Za gruby na okładkę - Patryk Gosiński - ebook + audiobook + książka

Za gruby na okładkę ebook

Gosiński Patryk

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Opowieść o otyłej personie we współczesnym świecie fit-diet, trenerów osobistych, idealnych ciał z Instagrama i tak wąskich spodni z sieciówek, że normalny człowiek może się w nie wcisnąć chyba tylko w Photoshopie.

Otyłe persony muszą znosić wiele upokorzeń – ciasne fotele w tanich liniach lotniczych, podłość wszystkich wag świata, przegrane bitwy z obietnicami „od jutra zaczynam dietę” i wszelkie diety, które zawsze kończą się na pankejkach z syropem klonowym.

Autor nie ma litości dla siebie, ale za to z ogromną czułością odnosi się do wszystkich grubych, zaokrąglonych i „trochę przy kości”. Pokazuje, jak naprawdę wygląda życie z nadwagą. To wieczne balansowanie między autoironią a wstydem, między akceptacją a kolejną próbą wzięcia się za siebie.

Jeśli kiedykolwiek zaczynałeś dietę w poniedziałek, a kończyłeś ją przy pierwszym cieście u cioci na imieninach – ta książka jest dla ciebie.

Patryk Gosiński (ur. 1991) – komik i autor pochodzący z podwarszawskiego Wołomina, wychowany na stołecznych Jelonkach. Stand-upem zajmuje się od 2019 roku. Na scenie i w swojej twórczości łączy autoironię, obserwacje codzienności oraz humor podszyty goryczą. Znany z one-linerów, niezręcznych dialogów i opowieści, których nie powinien opowiadać, ale i tak to robi. „Za gruby na okładkę” to jego literacki debiut.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 384

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Patryk Gosiński, 2026

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Redaktor inicjujący

Marta Burzyńska

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Serocka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8444-529-7

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

GRUDZIEŃ 2023

„Lot A015 do Warny jest opóźniony o trzydzieści minut”. Metaliczny głos z megafonu podniósł ciśnienie pasażerom, a zwłaszcza jednemu… Bał się latać, a jeszcze bardziej spóźniać. Spojrzał na głośnik, jakby mu groził. Wyzerował już zakupione w bezcłowym przekąski, więc pospiesznie wytarł w bluzę tłustą od pringlesów dłoń i wrócił po dokładkę. Po drodze wycelował pudełkiem po chipsach w śmietnik. Spudłował, mimo że odległość wynosiła zaledwie metr, a on na nogach miał jordany jedynki. Zażenowani pasażerowie śledzili wzrokiem turlające się pod siedzeniami pudełko. Schylił się, informując przy okazji cały Modlin, jakie włożył bokserki. Z min współpasażerów wywnioskował, że nie chcieli tego widzieć.

– Jeszcze opóźnienia mi potrzebne. I bez tego jestem kłębkiem nerwów – rzucił do kasjerki w lotniskowym sklepiku.

– Zaraz przyleci, pan weźmie sobie coś na lepszy lot – uspokoiła go kobieta po pięćdziesiątce z balejażem i lekką nadwagą, wskazując półkę z buteleczkami alkoholu. – Mam ballantines’a, wyborową, bombay sapphire.

– A są jakieś w rozmiarze dla ludzi? Te wyglądają jak używka dla chomika.

– No jak nie ma, jak są. O, taki bombay. Pół litra za trzydzieści euro.

– To poproszę ten dla chomika. Będę miał dla niego prezent na święta.

Albo trzy za jednym zamachem. Chomiki szybko się rozmnażają.

– No i teraz to pan się wyluzuje. Ja zawsze taki piję przed podróżą.

– Też boi się pani latać?

– Nie, jeździć autem. Pewnie dlatego, że nie mam prawa jazdy – rzuciła kobieta i zaniosła się złowrogim śmiechem.

*

„Pasażerów lecących do Warny prosimy o udanie się do bramki numer dwa” – metaliczny głos przerwał scenę z szaloną ekspedientką. A jeszcze przed chwilą mówił o opóźnieniu. Ludzie zerwali się w popłochu. Każdy chciał być pierwszy, mimo że i tak nie dało się uniknąć czekania w kilometrowej kolejce. Może po prostu nikt nie chciał być ostatni. Ale nie on. Wykupił priorytet, więc z teatralną opieszałością skierował się do wejścia dla VIP-ów. Przed nim stały tylko dwie emerytki.

Zgrabna kobieta z obsługi pobrała od nich karty pokładowe.

– Panie nie mają priorytetu! Proszę natychmiast stąd wyjść! – wydarła się.

Na jej skroni zauważył pulsującą żyłę.

– A jak już tu stoję, to nie mogę zostać? – odpowiedziała zmieszana staruszka.

– Wykluczone! Nie ma pani priorytetu!

– Ale mam półpaśca!

Stewardesa zamaszystym gestem wskazała tipsem kolejkę dla plebsu. Z uśmiechem patrzył, jak odchodzą, szukając jej końca. A nie było to łatwe. Kolejka zawijała za każdym rogiem, filarem, sklepikiem i siedzeniami. Możliwe, że zahaczała nawet o toalety. Emerytki włożyły kurtki – przyjdzie im chyba stać przed lotniskiem. Na mrozie.

– Dzień dobry, poproszę kartę pokładową.

Przekazał kwit z nieskrywaną dumą.

– Proszę uprzejmie.

