sennym przedmieściu? I to o poranku, kiedy w domu są tylko dzieci w wieku przedszkolnym i ich opiekunowie, oraz emeryci?

Czy to właśnie miał na myśli, pisząc: Wasze dzieci nigdy i nigdzie nie będą bezpieczne?

Może terrorysta chce im coś powiedzieć, wybierając za cel niewinnych i bezbronnych? Czy pragnie dać im do zrozumienia, że nie zna żadnych ograniczeń, nie ma skrupułów? Że może zaatakować w każdym miejscu? W końcu są w stanie wzmocnić kontrole na lotniskach, w metrze i na dworcach, ale nie mają możliwości patrolowania wszystkich zamieszkałych peryferii stolicy.

– Coś mi tu śmierdzi – oznajmił Cunningham.

Siedzieli w białej furgonetce z pomarańczowo-niebieskim logo firmy hydraulicznej, które wyglądało na autentyczne. W środku trzech techników FBI stukało w klawisze i obserwowało monitory zamontowane na ścianach, pokazujące interesujący ich dom z czterech różnych stron. Kamery przekazujące obrazy umieszczono na hełmach członków brygady antyterrorystycznej, którzy skierowali się właśnie w tamtą stronę. Z tyłu parkowała druga taka sama furgonetka. Przecznicę dalej stała furgonetka usług komunalnych, gdzie czekał oddział pirotechników.

Maggie obciągnęła żakiet w fioletowe kwiaty, pod którym świetnie mieściła się kamizelka kuloodporna. Znalazła go w jednej z szaf wydziału, gdzie wisiały rozmaite dziwaczne ubrania, przydatne w podobnych okolicznościach. Jej marynarka w kolorze miedzi mówiła: Uwaga, agent FBI puka do twoich drzwi, zaś ta kwiecista wzbudziłaby raczej przyjazne uczucia. O ile ktoś nie zauważyłby ukrytej pod nią broni.

Maggie poprawiła pas na ramieniu i smith wessona w kaburze. Inni agenci przed laty zamienili go na glocka, ale Maggie pozostała wierna swojemu pierwszemu rewolwerowi. W takich sytuacjach jak ta nie mogła uciec od myśli, że rodzaj broni kompletnie nie ma znaczenia. Kamizelka kuloodporna także nie robi wielkiej różnicy, zwłaszcza jeśli wdepnie się na materiał wybuchowy. Ktoś, kto wysyła oficjalne zaproszenie oficerom służb bezpieczeństwa, robi to dlatego, że znajduje przyjemność w wysadzeniu kilku z nich w powietrze.

Cunningham przedsięwziął wszelkie możliwe środki ostrożności. Niestety ewakuacja wszystkich okolicznych domów nie wchodzi w rachubę. Poza tym czas ucieka.

Maggie zerknęła na zegarek: dziewiąta czterdzieści sześć. Raz jeszcze bacznie zlustrowała okolicę, a przynajmniej to, co widziała przez przyciemnioną szybę tylnego okna.

Pewnie gdzieś tu jest.

Obserwuje i czeka.

Przypuszczalnie ma przy sobie detonator.

– A ta ciężarówka do przewozu mebli? – spytała Maggie.

– To byłoby zbyt proste – stwierdził Cunningham, nie odrywając wzroku od monitorów.

– Czasami to, co wydaje się normalne, staje się niewidzialne.

Zerknął na nią. Przez sekundę myślała, że popełniła błąd, cytując mu jego własne słowa. Przeniósł spojrzenie z powrotem na monitory, ale dotknął palcem miniaturowego mikrofonu przypiętego do klapy i powiedział:

– Sprawdźcie ten samochód od przeprowadzek.

W ciągu kilku sekund agent ubrany w jasnobrązowy kombinezon z logo firmy hydraulicznej wysiadł ze stojącej za nimi furgonetki. Podszedł do meblowozu i porównywał numery na domach z tym, co miał zapisane na kartce w lewej ręce. Rozmawiał właśnie z kierowcą meblowozu, kiedy Cunningham wskazał na inny monitor, niczym zniecierpliwiony szachista czekający na kolejny ruch przeciwnika.

– Czy widać już wnętrze domu? – spytał technika, który bez przerwy stukał w klawiaturę.

Maggie obserwowała ciężarówkę przewożącą meble, od czasu do czasu spoglądając na monitor, w który wpatrywał się Cunningham. Gdzieś za tym domem znajduje się jeden z członków brygady antyterrorystycznej, który ma na głowie hełm z kamerą termowizyjną. Detektor promieniowania podczerwieni wyczuwa ciepło ludzkiego ciała, potrafi odróżnić sofę od człowieka na sofie. Obiekty ciepłe pokazuje jako białe, zimne jako czarne. Wszystko o temperaturze powyżej dwustu stopni Celsjusza na obrazie jest czerwone. Straż pożarna używa takich kamer do odnalezienia ofiar pożarów w wypełnionych dymem budynkach. Tym razem liczyli na to, że dowiedzą się, ile osób – ofiar, zakładników czy terrorystów – czeka na nich w środku.