– Wszystko się zgadza, panie Patryku.

Cała uniżona kolejka bez priorytetu patrzyła, jak pracownica całuje go w sygnet i wpuszcza na płytę lotniska. Spojrzał na motłoch, myśląc: „Wcale mi was nie żal…”.

Będzie pierwszy w boeingu 743!

Wspinał się po schodkach, a silny wiatr rzucał nim po barierkach. Czuł się, jakby miał zaraz zdobyć szczyt K2. Na górze zobaczył wyciągniętą w jego stronę dłoń.

– Ola, signore Patrik! Witaaamy na poookładzie – rzucił śpiewnie hiszpański kapitan z typowym dla południowców entuzjazmem.

W pustym samolocie dużo łatwiej było znaleźć swoje miejsce. Wrzucił cały bagaż do schowka (oprócz siatki z przekąskami i trzema buteleczkami ginu). Razem z drugim śniadaniem próbował wcisnąć się w środkowy fotel. Ledwo. Jeszcze dwa, trzy kilogramy i musiałby lecieć w luku bagażowym. „Mogłem dokupić miejsce na fałdy”, pomyślał, odkręcając buteleczkę. W międzyczasie zaczęli się schodzić ci bez priorytetu. Chaos, harmider i chamstwo. Już nie wiedział, czy głowa boli go od alkoholu, czy od wszechobecnych krzyków.

Bizneswoman, która usiadła obok niego, nie była (delikatnie mówiąc) zachwycona. Cmokała pod nosem, rozpychając się łokciami i sugerując, że jego brzuch wtargnął na jej teren.

– I’m begging you, can we switch places? – pytała desperacko siedzących obok ludzi. – I’ll pay you 100 €.

Hindus z rzędu przed nimi odwrócił się i zmierzył go wzrokiem. Mina mu zrzedła.

– Sorry, I cannot help you – powiedział z twardym akcentem.

Zawiedziona przewróciła oczami i na polecenie kapitana zapięła pas.

Patryk też próbował to zrobić już od dłuższej chwili. Policzki miał czerwone ze wstydu, a końcówka pasa ledwo minęła pępek. Poluzował pas, poprawił się w fotelu, wstrzymał oddech i… kliknęło.

Boeing odkleił się od asfaltu, a ciśnienie w kabinie stało się nieznośne. Wciąż miał zatkane uszy. Próbował to zniwelować, ruszając na wszystkie strony żuchwą. Kątem oka widział za oknem chmury. Dla tego widoku warto było ryzykować życie. Kontemplację przerwała mu rudowłosa stewardesa.

– Proszę pana.

– Tak? – odpowiedział, nie kryjąc irytacji.

– Czy byłby pan uprzejmy przesiąść się na drugą stronę?

– A dlaczego? Coś się stało? Czy tam są dłuższe pasy?

– Nie. Po prostu kapitan chce skręcić w lewo.

W kabinie rozległy się pojedyncze chichoty.

Wstał wściekły i zamiast się przesiąść, poczłapał do ubikacji. W środku miał flashbacki z wycieczki szkolnej, gdy zaklinował się w jaskini. Wtedy jakoś się wydostał, może i teraz dopisze mu szczęście. Siedząc na samolotowym nocniku, usłyszał odgłos włączającego się mikrofonu.

– Proszę zapiąć pasy, czekają nas turbulencje. Pasażer znajdujący się w toalecie jadł na kolację bigos.

Ochlapał kilka razy twarz zimną wodą.

– Jezu, ależ mocny ten gin – powiedział na głos, szarpiąc się z rozporkiem.

Otworzył drzwi i znowu zobaczył rudą. Na pokładzie panowała przeraźliwa cisza.

– Panie Patryku, kapitan zaprasza do kokpitu.

– Mnie do kokpitu?

– Szybko!

– To chyba pomyłka…

– Musi pan przejść na przód, żeby kapitan Suarez mógł wylądować.

*

Obudziłem się zlany potem. Kurde, już trzynasta. To był koszmar… No bo kto by leciał do Warny?! To pewnie z głodu. Odgrzeję sobie bigos. A może to był sen proroczy? Powinienem spuścić z tonu. Linie lotnicze ponoć mają wprowadzić droższe bilety dla otyłych. Zgodnie z tą logiką anorektyczki powinny dostać rabat. Tego nie rozumiem – skoro miejsca parkingowe projektują tak, żeby zmieścił się zarówno van, jak i seicento w poprzek, to dlaczego siedzeń nie robią pod tych z większą kubaturą? Chcą po prostu upchnąć więcej ludzi. Mamy schudnąć, żeby tanie linie lotnicze zapłaciły mniej za wachę i żeby zmieścić się w dżinsy z sieciówki. Dziękuję bardzo. Sprzedają nam żarcie, które tuczy, i spodnie, w które się nie mieścimy.

Na szczęście nie jesteś sam! Do dyspozycji masz siłownię, trenera personalnego i dietetyka. Wszyscy gotowi pomóc ci się pozbyć drugiej brody za niewielką opłatą… Otyłość to zmora dzisiejszych czasów. Współczesna dżuma.

Pamiętam, jak na jedynym weselu, na które zostałem zaproszony, panna młoda instruowała fotografa:

– Proszę pamiętać, że nie zapłacę za zdjęcia z drugą brodą!

Chichocząc, zakryła sobie usta i spojrzała na gości, by się upewnić, że załapali jej subtelny żarcik.

– Nie wiedziałem, że dziś robię charytatywnie – rzucił posępnie skacowany fotograf.

– Słucham? – odpowiedziała tonem sugerującym, że żarty się skończyły.

Czy żałuję, że się z nią ożeniłem? Owszem. Żartuję! Moja to akurat waży tyle, co średni indyk…

Nikt jednak nie chce drugiej brody. No cóż, nie ma się co dziwić. Widziałem na Instagramie tylko dwie dumne z niej typiary, ale to były bliźniaczki syjamskie.

*

Święta to magiczny czas. Zarabiam cztery tysiące, a wydałem sześć – to musi być magia. Podobne czary widać na wadze. Nie wiem, dlaczego nadal stoi w łazience. Na śmietnik z nią! Wagi tylko psują humor otyłym personom. No, ale wejdę z ciekawości… Poza tym skończyła się kawa, a trzeba jakoś podnieść sobie ciśnienie.

Biorę do ręki to narzędzie szatana i wycieram grubą warstwę kurzu. Jakbym trzymał tajemną księgę, której nikt nie otwierał od stuleci. A przecież stałem na niej miesiąc temu. Nawet jeszcze widać ślady łez. Stawiam ją ostrożnie, żeby jej broń boże nie urazić. Podobny trik robię w urzędach, gdy chcę coś załatwić. Uśmiecham się, silę na uprzejmości, czaruję savoir vivre’em, mimo że paraduję w szarych dresach i czapce na bakier. Wyglądam jak sześciolatek, który chce ogarnąć mniejszy VAT na klocki. Dodatkowo udaję niezdarę. Jestem w tym świetny! To moja popisowa rola. Tylko że potem nie potrafię z niej wyjść. Kiedyś w urzędzie skarbowym rzuciłem do kobiety w okienku: „A pani to chyba prosto z wakacji wraca, taka opalona, co?”. Niby banał. A tak się ucieszyła, że pomogła mi wypełnić druk, złożyć podanie i stracić dziewictwo. Długa historia. W zasadzie bardzo krótka. Rok później już jej tam nie spotkałem – przeszła na emeryturę.

Wracając do wagi… Stawiam ją ostrożnie, głaszczę i szepczę cicho niczym kowboj uspokajający klacz. Po zetknięciu z podłogą miga kompulsywnie. Czarną magię czuć na kilometr. Scena niczym z Indiany Jonesa po uruchomieniu jakiejś antycznej machinerii. Nagle licznik się zeruje i wyskakuje napis: „Zapraszam! Zmarnuj sobie resztę tej nudnej środy”. Tętno rośnie. Po otrzymaniu informacji zwrotnej wpadnę w otchłań rozpaczy. Oglądam się za siebie, czy nikt nie widzi, chociaż jestem sam w domu. Żona w pracy, a komornik już wyszedł.

Serce nerwowo kołacze, policzki mnie palą, jakbym miał poprosić do tańca najładniejszą dziewczynę na szkolnej dyskotece. Już chcę na niej stanąć, ale… ubrania! Przecież swoje ważą! Ściągam więc w pośpiechu skarpety, krótkie spodenki, sztruksową marynarkę, „żonobijkę”, dziurawe kalesony i beżowe stringi. Nie wiem, czy potrzebuję dietetyka, ale stylisty na pewno. Psychiatra też by nie zaszkodził.

Dobra, stoję teraz, jak mnie bóg stworzył. Pytacie, dlaczego stworzył mnie jako otyłego bruneta z tatuażem tłustego kraba na barku? Nie mam pojęcia. Rozstępy na brzuchu sugerują spotkanie z rekinem lub kombajnem. Jeśli to projektował bóg, to pewnie ten okrutny starotestamentowy. Trzeba przyznać, że ma chłop poczucie humoru. Albo baba. Kto to wie? Na ulicy teraz trudno rozpoznać, czy to chłop, czy baba, a co dopiero bóg, którego postać znamy tylko z kościelnych witraży. Ja to jestem chłop na bank. Moja klatka wygląda jak mapa siedmiomilowego lasu. Kiedyś na działce zaplątał mi się w to nietoperz. Wyglądałem jak wiejski Batman.

Lewa stopa ląduje na wadze, jej chłód przeszywa mi duszę. Czuję się jak na polu minowym. Prawą stawiam ostrożniej, jakby miało to coś zmienić. Jakby waga miała się zlitować lub rozmyślić. Biorę głęboki oddech, najwyżej nikomu nie powiem, w imię ojca i syna. Patrzę w dół i widzę…

Brzuch! Co? Kurde, brzuch mi zasłania… Spoglądam więc za kałduna, jakbym ściągał na sprawdzanie i próbował podpatrzyć wynik. Brzuch się wciąga. Dobry kumpel – dał spisać. I oto jest! Moim oczom ukazuje się nie lada liczba – sto dwanaście. Numer alarmowy. Ciekawe, czy można zadzwonić na sto dwanaście i powiedzieć, że się waży sto dwanaście kilo? Może przysyłają kogoś z harpunem? Piszę do żony. Na filmach jak morderca sam się przyzna, to dostaje łagodniejszy wyrok.

Cześć, kotek!

No hej, co tam?

Zgadnij, ile ważę!

Ty głąbie, po co mnie denerwujesz w pracy?

Sto dwanaście!

Panno święta, co jasnej bronisz Częstochowy…

W pracy jesteś czy na pielgrzymce?