– Niewielkie źródło ciepła w pierwszym pokoju – rzekł technik, wskazując na ekran, gdy pierwsza plama zaświeciła na biało. Kilka sekund później wpisywał współrzędne drugiego źródła ciepła. – Może to sypialnia. Ta osoba leży.

Czekali. Cunningham wyglądał zza ramienia technika, przesuwając okulary na czoło. Maggie siedziała z tyłu, skąd widziała także pozostałe monitory i meblowóz. Agent pomachał do kierowcy na pożegnanie, ale jeszcze raz obszedł samochód i zajrzał do otwartej części bagażowej, udając, że nadal sprawdza okoliczne adresy.

– To wszystko? – spytał w końcu Cunningham technika. – Tylko dwa źródła ciepła?

– Na to wygląda.

Cunningham wyjrzał przez okno, a potem, zapinając marynarkę, spojrzał na Maggie. Podniszczoną tweedową marynarkę wypożyczył z tej samej szafy, z której pochodził jej kwiecisty żakiet.

– Gotowa? – spytał, sięgając po plik ulotek i poprawiając glocka.

Maggie skinęła głową i po raz ostatni zlustrowała okolicę.

– Gotowa – odrzekła, po czym wysiadła z furgonetki.

ROZDZIAŁ 5

Waszyngton

Artie zostawił SUV-a na publicznym parkingu, gdzie rządowa rejestracja nie przyciągała uwagi. Szybko się uczył i nie chciał zawalić sprawy przez opłatę na parkingu czy wykroczenie drogowe. Jak Ted Bundy. Temu gościowi liczne morderstwa uszły na sucho, uciekł z więzienia, a wkrótce potem kazali mu zjechać na pobocze, kiedy po pierwszej w nocy pruł volkswagenem szosą w Pensacoli na Florydzie. Bystremu gliniarzowi pomarańczowy garbus wydał się podejrzany, a kiedy sprawdził numery rejestracyjne, okazało się, że samochód został skradziony w Tallahassee.

Artie wiedział już takie rzeczy. Znał te banały na temat morderców. Uczył się na ich błędach. Rozumiał, że nie należy zwracać na siebie uwagi. A zatem zaparkował SUV-a i dalej szedł piechotą. Nie miał nic przeciwko temu. Był w dobrej formie, chociaż wcale nie ćwiczył. Żywił się głównie jedzeniem z fast foodów, od czasu do czasu przerzucając się na coś nowego. Hotel znajdował się zaledwie parę przecznic dalej. Dotarł tam w momencie, kiedy pasażerowie wsiadali do autokaru wycieczkowego. Idealnie trafił.

Już dwa razy wybrał się na zwiedzanie autobusem parku stanowego Washington Monument. W ten prosty sposób powiększał swą kolekcję. Podczas kilkunastokilometrowej wycieczki był w stanie uzyskać DNA od ludzi z całego kraju. Ostatnim razem udało mu się nawet zdobyć długi rudy włos należący do kobiety ubranej w koszulkę drużyny Seattle Seahawk.

Kierowca wziął od niego bilet, a Artie wybrał miejsce przy przejściu, naprzeciwko pary w średnim wieku. Kiedy go pozdrowili, natychmiast stwierdził, że są z północnego wschodu, może nawet z New Hampshire. Lubił się tak zabawiać, dopasowywać dialekt to konkretnego miejsca.

– Skąd jesteście? – spytał przyjaznym tonem, na który trudno nie odpowiedzieć.

– Z Hanoveru, w New Hampshire – odparła zgodnie para.

Uśmiechnął się i skinął głową zadowolony.

– A pan?

– Z Atlanty – odparł. Zawsze podawał nazwę jakiejś wielkiej metropolii, by nikt nie oczekiwał, że zna czyjąś ciotkę czy kuzyna. Potem otworzył swą broszurę i zakończył rozmowę. Zresztą tylko tyle chciał wiedzieć, zaspokoił ciekawość, by przekonać się, czy się nie myli.

Para naprzeciwko także zamilkła, chociaż dałby głowę, że mieliby ochotę na dłuższą pogawędkę. Potrafił wcielać się w rozmaite postaci. Kiedy chciał, był niezwykle ujmujący, a wtedy nie brakowało mu partnerów do rozmowy. To było dobre ćwiczenie. Czasami wymyślał kłamliwe odpowiedzi, zanim jeszcze usłyszał pytanie. Ale tego dnia nie był w nastroju. Inne sprawy wymagały jego uwagi.

Zerknął na zegarek. Za kilka minut FBI zaleje przedmieścia, spodziewając się bomby, a on będzie wiele kilometrów dalej. Artie uważał swój plan za doskonały, choć nie brał w nim bezpośredniego udziału. Wyobrażał sobie rutynowe działania, oddział antyterrorystyczny i pirotechników w akcji. Tyle że nie będą ani trochę przygotowani na to, co tam zastaną. Myślą tak schematycznie. Fakt, że nie dostrzegają swych słabości, jest dodatkowym smaczkiem tego, co się wydarzy.