Modlę się i tobie radzę to samo!

Nie martw się, kotek, to przez te całe święta przecież…

Jakie święta?! Jutro Wigilia! Co ty mi oczy mydlisz?

I to by było na tyle z nudnej środy. Ciekawe, czy waga zmieści się do śmietnika? W zasadzie to chyba trzeba ją wyrzucić do elektrośmieci. Czy przeklęte przedmioty mają osobną frakcję? Najlepiej wywalę to do osiedlowego kontenera. Pakuję ją do worka, żeby zatuszować zbrodnię. Kasuję wiadomości do żony, kartę SIM spuszczam w kiblu i wychodzę. Przeciąg po otwarciu drzwi przypomina mi, że wypadałoby się ubrać. Sąsiad z naprzeciwka rzuca mi wymowne spojrzenie… Wracam po kalesony.

23 GRUDNIA 2023

TO JUŻ NIE TO CO KIEDYŚ

Dzisiejsze święta w niczym nie przypominają tamtych z lat dziewięćdziesiątych. Zupełnie inaczej Wigilię postrzegają dzieci. Dorośli na inne szczegóły zwracają uwagę, a inne kompletnie pomijają. Upływ czasu daje o sobie znać w szczegółach. Dziś na przykład nie wolno zabijać karpia. Można za to pójść siedzieć. W latach dziewięćdziesiątych każda szanująca się pani domu musiała własnoręcznie znokautować tego podwodnego kotleta. Gospodyni, który potrafiła ogłuszyć go jednym ciosem tłuczka, była na wagę złota i miała wielu adoratorów. Ówczesne weganki czekałby bezlitosny los starych panien. Pamiętam przygotowania do Wigilii dziewięćdziesiątego siódmego, jakby to było wczoraj.

*

W wannie pływał karp. Nazwałem go Szczepan. Zakumplowaliśmy się. Ja opowiadałem mu o swoich problemach. On cierpliwe słuchał i poruszał ustami. Nie wiem, co mówił, bo był w wodzie. Czasem go wyciągałem na chwilę, ale strasznie tego nie lubił. Szczepan nie pomieszkał u nas długo. Babcia walnęła nim o ścianę i przerobiła na galaretę.

Nigdy tego nie zapomnę. Stałem w bordowych rajstopkach (zażalenia kierować do stylistki, która mnie urodziła) i zalewałem się łzami, szarpiąc babcię za spódnicę.

– CZE-MU GO ZA-BI-ŁAŚ?! – spazmowałem. – SZCZE-PAAAAN!

– Uspokój się, gówniarzu! A żreć to się chce? Szczepan nie był taki milutki, jak ci się zdaje. Nie chciał dokładać się do czynszu – kłamała z pokerową twarzą, zalewając szczątki Szczepana żelatyną.

Nie mogłem się uspokoić. Strasznie płakałem. Byłem bardzo wrażliwym dzieckiem. Uspokoiłem się dopiero po odkryciu pod choinką pudeł sygnowanych moim imieniem. Czułem się jak magnat.

– To wszystko mooojeee!

– Będzie, jak zjesz – oznajmiła twardo babcia. Cała upaćkana mąką i barszczem wyglądała, jakby wróciła z kulinarnego Wietnamu.

Nie pamiętam smaku wigilijnych potraw z dzieciństwa. Byłem sfokusowany na spotkaniu świętego mikołaja – o dziwo, bez większych sukcesów. Oraz na prześwietlaniu prezentów i analizowaniu, co mogą zawierać. Wigilia dla dziecka to takie śmierdzące jajko niespodzianka. Żeby dobrać się do zabawki, musisz najpierw przegryźć się przez majonez. Wiedziałem, że im szybciej zjem, tym szybciej rozwikłam zagadkę. Zawsze próbowałem bez jedzenia. A nuż się zgodzą. Jak to mówią – kto nie ryzykuje, nie pije kompotu.

Po świątecznym całowaniu wszystkich przez wszystkich usiedliśmy przy zastawionym jak supermarket stole. Miałem poczochrane włosy, czerwone policzki od pomadki babci i szorstkiego zarostu dziadka Tomka. Nałożyli sobie śledzie, pierogi i Szczepana. To moja chwila.

– Mogę otwozyć plezenty? – wysepleniłem z przyklejonym do podniebienia opłatkiem.

Matka pieczołowicie przeżuła Szczepana.

– Jak nie spróbujesz każdej potrawy – oznajmiła twardo – to wyślę twoje prezenty biednym dzieciom prosto przez balkon.

Tylko nie biednym dzieciom… Wiedziałem, że nie ma z nimi żartów. Dwanaście potraw. Na szczęście licząc już z kompotem i coca-colą. Dziesięć dań, jeden talerz i siedem pudełek z prezentami. Dam radę. Pierogi, jarzynowa, śledzie (z chlebkiem z masłem, bo inaczej zwymiotuję i matka mi tego nie uzna). W lewej dłoni makowiec, w prawej łyżka z rybą po grecku. Matka zapisała coś w notatniku. Dobrze, że miałem jeszcze jeden aviomarin. Spróbowałem chyba wszystkiego. Nie liczyłem, ale koszulę miałem tak opiętą, że guzik na pępku doznawał średniowiecznych katuszy.

– Ja już – powiedziałem z rumieńcami na policzkach.

Matka zmierzyła mnie wzrokiem. Specjalnie nie mrugała, żeby dodać chwili dramaturgii.