Położył plecak na puste miejsce obok siebie. Zwykle to zniechęcało nieudaczników, którzy wybierali się na wycieczkę sami, by poderwać inną samotnie podróżującą ofiarę losu. A skoro mowa o ofiarach, właśnie jedna z nich szła przejściem między siedzeniami. Artie znał ten rozbiegany wzrok, szukający bliźniego, by szybko zająć miejsce. Kobieta miała na sobie fioletową koszulkę z wyhaftowanymi motylami i sprane niebieskie dżinsy. Niosła dużą czarną torbę, w zasadzie worek. Artie uniknął kontaktu wzrokowego, gdy spojrzała w jego kierunku, otworzył broszurę i udawał, że lektura go wciągnęła, chociaż znał ją na pamięć.

Kobieta usiadła na fotelu przed nim. W szybie widział, jak położyła torbę na kolanach i zaczęła w niej grzebać. Wkrótce usłyszał dźwięk obcinacza do paznokci i pomyślał, że musiała dać ujście rozgorączkowaniu, nad którym dotąd panowała.

Jakie to prostackie. Co się stało z dobrymi manierami? Ludzie czeszą włosy w miejscach publicznych, drapią się w intymne miejsca, wycierają nos albo obcinają paznokcie. Oczywiście, on w istocie to lubił, gdyż uczył się wykorzystywać ich fatalne nawyki i obracać je na swoją korzyść. Wyjął chusteczkę z plecaka i przypadkiem upuścił broszurę. Kiedy ją podnosił jedną ręką, przetarł podłogę chusteczką, złożył ją i wcisnął do plecaka. Nikt niczego nie zauważył, nikt też się nie zorientował, że podniósł z podłogi obcięty czubek paznokcia. Potem usiadł prosto, zadowolony. Wycieczka się jeszcze nie zaczęła, a on już odniósł mały sukces, zdobywając pomoce naukowe. Po raz kolejny spojrzał na zegarek. Tak, to będzie dobry dzień. Bardzo udany.

ROZDZIAŁ 6

Elk Grove, Wirginia

Maggie trzymała rękę pod połą żakietu, ściskając smith wessona, kiedy drzwi się otworzyły. To musi być albo pomyłka, albo fantastyczna pułapka. Dziewczynka, która stała w progu, miała cztery, najwyżej pięć lat.

– Czy mama jest w domu? – spytał Cunningham.

Maggie nie usłyszała cienia zdziwienia w jego głosie. Mówił łagodnym tonem, jak mężczyzna, który miał kiedyś takie małe dzieci.

Tymczasem Maggie lustrowała wzrokiem wnętrze. Jej uwagę przyciągnął głośno grający telewizor, a poza tym poduszki, brudne talerze i rozrzucone zabawki. Panował tam bałagan, ale nie na skutek jakiegoś wrogiego działania, tylko niechlujstwa gospodarzy.

Dziewczynka też wyglądała na zaniedbaną. W kącikach jej warg widniały okruchy pieczywa z masłem orzechowym i marmoladą. Odgarnęła z oczu potargane włosy, by ich lepiej widzieć. Miała na sobie różową piżamę z postaciami z kreskówek, które teraz pokrywały plamy.

– Sprzedajecie coś?

Maggie była pewna, że dziewczynka często zadawała to pytanie. Pewny głos, na czole zmarszczka niezadowolenia.

– Nie, kochanie, niczego nie sprzedajemy – odparł Cunningham. – Chcielibyśmy tylko porozmawiać z twoją mamą.

Dziewczynka obejrzała się przez ramię, co świadczyło, że matka jest w domu.

– Jak ci na imię? – spytał Cunningham, podczas gdy Maggie zbliżyła się do wejścia.

Widziała teraz dwoje drzwi. Jedne były otwarte i prowadziły do łazienki. Drzwi na prawo były zamknięte. Pamiętała z ekranu monitora, że drugie źródło ciepła znajdowało się po przeciwnej stronie.

– Nazywam się Mary Louise, ale chyba nie wolno mi z wami rozmawiać.

Dziewczynka patrzyła na Maggie rozkojarzona. Maggie nie znajdowała z dziećmi wspólnego języka tak łatwo jak Cunningham, a dzieci to wyczuwają. Zupełnie jak psy. Pies zawsze potrafi wyczuć osobę, która go nie lubi, po czym zwraca się właśnie ku niej, jakby chciał zdobyć jej względy. Maggie dawała sobie radę z psami. O dzieciach nie miała zielonego pojęcia.

W mikrofonie w prawym uchu usłyszała szept jednego z techników FBI.

– Dziewięć minut.

Zerknęła na Cunninghama. Dotknął ucha, by dać jej znak, że on też to usłyszał. Czas uciekał. Instynkt podpowiadał Maggie, że powinna wziąć dziewczynkę na ręce i wyjść z domu.

– Czy mama śpi, Mary Louise? – Cunningham wskazał na zamknięte drzwi.

Wzrok Mary Louise powędrował za jego ręką. Maggie minęła ją i ruszyła do pokoju.

– Nie czuje się dobrze – wyznała dziewczynka. – Mnie też boli brzuszek.

– Och, tak mi przykro. – Cunningham położył rękę na głowie dziewczynki, odciągając jej uwagę od Maggie.

Maggie ostrożnie weszła do pokoju. Miała przed sobą egzemplarze magazynu „People” rozłożone na małym stoliku, drażetki M&M rozrzucone na dywanie, plastikowy krzyżyk na ścianie. Szukała kabli. Nadstawiała uszu, by w jazgocie telewizyjnej kreskówki usłyszeć jakikolwiek podejrzany dźwięk. Wciągnęła powietrze nosem, sprawdzając, czy nie wyczuje siarki.

– Może będę mógł pomóc tobie i twojej mamie – rzekł Cunningham do dziewczynki, która podniosła na niego wzrok i skinęła głową.

Maggie zauważyła, że dziewczynka za chwilę wybuchnie płaczem. Już przygryzała dolną wargę, powstrzymując łzy. Znała ten grymas z własnego dzieciństwa. I nie znosiła, kiedy dorośli stosowali ten głupi szantaż, mówiąc: „Duże dziewczynki nie płaczą”.

Tak czy owak, było jasne, że Cunningham zdobył zaufanie Mary Louise. Wzięła go nawet za rękę.

– Ona jest chyba bardzo chora – powiedziała Mary Louise, pociągając nosem i wycierając go ręką. Potem zaprowadziła Cunninghama do zamkniętych drzwi.

Wtedy Maggie usłyszała w uchu kolejny szept:

– Pięć minut.

ROZDZIAŁ 7

Quantico, Wirginia

R.J. Tully nie mógł uwierzyć, że spóźnił się do pracy tylko dlatego, że Emma nie miała jak dojechać do szkoły. Nie dopuszczał do siebie myśli, że zorganizowała to wszystko, by przekonać go, jak bardzo potrzebuje własnego samochodu. Nie chciałby, żeby jego siedemnastoletnia córka była taką manipulatorką. I oczywiście nie zamierzał jej ulec. Samochód to ogromna odpowiedzialność. Tully pracował przez trzy lata – zaczynając w wieku piętnastu lat – zanim mu pozwolono, a raczej nim go było stać na posiadanie własnych czterech kółek. Nie miał także ochoty darować Emmie sporej niezależności, jaką daje samochód. Powinna na to zasłużyć, chociaż nie potrafiłby powiedzieć, czym miałaby się wykazać, jak mu udowodnić, że jest tego warta.

– Ile było tych pączków? – Monotonny głos Keitha Ganzy przerwał rozważania Tully’ego i przywrócił go do rzeczywistości, którą było w tej chwili laboratorium FBI.

Spóźnił się do pracy, więc na jego głowę spadło zajęcie się dowodami. Tak trafił do otoczonego szklanymi ścianami miejsca pracy Ganzy.

– Nie wiem – odparł Tully. – Co za różnica?

– Jest różnica, jeżeli przy nich majstrowano. – Kościsty przygarbiony Ganza stał pochylony nad środkowym blatem, rozprawiając się z lukrowanym pączkiem.

Może z Tullym było coś nie tak, bo niezależnie od tego, czy pączek czymś nafaszerowano, czy też nie, na jego widok ciekła mu ślinka. Na śniadanie wypił tylko kawę, zresztą większość tej kawy wylała się w samochodzie, a do lunchu pozostały jeszcze dwie godziny. Przeniósł wzrok na dwóch pracowników laboratorium w białych fartuchach, którzy siedzieli za oszkloną ścianą po drugiej stronie korytarza. Tully nie znosił swojego klaustrofobicznego pokoju, cztery piętra pod poziomem zero, a równocześnie miał świadomość, że nie potrafiłby pracować w pomieszczeniu, gdzie byłby stale na widoku. Laboratorium – zwane „bio-westybulem” – było tak naprawdę sterylną szklaną kabiną z metalowym ustrojstwem, probówkami na tacach i mikroskopami połączonymi z komputerami. Lukrowany pączek na tacy z nierdzewnej stali nie pasował do tego otoczenia.

– Pączków nie dostarczają, prawda? – spytał Tully, myśląc głośno.

Ganza spojrzał na niego jasnoniebieskimi oczami znad wąskich okularów, które zsunęły się na koniec jego orlego nosa. Przypominał Tully’emu przyjazną wersję szalonego naukowca albo wysokiego stracha na wróble w czapce bejsbolówce bostońskich Red Soxów. Rzedniejące siwe włosy Ganzy sterczały spod czapki nad jego słusznej wielkości uszami. Twarz miał pobrużdżoną i wymizerowaną, czoło pomarszczone. Rzucił Tully’emu spojrzenie mówiące: „Chyba żartujesz”, ale nigdy by tego nie powiedział. Idiotyczne pytania nieraz pomogły rozwikłać jakąś sprawę.

– W mieście pewnie dostarczają, ale w Quantico? Raczej nie.

– Sprawdzamy wszystkich, którzy dzisiaj wchodzili do budynku i z niego wychodzili. Dotąd niczego nadzwyczajnego nie znaleźliśmy – rzekł Tully. Zauważył, że pudełko było z białego kartonu, bez żadnego znaku firmowego. – Z listu wynika, że pączki miały być tylko straszakiem, a nie prawdziwym zagrożeniem.

– Nigdy nie wiadomo. – Ganza wsypał do probówki okruchy pączka.