– Tak? A Szczepan?

– Jaki Szczepan?

– Sraki. Kolegi nagle nie poznajesz? Smacznego. – Popiła kompotem kwestię rodem z mafijnej trylogii.

Myślałem, że nie dam rady. Przed oczami miałem cudowne chwile, gdy trzymałem go na rękach, a on tak śmiesznie wierzgał. Teraz już wiedziałem, co próbował mi powiedzieć pod wodą. Biedaczysko chciał pożyczyć szmal na czynsz.

Na talerzu mój kumpel trząsł się jak galareta. Wbiłem w niego widelec, żeby ukrócić nasze cierpienia. Zamknąłem oczy i myślałem o czymś miłym. Jadłem przyjaciela przy akompaniamencie melodyjki z furgonetki lodziarza. Ość wielkości palca przebiła mi dziąsło. Ból był straszny. Może babcia miała rację, że nie był wcale taki miły. Popiłem go colą i wytarłem łzę spływającą po policzku w slow motion. Czułem się jak tamten kretyn w telewizji, który zjadł ohydnego robala za sto tysięcy złotych. Guzik wystrzelił z mojej koszuli i trafił posypaną brokatem krwistoczerwoną bombkę. Choinka zadrżała.

– No – powiedziała z uznaniem mama, odpinając kolczasty łańcuch chroniący pudła.

Wyglądała jak bramkarz elitarnego klubu, do którego można wejść wyłącznie po podaniu tajnego hasła.

– Zapraszam.

– Szczepan był pyszny – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy.

Pod świątecznym drzewkiem stało kilka pudeł owiniętych w przaśne papiery i kolorowe wstążki. Nie wiedziałem, od którego zacząć. Złapałem największy i z trudem wyciągnąłem spod drzewka.

Rozerwałem opakowanie na strzępy niczym jastrząb królika. Cały czas pamiętałem, do czego zostałem zmuszony, żeby się do nich dobrać. Próbowałem sobie tłumaczyć, że nie miałem wyboru. Musiałem to zrobić, żeby przetrwać. Jak rozbitkowie, którzy zjadają się nawzajem i nikt tego potem nie ma im za złe.

W każdym razie. Trzymałem teraz w moich małych splamionych krwią Szczepana rąsiach przezroczyste pudełko z autem i dziarskim pilotem.

– Zdalnie sterowany jeep! O jaaa cię! Ale super!

– Ma napęd na cztery koła – powiedział dziadek.

Wiedział, jak mnie urobić, od dawna marzyłem o takim samochodzie.

– Zrób kilka kółek po mieszkaniu. Pocieszysz się po stracie Szczepana.

– Jakiego Szczepana?

Dziadek przewrócił oczami i nalał sobie setkę gęstej zimnej wody dla dorosłych. Zastanawiałem się, po co to piją, skoro tak im nie smakuje. Mnie nie smakował szpinak, więc go nie jadłem – proste.

Śmigałem jeepem między krzesłami i nogami gości. Ale miałem radochę! Nie obchodziły mnie potrawy. Tym zajęci byli dorośli. Wzdychali ciężko i masowali się po wątrobach. Widocznie ich też ktoś pilnował, żeby wszystko zjedli. Tymczasem ja trenowałem do rajdu Paryż–Dakar moim wypasionym jeepem, co chwilę zaliczając stłuczkę z lodówką. Za każdym razem, gdy zderzak dotykał drzwiczek, babcia miała jeden siwy włos więcej… Testowałem jej cierpliwość, cofając coraz dalej i z większym impetem atakując sprzęt AGD. Gdy babcia była już prawie całkiem siwa, dziadek wyjął baterie z auta. Widocznie wolał blondynki. Wlepił mi cztery punkty karne i zabrał prawo jazdy. Odgrażałem się, że założę mu sprawę w sądzie grodzkim. Cokolwiek to znaczy.

Jeden prezent był dziwnie mizerny. W kopercie znalazłem kilka banknotów. Rozejrzałem się po gościach. Wuj z uśmiechem mrugnął do mnie porozumiewawczo. Nie wiedziałem, z czego się cieszy. Na cholerę mi ten hajs? Wyjąłem kasę z koperty i podszedłem do babci.

– To dla ciebie – powiedziałem.

– To twój prezent! Idź wujkowi podziękuj ładnie. Ja od dziadka dostałam rajstopy i kawę…

– Nie podoba ci się? – zapytałem zdziwiony, widząc jej skwaszoną minę.

– Rajstopy i kawa fajna jak co roku… Tylko że ja mam żylaki i nadciśnienie.

Nie wiedziałem, co to są żylaki. Pomyślałem, że tak nazwę psa. Żylak.

– Co u ciebie?

– A idę z Żylakiem do weterynarza.

W każdym razie. Oddałem te kilka stów babci. Żeby kobiecina też miała coś z życia.

– Dzięki, wnusiu – odpowiedziała wzruszona.

– Nie ma sprawy. Dorzucam się do czynszu, żeby nie skończyć jak Szczepan. Po prostu nie wal mną o ścianę i nie zalewaj galaretą, to będziemy kwita.

*

W gimnazjum pragnąłem zaimponować wegance, ratując z wanny karpia (długa historia). Byłem już starszy. Początek gimnazjum, kiedy to próbowałem być wegetarianinem, żeby zwrócić na siebie uwagę Patrycji. Oj, zdrowa była, jak mawiał mój dziadek. Dla niej tobym zrezygnował nie tylko z indyka, ale nawet z syropu klonowego. Swoją drogą syrop klonowy jest świetny na kaszel, rodzice często mi dawali. Niestety, efektem ubocznym jest opuchlizna brzuszna – no, ale przynajmniej nie kaszlesz. Coś za coś. Ciekawe, dlaczego do syropów na kaszel walą tyle cukru. Jeden specyfik pamiętam z dziecięcych lat, bodajże mucosolvan. Był wręcz wyborny. Nie raz snułem się po domu i kaszlałem jak gruźlik, udając chorego. Czekałem na reakcję matki.

– Znowu masz kaszel? Może chcesz syropu?

– O nie! Nie chcę!

– Bez dyskusji! Jedną łyżkę, to ci pomoże.

– Skoro muszę…

Niestety, później mnie przyłapała, jak sam podpijałem z szafki. I zabawa się skończyła. Chyba ten syrop specjalnie jest taki słodki, żeby chore dzieciaki chciały go pić i nie wybrzydzały. Coś w ten deseń, jak psom wsadza się leki w kiełbasę. No, chyba że to pies weganki, to wtedy w banan albo bakłażan. Chciałem raz właśnie zaimponować takiej wojowniczce o lepszy los naszych czworonożnych przyjaciół. Pisaliśmy trochę na Gadu-Gadu. Niechcący się wygadałem, że nie mam jak się wykąpać.

– A co? Awarię wody macie? Czy masz alergię na mydło?

– Nie bądź taka mądra. Niby jesteś wege, a się myjesz białym jeleniem. Pytałaś go, czy się na to zgadza? – Trzeba przyznać, że od zawsze miałem bajerę.

– Używam tylko kosmetyków z atestem! Żaden zwie­rzaczek nie ucierpiał, don’t worry. Jak chcesz, to podbij do mnie, dam ci bańkę z wodą, lol. – Nie dość, że bohaterka, to jeszcze poliglotka.

– Wodę to ja mam. Całą wannę. Pływa w niej karp. – Natychmiast ugryzłem się w język. To nie była odpowiednia osoba do tego typu zwierzeń.

– GOSIAK, JAK TO CI KARP PŁYWA W WANNIE?

– No normalnie. A co, ma wziąć prysznic? – próbowałem ratować sytuację czerstwym żartem.

A właśnie, Gosiak to moja ksywa z gimnazjum. Niestety się przyjęła i nie jestem w stanie się jej pozbyć. Dwóch dresów wymyśliło mi ją na WF-ie. Najpierw miało być Gosia. Od nazwiska. I braku jaj. A potem stwierdzili, że wyglądam jak prosiak. I stąd Gosiak. Pamiętam, jak pochwaliłem się ksywą babci, kiedy zapytała, czy mam kolegów.

– Masz tam jakichś towarzyszy, Patryczku? – Chyba myślała, że spiskujemy przeciw kapitalistom.

– Mam. Mówią na mnie Gosiak.

– O proszę. Na twojego tatę w szkole mówili Gosia. Od nazwiska. A skąd to K na końcu?

– Nie mam pojęcia – skłamałem.

– Dziwne. Powinni mówić na ciebie Pawlacz! Ha! – zaśmiała się z własnego żartu.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Tak mi się powiedziało. Można w ciebie ładować żarcie jak ciuchy w pawlacz.

Nienawidzę swojego życia. W każdym razie. Oburzona weganka robiła mi aferę.

– PYTAM PO RAZ OSTATNI, GOSIAK. CO KARP ROBI W TWOJEJ WANNIE?

– No, rodzice go tam trzymają na Wigilię.

– ŻEBY GO ZJEŚĆ?

– Nie, będą z nim grać w pokera i śpiewać kolędy. No pewnie, żeby zjeść.

– Musisz go uratować! To będzie twoja pierwsza wegemisja!

– Noo… W sumie czemu nie?

Nie miałem pojęcia, jak tego dokonać. Ale hormony podpowiadały, że tę misję warto zaliczyć.

– Zrobimy tak. Przyjdę i odwrócę ich uwagę. W tym czasie spakuj karpia w jakąś siatkę. Tylko nie zapomnij napełnić jej wodą! I biegniemy na glinianki. Tam go wypuścimy!

– Ale jak ja wyjdę z siatką z domu?

– Powiesz, że idziesz ze śmieciami czy coś.

– Zorientują się, nigdy nie wyrzucam śmieci.

– Wymyśl coś. Będę za kwadrans.

Przygotowałem sobie czarną siatkę, żeby nie zobaczyli rybki. Wiedziałem, że muszę znaleźć jej jakieś zastępstwo do wanny. Wyjąłem więc stary kalosz. Kształt podobny, tylko mniej śmierdzi. Dzwonek do drzwi! Już jest.

Cholera, nie kwapią się otworzyć.

– Do drzwi ktoś dzwoni.

– Niech dzwoni, bez policji nie otworzę – rzuca babcia.

Siedzą rozwaleni przed telewizorem. Nic ich z tego transu nie wyrwie. Ale misja jest misją. Trzeba im dać dobry powód.

– To moja nowa dziewczyna. Nie jesteście ciekawi?

Sprężyny na kanapie zajęczały. Matka, ojczym i babcia pobiegli do drzwi, siłując się i przepychając, żeby tylko zerknąć przez wizjer. Po tamtej akcji wywiercili dodatkowe dwa.