Ganza był niczym skomplikowana

maszyneria, więcej w nim było naukowca niż oficera służb. Nie mówił, co trzeba zrobić, tylko sam brał się do dzieła, nie biorąc pod uwagę przypadku, szczęścia czy hipotez. Dla Ganzy dowód mówił sam za siebie. Nie stanowił rekwizytu służącego udokumentowaniu jakiejś wcześniej rozwiniętej historii czy teorii.

Nalał przezroczysty płyn do probówki, zamknął ją gumowym korkiem i zaczął nią potrząsać. Tully przyglądał się Ganzie, który kołysał się do przodu i do tyłu, mieszając zawartość próbówki niemal tak, jak kołysze się do snu dziecko. Tully starał się nie myśleć o postaci Icaboda Crane’a, bo wybuchnąłby śmiechem. Ależ ranek!

Kiedy Tully’emu zaburczało w brzuchu, Ganza spojrzał na niego, unosząc brwi. Potem obaj przenieśli wzrok na blat, gdzie leżały pozostałe w pudełku pączki.

– W lodówce jest kanapka z tuńczykiem. Możesz sobie wziąć połowę – zaproponował Ganza, kiwając głową w stronę lodówki w rogu, gdzie, jak wiedział Tully, przechowywano też rozmaite próbki i wycinki. Tkanki i krew. Oczywiście wszystko szczelnie zamknięte, pewnie nawet na osobnej półce, ale dla Tully’ego i tak za blisko.

– Nie, dzięki – odparł, starając się, żeby w jego głosie nie było słychać obrzydzenia.

Widział, jak Ganza i Maggie konsumowali coś w przerwie między różnymi testami. W jego obecności podczas autopsji Maggie jadła śniadanie. Tully nie przekroczyłby tej granicy, postrzegał ją jako ostatni bastion swoich dobrych manier. Już niewiele granic pozostało do przekroczenia w tej robocie, tak w każdym razie tłumaczył się kolegom. A przede wszystkim już sam pomysł spożywania posiłku, kiedy tuż obok znajduje się krew i wnętrzności ofiary zbrodni, przyprawiał go o dreszcze.

Wciąż myślał o swoim pustym żołądku, biorąc do ręki dwie foliowe torebki. W jednej znajdowała się kartka, w drugiej koperta. Biały gładki papier sprzedawano właściwie wszędzie, od sklepów z artykułami biurowymi po Wal-Mart. Atrament niewątpliwie okaże się tym samym atramentem, który znajduje się niemal w każdym piórze. Facet nie zakleił koperty, więc nie została na niej jego ślina, a tym samym nie ma szansy na zdobycie jego DNA.

Przed przyjściem do Ganzy Tully zadzwonił do George’a Sloane’a. Od czasu sprawy z wąglikiem z jesieni 2001 roku Sloane był ulubionym specjalistą Cunninghama od analizy dokumentów. Tully reprezentował pogląd, że skuteczność kryminalistycznego badania dokumentów zależy przede wszystkim od szczęścia. Mimo to uznał, że nie zaszkodzi, jeśli Sloane użyje swojej magii. Jego zdaniem wkład Sloane’a w rozwiązanie sprawy da się porównać do działania wudu. Miał też świadomość, że wiele osób podobnie myśli o portrecie psychologicznym sprawcy. W obu przypadkach sukces zależy od rozpoznania umysłu zbrodniarza, który nigdy nie jest tak przewidywalny, jak by pragnęli.

Ganza odłożył probówkę i znów zaczął grzebać w pudełku. Długimi metalowymi szczypcami chwycił coś mikroskopijnej wielkości i włożył to do foliowej torebki na dowody rzeczowe. Przesunął wyżej okulary i ponownie zanurkował szczypcami w pudełku. Nagle coś go zaabsorbowało.

– To może być jego – rzekł, pokazując Tully’emu mniej więcej półcentymetrowy czarny włos ściśnięty w kleszczach.

Tully się skrzywił. Zupełnie stracił ochotę na pączki.

Ganza położył włos na szkiełku i wsunął je pod mikroskop.

– Jest dość korzenia, żeby określić DNA. – Zmienił ostrość, pochylony nad okularem. – Na pierwszy rzut oka powiedziałbym, że nie należy do rasy kaukaskiej.

– To może być włos jakiegoś klienta albo cukiernika – rzekł Tully.

Ponownie spojrzał na list i kopertę.

– Ile osób może wiedzieć, jak się zagina kartkę w taki sposób, jak robili to kiedyś farmaceuci, pakując leki?

– Mógł o tym gdzieś przeczytać. Chciał się popisać – odpowiedział Ganza.

Tully uniósł wyżej kopertę i kartkę, by prześwietlić je laboratoryjnym światłem fluorescencyjnym. I wtedy, w rogu tylnej części koperty, dostrzegł ledwo widoczny ślad. Czasami nie trzeba nawet technika kryminalistycznego, który zajmuje się dokumentami, by coś takiego wytropić.

– Chyba coś tu mamy – oznajmił, trzymając foliową torebkę pod światło.

Czekał, aż Ganza zostawi mikroskop i obejdzie stół.

– Sukinsyn – rzucił Ganza, zanim Tully wskazał delikatny ślad. – Ale na pewno nie chciał tego tu zostawić.