– Jezu, jaka chuda! Rzućcie jej ten chleb dla kaczek– komentuje podekscytowana babcia.

– Ale to dziewczyna? – upewnia się matka.

– A niby kto?

– Myślałam, że jest gejem.

– Nasz Patryczek?

– No. Plakat z Sylvestrem Stallone’em dziwnie się lepi.

Uznałem, że mam przerąbane, bo przez nasze drzwi wszystko słychać. Ale nie to było moim zmartwieniem. Oni obczajali moją łanię, a ja po cichu otworzyłem drzwi do łazienki. I wtedy za klamkę złapała moja dziewięcioletnia siostra Diana.

– Muszę kupę!

– Cicho bądź, gówniaro. Nie teraz. Potem zrobisz.

– Teraz!

– Masz tu pięć złotych i sraj w spodnie.

– Dobra.

Pieniądze jednak rządzą światem. Złowiłem karpia w czarną siatkę, a przy okazji nabrałem ze dwa litry wody. Do wanny wrzuciłem kalosza, żeby coś tam pływało. Na razie wystarczy. Skierowałem się z żywą rybą do drzwi wyjściowych, gdzie stała cała moja rodzina. Ojczym, matka, babcia, siostra i jej stolec. Powieka nie mogła mi nawet drgnąć.

– A ty dokąd? – pyta matka.

– Do mojej dziewczyny. Fajna, co nie?

– Taaa. Aż za bardzo. A co masz w tej siatce?

– Prezent dla niej. Przecież nie pójdę z pustymi rękami.

– Patrzcie go, jaki romantyk!

Otworzyłem drzwi. Patrycja nieśmiało przywitała się z moją familią.

– No hej, maleńka – rzuciłem.

Matka przyglądała mi się podejrzliwie.

Więc przyciągnąłem chudą wybrankę do siebie i pocałowałem ją w usta. „Niech coś mam z tej misji”, pomyślałem.

– To my lecimy – oznajmiłem.

Zbiegaliśmy po schodach, a oni jeszcze się zastanawiali:

– To od czego ten plakat tak się lepi?

– Sorry za ten pocałunek, ale wiesz, to dla karpia – powiedziałem, bo nie wiedziałem, jak Patrycja to przyjęła.

– Wiadomo. Zrobiłeś, co musiałeś. Zwymiotuję później.

Ewidentnie byłem w jej guście. Biegliśmy nad staw, trzymając się za ręce, podnieceni wizją uratowania ryby.

– Dobra, dawaj. Zrób zamach i rzuć ją na głęboką wodę.

Zrobiłem półobrót jak Chuck Norris rzucający kulą na olimpiadzie.

Karp wzbił się na dobre dwadzieścia metrów w powietrze. Można powiedzieć, że był wolny jak ptak.

Po chwili zaczął pikować, celując idealnie w środek stawiku. I z impetem walnął w taflę lodu.

– Gosiak, ty debilu! – wrzasnęła Patrycja.

– No co? Wrzuciłem go do jeziora.

– Ale w siatce.

– Faktycznie trochę schrzaniłem. Ale i tak by nie przeżył, bo wszystko jest zamarznięte.

– Idę go ratować!

– Zgłupiałaś chyba! Lód pęknie pod tobą.

– Nie pozwolę mu tak skończyć. On zrobiłby dla mnie to samo.

– Nie jestem co do tego przekonany.

– Zamknij ryj!

Wegewojowniczka zaczęła ostrożnie stąpać po tafli w kierunku naszego skrzelowatego kolegi. Bliski zawału obserwowałem jej kolejne kroki. Była bardzo odważna. Albo głupia.

Wreszcie dotarła. Stała na środku jak jakaś łyżwiarka retro. Chwyciła siatkę z karpiem i zawołała:

– Mam go!

Zazgrzytało, jakby ktoś wziął gryza wielkiego krakersa, i zniknęła pod lodem. Niepotrzebnie włożyła glany. No cóż, wróciłem do domu. Misja nieudana, ale wiele się tamtego wieczoru nauczyłem.

Otworzyłem drzwi i usłyszałem moją rodzinkę:

– Patryk i Patrycja siedzą na kominie i całują świnie.

– Jak tam randka? Udana?

– Taaa, przełamaliśmy pierwsze lody.

– Nie uwierzysz, co tu się stało.

– Co?

– Karp zwiał. Podłożył kalosz, żebyśmy się nie kapnęli, i przekupił Dianę, żeby narobiła w gacie.

No cóż. Wygląda na to, że babcia miała rację. Karpie wcale nie są takie miłe.

Kiedyś w święta byłem przybity przez Szczepana. Teraz przez dziewczynę. Oczywiście przetrwała. W przeciwieństwie do naszego uczucia. Tak zakończył się jej weganizm. A pamiętam, jak mi tłumaczyła, o co w tym chodzi.

– Nie wolno jeść kurczaczków.

– Niech będzie.

– Nie wolno jeść świnek.

– Trudno.

– Nie wolno jeść krówek.

– Kurde, ale jak tak kocham słodycze…

*

Usłyszałem kiedyś:

– Akceptujesz siebie? No wiesz, takiego… okrągłego?

Jak otyła persona ma nie akceptować siebie? Tupnąć nogą? Oby nie na zamarzniętym jeziorze.

Akceptuję, co nie znaczy, że do końca życia chcę kupować T-shirty w sklepie z zasłonami. Poszedłem ostatnio do kabiny przymierzyć koszulę XXL i była za mała. Kabina w sensie.

No i moje kolana nie akceptują tych stu dwunastu kilogramów. Powiedzmy, że jest dwudziesty trzeci grudnia. Ciekawe, ile będę ważyć po świętach. Teraz już nie ma sensu zaczynać diety, ale po świętach to się wezmę za siebie!

Z kolei cztery dni przed sylwestrem też nie warto. Zaraz tłusty czwartek. To może od marca? W marcu mam imieniny. W kwietniu są święta. Potem majówka. W czerwcu – urodziny. Lipiec i sierpień – wakacji bez lanego piwka sobie nie wyobrażam. A październik, listopad i grudzień? Halloween i te sprawy. Poza tym zimno, to chce się jeść.

W planowaniu diety z jakiegoś powodu strasznie ważna jest wizja naszej niezmąconej perfekcyjności. Musimy przejść tę grę na sto procent. A jeśli coś pójdzie nie tak, to się ją odinstaluje w cholerę i przypomni o niej za pół roku. Nic nie może nas po drodze zaskoczyć. A gdyby ktoś miał jednak czelność poczęstować nas kukułką lub namawiać na alkohol? Scenariusz z najgorszych koszmarów. I jednocześnie świetna wymówka. Dużo milej napycha się koszyk w dyskoncie słodyczami, bo ciotka nas poczęstowała szarlotką i cały misterny plan poszedł się chędożyć… A tak dobrze szło. Stara proca zepsuła bardzo obiecujące sześć godzin diety. Mam wrażenie, że mokrym snem dla puszystych byłby dzień świstaka. Po ósmej powtórce mieliby wszystko obcykane. A po miesiącu może i udałoby się im przeżyć perfekcyjnie dzień z dietą. Bez żadnych fakapów.

Często zapominam, że jestem gruby. Moim zdaniem to przez POV. Chodząc po ulicy, widzę jedynie swoje ręce. I buty, a i to nie zawsze… Idę przekonany, że jestem chudy. Aż tu nagle przypomina mi o tej chorobie odbicie w szybie lub bezdomny wyzywający mnie od grubasów, bo nie dałem mu trzech złotych. W podgrzewanym szerokim fotelu własnego auta trudno o tym pamiętać. Znacznie łatwiej, gdy trzeba podbiec do autobusu. Wsiadasz zziajany i myślisz: „Przebiegłem siedem metrów! Ale to pewnie przez covid”. Drzwi się zamykają i w szybie widzisz, że jesteś większy, niżbyś sobie życzył. Większy, niż sobie wyobrażałeś. Szok!

Chyba mam odwrotną anoreksję… Chorym wtedy się wydaje, że są grubsi niż w rzeczywistości. A mnie na odwrót. Idę cały w skowronkach, mam nowe buty, obok starą żonę i jemy sobie lody. I widzę grubasa w szybie. Kto to? To naprawdę ja? Nie chcę tak wyglądać! Dobijcie mnie! Buty niby ma takie same, ale może to jednak nie ja. Postać w witrynie psotnie ciągnie żonę za pukiel. Dostaje w łeb. Tak – to na bank ja.

Ona też nie pomaga. Waży pięćdziesiąt parę kilogramów i przy niej nawet już nie wyglądam jak grubas, tylko jak ogr. Otyli niech lepiej szukają partnerów w podobnym formacie. Inaczej będą płakać krokodylimi łzami, oglądając zdjęcia. Lifehack od wujka Patricka gratis. Dobrze wam radzę.

Zatem kluczem do trzymania diety jest… pamięć. Przysięgam, że często gęsto zdarza mi się o tym zapomnieć. Przykładowo jestem na diecie tysiąc pięćset kalorii. Pierwsze trzy dni idzie mi super. Jestem z siebie dumny i w ogóle. Wydawałoby się, że wpadłem w ten tryb i zostałem fitświrem. Po czym budzę się w czwartek. Moja stawia na stole pankejki i syrop klonowy.

– Zjedz, ile uważasz, resztę zostaw na jutro.

– Oki-doki.

Po czym zjadam wszystko. Tylko że w dewizie „Żyj, jakby jutra miało nie być” raczej nie o to chodzi.

– Zdajesz sobie sprawę, że zjadłeś właśnie ze dwa tysiące kalorii? – pyta moja.

Dociera do mnie, że byłem na diecie i schrzaniłem ją w pół minuty. Najgorsze w jedzeniu kompulsywnym, na które cierpię, jest to, że w bardzo krótkim czasie można pochłonąć kosmiczne ilości. I nie da się tego cofnąć. Nie no, jasne, że się da, i to dosłownie, ale już wolę być gruby. Mam więc wybór: nie jeść do końca dnia albo zwalić winę na Ewę, która skusiła mnie pankejkami…

Nie wiem, skąd ta potrzeba perfekcjonizmu. To totalnie bez sensu. To jakby zawrócić autem, bo zielone było nie na wszystkich skrzyżowaniach… A przecież czasem trzeba się zatrzymać albo przynajmniej zwolnić na widok korków, policji czy tirówek. Nieprawdaż?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

GRUDZIEŃ 2023

23 GRUDNIA 2023. TO JUŻ NIE TO CO KIEDYŚ

Punkty orientacyjne

Okładka