ROZDZIAŁ 8

Elk Grove, Wirginia

Maggie starała się, by Mary Louise nie zobaczyła smith wessona, którego ściskała w dłoni. Cunningham lekko pchnął dziewczynkę za siebie, osłaniając ją przed tym, co mogą znaleźć, cokolwiek by to było.

– Przy wejściu od frontu jest wsparcie – usłyszała Maggie przez słuchawkę w uchu. – Oddział pirotechników bada teren przed domem. Są gotowi do wejścia. Wychodzicie?

Maggie spojrzała na Cunninghama.

– Nie – rzekł ledwie słyszalnie, uśmiechając się równocześnie do Mary Louise. Dziewczynka właśnie mu opowiadała, że zjadła całą paczkę drażetek M&M, które bardzo lubi, i pewnie dlatego rozbolał ją brzuch.

Maggie wiedziała, że nie zostało im wiele czasu. Dlaczego Cunningham się waha? Raz po raz obejmował wzrokiem framugę drzwi. Trudno było tam dostrzec coś podejrzanego, w każdym razie po tej stronie drzwi. Cunningham przekrzywił głowę i nadstawił uszu. Trzymał się blisko ściany. Prawą rękę zacisnął na klamce, a lewą wyciągnął przed Mary Louise, jak policjant z drogówki, który powstrzymuje przechodnia.

Gdyby to była zasadzka, wyważyliby drzwi, wpadając do środka z wyciągniętą bronią. Ale podejrzenie, że istnieją tam materiały wybuchowe i ukryte pułapki, nakazywało działać z rozwagą i powoli. Maggie miała świadomość, że w tym momencie powinni ich zastąpić pirotechnicy.

Cunningham ani drgnął.

– Gotowa? – spytał Maggie.

Skinęła głową, a on otworzył drzwi.

Nie usłyszeli żadnego kliknięcia. Żadnego skwierczenia. Żadnego huku. Kompletnie nic.

Nic poza działającym na nerwy charkotem. Ktoś w tym pokoju ma problem z oddychaniem.

Mary Louise przemknęła obok nich, Cunningham nie zdołał jej powstrzymać. Rzuciła się na łóżko, na którym leżało coś, co wyglądało na kłąb zwiniętej pościeli. W sąsiednim pokoju zaroiło się od antyterrorystów, którzy poruszali się tak cicho, że nawet Maggie ledwie ich zauważyła.

– Mamusiu, mamusiu, ktoś przyszedł ci pomóc – zawołała śpiewnie dziewczynka.

Cunningham szybkim krokiem podszedł do łóżka, wziął dziewczynkę na ręce i przytulił ją do piersi. Potem jednak zamarł w pół kroku i odwrócił się do Maggie. W jego oczach dojrzała błysk paniki, chociaż odezwał się głosem jak zawsze spokojnym i opanowanym:

– Tu jest krew. – Zamilkł i raz jeszcze na nią zerknął. – Dużo krwi.

Maggie podeszła bliżej. Widziała tylko głowę kobiety, potargane włosy przyklejone do czoła. Kobieta z trudem łapała powietrze, przypominało to wręcz bulgotanie. Z jej ust i nosa krew tryskała na poduszkę. Na całym łóżku było pełno krwi. Ale Maggie nie dostrzegła żadnych ran.

Potem przypomniała sobie ostrzeżenie zamieszczone w liście. Zrozumiała, że jest za późno. Nie ma tu żadnej bomby. Żadnych materiałów wybuchowych.

– Chyba nie chodziło o atak, o jakim myśleliśmy – powiedziała. Zamiast ulgi, poczuła ból w żołądku.

– O czym pani mówi? – zapytał Cunningham, przytrzymując rzucającą się w jego ramionach dziewczynkę.

– Zamiast pirotechników powinniśmy byli przywieźć zespół z wydziału substancji niebezpiecznych. – Czuła, jak wszyscy wokół niej znieruchomieli.

W tej samej chwili Mary Louise zaczęła wymiotować. Czerwona i zielona treść żołądkowa zapaskudziła przód marynarki i koszuli Cunninghama. Wylądowała nawet na żakiecie Maggie.

– Chryste! – mruknął Cunningham, wycierając twarz.

ROZDZIAŁ 9

Quantico, Wirginia

R.J. Tully patrzył, jak Keith Ganza prześwietla kopertę aparatem ESDA. W dzieciństwie zamazywał ołówkiem stronę w notesie, na której odcisnęły się litery z poprzedniej, wyrwanej już kartki, by dowiedzieć się, co tam było napisane. Zdaje się, że nauczył się tego z powieści dla młodzieży „Encyclopedia Brown Boy Detective”. W wieku dziewięciu lat szalał na punkcie tej serii książek, na długo zanim dowiedział się, czym zajmuje się agent FBI. Ta lektura wywarła na niego spory wpływ. Dzięki niej uświadomił sobie, że lubi rozwiązywać zagadki. Żeby jeszcze Emma czytała cokolwiek poza „Bride” i „Glamour”! Nie miał pojęcia, czym ona w ogóle się interesuje. Chociaż gdyby pisanie i wysyłanie wiadomości tekstowych było wymaganą umiejętnością w jakiejś pracy, miałaby duże szanse na jej uzyskanie.

Zdumiewało go to uzależnienie młodego pokolenia od komputerów. Dzieciaki potrafiły odbierać e-maile i tworzyć portrety w MySpace, ale logika i pomysłowość, a nawet rozwiązywanie zagadek były im całkowicie obce. Obserwując Ganzę, Tully nie mógł się oprzeć myśli, że gdyby użył zwykłego tradycyjnego ołówka, zrobiłby to lepiej i szybciej. Wiedzieliby przynajmniej, czy jest czym zawracać sobie głowę. Ale kosztowny sprzęt nie niszczy dowodów. A to się liczy.

Ganza nastawił aparat, po czym wsunął kopertę między metalowe podłoże i przezroczystą folię Mylar. Kiedy był już gotowy, na foliową nakładkę nalał mieszankę tonera do fotokopiarek i maleńkich szklanych paciorków. Pod wpływem oddziaływań elektrostatycznych szklane paciorki zamoczone w tonerze przylegały do wgnieceń w papierze, pokrywały tuszem odciśnięty wzór czy litery. Tak przynajmniej rozumiał to Tully. Kiedy obraz stanie się widoczny, będą mogli zrobić zdjęcie i je powiększyć.

Czasami odkrywali tylko nieczytelne bazgroły. Tym razem wyglądało, że mają więcej szczęścia. Koperta musiała leżeć pod kartką, na której ktoś pisał, przyciskając pióro na tyle mocno, że na kopercie pozostał ślad. Zdawało się to wręcz niewiarygodne. Ale nawet przestępcy, zwłaszcza ci pewni siebie, popełniają błędy.

– Sądzisz, że to jego pismo? – spytał Tully, mając na myśli człowieka, który podrzucił im list. – Czy raczej przypadkowe zapiski? Na przykład kogoś z cukierni?

– On nie zostawiłby takiego listu ani nie włożyłby go do pudełka z pączkami, gdyby podejrzewał, że jest na nim jakiś ślad. – Ganza ujął folię palcami w rękawiczkach, po czym położył ją delikatnie na podświetlarce, jakby się obawiał, że ją zniszczy.

Nacisnął kilka przycisków i nagle napis powiększył się i przyciemnił. Nie będą potrzebowali kolejnych testów. Zapiski wyglądały na zrobione w pośpiechu, ale łatwo je było odczytać. Tekst brzmiał następująco:

Zadzwonić do Nathana R.

7 wieczorem.

Wszystkie kropki były lepiej widoczne, jakby ktoś w tym momencie mocniej naciskał pióro.

Tully wziął do ręki foliową torebkę z oryginalnym listem i porównał charakter pisma.

– Drukowane litery, ale nie wszystkie takie same jak w liście – zauważył.

– Zupełnie, jakby uważał, że nie musi tego ukrywać.

– Nie podejrzewał, że to zobaczymy.

W tym momencie zadzwonił telefon komórkowy. Ganza ściągnął rękawiczki, wyjął telefon i poszedł z nim na drugi koniec laboratorium. Zdążył powiedzieć tylko „Halo”, gdy odezwała się komórka Tully’ego. W powietrzu zabrzmiał dźwięk chińskiego dzwonka. Poprzedniego dnia Tully przypadkiem coś nacisnął i zmienił melodię. Ten cholerny wynalazek doprowadzał go do szału. Bez przerwy niechcący zmieniał ustawienia, sprawdzając nieodebrane połączenia albo wiadomości głosowe. Teraz będzie musiał pogodzić się z Emmą, i to na dość długo, by naprawiła szkody, jakie sam sobie wyrządził.

– R.J. Tully – powiedział po trzech dzwonkach.

– Mamy problem. – Rozpoznał głos Maggie O’Dell.

Zanim wyjaśniła, na czym polega ich kłopot, Ganza podbiegł do niego, patrząc mu w oczy.

– Wyjedziemy, jak tylko się spakuję – rzekł do telefonu, a do Tully’ego rzucił: – Musimy jechać, i to już, nim wojsko położy łapę na dowodach.

– Słyszę, że jesteś u Ganzy – powiedziała Maggie. – To świetnie.

– Co się dzieje? – spytał Tully, ale Ganza już spieszył w przeciwnym kierunku, zbierał sprzęt, wciąż z komórką przy uchu. Przemieszczał się dużymi krokami. Sprawiał wrażenie, że niezbyt pewnie trzyma się na nogach, jakby biegł na szczudłach.

W końcu Maggie rzekła:

– Mamy tutaj niezły pasztet.

ROZDZIAŁ 10

USAMRIID

Fort Detrick, Maryland

Pułkownik Benjamin Platt, doktor medycyny, nie kwestionował rozkazu dowódcy Janklowa. Przywykł do tego, że rozkazy się wykonuje, niezależnie od tego, czy chodzi o skok z samolotu do Zatoki Perskiej w pełnym kostiumie nurka z akwalungiem, czy zorganizowanie zespołu do spraw skażenia biologicznego i wyruszenie na przedmieścia. Co prawda w czasach, kiedy skakał, miał nieco mniej lat i był o wiele większym idealistą. Mimo wszystko nie podważał rozkazów. Pospieszył korytarzem pewnym krokiem, obcasy jego błyszczących jak lustro butów uderzały twardo o posadzkę. Był to jedyny znak jego rozgorączkowania.

Platt nie podawał w wątpliwość rozkazów dowódcy, zastanawiał się jednak, czy ten człowiek nie robi z igły wideł. Jeremy Janklow szefował tu od zaledwie trzech miesięcy. Był outsiderem z nadania politycznego, postrzeganym przez większość jako czyjś faworyt, a nie kompetentny szef USAMRIID-u, Wojskowego Instytutu Badań Chorób Zakaźnych, jednej z najbardziej szanowanych instytucji naukowych na świecie. Platt obawiał się, że Janklow spędził zbyt dużą część minionej dekady za biurkiem. Czy to możliwe, by po prostu szukał pożaru, który mógłby ugasić, by zapracować na dobre imię?

Jedne z drzwi laboratorium otworzyły się, zanim Platt dotarł do końca korytarza. Przysadzisty brodaty mężczyzna, który się w nich pojawił, gestem skierował Platta do gabinetu obok. Żaden z nich nie powiedział ani słowa, nawet się nie przywitali, dopóki nie weszli do środka i nie zamknęli za sobą drzwi.

Michael McCathy zdjął fartuch laboratoryjny i włożył czyściutki granatowy kardigan z kaszmiru. McCathy był starszy i potężniejszy od Platta. Dawne czasy, kiedy grał jako wspomagający drużyny, poszły już w zapomnienie. Teraz był blady, miał zwisające policzki, lekko wystający brzuch i zmęczone głęboko osadzone oczy, powiększone przez grube szkła bez oprawek. Platt był szczupły, zawdzięczał to codziennym ćwiczeniom. Biegał osiem kilometrów dziennie i przez pół godziny podnosił ciężary. Jego letnia opalenizna zaczęła powoli blaknąć, ale brązowe włosy pozostały rozjaśnione przez słońce. Wiele godzin latem trenował drużynę młodzieżowej ligi bejsbola, a później piłki nożnej. Platt emanował energią, był niemal całkowitym przeciwieństwem McCathy’ego, który poruszał się wolno i statecznie.

Teraz McCathy wieszał swój świeżo wyprasowany fartuch na stojącym w rogu wieszaku, jakby nigdzie mu się nie spieszyło. Platt obserwował jego przemyślane ruchy, które działały mu na nerwy. Ten człowiek cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Jest egoistą, skupionym na sobie, i wkurzającym jak diabli. Platt był w stanie znieść go jedynie w małych dawkach. Ale Janklow uważał McCathy’ego za geniusza i uparł się, by włączyć go do tej misji.

McCathy, niegdyś funkcjonariusz organów ochrony porządku publicznego, porzucił tę robotę i wylądował w Instytucie jako cywilny mikrobiolog, ekspert od zagrożeń związanych z bronią biologiczną. Najwyraźniej był zadowolony z tego, że spędza całe dnie z probówkami i mikroskopami, obmyślając i teoretycznie rozważając ewentualne scenariusze terrorystów, którzy chcieliby posłużyć się tym rodzajem broni.

Platt i McCathy nie mieli wiele wspólnego poza fascynacją groźnymi biologicznymi czynnikami, zwłaszcza wirusami i filowirusami. Kiedyś, w prowizorycznym szpitalu pod Sierra Leone, w rękach osłoniętych ochronnymi rękawiczkami, Platt trzymał lassę, wirusa czwartego, najwyższego poziomu zagrożenia. McCathy pracował jako inspektor od broni biologicznej w Iraku. Twierdził, że widział i sam nosił kanistry wypełnione śmiertelnie groźnymi roztworami. Upierał się, że istnieją jeszcze setki groźnych biologicznych czynników, czekających tylko, aż ktoś wymyśli sposób, w jaki można je przenosić. On i jego zespół byli ostatnimi, których przed wojną Saddam Hussein wyrzucił z kraju. Ich zeznania stanowiły część argumentów za tym, by rozpocząć tę wojnę.

Platt darzył szacunkiem osiągnięcia McCathy’ego, co nie znaczy, że czuł sympatię do niego samego.

– Wydawało mi się, że pański zespół będzie po cywilnemu. – McCathy zlustrował mundur Platta z miną wyrażającą dezaprobatę.

– Cywilne ubrania i cywilne pojazdy, poza furgonetką. – Platt starał się panować nad emocjami. Nie musi tłumaczyć się McCathy’emu. Potrzebował pięciu minut, by przebrać się w dżinsy, T-shirt i skórzaną kurtkę. – Są już prawie gotowi, w strefie załadunku. Ma pan wszystko?

McCathy skinął głową, po czym zdjął okulary i z absolutnym spokojem zaczął czyścić szkła.

– W samochodzie jest za ciasno, żeby się przebierać. I wolno by to szło. Pewnie trzeba by to robić pojedynczo. Jest pan pewien, że nie ma tam żadnego miejsca, które mogłoby pełnić rolę punktu etapowego?

Platt nie znosił, gdy McCathy kwestionował jego słowa, odgadywał zamiary. McCathy wciąż wszystkim przypominał, że jako cywil nie musi słuchać nikogo poza Janklowem.

– To dzielnica mieszkaniowa – wyjaśnił Platt, chociaż już mówił to McCathy’emu przez telefon.